Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 710 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nic oprócz milczenia - Magdalena Knedler

URATUJE CIĘ TYLKO MILCZENIE

Komisarz Anna Lindholm wyjeżdża do Włoch, porzucając bliskich. Chce skryć się przed światem wśród wąskich uliczek i kanałów Wenecji. Jednak nie tylko wspomnienia nie pozwalają jej odpocząć…

W dniu rozpoczęcia karnawału Anna znajduje ciało tajemniczego gondoliera. Jego strój i maska wyraźnie nie pasują do siebie… Czyżby morderca chciał w ten sposób coś przekazać? W Annie odzywa się policyjny instynkt, który wplątuje ją w śledztwo prowadzone przez pociągającego commissario, Antonia Vallego. Szybko okazuje się, że sprawa dotyczy więcej niż jednej zbrodni, a uwikłani są w nią członkowie potężnych i zamożnych weneckich rodzin….

Opinie o ebooku Nic oprócz milczenia - Magdalena Knedler

Fragment ebooka Nic oprócz milczenia - Magdalena Knedler

Copyright © Magdalena Knedler-Zając, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Kamila Markowska / panbook.pl

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Projekt typograficzny i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografia na okładce: lenaer/Shutterstock.com

muratart/Shutterstock.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2016

eISBN 978-83-7976-521-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Część I

Dopóki fasada domu robi spektakularne wrażenie, nikt nie przejmuje się tym, jak budynek wygląda od podwórka.

Peter Ackroyd

Chodzenie po Wenecji jest zawsze wzdychaniem, wznoszeniem się i opadaniem po niezliczonych mostkach. Ale kiedy się staje nad brzegiem obszaru morskiego, nie wzdycha się wtedy, lecz oddycha pełną piersią. I czy mam to wyznać? Chciałoby się czasami wyzwolić. Domy Wenecji biegną za nami jak goniące nas kościotrupy – i chcielibyśmy uciec od śmierci do życia, od miasta do morza. Naprawdę to miasto nie żyje.

Jarosław Iwaszkiewicz

11 czerwca 1940

Hawr

FrachtowiecNiobe

Czuł, że coś się wydarzy. Intuicja nigdy dotąd go nie zawiodła. Wyszedł na górny pokład i spojrzał w niebo. Zauważył kilka smug, niby nic specjalnego. Była przecież wojna. Obrócił się wokół własnej osi. Zobaczył to, co widywał ostatnio przez cały czas. Dym. Czerwonawą łunę. Okaleczonych ludzi, którzy wciąż żyli, choć ich spojrzenia były martwe. Tu i ówdzie szczątki… czegoś. Lub kogoś. Dwaj marynarze rozmawiali na pokładzie. Oczywiście o ewakuacji. Federico Capelli miał dosyć tego tematu, choć wstydził się głośno o tym mówić. Usłyszał śmiech. Spojrzał w kierunku źródła dźwięku. To marynarz się śmiał. A później zapalił papierosa. Czy on był przy zdrowych zmysłach? Czy widział, co się działo? Czy też miał to przeczucie?

Nie, nie miał. Federico Capelli zbiegł pod pokład. W jego wypadku to już nie było przeczucie, tylko pewność. Coś się wydarzy. Wszystko wokół pulsowało, jak gdyby miało za chwilę eksplodować. Wybuch zresztą nikogo by nie zdziwił. Federico wpadł do swojej kajuty i wysunął spod łóżka obraz. Otworzył szafkę i wśród bielizny odnalazł mały aksamitny woreczek. Były tam. Trzy.

Wysypał je na dłoń, po czym obrócił obraz i wetknął kamyki w wydrążone w drewnie, głębokie otwory. Poczuł drżenie pod stopami. To już. Działo się. Po plecach spłynęła mu struga zimnego potu. W pośpiechu posmarował kołki klejem i zatkał nimi otwory. Rzucały się w oczy. Nie miał wcześniej czasu, by dobrze się do tego przygotować. Pomyślał, że później będzie musiał przetrzeć ramę papierem ściernym i pomalować ją.

Drżenie pod stopami nasiliło się.

„Później”. O ile w ogóle będzie jakieś później.

Federico zawinął swój niedokończony obraz w stare prześcieradło i wybiegł z kajuty. Teraz to już nie było drżenie. Usłyszał huk i wszystko zaczęło się trząść. Mężczyzna zachwiał się na schodach. Miał wrażenie, że ściany przewracają się na niego i… Nie, nie miał wrażenia. Ściany naprawdę się przewracały. Niobe sypała się jak domek z kart.

Niobe dostała.

Wiedział, że dostanie.

Nie pamiętał, co było później. Jak wydostał się ze statku. Kiedy jego mózg ponownie zaczął odbierać bodźce, kiedy Federico na powrót zaczął widzieć i słyszeć, nie było już Niobe. Pozostał tylko ogień. Dym i czerwona łuna, do widoku których już się przyzwyczaił. I krzyk. Płacz. Wzrok ludzi zbitych w ciasną gromadkę. Martwy wzrok. Federico również był wśród nich.

Nienawidził tej wojny. Wszystko mu zabrała. Naiwność, nadzieję i spokojne sny.

Został mu tylko ten obraz.

11 czerwca 1990

Laguna Wenecka

Zamierzali ją spalić. Kiedy przekroczyła próg, od razu zobaczyła stos. To taka zabawa, mówili. Rytuał. A zatem co, w gruncie rzeczy? Nie potrafili tego jednoznacznie określić. „Koniec karnawału”, rzucił wreszcie ktoś i głośno się roześmiał. Była tu jedyną kobietą, nie licząc wielkiej szmacianej kukły, również płci żeńskiej. Zamierzali ją spalić – tak powiedzieli. Zgodnie z pradawnym zwyczajem. Mówili prawdę. Rzeczywiście chodziło o pradawny zwyczaj. A jednak nie o ten lokalny, wenecki, związany ze spaleniem kukły na znak zakończenia karnawału. Chodziło im o czary. O urok. Ilu ich było? Rozejrzała się, żałosna w swej bezradności. Czterech. Tak niewielu. Tak wielu. Nie zostanie po niej nawet ślad. Prochy położą się srebrzystym pyłem na zielonych wodach laguny. Nie miała pojęcia, dlaczego do głowy przyszło jej to poetyckie sformułowanie. Przecież od metafory zawsze wolała konkret.

Kiedy po raz pierwszy przypłynęła na wyspę, pomyślała, że była za stara do tej roboty. A przecież miała wtedy zaledwie trzydzieści pięć lat. Od tamtego czasu minęła cała dekada. Nadal nie mogła odpuścić sobie tej zabawy. Ale teraz pewnie… wreszcie będzie musiała.

Ponownie spojrzała na czterech mężczyzn, których dobrze znała. Nie ukrywali już, w jakim celu ją tu sprowadzili, i nie udawali, że zamierzają spalić na stosie szmacianą kukłę. Jeden z nich sięgnął do skrzyni. Wyjął suknię, piękną. Powiedzieli, by ją włożyła, a kiedy zapytała, gdzie powinna się przebrać, tylko się śmiali. Zaczęła zatem rozpinać swoją własną sukienkę, zbyt krótką i zbyt obcisłą. Patrzyli. On również. Chłopak z sąsiedztwa. Śledził każdy jej ruch. Kiedy była zupełnie naga, wstał.

„Najpierw się zabawimy”, zdecydował.

Przełknęła ślinę. Znowu się śmiali. Spodobał im się ten pomysł.

„Ja pierwszy”, powiedział. Zacisnął na jej ramieniu swoje kościste palce. Szli długim korytarzem, a później schodami w dół. Nie wiedziała dokąd. Wreszcie dotarli do jakiegoś pomieszczenia, małego i niskiego. Gdyby nie znajdowali się w Wenecji, pomyślałaby, że to piwnica. Drżała z zimna i ze strachu. Podszedł do niej. W dłoni trzymał wąski pasek.

„Powiem im, że się opierałaś. Że mnie zdenerwowałaś i nie wytrzymałem. Tak będzie dla ciebie lepiej”.

Nie włożył nawet rękawiczek. To było dziwne uczucie. Ulga pomieszana ze strachem, że to już. Ale przynajmniej nie trzeba będzie umierać w płomieniach, pomyślała. Nie potrafiła nawet wyobrazić sobie tego bólu. Wyprostowała się. Z początku była uległa, ale kiedy zabrakło jej tchu, zaczęła się szarpać. Na szczęście to nie trwało długo. Pomyślała jeszcze o obrazie, o którym nikomu nie powiedziała. Malowidle marynarza, powstałym bez wyraźnej inspiracji. Milczała. Może powinna wyjawić prawdę? Temu mężczyźnie, który właśnie pozbawiał ją życia?

Cholerny obraz. Że też dopiero teraz na to wpadła. W pieprzoną rocznicę. I dlaczego właściwie bawiła się w tajemnice, w jakieś chore suspensy? Tamta kobieta wciąż czekała po drugiej stronie laguny.

Trzeba było jej powiedzieć, że chodzi o obraz.

Trzeba mu powiedzieć, że zawsze chodziło…

Milczała nadal. Zapadła ciemność.

***

Chłopak widział swojego ojca wyraźnie. Patrzył, jak go wlekli, a później pchnęli na środek pomieszczenia z kolumnami. Nie, to nie było pomieszczenie. Raczej główne wejście, przestronny hall, w którym bogaci ludzie oczekiwali swoich gości i wypatrywali łodzi sunących po wodach laguny. Kazali mu uklęknąć. Krzyczeli. Że to zrobił, choć przecież się umówili. Miał się tylko zabawić, a później przekazać ją następnemu. A jeszcze później finał – zaplanowany w najdrobniejszych szczegółach, doskonały. On sam przecież uparł się na to miejsce, mimo że wyspa należała do kogoś innego. I dobrze wybrał, miał rację. Ale w gruncie rzeczy był nikim. Śmieciem, jakich wielu. Nie powinni mu pozwolić się panoszyć, nie powinni dopuścić, by poczuł się ważny. Nie był ważny, nawet jeśli to on ich do tego namówił i tak sprytnie wszystko obmyślił. Bo kiedy przyszło co do czego, zmiękł. Tacy jak on zawsze miękli. Nie potrafili zachować zimnej krwi. A przecież powinien mieć to w genach, zdać się na intuicję. W Wenecji uciszanie ludzi doprowadzono do perfekcji. Sekrety i tajemnice były częścią składową życia każdej rodziny. Śmieć powinien to wiedzieć.

