Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio - Misha Glenny - ebook

Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio ebook

Misha Glenny

4,4

Opis

W jaki sposób ciężko pracujący młody ojciec Antônio Francisco Bonfim Lopes stał się królem Rocinhy – największej faweli w Rio, głową kartelu narkotykowego i jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców w Brazylii, znanym jako „Nem”?

Nemezis to opowieść o człowieku, który w bezwzględnym świecie brazylijskiego półświatka próbował walczyć o sprawiedliwość. Okrucieństwo i twarde zasady panujące w tym niebezpiecznym środowisku zmusiły go jednak do wejścia w świat skorumpowanej policji, bogatych narkomanów, zakłamanych polityków i narkotykowych bossów.

Rozłożyste lasy deszczowe i więzienia o zaostrzonym rygorze. Brudne slumsy i lśniące centra handlowe –Nemezis jest pełnym kontrastów opisem brazylijskiej walki z korupcją, przemocą, narkobiznesem i biedą, czyli z wszystkim tym, z czym również mierzył się „Nem”, walcząc o przyszłość swojego kraju.

"Niesamowicie dokładna historia zwykłego chłopca z faweli, który pewnego dnia staje się jej „królem”. Książka Glenny’ego doskonale opisuje zarówno narkotykowe podziemie w Rio, jak i walkę o wyzwolenie miasta z rąk dilerów i przedstawicieli mrocznego półświatka. […] Glenny, bez gloryfikacji bohatera, pokazuje ludzkie oblicze „króla faweli”." „The Seattle Times”

"To niezwykle wyważona biografia przywódcy jednego z karteli narkotykowych w Rio. Poprzez prywatną historię Nema Glenny opisuje równoległe systemy ekonomiczne i polityczne panujące w Brazylii. „Nemezis” to także niesamowita opowieść o tym, co się dzieje, gdy władze próbują zmienić prawa panujące w zamkniętej społeczności mieszkańców faweli." „New York Journal of Books”

"Przy całym okrucieństwie, o którym pisze Glenny, książkę czyta się z niesamowitym zaciekawieniem. Solidna porcja dobrego dziennikarstwa." „The Christian Science Monitor”

"Kapitalny reportaż pełen szczegółów funkcjonowania brazylijskich faweli. Glenny nie stawia się na pozycji moralizatora. Jako baczny obserwator w obiektywny i wyważony sposób ukazuje, jak funkcjonuje prawo w Rio, nieradzące sobie z prężnie działającym kryminalnym światkiem." „Pittsburgh Post-Gazette”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (5 ocen)
3
1
1
0
0

Popularność




W serii ukazały się ostatnio:

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaram Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Misha Glenny

Nemezis

O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Przełożył Rafał Lisowski

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Nemesis: One Man and the Battle for Rio

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Miguel Rio Branco / Magnum Photos / Forum

Copyright © by Misha Glenny, 2015

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Rafał Lisowski, 2016

Copyright © for the maps by Bill Donohoe

Redakcja Agata Błasiak

Korekty Agata Czerwińska / d2d.pl, Iwona Łaskawiec / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-325-4

In memoriam

Sasha Glenny

1992–2014

Brazylia, ten piękny kraj, bije najszpetniejszy rekord na świecie. Jesteśmy niekwestionowanym mistrzem w kategorii zabójstw. Co dziesiąta ofiara zabójstwa na świecie to Brazylijczyk. Oznacza to, że każdego roku wskutek przemocy śmierć ponosi ponad pięćdziesiąt sześć tysięcy ludzi. Większość ofiar stanowią młodzi czarnoskórzy chłopcy, którzy giną od kuli. Brazylia jest również jednym z największych konsumentów narkotyków na świecie, a skutki wojny z narkotykami są tu szczególnie bolesne. Około pięćdziesięciu procent zabójstw na brazylijskich ulicach ma związek właśnie z nią.

Ilona Szabó de Carvalho, Instytut Igarapé, wykład TED, październik 2014, Rio de Janeiro

Rocinha

Strefa Południowa

Rio de Janeiro

Brazylia

Przedmowa

Lądowanie po raz pierwszy w Campo Grande było dziwnym doświadczeniem. Stolica Mato Grosso do Sul znajduje się około czterystu kilometrów na wschód od miejsca, w którym spotykają się Brazylia, Paragwaj i Boliwia. Mniej więcej ta sama odległość dzieli ją od leżącego na północ Pantanalu, największych na świecie tropikalnych mokradeł. W pierwszej chwili czułem się tam zupełnie nie jak w Brazylii.

Campo Grande liczy niewiele ponad sto lat, powstało na planie szachownicy, ma szerokie bulwary i przecznice obsadzone licznymi drzewami. Uderzyła mnie znaczna liczba sklepów z dużymi podłużnymi witrynami. Rzeźnicy wystawiali dziesiątki chudych tusz wołowych. W sklepie firmy John Deere prezentowano rzędy traktorów. Czułem się bardziej jak na wsi w Teksasie w latach sześćdziesiątych niż jak w zmysłowym Rio de Janeiro czy pracowitym São Paulo.

