Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 553 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nic do stracenia - Lee Child

Nadzieja i Rozpacz. Dwa miasteczka połączone dwudziestoma kilometrami nieuczęszczanej szosy gdzieś pośród pustynnych bezkresów Kolorado. I przemierzający je samotnie Jack Reacher, który chce tylko napić się kawy. Rozpacz okazuje się mało gościnnym miejscem. Bez żadnego powodu czterech osiłków próbuje wyrzucić Jacka z miasta. Policja odstawia go do granicy grożąc, że jeśli wróci, trafi do aresztu. Czy mieszkańcy czegoś się boją? Mają coś do ukrycia? Jeśli tak, to się przeliczyli. Bo Reacher nie ma Nic do stracenia. Ani żadnych zahamowań. Dziwne zachowanie przedstawicieli lokalnej władzy wzmaga tylko jego determinację, by wyjaśnić ponure tajemnice, skrywane przez miasto i położony w pobliżu potężny zakład recyklingu złomu. Tajemnice, które mogą mieć związek z odległą wojną, w której giną tysiące ludzi. Jedynym sojusznikiem Jacka będzie młoda policjantka z Nadziei...

Opinie o ebooku Nic do stracenia - Lee Child

Fragment ebooka Nic do stracenia - Lee Child

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

O autorze

Dedykacja

1

2

3

O książce

Rozpacz i Nadzieja – dwa miasteczka połączone szosą wiodącą przez bezludne, pustynne tereny Kolorado.

I przemierzający ją samotnie Jack Reacher, który chce tylko napić się kawy.

Rozpacz okazuje się mało gościnnym miejscem; bez żadnego powodu czterech osiłków próbuje wyrzucić go z miasta, a policjanci odstawiają go do granicy stanu i grożą, że jeśli wróci, trafi do aresztu.

Nie wiedzą, że Reacherowi lepiej nie grozić.

Tak samo, jak lepiej nie powstrzymywać go przed odkryciem czegoś, co ktoś wyraźnie chce ukryć. Zwłaszcza jeśli tym kimś są władze.

Bo Reacher nie przepada za władzą.

I nie ma nic do stracenia.

LEE CHILD

Brytyjski pisarz, od 1998 r. mieszkający w Nowym Jorku. W 2009 r. wybrany na prezesa stowarzyszenia Mystery Writers of America. Studiował prawo, potem pracował w teatrze i telewizji Granada. Zwolniony po 18 latach w wyniku restrukturyzacji, zainwestował w karierę literacką. W 1997 r. ukazała się jego pierwsza powieść – Poziom śmierci. Książka zdobyła Anthony Award za najlepszy debiut kryminalny i zapoczątkowała serię thrillerów ze wspólnym bohaterem, byłym żandarmem wojskowym Jackiem Reacherem, do której należąm.in.: Echo w płomieniach, Siła perswazji, Jednym strzałem (powieść zekranizowana jako Jack Reacher z Tomem Cruise’em w roli tytułowej), Elita zabójców, Jutro możesz zniknąć, 61 godzin, Czasami warto umrzeć, Ostatnia sprawa, Poszukiwany, Nigdy nie wracaj, Sprawa osobista. Książki Lee Childa publikowane są w 43 krajach. Tom Cruise ponownie wcielił się w Reachera w adaptacji Nigdy nie wracaj.

www.leechild.com

Tego autora

Jack ReacherPOZIOM ŚMIERCIUPROWADZONYWRÓG BEZ TWARZYPODEJRZANYECHO W PŁOMIENIACHW TAJNEJ SŁUŻBIESIŁA PERSWAZJINIEPRZYJACIELJEDNYM STRZAŁEMwydanie specjalne z opowiadaniem „Nowa tożsamość Jamesa Penneya”BEZ LITOŚCIELITA ZABÓJCÓWNIC DO STRACENIAJUTRO MOŻESZ ZNIKNĄĆ61 GODZINCZASAMI WARTO UMRZEĆOSTATNIA SPRAWAwydanie specjalne z opowiadaniem „Drugi syn”POSZUKIWANYNIGDY NIE WRACAJSPRAWA OSOBISTAZMUŚ MNIESTO MILIONÓW DOLARÓWorazNAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2010(współautor)

