Nic o mnie nie wiesz - Scott E.G. - ebook + audiobook + książka

Nic o mnie nie wiesz ebook i audiobook

Scott E.G.

4,0

Opis

Wciągający thriller psychologiczny dla fanów "Wielkich kłamstewek" i "Zaginionej dziewczyny".

Rebecca i Paul to kochające się małżeństwo z wieloletnim stażem. Mają przytulny dom w spokojnej okolicy, spełniają się zawodowo i ufają sobie bezgranicznie. Ale wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć.

Po dwudziestu latach wspólnego życia kłamstwa i tajemnice z wyniszczającą siłą zaczynają trawić ich szczęśliwy związek. Uzależniona od opiatów Rebecca niespodziewanie zostaje zwolniona z pracy, a Paul w ramionach innej kobiety odreagowuje stres po utracie swojej firmy. Rozkoszna przygoda na boku szybko jednak zamienia się w koszmar, bo zazdrosna kochanka z coraz większą zuchwałością prześladuje Paula i jego żonę.

Rebecca w obawie, że mąż chce ją porzucić, obmyśla misterny plan, który ma pokrzyżować mu szyki. Rozpoczyna się nieprzewidywalna i pełna intryg gra, z której nikt nie może wyjść zwycięsko.

Napięcie od pierwszej do ostatniej strony oraz nieprzewidywalni bohaterowie, a w tle zemsta, obsesja i zbrodnia… Ten intensywny i szokujący thriller jest opowieścią o tym, że nawet idealne małżeństwa skrywają mroczne sekrety.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 412

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 43 min

Lektor: E.G. Scott

Oceny
4,0 (156 ocen)
60
50
34
9
3

Popularność




Tytuł oryginału: The Woman Inside

Projekt okładki: Katarzyna Konior/bluemango.pl

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Maria Śleszyńska, Lilianna Mieszczańska

Fotografia wykorzystana na okładce

© Mayer George/Shutterstock

Copyright © 2019 by E.G. Scott

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Jacek Żuławnik

ISBN 978-83-287-1252-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

FRAGMENT

Naszym Rodzicom

Prolog

Błyska szerokim białym uśmiechem i wsiada do krwistoczerwonego bmw. Silnik ożywa z cichym warkotem. Chrzęst kamyków pod kołami przypomina mi dzień, kiedy zostałam tu przywieziona po raz pierwszy. Okoliczności były zupełnie inne. Miałam zostać w tym miejscu na zawsze.

Tamtego wieczoru nic nie widziałam – nie miałam pojęcia, dokąd mnie zabiera, musiałam polegać na innych zmysłach. W ciemnościach szum drzew targanych wiatrem równie dobrze mógł być łoskotem fal oceanu. W powietrzu intensywna woń sosen mieszała się z posmakiem soli. Gdy poczułam, że auto zwalnia, i usłyszałam czyjeś kroki na żwirze, serce mi zamarło. Nawet nie przypuszczałam, jak bardzo zmieni się moje życie, kiedy się zatrzymamy.

Łagodny dźwięk klaksonu wyrywa mnie z zamyślenia. Stoję przed domem. Macham na pożegnanie, a trzy kanarkowe karaty na moim palcu lśnią w promieniach zachodzącego słońca. Bmw przyspiesza, wyrzucając żwir spod kół. On ogląda się raz jeszcze i puszcza do mnie oko. Kontury jego przystojnej twarzy w bocznym lusterku coraz bardziej się rozmywają, w końcu znikają. Myślę, że jeszcze go zobaczę.

Przekraczam próg i z uśmiechem zamykam drzwi, odgradzając się od świata. Wiele musiało się wydarzyć, abym mogła zrobić ten jeden krok w nowym życiu. Teraz to mój dom.

Ogarniam wzrokiem wspaniałe wnętrze. Zimny beton, na którym leżałam ledwo żywa tamtej nocy, i wszystko wokół nijak się ma do tego, co teraz. Wyciąg dwustronnego kamiennego kominka majestatycznie wznosi się aż do szczytu katedralnego sufitu, potem płynnie przechodzi w komin. Przez liczne okna wpadają promienie słońca i tworzą kolorowe smugi światła na drewnianej podłodze. Przez kilka minut stoję w wejściu, rozkoszuję się widokiem. Otwarte piętro wygląda jak galeria dla chóru, a hol – jak nawa.

Oglądam wszystkie pomieszczenia, powoli chłonę każdy szczegół. Wracam myślami do swojego ostatniego pobytu tutaj. Było ciemno, leżałam ciężko ranna, nie wiedziałam, czy przeżyję. Dziś każdy centymetr tego wnętrza zyskuje nowe znaczenie. Przesuwam dłońmi po starannie dobranych drewnie, kamieniu i granicie. Zdejmuję buty, żeby poczuć pod stopami wspaniałą strukturę rozmaitych materiałów.

Przechodzę obok drzwi do piwnicy – wiem, że minie jeszcze dużo czasu, zanim będę mogła je otworzyć, nie myśląc o tamtej pierwszej nocy w ciemności. Cieszę się jednak, że wróciłam, i to na własnych warunkach. To, co mroczne, postanowiłam zostawić tam, na dole, pod kluczem. Teraz pora zacząć wszystko od początku.

W powietrzu unosi się zapach silnego detergentu. To właściwie jedyny ślad po tym, co się tu wydarzyło. I niech będzie. Wcale mi nie przeszkadza. Przypomina o ciężkiej walce, jaką stoczyłam. W domu panuje cisza. Spokój. Ogarnia mnie uczucie, które dotąd z uporem tłumiłam: błogie szczęście – zagnieżdża się gdzieś między sercem a gardłem.

Paul jest wszędzie. W podłodze z drewna wiśniowego i sosnowej konstrukcji dachu. W szerokim panoramicznym oknie, które ciągnie się przez całą długość domu od strony ogrodu i wychodzi na gęsty szpaler drzew na tle nieba. Boli mnie to, że ten dom nie powstał dla mnie. Ale zbudowano go z miłości. I rozpaczy.

Zamykam oczy i przypominam sobie tamtą noc. Pomruk silnika jego samochodu. Ciemność. Porzucenie, potem odnalezienie. Druga szansa na to, by mieć wszystko, czego zawsze pragnęłam.

Najciemniejsze drogi w końcu zawsze prowadzą do światła.

Część pierwsza

1

REBECCA

Po

Duff ostrzega nas przed nimi, zanim zabrzmi dzwonek do drzwi.

