Nie będzie żadnej rewolucji - Kazimierz Rajnerowicz - ebook
Opis

Bałuty, czołgi, punk rock, zbuntowana młodzież i wtedy oni wchodzą cali na czarno. W latach 90. XX wieku przez Łódź przeszła prawdziwa burza zmian.  Zespół Cool Kids of Death, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi właśnie z Łodzi. Jego przekaz był jednak szerszy, wyrażający niepokoje tzw. Generacji NIC. Czy naprawdę kilkanaście lat po przełomie 1989 roku młodym ludziom pozostawała albo mrówcza praca w korpo, albo rzucanie butelkami z benzyną?
To nie jest kolejna historia wzlotu i upadku rockowego zespołu. To podróż w czasie do epoki bazarowego kapitalizmu, kaset VHS, przegrywanych płyt CD i traconych złudzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


DZIECKO PIERWSZE:

Widzisz rude fabryczne kominy?

DZIECI:

Las kominów ku górze wyrasta.

Niebo ciemne przesłoniły dymy.

To Łódź – nasze miasto.

DZIECKO DRUGIE:

Kiedy rano do szkoły wychodzę,

w piecu palę i chleb kraję sama,

Mijam szarą fabrykę przy drodze:

tam od rana pracuje już mama.

DZIECKO TRZECIE:

Gdy wieczorem do snu już się kładę

i w kołysce uśpię małą Manię –

wtedy właśnie wychodzi mój tato

do fabryki na nocną zmianę.

DZIECI:

W halach maszyn, w tkalni czy przędzalni,

wczesnym rankiem, dniem i ciemną nocą,

jednostajnie, monotonnie, nudnie

koła maszyn bez przerwy turkocą.

DZIECKO PIERWSZE:

Moja mama pracuje w przędzalni.

DZIECKO DRUGIE:

Ojciec czyści maszyny w hali.

DZIECKO TRZECIE:

Siostra w ciemnej i dusznej farbiarni

barwi lśniące, jasne materiały.

DZIECI:

Dzisiaj jeszcze jesteśmy mali,

Ale kiedyś i nas tak samo

do pracy w fabrycznej hali

wycie syren zawoła co rano.

Zofia CharszewskaDzieci Łodzi

Centrum handlowe Manufaktura, 2017 (dawniej Fabryka Izraela Poznańskiego / Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego / Zakłady Przemysłu Bawełnianego „Poltex”)

Dzieci Łodzi

Podczas jednej z edycji Festiwalu Polskich Wideoklipów Yach Film prowadzący galę Krzysztof Skiba zapowiada: „Przed państwem wystąpi zespół pod nazwą Cool Kids of Death – nazwa wskazuje na to jednoznacznie, że zespół jest z Łodzi”. Publiczność wybucha śmiechem.

Niektóre żarty mają to do siebie, że im bardziej się zastanawiamy nad ich sensem, tym trudniej się z nich beztrosko śmiać. Często się okazuje, że opierają się na jakimś uproszczonym wyobrażeniu, stereotypie, podszyte są protekcjonalnością. Lepiej się więc nie zagłębiać, bo zawsze można wyjść na osobę czepialską i pozbawioną poczucia humoru. Warto jednak potraktować żart Skiby jako pewien punkt wyjścia, który dobrze ilustruje kilka zależności i interesujących prawd.

Popularne bardzo w tamtych czasach zespoły Blue Café oraz Ich Troje też były z Łodzi, jednak nikt nie myślał o tych wykonawcach w kategoriach takich jak „łódzkość”. Pojawiło się wprawdzie hasło „Łódź przeprasza za Ich Troje” – niektórzy nie życzyli sobie, żeby Łódź była utożsamiana z artystami takiego sortu – te przeprosiny były jednak zupełnie niepotrzebne. Wymienione zespoły przypadkowo wywodziły się akurat z tego, a nie innego miasta. Cały estetyczny i emocjonalny bagaż związany z Łodzią dawno porzuciły gdzieś przed drzwiami prowadzącymi do sukcesu i kariery. Skrzętnie tę smutną, biedną, poprzemysłową Łódź (w której wskaźnik bezrobocia osiągnął właśnie najwyższy punkt w całej historii III RP i głośna była sprawa dziecięcych zwłok trzymanych przez rodziców w beczkach do kiszonek) ukrywały. Blue Café grało lekką muzykę z wpływami latynoskimi, a Tatiana Okupnik śpiewała tak, jakby była gwiazdą z zagranicy, a polski był dla niej językiem obcym fonetycznie. Ich Troje opracowało z kolei własną recepturę na tworzenie szlagierów poprzez mieszanie biesiadnej muzyki popularnej zza Odry z polskim radiowym rockiem (chociaż zdarzało się im również uderzać w eurowizyjny patos). Michał Wiśniewski dorastał w Niemczech i głównie stamtąd importował styl, brzmienie, a nawet całe piosenki. Niby oba zespoły z Łodzi, ale prezentowały muzykę duchowo spokrewnioną albo z karnawałem w Rio, albo z Oktoberfest. I bynajmniej nie jest to zarzut, w końcu z założenia miało to być „dla ludzi”. W takim kontekście jednak – deficytu muzyki własnej, lokalnej, młodej i miejskiej – zastanawia, że będącemu właśnie u szczytu swojej popularności zespołowi Cool Kids of Death łódzkość zostaje wytknięta jak plama na koszuli. Nie jest to przecież wcale plama keczupu z hot doga, tylko plama krwi. Chociaż w stu procentach nikt nie może być tego pewny.

Żart Skiby działał w obie strony. Nie był tylko przedstawieniem zespołu, ale także samej Łodzi. Oto przed państwem miasto, którego charakter najlepiej odzwierciedla to, jak nazywają się pochodzące z niego zespoły. Zajebiste Dzieciaki Śmierci.

Łódzkość Cool Kids of Death jest wielopłaszczyznowa, a status związku zespołu z miastem skomplikowany. „Urodziłem się w Łodzi, nie w Nowym Jorku / Moje miasto to syf” – śpiewał, a właściwie dramatycznie wykrzykiwał Krzysztof Ostrowski w piosence Uciekaj. Nie brzmi to specjalnie odkrywczo, ale truizmy podane słuchaczowi w formie pełnego frustracji i rozdzierającej rozpaczy wrzasku nabierają nowych znaczeń i nowej siły. Jeśli Łódź jest taka zła, to czemu śpiewa się o niej z taką tęsknotą?

Stereotyp Łodzi jako miasta wszechobecnego syfu, miasta upadłego, miasta nienadającego się do życia, dość mocno utrwalił się w powszechnej świadomości, choćby za sprawą popkultury. Chyba najsłynniejszy, obok Stanisława z Łodzi, fikcyjny łodzianin to Adaś Miauczyński, powołany do życia i skazany na wieczną frustrację przez Marka Koterskiego. W filmie Nic śmiesznego Łódź jest, cytując głównego bohatera, miastem „smutnym jak pizda”. W ikonicznej scenie z Ajlawju, kontynuacji losów Adasia, Cezary Pazura, po tym jak poślizgnął się na mokrej płycie przed dworcem Łódź Kaliska, wypowiada w myślach słynną zwięzłą kwestię: „Łódź, kurwa”. Dworzec ten sam w sobie jest ważnym pomnikiem łódzkiej brzydoty; w latach 70. rozważano, czy odremontować jego zabytkowy, secesyjny budynek, czy go zburzyć i postawić nowoczesny dworzec w duchu socrealistycznym. Wbrew protestom konserwatorów i historyków sztuki wybrano drugą opcję.

Czy w Nowym Jorku przywoływanym przez Ostrowskiego byłoby lepiej? Niekoniecznie. Pewnie faktycznie trzeba się w nim urodzić, a nie tylko do niego uciec. Łódź odciska na łodzianach swoje piętno i gdzieś w głębi serca i świadomości noszą je zawsze i wszędzie. W innej scenie filmu Ajlawju Adaś znajduje się już w Stanach Zjednoczonych i widząc zniszczone bloki w getcie, kwituje: „Normalnie, kurwa, Łódź”.