Chłopak stał tuż obok i patrzył na ojca. Był blisko, wystarczyło tylko… Ale nie, oni mówili coś jeszcze. Że ją udusił, a miał się tylko zabawić. Tak powiedzieli. Udusił. Miał się zabawić. I teraz za to zapłaci. Chłopak patrzył, jak jeden z trzech mężczyzn podpala stos, a pozostali dwaj związują ojca i później ciągną go w stronę płomieni.

Dlaczego się nie bronił? Dlaczego nie krzyczał? I tak po prostu dał się tam zawlec?

Chłopak zacisnął dłonie w piąstki. Nic nie mógł zrobić. Pragnienie, by zachować własne życie, wydało mu się zupełnie nie na miejscu. A jednak powiedzieli przecież, że… udusił ją! Chłopak spojrzał na mężczyznę, który wtaszczył do sali z kolumnami ciało nagiej kobiety.

Znał ją.

„Niech się zjarają razem!”, czyjś głos odbił się echem od kamiennych ścian.

Mężczyźni wrzucili w płomienie ciało kobiety. Później wepchnęli w ogień także ojca. Chłopak zacisnął powieki, kiedy usłyszał jego wrzask. Wetknął sobie pięść w usta, by samemu nie zacząć krzyczeć. Nie mógł uciec. Kiedy postanowił śledzić mężczyzn aż do wyspy Foscarich, wiedział, że do domu będzie w stanie wypłynąć stąd dopiero nad ranem. Jak zawsze. Dobrze ukrył swoją łódź, znał tu każdy kąt. Ojciec nigdy się o tym nie dowiedział. Ale on sam również znakomicie poznał wyspę. A teraz wrzeszczał, wrzeszczał coraz głośniej, przeraźliwie, zwierzęco. I nagle przestał. Wrzask urwał się, jak ucięty nożem. Chłopak skulił się i przełknął łzy.

Nic nie mógł zrobić. Milczał.

2015, Wenecja

Chodziło mu o papiery. Przecież matka powiedziała, że ukryła je w willi Foscarich. Kłamała? Po co? Żeby komuś zaimponować? Tak, to było możliwe. Ale jeśli nie kłamała i papiery istniały, prawdopodobnie stanowiły dowód.

Oczywiście z początku myślał wyłącznie o tamtych mężczyznach, nie o papierach. O zemście. Eliminacji. Zastanawiał się, czy jeden z nich wtedy, przed laty, skłamał. Chciał dowiedzieć się prawdy. Obserwował go, śledził, po cichu utrudniał życie. Zemsta zaczęła się dokonywać bardzo wcześnie, jeszcze zanim ustalił, czy była konieczna. Nadal niczego nie wiedział na pewno, ale zyskał nad tamtym przewagę. Wygrał bitwę.

I przegrał sam ze sobą. Uświadomił sobie kilka rzeczy przez te wszystkie lata.

Stracił mnóstwo czasu. Szukał czegoś, co nie istniało.

Albo też ktoś znalazł to przed nim.

Rozdział 1

Komisarz Antonio Valli wyłączył komputer i złożył papiery w równy stos. Chwycił paczkę papierosów, wyciągnął jednego, po czym wsunął go sobie między zęby. Obrócił głowę i spojrzał w okno, na czarny prostokąt nieba. Zobaczył w szybie swoje odbicie. Nie lubił go. Valli wstał z krzesła i zdjął z wieszaka płaszcz, który zarzucił na ramię. Sięgnął po kopie dokumentów, włożył je do szuflady i przekręcił klucz w zamku. Po chwili był już na korytarzu. Komenda świeciła pustkami. Jedynie dyżurny policjant przysypiał przy swoim biurku, z głową opartą na łokciach. Valli wydobył z kieszeni zapalniczkę i kiedy znalazł się na dworze, odpalił papierosa. Drgnął na dźwięk dzwonka swojego telefonu. Zerknął na wyświetlacz.

– Si? – rzucił.

Wciąż nie miał pojęcia, dlaczego Stefano, młody policjant z wydziału śledczego, usiłował się z nim zaprzyjaźnić. Valli widział w chłopaku pewne podobieństwo do swojego syna. Dzisiaj Ture pewnie tak by wyglądał, a może nawet… Komisarz potrząsnął głową. To nie był dobry moment.

– Co mówiłeś? Przepraszam, zamyśliłem się.

– Pytałem, czy szef to zrobił.

No tak, oczywiście. Stefano pytał o akta, które Valli wygrzebał z archiwum i nad którymi ślęczał po godzinach, na pozór zupełnie bez sensu. Nikt nie wiedział o jego „pasji” do zagłębiania się w sprawy zwane insabbiatura. Pogrzebane. Nikt poza Stefanem. Ale nawet jemu Valli obiecał, że da spokój z tamtym topielcem sprzed roku. Może faktycznie miał obsesję i to był zwykły wypadek? Może ona była niewinna? I tak przecież Valli nieco uprzykrzył jej życie. Powinien sobie odpuścić. Pomyślał o papierach, które teraz spoczywały w szufladzie.

– Tak – skłamał.

Odniósł akta do archiwum, ale wcześniej je skopiował. Na wszelki wypadek. Stefano po drugiej stronie chrząknął.

– Czyli nie muszę już się koło niej kręcić?

– Za często to się znowu nie kręciłeś – zauważył zgryźliwie komisarz. – Raz na tydzień.

– Co cztery dni – uściślił Stefano.

– Nie zmuszałem cię. To był wolontariat.

– Wiem. W takim razie jeszcze szefowi powiem, że ma nową lokatorkę. Ale nic podejrzanego się nie dzieje.

– W porządku.

Valli pożegnał się i rozłączył. Stefano go zaintrygował, ale komisarz nie zamierzał drążyć tematu. Ruszył Riva degli Schiavoni w stronę San Marco, a później przez San Polo, aż do Santa Croce. W jego mieszkaniu na Corte Case Nuove było pusto, jak zawsze. Valli zjadł kanapkę i na chybił trafił wybrał jedną z powieści o przygodach Ture Sventona. Postanowił, że tego wieczoru żadna insabbiatura nie zakłóci mu lektury.

***

Nie wiedziała, co było pierwsze. Dźwięk syren czy hasło acqua alta, które wykrzyczał ktoś tuż pod jej oknem. Zegar wskazywał szóstą, a w pokoju panował półmrok. Być może wciąż śniła? Zdecydowanie wolałaby śnić. Poczuła, że na powrót ogarnia ją senność. Przymknęła ciężkie powieki, lecz dźwięki nie ucichły. Syreny piszczały i Anna pomyślała, że w ich melodii było coś złowieszczego, ale i przejmująco smutnego zarazem.

– Acqua alta! – usłyszała znowu.

Ktoś uderzył wiosłem w okienną szybę. I wtedy Anna wszystko zrozumiała. Oderwała głowę od poduszki i wyskoczyła spod kołdry. Jej stopy od razu zanurzyły się w lodowatej wodzie. Acqua alta. Oczywiście! Anna w popłochu wyłowiła kilka dryfujących książek i gazet, po czym rzuciła je na stolik. Ruszyła w stronę drzwi. Na korytarzu zderzyła się z Lucrezią, która z dwiema parami kaloszy pod pachą zeskoczyła ze schodów. Ona również miała na sobie tylko piżamę, teraz całkiem już przemoczoną.

Aqua alta. Wysoka woda.

– Metr sześćdziesiąt. Przelewa się przez blokadę w drzwiach – wysapała Lucrezia, podając Annie kalosze. – Szybko, trzeba przenieść jak najwięcej towaru na górę. No dalej, Anna! Avanti!

Avanti… Łatwo powiedzieć. Zimna woda i wiatr z kanału, który zdawał się przenikać przez cegły i drewniane okiennice, sprawiły, że Anna obudziła się na dobre, a mimo to poruszała się powoli, sparaliżowana panującym wokół chaosem. Jej ręce opadły bezradnie wzdłuż ciała. Spojrzała na nie i zamrugała. Wciąż trzymała w dłoniach kalosze, które dała jej Lucrezia. Musiała wziąć się w garść i to szybko. Wszystko tutaj było przecież prawdziwe – chłód, dźwięk świszczących syren i krzyki za oknem, powielone przez echo. Prawdziwa była Lucrezia w mokrej piżamie i jej sine, drżące z zimna wargi. I wreszcie acqua alta. Wysoka woda również była do bólu prawdziwa.

– Anna, avanti! Pomóż mi!

Zachrypnięty głos Lucrezii również należał do tej samej rzeczywistości. Anna spojrzała na nią tak, jak gdyby zobaczyły się po raz pierwszy w życiu. W głosie wenecjanki nie usłyszała paniki, ale zupełnie coś innego. Determinację i wolę walki splecioną z przekonaniem, że przecież to wszystko musiało się prędzej czy później wydarzyć. Wydarzyło się już bowiem dawniej, nie raz, a ludzie przetrwali i Wenecja nie umarła. Tylko obcy, podobni do Anny turyści, którzy oglądają miasto tak, jak się ogląda muzealny eksponat, nie wiedzieli, co zabiera acqua alta. Co niszczy i co należy odbudować, kiedy obeschną podłogi i chodniki. Lucrezia wiedziała. Do przepastnej torby wrzucała przedmioty twarde i odporne na zniszczenia, do kartonu zaś kruche, szklane bibeloty. Biegła z tym później na piętro i po chwili wracała, by zacząć cały proces od nowa.

Anna wreszcie się ruszyła. Włożyła kalosze, które sięgały jej powyżej kolan, i rzuciła się na ratunek książkom. Wyłowiła z wody Prousta i Manna, album z reprodukcjami Kokoschki, zabytkowy słownik angielsko-łaciński i sonety Szekspira. Później nie patrzyła już na tytuły, złapała rytm i sama biegała na piętro z przepastną torbą na ramieniu i kartonem w dłoniach. Część przedmiotów zostawiły na parterze, ustawiwszy je wcześniej na najwyższych półkach. Kiedy antykwariat wreszcie opustoszał, wpatrzyła się w wodę przelewającą się przez blokadę przeciwpowodziową w drzwiach. Zapora mierzyła niewiele ponad pół metra. Lucrezia oparła się o ścianę i zapaliła papierosa, choć ręce miała tak zesztywniałe z zimna, że ledwie zdołała go utrzymać.