Za wyraźnie wyznaczonymi granicami miasta przestronne budynki nagle ustępowały glebie tak jaskrawo cynobrowej, że wyglądała jak pomalowana. Kontrast z głęboką zielenią roślinności sprawiał, że cała okolica przypominała krajobraz z kreskówki.

W tym właśnie miejscu, gdzie wszystko stawało się czerwono-zielone, skręciłem z obwodnicy na nieoznaczoną drogę gruntową. Musiałem ominąć parę ustawionych na niej beczek po oleju, by stanąć przed bramą z drucianej siatki. Stąd widziałem większość federalnego zakładu karnego o najwyższym rygorze. Od razu uderzyła mnie czysta, nowoczesna architektura jego murów i wież strażniczych. Budynki wykończono łagodną pastelową czerwienią i żółcią.

Kiedy pierwsza brama otworzyła się automatycznie, musiałem pokonać ostatnią przeszkodę – zapory przeciwczołgowe. Brazylia ma długą tradycję ucieczek z więzienia, więc w Campo Grande nie ryzykowano. Ten zakład karny, jedna z czterech specjalnych placówek w tym olbrzymim kraju, powstał z myślą o przestępcach uznanych za najniebezpieczniejszych. Campo Grande nie przypomina słynniejszych miast Brazylii, a tutejsze więzienie różni się od większości zakładów w tym państwie.

Przede wszystkim strażnicy więzienni byli nienagannie uprzejmi i przyjaźni. Niektórzy całkiem dobrze mówili po angielsku, co jest rzadkością w brazylijskim interiorze. W granicach swoich obowiązków każdy z nich robił wszystko, żeby mi pomóc.

Nie widziałem żadnych śladów nędzy, przeludnienia i utajonej przemocy kojarzonych z większością brazylijskich więzień. Nad zakładem w Campo Grande unosi się duch porządku i przewidywalności. Tutejszy reżim nie jest łatwy dla osadzonych, ale nie ma doniesień o naruszaniu praw człowieka ani skarg na nieuzasadnioną przemoc. Żaden więzień tych czterech placówek nigdy nie padł ofiarą zabójstwa ze strony innych skazanych, nie doszło też do udanej ucieczki. W pozostałych brazylijskich więzieniach takie zagrożenia zwykle są na porządku dziennym.

Główną przyczyną nadzwyczaj efektywnego sposobu zarządzania placówką jest zła sława osadzonych. W przeszłości wielcy bandyci napadający na banki oraz przywódcy karteli zza murów więzienia w najlepsze kontynuowali działalność. W prowincjonalnych i miejskich zakładach karnych standardem jest przekupstwo słabo opłacanych strażników, tak by przymykali oko na przemycane komórki, narkotyki, konsole do gier i telewizory czy też kobiety sprowadzane dla seksu.

W Campo Grande, oprócz ściśle monitorowanych listów, więźniowie mogą przekazywać wiadomości światu zewnętrznemu wyłącznie przez prawników albo tych członków rodzin, którym zezwolono na odwiedziny. Stanowi to wyzwanie nawet dla najlepiej zorganizowanych przestępców.

Po zamknięciu rzeczy osobistych w szafce zostałem przeprowadzony przez szereg punktów kontroli bezpieczeństwa i weryfikacji biometrycznych. Pozwolono mi zatrzymać zegarek, okulary i – dzięki pozwoleniu z sądu – cyfrowy dyktafon, ale absolutnie nic poza tym. Te przedmioty wielokrotnie sprawdzono, a w końcu dwóch funkcjonariuszy federalnych zaprowadziło mnie do prostokątnego pokoju o wymiarach mniej więcej trzy metry na sześć.

Po lewej stronie stało biurko z komputerem i kamerą wideo. Ścianę po prawej przykrywało tło z dużym napisem: Federalny Departament Więziennictwa. Z tego pomieszczenia korzystali więźniowie uczestniczący za pośrednictwem połączenia wideo w procesach w Rio de Janeiro, São Paulo, Manaus czy Recife.

Naprzeciwko mnie siedział człowiek, którego przyszedłem odwiedzić – Antônio Francisco Bonfim Lopes. Do czasu aresztowania w listopadzie 2011 roku był najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Rio de Janeiro, a może w całej Brazylii. Kraj znał go nie z nazwiska, ale z przydomka Nem, albo – w pełnej wersji portugalskiej – O Nem da Rocinha, czyli Nem z Rocinhi.

Po raz pierwszy usłyszałem o Nemie w 2007 roku, kiedy odbyłem jedną ze zorganizowanych wycieczek po Rocinhi, największym slumsie w Brazylii, a zapewne też w całej Ameryce Południowej. Takich osiedli rozsianych po Rio są tysiące, ale Rocinha jest wyjątkowa, ponieważ leży pomiędzy trzema najbogatszymi dzielnicami miasta. Już kiedy pojechałem tam po raz pierwszy, była atrakcją turystyczną. Jechało się minivanem przez główną ulicę, Estrada da Gávea, i zatrzymywało, żeby obejrzeć ciasne, jaskrawo kolorowe pudła, w których mieszka około stu tysięcy ludzi. Po krótkich odwiedzinach u grupy przedszkolnej, prowadzonej po godzinach przez miejscową NGO, następowała sprzedaż obrazów prymitywistycznych, tak by turyści mogli dać coś od siebie znajdującej się w opłakanym stanie gospodarce slumsu.