Dla odmiany Bogusław Linda przy okazji kręcenia Powidoków zatytułował Łódź „miastem umarłym, miastem meneli” i ubolewał nad upadkiem artystycznym tego miejsca. Zdaje się, że wszelkie wulgaryzmy i pejoratywy naturalnie występują w bliskim sąsiedztwie słowa „Łódź”. W swojej tragikomicznej dosadności są zaraźliwe, co obecnie – w dobie internetowego marketingu wirusowego – nie umknęło uwadze speców od promocji miasta. Sięgają teraz po te wszystkie incydenty, zarówno fikcyjne, jak i prawdziwe, by je przypomnieć i odczarować. I tak w spocie wyreżyserowanym przez Piotra Szczepańskiego Linda przechadza się po Muzeum Sztuki w Łodzi i z wyraźnym podziwem mówi: „No! I teraz to jest sztuka”, niejako odwołując swoje wcześniejsze zarzuty. Pazura w spocie reklamowym wysiada przed nowym dworcem Łodzi Fabrycznej i wypowiada kultową kwestię z Ajlawju, jednak już nie ze złością, ale z intonacją sugerującą zachwyt nad tym, jak bardzo zmieniło się miasto: „Łódź? Kurwa!”. Niby przekleństwo, ale brzmi tak, jakby mówił „fiu, fiu!”. Dość intrygujące jest to, że o Łodzi można mówić tylko językiem ohydnym i ordynarnym, skoro inwektywę postanowiono zmienić w komplement. Łatwiej przebudować język niż samo miasto.

Graffiti w Łodzi

W obu przypadkach trudno nie dostrzec pewnej ironii. Piotrek Szczepański jest też na przykład twórcą filmu Aleja gówniarzy (z muzyką m.in. Cool Kids of Death), którego wątkiem przewodnim jest ucieczka z Łodzi – miasta bezrobocia, beznadziei i umysłowego betonu. W filmie pojawia się porównanie bardzo w stylu Nic śmiesznego: Polska to jest jedna wielka dupa, a w samym środku tej dupy jest dziura i ta dziura to właśnie Łódź. W jednym z pobocznych wątków Alei gówniarzy drugoplanowy bohater – alter ego reżysera – kręci cykl filmów promujących miasto. Forsowana jest teza, że nie wystarczy zaprosić znanego artysty i nakręcić z nim wyrwany z kontekstu spot, żeby w mieście nagle magicznie stało się lepiej. Czy powstały dekadę później filmik z Lindą nie jest właśnie tego typu „czarami”, a więc, w tym kontekście, spełnieniem przepowiedni?

Z kolei Pazura promuje dworzec Łódź Fabryczna, a nie Kaliska – Łódź Kaliska dalej wygląda tak samo paskudnie jak w filmie z lat 90. Dodatkowo w spocie mamy ciekawe zagięcie czasoprzestrzeni i kreatywne komponowanie kadru: jako odbicie w szybie dworca, w zestawieniu z ludźmi kupującymi bilety w kasach, pojawia się obraz „nowoczesnego” przystanku tramwajowego (we wszystkich kolorach tęczy), zwanego potocznie stajnią jednorożców. Sęk w tym, że w rzeczywistości znajduje się on dwa kilometry dalej. Podróżnych wysiadających w Łodzi Fabrycznej wita raczej wyjęty z poprzedniej epoki, ponury budynek Łódzkiego Domu Kultury, wyglądający jak sowieckie centrum leczenia uzależnień.

Jedni z Łodzi wyjechali, inni w niej zostali. Obie sytuacje są niekomfortowe, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Jak głosi popularne powiedzenie: kto z Łodzi pochodzi, ten sam sobie szkodzi. Jedni skapitulowali przed rzeczywistością, a drudzy skazali się na bycie pokoleniem przegranych. Jeśli komuś przypadkiem coś się udało, to najwyraźniej nigdy prawdziwym łodzianinem nie był i tylko udawał, dokonując wcześniej mentalnej dezercji. Od roku 1988, kiedy Łódź była drugim pod względem ludności miastem w kraju, ubyło z niej prawie 200 tysięcy osób. W liczbie mieszkańców dawno już wyprzedził ją Kraków, a według prognoz demograficznych w ciągu kilkunastu lat zrobi to również Wrocław.

Czy do Łodzi, dla odmiany, ktoś przyjechał? W 2000 roku na festiwal Camerimage zawitał reżyser David Lynch. Jednym z warunków, jakie postawił, przyjmując zaproszenie, było zorganizowanie mu fotograficznego tournée po industrialnych przestrzeniach miasta w stanie rozkładu. Reżyser robił zdjęcia „postapokaliptycznej” architekturze oraz roznegliżowanym modelkom – seria aktów na zgliszczach przemysłu włókienniczego była później prezentowana w licznych galeriach na całym świecie. W Łodzi, jej onirycznej ponurości oraz surowości – a trzeba zauważyć, że przyjechał w grudniu – zakochał się do tego stopnia, że postanowił stworzyć tu centrum kultury i studio filmowe. Miasto miało na ten cel udostępnić budynek dawnej elektrociepłowni. Ostatecznie, pomimo że realizacja planów była już dość zaawansowana, po roszadzie w samorządzie urząd miejski wycofał się z inwestycji. Najpierw odsprzedano budynek za symboliczną kwotę, na określonych warunkach, a potem stwierdzono, że właściwie jest to ryzykowne, bo miasto włoży fortunę w powstawanie centrum, a potem ktoś będzie na tym robił prywatne interesy.

Faktem jest, że łódzki krajobraz tak zafascynował Lyncha, że wielokrotnie odwiedzał miasto. Nic dziwnego, większość łódzkich scenerii mogłaby z powodzeniem znaleźć się w jego surrealistycznym fabrycznym horrorze Głowa do wycierania. Lynch kręcił zresztą później w Łodzi swoje Inland Empire z Karoliną Gruszką i Krzysztofem Majchrzakiem.

Wielki reżyser potraktował miasto jak swego rodzaju tematyczny park rozrywki, z autentycznymi atrakcjami. Równie dobrze przyjaciele oprowadzający go po mieście mogliby pokazać mu tubylców zamieszkujących to upiorne miejsce. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której przewodnik prowadzi go do znajdujących się w pofabrycznych budynkach sal prób i klubów – miejsc hałaśliwych ekscesów zespołów takich jak Jude, 19 Wiosen czy Cool Kids of Death.

To oczywiście duże uproszczenie, ale reprezentanci łódzkiego undergroundu uczynili miasto „swoim” na podobnych zasadach: akceptują je, tak samo jak Lynch, właśnie jako miasteczko grozy. Tam, gdzie normalny człowiek dostrzega tylko ruinę, oni widzą estetyczny temat przewodni. Każde pęknięcie w ścianie zieje tożsamością. Postapokaliptyczny horror to ich ojczyzna.

Wracając doUciekaj, trzeba wspomnieć, że w jego wersjach koncertowych zamiast Nowego Jorku pojawiały się zastępczo miasta, w których utwór akurat był wykonywany. Brakujące sylaby uzupełniane były wulgaryzmami. Ostrowski śpiewał: „Urodziłem się w Łodzi, nie w jebanej Warszawie / Opolu / Poznaniu”. Łódź zawsze jest tą najgorszą z możliwych opcji, jednak już kolejna linijka wyjaśnia, że właśnie to jest w niej wspaniałe: „Czasami myślę, że żyję w piekle / Czasami myślę, że to zaszczyt”.

Łódź bowiem to miejsce brzydkie, brudne i nieprzyjazne, ale również kipiące życiem i posiadające ukryty krwiobieg. To miasto mutant. Miasto z charakterem i ciężkim bagażem. Piekielny moloch zbudowany na przemyśle włókienniczym, ciężko doświadczony podczas wojny, odarty ze swojej wielokulturowej tożsamości, który ostatecznie upadł pod ciosem wolności i transformacji. Ów koniec świata jest jednocześnie początkiem czegoś nowego – Łódź tonie, a jednak w dyskotece zagłady wciąż trwa impreza. Lokalni muzycy „w oku cyklonu klaszczą w dłonie” i śpiewają hymny na cześć miasta rozrywanego na kawałki przez wiatry historii. Im jest brzydsze, tym bardziej ich zachwyca, zaspokajając turpistyczne upodobania. Ostrowski w dalszej części Uciekaj wyznaje:

Nie mogę mieszkać gdzie indziej

Gdzie byłoby sto razy lepiej

Bo gdybym mieszkał gdzie indziej

Nigdy nie byłbym sobą

I czasem gdy jadę tramwajem

Chcę krzyczeć na cały świat

Niech każdy stąd wypierdala

To miasto to tylko ja

Piosenka przechodzi w refren, którego melodia budzi skojarzenia z pieśniami Legionów Polskich i wysyła tym samym jednoznaczny komunikat: nie jesteśmy tylko mieszkańcami Łodzi. Jesteśmy jej weteranami.