Tytuł oryginału: NOTHING TO LOSE

Copyright © Lee Child 2008All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Bogusław Stawski 2009

Redakcja: Władysław Ordęga

Zdjęcie na okładce: Juanan Barros Moreno/Shutterstock

Projekt graficzny okładki i serii: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-385-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Jack Reacher: CV

Imię i nazwisko: Jack Reacher

Narodowość: amerykańska

Urodzony: 29 października 1960 roku w Berlinie

Charakterystyczne dane: 195 cm; 99–110 kg; 127 cm w klatce piersiowej

Kolor włosów: ciemny blond

Kolor oczu: niebieski

Ubranie: kurtka 3XLT, długość nogawki mierzona od kroku 95 cm

Wykształcenie: szkoły na terenie amerykańskich baz wojskowych w Europie i na Dalekim Wschodzie; Akademia Wojskowa West Point

Przebieg służby: 13 lat w żandarmerii armii Stanów Zjednoczonych; w 1990 zdegradowany z majora do kapitana, zwolniony do cywila w randze majora w 1997 roku

Odznaczenia służbowe: Srebrna Gwiazda, Medal za wzorową służbę, Medal Żołnierza, Legia Zasługi, Brązowa Gwiazda, Purpurowe Serce

Ostatni adres: nieznany

Czego nie ma: prawa jazdy; dokumentu ze zdjęciem; osób na utrzymaniu

Dla Rae Helmsworth i Janine Wilson.Wiedzą dlaczego…

Wydarzenia opisane w niniejszej książce są fikcyjne i poza faktami historycznymi wszelkie podobieństwo postaci książkowych do osób żyjących i zmarłych jest całkowicie przypadkowe.

1

Czuł, że słońce grzeje połową swojej mocy, bo wiedział, co to jest prawdziwy skwar. Było jednak wystarczająco gorąco, by odczuwał niepokój i mdłości. Czuł się bardzo osłabiony. Nie jadł od siedemdziesięciu dwóch godzin i nie pił od czterdziestu ośmiu.

To nie było zwykłe wyczerpanie. Umierał i zdawał sobie z tego sprawę.

Obrazy w mózgu zaczęły się rozmazywać. Widział łódź przywiązaną do przystani przegniłą liną; walczyła z silnym prądem rzeki, który w końcu ją pokonał, uwolnił, odciągnął od brzegu. Widział siebie jako małego chłopca skulonego w łodzi, spoglądającego bezsilnie na brzeg rzeki i oddalający się pomost.

A może był to szybowiec unoszony bryzą, zwolniony z uwięzi, powoli szybujący w górę i w dół, z chłopcem w kabinie, obserwującym coraz mniejsze postacie na ziemi, machające, wpatrujące się w niego z zaniepokojonymi twarzami.

W końcu te wyobrażenia zupełnie się rozmyły, bo słowa stały się ważniejsze od obrazów, co było przecież absurdem, skoro nigdy wcześniej nie przejmował się słowami. Lecz zanim umrze, chciał wiedzieć, które należały tylko do niego. Które z nich opisywały go najlepiej? Czy był już dorosly, czy wciąż pozostawał dzieckiem? „Bądź mężczyzną”, ktoś mu powiedział. A inni nalegali: „To nie wstyd zostać chłopcem”. Był wystarczająco dojrzały, by głosować, zabijać i umierać, co czyniło go mężczyzną. Ale jednocześnie za młody, by pić alkohol, nawet piwo, co sprawiało, że czuł się jak chłopiec. Czy był odważny, czy może tchórzliwy? Chwalono go za odwagę i wyzywano od tchórzy. Mówiono o nim: niedostosowany, rozkojarzony, obłąkany, niezrównoważony, paranoiczny, zagubiony. Rozumiał to i akceptował, oprócz tego jednego słowa — „niedostosowany”. A niby jak miał być „dostosowany” albo „dopasowany”? Jak drzwi do futryny? Może więc wszyscy ludzie byli drzwiami? Może wszystko tylko przez nich przechodziło? Może poruszał nimi wiatr? Przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad tą kwestią, wreszcie sfrustrowany odbił wszystkie myśli wyimaginowanym kijem baseballowym. Paplał jak nastolatek zakochany w trawce.