Jeden z przewodników wyjaśnił mi wtedy, że Rocinhą rządzi niejaki Nem. Z zupełną szczerością powiedział, że Nem, szef miejscowego kartelu narkotykowego, „to człowiek, który pilnuje tu porządku”.

Przypomniałem sobie o Nemie cztery lata później, gdy tuż po północy aresztowano go kilka kilometrów od Rocinhi. Okoliczności zatrzymania były dramatyczne. Trochę pogrzebałem i ze zdziwieniem odkryłem, że wcześniej udzielił kilku wywiadów brazylijskim dziennikarzom. Media często przedstawiały go jako bezwzględnego mordercę, który handlując narkotykami, zatruwał życie wielu młodym ludziom. Z wywiadów wyłaniał się całkiem inny obraz. Nem udzielał przemyślanych odpowiedzi, wskazujących na to, że rozumie polityczne i społeczne znaczenie odgrywanej przez siebie roli prezydenta, premiera i największego przedsiębiorcy w średniej wielkości mieście.

Dlatego podczas brazylijskiej zimy 2012 roku napisałem do niego do więzienia, przedstawiłem się i poprosiłem o spotkanie. Teraz, osiem miesięcy później, znalazłem się w Campo Grande – przede mną siedział Nem, wróg publiczny numer jeden. Przepisy więzienne zabraniały oczywiście wszelkiego kontaktu fizycznego, nie mogłem nawet uścisnąć mu ręki. W tych okolicznościach nasze powitanie było dosyć chłodne.

Miał na sobie więzienny niebieski T-shirt i bawełniane spodnie. Kiedy wstał, by wyprowadzono go z sali, zobaczyłem, że jest wysoki i chudy. Mógł mierzyć około stu osiemdziesięciu pięciu centymetrów. Miał brązową skórę, charakterystyczną wąską twarz i lekko wystającą górną szczękę. Ze względu na krótko przycięte włosy stracił loki, dobrze znane z dwóch najsłynniejszych fotografii krążących w internecie. Szczególnie uderzające były jego oczy, czarne jak węgiel, tak ciemne, że tęczówki i źrenice niemal się zlewały. Natychmiast zrozumiałem, że właśnie one stanowiły główne źródło jego charyzmy – potrafiły przejrzeć twoją duszę na wylot, ale same niczego nie zdradzały.

Zawsze zwracał się do mnie z szacunkiem: o senhor, proszę pana. Znając podstawy portugalskiego, ja mówiłem do niego po prostu per Antônio.

W trakcie naszego spotkania w pewnym momencie upadł mi długopis. Podnosząc go, zobaczyłem, że nogi Nema przykute są do stalowego stołu, który z kolei przybito do podłogi. Nem odmówił nawet kawy i wody, ponieważ musiałby wtedy unieść dłonie ponad blat i pokazać kajdanki (zdejmowano mu je na nasze kolejne spotkania). Wydawał się upokorzony tą sytuacją.

Bardzo chętnie natomiast rozmawiał o swoim życiu, tak osobistym, jak i zawodowym. Wówczas, podobnie jak teraz, przebywał w areszcie śledczym, pewnych tematów nie mógł więc komentować, ponieważ wiązały się z trwającym postępowaniem sądowym.

Przez kolejne dwa lata odwiedziłem go dziesięć razy. Pierwsze dwa spotkania trwały po dwie godziny, a każde kolejne – trzy. Wywiad z więźniem w zakładzie karnym zawsze jest osobliwy, ale te wywiady były szczególnie dziwne. Nawiązałem z Antôniem bardzo silną relację – zawsze spotykaliśmy się w całkowicie anormalnych okolicznościach i częściowo może właśnie im ją zawdzięczałem. Stopniowo zaczęliśmy mówić o sprawach głębokich i intymnych. Niektórych tematów nie poruszał pewnie nawet z rodziną. Rozmawialiśmy o narkotykach, przywództwie, wierze, rodzinie i o przetrwaniu we wrogim świecie.

Ta książka to historia Nema. Choć jego świadectwo jest tu kluczowe, naturalnie nie opierałem się wyłącznie na jego wersji. Rozmawiałem z jego rodziną, przyjaciółmi, wrogami, z policjantami, którzy prowadzili przeciwko niemu śledztwo, politykami, którzy z nim negocjowali, dziennikarzami, którzy o nim pisali, i prawnikami, którzy go reprezentowali. Wierzę, że jest to historia odzwierciedlająca naturę współczesnej Brazylii – jej dobre i złe strony. Opowiada jednak również o tym, jak ludzie potrafią przetrwać, a nawet prosperować, w najbardziej niesprzyjających warunkach. Jak balansują na cienkiej granicy między życiem a śmiercią.