Ósma strona świata

Cool Kids of Death nie dość, że są z Łodzi, to jeszcze w dodatku z Bałut. A ponieważ w 1993 roku zlikwidowano administracyjny podział Łodzi na dzielnice, można powiedzieć, że są zespołem znikąd.

Dawno, dawno temu Łódź była najnowocześniejszym polskim miastem. Rewolucja przemysłowa dotarła na ziemie polskie ze stuletnim opóźnieniem w stosunku do Anglii, ale gdy już maszyny puszczono w ruch, to industrializacja poszła pełną parą. W ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat z małego miasteczka z odpowiednią lokalizacją (i właściwie niczym więcej) Łódź stała się prawdziwą przemysłową metropolią.

To miasto zbudowane na dziewiczym gruncie, niemalże od zera, w nowoczesnym stylu. Nie ma tu typowej starówki ani rynku z prawdziwego zdarzenia. Sieć ulic w centrum przecina się „po amerykańsku” pod kątem prostym, co już samo w sobie jest ewenementem. To w Łodzi uruchomiona zostaje pierwsza w tym zakątku Europy elektryczna linia tramwajowa.

Kręgosłupem tego dynamicznie rosnącego organizmu jest ulica Piotrkowska. To od niej odchodzą żebra ulic, przy niej pulsuje serce miasta i funkcjonuje część jego najważniejszych organów. Właśnie ta okolica była Łodzią właściwą, koncentrującą przemysł i życie miasta. Życie, którego nie mogła w sobie pomieścić. Łódź przez całą swoją historię borykała się z gwałtowną eksplozją demograficzną, której nie była w stanie doścignąć rozbudowa miasta. Większość robotników miała zakwaterowanie poza Łodzią. Rolę sypialni dla pracujących mas spełniała właśnie wieś Bałuty, położona na północ od miasta. Nie byle jaka wieś, bo największa w całej Europie. Sto tysięcy ludzi w prowizorycznych domostwach i typowej dla wsi infrastrukturze, a właściwie jej braku.

W 1905 roku w Łodzi miał miejsce największy w historii Polski zryw społeczny, podczas którego tłumy robotników protestowały przeciwko rosyjskiemu zaborcy i rusyfikacji, walczyły o swoje prawa i polepszenie warunków pracy. W mieście trwał strajk powszechny, dochodziło do regularnych starć na ulicach. Fala strajków przeszła przez całe Imperium Rosyjskie, ale to właśnie w Łodzi, gdzie zmiany demograficzne na przełomie wieków zarówno pod względem skali, jak i proporcji były analogiczne do napływu imigrantów do Nowego Jorku, znajdowało się jedno z największych skupisk ludności robotniczej po tej stronie Atlantyku. Długotrwałe starcia i przeciągający się stan wyjątkowy doprowadziły do realizacji części postulatów i rzeczywistej poprawy sytuacji mieszkańców.

Środowiska późniejszej endecji interpretowały te wydarzenia jako zryw przede wszystkim o charakterze antyżydowskim i antyniemieckim, skierowany przez warstwy robotnicze nie po prostu przeciwko elitom, burżuazji i fabrykantom, ale właśnie przeciwko żydowskim i niemieckim elitom, burżuazji i fabrykantom. Tak przedstawiał to między innymi Zygmunt Bartkiewicz w swoim Złym mieście. Właśnie wielokulturowy charakter Łodzi, odpowiedniczki otwartych i wielonarodowych miast amerykańskich, był według niego źródłem tytułowego zła. Rozwiązaniem problemów Łodzi miał być nacjonalizm, ponieważ unarodowienie przemysłu w naturalny sposób ograniczyłoby „zgubne” wpływy „obcej” burżuazji.

Okres międzywojenny to dalszy ciąg chaotycznej rozbudowy Bałut, chociaż teraz administracyjnie uznawanych już za część miasta. Bałuty to zakazana dzielnica, utożsamiana z biedą i przestępczością. Okolicą rządzi żydowski gangster Menachem Bornsztajn, lepiej znany, za sprawą bielma na oku, jako Ślepy Maks – łódzki Al Capone i Robin Hood w jednym.

Podczas niemieckiej okupacji Łódź zmienia nazwę na Litzmannstadt, a na Bałutach powstaje getto dla Żydów. Przylega do niego obóz dla dzieci i młodzieży przy ulicy Przemysłowej, w którym nawet kilkulatki są zmuszane do pracy i torturowane przez sadystycznych wychowawców.

Po wojnie Łódź nie musi w takiej skali jak inne miasta, zwłaszcza Warszawa, borykać się z problemem odbudowy, choć zniszczenia są znaczne. W niektórych środowiskach pojawia się nawet pomysł przeniesienia stolicy Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej do „czerwonej” i esencjonalnie robotniczej Łodzi. Jest to oczywiście traktowane raczej jako opcja awaryjna.

Bałuty, jako najbardziej zaniedbana i zniszczona część Łodzi, stają się obiektem zainteresowania PRL-owskich planistów. Wciąż większość dzielnicy nie ma nawet kanalizacji. Obraz z Kwiatów polskich Tuwima jest tak samo aktualny w czasach dwudziestolecia, jak i latach powojennych:

Bałuckie limfatyczne dzieci

Z wyostrzonymi twarzyczkami

(Jakbyś z bibułki sinoszarej

Wyciął ich rysy nożyczkami),

Upiorki znad cuchnącej Łódki,

Z zapadłą piersią, starym wzrokiem,

Siadają w kucki nad rynsztokiem,

Puszczają papierowe łódki

Robotnicze Bałuty są pierwsze w kolejce do modernizacji. W epoce wielkiej płyty powstaje „utopijne” osiedle Teofilów, administracyjnie traktowane jako część Bałut, jednak będące czymś zupełnie innym, osobnym i stworzonym od zera według najnowszych koncepcji urbanistycznych. Socjalistyczny sen. W latach 70. w Łodzi nakręcono popularny serial młodzieżowy Siedem stron świata, który pokazuje perypetie grupki dzieciaków wprowadzających się z rodzicami do bloku na nowym osiedlu. Zdjęcia powstają właśnie na nowoczesnym Teofilowie oraz Retkini. Serial proponuje dość cukierkowy i wyidealizowany obraz zarówno dzieciństwa, jak i Łodzi.

Na Bałutach właściwych również powstają nowe domy, jednak tu sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana. Dochodzi do zderzenia światów. To dzielnica kontrastów: koegzystują ze sobą bloki, stare kamienice, zrujnowane domostwa i zagrody pamiętające jeszcze czasy, kiedy Bałuty były wsią. Część starej zabudowy jest burzona, część modernizowana, obok zupełnie nowych osiedli straszą stare ruiny, w których dzieci bawią się w chowanego.

Do nowych bloków wprowadzają się przedstawiciele środowiska akademickiego, inżynierowie, ludzie związani z łódzkim przemysłem filmowym oraz pierwsze pokolenia młodej inteligencji o ludowym oraz robotniczym rodowodzie. Autochtoni ze starych kamienic to pracownicy fabryk, ludzie biedni, często nadużywający alkoholu. To wciąż zakazane rewiry i siedlisko wszelkiej patologii. Złą sławą cieszy się zwłaszcza ulica Limanowskiego. W świadomości mieszkańców do dziś funkcjonuje jako łódzka Banditen Strasse. O ile dorośli żyją do pewnego stopnia osobno, o tyle dzieci i młodzież siłą rzeczy bawią się na tych samych podwórkach i boiskach. Te z bloków przeżywają dreszczyk emocji, odkrywając z „nieodpowiednimi” kolegami niebezpieczne rejony miasta; dzieciaki z marginesu wślizgują się do nowych budynków, żeby przejechać się windą, co jest dla nich egzotyczną atrakcją. Czasami dochodzi do konfliktów, ponieważ „nowi” z bloków są „obcymi”, którzy pewnie w dodatku „uważają się za lepszych”. Nie jest trudno dostać w mordę. Ale czasami młodociani zbóje z Limanowskiego przychodzą też w pokojowych zamiarach – wskazują na przykład na jedną z przechodzących dziewczyn i ze szczerym zatroskaniem mówią chłopcom z wczesnej podstawówki: „Tej to nie ruchajcie, bo ma katar pizdy”. Nie wiedzieć czemu, takie kwestie w Siedmiu stronach świata jakoś nigdy nie padały.