Jeszcze półtora roku wcześniej rzeczywiście nim był.

Osunął się na kolana. Wiedział, że piasek jest zaledwie ciepły, bo przecież nie prażył w nogi. Był jednak wystarczająco gorący, by go ogrzać. Upadł na twarz wyczerpany i wycieńczony do granic. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli zamknie oczy, już nigdy ich nie otworzy.

Ale był bardzo zmęczony.

Tak bardzo, bardzo zmęczony.

Bardziej niż jakikolwiek mężczyzna czy zwykły chłopiec mógłby być zmęczony.

Zamknął oczy.

2

Granicą pomiędzy Nadzieją a Rozpaczą była przerwa w nawierzchni drogi, w miejscu gdzie kończyła się droga jednego, a zaczynała droga drugiego miasteczka. Wydział drogownictwa zarządu miasta Nadzieja pokrył drogę grubą, gładką warstwą asfaltowej nawierzchni. Rozpacz miała najwidoczniej mniejszy budżet miejski. To było widać gołym okiem. Na szutrowe i kamieniste podłoże swojej drogi wylali zwykłą smołę. W miejscu połączenia tych dwóch nawierzchni powstał uskok o szerokości kilku centymetrów wypełniony czystym lepikiem. Taka jakby przerwa dylatacyjna. Granica. Linia. Jack Reacher przekroczył ją jednym krokiem i szedł dalej. Nawet nie zwrócił na nią większej uwagi.

Dopiero później sobie ją przypomniał. Dopiero później odtworzył ją w pamięci z najdrobniejszymi szczegółami.

Miasteczka Nadzieja i Rozpacz leżały w stanie Kolorado. Reacher znalazł się w Kolorado, bo dwa dni wcześniej był w stanie Kansas, a przecież Kolorado graniczy z Kansas. Kierował się na południowy zachód. Przebywał wtedy w Calais, w stanie Maine, gdy przyszła mu do głowy myśl, by przejechać całe Stany na ukos, z Maine aż do San Diego w Kalifornii. Calais było najważniejszym miasteczkiem na północnym wschodzie kraju, a San Diego najważniejszym i największym miastem na południowym zachodzie. Z jednego najbardziej wysuniętego miejsca do drugiego. Znad Atlantyku nad Pacyfik. Z zimna i wilgoci w ciepło i suche powietrze. Jechał autobusem, jeśli miał połączenie, i łapał okazję, kiedy go nie miał. Gdy nie mógł złapać okazji, szedł pieszo. Do Nadziei podwiózł go emerytowany sprzedawca guzików swoim mercurym grand marquis w kolorze butelkowej zieleni. Stamtąd wyruszył pieszo, bo tego ranka w kierunku Rozpaczy nie jechał żaden samochód.

Ten fakt też sobie później przypomniał. I zastanawiał się, dlaczego nie było żadnego ruchu w kierunku Rozpaczy?

Jeśli już chodzi o ten jego wielki plan przemierzenia kraju po przekątnej, to trochę zboczył z kursu. Właściwie powinien był kierować się na południowy zachód i przekroczyć granicę stanu Nowy Meksyk, ale nie podchodził zbyt skrupulatnie do swoich planów podróży. Model Grand Marquis był bardzo komfortową limuzyną, a staruszek sklepikarz jechał prosto do Nadziei odwiedzić trójkę wnucząt. Później miał zamiar udać się do Denver, by odwiedzić kolejną czwórkę. Reacher cierpliwie wysłuchiwał rodzinnych historii i całkowicie pogodził się z tym, że zrobi taki mały objazd i pojedzie najpierw na zachód, a dopiero później skieruje się na południe. Może te boki trójkąta, które miał do pokonania, okażą się ciekawsze od zaledwie jednego boku? Znalazłszy się w Nadziei, spojrzał na mapę i widząc, że do Rozpaczy jest zaledwie dwadzieścia kilka kilometrów, nie mógł oprzeć się chęci dodatkowego objazdu. W wyobraźni chyba już nawet dwukrotnie pokonywał tę właśnie trasę. Teraz doszedł do wniosku, że plany należy dostosować do rzeczywistości, szczególnie że los dał mu taką możliwość.