Prolog

Aresztowanie I

9–10 listopada 2011

Spod gęstego listowia lasu atlantyckiego w Rio wyłoniła się duża ciemna toyota corolla, która powoli pięła się krętą drogą. Elegancki pojazd musiał być samochodem rządowym albo firmowym. To bardzo rzadki widok w slumsie Rocinha. Starzejące się auta gotowe wyzionąć ducha – tak. Chmary taksówek motorowych – tak. Niezdarne autobusy, które wbrew prawom fizyki pokonują agrafki, zarzucając tyłami – tak. Ale niepokojąco luksusowe nisko zawieszone limuzyny z grubymi oponami? To nie ich miejsce. W Rocinhi wszystko, co nieznajome, odruchowo lustrują tysiące oczu.

Samochód wkrótce dotarł do najwyższego punktu Estrada da Gávea, drogi przecinającej Rocinhę z góry na dół. Stąd mieszkańcy widzieli migoczące światła slumsu, które ciągnęły się ku Oceanowi Atlantyckiemu. Była noc, dlatego trzej mężczyźni z łatwością odróżniali Wzgórza, jak określa się slumsy Rio, od Asfaltu, czyli dzielnic mieszkaniowych dla klasy średniej. Slumsy zawsze są słabiej oświetlone. Napięcie w gęstej plątaninie legalnych i nielegalnych przewodów doprowadzających prąd do nieformalnych domostw jest niższe niż w bardziej uporządkowanej sieci, która obsługuje Asfalt.

Przejechawszy szczyt wzniesienia, czarny samochód przechylił się w dół i minął Dziewięćdziesiątkę Dziewiątkę, ostatni przystanek autobusowy w slumsie, tam gdzie droga ostro skręca w lewo. Było około godziny 22.35 9 listopada 2011 roku.

Trzej mężczyźni w garniturach jechali wolno przez mrok. Byli milczący i spięci. Kierowca, starszy od pasażerów, może dobiegał sześćdziesiątki. Obok niego korpulentny jegomość w kółko usiłował się do kogoś dodzwonić. Bez skutku – na szczycie Rocinhi rzadko można złapać sygnał i jego operator także nie miał tu zasięgu. Z tyłu leżała duża skórzana torba podróżna. Siedział przy niej trzeci mężczyzna, również dosyć tęgi. Tak jak jego dwaj towarzysze z zawodu był prawnikiem.

Po pokonaniu ostrego zakrętu przejechali jeszcze dwieście metrów w kierunku krótkiego pasa ziemi niczyjej, który dzieli Rocinhę od eleganckich willi Gávei, jednej z najdroższych dzielnic Rio. Punkt ten wyznaczony jest kolejną agrafką, tylko że ta skręca w prawo, tuż przed wejściem do Szkoły Amerykańskiej w Rio de Janeiro. Co prawda nie widać tego, i to nawet za dnia, ale jest tu także zakręt w lewo, w długą nieoświetloną ulicę. Rosnące wzdłuż niej drzewa i krzewy nocą potęgują złowieszczą atmosferę.

Gdy auto zbliżało się do owej granicy bogactwa, z ukrytej ulicy wyszedł rosły mężczyzna z bronią samopowtarzalną i dał znak, żeby się zatrzymało. Miał na sobie mundur Batalhão de Choque (batalionu bojowego), jednostki Żandarmerii Wojskowej (PM)[1] specjalizującej się w kontroli tłumu. PM wbrew nazwie odpowiedzialna jest w Rio za utrzymywanie porządku wśród cywili.

Trzej mężczyźni, naładowani adrenaliną, wysiedli z toyoty. Ich język ciała świadczył o tym, że są spięci. Nastąpiła ostra wymiana zdań z funkcjonariuszem, który chciał przeszukać bagażnik. Prawnikom bardzo zależało, żeby tego nie robił.

W tym momencie przyjechało dwóch kolejnych, starszych rangą, funkcjonariuszy PM. Jeden z nich, porucznik, wyraźnie tu dowodził. Prawnik z torbą pokazał mu dokumenty: paszport oraz oficjalnie wyglądający identyfikator. Wyjaśnił, że choć jest Brazylijczykiem, jednocześnie pełni funkcję honorowego konsula Demokratycznej Republiki Konga, ponieważ zaś właśnie wykonuje obowiązki służbowe, samochód jest objęty immunitetem dyplomatycznym i nie może zostać przeszukany.

Nagle mężczyzna z telefonem zorientował się, że wreszcie złapał zasięg, więc zaczął dzwonić do tej samej osoby, z którą usiłował się połączyć przez ostatnie trzy kwadranse. Była dokładnie 23.06.

Kiedy zadzwonił telefon, inspektor z Policji Cywilnej (PC), drugiej formacji policyjnej w Rio, właśnie czytał córeczce bajkę w swoim domu w dzielnicy Barra da Tijuca, tuż za słynnym stadionem Maracanã. Wzdrygnął się. Czekał na ten telefon przez cały wieczór i już zaczął tracić nadzieję. Człowiek po drugiej stronie mówił szybko i niespójnie. Nawet jeśli jego słowa nie do końca miały sens, inspektor wiedział, że nie ma czasu do stracenia.