Paul odkleja się od mojego nagiego ciała, wskakuje w sportowe spodenki i koszulkę. Ja leżę nieruchomo pod chłodną kołdrą, odwrócona do niego plecami. Pomimo wzajemnego rozczarowania i frustracji daje mi szybkiego całusa i zbiega po schodach przywitać nieproszonych gości, którzy przerwali nam nieudaną próbę porannego seksu.

Z walącym sercem zakładam koszulę nocną na gołą skórę. Czekam, aż Paul i pozostali przejdą do kuchni – towarzyszy im radośnie Duff, nasz nowofundland; skrobie pazurami najpierw po drewnie, potem po kafelkach. Dopiero po chwili wychodzę na korytarz i zatrzymuję się u szczytu schodów. Nie widzą mnie, za to ja słyszę ich pytania i spokojne odpowiedzi Paula.

Czekam na swoją kolej, żeby do niego dołączyć, potem idę na dół, z każdym stopniem powtarzając w duchu mantrę. Nie złapią nas. Nie złapią nas. Nie złapią nas. Wywiniemy się z tego.

Na tym etapie nie zdaję sobie jeszcze sprawy, że wizyta dwóch detektywów to najmniejszy problem tego dnia.

Zarabiam na handlu prochami.

Absurdalnie dobrze mi za to płacą. Od dwudziestu lat poznaję lekarzy i potrzeby ich pacjentów. Wiem doskonale, czego brakuje tym drugim do poprawy stanu ducha i ciała. Potrafię rozmawiać z lekarzami tak, aby bez utraty poczucia wyższości nade mną ufali mi na tyle, by mnie wysłuchać i zapragnąć tego, co staram się im sprzedać. W moich ustach nazwy leków i opisy efektów ubocznych brzmią jak poezja. Wystarczy mi kilka minut, by się zorientować, która z naszych magicznych pigułek zdziała dla danej osoby cuda. Szczególnie dobrze znam chemiczną „magię”, która działa na mnie. Liczy się samoświadomość.

Docieram do biura grubo po dziewiątej. Wydarzenia poranka wytrąciły mnie z równowagi. Czuję, że z detektywami poszło nam całkiem nieźle, ale wątpliwości i niepokój zostały. Jadąc do pracy, łyknęłam nadprogramową pigułkę na uspokojenie, by odzyskać choć pozory opanowania.

Migające czerwone światełko na moim telefonie nie wróży nic dobrego. Mark przysłał mi mail z prośbą o stawienie się w jego gabinecie i niemal w tej samej chwili powtórzył ją w esemesie. Podnoszę głowę i widzę, że stoi w drzwiach swojego gabinetu, jak zawsze z kawą ze Starbucksa – na kubku kasjer niechlujnie napisał „Marv”. Pomimo nastroju reaguję na to śmiechem. W drugiej ręce Mark trzyma swój nieodłączny rekwizyt: niezapalone kubańskie cygaro, które będzie żuł i ośliniał cały dzień, by wieczorem zasiąść w domowym zaciszu i wreszcie puścić je z dymem. Zwykle jego mina wyraża samozadowolenie, teraz jest poważny – nietypowe. Gestem przywołuje mnie do siebie i odwraca się na obcasach butów od Gucciego. Komuś by się tu przydało trochę xanaxu. I chyba nic dziwnego. On też ma kłopoty w domu.

Zerkam w stronę jego gabinetu, unosząc brwi. Zostawiam swoje rzeczy na fotelu przy biurku. Staram się nie zwracać uwagi na zagadkowe spojrzenia kolegów i koleżanek. Większość z nich jedzie na prochach, od alprazolamu po zoloft[1], ale kilku osobom zaleciłabym zwiększenie dawki. Pomimo dostępu do najlepszych poprawiaczy nastroju tworzymy wyjątkowo nieszczęśliwą gromadę.

Tłumię lęk, który zaczął we mnie narastać z chwilą pojawienia się porannych gości. Pomagam sobie połówką oxy; popijam ją kawą, koniecznie czarną, bo mleko i cukier zabijają. Idę do gabinetu Marka.

– Usiądź, Rebecco.

Natychmiast zauważam, że zamyka drzwi inaczej niż dotychczas, kiedy boksy pustoszały, a on próbował mnie przekonać do zalet „magicznej” butelki wódki, znanej z tego, że kiepskie pomysły zamienia w „takie, którym nie sposób się oprzeć” (jak na przykład gwałtowne ściąganie ubrań). Pechowo dla Marka nie wierzę w magię, w dodatku zarówno wódka, jak i on sam przyprawiają mnie o mdłości. Bez Sashy stał się bardziej namolny, a niepokojące tempo, w jakim rośnie mój głód i wyczerpują się zapasy cudownych środków, znacząco utrudnia mi to, żeby odmawiać szefowi.

– Mark… – Posyłam mu najbardziej wstydliwy ze swoich uśmiechów i nawijam kosmyk włosów na palec. – Co ty taki poważny?

Nie wygląda na rozbawionego. Jest zły. Wiem dlaczego.

Trzy tygodnie temu odeszła od niego żona – przynajmniej tak mu się wydawało. Teraz się okazuje, że zaginęła. Trudno stwierdzić, czy Mark wie, że zostałam o tym poinformowana przez policję. Jeżeli Sasha i ja rzeczywiście się przyjaźniłyśmy, a nie tylko udawałyśmy, to może mam jakieś pojęcie na temat tego, gdzie przebywa. Choć nie jestem przekonana, czy podzieliłabym się tą uprzywilejowaną wiedzą z detektywami. Z pewnością nie przyznałabym się ani przed Paulem, ani przed policją, że jej nieobecność w ogóle mi nie przeszkadza.

Przez jego twarz przemyka cień jakiegoś zatroskania, ale czoło szybko się wygładza. Nie, to jednak nie o tym chce ze mną mówić. Trochę się dziwię, że przychodzi do pracy pomimo toczącego się śledztwa, ale podejrzewam, że po prostu biurowa rutyna go uspokaja. Doskonale rozumiem tę potrzebę przewidywalności w sytuacjach kryzysowych. Paul i ja zachowujemy się dokładnie tak samo.

Chciałabym mu współczuć, ale wiem, jak beznadziejnym jest mężem. Nieraz słuchałam opowieści Sashy o jego obojętności, kiedy przebierałyśmy się przed aerobikiem na rowerkach, i nieraz docierały do mnie biurowe plotki o jego niewierności. Poza tym regularnie od lat i z pierwszej ręki dociera do mnie wyborny zestaw najgorszych tekstów Marka na podryw.

Zastanawiam się, czy powiedzieć mu o swoich porannych gościach, ale chyba lepiej nie mówić. W zamyśleniu bierze łyk kawy. Pochmurnieje.