Interesujące jest to, że po latach zarówno nowy Teofilów, jak i stare Bałuty staną się wylęgarnią muzycznych talentów. Teofilów wyda na świat mnóstwo uzdolnionych raperów, w tym Adama Ostrowskiego znanego jako O.S.T.R. oraz Zeusa, natomiast na Bałutach mieszkają czołowi reprezentanci łódzkiej sceny alternatywnej: Wiktor Skok z Jude, Marcin Pryt z 19 Wiosen oraz Krzysztof Ostrowski, Marcin Kowalski i Jakub Wandachowicz z Cool Kids of Death.

Dzieciństwo Wandachowicza (rocznik 1975) to przede wszystkim okolice blokowiska Żubardź. Kuba chodzi do Szkoły Podstawowej nr 35, pod którą znajduje się jeden z centralnych węzłów sieci bałuckich bunkrów. Bloki, zwłaszcza te budowane w latach 50. i 60., standardowo powstawały wraz z piwnicami wyposażonymi we własne schrony przeciwatomowe. Prowadziły do nich grube metalowe drzwi na zawory, za którymi były pomieszczenia przystosowane do sytuacji kryzysowych, z komorami filtrów, izolatkami i łazienkami. Na trawnikach osiedli wciąż można spotkać „grzybki” wentylacyjne, świadczące o obecności tej podziemnej infrastruktury.

Współczesne graffiti przy ulicy Bolesława Limanowskiego w Łodzi

W całej Łodzi tego typu schronów już w okresie powojennym powstały setki. Budowane były według ściśle określonych specyfikacji: odporność na tyle i tyle megaton, zawsze wielokrotność siły uderzenia bomby zrzuconej na Hiroszimę. Schron był uwzględniany w PRL-owskim budownictwie na takiej samej zasadzie jak strych czy suszarnia. Jako malec Kuba czasami przychodzi w środku nocy do sypialni mamy lub babci, budzi je i pyta, czy będzie wojna atomowa. Ten problem regularnie spędza mu sen z powiek. Śmiertelnie poważni panowie z telewizora wygłaszają niezrozumiałe, ale złowieszczo brzmiące komunikaty. Wszyscy zlewają się w jedną twarz, jeden głos. W ich słowach i gestach czuć wrogość.

Militarna atmosfera i napięcie nie są czymś rzadkim. Mama Kuby skończyła biologię i pracuje na Wojskowej Akademii Medycznej im. gen. dyw. Bolesława Szareckiego w Łodzi jako wykładowca oraz asystent w zwierzętarni. Przed budynkiem WAM stoją dwa budzące strach radzieckie czołgi T-34. To przestarzałe modele. Ich nowy, ulepszony wariant, znany jako T-54, na początku lat 60., podczas uroczystej defilady wojskowej, wjechał w Szczecinie w tłum ludzi, głównie uczniów pobliskich szkół przyprowadzonych przez nauczycieli. Zginęło wtedy siedmioro dzieci w wieku od 6 do 12 lat. Czołgi przed łódzkim WAM-em są jednak niegroźne. Nikogo nie rozjadą ani nie wystrzelą ze swych dział. Umieszczono je na postumentach, w charakterze rozbrojonych pomników wydmuszek. Dominują jednak nad otoczeniem i przypominają, że to nie są żarty.

Podczas stanu wojennego jeden ze studentów WAM nie mógł zaliczyć u Wandachowicz egzaminu, więc interweniował jego wysoko postawiony w militarnej hierarchii ojciec. W rezultacie Kuba z mamą byli regularnie nachodzeni przez wojskowych. Do ich mieszkania wpadali umundurowani ludzie wraz z obstawą i tonem nieuznającym sprzeciwu komunikowali, że syn wojskowego „musi zdać”. Mama Kuby uparcie odpowiadała, że zda, jak się nauczy. Ostatecznie się nie nauczył, więc go udupiła. Mały Kuba, podczas tych wizyt schowany w drugim pokoju, nasłuchiwał, co się dzieje, a potem słyszał płacz matki.

W tym samym czasie dość częste były przerwy w dostawie prądu. Zamykano wtedy przedszkola i Kuba często spędzał czas z mamą w pracy. Pamięta na przykład nieprawidłowo rozwinięte płody, które znajdowały się w słojach w formalinie. Jeden z nich zamiast nogi miał coś w rodzaju udka kurczaka. Świat u mamy w pracy był dla Kuby dziwną miksturą czegoś przerażającego i fascynującego zarazem.

Jako cytolog / histolog Wandachowicz przeprowadzała eksperymenty na zwierzętach. Czasami „obiekty”, które teoretycznie powinny zostać uśpione i zutylizowane, trafiały pod opiekę małego Kuby, dzięki czemu stał się posiadaczem między innymi świnki morskiej z trzema łapkami, którą chwalił się wszystkim kolegom. „Niepełnowartościowe” zwierzaki zawsze przedstawiał jako egzotyczne, a z uwagi na ich wyjątkowość – ekskluzywne. Bardzo wcześnie przeradza się to w swoistą filozofię życiową. Rzeczy dziwne lub groźne powinny zostać oswojone.

Mały Kuba Wandachowicz, początek lat 80.

Z dzisiejszej perspektywy Stare Bałuty lat 70. i 80. wydają się równie niesamowite w swoim zmutowaniu. Tu bloki, tam sklep, tu przedszkole, a tam fabryka azbestu. Zakład Polonit, który działał w samym sercu osiedla mieszkaniowego, był jednym z PRL-owskich kuriozów Łodzi. Początkowo znajdował się na peryferiach miasta, jednak w epoce wielkiej płyty został otoczony blokami. Dynamicznie rozrastająca się Łódź wchłonęła fabrykę. Polonit był jak ciało obce, które ze wszystkich stron obrosła miejska tkanka. Wprowadzający się do pobliskich bloków dopiero z czasem odkrywali prawdę. „Pył, smród, szalony hałas urządzeń wentylacyjnych, zwłaszcza pracujących w nocy”[1] – wspomina jeden z mieszkańców osiedla. Głód mieszkań był naturalnie tak duży, że mało kto się otwarcie temu sprzeciwiał. Dopiero w 1985 roku, wraz z rosnącą świadomością dotyczącą szkodliwości pyłu azbestowego, wystosowano protest, po którym rozpoczęła się likwidacja Polonitu. O kłopotliwej fabryce dużo się mówi, ale często przypomina to zabawę w głuchy telefon. Legenda fabryki azbestu staje się na Bałutach częścią dziecięcego folkloru. Kiedy dzieciaki chcą sobie zaimponować znajomością okolicy i jej zakamarków, to biegają po różnych pofabrycznych pustostanach i ze znawstwem tłumaczą: „Tu kiedyś była fabryka azbestu”. W ten sposób dodaje się tym miejscom aury grozy i tajemniczości – to strefa zakazana, do której wstęp mają tylko najodważniejsi młodociani stalkerzy rodem z filmu Andrieja Tarkowskiego.

Jedną z takich „fabryk azbestu” jest skład budowlany przy ulicy Gandhiego, od strony alei Włókniarzy, gdzie często bawią się dzieciaki z trzydziestki piątki. Rzeczywiście, walają się tu nawet płyty azbestowe. Chłopcy rzucają w nie kamieniami. Mimo że alternatywna nazwa azbestu – eternit – sugeruje trwałość (od łacińskiego aeternum, czyli wieczność), nie były to materiały zbyt wytrzymałe i łatwo się kruszyły. Teren rzekomej fabryki początkowo był ogrodzony, jednak z czasem pojawiają się w nim dziury i sekretne przejścia. Już w latach 80. jest to jedna wielka sterta gruzu, starych, zniszczonych maszyn walających się bez ładu i składu; pofabryczna ruina, tak typowa dla łódzkiego krajobrazu. Zapowiedź tego, co wkrótce spotka cały tutejszy przemysł. Chłopcy chodzą tam, by z dala od dorosłych – którzy zabraniają im przechodzić na drugą stronę Gandhiego – dawać upust swoim piromańskim zapędom. Podpalają plastikowe torby, które się topią i zmieniają w płonące krople opadające ku ziemi, jak seria pocisków z ognistymi ogonami wypuszczonych z szynowej wyrzutni. Towarzyszy temu charakterystyczny dźwięk, niczym syk odpalanych rakiet. Wandachowicz i jego koledzy nazywają to „puszczaniem katiuszy”. Pewnego razu topiący się plastik skapuje Wandachowiczowi na palec prawej ręki i przykleja do skóry. Jak lawa wypala mu ranę i zostawia bliznę na całe życie.