– Cholera – zaklęła po angielsku. – Nie mam worków.

– Worków?

– Z piaskiem.

Spojrzenie Lucrezii pobiegło za spojrzeniem Anny. Włoszka zaciągnęła się mocno papierosem i wychrypiała:

– Pół metra to normalka. Co roku tak podlewa, zazwyczaj nawet trochę więcej. Idzie się przyzwyczaić. Ale to… – Lucrezia wypuściła z płuc dym i przymknęła oczy. – Trzy lata temu zalało na metr czterdzieści, a w dwa tysiące ósmym na metr sześćdziesiąt. Wtedy wszyscy zrzędzili, że to najgorsza powódź od tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego. No i proszę. Następna! Zdarza się coraz częściej.

Cyfry, daty, woda. Anna poczuła przypływ dziwnego smutku. Pomyślała, że im obu przydałaby się gorąca herbata, ale wtedy właśnie jej wzrok zarejestrował kolejny szczegół. W drżącej dłoni Lucrezia trzymała latarkę, a wokół wciąż panował półmrok. Nie było prądu. A jednak kuchenka gazowa w kuchni Lucrezii musiała działać, uznała Anna, i ruszyła w kierunku schodów. Była gotowa rozpalić ognisko na dachu, byle tylko zaparzyć jakoś tę nieszczęsną herbatę, rozgrzać się i pomyśleć, co dalej. Brnęła po kolana w wodzie, a zbyt duże kalosze zsuwały jej się ze stóp. W korytarzu zatrzymała się i przez chwilę obserwowała grę mdłego światła na zielonkawej tafli. Tutaj, w Wenecji, wszystko było niezwykłe i piękne, nawet powódź. Annie zrobiło się przykro, że tak właśnie pomyślała, ale refleksja zdawała się wyjątkowo nachalna. Teraz Wenecja też była piękna, piękniejsza nawet niż zazwyczaj, bezbronna i świadoma swojego losu, krucha i silna jednocześnie, balansująca na granicy życia i śmierci. Panująca nad wodami laguny i uzależniona od ich kaprysów. Zbudowana na paradoksach. Anna zmarszczyła brwi i wyrzuciła z głowy bezsensowną myśl o gorącej herbacie. Herbata była przyziemna i nie pasowała do tej chwili. Przez warstwę znanych już i oswojonych dźwięków przebił się nowy, wysoki i ostry. Anna zastygła w bezruchu. Co to było? Nadstawiła uszu. Pisk? Nie, nie pisk. Płacz? Tak, ten dźwięk przypominał płacz. A jednak nie, nie do końca. Co zatem?

Ruszyła w kierunku wyjścia. Drzwi z korytarza otwierały się wprost na kanał. Nie było tutaj nawet chodnika, tylko trzy śliskie marmurowe stopnie i pal, do którego Lucrezia przywiązywała łódkę. Kiedy świeciło słońce, na schodkach często przysiadały koty, które przychodziły nie wiadomo skąd, wygrzewały się na ciepłych kamieniach i miauczały, dopraszając się o miseczkę mleka lub… Miauczały! Właśnie! Anna już wiedziała, co to za dźwięk. Dobrnęła do drzwi, pociągnęła za klamkę i wychyliła się ponad zaporą przeciwpowodziową. Od strony kanału, o dziwo, poziom wody nie był tak wysoki, jak od strony calle, jednak trzy marmurowe schodki zniknęły zupełnie w zielonych odmętach. Gdzie ten kot? Kręciła głową w prawo i w lewo, ale nigdzie go nie widziała. Miauczenie natomiast wyraźnie się nasiliło i z minuty na minutę stawało się coraz bardziej żałosne.

– Kici, kici! – zawołała i prawie się roześmiała. Czy weneckie koty rozumieją polskie „kici, kici”?

Wiedziona nagłym impulsem spojrzała w górę. Bingo! Tylko co z tego? Kot tkwił tuż nad jej głową, musiał wdrapać się po framudze i siedział teraz na niewielkiej rzeźbie lwa, która zdobiła fasadę domu Lucrezii. Anna wyraźnie widziała, jak zwierz usiłuje wbić pazurki w marmur. Mały futrzak rozpaczliwie wczepiony w swojego kamiennego kuzyna… To nie był nawet jeszcze kot, ale drobna, drżąca kulka z wytrzeszczonymi ślepiami.

– Jak tam wlazłeś, smarkaczu? – mruknęła pod nosem, nie zastanawiając się już nad tym, czy weneckie koty rozumieją język polski. Albo szwedzki.

Przeskoczyła przez zaporę i ostrożnie postawiła stopy na ostatnim schodku. Wyciągnęła ramiona w górę, ale szybko zdała sobie sprawę, że ta próba wypadła żałośnie. Nie miała szansy dosięgnąć kotka. Niewiele myśląc, zrzuciła kalosze, które krępowały jej ruchy, uczepiła się framugi i stanęła na zaporze. Drewno zaskrzypiało pod jej bosymi stopami. Jeśli blokada puści, Lucrezia z pewnością zemści się w sposób okrutny i wymyślny. Nad tym jednak można było zastanowić się później. Teraz liczył się tylko… Anna zerknęła w górę i napotkała uważne spojrzenie zielonych oczu. Co ona właściwie wyprawiała? Ratowała jakiegoś bezpańskiego kota, odziana w mokrą piżamę, na boso, przemarznięta, zmęczona i głodna. Tak, to był z pewnością znakomity pomysł na spędzenie poranka w Wenecji, nie ma co! A jednak, skoro powiedziało się „a”… Anna napięła mięśnie i podciągnęła się. Na całe szczęście, framuga była szeroka i mogła się jej porządnie uchwycić. Wspięła się na palce i wyciągnęła dłoń w stronę kotka. Dzieliła ich teraz odległość jakichś dwudziestu centymetrów. Gdyby futrzak skoczył, a ona utrzymała równowagę…

Gdyby. Właśnie. Anna drgnęła, a jej stopy ześliznęły się z zapory. Wisiała przez kilka sekund uczepiona jedną ręką wilgotnej framugi, wiedziała jednak, że długo tak nie wytrzyma. Słyszała szum wody, miauczenie kota, jazgot swoich własnych myśli, które tłoczyły się pod kopułą czaszki. I wreszcie spadła. Przez chwilę czuła się lekka jak piórko, zupełnie wolna, bez żadnych ograniczeń i żadnego oparcia. Tylko ona i pęd zimnego powietrza. Stanowczo za krótko to trwało. Kiedy zderzyła się z lodowatą wodą, miała wrażenie, że ktoś wbija w jej ciało miliony ostrych igieł, a wokół klatki piersiowej zawiązuje ciasny supeł. „Przecież umiem pływać”, pomyślała jeszcze, zanim obraz przed jej oczami pokrył się w całości ciemną zielenią.

Skąd padało światło? Anna osłoniła dłonią oczy i uniosła się na łokciu. Syknęła z bólu. Czuła zawroty głowy, mdłości i dziwnie mrowienie w okolicy lewego biodra. Ale… Skąd padało światło?

– Nie gap się w żarówkę, bo jeszcze dodatkowo oślepniesz. Do dupy z taką lokatorką!

Anna spróbowała usiąść, ale zawroty głowy okazały się zbyt silne. Spojrzała na swoje dłonie ginące w czerwonych rękawach i nogi przykryte kocem. Nie miała już na sobie przemoczonej piżamy, choć nadal była bardzo zziębnięta. Lucrezia podała jej kubek z parującą kawą. Oczywiście białą, jak przystało na godziny poranne. Espresso wenecjanka była w stanie przełknąć dopiero po dwunastej. Anna objęła kubek dłońmi i poczuła błogie ciepło. Pociągnęła nosem. Nie wiedziała, dlaczego nagle w jej oczach stanęły łzy. I skąd padało to cholerne światło?

– Co ty? Ryczysz? – przestraszyła się Lucrezia. – Daj to, bo się oblejesz.

– Nie chcę – mruknęła Anna, mocniej zaciskając palce na kubku.

– Czego nie chcesz?

– Oddać ci kawy.

Włoszka zamarła, po czym bezradnie opadła na krzesło. Anna zaczęła siorbać kawę małymi łykami. Wciąż zastanawiało ją światło i raz po raz zerkała w kierunku zwisającego z sufitu żyrandola. Niby normalna sytuacja, żarówki te, co zwykle, ale przecież…

– Skąd wzięłaś prąd? – nie wytrzymała w końcu.

Lucrezia prychnęła z pogardą i zaczęła wyrzucać z siebie słowa. Pewnie był to jakiś konkretny komunikat, ale znacznie ciekawsza wydawała się sama intonacja i akcent. Lucrezia brzmiała jak Sophia Loren. Anna uwielbiała jej słuchać. Miała też swoje ulubione „Lucreziowe” zwroty, jak na przykład „seriously”, które przypominało „sirjesli” z mocnym „r”.

– Anna? Ty chyba oberwałaś mocniej, niż mi się zdawało.

– Hm? – Anna otrząsnęła się i dopiła resztę kawy.

– Mówiłam, że gdyby w Wenecji podczas każdej powodzi wysiadał prąd, to przez dwie trzecie roku wszyscy siedzielibyśmy przy świeczkach i rozpalali ogniska. Mamy swoje sposoby.

– Aha.

– Dobrze się czujesz? Rąbnęłaś biodrem o pal, do którego przywiązujemy łódkę. Ale może coś stało się też z twoją głową? Pokaż no… Nie mrugaj! – Lucrezia złapała Annę pod brodę i zajrzała jej w oczy. – No nie wiem, nie znam się. Wezwałam lekarza, ale coś go długo nie ma. Może próbuje dotrzeć tu wpław?

Anna parsknęła krótkim śmiechem, ale natychmiast spoważniała. Lekarz? O nie, nie… Podjęła kolejną desperacką próbę i wreszcie udało jej się usiąść. Zawroty głowy nie ustały. Czy uderzyła się w głowę? Może faktycznie. I co stało się z kotem?

– Nie chcę lekarza.

– Niewiele mnie to obchodzi.

– Ale…

– Jak mi tu później wykitujesz z powodu obrażeń wewnętrznych, będę musiała zamknąć antykwariat i łazić na durne przesłuchania! O nie, dziękuję bardzo. Co ty? Boisz się białego kitla?