– Rebecco, nie mogę cię dłużej chronić. Ludzie zaczynają zadawać pytania. Ktoś anonimowo doniósł górze, że nasze relacje w pracy „budzą wątpliwości”. Wsiedli na mnie ci kretyni z kadr. Nie wiem, z kim rozmawiałaś, ale to była kolosalna głupota. Czasy są takie, że przez durne żarty to ja wylecę z roboty, nie ty. Do tego pojawiły się spekulacje na temat twojego dostępu do próbek leków.

Moje spanikowane synapsy dopiero po chwili zaczynają jarzyć. Środek przeciwbólowy, który łyknęłam rano, wywołuje u mnie lekką paranoję i dezorientację. Nie wiem, jak Markowi odpowiedzieć, więc tylko kiwam głową i naśladuję jego powagę.

– Jesteś… a raczej byłaś świetną przedstawicielką handlową. Bo stajesz się coraz bardziej nieudolna i przynosisz firmie wstyd. Rozumiem, że lubisz się nawalić, ja też lubię, tyle że ostatnio za często sięgasz po próbki i ludzie zaczęli to zauważać.

Kurwa. Powoli dociera do mnie, do czego Mark zmierza. To głupie, ale wyobrażam sobie Sashę, jego żonę, jak zawzięcie pedałuje na rowerku obok mnie. Sumiennie przychodziła rano na każde zajęcia, czy słońce, czy deszcz – aż nagle przestała.

– Biorę tylko to, co dostaję od ciebie. Słowo. – To oczywiście kłamstwo.

– Masz coraz gorsze wyniki. Od kilku miesięcy dziwnie się zachowujesz. Daj spokój, Rebecco, przecież sama dobrze wiesz, że ten szajs ma fatalne efekty uboczne. Za dużo łykasz, postępujesz jak żółtodziób. Poza tym, bądźmy szczerzy, robisz się odrobinę za stara na przedstawicielkę handlową.

Cały Mark: wbić nóż i jeszcze nim obracać. Nie potrafi się powstrzymać. Spinam się.

– Mark, zdajesz sobie sprawę, ile pieniędzy zarobiłam dla firmy i ile dzięki mnie nie straciła…

– Rebecco, proszę cię. Mam teraz większe problemy niż twoja sprawa. Powiem krótko: wylatujesz. Możesz odejść z godnością, złożyć wymówienie ze skutkiem natychmiastowym i nie zwracać już na siebie więcej uwagi. Albo oficjalnie zarzucę ci podkradanie próbek, ale wtedy na pewno zrobi się o tym głośno. Ochronię cię przed tymi z kadr, jeśli zgodzisz się rozstać po cichu. Myślę, że wyjście z twarzą leży w twoim interesie.

Tak jak w jego interesie leży to, żebym sama odeszła. Zdaje sobie sprawę, że jeśli mnie zwolni, spróbuję przerzucić winę na niego, opowiadając w kadrach o „durnych żartach” szefa. Mało tego, mogę im zdradzić wszystko, co wiem na temat kłamstw Marka w związku z pewnym wyjątkowo nieudanym badaniem jednego z leków. Czuję jednak, że akurat tę informację da się lepiej wykorzystać w inny sposób, dlatego postanawiam zachować ją na czarną godzinę. Tak czy owak, potrzebuję Marka bardziej niż on mnie.

– Rebecco?

Otwieram usta, żeby odpowiedzieć.

– Nie rób sceny – uprzedza. – Chyba że chcesz też zerwać nasz układ poza pracą. Bo jeśli chodzi o firmę, to by było na tyle.

Ton jego głosu jest tak stanowczy i karcący, że zapiera mi dech w piersi. Cieszę się jednak, że nie odciął mnie zupełnie od źródła. I wiem, że to byłaby „kolosalna głupota”, gdybym zwróciła na siebie, a więc też na niego, jeszcze więcej uwagi.

Kręci mi się w głowie. Muszę wyjść na powietrze. Podnoszę się z fotela, idę do swojego stanowiska i zabieram torebkę. Kiedy sięgam po laptopa, podbiega do mnie Christina, asystentka Marka – dwudziestopięcioletnia kobieta o rybich ustach, ubrana w sukienkę bardziej odpowiednią do kasyna – i wyrywa mi komputer.

– To sprzęt firmy. – Posyła mi złośliwy uśmiech, pokazując nienaturalnie białe zęby. Wiem, że nigdy mnie nie lubiła.

Nie oglądam się za siebie. Czuję, że się na mnie gapią. W miarę opanowana docieram do windy i dopiero tam pozwalam sobie na pojedynczy szloch, który szybko tłumię, tak mocno nabierając powietrza, że ciśnienie omal nie rozerwie mi żeber.

Kiedy wysiadam na parterze, mam już gotowy plan działania. Będę musiała trochę oszukać Paula, żeby się zgodził pojechać ze mną na lotnisko. Pytanie jednak, czy naprawdę chcę, aby był częścią mojego nowego życia, takiego, jakim je sobie wyobrażam.

Siadam za kierownicą, zapinam pas, przekręcam kluczyk w stacyjce i dopiero wtedy wypuszczam powietrze. Otwieram schowek. Paszport leży tam, gdzie go zostawiłam po ostatniej wizycie w wydziale komunikacji. Wyjmuję go i chowam do torebki. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie pojechać do domu, by się spakować, ale dochodzę do wniosku, że kupimy wszystko, czego będziemy potrzebowali, kiedy już znajdziemy się poza granicami kraju. Nowy start, nowa garderoba. Czuję ukojenie na myśl o ciepłych promieniach słońca na twarzy i ramionach i popijaniu margaritą łatwo dostępnych środków przeciwbólowych. Bilety kupię w sieci, w drodze na lotnisko. Szarpnę się na klasę biznes. Zasłużyłam sobie.

Włączam iPada. Dobrze, że mam jeszcze w połowie naładowaną baterię, powinno wystarczyć na załatwienie wszystkiego, zanim trzeba będzie go podpiąć. Ostatnio nie zaglądałam na konto oszczędnościowe, które mamy razem z Paulem, i nie pamiętam, ile dokładnie pieniędzy udało nam się zgromadzić, ale spodziewam się, że milion z górką. Otwieram aplikację Citibanku, loguję się za pomocą wspólnego loginu i hasła.

Na widok mizernej sumy dosłownie mnie zatyka. Mam mętlik w głowie. Kilka razy odświeżam stronę, ale wciąż pojawia się ta sama niewielka kwota. Zdecydowanie za mało. Nie chce mi się wierzyć. Muszę pójść do banku. Ledwo powstrzymuję atak paniki.