W latach 80. również piwniczne schrony są już zwykle zdezelowane i zapomniane. Buszują w nich dzieciaki bawiące się w wojnę. To dość naturalne środowisko do odgrywania scenek rodzajowych dotyczących zagłady nuklearnej i końca świata. Retoryka zimnej wojny zostaje przetworzona przez dziecięcą wyobraźnię i oswojona za pomocą zabawy. Z czasem również czołgi przed WAM-em stają się intrygujące. W szkole na przerwach chłopaki wymieniają się patentami na to, jak do nich wejść. W jednym siatka za wieżyczką jest uszkodzona. Do drugiego można się dostać od dołu, włazem ratowniczym znajdującym się pod podwoziem. Czołgi okazują się wybebeszonymi, zasyfionymi atrapami – w ich wnętrzu śmierdzi jak w klozecie.

Mundurki

W pierwszych trzech klasach podstawówki trzeba nosić granatowe, poliestrowe, nieoddychające mundurki z białymi kołnierzykami. Starszych uczniów już tak bardzo się w tej kwestii nie pilnuje, chociaż preferowany jest wygląd schludny i pozbawiony przejawów indywidualizmu. Rzeczywistość szkolna to apele, ponure klasy, quasi-militarny dryl. Młodzież należy wychowywać poprzez dyscyplinę. Doczepione filcowe tarcze mają obleśne gumowe nadruki: napis „Dzieci Łodzi” oraz toporny herb z twarzą à la Bolek i Lolek.

Kuba potrafi być bardzo złośliwy dla nauczycieli, zwłaszcza tych, których nie lubi. Pewnego razu doprowadza fizyczkę do takiej furii, że ta każe mu zostać po lekcjach, po czym wylewa na jego głowę wiadro z mydlinami. Tego typu incydentów jest więcej, w tamtych czasach przemoc fizyczna wobec uczniów nie była czymś szczególnym. Pewnego razu na zastępstwo przychodzi nowy nauczyciel plastyki, za nauczycielkę, która była bardzo lubiana przez uczniów, więc automatycznie znajduje się na straconej pozycji; do tego okazuje się, że jest religijnym ultrasem. Dyżuruje w telefonie zaufania, więc Kuba z kolegami wielokrotnie wydzwaniają do niego i opowiadają mu zmyślone historie. Nauczyciel czuje, że jest obiektem żartów. Każe zostać Wandachowiczowi po lekcjach, zamyka klasę na klucz i goni go między ławkami, bijąc paskiem po nogach. Kuba podpada również nauczycielce geografii i WOS-u, która jest ówczesną sekretarz PZPR na całe Bałuty. „Pani sekretarz” ma w zwyczaju z wielką pasją kopać tornistry, jeśli nie są odpowiednio położone i wystają poza ławkę. Pewnego razu Kuba pożycza od znajomego kulturysty odważniki do ciężarków i wkłada je sobie do torby, po czym specjalnie zostawia ją „nie na miejscu”. Efekt łatwo przewidzieć.

Razem z Radkiem Bartczakiem, najlepszym szkolnym kolegą, terroryzują nauczycieli do tego stopnia, że matka Kuby jest regularnie wzywana do szkoły. Musi wysłuchiwać historii, że nauczycielom śnią się po nocach koszmary z jej synem. Na szczęście wychowawczyni jest nauczycielką polskiego, a Kuba dostaje świetne oceny, dobrze pisze, bierze udział w olimpiadach. I zawsze zostaje rozgrzeszony z uwagi na swoją sytuację rodzinną.

Ojciec Wandachowicza zostawił rodzinę w 1978 roku, gdy chłopak miał trzy lata. Kuba pamięta go z dzieciństwa jak przez mgłę, ale kojarzy jeden incydent. Pewnego lata, na początku lipca, wybierali się na działkę dziadków do Rosanowa. Mama przekazała Kubie, że przyjedzie jego ojciec i coś mu podaruje. Kuba jest jeszcze bardzo mały; właściwie nawet nie do końca uznaje ojca za realną osobę. W wielkim podnieceniu czeka na niego przed blokiem w piaskownicy, zastanawia się, jak wygląda, co mu przywiezie. To jest jak zmaterializowanie się ducha. Ojciec się jednak spóźnia. Atmosfera robi się coraz bardziej nerwowa – zaraz mają wyjeżdżać. Nagle podjeżdża samochód i ktoś z niego wysiada. Kuba jest uradowany, ale okazuje się, że to nie jego ojciec, tylko wysłany przez niego kolega. „Twój tata nie mógł przyjechać, ponieważ też szykuje się do wyjazdu ze swoją rodziną, ale kazał mi to przekazać” – komunikuje obcy facet i wręcza małemu Kubie piłkę do waterpolo. Nienadmuchaną. Dla chłopca to wielki cios i rozczarowanie, a sam prezent wydaje się absurdalny. Kuba doczepia do nadmuchanej piłki oczy z guzików i robi sobie z niej coś w rodzaju maskotki.

Ponieważ ojciec nie jest obecny w życiu rodziny, to dziadek staje się najważniejszą postacią męską, opiekunem i wzorem. Wiesław Głowacki pochodzi z Łodzi. Na wszystkich rodzinnych spotkaniach opowiadana jest anegdota, jak to dziadek z wujkiem sprawdzili kiedyś dokumenty i wyszło na to, że w prostej linii pochodzą od Wojciecha Bartosza Głowackiego, kosyniera z insurekcji kościuszkowskiej, który został mianowany chorążym po tym, gdy w bitwie pod Racławicami „zatkał rosyjską armatę czapką”. Podczas wojny dziadek Kuby pracował jako asystent kowala, później wstąpił do Szkoły Tańca Artystycznego i Baletu Klasycznego. W czasie odbywania służby wojskowej poznał choreografa Feliksa Parnella. Po powrocie do Łodzi został członkiem grupy baletowej opery łódzkiej; zawodowo związany był właśnie z łódzkim Teatrem Wielkim i Teatrem Muzycznym. Wielokrotnie tworzył choreografie do przedstawień Teatru Wielkiego reżyserowanych przez Janusza Rzeszewskiego, twórcy filmu Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy. Miał również okazję wystąpić jako tancerz w filmie Piątka z ulicy Barskiej, jednym z pierwszych polskich filmów kolorowych. Jego bliskim znajomym był między innymi łódzki kompozytor Stanisław Gerstenkorn.

Teatr Wielki stał się czymś w rodzaju jednej wielkiej rodziny, która przygarnęła Kubę – tamtejszy stolarz był na przykład jego ojcem chrzestnym. To właśnie w tym świecie Kuba znajdował autorytety, przy czym ludzie ci rzeczywiście odgrywali wówczas ważną rolę w życiu miasta, nie tylko na kulturalnym, ale też towarzyskim. Artyści i przedstawiciele inteligencji nadawali ton rozmowom dotyczącym spraw publicznych, liczono się z ich zdaniem.

Dziadek miał też swoje drugie oblicze – obsesję na punkcie staroci. Chętnie zabierał Kubę na wyprawy na Rynek Bałucki, do handlarzy, różnej maści majstrów i drobnych cwaniaczków, gdyż to właśnie w takich miejscach kwitło autentyczne życie miasta, w całej swojej przyziemności, która okazywała się równie barwna jak teatr. To był inny świat – trochę niebezpieczny, ale ekscytujący. Na spacerach z dziadkiem Kuba uczył się nowych przekleństw, usłyszanych w warsztatach i wśród straganów.

Jako osoba związana ze światem sztuki dziadek wspierał Kubę w nieszablonowych wyborach życiowych i nigdy nie wywierał na niego presji w kwestii kariery czy pieniędzy. „Od dziecka miałem komfort tego, że nie muszę myśleć za bardzo o sobie jako człowieku, który ma spełnić jakieś finansowe powinności” – wspomina. Dziadek zachęcał go do działania w zgodzie z zainteresowaniami, kupił między innymi do domu córki pianino, żeby Jakub mógł rozwijać swoją kreatywną stronę. Od najmłodszych lat chłopiec interesował się muzyką, filmem i kulturą.