– Trochę. Co z kotem?

Lucrezia pacnęła się w czoło.

– Czy wy w tej Szwecji wszyscy rzucacie się na ratunek bezpańskim kotom? Wiesz, ile ich jest w Wenecji? Gdybyś chciała uratować każdego, musiałabyś zorganizować większą grupę. Najlepiej pod wezwaniem jakiegoś świętego. Który tam był od zwierząt? Daniel siedział w jaskini z lwami, ale…

– Co z kotem? – powtórzyła Anna z naciskiem.

Włoszka na powrót uniosła się z krzesła i usiadła na brzegu sofy. Teraz i ona spoważniała. Poprawiła na Annie koc i wyjęła jej z rąk pusty kubek.

– Kim ty jesteś, co?

Kim jest? Kim była? Dobre pytanie. Lucrezia zadała je Annie trzy razy. Szóstego stycznia, w dniu, w którym się poznały, dwa tygodnie później i teraz. Odpowiedź zawsze brzmiała tak samo. „Jestem szwedzką renowatorką mebli”. Wenecjanka kiwała głową, ale musiała wiedzieć, że to nieprawda, a przynajmniej nie cała. Anna nie miała pojęcia, co jeszcze mogłaby dodać. Czy powinna była opowiedzieć jej o swojej rodzinie? O toksycznej matce z Helu, siostrze oskarżonej o morderstwo, przeciwko której wciąż toczyło się postępowanie, o mężu, którego otruto, o kochanku, którego zostawiła w Ystad, o Lempi, o Lajonie? Lajon. On powinien tutaj przyjechać. Zrobiłby piękne zdjęcia, uwieczniłby tę powódź, zatrzymał Wenecję w kadrze, tak jak robił to dawniej, kiedy świeciło słońce i przez miasto można było przejść suchą stopą. Kim była Anna? Dopiero tutaj właśnie uznała, że nie wie. Kiedy wyrwała się z kontekstu, odseparowała od przestrzeni, która ją definiowała, i od ludzi, z którymi łączyły ją bliskie relacje. Tutaj była nikim. Była samotnym kotem uczepionym starego marmuru, wpatrzonym w rwący potok. Uniosła dłonie do oczu.

– Znowu ryczysz? Przecież ten kot żyje! Tam jest.

Anna odetchnęła i przycisnęła piąstkami powieki. „Nie becz”. Sama powtarzała to sobie setki razy. Była żałosna, słaba i głupia. Tutaj przecież miała się odnaleźć, odpocząć, odkryć swoją własną Wenecję, a nie rozsypać się na dobre. Rzeczywiście, nie wszystko da się przewidzieć.

– O, lekarz. Trzymaj to, wytrzyj sobie chociaż nos. Zachowajmy pozory. Niestety, jest bardzo przystojny. A! Buongiorno!

Lekarz rzeczywiście był bardzo przystojny, a przynajmniej wywołał oszałamiające pierwsze wrażenie, kiedy wtoczył się do domu Lucrezii w ortalionowej kurtce, kaloszach sięgających ud i… bokserkach. Antykwariuszka zamarła ze swoim „buongiorno” na ustach, a Anna zaczęłaby się pewnie szaleńczo śmiać, gdyby nie to, że kot, któremu bohatersko uratowała życie, wbił jej właśnie pazury w kolano. Zamiast więc się śmiać, zawyła z bólu, po czym spróbowała – mimo wszystko jak najdelikatniej – odkleić od siebie małego zwierza. Wycie Anny z kolei skutecznie odblokowało Lucrezię, która powtórzyła swoje bezsensowne „buongiorno” i zamachała rękoma, co miało chyba oznaczać zaproszenie. Doktor w bokserkach i gumiakach dzielnie pokonał korytarz. Na progu pokoju zrzucił buty, wszedł do środka na boso i poczłapał w kierunku Anny, zostawiając na wilgotnej podłodze, z której tak niedawno Lucrezia usuwała wodę, ślady nieco przydużych stóp.

– Panie wybaczą mój niezbyt wyjściowy strój – rzekł z galanterią i otworzył swoją skórzaną torbę, z której zaczął wyłuskiwać dziwne przedmioty. Stetoskop, małą latarkę, młoteczek…

Anna wzruszyła ramionami. Widać cała ta skomplikowana aparatura była mu do czegoś potrzebna. Medyk opróżnił wreszcie zawartość torby, przysiadł na sofie i kazał jej się położyć. Zrobiła to niechętnie. Kiedy leżała, mocniej kręciło jej się w głowie i bardziej bolały ją plecy. A raczej biodro. Chyba. Musiała naprawdę mocno uderzyć o ten pal.

– Mój niezbyt, hm, reprezentacyjny strój wymusiły szczególne okoliczności. Otóż… Proszę patrzeć w bok, a teraz wodzić wzrokiem za moim palcem. Nie, nie wyrwała mnie pani z łóżka, miałem nocny dyżur w szpitalu, ale, widzi pani, tak się niefortunnie złożyło, że przyszedłem do pracy na piechotę.

Lekarz uczył się angielskiego, czytając chyba powieści Jane Austen, bo przemawiał jak reprezentant dziewiętnastowiecznego gentry. Lucrezia chrząknęła.

– Ale powódź… – wtrąciła nieśmiało.

– Tak, zaiste! Nie spodziewałem się rano powodzi, choć wiem, że zawsze…

– …powinien się pan spodziewać powodzi – dokończyła gładko.

– Właśnie. Dziękuję, signorinaDoldano. A jednak… Tutaj boli? Dobrze, a tutaj? W porządku. No więc wyszedłem z pracy, a tu ta powódź. Doprawdy! Koleżanka zaoferowała się wziąć mnie na pokład swojej łodzi, a później zadzwoniła signorina Doldano. Koleżanka od łodzi zaproponowała więc, że podrzuci mnie tutaj, ale po drodze zrobiło się zamieszanie w jednym z kanałów. Jakiemuś panu odpadł tynk z fasady, a także część parapetu i jedno skrzydło okiennicy. No! To przecież nic wielkiego, prawda? Ale ludzie krzyczeli, że jak się remontów nie robi, to tak później jest. Nie mogliśmy tamtędy płynąć, trzeba by naokoło, a ja uznałem, że szybciej będzie, jeśli przyjdę od strony calle. Wskoczyłem do wody. Sięgała mi prawie do bioder, więc od koleżanki pożyczyłem te oto kalosze. Niewiele myśląc, zrzuciłem mokre dżinsy, nałożyłem buty i już po chwili znalazłem się u pań.

– Aha – zauważyła niemrawo Lucrezia, chyba zadowolona, że wreszcie pojawiła się szansa na jakieś konkrety.

– Tak. – Lekarz zrobił bardzo mądrą minę. – Biodro wygląda fatalnie, siniak wielki jak patelnia. Musi pani pojechać do szpitala, zrobimy rentgen, a przy okazji tomograf głowy, na wszelki wypadek, skoro zawroty…

Z monologu medyka Anna wyciągnęła kilka wniosków. Pierwszy i najogólniejszy dotyczył tego, że mieszkańcy Wenecji są lekko nienormalni, skoro z własnej woli mieszkają pod wodą przez dwie trzecie roku. I jeszcze uważają odpadające parapety i okiennice za „nic takiego”. Drugi – że chyba kiepsko tu z karetkami, skoro lekarz musiał dostać się do nich na pokładzie prywatnej łodzi, w dodatku nie swojej, a później ganiać piechotą po calle w samych gatkach. Trzeci – że skoro ów lekarz dał radę włożyć kalosze koleżanki, to dziewczyna musi mieć naprawdę wielkie stopy.

– Czy pani słyszy?

Anna ocknęła się.

– Tak?

– To pytanie czy odpowiedź?

– Nie wiem.

– Ona zawsze tak? – zwrócił się do Lucrezii, zbierając swój majdan.

– Zdarza się.

– Rozumiem. Zróbmy te badania. Już wzywam karetkę.

– Myślałam, że pan przypłynie w karetce – odezwała się Anna słabo i podniosła się z pozycji leżącej.

– A! Nie! Signorina Doldano powiedziała, żeby przysłać do was jakiegoś wolnego lekarza, który akurat nie ma nic lepszego do roboty – odparł ze stoickim spokojem medyk i zatrajkotał po włosku do telefonu.

– Wielkie dzięki – rzuciła Anna do Lucrezii, ale ta tylko machnęła ręką i zniknęła w korytarzu. Po chwili wróciła z dżinsami, skarpetkami i puchową kurtką.

– Lepiej się ubierz, masz na sobie tylko bieliznę i moją czerwoną bluzę. No chyba że zaczniecie kreować wespół z panem doktorkiem jakąś nową, powodziową modę. Acqua alta fashion. A tak w ogóle, to on wcale mi się już nie podoba. Za dużo gada i większość z tego, co mówi, nie ma sensu.

Anna zamierzała powiedzieć, że patologiczny słowotok to chyba przypadłość większości Włochów, ale ugryzła się w język. Uśmiechnęła się, a nawet zachichotała cicho, bo zdała sobie sprawę, że Lucrezia miała rację. Medyk faktycznie już nie wydawał się taki przystojny. Wzrok Anny skupiał się teraz tylko na jego bokserkach – i bynajmniej nie dlatego, żeby człowiek był szczęśliwym posiadaczem ciała Adonisa. Znacznie ciekawsza wydawała się jego bielizna w krasnale. A patrząc na krasnale, Anna przypomniała sobie inne bokserki, bardzo podobne, tyle że w smerfy. Przed jej oczami pojawiła się na ułamek sekundy twarz Lajona, delikatne piegi, brązowe włosy, ostre rysy, jasne oczy… Potrząsnęła głową i sięgnęła po dżinsy. Nie powinna myśleć o Leonie. Był na Tahiti i maile pisał coraz rzadziej. A w Ystad został Ingvar i jeśli już, to właśnie o nim Anna powinna myśleć, choć pewnie zdążył się pozbierać i zająć zwykłym życiem. Każdy zajął się zwykłym życiem i popadł w rutynę. Tak właśnie być powinno. Tylko ona tkwiła w zawieszeniu. Snuła się po weneckich placach i wzdłuż kanałów zupełnie bez celu. Udawała, że tego celu szuka, a przy okazji usiłowała zdefiniować siebie na nowo, po tym wszystkim, co utraciła. Tutaj była zupełnie sama. Zdana na łaskę wody, otoczona duchami Najjaśniejszej i starociami Lucrezii Doldano, u której zamieszkała z dnia na dzień.