Wyjeżdżając z parkingu, zauważam ich szarego forda crown victorię. Niższy przelotnie zerka w moją stronę i po chwili jeszcze raz odwraca głowę, jakby miał spóźniony refleks. Szybko włączam się do ruchu, żeby mnie przypadkiem nie skojarzył. Spoglądam we wsteczne lusterko i widzę, jak ich wóz zajmuje miejsce obok tego, na którym stałam. Z samochodu wysiadają dwie znajome postacie i ruszają w kierunku wind.

Sprawy błyskawicznie idą ku gorszemu.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio wchodziłam dalej niż do holu z bankomatem. Tym razem nie mam wyboru, bo na ekranie maszyny wyświetla się ta sama żałośnie mała suma, którą zobaczyłam w aplikacji.

Siedzący po drugiej stronie kontuaru spocony kierownik oddziału wydaje się wyjątkowo poirytowany, że nie poprzestałam na skorzystaniu z automatu i postanowiłam poprosić o pomoc kogoś z personelu. Widać, że zamiast obsługiwać wzburzoną klientkę, i to przed południem, wolałby się zająć czymś innym. Dobrze by mu zrobiło dziesięć miligramów klonopiny w trzygodzinnych odstępach do końca jego cuchnącego żywota.

Przykro mi, Jasonie, ale straciłam dostęp do walizki pełnej pigułek, do której mogłabym sięgnąć, by nam obojgu ułatwić tę rozmowę. Choć jeszcze nie całkiem do mnie dotarło, że zostałam zwolniona, to jednak uświadamiam sobie, że już zapomniałam, kim jestem bez pracy. Nie wiem, co bym odparła, gdyby ktoś mnie teraz zapytał: Czym się zajmujesz? Zastanawiam się też, co powiedzieć Paulowi.

Jason w pocie czoła, unikając kontaktu wzrokowego, szuka moich pieniędzy, a ja w tym czasie próbuję uporządkować wydarzenia tego dnia. W pewnym momencie przechodzi obok nas ładna pracownica banku i szczebiocze „dzień dobry” tak radosnym głosem, że mam ochotę podstawić jej nogę. Rzeczywiście dobry, nie ma co. Wizyta policji. Zwolnienie z pracy. Utrata oszczędności całego życia. Dostawa prochów zagrożona. Czuję na zmianę wściekłość i niedowierzanie.

Kierownik kilka razy nerwowo odchrząkuje, po czym piskliwym głosem potwierdza to, co już wiem.

– Szanowna pani, saldo pani konta wynosi pięć tysięcy dolarów. To wszystko, co mogę powiedzieć.

Czyli jakieś dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć tysięcy mniej, niż powinno. Jego słowa – a także to, że nazwał mnie „szanowną panią”, jak jakąś matronę – doprowadzają mnie do furii. Znów odzywa się panika.

– Czy zechciałby mi pan wytłumaczyć, jakim sposobem wyparowały nasze oszczędności z dwudziestu lat? – pytam tak głośno, że Jason się wzdryga.

– Wygląda na to, że w ciągu ostatnich kilku tygodni współwłaściciel rachunku dokonał szeregu wypłat i przelewów na znaczne kwoty. – Luzuje krawat pod szyją.

Paul. To był jego pomysł, żebyśmy założyli wspólne konto w dniu ślubu. Mieliśmy zbierać pieniądze na budowę własnego domu, o którym rozmawialiśmy od pierwszej randki. Czuję, jak spada mi ciśnienie. Paul jednak nie zasługuje na to, żebym go zaprosiła na swoje wieczne wakacje.

Mam ochotę złapać z blatu tabliczkę z nazwiskiem Jasona i wepchnąć mu ją do tego tłustego gardła. Nie przyznam się przecież, że zamierzałam wypłacić całą tę sumkę, którą odkładałam, i odlecieć z nią gdzieś daleko, a on właśnie podciął mi skrzydła.

– Nie, nie przyjmuję tego do wiadomości! Jak to możliwe, że mąż bez mojej zgody, bez mojego podpisu na, nie wiem, jakimś świstku, wybrał wszystkie pieniądze?! – Sama jestem wstrząśnięta opryskliwością, z jaką się do niego zwracam.

Moje wzburzenie zwraca uwagę kolegów i koleżanek biednego Jasona. Pewnie cieszą się, że nie podeszłam do ich stanowisk. Na czole i górnej wardze kierownika pojawiają się świeże kropelki potu. Jason przebiega palcami po klawiaturze komputera i mruży oczy, wpatrując się w ekran, a ja czuję, że leki zaczynają działać. Rozchodzą się po moim organizmie, docierają do receptorów, nieznacznie wyciszają panikę i łagodzą nudności. Najważniejsze to nie wpaść w szał. Dam radę.

Wsuwam dłoń do kieszeni żakietu, wyjmuję pigułkę o doskonałym podłużnym kształcie i niby od niechcenia wkładam ją do ust. Zaczyna się rozpuszczać na języku, a jej słodki chemiczny smak przynosi natychmiastową ulgę. Zwykle nie biorę aż tyle w ciągu dnia, ale dzisiejsze wydarzenia uzasadniają odejście od normy.

Zastanawiam się, kto mógł być autorem „anonimowego donosu” do kadr. Nie jestem zaskoczona, że mam wrogów w biurze, ciekawi mnie tylko, który z nich za tym stoi. Wracam myślami do bieżącej sytuacji, zanim pogubię się w domysłach. Rozwiązanie tej zagadki musi zaczekać.

Rozglądam się po pustkowiu, jakim jest zastawiona boksami sala operacyjna banku. Kilka młodych osób w uniformach stażystów siedzi przy swoich stanowiskach. Twarze rozświetla im blask ekranów telefonów. Sądząc po ruchach dłoni, wszyscy przeglądają te czy inne serwisy i w ten sposób usiłują zabić nudę. Powstrzymuję się, żeby nie wybuchnąć, kiedy Jason mamrocze, że tak, Paul, mój odpowiedzialny, przewidywalny, sumienny mąż od pewnego czasu regularnie uszczupla stan wspólnego konta. Ostatniej operacji dokonał dosłownie wczoraj.

Tak jakby przygotowywał własny plan ucieczki.

Jason przeprasza i proponuje, że prześle mi mailem kopie dowodów wypłat, z datami i sumami, na co tylko kiwam głową i bąkam coś, co przypomina „dobrze”. Zbieram się w sobie i wstaję. Kiedy ruszam do wyjścia, czuję, jak ze złości trzęsą mi się nogi.