Imperium kontratakuje

Dziesięć. Dziewięć. Osiem. Siedem. Sześć. Pięć. Cztery. Trzy. Dwa. Jeden. Zero… Start. Nie wiedzieć czemu, taka właśnie formuła odliczania znajduje się na jednym z polskich plakatów filmu Imperium kontratakuje. Sugeruje namaszczenie w obliczu technologicznego cudu, co najmniej jakby startowała rakieta radzieckiego programu kosmicznego. Zupełnie nie pasuje to do świata Gwiezdnych wojen, w którym podróż na inną planetę wywołuje przecież tyle emocji co kurs taksówką. A jednak coś wtedy wystartowało – szaleństwo, którego w ogóle nie było przy okazji polskiej premiery pierwszego filmu z cyklu, Nowej nadziei. Druga część kosmicznej trylogii George’a Lucasa zawitała do peerelowskich kin w 1982 roku, dwa lata po zachodniej premierze, i zaraziła Polaków wirusem popkultury w nerdowskim wydaniu.

Polscy krytycy film raczej obśmiali: naiwna baśń dla dzieci, przyprawiona laserowymi strzelaninami i międzygalaktycznymi podróżami, obraz debilizmu Amerykanów. Pismem, które do fenomenu Gwiezdnych wojen podeszło z większym zapałem niż „poważna” prasa, był „Świat Młodych”. Oprócz obowiązkowego zestawu artykułów harcersko-partyjnych w gazecie funkcjonowały rubryki tematyczne, które były w tamtych czasach jednym z nielicznych źródeł informacji o zachodniej popkulturze. W wydaniach wtorkowych ukazywały się artykuły o filmie, natomiast w sobotnich o muzyce. W czwartki pojawiały się teksty o motoryzacji. Czytanie „Świata Młodych” dla wielu było nie tylko sposobem na uzupełnienie niedoboru wiadomości ze świata, ale wręcz rytuałem i doświadczeniem pokoleniowym. Był to rodzaj „internetu lat 80.” – poprzez pismo nawiązywano kontakty z ludźmi o podobnych zainteresowaniach, formowano kluby i wymieniano się doświadczeniami. Dla licznych młodych ludzi magazyn stanowił pierwszy kontakt ze światem komiksu – drukowano tu między innymi przygody Tytusa, Romka i A’Tomka Henryka J. Chmielewskiego, Kajka i Kokosza Janusza Christy oraz Jonki, Jonka i Kleksa Szarloty Pawel.

Helena i Wiesław Głowaccy – dziadkowie Kuby Wandachowicza obok figurki z Gwiezdnych wojen

Po apelu rozpoczynającym nowy rok szkolny Kuba Wandachowicz biegnie do pobliskiego kiosku. W dzisiejszym numerze „Świata Młodych” będą nowe zdjęcia i informacje dotyczące Imperium kontratakuje. Kuba kolekcjonuje wszystko, co dotyczy filmu, a jego ulubione pismo zapewnia mu regularne dawki materiałów z Gwiezdnych wojen. W kolejce poznaje nieco starszego chłopaka, który, słysząc hasło „Świat Młodych”, od razu zwraca uwagę na Kubę. Zaczynają rozmawiać i okazuje się, że mieszkają blisko siebie i chodzą razem do trzydziestki piątki. Mają podobne doświadczenia i płaszczyznę porozumienia – kosę z agresywnymi i zaniedbanymi „gitowskimi” dzieciakami z siedemnastki czy rzucanie śnieżkami w piszczące dziewczyny z Zespołu Szkół Handlowych im. Oskara Langego. Chłopak jest starszy o cztery lata. Wciąż chodzi do podstawówki, ale już wtedy wydaje się bardzo specyficzny i intrygujący. Inny od wszystkich. To Wiktor Skok.

Do Wiktora lepiło się sporo młodszych dzieciaków, ponieważ miał bzika na punkcie muzyki i komiksów oraz kolekcję rarytasów z Francji i Hiszpanii, słuchowiska na płytach czy magazyny o Gwiezdnych wojnach. Jego matka była romanistką, pracowała na Uniwersytecie Łódzkim. Zdarzało im się wyjeżdżać za granicę i przywozić różne skarby niedostępne w krajach bloku wschodniego.

Pomimo dość trudnego charakteru Kuba jest postrzegany przez wychowawców jako dziecko z pasją. Już od wczesnych lat szkolnych kojarzy się go z muzycznych zainteresowań – to coś, co kompletnie go pochłania. Gdy wspólnie z Radkiem mają przygotować ścienną gazetkę szkolną, w całości poświęcają ją zespołowi a-ha (po trzech, bardzo konsekwentnych i spójnych tematycznie wydaniach polonistka stwierdza, że wszyscy mają już dość czytania w kółko o tym samym). Wzorując się na image’u Mortena Harketa, Kuba nosi mnóstwo rzemyków na szyi i nadgarstkach.

Na pierwszy koncert w życiu zabiera Wandachowicza jego matka chrzestna; jest to występ Kajagoogoo w Hali Sportowej we wrześniu 1984 roku. Kajagoogoo staje się jego pierwszym „ulubionym zespołem”. Kuba uważa, że pomimo odejścia Limahla jest to wciąż świetny zespół, nagrywający tak fantastyczne utwory jak Lion’s Mouth lub Turn Your Back On Me – teledysk do tego drugiego jest dla młodego Wandachowicza autentycznym objawieniem. Człowiek z głową koguta, człowiek z głową świni czy inscenizacja sytuacji z obrazu Kochankowie surrealistycznego malarza René Magritte’a robią na nim ogromne wrażenie i meblują mu wrażliwość.

Również u matki chrzestnej ogląda swój pierwszy film na VHS. To Niekończąca się opowieść z tytułową piosenką Limahla. Bohaterem filmu jest klasowa oferma, chłopiec, który chowa się pod kocem z ukradzioną książką i zanurza w fantastycznym świecie, w przenośni i dosłownie. W końcówce tryumfalnie odgrywa się na swoich szkolnych prześladowcach, lecąc na smokopsie w rytm muzyki pop. To opowieść o sile wyobraźni, szlachetności, wierze w marzenia, uporczywym dążeniu do celu, nawet jeśli nie wiadomo do końca, co tym celem jest. Niekończąca się opowieść była adaptacją powieści Michaela Endego; w filmie dość mocno zaniedbano jej drugą część, w której wątkiem głównym staje się kryzys tożsamości i zgubne skutki eskapizmu – ostatecznym celem jest powrót do rzeczywistości i autentycznych relacji.

Magnetowidy stanowiły wówczas symbol zachodniego luksusu. Ideę oglądania co się chce i kiedy się chce utożsamiano z wolnością. Z VHS-ami było w PRL trochę tak jak z alkoholem – funkcjonował dość ograniczony oficjalny obieg, a obok niego liczne giełdy i podziemne „wideomeliny”. Zaczęło się prawdziwe szaleństwo, ludzie polowali na nowe tytuły jak na działkę nielegalnej substancji psychoaktywnej. W 1986 Kapitan Nemo przestrzegał w swoim kawałku Wideonarkomania przed brakiem umiaru w dawkowaniu sobie popkulturowych przyjemności:

Oto nowy szał, nowy hasz dla mas dziś wiedzie prym

Biały ekran drga, jeden tylko ruch i mieszkasz w nim

[…]

Shakin’ i Limahl kręcą biodrem pod muzyczny rytm

Młody Kuba jest wideonarkomanem. Całe dzieciństwo przeżywa przez pryzmat popkultury – wideoklipów, piosenek, artykułów czytanych w „Świecie Młodych”, audycji radiowych i programów telewizyjnych, z których może się dowiedzieć o wszystkich nowościach ze świata muzyki i kina. Gdy wraca do wspomnień, mimowolnie schodzi na filmy, które oglądał, i płyty, których słuchał. To one są najważniejszymi punktami odniesienia, wyznaczają rytm. Czasami są to rzeczy ambitne, ale częściej trafia się na przykład Paco – maszyna śmierci. Oryginalny tytuł tego kultowego dla polskiej ery magnetowidowej filmu klasy B brzmiał Vendetta dal futuro, w wolnym tłumaczeniu: „Terminator dla ubogich”.