Natychmiast zadzwonił do przełożonego. Po kilku minutach otrzymał zgodę na interwencję. Zielone światło przyszło z samej góry, dał je nie kto inny jak sekretarz do spraw bezpieczeństwa publicznego, szef całej policji, nie tylko w mieście, ale i w całym stanie Rio de Janeiro. Skoro akcept dał ktoś tak ważny, to znak, że działo się coś dużego. Tym bardziej, że sekretarz nie przebywał w Rio, lecz w Berlinie, gdzie była teraz 4.15 nad ranem. Inspektor ucałował córeczkę na dobranoc, chwycił kluczyki i pobiegł do samochodu, cały czas rozmawiając przez telefon.

Tymczasem na zakręcie prawnik z telefonem odszedł na stronę z porucznikiem, żeby zamienić kilka słów na osobności. W trakcie gwałtownej rozmowy chciał podać żandarmowi swój aparat. Tamten odmówił ze złością. Zamiast tego oddalił się, żeby samemu zatelefonować. Zamierzał zaangażować w sprawę trzeci organ porządku publicznego, potężną Policję Federalną (PF).

Żandarmi byli coraz bardziej poirytowani. Wreszcie jeden z nich podszedł do porucznika i szepnął mu coś na ucho. Po kolejnych rozmowach prawnicy wsiedli z powrotem do samochodu. Ustalono, że wszyscy udadzą się na komisariat. Prawnicy zgodzili się z ochotą.

Kolumna ruszyła. Pierwszy jechał wóz Żandarmerii Wojskowej. W środku – toyota z trzema prawnikami. Z tyłu – dwa kolejne auta z żandarmami, w tym z porucznikiem. W sumie trzech mężczyzn było teraz eskortowanych przez jedenastu funkcjonariuszy. Tymczasem kilka kilometrów dalej, w centrum Rio, dowódca PF mobilizował zespół policjantów mający przechwycić konwój.

Nagle wciśnięta między auta żandarmerii toyota spróbowała się wyrwać, wykonując niespodziewany skręt w prawo. Szybko myślący kierowca radiowozu zdołał odciąć jej drogę. Wszyscy zatrzymali się i znów wysiedli na ulicę. Kierowca toyoty wziął porucznika na bok na prywatną rozmowę.

Prawnik z telefonem wykrzykiwał do komórki jeszcze agresywniej niż dotąd. Wiedział, że jeśli sprawy niewłaściwie się potoczą, może to mieć fatalne konsekwencje.

Niedaleko stamtąd CORE, specjalna jednostka Policji Cywilnej, otrzymała rozkaz mobilizacyjny. Z szafek wyjęto broń, a z pojazdów opancerzonych ściągnięto plandeki. Gdzie indziej do działania przygotowywali się dwaj piloci jednostki śmigłowcowej PC.

Po wymianie zdań prawnicy i żandarmi znowu ruszyli w kolumnie. Wkrótce ci pierwsi ponownie zjechali z głównej drogi, tym razem na parking starego Klubu Morskiego, który przylegał do Lagoa, wielkiej laguny w sercu Strefy Południowej Rio. Auta stanęły pod olbrzymią statuą Chrystusa Odkupiciela, górującą nad nimi na szczycie Corcovado.

Prawnicy i żandarmi po raz trzeci wdali się w agresywną wymianę zdań. Ledwie jednak zaczęli, a obok z piskiem opon zatrzymało się kilka samochodów. Z jednego wyskoczył starszy rangą funkcjonariusz Policji Cywilnej, który zaczął ganić swoich kolegów z PM. Wkrótce na miejsce dotarł także inspektor z Tijuki. W pewnej chwili kierowca toyoty rzucił kluczyki auta policjantowi z PC. Nastąpiła szarpanina, w której chodziło o to, żeby nie dostali ich w swoje ręce żandarmi.

Potem zajechały smukłe szare radiowozy federalnych. Z jednego wysiadł kapitan i oznajmił wszystkim, że sprawę przejmuje PF. Starszy oficer z PC kazał mu spadać.

Trzej prawnicy oraz funkcjonariusze PC upierali się, że toyota powinna zostać dostarczona na komisariat piętnastego posterunku, położony zaledwie pięć minut drogi stamtąd. Żandarmi i federalni twardo stali na stanowisku, że skoro konsul powołał się na immunitet dyplomatyczny, sprawa podlega jurysdykcji federalnej.

W miarę jak krzyki i wzajemne oskarżenia się nasilały, zdaniem jednego ze świadków funkcjonariusze PC i PM zaczęli mierzyć do siebie z broni palnej. Tak czy inaczej, porucznik żandarmerii, wykorzystując zamieszanie, przykucnął za toyotą i wbił nóż w oponę, żeby uniemożliwić przejazd na piętnasty posterunek.

Potem pojawił się ciężkozbrojny oddział CORE. Wielki pojazd po prostu zatrzymał się przed samochodami Żandarmerii Wojskowej, tak by nie mogły się ruszyć. Zaczął narastać mechaniczny terkot śmigieł – do miejsca zdarzenia zbliżał się helikopter PC, który wszystko filmował.