Wszystko potoczyło się bardzo szybko. W święto Trzech Króli Anna i Lucrezia wpadły na siebie w niewielkiej uliczce nieopodal Canal Grande. Była szósta rano, Wenecję spowijała mgła, a chłód przenikał do kości. Uliczka wydawała się opustoszała i przeraźliwie cicha. Anna wzdrygnęła się, kiedy po raz pierwszy weszła między stare, przytulone do siebie kamienice. Oddech zamarzał w styczniowym powietrzu, a w oddali majaczyły mury budynku, który dobrze zapamiętała. Przyspieszyła kroku i wkrótce znalazła się u celu. Stanęła przed drzwiami prowadzącymi do pałacu Sofii Stiatesi. Nie potrafiła oszczędzić sobie widoku popielatych murów i okien zwieńczonych ostrymi łukami – a zresztą uznała, że i tak nie zdołałaby omijać tego miejsca z daleka. Należało zmierzyć się z własnym strachem i ze wspomnieniami. Złymi i dobrymi. To właśnie tutaj dowiedziała się o drugim życiu swojego męża i jego intymnej relacji ze znaną śpiewaczką, ale to także w tym miejscu spędziła czas z Lajonem i Lempi, którzy stali się wtedy dla niej bardzo ważni. Od dawnego przyjaciela z Helu i fińskiej gosposi otrzymała największą pomoc. I od Ingvara. A później? Zdecydowała się wyjechać, odciąć od świata, który znała, i zmierzyć z samą sobą. Była jednak słabsza niż sądziła. Widok pałacu Sofii odebrał jej oddech. Stanęła przed wejściem i nerwowymi haustami łapała powietrze. Osunęła się na kolana i spuściła głowę. Nie potrafiła się rozpłakać, choć bardzo tego chciała. Marzyła, by poczuć ulgę.

– Wszystko w porządku? – Lucrezia wyrosła przed nią nagle, wyłoniła się z mgły jak zjawa. – Pomogę pani.

Anna zrozumiała tę prostą wypowiedź, choć przecież nie znała włoskiego. Pozwoliła podnieść się z kolan. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że kurczowo ściskała Lucrezię za łokieć, jak gdyby bała się wypuścić z rąk jedyny punkt zaczepienia. Włoszka uśmiechnęła się i odezwała znowu, tym razem po angielsku:

– Nie jesteś stąd. Turystka?

– Coś w tym stylu.

– Chodź, zrobię ci gorącą kawę. Mieszkam niedaleko. Jestem Lucrezia Doldano.

– Anna Lindholm.

– Szwedka?

– Tak… Szwedka.

Odeszły w kierunku Rialto. Anna rzuciła ostatnie spojrzenie na pałac, Lucrezia zaś niepewnie zerknęła na wodę. I… Tak, Anna mogłaby przysiąc, że Włoszka pobladła.

Lucrezia Doldano prowadziła niewielki antykwariat w dzielnicy San Polo. Annę już od progu zachwyciło nie tylko samo wnętrze, ale i zbiory – meble, obrazy, książki, bibeloty, maski, a nawet biżuteria. Przesunęła dłonią po zabytkowej komodzie.

– Biedermeier?

Lucrezia przyjrzała się jej uważnie.

– Skąd wiesz?

– Jestem renowatorką mebli. Chwilowo na urlopie – odrzekła z nikłym uśmiechem i pochyliła się nad biurkiem wykonanym w stylu kolonialnym, choć z pewnością dużo młodszym.

Lucrezia miała imponujące zbiory, ale panował wśród nich chaos. Dlaczego jej antykwariat mieścił się tutaj, w zaułkach San Polo, a nie gdzieś w pobliżu San Marco?

– Gdzie się zatrzymałaś? W hotelu? Po tej stronie laguny? – zapytała Włoszka, nie spuszczając Anny z oka.

– Na razie na trzy dni, później chyba przeniosę się do Mestre. Chciałabym pozwiedzać, pobyć tutaj, ale w hotelach…

– Wiem, zdzierstwo.

Anna kiwnęła głową i z wdzięcznością przyjęła od Lucrezii filiżankę z kawą. Właściwie mogła sobie pozwolić na hotel w historycznej części Wenecji – zakłady meblarskie w Sztokholmie i Ystad, których była właścicielką, przynosiły niezły zysk – ale czuła się trochę jak darmozjad, kiedy tak prostu spała w codziennie zmienianej pościeli, wracała wieczorami do lśniącego czystością pokoju, jadła idealnie skomponowane posiłki i piła równie doskonałe wino, choć nigdy za nim nie przepadała. W domu, w Ystad, większość obowiązków także wykonywała za nią gospodyni, ale tam przynajmniej Anna „pracowała”. O poranku zasiadała do biurka i wdziewała maskę przedsiębiorczej bizneswoman, dobrej szefowej, mózgu skomplikowanej organizacji i znawczyni branży meblarskiej. Maskę, bo przecież to nie była ona, prawdziwa Anna, która kiedyś, dawno temu, pracowała w policji i należała do zupełnie innego świata.

– Mogę ci wynająć pokój – odezwała się nagle antykwariuszka.

– Słucham? – Anna nie wiedziała, czy przypadkiem się nie przesłyszała.

– Mogę ci wynająć pokój. Wezmę mniej niż płacisz za hotel, a, szczerze mówiąc, przyda mi się niewielki, dodatkowy dochód. Z interesami jest różnie, dom stary, często coś się psuje, ciągle jakieś powodzie. Poza tym prowadzę antykwariat od niedawna. W marcu będzie rok. Nie wszystko jeszcze potrafię ogarnąć, podjęłam kilka złych decyzji…

– Mówiłaś, że to rodzinny biznes – zdziwiła się Anna.

– Tak, ale pierwotnie moja siostra miała go odziedziczyć. Przygotowywała się do tego. Niestety zachorowała i… Długa historia. A ty? Czego szukałaś pod tamtym pałacem? Stoi pusty, kupiła go jakaś śpiewaczka, ale miała chyba wypadek czy coś. I od tamtej pory nikt się jeszcze na niego nie zdecydował. Trzeba mieć forsę, żeby sobie pozwolić na nieruchomość w tej części Wenecji. No? Czego szukałaś?

– Długa historia.

Włoszka uśmiechnęła się i pokiwała głową. Więcej już o tym nie rozmawiały. Pasowały do siebie. Każda nosiła w sobie historię, o której ani nie potrafiła zapomnieć, ani nie chciała mówić. Jeszcze tego samego dnia Anna przeniosła swoje rzeczy z hotelu do domu Lucrezii w San Polo. Zajęła niewielki pokój na parterze, z wykrzywionym przez wilgoć parkietem i oknem wychodzącym na wąski kanał. To miejsce wydało jej się idealne.

Rozdział 2

Lucrezia Doldano myślała o powodzi, antykwariacie i Annie Lindholm. W powietrzu wciąż unosił się zapach kawy, którą jej zrobiła. Był też kot. Lucrezia z niechęcią spojrzała na wychudzoną kulkę, która nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić. Dlaczego Lindholm uratowała kota? W jej zachowaniu było coś dziwnego. Nie dało się do końca zrozumieć tej pokręconej Szwedki. Potrafiła milczeć przez kilka dni z rzędu, snuć się samotnie po Wenecji, gapić w ścianę, czytać książki, w skupieniu pracować w antykwariacie, a później nagle stawała się gadatliwa, radosna, pełna energii, pływała po ryby na targ, polerowała jakieś stare szafki… Kim ona była? To pytanie wciąż dręczyło Lucrezię. Powinna wpisać jej nazwisko do wyszukiwarki. Zerknąć na Facebooka.

Tak postanowiła zrobić. Miała trochę czasu. Anna z pewnością zabłądzi w drodze powrotnej z Ospedale Civile, bo ciągle się gubiła. A przecież pójdzie piechotą. Nie pozwoli się odwieźć, nie wsiądzie też do vaporetto ani nie wezwie taksówki. Lubiła komplikować sobie życie. I coś… było z nią nie tak.

Lucrezia otworzyła laptop. Znalazła w internecie informacje o Annie Lindholm. Dlaczego nie poszukała ich wcześniej? Większość artykułów napisano w języku szwedzkim. Jednak dzięki translatorowi zrozumiała część z nich, choć tłumaczenie pozostawiało wiele do życzenia. Jeden akapit przeczytała trzy razy. I wreszcie zadała sobie samej pytanie.

Czy popełniła błąd?

***

Komisarz Antonio Valli spodziewał się powodzi. Lubił, kiedy pojawiała się acqua alta, i czuł się z tym fatalnie. Starał się nie uśmiechać, kiedy brnął po kolana w wodzie przez Santa Croce. A zresztą – uśmiech komisarza przypominał raczej krzywienie się i należało go traktować umownie. Acqua alta sprawiała, że Valli czuł się w Wenecji mocniej zakotwiczony. Wysoka woda była nieodłączną częścią jego życia tutaj, a zarazem dookreślała to miasto – inne niż wszystkie na świecie. Poza tym podczas powodzi zawsze robiło się ponuro i smutno, co idealnie harmonizowało ze stanem ducha komisarza.

Kiedy wkroczył na swoją ulubioną Riva degli Schiavoni i wbił wzrok w taflę laguny, przez chwilę poczuł się prawie dobrze. Zatrzymał się, wziął głęboki wdech. Zapach Wenecji sprawiał mu przyjemność. I mgła. I ta zielona woda. Widok podtopionych, kawiarnianych stolików. Bezpański kot szukający kawałka kamienia, na którym mógłby przysiąść. Piekarz z Castello ze skrzynką chleba. Para turystów w foliowych ochraniaczach na butach. Zaspany gondolier. Giudecca po drugiej stronie laguny, wyłaniająca się z szarych obłoków, nierzeczywista, o zatartych konturach. Chłód poranka. Valli wiedział, że pod warstwą złotej skorupy Wenecja kryje dość paskudne wnętrze kapryśnej damy. Że panuje tu korupcja, liczą się układy i układziki, a przestępczość zorganizowana kwitnie. A jednak tego poranka wiele zjawisk sprawiało mu przyjemność. Nie chciał jej. Nie zjawił się w Wenecji po to, by szukać przyjemności.