W samochodzie łapię się na tym, że zaczynam podśpiewywać piosenkę z radia, choć przecież wiem, że to nijak nie może być właściwa reakcja na zdarzenia dzisiejszego dnia. Wiosenne niebo jest jak przejrzysta kopuła, moje myśli są równie klarowne. Uświadamiam sobie, że jest pierwszy kwietnia. Prima aprilis. No to dopiero psikusy. Nagle dociera do mnie, że skręcam na podjazd przed swoim domem, ale nie zapamiętałam nic, co działo się po wyjściu z banku. Czas też płata dziś figle.

Nie widzę auta Paula. Nic dziwnego – wystarczy spojrzeć na zegarek. Na szczęście brak też innych wozów. Zmieniam zdanie – lepiej, żeby nikt nie wiedział, że jestem w domu. Cofam na drogę, skręcam za róg i parkuję na rzadko uczęszczanej uliczce, którą najwyżej kilka razy dziennie jeżdżą dzieciaki z sąsiedztwa.

Wchodzę na podwórze od tyłu i zamykam za sobą furtkę. Upewniam się, że zamek zaskoczył.

W kilku krokach docieram do kuchennych drzwi, otwieram je kluczem, przecinam pomieszczenie i kieruję się prosto do salonu – tam, na kanapie, jest laptop Paula. Uradowany moim widokiem Duff zrywa się z podłogi. Trąca nosem moją dłoń i wymownie spogląda w kierunku kuchni, gdzie wisi smycz. Stać mnie jedynie na poklepanie go po wielkiej głowie.

Odwraca się do mnie czarno-białym zadem i pełen prostego szczęścia błogo zwala swoje siedemdziesięciokilogramowe cielsko u moich stóp. Uwielbiam go, ale zawsze był przede wszystkim psem Paula. Szlag mnie trafia na myśl o tym złodzieju i kłamcy. Łapię Duffa za obrożę, ciągnę do kuchni i wypuszczam na dwór. Wolę zostać sam na sam z komputerem. Marudzi przez chwilę, a potem puszcza się biegiem w drugi koniec podwórza, bo zwabiła go wiewiórka.

Mamy zwyczajny, nieudziwniony dom. Skromny, jednopiętrowy. Stoi trochę z dala od głównej ulicy, na narożnej działce. Teren na tyłach jest otoczony białym parkanem. Sto czterdzieści metrów kwadratowych, dwie sypialnie (w jednej Paul urządził sobie domowe biuro), dwie łazienki. Kiedy przed dziesięcioma laty przeprowadzaliśmy się tu z nieporównywalnie droższego, niespełna sześćdziesięciometrowego mieszkania na Manhattanie, mieliśmy wrażenie, że przenosimy się do pałacu.

Z początku, czyli przez pierwszych kilka lat, potrafiliśmy spędzać w pościeli długie godziny spleceni w miłosnym uścisku. Potem ochłonęliśmy i dotarło do nas, że przydałyby się drzwi wewnętrzne i więcej prywatnej przestrzeni. A później pojawił się Duff. Jako półroczny psiak ważył czterdzieści pięć kilo i wtedy całkiem dosłownie zabrakło nam miejsca w łóżku.

Wzięliśmy Duffa, żeby zastąpił nam dzieci, na które nie mogliśmy się zdecydować. Zawsze chciałam mieć dzieci, mimo że bałam się narazić je na krzywdę podobną do tej, jakiej sama zaznałam. Moje pragnienie posiadania szczęśliwej rodziny na wzór tych z filmów czy z telewizji pogłębiło się, kiedy poznałam Paula – wtedy nadzieja stłumiła cichy szept wątpliwości.

Głos Paula w dyskusji okazał się najdonośniejszy. Jego starannie przygotowana diatryba o tym, jak dzieci niszczą doskonale funkcjonujące małżeństwo i że większość ludzi decyduje się na potomstwo wyłącznie z powodu wysokiego mniemania o sobie, w końcu zwyciężyła. Na dobre i na złe, pozwoliłam mu rozstrzygać w najważniejszych kwestiach dotyczących naszego życia. Bywały jednak chwile, kiedy zastanawiałam się, czy naprawdę podzielam jego zdanie, czy raczej boję się, że go stracę, jeśli je zakwestionuję.

Pewnego dnia po suto zakrapianym późnym śniadaniu wybraliśmy się na spacer po okolicy i przechodząc obok sklepu zoologicznego, zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia w zwodniczo drobnym maluchu. Podjęliśmy decyzję pod wpływem impulsu, ale z silnym przekonaniem. Uznaliśmy, że wspólne wychowywanie szczeniaka będzie rozsądnym kompromisem. Żadne z nas nie miało zwierząt w dzieciństwie, za to zawsze marzyliśmy o czworonogu. Po pewnym czasie Duff – imię nadał mu Paul – ważył już więcej niż ja, a tylko trochę mniej niż jego pan, przejadał jedną czwartą tego, co wydawaliśmy na czynsz, i okazał się ostatecznym włochatym argumentem za emigracją z miasta.

Przed laty załadowaliśmy rzeczy z naszego mieszkania na niedużą furgonetkę do przeprowadzek i wyruszyliśmy w drogę do Stony Brook na Long Island, rodzinnego miasta Paula. Przyjaciel rodziny zaproponował nam zakup naszego pierwszego wspólnego domu w okazyjnej cenie. Pięć minut spacerem od wody i podwórze dwa razy większe od naszego lokum na Manhattanie pomogły złagodzić szok towarzyszący rozstaniu z miastem. Wszystko układało się wspaniale i sądziliśmy, że może być już tylko lepiej. Bardzo się myliliśmy.

Spoglądam w stronę otwartej na salon kuchni i dostrzegam swoje odbicie w wiszącym nad kominkiem lustrze w pozłacanej ramie, kupionym lata temu na wyprzedaży. Wyglądam na zmęczoną wydarzeniami dnia, patrzę błędnym wzrokiem i mam podpuchnięte oczy, jakbym przepłakała całą noc. Moje brązowe włosy sprawiają wrażenie bardziej matowych niż zwykle, a skóra jest ziemista. Wiele razy słyszałam, że jestem piękna – lecz z pewnością nie dziś. Zdarza mi się uronić łzę, nigdy jednak nie byłam beksą.

Naleję sobie dużą szklaneczkę czegoś mocniejszego. Co z tego, że dopiero południe? Pora dobra jak każda inna. Otumaniające działanie leków zaczyna słabnąć, uwalniając emocje, których akurat teraz nie potrzebuję. Dobrze wiem, że kolejny proszek mogę wziąć najwcześniej za dwie godziny. Nie chcę, żeby oni wszyscy mieli satysfakcję z mojej śmierci wskutek przypadkowego przedawkowania.