Popkulturowe uzależnienie Kuby zaczęło się od tego, że bardzo dużo czasu spędzał, słuchając na gramofonie płyt swojej mamy – początkowo Maanamu, Oddziału Zamkniętego, Republiki czy Lombardu. Co ciekawe, zespoły te grały muzykę zaskakująco świeżą i na czasie. Zachód podglądany przez polskich wykonawców przez dziurkę od klucza okazywał się w tym przypadku postpunkową muzyką typu XTC, Pere Ubu, Siouxsie Sioux czy Blondie. Polscy słuchacze masowo przyjęli ją jako po prostu „zachodni rock”, nie wiedząc, że są to relatywnie niszowe klimaty, dla bardziej wymagających melomanów. Paradoks polegał na tym, że środowisko muzyczne słuchało fajnych rzeczy, a publiczność słuchała tego, co było. W efekcie mogły wychodzić (i podbijać listy przebojów) takie płyty jak Historia podwodna Lecha Janerki.

Na winylach wydawane są też regularnie Bajki-grajki – adaptacje klasyków polskiej i światowej literatury dziecięcej w formie muzycznych słuchowisk, często imponujących rozmachem i obsadą. Płyty winylowe są ogólnodostępne, mają je absolutnie wszyscy – są w oficjalnym obiegu, można je kupić względnie tanio, choć liczba tytułów jest mocno ograniczona. W tej sytuacji prawdziwym objawieniem i głównym źródłem nowej, ciekawej muzyki są kasety magnetofonowe, na które – co najważniejsze – w przeciwieństwie do płyt winylowych można nagrywać, co tylko się chce, oraz łatwo je przegrywać. Dzięki temu ludzie są w stanie dotrzeć do pozycji wcześniej niedostępnych – średnia pensja w latach 80. w Polsce wynosiła w przeliczeniu około dwudziestu dolarów, więc żeby zdobyć zachodnie nagrania, niekiedy organizowano zbiórki. Potem każdy przegrywał sobie płytę winylową na kasetę, a ją samą odsprzedawano.

Od dziadka Kuba dostaje swój pierwszy monofoniczny magnetofon MK 125. To dość podstawowy model, by nie powiedzieć – obciachowy, mnóstwo osób ma już wtedy kasprzaki lub grundigi. Pierwsze dwie kasety, które kupuje mu z kolei babcia, to White Feathers Kajagoogoo i składanka z piosenkami Culture Club. Mama Kuby wciąż pracuje w Wojskowej Akademii Medycznej, a Kuba nuci na okrągło: „War, war is stupid”. Queerowy hedonista Boy George zdecydowanie nie wpisuje się w modelowy wizerunek mężczyzny, zwłaszcza w bloku wschodnim. I właśnie dlatego jest taki intrygujący i fajny.

Magnetofon daje jeszcze inne możliwości – w czasach PRL-u standardem było, że w radiu odtwarzano całe płyty zachodnich wykonawców, które ludzie nagrywali sobie na kasety. Nawet dziennikarze wtrącali uwagi w stylu: „Czy wszyscy przygotowali już magnetofony?”. Tomasz Beksiński puszczający w swojej audycji w Trójce na przykład całą debiutancką płytę Yazoo to właśnie powszechna praktyka tamtego okresu, kiedy nikt nie przejmował się takimi kwestiami jak prawa autorskie.

Dla Kuby rewolucyjny jest również fakt, że na kasety można zgrywać dźwięk z telewizora, używając wyjścia DIN – w ten sposób wykorzystuje na przykład emisję filmu Powrót człowieka zwanego Koniem. Możliwość zapisywania dźwięków wydaje mu się czymś niezwykłym i zachęca do eksperymentów. A kiedy udaje mu się do kompletu zdobyć radio z odpowiednim gniazdkiem, regularnie nagrywa Listę przebojów Trójki, zapisując w zeszycie nazwy utworów. Bardzo szybko robi się z tego cały rytuał. Początkowo Lista emitowana jest w soboty, między dwudziestą i dwudziestą drugą. W telewizji lecą wtedy zawsze filmowe „hity”, więc pogodzenie tych dwóch aktywności wymaga zorganizowania. Kuba zamyka się w szafie z małym telewizorem, radiem i zeszytem; jednocześnie słucha listy przebojów, robi notatki i ogląda sobotni film. To jego małe centrum dowodzenia.

Zainteresowanie science fiction, najpierw Gwiezdnymi wojnami, później serialem Doktor Who (krążącym na kasetach) czy prozą J.G. Ballarda, to trzon jego popkulturowych upodobań. Postaciom z Doktora Who niedaleko zresztą do Golarza Filipa i jego mechanicznych lalek z Akademii Pana Kleksa. Dla przeciwwagi Kuba wciąż poszukuje siebie jako rzeczywistej osoby, żyjącej w określonym miejscu i w określonej grupie. Dorastając, przechodzi wiele metamorfoz, próbuje się odnaleźć w różnych środowiskach i subkulturach. Raz jest metalem, innym razem punkiem.

Niedaleko podstawówki znajduje się pijalnia piwa prowadzona przez dwóch homoseksualistów, gdzie czasami kręcą się także bardziej wyrośnięci uczniowie i młodzież. Kuba koleguje się ze starszym o kilka lat chłopakiem, który pochodzi z „trudnej rodziny” – jego ojciec jest alkoholikiem, a babcia prowadzi melinę. Właśnie stamtąd mogą bez większego problemu podkradać alkohol.

W wieku czternastu lat dość nagle, pod wpływem kolegów, łapie bakcyla piłki nożnej. Prawdopodobnie jednak bardziej niż o samą piłkę chodzi o bycie kibicem. Nagle marzy mu się, że będzie jak te podwórkowe łobuzy z Limanki. Na ulicy Limanowskiego przypadkowych przechodniów, którzy niebacznie zapuścili się w te cieszące się złą sławą rewiry, witają napisy na murach: „Morda nie szklanka, ŁKS Limanka” oraz „Jude Raus”. Kibole i skinheadzi z okolic Limanowskiego są bardzo charakterystyczni; niektórzy z nich mają nawet coś, co mogłoby uchodzić za elegancję i sznyt, choć zdecydowana większość to zwykli chuligani nieutożsamiający się zbyt świadomie z subkulturą skinheadowską. Nowy pomysł nastoletniego Kuby na siebie polega więc na tym, że zostanie kibicem ŁKS-u.

Każdy klub piłkarski ma przyjaciół i wrogów, a jednym z zaprzyjaźnionych klubów ŁKS-u jest wówczas Śląsk Wrocław. Wśród rytuałów inicjacyjnych młodego kibica znajduje się własnoręczne przygotowanie flagi. Kuba stwierdza, że robienie sobie flagi ŁKS-u, gdy jest się kibicem ŁKS-u, byłoby zbyt banalne. Zamiast tego zamierza się afiszować barwami klubu zaprzyjaźnionego. Szyje sobie zielono-biało-czerwoną flagę Śląska Wrocław. Pierwszym meczem, na który ją zabiera, jest starcie drużyn ŁKS Łódź i Jagiellonia Białystok. Gdy tylko wysiada z tramwaju, spotyka na przystanku grupę o wiele starszych kibiców Jagiellonii, którzy zabierają mu flagę. Zrezygnowany i zdołowany siedzi potem na meczu, rozpamiętując, ile pracy włożył w jej przygotowanie. Nie mieści mu się w głowie, że stracił flagę przy pierwszej możliwej okazji. W pewnym momencie dostrzega ją gdzieś na trybunach przeciwnika – ktoś ją właśnie podpala. Uradowany tłum wiwatuje i wymachuje płonącą flagą. Widząc to, Kuba mówi siedzącemu w pobliżu ówczesnemu szefowi klubu kibica, znanemu wyrokowcowi (ksywa „Albert”) i skinheadowi: „O! Tam właśnie palą flagę, którą mi zabrali”. Zamiast słowa wsparcia, na które po cichu liczył, dostaje ostrą zjebę: „Dałeś sobie, kurwa, odebrać barwy?”. Albert kręci głową z dezaprobatą, że Kuba oddał flagę bez walki. Do zawstydzonego, publicznie upokorzonego Wandachowicza przestaje w tym momencie docierać, co się dzieje na boisku. Stwierdza, że nie ma co się więcej pokazywać wśród kibiców ŁKS-u: plama na honorze jest zbyt wielka, a reputacja zupełnie nie do ocalenia. W środowisku piłkarskim jest spalony tak samo jak ta cholerna flaga. Nic gorszego nie mogło go już chyba spotkać.