Valli zmarszczył brwi, jak gdyby dobre emocje sprawiały mu ból. Podjął przerwaną wędrówkę w stronę komendy. Pod jesienny wełniany płaszcz włożył tylko koszulkę i przemarzł na kość. Woda wlała mu się do kaloszy. Nie pierwszy raz.

Komisarz ziewnął i nabrał ochoty na drugą kawę, mocniejszą od pierwszej. W nocy niewiele spał. Wrócił na komendę i zajrzał do szuflady. Wyjął teczkę i zabrał ją do domu. A później czytał książkę o przygodach Ture Sventona, na przemian z kopią starych akt. Okłamał Stefana, okłamał siebie. Nie potrafił odpuścić. Podczas lektury wracał wciąż do tych samych punktów.

Dlaczego ten gnojek nigdy nie nauczył się pływać i tak głupio utonął?

Czy w Padwie można było jeszcze coś odkryć na temat jego przeszłości?

Czy chłopak miał coś wspólnego z padewskim kioskarzem, który zaginął trzy lata temu?

Co naprawdę łączyło go z tymi dwiema kobietami? Z jedną, która zachorowała i umarła. I z drugą.

Antykwariuszką?

***

– Podsumowując, wszystko gra! Biodro jest całe. Proszę odpoczywać i uważać na siebie. I dobrze się odżywiać, anemia to nie jest coś, co można lekceważyć. Dobrze, że pobraliśmy krew. Arrivederla!

Anna przez chwilę wpatrywała się tępo w twarz lekarza, który zbadał ją w Ospedale Civile, po czym skinęła głową i wstała z krzesła.

– Czyli nie rąbnęłam się w czaszkę? – upewniła się jeszcze.

– Tylko, za przeproszeniem, w tyłek. – Lekarz uśmiechnął się. Miał szpakowate włosy, jak Vidar. Anna poczuła znajomy ucisk w gardle.

– A te zawroty?

– Zmęczenie, nerwy, no i ten… No… Kiedy próbowała pani zdjąć z futryny tego kota, ręce były długo uniesione nad głową, co mogło również spowodować zawroty. Wielu ludzi tak ma. Moja matka, na przykład, w ogóle nie może wieszać firanek.

Oczywiście. Gdyby Anna od czasu do czasu zajmowała się takimi czynnościami, jak wieszanie firanek, z pewnością również wiedziałaby, czy ma podobny problem. Ale przecież w Ystad firanki zawsze wieszała Lempi.

– A poza tym… – Lekarz również uniósł się z fotela, by odprowadzić pacjentkę do drzwi. – Nic pani nie jadła i od świtu walczyła z wysoką wodą. Chwila! Pani nadal jest na czczo. Może coś przyniosę? Albo zjemy razem?

Odmówiła. Jeszcze tego brakowało, żeby jadła śniadanie w towarzystwie tak podobnego do Vidara lekarza, ubrana w czerwoną bluzę Lucrezii i gumiaki. To nie był dobry czas na randkowanie – wokół szalała powódź, a Anna czuła się jak wrak człowieka, w dodatku niezbyt zdrowy na umyśle. I chyba na ciele, skoro mężczyzna wspomniał o anemii. Kiedyś ktoś już mówił jej o anemii – w Helu, zdaje się, po tym, jak zachorowała na zapalenie płuc i leżała trzy dni w szpitalu. Vidar już wtedy nie żył… Anna gwałtownie zamrugała, nie zdążyła jednak zatrzymać łez. Ukryła twarz w dłoniach i pomyślała, że ten wrak człowieka to żadna cholerna metafora. A w policji uczono ich przecież o różnego rodzaju traumach, o opóźnionej reakcji człowieka na szok, o procesach zachodzących w organizmie nawet kilka miesięcy po dramatycznych wydarzeniach. Czy to się właśnie teraz działo? Dlaczego akurat tutaj?

– Pani źle się czuje, proszę usiąść, przyniosę wodę…

– Nie, dziękuję, już dobrze.

– Nie powinna pani wychodzić!

– Już dobrze.

Wybiegła na korytarz, zanim lekarz zdążył zareagować. Wołał coś jeszcze, ale już go nie słuchała. Mimo że nadal kręciło jej się w głowie, a stłuczone biodro dopiero teraz zaczęło naprawdę boleć, w mgnieniu oka pokonała korytarze Ospedale Civile i znalazła się na parterze, gdzie w korytarzu wciąż jeszcze pracowały pompy. Tu i ówdzie uwijał się personel, pracowicie wybierający wodę wiadrami. Anna wyszła na zewnątrz i zatrzęsła się z zimna. Włożyła puchową kurtkę i z powątpiewaniem spojrzała na swoje kalosze. Jeśli zamierzała zostać w Wenecji choć jeden dzień dłużej, musiała zainwestować w lepszy sprzęt. Cały karnawał zapowiadał się w tym roku deszczowo, a przecież nie była jeszcze gotowa stąd wyjechać i wrócić do domu. Rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegoś transportu, ale po chwili uznała, że nie ma zamiaru wzywać taksówki wodnej. Gdyby zaś zdecydowała się płynąć vaporetto, dotarłaby do domu okrężną drogą, przez Cannaregio do Riva di Biasio. A przecież z Ospedale Civile na San Polo nie było wcale daleko, kilka kroków w stronę Rialto i później już rzut beretem. Anna postanowiła iść pieszo, nawet w swoich kiepskich kaloszach. Ruszyła przed siebie i tylko raz obejrzała się przez ramię. Ospedale Civile – bardziej przypominający pałac niż szpital – wyrastał wprost z wody, jak we śnie. Anna zatrzymała się, wyciągnęła z torby telefon i zrobiła zdjęcie, które następnie przesłała Lajonowi. „Na pewno zrobiłbyś milion lepszych fotek. Powinieneś tu przyjechać :)”, dopisała, po czym skierowała się w stronę Rialto.

Gondoliera zobaczyła przy moście San Toma, który ledwie wystawał ponad powierzchnię wody. Mężczyzna właśnie próbował zawrócić swoją łódź, zorientowawszy się zapewne, że tędy nie przepłynie. Zaparł się dłońmi o ścianę domu Carla Goldoniego i przez chwilę wyprawiał w wąskim kanale takie czary, że Anna przyglądała mu się z zapartym tchem. W pobliżu niknącego pod wodą San Toma nie było niemal nikogo. Kilka głów pokazało się w oknach i natychmiast zniknęło, a w ich miejsce pojawiły się następne. Wreszcie ktoś krzyknął:

– È lui!

„To on”. Oczywiście, że to był on, ten dziwny gondolier w czerwonej kurtce z kapturem, gondolier-widmo o różnych przydomkach, który przemierzał weneckie kanały w swojej prywatnej gondoli – ponoć bardzo starej – i nigdy nie pokazywał twarzy ani nie brał pasażerów. Jak twierdzili prawdziwi gondolierzy, zrzeszeni w lokalnym kółku wzajemnej adoracji, nie miał licencji i działał nielegalnie. Anna nie bardzo rozumiała dlaczego. Skoro nikogo nie przewoził na pokładzie swojej łodzi za pieniądze, mógł sobie chyba pływać po kanałach? Przedstawiciele stowarzyszenia gondolierów rozumowali inaczej. Czatowali na chłopaka w kapturze, ale ten – choć nie tak biegły w sztuce wiosłowania jak tutejsi zawodowcy – zawsze potrafił przed nimi zbiec. Gondolier pokazywał się rzadko i najwyraźniej miał swoje stałe trasy, ale wszędzie po kątach już o nim szeptano. Mówiono, że po raz pierwszy pojawił się na Canal Grande w połowie grudnia, a później dawał o sobie znać nie częściej niż co tydzień. Nikt nie wiedział, kim był, jak trafił do Wenecji, gdzie nauczył się tak dobrze panować nad łodzią ani też… skąd wziął gondolę. To był chyba najbardziej interesujący element legendy czerwonego wioślarza. W Wenecji, o ile Anna zdążyła się zorientować, funkcjonowały tylko trzy warsztaty, w których wytwarzano gondole, a właściciele każdego zaprzeczali, jakoby łódź wykonano u nich. Gdzie ją zatem wyprodukowano? I po co? Annę intrygował ten mężczyzna. Miała wrażenie, że jego „przemarsz” przez weneckie kanały był pewnego rodzaju manifestacją, apelem skierowanym do konkretnych odbiorców. Nie wiedziała jednak, jaki cel przyświecał gondolierowi, ani też co jeszcze zamierzał zrobić. Poza tym miała w związku z nim dziwne przeczucie. Złe. Podobne przeczucia dosięgały ją już wcześniej, kiedy pracowała w policji.

– È lui! – wykrzyknął ktoś znowu, tym razem nie z okna.

Anna zauważyła u wylotu kanału dwóch mężczyzn, którzy brnęli przez chodnik po kolana w wodzie. Gondolier-widmo zdążył się już odpowiednio ustawić i zaczął energicznie pracować wiosłem. Obejrzał się za siebie na chwilę i Anna miała wrażenie, że zatrzymał na niej wzrok. Ale tego nie mogła być pewna, duży czerwony kaptur ukrywał twarz mężczyzny wyjątkowo skutecznie. Znajdowała się też zbyt daleko, by przyjrzeć mu się uważnie. Kiedy dwaj panowie w kaloszach zbliżyli się do Anny, gondolier zdążył już zniknąć z pola widzenia.

Tak, ten człowiek bardzo ją ciekawił.

Do domu Lucrezii Anna dotarła zziębnięta, przemoczona i głodna jak wilk. Włoszkę znalazła na parterze, w antykwariacie, pochyloną nad kartonem z książkami. Pomieszczenie wypełniał zapach kawy i słodkiego pieczywa. Jedno i drugie z pewnością nie spodobałoby się Ingvarowi. Anna mogła z łatwością wyobrazić sobie jego zdegustowaną minę i komentarz w stylu: „Rano powinnaś wypić zieloną herbatę i zjeść coś z błonnikiem, musli albo pełnoziarnisty chleb, i jeszcze jakiś owoc, żeby dostarczyć organizmowi witaminę C i enzymy trawienne. To właśnie stąd ta anemia, Ana, przez kawę i słodkie bułki!”. Ingvar miałby rację. Prawie zawsze miał rację i to było właśnie jego największą wadą. Ciekawe, co teraz porabiał? Może szykował śniadanie? Może nie tylko dla siebie? Anna zacisnęła dłonie w pięści. Dość już miała wszystkich tych wspomnień, domysłów, dywagacji. Musiała się czymś zająć i to szybko. Byle tylko przestać myśleć.