Ów materiał mógł się z pewnością przydać dwóm obserwatorom – oficerom z zarządu wywiadowczego biura sekretarza stanu do spraw bezpieczeństwa. Mieli przekazać swemu szefowi przygnębiającą opowieść o tym, że jego nowa strategia poprawy jakości współpracy między formacjami policyjnymi już na początku napotkała trudności.

Wszystko to działo się w odległości zaledwie kilku minut piechotą od siedziby Globo, największej korporacji prasowej w Brazylii. Wkrótce w tłumie zaroiło się od kamer, błyskających fleszy, mikrofonów i pokrzykujących dziennikarzy. To była mieszanka wybuchowa sprzecznych interesów, chaosu i broni palnej.

Inspektor uznał, że nie może dopuścić do tego, by sprawy jeszcze bardziej wymknęły się spod kontroli. Musiał omówić wszystko ze swymi odpowiednikami z Policji Federalnej. Wiedział bowiem coś, czego nie wiedzieli pozostali – z tyłu corolli ukryty był jeszcze jeden człowiek.

Po rozmowie ze starszym oficerem federalnym zostaje postanowione, że konsul otworzy bagażnik. Otaczają go policjanci z różnych formacji, większość celuje broń w auto.

Klapa podnosi się, ukazując chudego mężczyznę, który leży zwinięty na boku, z kolanami przyciągniętymi do piersi. Ma na sobie czarne spodnie oraz koszulę w niebiesko-białe prążki. Zostaje wyciągnięty z samochodu za ręce i nogi.

Wyraźnie dezorientują go ten tłum, te światła i ogólny zamęt. Dziennikarze i policjanci walczą o jak najlepsze zdjęcia. Flesze błyskają mu przed oczami. Któryś z funkcjonariuszy łapie go za gęste kręcone włosy i odciąga mu głowę do tyłu, żeby ułatwić zadanie cyfrowym gapiom. Ostatnie dwie godziny ten człowiek spędził ściśnięty w bagażniku, teraz zaś nagle zderza się z rozbuchaną histerią w brazylijskim stylu. Otaczają go najróżniejsze mundury oraz okrzyki: „To ja go aresztowałem!”, „Nieprawda, jest nasz! Łapy precz!”. Wygląda na zrezygnowanego – jego twarz zdradza niewiele emocji; mężczyzna przypomina zmęczoną szmacianą lalkę rzucaną tam i z powrotem. Zapewne doświadcza swego rodzaju łagodnego wstrząsu. Przede wszystkim jednak w całym tym zamieszaniu wydaje się bardzo samotny.

Porucznik triumfalnie zakłada mu kajdanki i razem z najstarszym oficerem federalnych ładuje go na tył jasnoniebieskiego auta Żandarmerii Wojskowej, które jako pierwsze zatrzymało toyotę corollę przy wjeździe do Rocinhi. Potem wiozą więźnia do siedziby głównej Policji Federalnej.

Zegar właśnie wybija północ, kiedy Antônio Francisco Bonfim Lopes, znany wszystkim Brazylijczykom jako Nem z Rocinhi, oficjalnie trafia do aresztu. Ramówki lądują na śmietniku, a foto­edytorzy przystępują do pracy nad przygotowaniem dramatycznych materiałów z wydarzeń tego wieczoru, tak żeby były gotowe do porannych programów informacyjnych.

Najbardziej poszukiwany człowiek w Rio, a wręcz w całej Brazylii, nareszcie trafił za kratki. To chwila triumfu dla José Mariana Beltramego, sekretarza do spraw bezpieczeństwa publicznego stanu Rio de Janeiro. Wreszcie bez obaw, że ktoś mu zaprzeczy, może się chwalić skutecznością swojej radykalnej polityki pacyfikacji slumsów Rio, w których rządzi bezprawie. Jego siły oczyszczają fawele z narkotyków i broni, przywracając tam autorytet państwa brazylijskiego. Cały kraj może patrzeć w przyszłość z jeszcze większym entuzjazmem niż dotąd, wyczekując bezpiecznych mistrzostw świata w piłce nożnej oraz igrzysk olimpijskich.

W chwili zatrzymania Nem zamieszany jest w sieć korupcji, przemocy, narkotyków i intryg politycznych, która dławiła Rio de Janeiro – czyli Cudowne Miasto, jak mówią o nim Brazylijczycy – przez niemal ćwierćwiecze. Ta rozległa sieć jest mu dobrze znana. Obejmuje polityków, handlarzy narkotyków, prawników, pastorów ewangelickich i policjantów. Pozostaje tylko jedno pytanie: czy Nem jest pająkiem, czy muchą?

Część I

Protagonista

1

Eduarda

grudzień 1999 – czerwiec 2000

Vanessa dos Santos Benevides nie śpi. Jej małe dziecko płacze głośniej niż kiedykolwiek.

Czy to przez pogodę? Późna wiosna w Rio de Janeiro jest lepka i upalna, co zwiastuje nadejście „latającej rzeki”. Ta wytrwała pielgrzymka nabrzmiałych wilgocią chmur zaczyna się ponad trzy tysiące kilometrów na północ od Rio, kiedy z Amazonki i jej lasów podnoszą się niezliczone ilości wody, żeby przemieścić się na południe. Od zachodu „latająca rzeka” odgrodzona jest przez Andy. Wielkim łukiem zakręca na wschód, zalewając środek i południe brazylijskiego interioru oraz wybrzeże kraju.