Po powrocie do domu, bliski płaczu, włącza telewizor. Leci Sportowa niedziela i Dariusz Szpakowski opowiada o spotkaniu. W ramach ciekawostki powiadamia widzów, że podczas meczu kibicie Jagiellonii spalili flagę Śląska Wrocław – tu pojawiają się zdjęcia ilustrujące zdarzenie. Kuba czuje się tak, jakby prezenter był członkiem jakiegoś wielkiego spisku wymierzonego w jego osobę, sprzysiężenia szyderców.

To jest gwóźdź do trumny. Kariera Wandachowicza kibica kończy się, zanim na dobre się rozpoczęła. Wybiera muzykę.

Pierwszą gitarę klasyczną dostaje w podstawówce. Na początku gra kawałki Kultu i Sztywnego Pala Azji. Pisze teksty piosenek dla zespołu istniejącego na razie tylko w jego wyobraźni albo przepisuje teksty istniejących grup i chwali się dziewczynom, że to jego. Snuje fantazje o byciu gwiazdą i stara się pozować na wrażliwego artystę. Nigdy nie bierze lekcji gry na gitarze – od początku rozpracowuje utwory ze słuchu, sam albo z pomocą innych muzykujących dzieciaków. Uczą się muzyki na czuja.

Jeszcze w podstawówce Kuba zakochuje się od pierwszego wejrzenia w nowej uczennicy, która przyjechała z Wrocławia. Dziewczyna jest piękna, inteligentna, chodzi w czarnej skórze i słucha namiętnie The Cure, Depeche Mode i ogólnie smutno-mrocznych klimatów. Pierwszą rzeczą, jaką Kuba robi po tym, jak ją poznał, jest skombinowanie wszystkich nagrań The Cure i Joy Division. W tych fascynacjach do Kuby dołącza Radek, który nawet zaczyna w tamtym okresie wyglądać jak Robert Smith. Kuba robi dla znajomych koszulki z logo The Cure z płyty The Head on the Door, a nowa znajoma przez jakiś czas faktycznie po tym wszystkim zostaje jego dziewczyną. Wandachowicz umie już wtedy grać niektóre kawałki The Cure na gitarze.

Obiektem westchnień stają się przy okazji wysokie adidasy Roberta Smitha. Kuba marzy o podobnych butach. Polską odpowiedzią na marki takie jak Nike czy Adidas były sofiksy, sportowe buty, przeważnie na rzepy. Produkowała je firma polonijna – przedsiębiorstwo z udziałem kapitału zagranicznego, którego założyciel nie mógł być obywatelem PRL. Działania tego typu zostały usankcjonowane przez władze na przełomie lat 70. i 80., a liczba tych firm sukcesywnie rosła, pomimo wielu obostrzeń wynikających z centralnie planowanej gospodarki. Sofiksy były nielicznym nieobciachowym obuwiem dostępnym w ramach polskiego realnego socjalizmu, a właściwie postrzegane były jako najmniejsze zło. Na sesjach zdjęciowych robionych dla prasy muzycznej noszą je nawet polskie zespoły rockowe. Żeby je kupić, Kuba musi wstać o drugiej w nocy, pojechać rowerem pod sklep, gdzie stoi już z tuzin osób, wpisać się na listę i czekać do rana na otwarcie placówki. Okazuje się, że wysokich akurat nie ma, ale i tak z zadowoleniem bierze to, co jest. W PRL-u trudno być wybrednym. Przynajmniej są białe.

Czas mutantów

Upadek komunizmu w Polsce miał głównie podłoże kulturalno-obyczajowe, a nie ideologiczne i polityczne. Zwykli ludzie bardziej od wolności chcieli jeansów i biustonoszy. Kapitalizm w wydaniu zachodnim kusił dobrami konsumenckimi, stylem życia i kulturą masową. Narracja głosząca, że „tam” jest zgniły imperializm, a „tu” buduje się lepszy i bardziej sprawiedliwy świat, nie wytrzymała konfrontacji z rzeczywistością, w której „tam” była wolność i dobrobyt, a „tu” represje i puste półki. Ponieważ dominował wszechobecny brak, naturalnym odruchem społeczeństwa była tęsknota za bogactwem, utożsamianym z wyidealizowanym Zachodem.

Poprzednie pokolenia miały wyraźny, konkretny cel i marzenie – wolność. Mobilizowali się do różnego rodzaju zrywów i dramatycznych gestów przeciwko ciemiężycielom. Gdy nagle po ’89 rzeczywistość zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nastąpił Fukuyamowski „koniec historii”, okazało się, że społeczeństwu brakuje nowej narracji. Jak w bajce: polską księżniczkę Anetę (Kręglicką) wybrano na Miss World i wyświetlił się napis: „… i żyli długo i szczęśliwie”. Tu opowieść się urywa, trzeba wrócić do codzienności i spraw przyziemnych. Jedni więc skupili się na zarabianiu pieniędzy, inni – na zawracaniu historii i rozliczeniach z przeszłości. W „Dzienniku Łódzkim”, wtedy mocno prawicowym, pojawiła się seria artykułów przeciwko czołgom przed WAM-em, z działami wymierzonymi w miasto i młodą polską demokrację. W sprawie konieczności ich usunięcia z łódzkiej przestrzeni miejskiej (co też ostatecznie nastąpiło) wypowiadał się między innymi Stefan Niesiołowski, wówczas związany z Wyborczą Akcją Katolicką i Zjednoczeniem Chrześcijańsko-Narodowym.

Upadek socjalizmu to również zniknięcie pierwszomajowych pochodów. Transformacja odbiła się niekorzystnie na niektórych łódzkich przestrzeniach miejskich, takich jak lunapark, który wcześniej był tryskającymi życiem błoniami, a zmienił się w ponure, zdemolowane szkaradzieństwo. „Zaprzyjaźnieni” inspektorzy od kontroli technicznej dopuszczają do użytku urządzenia, które powinny dawno trafić na złom. Jest o tym głośno, ale niektórzy rodzice wciąż uważają, że zafundowanie pociechom przejażdżki na rozpadającej się kolejce górskiej to dobry pomysł. Poparzenia drugiego stopnia od sypiących się iskier w gratisie.

Największą ofiarą transformacji w Łodzi był naturalnie przemysł włókienniczy. Polski realny socjalizm opierał się na robotniczym micie, który w czasach globalizacji rynków nijak się miał do rzeczywistości. W krajach zachodnich, które zaczęły przechodzić do gospodarki opartej na usługach i informacji, fabryki były zamykane już wcześniej. „Głowa” obsługująca wielki biznes zostawała na Zachodzie, ale „ręce” wynajmowano do pracy tam, gdzie wychodziło najtaniej. Przemysł przenosił się więc do krajów Trzeciego Świata, a w wyobraźni konsumenta karmionego reklamami w miejsce robotników przy produkcji pojawiała się grupa specjalistów, którzy dzięki zaawansowanym technologiom sprawiają, że buty i kurtki materializują się z powietrza za naciśnięciem magicznego przycisku.

Gdy Polska znalazła się po stronie „cywilizacji”, również się okazało, że jest mnóstwo rzeczy, których się tu robić nie opłaca. Jeśli chodzi o odzież, to w kapitalistycznych realiach płaci się przede wszystkim za markę – produkcja stanowi zaledwie kilka procent ceny. Większość kosztów idzie na wynagrodzenia dla: osób, które wymyślają produkt; osób, które wymyślają, jak sprzedać produkt; osób, które pilnują jednych, drugich i tego, żeby interes się kręcił. Design, marketing, operations – słowa, których w centralnie planowanej gospodarce nie znano, i to nie tylko dlatego, że w szkołach uczono języka rosyjskiego. Musiało minąć jeszcze trochę czasu, zanim odkryto z pewnym zdziwieniem, że sam produkt jest już właściwie drugorzędny, najważniejsza jest fikcja, którą reprezentuje. Kupuje się nie przedmiot, ale wartości utożsamiane z pewnym stylem życia; styl ten wymaga określonych rekwizytów.

W PRL-u z przyczyn ideologicznych podtrzymywano fikcję innego rodzaju i godzono się nawet na dopłacanie do produkcji właściwej. Gloryfikowano etos pracy, w którym wspólnota robotnicza miała się stać substytutem wspólnoty religijnej. Pomimo permanentnego kryzysu wciąż królowała retoryka z wierszy Mieczysława Brauna:

Chwała rzeczom, czynionym dla ludzkiej potrzeby,

Maszynom, pełnym trudu, pilnej pracy wiernym

(Przemysły)

W kościołach czerwonych fabryk krążą pospiesznie i gwarnie