– Widziałam czerwonego gondoliera – zaszczebiotała z udawaną wesołością i zrzuciła kalosze.

Lucrezia powoli odwróciła głowę w jej stronę. Nawet nie starała się udawać wesołej.

– Gdzie ty łazisz?!

– Co?

– Myślałam, że znowu coś się stało, że może tym razem już utopiłaś się na amen albo nie wiem…

– Oszalałaś? O czym ty mówisz? – Anna zamachała mokrą skarpetką, jak gdyby to była szabla.

– Dzwonił lekarz ze szpitala, mówił, że mu uciekłaś z gabinetu i dokądś polazłaś. Dwie godziny temu!

– Ile?

– Dwie, idiotko.

Anna umilkła. Czyżby rzeczywiście szła aż tak długo? Przecież uznała, że na San Polo było blisko. I pewnie rzeczywiście było, ale jeśli umyślnie szła naokoło, właziła w każdą uliczkę, przyglądała się podtopionym mostom, wyłaniającym się z wody pałacom i facetom w czerwonych kurtkach, którzy ewidentnie coś kombinowali, to faktycznie mogły jej zejść ze dwie godziny…

– Co ty się tak nagle o mnie martwisz? – zaryzykowała, ale z marnym skutkiem.

Lucrezia zmrużyła oczy i podparła się pod boki.

– Ty mi tu nie odwracaj kota ogonem! A skoro już o kocie mowa…

Wenecjanka spojrzała na Annę oskarżycielsko i wyciągnęła swój długi, smukły palec w kierunku kartonu z książkami. W antykwariacie zapadła cisza, którą przerwało pojedyncze „miau”. Anna przełknęła ślinę. U Alaina Mabanckou przeczytała, że kiedy mędrzec wskazuje księżyc, głupi patrzy na palec. Intuicja podpowiadała jej jednak, iż tym razem nie o księżyc chodziło, a coś o wiele bardziej kłopotliwego. Ruszyła się z miejsca i, wciąż z mokrymi skarpetkami w ręku, podeszła do kartonu. W środku dostrzegła zabytkowe wydanie Sagi rodu Forsyte’ów Galsworthy’ego, a poza tym jeszcze „swojego” kota i… niewielką plamę, z pewnością również przez „jej” kota zmajstrowaną.

– Miau – skomentował sytuację zwierz i wlepił w nią zielone ślepia.

– Masz na niego jakiś pomysł? – zapytała słabym głosem Lucrezia i westchnęła. – Jak rozumiem, nie puścimy go wolno, by mógł odnaleźć mamę i tatę?

Anna wyciągnęła futrzaka z kartonu i przytrzymała przez chwilę na rękach.

– Coś ty? Na pewno pochodził z patologicznej rodziny, skoro mu pozwalali po obcych gzymsach i futrynach ganiać samemu.

– No. – Lucrezia ziewnęła. – Wszystkie dachowce to sama patologia. Trzeba wywietrzyć Forsyte’ów i znaleźć im nowy karton. Dobrze, że się na nich nie wysikał.

Rozdział 3

W Palazzo Marconi nad kanałem San Zulian panowało tego dnia zamieszanie. Luigi Marconi krzyczał na wszystkich i przemieszczał się z miejsca na miejsce zły jak osa, jego żona zasłoniła twarz maską obojętności, a Roberto Capelli – nieświadomie chyba – darł na małe kawałeczki rachunek z supermarketu w Mestre. Stefania Massimo nie wiedziała, po co została tutaj wezwana. Miała mnóstwo pracy w salonie jubilerskim i nie zdążyła jeszcze przetłumaczyć dokumentów z francuskiego na włoski, co powinna zrobić już dawno temu. Zjawiła się jednak w Palazzo Marconi po pierwszym telefonie szefa. Wśliznęła się cicho do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi. Marconi rzucił w nią jakimś papierem.

– Co to? – zdziwiła się, zerkając w dokument.

– Artysta kopnął w kalendarz.

Luigi Marconi opadł na krzesło, a Stefania wreszcie zrozumiała. Artysta nie żył. Ten, który miał przygotować kukłę na bal. Bezsensowną kukłę, zdaniem Stefanii. Nigdy jednak nie powiedziała tego na głos. Domyślała się, że teraz szef przydzieli jej nowe zadanie, bo przecież była specjalistką do spraw beznadziejnych. A poza tym nie potrafiła odmówić Marconiemu. Bała się mu sprzeciwić? Stefania uniosła głowę i zerknęła w stronę okna, na ciężkie kotary zwisające z sufitu, po czym utkwiła wzrok we fragmencie podłogi pod parapetem. Dawno nie była w tym gabinecie. Szef zarejestrował jej spojrzenie. Dłonie miała już lepkie od potu i czuła swędzenie za uszami. Zawsze tak było, kiedy się denerwowała. Powoli odłożyła dokument na stolik.

– I co teraz? – spytała.

Niech zleci to Capellemu, modliła się w duchu. Choć pracowała dla Marconiego już od czterech lat, wciąż nie rozumiała, jaką funkcję spełniał w ich domu Roberto Capelli. Niektórzy mówili o nim asystent, inni księgowy, a jeszcze inni asystent-księgowy i to było chyba najczęstsze określenie. Zawsze występowało obok jej nazwiska. Livii Foscari. Roberto Capelli, asystent-księgowy Livii Foscari, żony Marconiego. Stefania domyślała się, że był po prostu jakimś jej sługusem, biegał na pocztę, przekładał papiery, woził szefową z miejsca na miejsce i opiekował się wiolonczelą, na której z zapałem grała. Czy miał w ogóle ustalony zakres obowiązków? Czy nadawał się do załatwiania spraw beznadziejnych i ugłaskiwania „trudnych” ludzi? Stefania się nadawała. A poza tym Capelli z pewnością nie wiedział tego, co wiedziała ona.

Teraz jednak…

– Dzwonili Francuzi, mówili, że dawno już powinniśmy się odnieść do umowy na tę nową kolekcję – zaryzykowała. Francuzi wcale nie dzwonili.

– Kurwa – skwitował Marconi.

Spuścił z tonu. Stefania odrobinę odetchnęła, ale na ulgę było jeszcze za wcześnie. Wiedziała, że zależało mu na Francuzach i na nowym kontrakcie. Jubilerskie macki Marconiego sięgały póki co tylko do Padwy, Werony i Florencji, a teraz pojawiała się szansa na Paryż. Grzechem byłoby pokpić sprawę.

– No ale widzisz, trzeba by po niemiecku… – podjął szef.

Spojrzała mu w oczy. Oczywiście wiedziała, że tę głupią kukłę, z głupią kiecką i głupią peruką, przeznaczoną na głupi bal, sprowadzali z Austrii, od jakiegoś faceta, który stylizował swoje pseudodzieła na rzeźby Duane’a Hansona. Ale przecież wcześniej ktoś im pomógł to załatwić. Gdzie teraz był?

– Co się stało z osobą, która nagrała wam tego Austriaka i się z nim dogadywała? – zapytała. Wkurzali ją.

Livia Foscari chrząknęła. Przyłożyła dłoń do skroni i zrobiła zbolałą minę. Jak zwykle.

– Roberto znalazł Austriaka, a ja się z nim osobiście dogadałam – przemówiła. – Znam niemiecki – oświadczyła z godnością.

Znała, pewnie. Arystokratka. Prawdziwa, z depresją i nerwicą, jak za dawnych, dobrych, feudalnych lat. Dlaczego nie porozmawia z Austriakami teraz? Mają chyba w tym warsztacie jakiegoś dyżurnego artystę na zastępstwo? Niech dokończy dzieło poprzednika.

Livia Foscari czytała Stefanii w myślach.

– Nie mogę teraz tam pojechać. Muszę się zająć sprawami balu. Nadchodzi karnawał, mam zobowiązania towarzyskie i pracę w fundacji. Jestem zajęta. To chyba oczywiste.

Stefania zacisnęła zęby. Jej zdaniem Livia Foscari rzadko zajmowała się czymś naprawdę. A teraz jeszcze wymyśliła sobie ten durny bal z rytualnym paleniem kukły symbolizującej karnawał. Marconi uznał, że to genialny plan, oczywiście! To było w jego stylu. Pompa, spektakl, przepych. Stefania nerwowo splotła palce, by nie zacząć drapać się za uszami. Miała ochotę rzucić tę pracę, ale Marconi dobrze płacił. Powinna przemęczyć się z nim jeszcze kilka lat, a później każde drzwi staną przed nią otworem. Poza tym Marconi dawał jej wysoką premię za każdy drobiazg, odkąd…

„Może warto zaryzykować?”, pomyślała. Zerknęła lekceważąco na Livię Foscari, a później spojrzała na swojego szefa. Jemu patrzyła w oczy dłużej, po czym przeniosła wzrok na fragment podłogi pod parapetem. Zrobiła to bardzo wyraźnie, powoli, teatralnie. Zrozumiał. Zbladł. Stało się. Zaryzykowała. Wolała skupić się na Francuzach i nowym kontrakcie. Może ktoś by ją w Paryżu zauważył? Nie chciała jeździć do Austrii, miała gdzieś kukły. Bogatym ludziom musi się okropnie nudzić.

Marconi wstał z krzesła i chwycił szklankę z wodą. Dłoń mu drżała.

– Kogoś znajdziemy – powiedział.

– Ale mówiłeś, że Stefania… – zaczęła zaskoczona Livia.

– Stefania ma na głowie Francuzów. Powinienem o tym pamiętać. Niepotrzebnie przyszła. Nic się nie martw, wszystko załatwię. Będzie lalka. Przecież informacja do gazet i zaproszenia już poszły. Nie można się wycofać.

Livia Foscari była wściekła. Roberto Capelli siedział sztywno na sofie, prawie nie mrugał. Stefania czuła, że skóra za uszami swędzi ją coraz bardziej. Bluzka przylgnęła do spoconych pleców. Czy dobrze postąpiła? I ten Capelli… Czy…? Nie, on nic nie wiedział.