Razem z Paulem niespecjalnie przepadamy za alkoholem, dlatego jedynym mocniejszym napojem, jaki udaje mi się znaleźć, jest szampan z ostatniej rocznicy ślubu. Dobry, drogi trunek na wyjątkowe okazje – musiał kosztować z dwieście dolarów. Paul przyniósł tę butelkę na dziewiętnastą rocznicę razem z naręczem czerwonych róż i złotą bransoletką od Tiffany’ego. A ja co mu dałam? Marną kartkę z życzeniami, kupioną w pośpiechu w papierniczym, do którego wstąpiłam, wracając z zajęć aerobiku na rowerku. Zażenowana i trochę zawstydzona wycofałam się i zamknęłam w sobie. To była pierwsza rocznica od co najmniej czterech lat, którą oboje postanowiliśmy uczcić.

Paul odszedł od ustalonego scenariusza i mnie zawstydził.

Zachowywał się czule i sentymentalnie, a ja nie potrafiłam wykrzesać z siebie choćby odrobiny życzliwości. Od kiedy Paul stracił firmę, nasze uczucia względem siebie przypominały huśtawkę. Praktycznie przestaliśmy uprawiać seks. Brałam wtedy więcej leków, niż powinnam, i moje libido w zasadzie nie istniało. Tam, gdzie wcześniej płonęło pożądanie, znajdowałam już tylko rozdrażnienie. Oznajmiłam, że nie mam ochoty na kaca po szampanie i wolę iść spać. Odsunął się ode mnie i odparł, że skoro zamierzam się położyć, to on pójdzie się przejechać. Nie przyszło mi do głowy zapytać, dokąd się wybiera.

Nagle zmiany, jakie w ciągu ostatnich kilku tygodni zaszły w zachowaniu mojego drogiego męża, zyskują nowe znaczenie. Czuję, że mam déjà vu. Sygnały, na które przymykałam oko, bo dbałam wyłącznie o własne interesy, w zatrważającym tempie nabierają ostrości. Niesamowite, jak – przy wystarczająco silnej woli – jesteśmy w stanie zaciemniać oczywistości, aż stają się niemal niewidoczne.

Nalewam sobie kieliszek i od razu wypijam. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby odezwać się do Paula po wyjściu z biura. A przecież do niego pierwszego powinnam dzwonić w sytuacjach kryzysowych. Zwłaszcza po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło. Telefon leży tu, obok mnie, a jednak mam wrażenie, jakby znajdował się poza moim zasięgiem. Nie mogę powiedzieć Paulowi, że zostałam zwolniona. Jeśli to zrobię, zacznie dociekać i z pewnością założy, że chodziło o leki. W sumie będzie miał rację, ale tego też mu nie przyznam.

Nie powinnam pozwalać Markowi na takie zachowanie, ale po tym, jak sytuacja wymknęła się spod kontroli tamtego wieczoru w naszej sypialni, po prostu się godziłam i już. A nawet oczekiwałam, że będzie to robił razem ze mną. Co ciekawe, uwaga, jaką mnie darzył, działała motywująco w pracy i odciągała myśli od domu. Poza tym miał dostęp do rozmaitych środków pobudzających i chętnie mi go udzielał.

Chyba trochę czułam, że przygoda z branżą farmaceutyczną zbliża się do końca. Nie mogła tego zmienić żadna ilość przyjmowanych leków. Tyle tylko, że to najgorszy moment z możliwych. Nie chodzi wyłącznie o próbki, które sobie przywłaszczyłam, ale o mój wiek i konkurencję na rynku pracy. I moją coraz słabszą wydajność. I wiedzę na temat Marka.

Nowi lekarze domagali się nowych przedstawicieli handlowych. Moje z trudem zdobyte znajomości, grono lojalnych, choć nie zawsze poprawnych lekarzy, topniały w miarę jak stara gwardia odchodziła na emeryturę i zastępowała ją świeża krew, ambitny, trzydziestoparoletni narybek po studiach. Następcy opanowali miasto i przedmieścia, zapełnili je doskonale prosperującymi gabinetami, do których ściągali zalęknieni, apatyczni, sparaliżowani bezsilnością pacjenci. Młodzi idealiści w swych pachnących farbą przychodniach odznaczali się naiwnością, dzięki której wygospodarowywali godzinę z niewiarygodnie napiętych grafików, by móc poświęcić ją młodej, pięknej przedstawicielce handlowej, a nawet zamówić nowy lek tylko po to, żeby ponownie ich odwiedziła. Ostatnio jednak z coraz większym trudem przychodziło mi zapełnianie karneciku.

Szampan przyjemnie szumi mi w głowie. Układam się na kanapie. Sięgam po laptopa Paula, smakuję veuve clic­quot z udawanym znawstwem, zbieram włosy w kok i wzdycham, jakbym wiedziała, że ktoś mnie obserwuje. Niezła ze mnie dama. Biorąc pod uwagę historię naszego związku, można pomyśleć, że to nie pierwszy raz, kiedy szpieguję Paula. Zasadniczo by się zgadzało. Głupio sądziłam, że mamy to już za sobą. Niesamowite, jak szybko miejsce zaufania zajmuje coś, co ledwo się tli.

Łatwo wchodzę do systemu. Znam wszystkie hasła Paula, bo zawsze są takie same – albo moje przezwisko, albo data naszego ślubu. Przyglądam się zdjęciu na tapecie. Jest stare, z pierwszych lat naszego małżeństwa, zostało zrobione latem, kiedy przeprowadziliśmy się do East Village i zaczęliśmy pracować już na poważnie, tak by odłożyć pieniądze na życie, którego oboje bardzo pragnęliśmy: nieskrępowane strachem ani wątpliwościami. Dwoje głupich dzieciaków z optymizmem patrzących w przyszłość i szaleńczo w sobie zakochanych. Jestem lekko zaskoczona tym, że Paul ozdobił pulpit naszym wizerunkiem. Moja tapeta – widoczek morza – wydaje się przy tym porażająco banalna. Patrzę na siebie sprzed lat i z trudem rozpoznaję własne oblicze. Bardziej lśniące oczy i gładsza skóra. Uśmiecham się, spoglądam na Paula zamiast w aparat. On ma twarz zwróconą do obiektywu i uśmiech tak szeroki, że mam wrażenie, jakby wręcz powiększał się na moich oczach. Mój mąż nie zestarzał się aż tak mocno. Miał wtedy bardziej gibkie ciało, mniejsze zakola i włosy nieprzyprószone siwizną. Przyglądam się twarzy, którą oglądam częściej niż własną, i jej nie rozpoznaję.

Klikam ikonkę poczty, powoli nabieram powietrza i szykuję się na ponowne pierwsze spotkanie ze swoim mężem.