W Rio ulewa w kilka sekund ogranicza widoczność do dwóch, może trzech metrów. Deszcze każdego roku niosą śmierć i zniszczenie w formie powodzi i osuwisk. Prasa i telewizja donoszą o straszliwym losie rodzin zatopionych pod masami błota i kamieni: jedni giną w samochodach, inni we własnych domach, jeszcze inni w autobusach zepchniętych do przepaści. Najbardziej narażeni cariocas, jak nazywani są mieszkańcy Rio, żyją w slumsach – fawelach.

To właśnie tam nawałnice zbierają najstraszniejsze żniwo. Fawele najczęściej wyrastają na licznych górach i wzgórzach miasta. Na takim terenie lawina błotna w kilkadziesiąt sekund może zatopić dziesiątki ludzi. Prymitywne systemy kanalizacyjne, otwarte kanały ściekowe, kopce gnijących śmieci oraz liche budowle błyskawicznie ustępują pod naporem olbrzymich ilości wody. Sufity pękają, a potem się sypią. Gąszcze odsłoniętych przewodów elektrycznych iskrzą, na moment stają w płomieniach, a potem gasi je powódź. Schody i płyty chodnikowe obluzowują się i spływają w dół w rwących potokach.

Kiedy chmury się rozstępują, gęsta wilgoć wciąż wisi w powietrzu. Poziom wilgotności często bywa nie do zniesienia. Nocą na wzgórzach brak klimatyzacji sprawia, że trudno jest zasnąć w tej dżungli hałasów: skrzeczą małpy i szczekają psy, dudnią basy na całonocnych imprezach, raz po raz słychać terkot broni samopowtarzalnej, wzburzeni mężczyźni i kobiety ścierają się w słownej walce, może są pijani, a może po prostu mają siebie dość.

Właśnie w taką noc Vanessa, młoda matka, nie może zasnąć. Zmęczenie odciska piętno na jasnobrązowej skórze jej zazwyczaj spokojnej twarzy. Jest 1999 rok, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Jej córeczka Eduarda jest tak drobna, że nie wygląda na swoje dziewięć i pół miesiąca. Płacze nieustannie. Vanessa bierze małą na ręce, żeby ją uspokoić, i zauważa, że dziewczynka poci się bardziej niż zwykle w takim upale. Ma sztywny kark, zgięty pod kątem, tak że główka opiera się na lewym ramieniu. Rano Vanessa mówi do męża Antônia, że zabiera dziecko do doktora.

Miejscowa lekarka zgadza się z Vanessą, że dziecko zapewne zasnęło w niewygodnej pozycji i stąd ten kurcz szyi. Postanawia założyć jej kołnierz.

Tydzień później kark nadal jest całkowicie sztywny, a mała Eduarda wyje z bólu. Matka bierze ją na oddział urazowy w jednym z lokalnych szpitali.

Antônio wychodzi do pracy. Dręczą go kiełkujące wyrzuty sumienia. Boi się, że mógł mieć coś wspólnego z okropnym stanem córeczki. Jego biuro, podobnie jak szpital, mieści się w Gávei, jednej z trzech wyjątkowo bogatych dzielnic otaczających Rocinhę, w której urodził się i wychował.

Przez ostatnie kilka lat Antônio piął się po szczeblach firmy Globus Express, by w końcu zostać szefem zespołu odpowiedzialnego za dystrybucję „Revista da NET”, najpopularniejszego programu telewizyjnego. Odpowiada za większość Strefy Południowej, rejonu obejmującego najsłynniejsze punkty Rio, takie jak olbrzymia rzeźba Chrystusa na górze Corcovado oraz plaże Copacabana i Ipanema.

Mimo skromnych zarobków Antônia razem z Vanessą uciułali dość pieniędzy, żeby wyprowadzić się z maleńkiego mieszkania jego matki do własnego, również maleńkiego. To niewiele, ale zawsze coś na początek, a przyjście na świat Eduardy – Dudy – wesołego, spokojnego dziecka, wniosło dużo ciepła do ich małego domu. Rodzice czuli się szczęśliwi i patrzyli w przyszłość z nadzieją.

Teraz jednak mała spędza miesiąc w szpitalu, a jej stan pogarsza się z każdym dniem. Lekarze stosują różne środki, ale nic nie pomaga. Podejrzewają gruźlicze zapalenie kości, rzadkie zaburzenie wtórne polegające na zakażeniu kości osoby cierpiącej na gruźlicę. Po prawej stronie szyi dziewczynki pojawia się guz, który rośnie do rozmiarów jajka.

Po tej wiadomości Antônio upada na duchu. Uznaje – błędnie, acz nie bez podstaw – że to on zaraził córkę gruźlicą, chorobą endemiczną w uboższych dzielnicach Rio. Rzucające się w oczy plakaty przy wejściach do Rocinhi obwieszczają: „Kaszlesz od co najmniej trzech tygodni? IDŹDOLEKARZA. Prawdopodobnie masz gruźlicę”.