To też sobie później przypomniał.

Droga pomiędzy dwoma miasteczkami była prostą jak drut dwupasmową szosą. Delikatnie się wznosiła i kierowała na zachód. Nic specjalnego. Ten skrawek zachodniego Kolorado był zdecydowanie płaski. Zupełnie jak Kansas. Choć Jack dostrzegał wypiętrzone Góry Skaliste — niebieskawe, potężne i rozmyte daleko na linii horyzontu. Choć wydawało się, że są bardzo blisko, rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Reacher wspiął się na wzniesienie i stanął jak wryty. Teraz zrozumiał, dlaczego jedno miasteczko nazywało się Nadzieja, a drugie Rozpacz. Osadnicy przemierzający kraj ze wschodu na zachód sto pięćdziesiąt lat temu zatrzymywali się w miejscu, które zaczęto nazywać Nadzieją, widząc niemal na wyciągnięcie ręki ostatnią wielką przeszkodę do pokonania. Potem po dniu, tygodniu lub miesiącu przerwy ruszali w drogę, dochodząc do tego samego wzniesienia, i dostrzegali, że ów pozornie bliski widok Gór Skalistych był okrutnym psikusem wyrządzonym przez topografię terenu, złudzeniem optycznym, załamaniem światła. Ze szczytu wzniesienia ostatnia przeszkoda do pokonania okazywała się znowu tak samo odległa, a nawet jeszcze bardziej nieosiągalna, rozpościerając się setki kilometrów dalej za niekończącymi się równinami. Może zaczynała się za tysiącami kilometrów, choć to też mogło być złudzeniem. Reacher obliczył, że tak naprawdę pierwsze spore szczyty znajdowały się w odległości około trzystu kilometrów. Długi miesiąc marszu i wleczenia się wozów zaprzężonych w muły przez pozbawioną charakterystycznych cech dziką roślinność, po pojawiających się od czasu do czasu przetartych koleinach wytłoczonych dziesiątki lat wcześniej przez innych podróżników. Albo półtora miesiąca marszu w niesprzyjającej porze roku. W kontekście całej wędrówki może nie była to jakaś wielka tragedia, ale z pewnością gorzkie rozczarowanie, wstrząs wystarczająco silny, by pełnych nadziei, niespokojnych i niecierpliwych podróżników pogrążyć w rozpaczy w czasie wystarczającym na przeniesienie wzroku z jednej krawędzi horyzontu na drugą.

Reacher zszedł z chropowatej nawierzchni drogi należącej do okręgu miasta Rozpacz i przeszedł przez pas suchej i spękanej ziemi do wystającej skały wielkości samochodu, płaskiej jak ława. Rozciągnął się na niej na wznak, splótł ręce pod głową i wpatrywał się w niebo. Było bladobłękitne, poprzecinane długimi pierzastymi chmurami, które mogły powstać jakiś czas temu jako ślady odrzutu z silników przelatującego samolotu transkontynentalnego. Dawniej pewnie zapaliłby papierosa, by zabić czas. Ale rzucił palenie. Ten nałóg wymagałby noszenia ze sobą przynajmniej jednej paczki papierosów i zapałek, a przecież Reacher już dawno temu przestał targać ze sobą rzeczy, których nie potrzebował. W kieszeniach nie miał nic poza gotówką, nieważnym paszportem, kartą bankomatową i składaną szczoteczką do zębów. Nigdzie też nic na niego nie czekało. Nie wynajmował żadnej przechowalni na swoje rzeczy, nie trzymał niczego u kolegów. Wszystko, co miał, to zawartość kieszeni, rzeczy, w które był ubrany, i buty na nogach. Właśnie tyle mu wystarczało. Wszystko, czego potrzebował, i nic, czego nie potrzebował.