2

PAUL

Przed

Oboje z żoną kłamiemy, tyle że każde na swój sposób. To jedna z ciekawszych rzeczy, o których człowiek przekonuje się po prawie dwudziestu latach małżeństwa. Ja mam swobodne podejście do szczegółów, ona – skłonność do wybiórczości.

Kiedy się poznaliśmy, byliśmy ludźmi z trudną przeszłością. Wydaje mi się, że zarówno dla niej, jak i dla mnie kłamstwo to kwestia kontroli. Próba radzenia sobie z przeszłością poprzez przekształcanie teraźniejszości. Wyjaśniła mi to pani psychiatra, która zajmowała się moim przypadkiem, kiedy byłem mały. Zapamiętałem jej słowa chyba dlatego, że bardzo, bardzo chciałem zrobić na niej dobre wrażenie.

– Paul, zwracaj się do mnie „pani doktor A.”, dobrze? – Od jej uśmiechu robi mi się ciepło w środku.

– Dobrze.

– Paul, czy rozumiesz, co się stało z twoimi rodzicami?

– Tak, pani doktor A.

– Czy rozumiesz, że to był wypadek? I nie wydarzył się z twojej winy?

– Tak, pani doktor A.

– Paul, spójrz na mnie. Nie zrobiłeś nic złego.

– Tak.

– Dobrze, kochanie.

Nosiła cienki srebrny łańcuszek z niewielkim szafirowym wisiorkiem, który wyglądał na pamiątkę rodzinną i pasował do koloru jej oczu. Przypominam sobie, jak układał się na jej skórze, podkreślając delikatną krzywiznę rowka między piersiami. Była życzliwa, czułem się przy niej swobodnie.

Mówimy sobie dużo miłych rzeczy. Mnóstwo sympatycznych, optymistycznych kłamstw.

Kiedy braliśmy z Rebeccą ślub, kurczę, nie widzieliśmy świata poza sobą. Nie posiadaliśmy się ze szczęścia, byliśmy jak dwoje nieokrzesanych dzieciaków, które przyglądają się życiu szeroko otwartymi oczami. Miała piękne spojrzenie. Zmysłowe, głębokie, lekko senne, a zarazem niezwykle mądre. Patrzyłem w te oczy całkiem bezbronny. Byliśmy w sobie beznadziejnie zakochani. To wspaniałe… i zarazem głupie. Wierzyłem wtedy – naprawdę tak uważałem – że razem przetrwamy wszystko. W pewnym sensie nam się udało.

Kochaliśmy się, miałem wrażenie, całymi dniami, bez końca. Tonąłem w jej oczach, nasze usta stapiały się w jedno, a jej długie ciemne włosy spływały na nasze twarze.

– Kochasz mnie?

– Rozpaczliwie, gołąbeczku.

– Tak bardzo cię pragnę.

– Masz mnie. Masz mnie całego.

– Kochanie, zerżnij mnie, proszę.

Czas się zatrzymywał, gdy kotłowaliśmy się w pościeli, wchodziliśmy razem pod prysznic albo odkrywaliśmy nowe zastosowania używanych mebli, które zgromadziliśmy w mieszkaniu. Udało nam się nawet wymyślić, jak w perwersyjny sposób wykorzystać moją skromną kolekcję krawatów. Świat odzyskiwał swój naturalny porządek dopiero, kiedy w końcu odklejaliśmy się od siebie w pełnym zaspokojenia wyczerpaniu.

Kiedy jesteś młody i pewny siebie, możesz wszystko. Świat wydaje ci się prezentem w błyszczącym opakowaniu. Masz piękną, młodą żonę ze świetnym tyłkiem, do tego wygadaną, tak że czujesz się przy niej lekko bezradny, ale nic nie szkodzi, to taka bezradność, na jaką możesz sobie pozwolić. Przyjmujesz ją z dobrodziejstwem inwentarza, akceptujesz, bo wiesz, że twój związek ma solidne podstawy. Małżeńska więź jest nie do zerwania, chroni cię przed światem zewnętrznym.

Nie żebyś naprawdę potrzebował ochrony. Bo cała reszta idzie jak po maśle. Działasz w branży budowlanej, twoja firma rośnie jak na drożdżach. Ludzie na wyścigi stawiają nowe domy, tak że ledwo się wyrabiasz ze zleceniami, ale kiedy spływają kolejne, nie odmawiasz, bo niby dlaczego? Dasz radę. Jesteś królem. Spokojnie wszystko ogarniesz. Znajdujesz nawet czas, żeby wytyczyć, wykopać i wylać fundamenty, z uwzględnieniem piwnicy, przygotować podstawową infrastrukturę pod wymarzony dom, który projektujesz dla swojej zachwycającej żony. Tej samej, która też wymiata w pracy. A kiedy leżysz na niej i ją bierzesz, ona patrzy na ciebie wniebowzięta. I wtedy czujesz, że jesteś tam, w siódmym niebie, razem z nią. I rzeczywiście tak jest. Rządzisz. Jesteś, kurwa, gość.

Wtedy życie sprzedaje ci fangę. Masz wrażenie, jakby ktoś przywalił ci workiem pełnym pięciocentówek. Rynek się załamuje, na budowach zastój, a ty co? Lądujesz z gołą dupą na lodzie. Źródełko z forsą błyskawicznie wysycha i nagle się okazuje, że zostajesz z masą rozgrzebanych zleceń, których terminu ukończenia ni widu, ni słychu. Już nie ogarniasz, już niczego nie kontrolujesz. Masz przesrane – przez zwykłego pecha i kiepskie wyczucie czasu. Zainwestowałeś kupę kasy i nic z tego nie masz. Mści się na tobie ambicja.

I jeszcze to twoje ego, które wbija ci szpilę. Żona podchodzi do sprawy z autentyczną wyrozumiałością. Wspiera cię, okazuje współczucie, słucha. Ale słyszy tylko to, co jej mówisz, a przecież nie mówisz wszystkiego, prawda? Nie zwierzasz się z tego, co naprawdę cię gryzie i nie pozwala spać w nocy, kiedy leżysz obok niej bez ruchu, żeby przypadkiem nie pomyślała, że cierpisz na bezsenność. Nie chcesz jej obarczać ciężarem problemów. Bo czemu miałbyś to robić? Przecież jesteś, kurwa, gość. A przynajmniej byłeś.

Rzuciło cię w nową, nieznaną i cholernie dla ciebie przykrą rzeczywistość. Twoja piękna, charyzmatyczna żona, która potrafiłaby sprzedać grzebień łysemu, zgarnia najsmaczniejsze kąski w pracy, a także w pełni korzysta z wszelkich dodatkowych zalet zatrudnienia w firmie farmaceutycznej. W pewnym momencie dochodzisz do wniosku, że jedno łączy się z drugim w jakiś makabryczno-zabawny sposób. Kiedy gospodarka jest w dołku, ludzie na potęgę kupują leki. Czyżby los jednak miał poczucie humoru?