– Wracaj na Calle Fiubera – mruknął szef. Unikał jej wzroku.

Stefania ruszyła ku drzwiom. Nie postąpiła dobrze.

***

Gazetę przyniósł mu Stefano. Valli odsunął od siebie resztki suchego rogala, którego pogryzał podczas papierkowej roboty. Młody wskazał palcem ogłoszenie. Komisarz przeczytał je i uśmiechnął się półgębkiem. „Wenecka arystokracja to jednak banda popaprańców”, pomyślał. Chociaż ten Marconi nie był arystokratą, tylko zwykłym gościem, który się dorobił i wżenił w Foscarich. Malowanych. Nie tych od doży. Ale zawsze coś.

Antonio Valli rzucił gazetę na biurko i zaczął na powrót skubać rogala. Dość miał papierów. Tego dnia jednak żadna wymówka, by wymknąć się z komendy, nie wydawała się sensowna. Zastanawiał się nawet, czy by nie wlepić kilku mandatów turystom za karmienie gołębi na Piazza San Marco. Zawsze wtedy bardzo się dziwią i robią zabawne miny. „Really? We’re not allowed to feed them?”. „Really, really”, odpowiadali policjanci i wskazywali jedną ze stu tabliczek, na których wypisano zakaz. W kilku językach. Valli porzucił jednak pomysł wlepiania mandatów za gołębie. To było przecież bez sensu, pracował w wydziale śledczym. Po rogala do piekarni też nie miał co iść, bo jednego kupiła mu już asystentka zastępcy komendanta. Zawsze dokarmiała komisarza, ale dzisiaj mogłaby sobie odpuścić.

– Idziemy, szefie?

Głos Stefana przywrócił mu nadzieję. Czyżby jakieś zgłoszenie? Może ten dziwny gondolier w kapturze wreszcie wyskoczył z czymś konkretnym? Stowarzyszenie gondolierów skarżyło się na niego już od kilku tygodni, że psuje im wizerunek, krzywo trzyma wiosło, zdarza mu się zachwiać, nie śpiewa, rozkracza się. Nie zabiera turystów. I z pewnością nie ma licencji. Poza tym bez wątpienia ukradł tę gondolę, bo wszyscy szkutnicy weneccy się jej wypierają. I takie tam. Valli rozkładał bezradnie ręce. Mieli ścigać chłopaka, bo nie śpiewał i się rozkraczał? Niechby coś zrobił, spowodował jakiś korek w kanale, wywrócił się, wdał w bójkę na wiosła… Wtedy mieliby powód się ruszyć – a tak? Valli już widział stado mundurowych gotowych do ścigania cichociemnego wioślarza.

– Idziemy? Widzę, że szef byłby chętny – powtórzył Stefano.

– Dokąd?

– Na ten bal.

Valli oklapł. Z niechęcią spojrzał na gazetę. No tak, ogłoszenie. Że bal u Marconiego, słynnego weneckiego jubilera, że karnawał, przebrania, atrakcje, muzyka, jedzenie. I co tam jeszcze? Ach tak. O północy rytualne palenie kukły symbolizującej karnawał. Jak za dawnych czasów na San Marco. „Gdzie oni zamierzają spalić tę całą kukłę?”, zastanawiał się Valli. Na balkonie? I jeszcze ten głupi pomysł z wejściówkami dla gości bez zaproszeń! Marconi powinien się stuknąć w swój durny łeb.

– Nudzi ci się? – mruknął do Stefana i wrócił do raportu.

– Jakoś nie. Ale potańczyć w masce i kubraku bym poszedł. W tamtym roku przez cały karnawał kazali mi siedzieć na komendzie i…

Stefano urwał i poczerwieniał. Valli udawał, że tego nie zauważył. Młody policjant rzeczywiście spędził ubiegłoroczny karnawał na komendzie. Razem z nim. Tyle tylko, że Valli zawsze zostawał w pracy na ochotnika podczas wszelkich miejskich imprez, a Stefana do tego zmuszono. W wydziale był najmłodszy stażem. A wszyscy przecież lubili zabawy z przebierankami i szkoda było którąś przepuścić.

– W tym roku pójdziesz na jakąś imprezę, nie martw się – wymamrotał komisarz, patrząc w komputer.

– Taa. Będzie, jak będzie. Co z topielcem? Serio szef odpuścił?

– Serio – skłamał Antonio Valli i nawet mu powieka nie drgnęła.

***

Acqua alta opadała wolno. Wciąż przykrywała chodniki, ulice i place, na których ustawiano drewniane pomosty, by ułatwić mieszkańcom i turystom przemieszczanie się. Poziom wody był już jednak na tyle niski, że spacer w dobrych kaloszach nie wydawał się uciążliwy. Karnawał zbliżał się wielkimi krokami i wszyscy, zarówno miejscowi, jak i przyjezdni, zaczęli oswajać się z myślą, że do barokowych strojów na maskaradę będzie trzeba włożyć również to mało efektowne obuwie. Rodowici wenecjanie reagowali na sytuację ze stoickim spokojem, choć każdy pewnie po cichu tęsknił za ubiegłoroczną aurą, która towarzyszyła zabawom na San Marco i San Polo.

– W zeszłym roku nie dość, że było ciepło, to jeszcze w lutym w ogóle nie wylało. Każdy na imprezę wkładał eleganckie buciki, ludzi się zjechało, walentynki po drodze wypadły – gderała Lucrezia, ścierając kurz z półek w antykwariacie. – No ale to raczej ubiegły rok był wyjątkowy, a nie bieżący…

Anna tylko wzruszała ramionami lub kiwała głową i w milczeniu poszerzała swoją wiedzę na temat lokalnego folkloru. Wreszcie ze zdumieniem odkryła, że ona również wpadła w rutynę. Wstawała o świcie, piła z Lucrezią latte albo cappuccino, szła na krótki spacer przez Ruga Vecchia San Giovanni aż do wąziutkiej Calle della Madonna, w której czas się zatrzymał, i tam zawracała. Przecinała Campo San Polo, gdzie nieustraszeni właściciele restauracji i kawiarni z werwą ustawiali stoliki pod gołym niebem, choć także i tutaj woda wciąż sięgała do kostek. Anna lubiła ten plac, największy po San Marco, ale znacznie mniej nadęty, ze starą fontanną pośrodku, kilkoma drzewami, tak rzadkimi w Wenecji, i gotyckim pałacem rodziny Soranzo. O świcie miała tę przestrzeń prawie wyłącznie dla siebie. Dzieliła ją jedynie z restauratorami i sklepikarzami, przygotowującymi się do pracy, a także z posuniętymi w latach mieszkańcami Serenissimy, którzy wyprowadzali na spacer swoje psy albo też rozkoszowali się ciszą poranka, krótką i ulotną jak ostatnie minuty snu. Momentami Anna również czuła się częścią tego świata, zwłaszcza kiedy dźwigała torbę z zakupami, wypchaną słodkim śniadaniowym pieczywem, mlekiem i makaronem na obiad. I kiedy jakiś mieszkaniec machał jej ręką na powitanie lub wołał buongiorno.Gdy uśmiechał się na widok ciężkiego płaszcza i wysokich kaloszy tej bladej straniery, która najwyraźniej zdecydowała się zadomowić w Wenecji, choć przecież młodzi raczej stąd wyjeżdżają. Szukają szczęścia na lądzie, gdzieś, gdzie jest sucho i pewnie. Czy tak właśnie myśleli o Annie wenecjanie? A może rzucali swoje buongiorno z litości, bo widzieli, że choć się uśmiechała, jej oczy pozostawały smutne? Może też nie myśleli zupełnie nic, a ich buongiorno stanowiło zwykłe poranne pozdrowienie, niepodszyte żadną filozofią? Z pewnością tak właśnie było. A jednak tutaj, o świcie na Campo San Polo, z zakupami i w kaloszach, Anna wreszcie czuła się „jakaś”.

Niekiedy zamiast spaceru wybierała przejażdżkę łódką. Płynęła wówczas Rio de San Aponal i Rio Beccarie aż do Canal Grande, cumowała łódź przy Campo della Pescheria i szła na bazar Rialto, gdzie kupowała warzywa i ryby, zwłaszcza swoje ulubione sole. Wracała później z tymi zdobyczami do domu Lucrezii, z każdym dniem coraz bardziej zdziwiona faktem, że przykry zapach ryb i wody, która w wąskich kanałach była zwyczajnie brudna, przestał jej w ogóle przeszkadzać.

Do późnych godzin popołudniowych pomagała Lucrezii w antykwariacie. Szybko zorientowała się, że Włoszka nie tyle słabo zna się na zabytkowych meblach, co po prostu nie zna się na nich w ogóle. Całkiem nieźle szło jej za to z książkami i obrazami, porcelaną i weneckimi pamiątkami, zwłaszcza maskami. Któregoś dnia Anna parsknęła śmiechem, kiedy jakiś podejrzany nieznajomy chciał wcisnąć Lucrezii „francuskie komódki w stylu późnego empire”. Fakt, nie żądał za nie wygórowanej ceny, ale komódki były warte jeszcze mniej niż sobie zażyczył. Wreszcie podejrzany sprzedawca skapitulował i przyznał, że to „żadne empire, tylko podróbki z dwudziestego wieku, ale przecież całkiem udane, przyznają panie”. Może i tak, jednak Anna uprzejmie, choć stanowczo nakazała facetowi „zabierać dupę w troki razem ze swoimi całkiem udanymi francuskimi komódkami i nigdy więcej nie pokazywać się z podobnym szajsem”. Lucrezii zaś powiedziała, że powinna albo całkiem zrezygnować z mebli, albo co nieco się w tej materii dokształcić, inaczej pójdzie z torbami. Lucrezia przyznała Annie rację, choć odtąd patrzyła na nią nieco podejrzliwie.

Pewnego dnia, kiedy Anna wróciła z targu Rialto, Włoszka oświadczyła z poważną miną:

– Wpisałam cię w Google’a.

Anna ostrożnie ustawiła torby z zakupami w korytarzu i zaczęła wyplątywać się z płaszcza. Oczywiście, że Lucrezia sprawdziła ją w internecie, to musiało kiedyś nastąpić. Tylko czego zdołała się dowiedzieć? Czy doczytała wszystko do końca, poszperała w