Podniósł się i stanął na palcach. Za nim, na wschodzie, rozciągała się niecka o rozpiętości mniej więcej dwudziestu kilometrów. Prawie w jej centrum leżało miasteczko Nadzieja. Obszar może dziesięciu na sześć kwartałów zabudowanych murowanymi domami otaczały farmy, stodoły i zabudowania gospodarcze z drewna i blachy falistej. Razem tworzyły ciepłą rozmazaną plamę przebijającą się przez mgiełkę z nagrzanego powietrza. Przed nim, na zachodzie, gdzie rozciągały się dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych płaskiego terenu, zupełnie pustego, poprzecinanego wstążkami odległych dróg, leżało miasteczko Rozpacz oddalone od niego mniej więcej o piętnaście kilometrów. Rozpacz było trudniej dostrzec niż Nadzieję. Mgiełka na zachodzie wyglądała na gęstszą. Choć szczegóły pozostawały niewidoczne, to miasteczko wydawało się większe od Nadziei. Miało kształt kropli z obowiązkowym placem targowym w centrum, lekko na południe od głównej drogi. Za centrum musiała leżeć dzielnica przemysłowa, bo spowijał ją smog. Rozpacz wyglądała mniej przyjemnie od Nadziei. Z oddali wydawała się zimna w odróżnieniu od swojej ciepłej sąsiadki; szara tam, gdzie Nadzieja była kolorowa. Rozpacz nie zachęcała do odwiedzin. Przez krótką chwilę Reacher zastanawiał się nad powrotem do Nadziei i wyruszeniem stamtąd bezpośrednio na południe, ale odrzucił tę myśl, zanim zdążyła się w pełni ukształtować w jego umyśle. Reacher nie cierpiał zawracać. Lubił przeć do przodu, nie oglądać się za siebie. Życie każdego człowieka wymagało jakiejś głównej zasady postępowania, a właśnie nieustanny ruch przed siebie stał się zasadą Reachera.

Później Jack był zły sam na siebie za swój brak elastyczności.

Zszedł ze skały i poszedł na ukos po piasku, dochodząc do asfaltowej drogi jakieś dwadzieścia metrów od miejsca, w którym z niej zboczył. Trzymając się lewej strony, szedł spokojnie wydłużonym krokiem, trochę szybciej niż pięć kilometrów na godzinę. Wybrał lewą stronę szosy dla większego bezpieczeństwa. Nie było jednak żadnego ruchu. W żadną stronę. Droga była zupełnie pusta. Żadnych pojazdów. Żadnych samochodów, żadnych ciężarówek. Nic. Ani jednej szansy na złapanie okazji. Reacher był tym trochę zaskoczony, ale w sumie wcale się nie przejmował. Wiele razy w swoim życiu pokonywał ponaddwudziestokilometrowe dystanse. Zaczesał palcami do tyłu włosy opadające mu na czoło. Zdjął koszulę i zarzucił ją sobie na plecy. Szedł dalej w kierunku bliżej nieokreślonej przyszłości.

3

Przedmieście zaczynało się pustym placem, na którym pewnie planowano coś wybudować ze dwadzieścia lat temu, ale nic z tego nie wyszło. Dalej był motel — zamknięty, podniszczony, może zupełnie opuszczony. Po drugiej stronie ulicy, pięćdziesiąt metrów na zachód, stała stacja benzynowa. Dwa stare dystrybutory paliwa. Nie takie antyczne, typowo wiejskie, jak na obrazach Edwarda Hoppera, ale i tak kilka generacji wcześniejsze od współczesnych. Z tyłu znajdował się mały pawilon z oknem z brudną, zatłuszczoną szybą. Na parapecie ustawiono kanistry z olejem, ustawione jeden na drugim w kształt piramidy. Reacher podszedł do pawilonu i wcisnął głowę w otwarte drzwi. W środku było ciemno, a powietrze intensywnie pachniało kreozotem i ciepłym surowym drewnem. Za ladą stał facet w wytartym i brudnym kombinezonie. Mniej więcej trzydziestoletni, szczupły.

— Macie kawę? — spytał go Reacher.

— To stacja benzynowa — odpowiedział typek.

— Stacje benzynowe sprzedają kawę, wodę i napoje — odparł Jack.

— Ale ta nie — oznajmił sprzedawca. — Ta sprzedaje benzynę.

— I olej.

— Jeśli jest komuś potrzebny.

— A czy macie jakąś kawiarnię w miasteczku?

— Jest restauracja.

— Tylko jedna?

— Jedna nam zupełnie wystarcza.

Reacher wycofał się na światło dzienne i odszedł. Jakieś sto metrów dalej obok jezdni pojawiły się chodniki, a droga zmieniła się w ulicę Main Street, jak głosiła nazwa na słupie. Trzydzieści metrów dalej po lewej stronie pojawił się normalny zabudowany kwartał miejski. Jego głównym elementem składowym był odpychający, murowany, dwupiętrowy budynek. Dawniej mógł to być skład suszonej żywności. Teraz też chyba pełnił jakąś handlową funkcję. Przez zakurzone szyby Reacher dostrzegł trzech klientów, rulony tkanin i plastikowe naczynia domowe. Obok był następny, identyczny dwupiętrowy budynek z cegły, i następny, i jeszcze następny. Centrum miasteczka stanowiło jakieś dwanaście na dwanaście zabudowanych kwartałów, głównie na południe od Main Street. Jack Reacher nie był znawcą architektury, a zdając sobie sprawę z tego, że jest daleko na zachód od Missisipi, pomyślał, że to miejsce przypomina mu miasteczko przemysłowe w stanie Connecticut albo zabudowania portowe Cincinnati. Było zwykłe, surowe, szare i przestarzałe. Oglądał filmy o małych miasteczkach Ameryki, gdzie fronty budynków i ulice przyozdabiano kunsztownie do filmowania, by wyglądały bardziej kolorowo i żywiołowo oraz by zakryć szarą rzeczywistość. To miejsce było ich dokładnym przeciwieństwem, jakby jakiś scenarzysta i cała grupa asystentów planu strasznie się postarali, by miasteczko wyglądało jeszcze bardziej ponuro i niechlujnie niż zwykle. Na ulicach był niewielki ruch. Samochody osobowe i pick-upy wlokły się bez pośpiechu. Żaden z nich nie miał mniej niż trzy lata. Kilku przechodniów snuło się na chodnikach.

Reacher skręcił bez namysłu w lewo i postanowił znaleźć obiecaną restaurację. Zanim do niej dotarł, przeszedł ze dwanaście przecznic, minął sklep spożywczy, zakład fryzjerski, bar, kamienicę z pokojami do wynajęcia i wyblakły stary hotel. Restauracja zajmowała cały parter jednej z tych nudnych ceglanych kostek wypełniających kwartały ulic. Wnętrze miało wysoki sufit, a większość ścian była przeszklona od ziemi do sufitu. Całkiem możliwe, że mieścił się tu kiedyś salon samochodowy. Podłoga została wyłożona płytkami, stoły i krzesła były proste, brązowe i drewniane i pachniały gotowanymi warzywami. Tuż za drzwiami stała mała lada recepcyjna z mosiężną tabliczką umocowaną na nóżce przyczepionej do ciężkiej podstawy. Tabliczka głosiła: „Proszę czekać na wskazanie stolika”. Takie same tabliczki widział we wszystkich restauracjach, od oceanu po ocean. Ta sama treść, ten sam odcień mosiądzu, ten sam kształt. Domyślił się, że pewnie jakaś firma handlująca wyposażeniem restauracji musiała sprzedać ich miliony. Identyczne stały w restauracjach w Calais, w Maine. Spodziewał się, że zobaczy je jeszcze w San Diego w Kalifornii. Stał przy ladzie i czekał.

I czekał.

W środku było jedenastu klientów. Wszyscy jedli. Trzy pary, trójka znajomych i dwa single. Jedna kelnerka. Nikt przy barze. Nikt przy ladzie recepcyjnej. W sumie nic niezwykłego. Reacher jadał w tysiącach podobnych miejsc i znał ich rytm pracy. Jedyna kelnerka wkrótce odwróci się do niego i skinie głową na przywitanie, jakby mówiła: „Zaraz do pana podejdę”. Przyjmie zamówienie, przyniesie danie na talerzu i zniknie, poprawiając opadający na policzki kosmyk włosów w geście będącym zarówno przeproszeniem, jak i prośbą o zrozumienie. Weźmie kartę dań i zaprowadzi go do stolika, po czym ucieknie, by przybyć ponownie i powtórzyć typowy rytuał z zamawianiem.

Ale tutaj kelnerka nie zachowała się w taki sposób.

Owszem, spojrzała w stronę Jacka, ale nie skinęła głową. Popatrzyła na niego przez długą sekundę i odwróciła wzrok. Zajęła się tym, co robiła wcześniej. A wcześniej w zasadzie niewiele robiła. Cała jedenastka była już spacyfikowana, a ona po prostu wymyślała sobie pracę. Zatrzymywała się przy stolikach i pytała klientów, czy wszystko jest w porządku, dolewała im kawy, jeśli było jej mniej niż na dwa centymetry od krawędzi filiżanki. Reacher odwrócił się, by sprawdzić, czy może nie pomyliły mu się godziny otwarcia restauracji. Może właśnie mieli zamykać? Nie. Dodatkowo sprawdził swoje odbicie w lustrze, czy nie popełnia strasznego społecznego wykroczenia swoim ubiorem. Ale nie. Miał na sobie ciemnoszare spodnie i pasującą do nich ciemnoszarą koszulę, odzież kupioną dwa dni wcześniej w sklepie z ubraniami roboczymi w Kansas. Sklepy z ubraniami roboczymi były jego najnowszym odkryciem. Zwykłe, mocne, dobrze uszyte ciuchy za rozsądną cenę. Wyglądał doskonale. Włosy krótkie i zaczesane. Golił się poprzedniego ranka. Rozporek miał zasunięty.

Odwrócił się i czekał.

Goście restauracji zaczęli mu się przyglądać. Jeden po drugim. Całkiem otwarcie lustrowali go wzrokiem i wracali do jedzenia. Kelnerka powoli zrobiła swoją rundę po całej sali, patrząc wszędzie, byle nie na niego. Stał nieruchomo, analizując sytuację w swojej mózgowej bazie danych, starając się ją zrozumieć. Wreszcie stracił cierpliwość, minął tabliczkę, wszedł na salę i usiadł przy stoliku dla czterech osób. Kelnerka obserwowała jego zachowanie i po chwili wyszła do kuchni.

Już nie wróciła.

Reacher siedział i czekał. Na sali panowała cisza. Żadnych rozmów. Żadnych dźwięków, poza cichym metalicznym szuraniem sztućców po talerzach, mlaskaniem, ceramicznym stukiem filiżanek powoli opuszczanych na talerzyki i drewnianym trzeszczeniem nóg krzeseł pod ciężarem ludzi zmieniających pozycję. Można było odnieść wrażenie, że te drobne hałasy potęgowały się i poprzez olbrzymią powierzchnię płytek podłogowych, aż do momentu gdy wydawały się wręcz przerażająco głośne.

Nic się nie wydarzyło przez prawie dziesięć minut.

Wtedy pod restaurację podjechał stary pick-up z podwójną kabiną pasażerską i zatrzymał się przed samymi drzwiami. Po sekundzie z samochodu wysiadło czterech facetów. Przez chwilę tworzyli zbitą formację na chodniku, po czym weszli do restauracji. Zatrzymali się na moment i rozglądali po sali, dopóki nie odnaleźli swojego celu. Podeszli od razu do stolika, przy którym siedział Reacher. Trzech z nich usiadło na wolnych krzesłach, czwarty stał u szczytu stołu, blokując Reacherowi drogę ucieczki.