Krążysz po domu i zastanawiasz się, jak pchnąć swój biznes do przodu. Rozglądasz się, węszysz, dzwonisz do każdego, o kim wiesz, że odbierze telefon. Próbujesz coś wymyślić, cokolwiek. Nic z tego. Siedzisz na kanapie i masz wrażenie, że z kominka przyglądają ci się stojące tam jarmarczne, lśniące trofea – świadectwa obrotności, rzutkości i w ogóle dominacji twojej żony na polu, na którym działa. Patrzą na ciebie, oceniają cię, gardzą tobą. Zadają sobie pytanie, co z ciebie za facet.

Dopiero po pewnym czasie uświadamiasz sobie – co wcale nie oznacza, że cios jest łagodniejszy – że teraz to twoja żona ogarnia bazę. Bo ty już nie dajesz rady. Twoje potrzeby zaspokaja kobieta – pieszczotliwie nazywasz ją gołąbeczkiem – ponieważ ty przestałeś zachowywać się jak mężczyzna. Nigdy nie zdradzałeś skłonności do rozczulania się nad sobą, ale teraz masz ochotę się poużalać, prawda? Ją też to gryzie, to pewne. Czujesz przynajmniej ulgę, że zdecydowałeś, że nie będziecie mieli dzieci – zawsze to jedna zmienna w równaniu mniej.

Ona nigdy tego nie powie, ale widzisz to w jej spojrzeniu. W rozmowie z tobą staje się ostrożniejsza, tak jakby najpierw musiała przebić się z komunikatem przez twoją dumę. Częściej pozwala ci przejmować inicjatywę, ale czujesz wtedy, jakby szła na ustępstwa. Podczas gdy wcześniej oboje płynnie poruszaliście się w tym tańcu, tak teraz masz wrażenie, że żona pozwala ci prowadzić, bo chce coś udowodnić. A gdy się kochacie, już nie patrzy ci w oczy tak jak kiedyś i ty też nie możesz się przemóc, by spojrzeć na nią w taki sposób. Jej ciało wydaje się mniej gibkie niż dawniej. Nie otwiera się przed tobą jak swego czasu, nie przyjmuje cię tak ochoczo, nie oddaje się z zapamiętaniem. Jakbyście stale się rozmijali.

Zaczynasz się zastanawiać, co ją jeszcze trzyma przy tobie i dlaczego cię nie rzuciła. Widzisz przecież, że myślami już jest gdzie indziej – i wkrótce będzie tam też spojrzeniem. Dochodzisz do etapu, na którym na zmianę dziwisz się, że cię nie opuściła, i czujesz rozczarowanie, że nie potrafi tego zrobić. Dlaczego została? Ty byś odszedł. Na co czeka?

Staracie się zachowywać pozory zdrowego małżeństwa: okazujecie sobie szacunek, wsparcie, troskę. Wszystko to nadal w sobie macie, tyle że wkradło się do waszych wnętrz coś, co te rzeczy wyżera i niszczy wasz związek od środka. Czujecie rozpad na co dzień, a jednak żadne z was nie potrafi – albo może nie chce – się tym zająć. To odbija się na waszym życiu intymnym. Osiągasz taki stan, że seks z nią już cię nie interesuje. Pragniesz zaspokajać swoje potrzeby, jasne, ale bardziej pierwotnie, zwierzęco.

Sheila była błędem. Oczywiście, dopiero z perspektywy czasu zdajemy sobie sprawę z takich rzeczy. Nie chciałem, żeby to się wydarzyło, ale się wydarzyło. Kiedy się poznaliśmy, od dwóch lat nie miałem roboty i nadal planowałem wielki powrót na szczyt. Codziennie chodziłem z Duffem na spacer nad zatokę. Wyrywałem się z więzienia, jakim stał się mój dom, i tam, w skupieniu, starałem się wpaść na kolejny świetny pomysł, który zawsze wydawał się tuż-tuż, dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Sheila mieszkała kilka przecznic od nas i często wyprowadzała swojego psa akurat w tym czasie, kiedy wybieraliśmy się z Duffem rozprostować nogi i łapy. Popielate blond włosy zbierała w luźny kok. Cała tchnęła naturalną swobodą, tak jakby dbanie o siebie przychodziło jej bez najmniejszego wysiłku. Była ode mnie kilka lat młodsza, czułem bijącą od niej energię, która mnie pociągała. Rozpracowałem jej grafik i po kilku dniach wymiany uprzejmych pozdrowień zatrzymałem się, żeby z nią porozmawiać.

– Dzień dobry.

– Cześć. Kim jesteś, wielki psiaku?

– To Duff.

Pochyliła się, żeby go pogłaskać. W wycięciu koszulki zauważyłem koronkową lamówkę stanika.

– Witaj, Duff! Słodziak z ciebie, wiesz? A ty kim jesteś, wielki człowieku? – Kiedy na mnie popatrzyła, dostrzeg­łem figlarny błysk w błękitnych oczach.

– Paul. Duff to ten mądrzejszy, ja robię za duże tępe zwierzę. – Postarałem się odwzajemnić spojrzenie.

Uśmiechnęła się, a na wargach pociągniętych błyszczykiem zamigotały promienie słońca.

– Och, Paul, nie bądź dla siebie taki surowy. Ty się przynajmniej nie ślinisz. – Posłała mi długie spojrzenie, po czym wyciągnęła do mnie rękę.

– Sheila. A to Molly.

Miała ciepły i silny uścisk. Kiedy psy skończyły się obwąchiwać, a ja sięgnąłem, żeby pogłaskać czarnego labradora, zauważyłem obrączkę na serdecznym palcu Sheili. Wtedy poczułem, jak coś się we mnie zmienia.

Robiliśmy to u niej, kiedy mąż wyjeżdżał z miasta. Psy w tym czasie biegały po podwórku. My wyprawialiśmy rzeczy, o których z Rebeccą dawno zapomnieliśmy. W dodatku z taką namiętnością i zapałem, jakich nie doświadczyłem od lat. Sheila patrzyła na mnie, dotykała mnie, sprawiała, że czułem się tak jak dawniej z Rebeccą. Dlatego wmówiłem sobie, że znaczy dla mnie więcej niż żona. Przez pewien czas naprawdę święcie w to wierzyłem.

♦ ♦ ♦

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Substancja i lek o charakterze psychoaktywnym; mają działanie antydepresyjne, przeciwlękowe (wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz