Neverland - Maxime Chattam - ebook
Opis

Szósta część znakomitej serii fantasy Inny Świat, który został przetłumaczony na kilkanaście języków i podbija serca młodych czytelników. Wróg zniszczył drugie Jądro Ziemi, rozdzielił Matta, Amber i Tobiasa. Podczas gdy Entropia i jej potworne istoty kontynuują swe dzieło zniszczenia, Matt odkrywa Neverland, ukrytą i tajemniczą fortecę Zjaw – młodych rebeliantów z imperium Oza. Czy uda się na czas odbudować Przymierze Trojga i uratować Europę? Nadchodzi pora, aby wyjawić ostatnie tajemnice Innego Świata… „Maxime Chattam sprawnie żongluje rodzajami literackimi. Serią Inny Świat składa hołd klasykom, ulubionym autorom swojej młodości: Goldingowi, Tolkienowi, Verne’owi i Twainowi”. Le Point Chattam stworzył absolutnie niesamowity postapokaliptyczny świat, w którym wszystkie reguły zostały podważone. Inny Świat to świat ziemski zmieniony po katastrofalnej burzy, która rozdzieliła dzieci od dorosłych (dorośli stracili pamięć) i dokonała licznych zmian we wszystkim co żywe. W trzech pierwszych tomach na terenie Ameryki Północnej dzieci i nastolatkowie (Piotrusie) toczą z dorosłymi (Cynikami) wojnę, która po wielkiej bitwie kończy się zawarciem pokoju. Wtedy jednak Matt, Amber i Tobias, członkowie Przymierza Trojga, muszą stawić czoło nowemu zagrożeniu. Otóż na północy kontynentu nie przestaje rosnąć istota zwana Entropią. To potężna chmura będąca skupiskiem odpadów wyprodukowanych przez ludzkość, kierowana przez sztuczną inteligencję – przez resztki tego, czym był Internet, zwane Ggl. Entropia zawładnęła Wyspami Brytyjskimi i przymierza się do ataku na Francję pod panowaniem Oza– królestwa dorosłych Europejczyków, którzy nie doszli do porozumienia z dziećmi. W Castel d'Oz, mieście na terenie dawnego Londynu, Ggl wchłania i niszczy jedno z trzech Jąder Ziemi, skupiska życia, którego zdaje się bać. Tymczasem statek, na którym przybywają członkowie Przymierza Trojga, zostaje zniszczony za sprawą Spijacza Niewinności, Cynika sprzyjającego Ggl. Amber, Matt i Tobias muszą się najpierw pozbierać po zamachu, a następnie coś wymyślić, aby wykończyć Entropię.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 650

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

NEVERLAND

Copyright © Editions Albin Michel – Paris 2013

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt okładki: Wydawnictwo Sonia Draga

Wykonanie okładki: DT Studio s.c.

Zdjęcie na okładce: © iStockphoto / Christian Miller

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Aneta Iwan, Anna Just, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-571-4

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Abbie, naszemu własnemu Jądru Ziemi

1Koszmar świetlnej dziewczyny

Lecieć.

Ponad spokojnym oceanem chmur, pod gorącymi promieniami słońca. Potem uderzyć w świetliste spirale i przeciąwszy całym pędem niebo, dotrzeć do oceanu, wygładzając jego fale. Poczuć, jak morska piana muska policzki, a ciało lekko unosi się na grzbiecie fal, delektować się smakiem soli na ustach, zobaczyć w oddali brązowe klify i zbliżać się do nich z odurzającym uczuciem całkowitej wolności.

Frustracja pojawiła się nagle, w chwili gdy Amber ocknęła się i stwierdziła, że to był tylko sen. Piękny sen.

Rozczarowanie było tym silniejsze, że wszystko ją bolało. Miała poobijane plecy, krwawe wybroczyny na rękach, a straszliwy ból rozsadzał jej czaszkę. W nogach nie…

Poczuła ucisk w piersiach.

W nogach nie miała czucia. Od wypadku na Statku Życia. Amber powstrzymała napływające do oczu łzy. Mogła się przemieszczać, wykorzystując w tym celu niewielką część swojego przeobrażenia, lecz szybciej odczuwała zmęczenie, a unoszenie się nad powierzchnią nie było naturalne.

Już w ogóle nie czuła nóg. Żadnych doznań, żadnego mrowienia ani skurczu mięśni. Nic.

Zaczęła porządkować myśli. Nagle pojęła, że nawet nie wie, gdzie jest. Ostatnie wspomnienie… Statek Życia w ogniu! Jego zniszczenie! Matt, Tania i Chen przytuleni do niej, potem upadek pośród tysięcy płonących szczątków, dziesiątki metrów pokonane z wielką prędkością, nim uderzyli w lodowatą wodę. Ochronna bańka. Wykorzystując energię Jądra Ziemi, Amber utworzyła błonę, która miała ich ochronić.

Tobias!

Przypomniała sobie strawioną przez żar kabinę. Nie przeżył.

Potem już nic.

Z trudem otworzyła oczy.

Było ciemno. Wirowały świetliste plamki. Świece. Potem pojawił się gryzący zapach podobny do potu, co przypomniało jej inny zapach. Niewywietrzonej sali gimnastycznej. Tamto życie wydawało się tak odległe, że niemal zapomniane. Znowu poczuła ucisk w piersiach.

Grymas wykrzywił jej twarz. Naprawdę wszystko ją bolało.

Ubrania były suche. Zatem od chwili zatonięcia statku musiało upłynąć sporo czasu.

Wokół niej, w pomieszczeniu, gdzie się znajdowała, ściany były z czarnego kamienia, a wysoko nad głową stoczone przez robaki stare belki. Dotknęła palcami tego, na czym leżała. Drewno. Stół? Chciała się podnieść, lecz poczuła, że więzy ranią jej nadgarstki.

Co się dzieje? Gdzie ja jestem?

Uniosła głowę, myśląc z przerażeniem, że jest więźniem Ozyjczyków. Czyżby wyłowili ją spośród szczątków statku albo znaleźli nieprzytomną na plaży?

Pociągnęła za pęta, stalowe łańcuchy, całe pordzewiałe. Pomieszczenie było obszerne, okrągłe, wysokie co najmniej na trzy piętra i nastolatka dojrzała w półmroku liczne balkony oraz schody prowadzące na różne poziomy. Ale żadnego ruchu.

Nagle padł na nią jakiś cień.

Usłyszała za plecami czyjeś sapanie, potem pomruk. To nie był człowiek, raczej coś zwierzęcego o ciężkim, chrapliwym oddechu.

Ciężkie kroki się zbliżały, a kiedy sylwetka pojawiła się w zasięgu jej pola widzenia, Amber zesztywniała z przerażenia.

Człekopodobny kształt, ale skóra niemal szara, cała pomarszczona, pokryta krostami. Nos wyglądał tak, jakby uległ stopieniu, pozostawiając dwa podłużne otwory, z każdej strony tej ohydnej twarzy zwisały policzki, u góry wystawało kilka kępek rzadkich włosów, z obrzmiałych warg ściekały strugi piany.

Żarłok.

Stwierdziwszy, że Amber nie śpi, wydał z siebie przeciągły chichot. Następnie uniósł głowę i zaryczał przeraźliwie, co przyciągnęło dziesięciu innych Żarłoków, którzy obsiedli balkony, piszcząc z ciekawości. Otwarły się główne drzwi i przybiegło pięciu kolejnych. Wszyscy tak samo odrażający, karykatury istot ludzkich o skórze szarej, czerwonej lub jasnobrązowej, usianej brodawkami lub wrzodami. Większość była gruba, z małymi oczkami ukrytymi w fałdach tłuszczu, które ich zniekształcały.

Amber czuła, że pogrąża się w jakimś koszmarze. To niemożliwe. Obudzi się. Życie nie może być aż tak okrutne. Po śmierci Tobiasa ma dokonać żywota tutaj, w tym cuchnącym miejscu, pośród tych wszystkich zwyrodnialców. To już zbyt wiele. Zadała sobie pytanie o los Matta oraz innych Piotrusiów, tych, którzy ocaleli z katastrofy statku…

Żarłok, który jej pilnował, wyciągnął w stronę Amber gruby paluch.

– Dziewczyna… – powiedział łakomie. – Nasza dziewczyna!

Jego głos przedostawał się przez grube sito ze śluzu, co czyniło go przerażającym.

Jeden z Żarłoków podszedł i odepchnął go gwałtownie, aby stanąć przed dziewczyną. Z jego rozwartych ust wyzierały żółte i czarne pieńki zębów, osadzone w gnijących dziąsłach. Był nieco wyższy od pozostałych, pod warstwą tłuszczu rysowała się potężna muskulatura.

Wtedy Amber zauważyła, że nie są ubrani w łachmany, jak to mieli w zwyczaju, lecz w prawdziwe stroje ze skóry oraz futra. Ci Żarłocy nie tylko narzucili sobie dyscyplinę, która pozwalała im żyć we wspólnocie, ale rozwinęli się do tego stopnia, że potrafili wyrabiać stroje oraz broń – odnotowała Amber, zauważając pas tego, który zachowywał się jak przywódca. Liczne zardzewiałe ostrza zatknął między tuniką a skórzanym pasem.

Przywódca zbliżył dłoń i dotknął klatki piersiowej dziewczyny. Zaskoczona Amber krzyknęła i chciała się podnieść, ale trzymały ją łańcuchy.

Stwór westchnął z zadowoleniem, a zimny dreszcz przebiegł po plecach nastolatki. Po raz pierwszy od chwili, gdy odzyskała przytomność, udało jej się popatrzyć Żarłokowi głęboko w oczy. Początkowo miała uczucie, że przygląda się jej jak wspaniałemu stekowi, którego zamierza skosztować, ale po chwili nie była już tego taka pewna. W tym spojrzeniu migotał jakiś bardziej perwersyjny blask.

Rozbierał ją pożądliwym wzrokiem.

Żarłok wydobył z gardła pomruk podniecenia, po czym szybkim ruchem rozwarł jej nogi.

– Nie! – krzyknęła Amber.

Żarłok wydawał się zadowolony, że stawia mu opór. Chwycił dziewczynę za kostki, chcąc zmusić ją do posłuszeństwa. Szarpnęła się, zaszczękały łańcuchy, ale stal była solidna.

Otaczający ich tłum zaczynał się denerwować, śmiejąc się szyderczo, wydając z siebie pomruki niezadowolenia i zachęcające okrzyki.

Cień przywódcy całkowicie przysłonił Amber.

Tym razem, ogarnięta zarówno paniką, jak i gniewem, dała upust swoim uczuciom.

– POWIEDZIAŁAM: NIE! – wrzasnęła, wydobywając na powierzchnię moc Jądra Ziemi.

Natychmiast rozerwały się okowy i jednym wściekłym ruchem ręki Amber wyrzuciła przywódcę Żarłoków w powietrze tak mocno, że roztrzaskał sobie kości o skałę i z piskiem spadł na ziemię.

Amber unosiła się teraz kilka centymetrów nad stołem. Jej ramiona były rozpostarte. Wzrok płonął.

Zgromadzeni zrobili krok do tyłu i wstrzymali oddech.

Wszyscy przyglądali się jej z przerażeniem i fascynacją jednocześnie.

Ten, który był jej strażnikiem, wyciągnął w jej stronę wykrzywiony palec.

– Świetlna dziewczyna! – zawołał, jakby wyjawiał długo oczekiwaną tajemnicę. – Świetlna dziewczyna!

Amber nadal unosiła się w powietrzu, nie wiedząc, co robić. Czy na zewnątrz są jeszcze inni Żarłocy? Gdzie ona jest? Gdzie są jej przyjaciele?

Dwie człekokształtne istoty chciały podejść bliżej, lecz wyciągnęła rękę i natychmiast odleciały, roztrzaskując się o balkony i niszcząc je przy okazji.

Tłum wydał z siebie okrzyk strachu i podniecenia. W końcu tu, na ich oczach, działo się coś niewiarygodnego. Wszyscy pokazywali ją palcami, wyrzucając z siebie niezrozumiałe słowa.

Użycie czegoś więcej niż przeobrażenie było błędem – pomyślała Amber. Wykorzystanie energii Jądra Ziemi przyciągnie w okolicę Dręczycieli. Musi uciekać, i to szybko.

A może ich nie ma. Może jestem daleko od krainy Oza, a zwłaszcza od Entropii…

Należało odejść, nie zastanawiając się dłużej, nie tracąc więcej czasu.

Muszę uciec, daleko, bardzo daleko. Teraz!

Ale w tej samej chwili otrzymała silny cios w tył głowy i osunęła się na stół.

Z oddali zdążyły ją jeszcze dobiec okrzyki radości potwornych istot. Potem wszystko pociemniało. Straciła przytomność.

2Przyjaźń, która trwa wiecznie

Wóz kołysał się na źle wytyczonej i pełnej dziur drodze. Wyłowione spośród szczątków Statku Życia beczki i worki były mocno zakrwawione i tylko pasażerowie poruszali się na wozie.

Był tam Piotr, chłopak mniej więcej piętnastoletni, o surowej twarzy, zapadniętych policzkach i twardym spojrzeniu wyzierającym spod potarganej czupryny. Zaledwie dwunastoletni Johnny, niski pucołowaty blondyn, oraz Lily, lat szesnaście, z błyszczącą niebieską grzywą.

I Matt, który siedział z tyłu, z opuszczoną głową i rękoma na kolanach.

Już dwa dni jechali na południowy wschód, starając się podążać tylko starymi, nieoznakowanymi drogami. Przed nimi podążał konno zwiadowca, który co trzy godziny zdawał im raport. Matt wiedział, że za nimi jedzie jeszcze około dziesięciu takich wozów oraz że dużo dalej zdążają w tym samym kierunku inne orszaki, w trzydziestokilometrowych odstępach, aby nie zostały zauważone. Piotr mu wyjaśnił, że w sumie jest ich około setki rebeliantów i że przyciągnął ich ów straszny pożar na Statku Życia. W ten sposób pierwsi znaleźli się na plaży, pozbierali rozbitków i to wszystko, co spośród unoszących się na wodzie szczątków nadawało się do zabrania. Setka rebeliantów, których misją było zagrabienie jak największej ilości jedzenia oraz sprzętu z całego imperium Oza. Tysiące konserw i wyposażenia wyciągniętego z ruin dawnego świata.

Misja ta uległa zmianie z chwilą pojawienia się na plaży nastolatków. Uratowali, ilu się dało. Piotr zapewnił o tym Matta. Niemal dziesięć godzin przemierzali wybrzeże, pomagając wszystkim rozbitkom. Aż w końcu nie mogli już tam dłużej zostać. Należało odjechać, zanim zjawią się żołnierze Oza. Nie podejmować ryzyka konfrontacji. W nocy płomienie były tak intensywne, że nie mogły pozostać niezauważone.

Może Amber była gdzieś tam, w jednym z tych konwojów, ale to nic pewnego.

Co do Tobiasa…

Matt zacisnął zęby. Nie potrafił pójść za głosem rozsądku. Tobias nie mógł zginąć w taki sposób. Bez słowa pożegnania. Jak w to uwierzyć, skoro nie może go po raz ostatni uścisnąć? Jednak rzeczywistość wielokrotnie pokazywała mu to w cyniczny i okrutny sposób: przemoc działała bez ostrzeżenia, tak samo śmierć. Świat nie był pełen czułości. I jeszcze obsesyjnie powracał widok głowy Floyda, oddzielonej od ciała za sprawą miecza Dręczyciela.

Świat jest pozbawiony litości – powtarzał sobie w duchu, jakby chciał się przekonać, że trzeba porzucić wszelką nadzieję. Zresztą jaka nadzieja im pozostała? Stracili Skalny Testament, Ggl wchłonął drugie Jądro Ziemi, wkrótce Entropia i hordy jej obrzydliwych stworzeń spustoszą całą Europę i zniknie życie takie, jakie znali.

Nie, Matt zdecydowanie nie wiedział, jakiej nadziei mógłby się uczepić. Sam, bez Amber i bez Toby’ego.

Odwrócił głowę w stronę dwóch olbrzymich psów biegnących za wozem i uwiązanych za pomocą prostego kantara. Matt rozpoznał krzyżówkę leonbergera i bernardyna, w dużym stopniu przypominającą Kudłatą, zwierzę ogromne, wyższe i szersze od koni pociągowych. Pies wabił się Likan i Matt zauważył jego wzrost, kiedy wyprowadzano go na górny pokład Statku Życia. Drugi pies wydawał się przy nim maleńki. Biały w brązowe łatki, podobny do setera angielskiego. Wiele psów zebrano po zatonięciu statku. Matt nie wiedział, jak to się stało, jednak udało im się wskoczyć do wody, nim cały okręt zajął się ogniem. Pełne możliwości, były zdolne improwizować, w potrzebie wyważać drzwi i włazy. Po raz kolejny dały tego dowód.

Znowu zastanawiał się nad losem Kudłatej, swojej suczki. I ta troska dołączyła do wszystkich pozostałych, czyniąc trochę cięższym jarzmo jego życia. Wyszła z tego – powtarzał sobie w duchu. Razem z pozostałymi. Jest sprytna, poradziła sobie, jest gdzieś tam, przetrwała. Wyjdzie z tego. To dobra suczka. Dobra suczka. Będzie żyć…

Nie wszyscy Piotrusie i ChloroPiotrusiofile mieli takie szczęście.

– Powinieneś coś zjeść – rzucił Piotr ze swoim wyraźnym akcentem. – Od wczoraj niczego nie przełknąłeś.

– Nie jestem głodny.

– Może twoi przyjaciele żyją – powiedziała Lily. – Musisz uczepić się tej myśli.

Matt przytaknął dla zasady, ale przecież widział kabinę Tobiasa. Nikt nie mógł przeżyć w takim piekle.

– Czy podczas trwania podróży nastąpi spotkanie wszystkich konwojów? – zapytał.

– Nie – odparł Piotr. – To zbyt niebezpieczne. Dopiero gdy wszyscy dotrzemy do Neverland.

– Wiesz, ilu uratowaliście?

– Nie. Co najmniej setkę, może więcej. Wozy wypełnione są po brzegi, jeśli cię to uspokoi. Naprawdę przybywacie z drugiej strony oceanu?

Matt przytaknął. Już im to wszystko opowiedział.

– A ta… ta nieszczęsna mgła – wtrącił Johnny.

– Entropia – poprawił go Matt.

– Tak, ta Entropia, czy ona naprawdę przybędzie tu, by nas zniszczyć?

Po raz pierwszy w ciągu minionych dni Matt uświadomił sobie swój pesymizm: wystraszył ich tą dramatyczną opowieścią. Nawet jeśli to wszystko prawda, to nie pozostawił żadnych uchylonych drzwi, żadnej nadziei.

– Nie wiem – wyszeptał, wzruszając ramionami.

– Przecież wczoraj mówiłeś, że…

– Wczoraj mogłem się mylić.

– Bądź co bądź Entropia nie lubi wody. Morze, które nas od niej oddziela, bardzo spowolni jej nadejście. Będzie potrzebowała wielu tygodni, a może nawet miesięcy, aby jej mgła przebyła kanał La Manche. Wierz mi, widziałem ją w akcji. Nic innego tak jej nie przeszkadza.

– No tak, jednak przebyła Ocean Atlantycki, prawda?

– Przez Arktykę. Entropia pochodzi z północy, z bardzo dalekiej północy w Kanadzie. I to nie przypadek, że pojawiła się w Europie, docierając tu z północnej Anglii. Myślę, że przeszła przez ławicę lodową Arktyki. Tak aby mieć do pokonania jak najmniej wody. To nam da więcej czasu.

– Na co?

Tym razem słowa zastygły na ustach Matta. Nie mógł dać Johnny’emu uczciwej odpowiedzi. Sam jeszcze nie wiedział, co mogliby zrobić, żeby przeżyć. Oprócz ucieczki. Daleko, na krańce świata. Żeby zyskać na czasie, nim stanie się to, co nieodwracalne, nim złapie ich Entropia i pokryje mgłą całą planetę.

Johnny wyczytał w twarzy Matta rozpacz i zadrżał.

Lily położyła dłoń na ramieniu Johnny’ego, chcąc go uspokoić, i szepnęła mu kilka słów po niemiecku. Matt zrozumiał, że młody Piotruś jest stamtąd, a Lily z Francji. Co do Piotra, chyba pochodził z jakiegoś kraju na Wschodzie.

– Czym jest Neverland? – zapytał.

– Naszym terytorium – natychmiast odparł Piotr. – Daleko na wschodzie, pośród lasów, poza zasięgiem Ozyjczyków.

– Zostawiają was tam w spokoju?

– Nie zapuszczają się tam. To wolna strefa. Jest w niej wiele miast zamieszkanych przez dorosłych, ale one nie należą do imperium. Ludzie, którzy tam żyją, mają własne zasady handlowe. Tylko to się liczy.

– Możecie pojechać do tych miast?

– Tolerują nas tam, ale to niebezpieczne miejsca.

– Dlaczego imperium toleruje tę wolną strefę?

– Jest bardzo dzika, położona daleko na wschodzie, pełna nieoczekiwanych niebezpieczeństw. Poza tym… istnieje swego rodzaju układ.

– Układ?

– Tak. To długa i przykra historia. Najważniejsze, że Neverland znajduje się w samym środku tej wolnej strefy. Tam będziemy prawie spokojni.

– Neverland – powiedział cicho Matt.

W innej sytuacji zachwyciłaby go obietnica Piotrusiowego sanktuarium na wrogich ziemiach. Dzisiaj ta wiadomość nie wywarła na nim żadnego wrażenia.

– Dwa tygodnie w podróży, tak?

– W dobrym tempie. Przy takim załadunku, jaki mamy, obawiam się, że to będą raczej trzy tygodnie. Musimy być ostrożni. Kręci się dużo patroli Ozyjczyków, imperator zmobilizował swoje oddziały. Jest zdenerwowany. Myślę, że ma to związek z tą Entropią, o której nam mówiłeś.

Matt pominął opowieść o śmierci imperatora, który zginął z ręki Spijacza Niewinności. Teraz, po przymierzu z Gglem, twarz imperatora zmieniła się i to nie wróży nic dobrego. Na ziemiach dorosłych terror i perfidia zlały się w jedno.

Jak długo Ggl będzie wspierał Spijacza Niewinności?

Aż zdobędzie trzecie i ostatnie Jądro Ziemi.

Matt nie miał żadnych złudzeń. Skalny Testament został zabrany przez wspólników Spijacza Niewinności. Nie wiedział, jak to się stało, ale nie miał co do tego żadnej wątpliwości. A człowiek ten był wystarczająco sprytny, żeby ukryć go z dala od oczu Ggla i kupczyć informacjami oraz utrzymać równowagę siły wobec Entropii.

Likan podniósł nagle pysk, odginając uszy do tyłu.

– Zwolnijcie! – rozkazał natychmiast Matt.

– Dlaczego? Co się dzieje? – zaniepokoił się Piotr.

– Nie wiem, ale popatrz na psa. Musiał coś zwęszyć.

Potem przyczaił się drugi pies.

– Co za niebezpieczne stworzenia kryją się w tym lesie? – zapytał Matt.

– Nie mam pojęcia. Jesteśmy daleko od domu, nie znam za bardzo tego miejsca.

– Macie broń?

Piotr zaczął wymachiwać łukiem. Johnny wyjął procę, a Lily bat. Lepsze to niż nic. Pozostawało mieć nadzieję, że umieją się tym posługiwać. Matt wsunął się w kevlarową kamizelkę – na szczęście nałożył ją tamtej dramatycznej nocy – miał też przy sobie miecz. Wyciągnął przed siebie ostrze.

Likan kierował nos na prawo od wozu. W sierpniu roślinność była w pełnym rozkwicie, każdy krzak otaczało wiele warstw liści, a paprocie zasłaniały podłoże. Widoczność nie przekraczała kilku metrów.

Ogromny cień prześlizgiwał się wśród drzew. Podchodził coraz bliżej i im bardziej stawał się widoczny, tym niżej opadało ostrze Matta.

Rozpoznawał sylwetkę, lekki, prawie radosny krok.

Umaszczenie.

Wyciągnął rękę w stronę towarzyszy.

– Opuśćcie broń.

– Żartujesz? – zdenerwował się Johnny. – To jest olbrzymie.

– Wiem, co to jest.

– Co to jest? – powtórzył młody Piotruś. – To niedźwiedź! Oto co to jest!

– Nie. To Kudłata.

Pies pojawił się na drodze i skomląc ze szczęścia, skoczył na wóz, mało go nie przewracając, żeby polizać Matta po twarzy.

Uderzenie wielkim łbem cisnęło Matta między pakunki.

Kudłata nie mogła powstrzymać radości, wydawała z siebie histeryczne skomlenie, ocierając się o chłopca.

Przytulił do siebie olbrzymi pysk. Pies śmierdział morską wodą i stęchlizną. Trzeba go wyczesać.

Nie po raz pierwszy go znalazła. Kudłata i jej węch. Jego anioł stróż. Gotowa do poświęceń, by znaleźć i uratować swego pana.

– Cokolwiek mi się przydarzy, ty zawsze będziesz ze mną, prawda?

Po raz pierwszy od tych dwóch długich dni w sercu młodego człowieka zapłonęła iskierka nadziei.

3Gadająca ściana

Przy każdym kroku Amber odczuwała wstrząs.

Za każdym razem ramię niosącego ją Żarłoka głębiej wbijało się w jej brzuch. Mimo bólu głowy zmusiła się do otwarcia oczu. Oślepiło ją dzienne światło. Skrzywiła się, czując, jakby igły wbijały się w jej czoło. Wciąż odczuwała siłę uderzenia, które ją zamroczyło.

Powoli zaczęła rozróżniać szczegóły otoczenia.

Niesiono ją na drewnianej kładce.

Olbrzymi Żarłok.

Jej nadgarstki i kostki skuto łańcuchami. Z tego, co przypuszczała, ogniwa nie wydawały się zbyt grube. Przy użyciu mocy Jądra Ziemi chyba mogłaby je zerwać.

Jednak ból pulsował w najlepsze i musiała bardzo się starać, by znów nie pogrążyć się w nieświadomości.

Próbowała skoncentrować się na tym, co widzi, żeby zająć umysł czymś innym niż cierpienie.

Kamienne ściany. W złym stanie. Ale olbrzymie. Wieża. Potem kolejna. Amber znajdowała się w źle utrzymanym średniowiecznym zamku. Dachówki na wielu dachach były wyrwane, popękane lub pokryte mchem. Wyniesiono ją z czegoś, co musiało być donżonem. Wiała lekka bryza, świeża i pachnąca jodem.

Żarłok ruszył przejściem na górze murów obronnych. I w przerwie pomiędzy dwoma krenelażami Amber spostrzegła morze muskające strome skaliste wybrzeże i jednocześnie usłyszała, jak fala przybojowa rozbija się niedaleko o skały.

Może jest całkiem blisko miejsca, gdzie zatonął statek. Żarłocy musieli znaleźć ją na plaży. Niczego nie pamiętała.

Przy odrobinie sprytu i wykorzystaniu przeobrażenia ucieczka nie powinna być trudna. Oczywiście Żarłocy nauczyli się czegoś od czasu Burzy, niemniej pozostali istotami bardzo pierwotnymi. Nietrudno będzie sobie z nich zadrwić. Ale dokąd pójść? Jak odnaleźć Matta?

A jeśli nie przeżył katastrofy?

Natychmiast przegnała tę myśl. Matt był twardy. Wyszedł z tego. Z pewnością.

Na dole, na błotnistym dziedzińcu, banda Żarłoków krzątała się pośród stosów odpadków. Wtedy Amber zrozumiała, że zgromadzili tam przedmioty pochodzące z dawnego świata, prawdopodobnie po to, aby je przebrać i nadać im nowe życie. Potem zwrócił jej uwagę zapach. Podniecająca, przyjemna mieszanka woni.

Kątem oka dostrzegła ogniska, na których obracały się wielkie rożny.

Ledwie zdążyła rozpoznać, co tam się piekło, gdy znowu umysł odmówił jej posłuszeństwa. Przez krótką chwilę zdawało jej się, że rozpoznaje ludzki kształt. Dość mały. Dziecka.

Krople wody uderzały w jej głowę. Agresywne i zimne. W niezmąconym rytmie rozbijały się na czole.

Kap. Kap. Kap.

Powoli moczyły jej twarz, włosy, ściekając po powiekach i policzkach.

Amber szybko odzyskała przytomność. W całej głowie czuła bolesny szum. Chciała dotknąć dłonią twarzy, jednak ukłucie stalowej obręczy zatrzymało jej nadgarstek. Była przykuta do ściany. W niewielkim wilgotnym pomieszczeniu, które silnie pachniało pleśnią jak stara, nigdy niewietrzona piwnica. Pionowa smużka światła wpadała przez maleńki otwór strzelniczy. Ubita ziemia, nadgryzione zębem czasu kamienne mury i ciężkie drewniane drzwi, wzmocnione sztabami z zardzewiałego żelaza.

Jestem w więzieniu. W lochach zamkowych.

Z trudem przełknęła ślinę. Jak długo była nieprzytomna? Obawiała się, że użycie Jądra Ziemi przyciągnie Dręczycieli. To byłby jej koniec.

Uspokój się. Gdyby byli w okolicy, już by tu dotarli.

Popatrzyła na okowy, którymi skuto jej ręce i kostki. Jak odnaleźć pozostałych Piotrusiów?

Jej serce skurczyło się w piersi, a gardło ścisnęło. A co, jeśli nie ma już innych Piotrusiów? Jeśli nikt nie ocalał z katastrofy statku?

Amber pokręciła głową. Nie podda się rozpaczy ani przygnębieniu. To nie w jej stylu. Nawet jeśli wszystko szło źle, zawsze umiała stawić czoło przeciwnościom. Matt na pewno gdzieś jest.Jeśli chodzi o Tobiasa…

Przegnała z pamięci obrazy płonącej kabiny biednego chłopca. Musiała skoncentrować się na samej sobie. Na tym, by przeżyć.

Przyjrzała się więzieniu z jeszcze większą uwagą.

Po ścianach ściekała wilgoć, miejscami kapała ze stropu, tworząc wszędzie niewielkie kałuże. Było zimno. Amber zrozumiała, że jeśli zostanie tu kilka dni, rozchoruje się. Musi uciec. I to szybko.

Użyła swojego przeobrażenia i podniosła się powoli, cała obolała po kolejnych wysiłkach, które jej ciało znosiło od wielu tygodni: na grzbiecie psa, podczas ucieczki z płonącego Statku Życia, a teraz tu, gdy leżała na drewnie, skale czy klepisku. Kiedy przesunęła się, płynąc pięć centymetrów nad ziemią, brzęknęły łańcuchy. Trudno żyć bez możliwości poruszania się o własnych siłach i za każdym razem gdy o tym pomyślała, w zależności od dnia, miała ochotę wyć z wściekłości lub łkać. Ale to nie była odpowiednia chwila. Nie mogła teraz użalać się nad swoim losem.

Zdołała przesunąć się o metr i poczuła blokadę. Na kostkach miała obręcze, a od nich odchodziły łańcuchy, którymi przykuto ją do ściany. Dzwoniły przy najmniejszym kroku. W jednym z kątów Amber dostrzegła drewnianą misę i maleńkie kosteczki. Od czasu okupacji Żarłoków nie była pierwszą osobą, która tu przebywa. Wtedy zauważyła znaki na kamieniu. Pionowe kreski, umieszczone jedna obok drugiej. Było ich sześć. Jak sześć dni spędzonych tu w półmroku. W ziąbie. Na czekaniu. Czekaniu na śmierć.

Pomyślała wtedy o ciele, które kątem oka dostrzegła na wielkim rożnie, piekącym się nad płomieniami na dziedzińcu. Czy to możliwe, że Żarłocy…

Zacisnęła pięści.

Jej przyjaciele? Czy Żarłocy pożerali rozbitków?

Jeśli tak, to ja ich wszystkich…

Syk za jej plecami sprawił, że się wyprostowała.

Rozejrzała się po pomieszczeniu. Było o wiele za małe, żeby nie zauważyła czyjejś obecności! Obróciła się tak szybko, jak tylko pozwoliły na to okowy.

Dźwięk się powtórzył, tym razem naprzeciw niej. Wołanie. Ciche.

– Pssssssssssssssssyt!

Dobiegał ze ściany.

Amber podeszła powoli, nieufna.

– Amber? To ty? – odezwał się przytłumiony głos.

– Kto tam? – zapytała.

– Ciiiii! Mów ciszej! Nie mogą nas usłyszeć! Nie chcą, żebyśmy ze sobą rozmawiali! Ukarzą nas, jeśli to odkryją!

– Znasz mnie? Kim jesteś?

Amber nie była pewna, ale głos wydawał się jej znajomy. Nie do tego stopnia, żeby go rozpoznać, jednak wiedziała, że już go gdzieś słyszała.

Zaczęła dokładnie oglądać ścianę, kierując się w stronę, skąd dobiegały słowa.

– Wszystko w porządku? Nie jesteś ranna?

Głos dochodził skądś niżej. Uklękła i między dwoma dużymi kamieniami zobaczyła niewielki otwór.

Z głębi spozierało jakieś oko.

Wyrazistego, zielonego koloru. Delikatnie błyszczało w półmroku.

ChloroPiotrusiofil! – zachwyciła się w duchu Amber. A jej pamięć rozpoznała intonację.

– Ti’an? Ti’an, to ty?

– Psyt! Ciszej!

Jakaż była szczęśliwa, że słyszy znajomą istotę! Od przepłynięcia Atlantyku Ti’an towarzyszył jej wszędzie. Jego obecność natchnęła jej serce otuchą.

– Czy są z tobą inni, którzy ocaleli? – zapytała natychmiast.

– Jestem tutaj sam, ale widziałem co najmniej dziesięciu Piotrusiów i ChloroPiotrusiofilów.

– Tylko dziesięciu? Mój Boże… Ti’an, wiesz, gdzie teraz jesteśmy? Co się stało? Niczego nie pamiętam!

– W zamku Żarłoków. Tej nocy, kiedy zatonął Statek Życia, prądy przywiodły część rozbitków w stronę półwyspu. To tam schwytali nas Żarłocy. Ale widziałem w oddali na plaży światełka. W odległości dwóch lub trzech kilometrów byli inni rozbitkowie! Nie wszyscy dali się złapać.

– Widziałeś Matta?

– Nie.

– Jeśli jest pośród tych, którym udało się na tej plaży uciec, to wróci, nie pozostawi nas tutaj!

– Amber… posłuchaj. Musisz o czymś wiedzieć.

Ton Ti’ana uległ zmianie. Zabrzmiały w nim smutek i rezygnacja.

– O czym?

– Wiele osób zginęło tamtej nocy. Naprawdę wiele. Wiem o tym, bo pływałem pośród… ciał. A wczesnym rankiem widziałem, jak Żarłocy wyławiają ich całe dziesiątki. A ciągle jeszcze było ich pełno. Wszędzie. Myślę… Amber, myślę, że większość naszych przyjaciół… odeszła. Na zawsze.

Amber oparła czoło o zimny i wilgotny kamień.

– To nie wszystko – ciągnął Ti’an. – Żarłocy… jedzą trupy. Pożerają jedne po drugich. I obawiam się, że kiedy skończą im się zapasy, zdecydują się nas… no wiesz, co chcę powiedzieć.

– Ti’an, opuścimy to miejsce. Jeśli Matt po nas nie przyjdzie, użyję swojej mocy, aby nas uwolnić, i to my odnajdziemy jego.

– Obawiam się, że nie mamy dużo czasu – dodał ChloroPiotrusiofil zaniepokojonym tonem. – Przed chwilą podsłuchałem rozmowę. Ktoś ich tu jutro odwiedzi. Najwyraźniej to ktoś ważny, kogo oczekują z niecierpliwością i strachem jednocześnie. I z tego, co zrozumiałem, przybywa tu z naszego powodu.

– To Cynik?

– Nie mam pojęcia.

Amber cofnęła się i w milczeniu zastanawiała. Następnie położyła dłonie po obu stronach otworu i zapytała cicho:

– Wiesz, jak porozumieć się z pozostałymi?

– W ścianach jest sporo pęknięć. Mogę spróbować przekazać wiadomość.

– To powiedz wszystkim, żeby zachowali spokój. Nie wiemy ani gdzie jesteśmy, ani jaka jest sytuacja na zewnątrz. Ggl wchłonął drugie Jądro Ziemi. Możliwe, że Entropia pustoszy świat. Nie wiemy, gdzie są pozostali, którzy ocaleli. Nie należy działać nieprzemyślanie. Dopóki nie będziemy wiedzieli, co zrobić.

– Masz jakiś plan?

– Sądzę, że tak. Zaczekamy na tę ważną osobę, która wzbudza taki szacunek wśród Żarłoków, a ja znajdę sposób, żeby wyjść stąd i z nią porozmawiać.

– A jeśli to wysłannik Oza?

– Imperator Oz nie żyje.

– Zastąpił go Spijacz Niewinności! Kiedy się dowie, że nadal żyjesz, rzuci przeciw tobie całe swoje wojsko!

– O ile mi wiadomo, Spijacz Niewinności jest już prawdopodobnie niewolnikiem Ggla albo nawet nie żyje. Nie, nie możemy tak po prostu zaryzykować ucieczki, potrzebujemy informacji. Jutro pójdę spotkać się z tym interesującym gościem.

Amber wróciła do swojego kącika. Miała nadzieję, że się nie myli. Czuła się zagubiona. Z dala od wszystkiego.

Tak strasznie brakowało jej Matta i Tobiasa.

Wtedy uświadomiła sobie, że tego drugiego już nigdy nie zobaczy. Dzięki przeobrażeniu przyciągnęła nogi do siebie, objęła je ramionami i oparła brodę na kolanach.

W ciszy łzy spływały jej po policzkach.

Umrze, jeśli nie uda jej się odnaleźć Matta.

4Nocni posłańcy

Noc zapadła późno i wóz zatrzymał się wreszcie wśród leśnego poszycia, by dać ulgę dwu zmęczonym koniom. Czworo nastolatków odwiązało także trzy psy, aby poszły zapolować. Potem rozbili obozowisko.

Matt zaproponował, że pójdzie po drewno, i wrócił obładowany gałązkami, które zapłonęły natychmiast, gdy Johnny wymierzył w nie palec wskazujący.

– Widzę, że wykorzystujecie swoje przeobrażenia – zauważył z zadowoleniem Matt.

– Nasze co? – zapytał Piotr, marszcząc brwi.

– Waszą moc. U nas nazywamy to przeobrażeniem.

– Tutaj używamy słowa „zdolność”. Johnny potrafi kontrolować swoją zdolność krzesania ognia.

– A ty?

Piotr wzruszył ramionami.

– Nie jestem dobrym uczniem. Nie chodzę na zajęcia treningowe.

– Macie zajęcia? – zdziwił się Matt.

– Tak, w Neverland – wyjaśniła Lily. – Początkowo była to właściwie zabawa. Uczyliśmy się kontrolować nasze zdolności. Ale kiedy odkryliśmy, że imperator zabiera dzieci, które mają najbardziej rozwinięte zdolności, do swoich fabryk Eliksiru, żeby je tam zabić i przejąć ich moc, część z nas przestała trenować. Bo i po co? Żeby stać się celem dla naszego wroga? Nie, dzięki!

– Stalibyście się silniejsi, lepsi w walce.

– Neverland leży w samym środku wolnej strefy. Oz nie będzie nas niepokoił.

– A wy często go niepokoicie?

Niewielki grymas przebiegł przez twarz Lily.

– Tak często, jak to możliwe. Aby uwolnić naszych ludzi. Jednak każda operacja jest niebezpieczna. W imperium roi się od żołnierzy. Nie możemy działać tak często, jak byśmy chcieli.

– Wchodzicie na teren imperium, żeby uratować Piotrusiów?

– I czasem też po to, żeby zniszczyć fabryki Eliksiru.

– Umiejętność wykorzystywania swoich przeobrażeń byłaby w tych działaniach bardzo przydatna.

– A jakie jest twoje przeobrażenie? – zapytał Johnny.

– Siła. Jeśli zajdzie potrzeba, mogę unieść ten wóz z pełnym ładunkiem.

Młody Piotruś wytrzeszczył oczy pełne podziwu i rozmarzenia.

Kudłata wróciła ze swoimi dwoma towarzyszami i nim poszła zjeść swoją marną strawę, złożyła u stóp Matta zająca.

Troje rebeliantów ze zdziwieniem przyglądało się olbrzymiej suce.

– Dziś nie musimy ruszać naszych zapasów – rzekł Matt, dobywając noża.

Zając nie żył. Biedne zwierzę było jeszcze ciepłe. Matt nie cierpiał tego aspektu ich życia, lecz dobrze wiedział, że zwierzę należy do cyklu egzystencji, do piramidy pokarmowej. Pogłaskał zająca po łebku, podziękował mu w ciszy i zabrał się do ćwiartowania. Przelał już tyle ludzkiej krwi, że nie czuł obrzydzenia, rozcinając niewielkiego ssaka. Nowe życie sprawiło, że stał się dużo twardszy. Jakże mu daleko do nowojorskiego nastolatka, który grał w gry komputerowe i z ociąganiem szedł do szkoły!

Zapach piekącego się mięsa szybko sprawił, że zapomnieli o wnętrznościach i krwi. Zając wszystkim smakował.

Po jedzeniu, podczas sjesty przy niewielkim ognisku, gdy leżeli wyciągnięci w śpiworach, a ich twarze oświetlał migoczący żar, Matt nagle przerwał ciszę:

– Ilu was jest w Neverland?

– Wszystkich razem – odparła Lily – może z tysiąc.

– Aż tylu?

– Co najmniej!

– Jak się zebraliście?

– Po Burzy nastolatkowie zorganizowali się, żeby przetrwać. Utworzyli wspólnotę, zbudowali strukturę i zaczęli przekazywać informacje, wysyłając eksploratorów. Nazywamy ich Pionierami. To dziewczęta i chłopcy, którzy z własnej woli przemierzają całą Europę, żeby przekazać wiadomość o tym, że tu jesteśmy. Powoli Neverland zapełniało się nowymi przybyszami, przyciągniętymi tu dzięki informacjom Pionierów. Kiedy Ozyjczycy zjednoczyli się pod sztandarem złego imperatora, zaczęliśmy działać, żeby uwolnić spod jego tyranii jak najwięcej dzieci. Odtąd imperator nas nienawidzi i poprzysiągł nam zagładę, mimo że robi wszystko, co w jego mocy, aby nikt nie wierzył w nasze istnienie. Myśli, że jeśli zaprzeczy naszemu istnieniu, to nas w ten sposób osłabi. Dlatego właśnie nazywamy się Zjawami.

– Oraz Innymi! – dodał z dumą Johnny. – Ponieważ jesteśmy odmienni! Nikt nie jest w stanie uczynić z nas niewolników! Nawet Oz!

Matt stwierdził, że Piotrusiowie z Ameryki w zasadzie poradzili sobie w dość podobny sposób jak ci z Europy. Ich Pionierami byli Długodystansowcy, Eden to ich Neverland, a przeobrażenie to zdolność. Pragnęli przeżyć, połączyć się, skupić wokół siebie jak najwięcej osób. I nikt nie chciał ślepej władzy obłąkanych dorosłych. Ludzi bez pamięci.

Otworzył usta, by zadać pytanie, ale nagle Kudłata uniosła głowę, położyła uszy i zaczęła węszyć. Matt chwycił miecz i przyciągnął do siebie.

– Co się dzieje? – zaniepokoiła się Lily.

– Psy coś zwęszyły – odparł Matt.

– Prawdopodobnie wracającego zwiadowcę – uspokoił go Piotr, podchodząc do wozu. Jednak wcześniej zabrał ze sobą łuk.

Jakiś koń zbliżał się z dużą prędkością. Biegł kłusem, dzięki czemu nocą szybko się poruszał, a prawdopodobieństwo, że się zrani, było niewielkie.

– A jeśli to Ozyjczyk? – zapytał Matt, podchodząc do Piotra.

– Posłuchaj, ktoś jedzie konno. Żołnierze Oza nigdy nie poruszają się w pojedynkę, zwłaszcza w nocy i w środku lasu. Nie są samobójcami.

Pojawiła się postać zawinięta w obszerny ciemnoniebieski płaszcz i Matt rozpoznał zwiadowcę, który otwierał przed nimi drogę: Edo. Był wysoki i szczupły, o skórze ciemniejszej niż skóra Tobiasa i z delikatnym meszkiem nad górną wargą.

Tym razem Edo nie wyglądał tak jak zwykle.

– Jakiś problem? – zapytał Piotr.

– Być może. Kilkadziesiąt kilometrów za nami, na północy, pojawiły się światła. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

– Co to za światła? – zapytał Matt.

– Czerwone. Jest ich dużo, bardzo dużo.

Na twarzy Piotra pojawił się grymas.

– I zbliżają się?

– Chyba nie. Jesteśmy ostatni w naszym konwoju. W zasadzie nikogo z naszych nie powinny te światła niepokoić, ale nie podoba mi się to. Czuję, że Ozyjczycy coś knują.

– Wiesz, gdzie są pozostałe wozy?

– Najbliższy jest dwa kilometry na wschód. Wyjechaliśmy ostatni. Przypuszczam, że pozostali są jakieś dziesięć kilometrów z przodu, może więcej.

– Są za nami Pionierzy, zamykają tyły?

– Tak, co najmniej czterech. Jeśli coś nadejdzie z północy, zobaczą to i szybko nas ostrzegą.

Piotr pokiwał w zamyśleniu głową.

Rozmowa zmęczyła Piotrusiów i w końcu wszyscy wśliznęli się na powrót do śpiworów, próbując zasnąć. Matt położył się niedaleko Kudłatej, ale minęła dobra godzina, nim zasnął – jego umysł dręczyły obrazy Tobiasa, Amber i wszystkich przyjaciół.

Kiedy otworzył powieki, była jeszcze noc, a żar z ogniska dawał tyle ciepła i światła co robaczek świętojański. Ponieważ noc była chłodna, zbliżył się do Kudłatej, chcąc się o nią ogrzać. Wsparty na łokciu, zobaczył, że towarzysze zrobili tak samo z pozostałymi psami. Obok wozu stał Piotr i rozmawiał z jakąś otuloną w ciemny płaszcz postacią. Nie był to Edo, ponieważ ten spał niedaleko Lily, cicho pochrapując.

Piotr klepnął postać przyjacielsko po ramieniu, po czym człowiek ten wsiadł na konia i po cichu się oddalił.

Matt widział całą scenę. Chciał zrozumieć. Zobaczył, jak Piotr kuca przy tlącym się ognisku i wzdycha, wyraźnie niezadowolony. Nagle jego spojrzenie natrafiło na wzrok Matta.

– Powinieneś spać – powiedział. – Jutro czeka nas ciężki dzień.

– Dlaczego? – szepnął Matt.

– Bo trzeba będzie przyspieszyć.

– Co się dzieje? Kto to był?

– Jeden z Pionierów, którzy zamykają orszak. Przyjechał nas ostrzec, że coś nienormalnego dzieje się na ziemiach imperium. Matcie Carterze, miałeś rację. Świat jest w trakcie przemiany.

Matt wyprostował się, całkiem rozbudzony.

– To czerwone światła?

Piotr przytaknął.

– Tak. Tunelem, który przebiega pod morzem w kierunku Zamku, przedostaje się z Anglii armia ohydnych stworzeń. Są ich tysiące. Towarzyszą im zbrojne oddziały Oza. Ludzie i potwory. Ramię w ramię. I towarzyszy im dziwne czerwone światło, pochodzące z mgły.

– Entropia. Nadchodzi. Przeszła pod morzem.

Piotr westchnął.

– Poprzedzają ją przerażający jeźdźcy bez twarzy, dosiadający olbrzymich pająków.

– Dręczyciele! Straż przyboczna Ggla!

– Jest ich wielu i zapuszczają się w lasy, wyprzedzając te ohydne wojska. Idą szybko.

– Dość szybko, aby nas złapać?

– Bez wątpienia. Ale na razie ruszyli drogami, które prowadzą do miast Ozyjczyków. Jeśli pozostaniemy na starych ścieżkach, to może uda nam się ich nie spotkać. W każdym razie jutro musimy przyspieszyć. I jeśli trzeba będzie, pozbyć się części ładunku, zrobimy to.

– Dręczyciele nie mogą nas złapać. Z nimi nie da się walczyć.

Piotr utkwił spojrzenie w oczach Matta. Podzielał jego zdanie.

– Pionier, który właśnie odjechał, to jeden z naszych najodważniejszych chłopaków. A był trupio blady.

Wsypał garść piasku do tego, co pozostało z ogniska, i ogień natychmiast znikł.

– Niedobrze będzie włóczyć się po drogach imperium – rzekł tonem, w którym pobrzmiewał strach. – Nie będziemy już palić ognia.

5Zakładacze obroży

Amber prawie wcale nie spała.

Nie mogła. Zbyt niespokojna. Zbyt pobudzona. Również zbyt smutna.

Czekała na świt, potem aż wsuną pod jej drzwiami miskę pełną białej, kleistej mikstury, której – mimo błagalnych próśb żołądka – wolała nie tykać.

Kiedy korytarz opustoszał, zamknęła oczy i skoncentrowała się na łańcuchach. Metal ustąpił bez trudu, rozerwany niewidocznymi szczypcami. Później zajęła się drzwiami, zamkniętymi na zwykłą zasuwę, którą mogła odsunąć za pomocą swego przeobrażenia telekinezy.

– Bądź ostrożna – szepnął Ti’an przez drzwi, kiedy dziewczyna przechodziła obok.

Amber poruszała się bardzo cicho, unosząc się kilka centymetrów nad ziemią. Słychać było tylko cichy szelest jej ubrań.

W mroku rysował się szereg około dziesięciu lochów.

Nagle z jednego z nich dobiegł drżący, lecz dźwięczny głos. Śpiewał. Amber rozpoznała melodię. To piosenka wymyślona w Edenie w czasie wojny z Cynikami. Słyszała ją często w Salonie Wspomnień lub wieczorami nad brzegiem rzeki. Melancholijna, przyjemna pieśń z takim samym refrenem. Nagle nie była w stanie iść dalej. Musiała słuchać.

W blasku księżyca i złotej gwiazdy,

Idziemy dumnym, ciężkim krokiem,

Pokażcie swą odwagę i bądźcie silni,

Gdyż serca naszych rodziców są głuche.

Amber pamiętała refren tej pieśni. Powtarzała cichutko słowa:

Niech brzmi wołanie naszych bębnów,

To my, wojownicy pozbawieni miłości.

Kolejna zwrotka, podobnie jak poprzednia, nie pozwoliła Amber iść dalej. Ta pieśń stanowiła streszczenie pewnej części jej życia. Ogarnął ją głęboki smutek, silny zwłaszcza teraz, kiedy nie było już większości przyjaciół.

Przybywamy jak zjawy,

Nieugięte, niepozwalające niczego sobie odebrać,

Gotowe zabić każdego potwora i człowieka,

Wszyscy jesteśmy straconymi dziećmi.

Niech brzmi wołanie naszych bębnów,

To my, wojownicy pozbawieni miłości.

Przeminęły marzenia, przeminęły nadzieje,

Niech milczy ocean i wiatry,

Pozostaje nam tylko wieczór,

Milczmy na temat naszego wieku, nie będziemy już niewinni.

Amber poczuła, jak szloch ściska jej gardło. Nie rozpoznała tego głosu, ale przecież mógł to być każdy ze Statku Życia. Bardziej niż kiedykolwiek czuła się w obowiązku wyciągnąć stąd wszystkich. To jej zadanie. Nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką zrobi na tym świecie!

Szła ciemnym korytarzem, aż dotarła do głównego pomieszczenia oświetlonego pochodnią. Wartownia wychodziła na inne mroczne korytarze, inne cele.

Ile nas tu jest? Pięćdziesięcioro? Setka?

Zaświtała jej iskierka nadziei, ale zaraz zrozumiała, jakie są tego konsekwencje.

Trudno będzie ukryć na drogach grupę ponad pięćdziesięciu osób! Niemożliwe, żeby tyle uciekło jednocześnie!

Co robić? Uciec w małej grupie, a potem wrócić po resztę? Nie miała pewności, czy będzie do tego zdolna.

Najpierw muszę wiedzieć, ile nas jest…

Nie miała na to czasu, nie w tej chwili. Jej priorytetem był gość Żarłoków. Posłuchać go, a potem podjąć decyzję. Przy odrobinie szczęścia mogłaby wyciągnąć od niego cenne informacje na temat regionu i wywnioskować z nich, dokąd uciekać.

Jeden z Żarłoków leżał w płóciennym hamaku zawieszonym między dwoma belkami. Właśnie zdążył zająć w nim miejsce i kołysał się w odległości metra od ziemi. Amber miała nadzieję, że uda jej się ostrożnie przemknąć przed jego nosem i dotrzeć do schodów, które prowadziły na wyższe poziomy. Bez użycia siły, bez powiadamiania wszystkich, że uciekła. To najważniejsze dla dalszych wydarzeń.

Amber skoncentrowała się i aby przejść przez pomieszczenia, stała się tak maleńka, jak tylko się dało.

Sznur hamaka skrzypiał przy każdym ruchu. Amber była już na środku pomieszczenia, kiedy ręka Żarłoka wysunęła się z podwieszanego legowiska. Dziewczyna znieruchomiała.

W pomieszczeniu rozległo się chrapanie.

Wreszcie wypuściła powietrze, które zatrzymała w płucach. I w jednej chwili znalazła się z ulgą na schodach, po czym szybko ruszyła na górę. Przemykała źle oświetlonym labiryntem, w którym czuć było pot. Kierując się widokiem z okien i otworów strzelniczych, starała się podejść jak najbliżej donżonu. Czasem, żeby uniknąć spotkania z Żarłokiem, musiała szybko chować się za stertą odpadków, rozbitym kufrem lub pustą beczką. Na szczęście byli tak niezdarni i hałaśliwi, że dość wcześnie słyszała, jak nadchodzą.

Po dwudziestu minutach zdała sobie w końcu sprawę, że nie uda jej się dotrzeć do donżonu, nie przechodząc przez mury obronne lub dziedziniec, co w środku dnia stanowiło prawdziwy problem. Na zewnątrz aż roiło się od Żarłoków zajętych układaniem różnych rzeczy, obserwujących horyzont lub po prostu śpiących w jakimś kącie.

Kiedy przez otwór strzelniczy przyglądała się dziedzińcowi, ujrzała wychodzącego z wieży Żarłoka. Na plecach miał ciało nastolatka. Niósł je jak zwykły worek ziemniaków i rzucił nieopodal ogniska, nad którym sterczał długi rożen, gotowy, by nadziać nań mięso.

Och, nie…

Chwyciła za brzegi otworu strzelniczego, jakby chciała go rozszerzyć, i patrzyła.

Żarłok zdarł z chłopca ubranie. Dziecko ani drgnęło. Jego skóra była biała jak śnieg, usta poczerniałe i Amber zrozumiała, że jest martwe od kilku dni. Prawdopodobnie rozbitek ze Statku Życia. Na szczęście Amber go nie rozpoznała. Nie zniosłaby widoku trupa jednego z przyjaciół.

Żarłok chwycił długi nóż i dziewczyna odwróciła wzrok. Nie musi widzieć nic więcej.

Coś poruszyło się na dziedzińcu i kilku Żarłoków krzyknęło. Dzikie krzyki, w których słychać było strach. Nim wszyscy zdążyli się rozstąpić, przez bramy fortecy wpadło sześciu jeźdźców, o mało nie zadeptując istot znajdujących się na ich drodze.

Amber, wróciwszy pospiesznie do swojego punktu obserwacyjnego, natychmiast zdała sobie sprawę, że są to ludzie. Sześciu mężczyzn, z których pięciu w czarnych zbrojach, lecz żaden nie miał na sobie barw Oza: ciemnej zieleni ze złotą literą O w środku. Byli ciężko uzbrojeni: w topory, włócznie, zbroje poskładane z różnych elementów, bez żadnej jednorodności. Co do szóstego jeźdźca, miał na sobie bardziej klasyczny strój, skórzany kaftan z wypychanymi ramionami, brązowe płócienne spodnie i wysokie buty sięgające do kolan. Bez najmniejszej wątpliwości dowodził oddziałem. Jego surowa twarz była mocno czerwona, jakby wypił zbyt dużo wina, a okropna blizna sięgała od czoła aż po dół policzka. Mimo sporej odległości Amber domyśliła się, że jego spojrzenie jest zimne i przenikliwe.

Mężczyzna odwrócił konia, by przyjrzeć się otaczającym go murom obronnym, po czym zatrzymał się u stóp donżonu.

Na niewielkim balkonie wychodzącym na dziedziniec, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach stanął naprzeciw niego jeden z Żarłoków. Amber nigdy nie widziała tak postawnego i wysokiego Żarłoka. Musiał mieć ponad dwa metry wzrostu, a pod szarą, pokrytą krostami skórą rysowały się potężne mięśnie. Trzymając obydwa kciuki zatknięte za szeroki pas ozdobiony sześcioma ludzkimi czaszkami, otworzył usta, odsłaniając ostro przycięte zęby.

Na znak powitania z jego piersi wydobył się potężny pomruk, rozbrzmiewając echem w całym zamku.

– Kram! Mam nadzieję, że nie wezwałeś mnie tu bez powodu! – zawołał Pokiereszowany. – Twój posłaniec mówił o siedemnastu dzieciakach! To prawda?

– Czternastu – rzucił Żarłok świszczącym głosem. – Mieliśmy straty.

– Jeśli są w stanie podróżować, zapłacę ci za nich tyle co zwykle. Jedno dziecko, jedna sztuka broni.

Żarłok wydał z siebie pomruk. Nagle wydał się rozgniewany. Z miejsca, gdzie się znajdowała, Amber nie widziała zbyt dokładnie, ale jakieś kształty poruszały się za przywódcą Żarłoków.

Nagle Żarłok cisnął coś na dziedziniec i u stóp Pokiereszowanego spadł miecz. Jego koń gwałtownie odskoczył. Amber myślała najpierw, że ostrze pokryte jest krwią. Dopiero po chwili dotarło do niej, że broń jest całkiem zardzewiała.

– Niedobra broń! – wrzasnął Żarłok.

– Niedobre dzieci! – odparł mężczyzna, nie pokazując swej twarzy. – Większość była ranna lub chora! Połowa z nich zmarła, nim dotarły do miasta!

– Chcę broń! Piękną broń!

– Dostaniesz to, czego wart jest twój towar!

– Chcę łuki! Chcę kusze!

Niektóre słowa Żarłok wymawiał jakby z trudem.

Pokiereszowany wybuchnął śmiechem.

– I co jeszcze?

– Mam czternaście dzieciaków! I mam… świetlistą dziewczynę!

Tym razem Żarłok wrzasnął tak, aby zostać dobrze zrozumianym, a Pokiereszowany poruszył się na koniu.

Amber zadrżała. Mówili o niej.

– Z czego wnioskujesz, że to świetlista dziewczyna?

– Z mocy! Wielkiej mocy!

– I ona nadal tu jest? W twoich murach? Posłuchaj, stara małpo: gdyby to naprawdę była świetlista dziewczyna, to już by dawno uciekła!

– Świetlista dziewczyna za łuki! Za kusze!

Żarłok wydał z siebie kolejny okrzyk, tym razem pełen wściekłości, ukazując ponownie swoje odrażające zęby.

– Bardzo dobrze, pokaż mi, co masz, a ja ci powiem, co dostaniesz w zamian!

Amber cofnęła się w głąb ciemnego korytarza. Musiała działać szybko. Ukryć się albo pobiec w kierunku celi. Mężczyzna bardziej przypominał kupca niż ozyjskiego generała. Zaproponował, że odkupi od Żarłoków wszystkich Piotrusiów. Trzeba wykorzystać sposobność, by się stąd wydostać. Kiedy będą już daleko, Amber uwolni swoich towarzyszy. Pozwalają na to jej moce. To będzie mniej niebezpieczne, niż gdyby mieli uciekać stąd wszyscy z setką depczących im po piętach Żarłoków. Nie wahając się ani chwili dłużej, popędziła po zamkowych wnętrzach.

Donżon pełen był Żarłoków. Każdy balkon wychodzący na wielką komnatę wypchany był podekscytowanymi człekokształtnymi istotami. Na dole, pośrodku sali, w obszernym fotelu z popękanej skóry siedział Kram, spoglądając ze swego podium na zgromadzonych. Żołnierze wprowadzili wszystkich więźniów i ustawili ich w szeregu naprzeciw Pokiereszowanego i jego żołnierzy. Amber doliczyła się dwanaściorga chłopców i dziewcząt w wieku od około dziesięciu do szesnastu lat oraz dwóch ChloroPiotrusiofilów, wśród których był Ti’an. Niektóre twarze były jej znane ze Statku Życia.

Mężczyzna z blizną zabrał się do krótkich oględzin każdego Piotrusia: zatapiał swoje zimne spojrzenie w oczach nastolatków, otwierał siłą ich usta i sprawdzał zęby, po czym odpychał silnie, aby sprawdzić, czy zdołają utrzymać się na nogach, lub policzkował z arogancją, która oburzała Amber. Kiedy stanął przed ChloroPiotrusiofilami, zrozumiał, że nie ma tu mowy o żadnym makijażu, że ich usta mają z natury ciemną, przechodzącą w zieleń barwę, że ich włosy przypominające liany, owe dredy, nie są peruką, a oczy koloru jadeitu świecą naturalnym blaskiem, niemal jak dwie niewielkie żarówki. Przez kilka sekund stał z rozdziawionymi ustami, po czym zwrócił się do Krama:

– A ci skąd pochodzą?

– Z morza! Wyłowieni z morza! – wrzasnął z dumą okazały Żarłok.

Pokiereszowany wyglądał na bardzo zaintrygowanego.

Kiedy nadeszła jej kolej, Amber powstrzymała się przed daniem mu nauczki za pomocą przeobrażenia. Musiała wykorzystać mężczyznę do realizacji swojego planu, wzbudzić jego ciekawość, a nie gniew, po to, aby zabrał ich ze sobą.

Kram wstał ze swojego tandetnego tronu.

– Świetlista dziewczyna! – zawołał, wskazując Amber.

Pokiereszowany utkwił w niej swoje niebieskie oczy, w których widać było sceptycyzm.

– No, maleńka – rzekł tonem, w którym pobrzmiewała perfidia – masz do wyboru: albo udowodnisz mi teraz, że ten zwyrodnialec mówi prawdę, albo zedrę z ciebie ubranie i rzucę cię w ich odrażające ramiona. Decyduj.

Amber zacisnęła zęby. Już teraz nienawidziła tego obrzydliwego typa, jednak nie miała wyboru. Musiała wyciągnąć stąd wszystkich przyjaciół.

Wytrzymała świdrujące ją spojrzenie, po czym wzniosła szmaragdowe oczy ku pierwszemu balkonowi. Skupiła się na biciu serca, które nagle bardzo przyspieszyło. Poczuła, jak krew wiruje w niej aż po czubki palców i tętni w skroniach. I nagle zaschło jej w gardle. Była w zgodzie ze swoim przeobrażeniem. Więc sięgnęła jeszcze bardziej w głąb siebie, w stronę tego, co było najdalej, najcenniejsze i najcieplejsze. I poczuła wirujące w niej powoli, zanurzone w jej łonie, falujące włókna Jądra Ziemi. Było tam, niemal zduszone. Amber zaczerpnęła z samej powierzchni. Przede wszystkim nie chciała przechwalać się całą swoją mocą, należało wykorzystać tylko nieznaczną część tego wspaniałego źródła energii.

Nie spuszczała wzroku z balkonu.

Nagle wszystkie podtrzymujące go belki trzasnęły w jednej chwili, kamień, w którym zamocowano dyle, pokryła siatka pęknięć i cała struktura się zachwiała, a pół tuzina Żarłoków poleciało pięć metrów niżej. Spadali, nawet nie zdążywszy krzyknąć, a wszyscy zebrani zamilkli zdumieni. Słychać było jedynie trzask kamienia, który rozpadł się koło tronu Krama.

Pokiereszowany znowu zwrócił się do Amber. Tym razem jego ton się zmienił. Sprawiał wrażenie zafascynowanego. Dłonią w skórzanej rękawiczce dotknął jej brody.

– Nie wiem, czy naprawdę jesteś świetlistą dziewczyną, jak cię nazywają, ale masz w sobie dużą moc. Jesteś warta fortunę, kochanie.

W okrutnym uśmiechu ukazał żółte zęby, a następnie dał znak jednemu z żołnierzy, który stał za plecami Amber.

Opuszczą zamek, upewniła się szybko. Wkrótce będą daleko od Żarłoków, a wtedy porozmawia z Pokiereszowanym. Zapyta go o ich położenie, o region, o to, co wie o zatonięciu statku. Najpierw zagra pierwszą naiwną, głupiutką dziewczynkę, która próbuje całą tę sytuację zrozumieć. Jeśli to się nie uda, użyje swoich zdolności, żeby przejąć kontrolę. I żądać. Zanim uwolni swoich towarzyszy.

Amber westchnęła głęboko. Tak, oni prawie wykaraskali się z kłopotów, lecz trzeba jeszcze odnaleźć pozostałych. Odnaleźć Matta. Nawet jeśli Entropia ma pokryć ziemię, Amber nie wyobrażała sobie, że w pogrążonym w chaosie świecie nie będzie u jej boku Matta.

Jeden z żołnierzy stanął przed dziewczyną i zacisnął na jej szyi obrożę. Usłyszała odgłos zapadki. Lodowaty metal wywołał gęsią skórkę.

Pokiereszowany zrobił krok do tyłu, aby przyjrzeć się jej z podziwem, ciągle z tym samym okrutnym uśmiechem na ustach.

Nagle Amber poczuła, jak chłód metalu przenika jej ciało. I w miarę jak schodził niżej, jej przeobrażenie malało. Ogarnięta paniką, chciała zerwać obrożę, ale ta została mocno zamknięta na szyi. Już wkrótce żadna nadzwyczajna siła nie ożywi jej ciała.

Resztki przeobrażenia wyczerpywały się, rozproszone przez groźną obrożę. I Amber upadła.

Nawet Jądro Ziemi już się nie poruszało. Jakby ją opuściło. Albo jakby umarło.

6Krzyk umarłych

Mijały godziny, a oni pokonywali kolejne kilometry.

Matt jechał na Kudłatej, Lily na grzbiecie Likana, a Johnny dosiadał trzeciego psa, którego ochrzcili niemieckim – zdaje się – słowem Mut. Piotr sam prowadził wóz. Wszyscy byli zgodni, że trzeba jak najszybciej opuścić niebezpieczne ziemie, na których rozlewało się czerwone światło oraz przerażające wojska Entropii i Oza, ale ponieważ nadal nie chcieli poruszać się drogami, spowalniała ich roślinność, głębokie dziury, zbyt szerokie strumienie. Czasami natrafiali na prawdziwe mury obronne z jeżyn, które trzeba było obejść lub ściąć mieczem.

Johnny wielokrotnie proponował, by dla zyskaniu czasu wybrali jakiś odsłonięty szlak, lecz Piotr systematycznie odmawiał.

– W ten sposób byśmy szybciej uciekli! – denerwował się Johnny.

– To zbyt niebezpieczne! – odpowiadał Piotr.

– Ozyjczycy się nie kryją. Gdy ich usłyszymy lub zobaczymy, zdążymy się ukryć.

– To nie wojsk Oza się obawiam, lecz tego, co od jakiegoś czasu przechadza się drogami. Nie, Johnny, zostańmy na starych ścieżkach.

Przebywali więc niezmierzone lasy, potem gigantyczne równiny porośnięte wysoką trawą, tylko miejscami poprzecinane zagajnikami lub samotnym wzgórzem, gdzie starali się szybko dotrzeć w poszukiwaniu dającego wytchnienie cienia. Raz, dwa razy dziennie przyjeżdżał Edo, aby ostrzec ich przed wioską, którą powinni ominąć, lub grupą Ozyjczyków. Pionier jechał w odległości dwóch, trzech kilometrów przed nimi i na bieżąco informował trzy konwoje, podobne jak ten Piotra.

Zapadała noc piątego dnia podróży, kiedy schronili się w skalistym zagłębieniu na zboczu wzgórza. Johnny wskazał ręką południowy wschód, skąd dobywało się niebieskie i czerwone światło, rozciągnięte na całym horyzoncie, jakby postawiono na ziemi jakiś niesłychany dwukolorowy neon, świecący na odległość wielu kilometrów.

– Zobaczcie! – zawołał. – Entropia jest także przed nami!

– Nie – odparła Lily uspokajającym tonem – to są rojoszmerki.

– Skararmeusze – uściślił Matt. – Są także w Ameryce. Na dawnych autostradach niebieskie idą w jedną stronę, a czerwone w drugą.

– Tu jest podobnie. Nikt nie wie, czym one są i co robią. Tylko że z niezmąconym spokojem idą tak w dzień i w nocy.

– Ma to jakiś związek z Burzą.

– Skąd wiesz?

– Przeczucie. Zwiększają moc przeobrażenia. W taki czy inny sposób muszą być połączone z tym, co się w nas zmieniło, co przeobraziło świat. Nie umiem tego wyjaśnić, jednak to czuję.

– Imperator Oz bardzo się nimi interesował. Maester z Białego Miasta uchodzi za kierownika badań nauk tajemnych. W ten sposób zbudowali fabryki Eliksiru oraz wiele innych okropnych rzeczy.

Matt przytaknął.

– Luganoff – przypomniał sobie. – Wstrętny typ. Manipulator. Chce, aby wierzono, że jego odkrycia spadły z nieba w chwili – jak to nazywa – Wielkiego Przebudzenia.

– Oz posługuje się kłamstwem, by manipulować swoimi oddziałami. Nikt już niczego nie pamięta, a więc są posłuszni pierwszemu przybyszowi, który im dodaje odwagi. Luganoff to jego prawa ręka. Człowiek perfidny i spiskowiec. Niesłychanie niebezpieczny. To on, w oczach niektórych, zamienił nasze istnienie w mit, dzięki czemu mógł manipulować naszym wizerunkiem, albo sprawił, że inni uznali nas za krwiożerczych terrorystów, którzy zaburzyli ich spokój. To mistrz propagandy imperatora.

Matt zawahał się, czy powinien wyjawić tajemnicę, powiedzieć im o śmierci imperatora. Ostatecznie jednak zrezygnował. To nie był odpowiedni moment. Poza tym Oza zastąpił ktoś jeszcze gorszy. Nie, to naprawdę nie był dobry moment, żeby ich jeszcze bardziej zdołować. Spijacz Niewinności i maester Luganoff sprzymierzeni z Gglem to wiadomość najgorsza z możliwych.

Zapadła ciemna noc i Johnny żałował, że nie mogą rozpalić ogniska. To by im dodało odwagi. Wpatrywali się w gwiazdy, liczniejsze niż kiedyś, bo brakowało poświaty miast, i zachwycali się przelatującymi meteorytami.

Było ciepło. Mieli przecież sierpień. Matt zaczął posypiać, wspominając swoje wakacje w poprzednim życiu, ówczesną beztroskę i wtedy pojawiła się ta straszna wątpliwość. Po raz pierwszy naszła go taka myśl i od razu ją znienawidził. Jednak była silniejsza niż wszystko. Przez krótką chwilę zadawał sobie pytanie, czy to wszystko ma jakiś sens, czy walka Piotrusiów nie jest bezcelowa. Nie byłoby rozsądniej złożyć broń, sprzymierzyć się z mężczyznami, aby zakończyć rozlew krwi, pokazać, że oni są już dorośli, zaakceptować władzę, przestać zachowywać się jak nierozsądne dzieciaki, gotowe zabijać, aby pokazać swą odmienność?

Matt szybko odsunął od siebie tę absurdalną, całkiem szaloną myśl! Był Piotrusiem i nigdy żaden Piotruś nie znajdzie dla siebie miejsca pośród Cyników! Nigdy!

Zasnął koło Kudłatej, śniąc o tym wszystkim. I o Amber. Czy jeszcze ją kiedyś zobaczy? Czy nadejdzie taki dzień, że odnajdą pokój, o jakim marzyli, i wreszcie będą mogli wieść wspólne życie?

W niepokojonym przez koszmary śnie Matta tłoczyły się całe hordy znaków zapytania, które dręczyły go aż do świtu.

Posuwali się środkiem lasu, pośród olbrzymich liści i paproci wielkości palm, a Matt zauważył, że Piotr i Lily podwoili czujność. Miejsce nie było bezpieczne.

Trochę po tym, jak słońce znalazło się w zenicie, rozległy się wokół nich niesamowite trzaski, przypominające grzmoty. Matt zatrzymał Kudłatą, która otwierała pochód, pociągając ją delikatnie za sierść na szyi.

Odwrócił się do Piotra, który położył palec na ustach, nakazując mu zachowanie ciszy.

Nagle przeleciały nad ich głowami kawałki drewna i jakiś pień zwalił się pięć metrów przed Kudłatą, która cofnęła się instynktownie.

Wtedy pojawiło się olbrzymie stworzenie z czułkami z przodu i pancerzem na grzbiecie: biedronka o rozmiarach budynku. Podeszła na swych cienkich łapach i znieruchomiała, ujrzawszy Piotrusiów.

Kudłata cofnęła się i dołączyła do pozostałych.

Piotr pociągnął Matta za rękaw i szepnął mu do ucha:

– To liczronka. Trzeba policzyć czarne kropki na jej grzbiecie, żeby się dowiedzieć, czy jest niebezpieczna. Im ma ich więcej, tym bardziej będzie agresywna. Od pięciu kropek jej atak jest w stu procentach śmiercionośny.

Matt wykręcił szyję, aby policzyć plamki, jednak olbrzymie paprocie zasłaniały część zwierzęcia.

Chrząszcz podszedł bliżej i Matt zobaczył trzy kropki. Westchnął z ulgą, a wraz z nim pozostałych troje towarzyszy podróży.

Liczronka ruszyła w dalszą drogę, łamiąc kolejne pnie, i kiedy była kilkaset metrów dalej, Piotrusie też wyrwali do przodu, ale ich serca nadal szybko biły.

– Było groźnie! – rzucił Johnny tonem niemal rozbawienia.

Jednak nikt nie miał złudzeń: ich życie zależało tylko od dwóch kropek.

Tego samego wieczoru biwakowali na niewielkiej polanie, zaledwie dwudziestometrowym prześwicie w samym środku lasu, między dwoma pniami zwalonymi jeden na drugi. Po raz kolejny zjedli zimny posiłek, wyciągając z zapasów na wozie konserwy oraz kilka kostek czekolady. Edo w ciągu dnia nie pokazał się ani razu, co niepokoiło Piotra. Nie było to w zwyczaju Pioniera.

Po kolacji, pomimo protestów Piotra, Johnny postanowił wspiąć się na wysoką sosnę, która górowała nad pozostałymi drzewami. Chłopak był zwinny i przeskakiwał z gałęzi na gałąź, aż dotarł do wierzchołka, który lekko poruszał się w ciemnościach. Był zbyt wysoko, aby mogli go usłyszeć, chyba że krzyczałby głośno, a w ciemnościach i wśród igieł nie można go było dostrzec.

Po upływie kilku minut Matt rozpiął pendent utrzymujący na plecach miecz i nałożył kevlarową kamizelkę.

– Pójdę zobaczyć, co tam się dzieje – oznajmił.

Miał inne gabaryty niż Johnny i wspinaczka sprawiała mu większe trudności. Jednak doszedł do wniosku, że wespnie się na samą górę, bo gałęzie są bardzo rozłożyste.

Johnny był u góry, siedział na pniu i obserwował krajobraz.

– Co ty wyprawiasz? Martwiliśmy się!

Johnny nie odpowiedział. Wyciągnął rękę na północny wschód.

Matt zobaczył w oddali wzgórze wznoszące się nad lasem. Na jego zboczach huczał ogień, a cienie biegały między płomieniami. Z tej odległości niełatwo było rozpoznać istoty, jednak ten widok przejął Matta dreszczem. Przerażające cienie, ohydne ciała bezlitosnych człekokształtnych, wsparte na długich, cienkich łapach. Dręczyciele na swoich siejących postrach olbrzymich pająkach.

– To jeden z naszych – powiedział cicho Johnny. – To nasz konwój.

Matt ścisnął gałąź tak mocno, że złamała się w jego uchwycie.

– Za późno – powiedział Johnny. – Już nic nie możemy dla nich zrobić. Są za daleko.

– Nawet gdybyśmy mogli tam pójść, nic by to nie dało, uwierz mi. Tylko pozwolilibyśmy się zabić. Nie jesteśmy zdolni przeciwstawić się Dręczycielom. A tym bardziej, kiedy jest ich wielu.

Matt chciał przyciągnąć Johnny’ego do siebie, by go zachęcić do zejścia, ale spostrzegł, że chłopiec płacze bezgłośnie. Wtedy przytulił go i pogładził po głowie.

– Chcę wrócić do Neverland – szepnął Johnny, szlochając.

– Już niedługo – obiecał Matt. – Niedługo będziesz w domu.

I kiedy tak pocieszał młodego Piotrusia, obserwował ostatnie ataki Dręczycieli, szczęśliwy, że odległość chroni ich przed krzykami. Później zadał sobie pytanie, kto spośród ocalonych ze Statku Życia właśnie zginął.

Edo pojawił się znowu nazajutrz, około południa. Wyglądał na zmęczonego, głębokie cienie rysowały się na jego policzkach.

– To był konwój Pitera – powiedział ze smutkiem.

– Wszyscy?

Edo pokiwał głową.

– Nikt nie przeżył. Zginęły dwadzieścia trzy osoby.

Piotr zaklął.

– Mówiłem mu, że jest ich za wielu! – nie wytrzymał. – Przy dwudziestu trzech osobach i sześciu wozach trudno przemieszczać się bez zwracania na siebie uwagi.

– Ostrzegłem Cathy. Podzieli swój konwój na trzy części. Jest ich prawie trzydzieścioro!

– Jeśli zaatakuje ich olbrzymia skolopendra – wtrąciła się Lily – w trzydzieścioro dadzą jej radę. Przy dziesięciorgu to pewna śmierć.

– Lepiej zaryzykować spotkanie ze skolopendrą niż z Dręczycielami – odparł Matt.

– Przy granicy z wolną strefą występuje dużo skolopendr – przypomniał Piotr – będziemy mieli okazję je zobaczyć. Na razie trzeba zachować maksymalną odległość między nami a oddziałami Oza i Entropii. Tylko to się liczy.

Johnny podał Pionierowi manierkę, którą dziś rano napełnił wodą z potoku.

– Jak się czujesz? – zapytał.

– Wyczerpany – odparł Edo, odświeżając sobie wodą twarz. – Dni są krótkie, a noce pełne napięcia. Obyśmy jak najszybciej znaleźli schronienie w naszym świecie!

Kilka minut później Pionier odjechał galopem, by otworzyć drogę trzem kolejnym konwojom, za które był odpowiedzialny.

Piotr zarządził przerwę po południu, kiedy mijali niewielką rzekę, w której zwierzęta mogły zaspokoić pragnienie.

Matt leżał wyciągnięty na trawie, gdy zobaczył kamienną ścianę jakiejś konstrukcji porośniętej gęstym bluszczem. Skierował wzrok ku wierzchołkom drzew i ujrzał coś, co przypominało dzwonnicę kościoła.

Nastolatek chwycił miecz i chciał tam podejść, ale Lily złapała go za rękę.

– Co robisz?

– Wskrzeszę projekt Apollo.

– Te miejsca są przeklęte, nie powinieneś tam chodzić.

– Kościoły?

– Tak. Tam straszy. W środku są jedynie krzyki umarłych.

– Wręcz przeciwnie. Przy odrobinie koncentracji można porozumiewać się z duchami zmarłych! Wykorzystuje się w tym celu Biblię!

Lily się zasępiła.

– Nikt nie powinien przeszkadzać zmarłym. Matt, to coś złego.

Oswobodził rękę.

– To sposób, żeby nawiązać kontakt z naszymi sprzymierzeńcami, moimi przyjaciółmi po drugiej stronie oceanu. To jest projekt Apollo. Zaufajcie mi.

Matt podszedł do ściany i chwilę trwało, nim za zasłoną z liści udało mu się znaleźć wejście do budynku. Wyciął mieczem przejście do na wpół otwartych drzwi i panującej wewnątrz ciemności.

Za jego plecami zapaliła się lampka sztormowa. Lily umieściła szklaną kulę wokół płomienia i zamocowała żelazne zamknięcia, po czym uniosła ją przed sobą, trzymając za uchwyt.

– Bez światła nie wchodzi się w ciemności – powiedziała.

Popołudniowe słońce podkreślało niebieski kolor włosów dziewczyny, nadając im blask. Orzechowe oczy wpatrywały się w Matta z determinacją.

– Idziesz ze mną?

– Chcę wiedzieć, czy uda ci się porozmawiać z umarłymi.

Weszli do kościoła i natychmiast ogarnął ich chłód oraz upiorna jasność, przenikająca przez barwne witraże. Nawa pachniała pleśnią. Matt zobaczył ławki ustawione w rzędach i porozrzucane wszędzie Biblie. Lily szła blisko niego, wymachując lampą jak tarczą, która ma chronić przed ciemnością.

– Jak chcesz się do tego zabrać? – wyszeptała.

– Wystarczy się skoncentrować, a kiedy kościół się ożywi, wtedy otwierasz Biblię i nawiązujesz kontakt z duchem zmarłego.

– Zawsze działa?

– Niestety nie. Ale kiedy robiliśmy to z przyjaciółmi, udawało się prawie za każdym razem. Próbujesz zlokalizować kogoś w jakimś konkretnym miejscu. Zostawiasz mu wiadomość. Wystarczy wówczas, że moim przyjaciołom z Ameryki uda się skontaktować z tym samym duchem, a on przekaże im moje słowa.

– Wygląda na dość skomplikowane…

– Nie, w sumie nie tak bardzo. Najtrudniej jest nawiązać kontakt, ale jeśli skupisz się na samej sobie, twojej obecności tu i teraz, zwiększasz szansę, że nawiążesz kontakt z duchem osoby, która jest zamknięta w tym kościele.

– Kogoś, kto zmarł w tych murach?

– Myślę, że tak. Albo kto tu przychodził się modlić, kto wierzył tak mocno, że kiedy Burza unicestwiła jego ciało, duch schronił się tutaj.

Matt usiadł w jednej z ławek, wziął do ręki Biblię, położył ją sobie na kolanach i zamknął oczy.

– Trzeba wytworzyć w sobie pustkę – powiedział – wsłuchać się w bicie własnego serca, skoncentrować na oddechu, poczuć się tak, jakby przepływała przez ciebie energia miejsca. To może zabrać trochę czasu. Potem próbujesz wołać, z wnętrza. Wyobrażasz sobie, że właśnie czekasz na kogoś, chciałabyś, żeby do ciebie przyszedł, starasz się przyciągnąć go do siebie, do swego ciała, umysłu.

Zaintrygowana Lily zajęła miejsce obok Matta, ale oczu nie zamknęła. Trzymając lampę w ręku, pozostała czujna, obserwując każdy zakamarek.

Minęło kilka minut, zakłóconych tylko szumem wiatru w okalającym kościół listowiu.

Matt nie wyczuwał w tym budynku żadnej energii, żadnego dziwnego powiewu. Od czasu, kiedy wprawiali się w kontaktach z duchami, za każdym razem, kiedy się koncentrował, słyszał co najmniej odległe szmery, podobne do szumu potężnego potoku płynącego pod fundamentami kościoła. Ale tu nie czuł niczego. Tylko pustkę. Najmniejszej aktywności.

Otworzył oczy.

– Czujesz umarłych? – zapytała Lily.

– Nie. Coś jest nie tak. Tak jakby… ich tu nie było. Zupełnie.

– Czy to możliwe?

– Myślałem, że nie. Wydawało mi się, że umarli w pewnym sensie zostali uwięzieni w murach kościołów, na stronach swojej wiary.

– Nigdzie indziej nie spotkałeś się z czymś takim?

Matt pokręcił głową i zaczął krążyć po kościelnych alejkach. Nie zauważył niczego szczególnego. Promienie niebieskiego, czerwonego lub zielonego światła wpadały przez witraże, odsłaniając na wpół wypalone świece, pokryty kurzem ołtarz, wyrzeźbionych w drewnie świętych… Od dawna nikt nie odwiedzał kościoła, prawdopodobnie od czasów Burzy.

– Może twój system nie działa w Europie – zasugerowała Lily.

– Już go testowaliśmy i działa. Coś wydarzyło się w świecie duchów.

Lily przestępowała z nogi na nogę, nie wiedząc, czy powinna się cieszyć, że nie słyszy mówiących do niej umarłych, czy też stało się coś potwornego i nawet zmarli są dręczeni.

– Może Entropia nie tylko opanowuje nas, ale zajęła się też duchami?

– Wątpię. Ostatnim razem wystarczyło, że jedno z nas pomyślało o Entropii w czasie, kiedy koncentrowało się na zmarłych, żeby wszystkie Biblie stanęły w płomieniach! Myśleć o Entropii, kiedy jest się w łączności z umarłymi, to otwierać entropowe drzwi na świat duchowy.

– Chyba niewiele rozumiem z tego, o czym mówisz.

– Ggl to Entropia, chaos w chaosie. Jeśli otworzysz mu drzwi do królestwa umarłych, powstanie coś w rodzaju solidnego spięcia. Dwa niekompatybilne światy.

– To oczywiste, że spięcie powoduje ogień. – Lily się skrzywiła.

– Właśnie o to chodzi. Jeśli Ggl wejdzie do świata duchów, nasz świat zapłonie. Więc gdyby wszedł między umarłych, to myślę, że byśmy to już odczuli. Wszystkie kościoły, świątynie, meczety i synagogi na świecie stanęłyby w ogniu i kto wie, może cały nasz świat by płonął! Nie, to musi być coś innego.

– A jeśli rzecz dotyczy tylko tego kościoła?

Matt z wahaniem pokiwał głową.

– Mam nadzieję – powiedział cicho, niemal pobożnie.