Ta choroba, przenoszona w powietrzu, najszybciej rozprzestrzenia się na obszarach gęsto zaludnionych, zwłaszcza w slumsach, gdzie rodziny i znajomi mieszkają razem na niewielkiej powierzchni. W Rocinhi jest najwięcej przypadków gruźlicy w całym stanie Rio, a w niektórych latach – w całej Brazylii. Obecnie zapada na nią miesięcznie około pięćdziesięciu pięciu mieszkańców dzielnicy.

Zaledwie na kilka dni przed narodzinami Dudy Antônia zaczęło boleć gardło. Jego stan pogarszał się, kiedy mężczyzna na zmianę pracował w słońcu i w deszczu. Nie odżywiał się właściwie. Kupony obiadowe, które w faweli stanowią drugą walutę, wolał odkładać, żeby jego matka i ciężarna żona mogły dobrze zjeść. Mimo gorączki i bólu głowy tak silnego, że wywoływał halucynacje, Antônio nie przestawał pracować, aż pewnego dnia stracił przytomność – to właśnie wtedy stwierdzono u niego gruźlicę.

Córeczka urodziła się, kiedy był w szpitalu. Zakazano mu się do niej zbliżać przez dwa tygodnie, a potem nie mógł spędzać nocy w domu, żeby jej nie zainfekować.

Teraz, gdy Duda zachorowała, Antônio jest przekonany, że to od niego się zaraziła, chociaż kilka miesięcy wcześniej poinformowano go, że wyzdrowiał.

Duda dostaje serię antybiotyków, ale jej stan wciąż się pogarsza. Straciła apetyt, przez co pokonanie choroby staje się jeszcze trudniejsze. Rodzice po raz pierwszy uświadamiają sobie, że być może ich córeczka umiera.

Zrozpaczona Vanessa zagrywa ostatnią kartę. Skromne ubezpieczenie zdrowotne Antônia, finansowane przez pracodawcę, pozwala wybrać lekarza rodzinnego z określonej listy. Vanessa wybiera nazwisko na chybił trafił. Później powie, że pokierował nią Bóg.

Przyciskając dziecko do piersi, schodzi krętą główną ulicą Rocinhi, Estrada da Gávea. W dole, w modnej dzielnicy São Conrado, Ocean Atlantycki spotyka się z plażą. Za plecami Vanessy z bujnie zielonej roślinności górskiego zbocza wyrastają pijane rzędy kolorowych domów, tworząc charakterystyczną panoramę faweli.

Na samym dole wzgórza ulicę przecina szosa wiodąca z Rio na zachód. Każdego ranka dziesiątki tysięcy ludzi tłoczą się w autobusach, żeby dojechać do zamożnych części miasta, gdzie pracują jako służące, kierowcy, sprzątaczki, ogrodnicy, sprzedawcy, majstrzy i barmani. Vanessa wsiada do autobusu pełnego ludzi. Na większości twarzy maluje się otępienie i zrezygnowanie. Pojazd rusza z przystanku, podskakuje i szarpie. Dziewczynka wykrzywia buzię, bo jej spuchniętym karkiem rzuca w górę, w dół i na boki. Widać wyraźnie, że to przeżycie jest dla niej nieznośne, tak że po wizycie u lekarki przestają jeździć autobusami i od tej pory znaczną część topniejących środków wydają na taksówki.

Lekarka przyjmuje w Barra da Tijuca, dzielnicy mieszkaniowej często porównywanej pod względem stylu i wielkości do Miami, odkąd w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zaczęła się gwałtownie rozrastać. Barra jest oddalona od faweli o zaledwie dziesięć minut jazdy przez dwa długie tunele, leży jednak w zupełnie innym świecie. Są tam szerokie bulwary, wzdłuż których ciągną się dziesiątki eleganckich willi, oraz grodzone osiedla rezydencji w amerykańskim stylu. Wśród nich tu i ówdzie stoją centra handlowe obwieszone krzykliwymi neonami i wielkimi billboardami. Gwałtowny wzrost miejskiej przestępczości w ciągu dwóch dekad rozwoju Barry można tłumaczyć napływem klasy średniej do tej dzielnicy. Zapewne góry i laguny, którymi w znacznej mierze jest odgrodzona od reszty miasta, stwarzają poczucie bezpieczeństwa.

Barra wydaje się sztuczna, jakby znieczulona anodyną, ale mają tu dobre usługi. Lekarka bada Eduardę i stwierdza, że ona również podejrzewa gruźlicę. Objawami tej choroby bywają gorączka oraz guzy i bąble właśnie takie jak to jajeczko na szyi Dudy. Ponieważ jednak leczenie nie przynosi rezultatu, lekarka kieruje małą do Instituto Fernandes Figueira, specjalistycznego centrum medycznego dla dzieci, młodzieży i kobiet.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Patrz dodatek: Główne formacje policyjne w Rio de Janeiro.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected]

[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected]

[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected],[email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

[email protected]

Wołowiec 2016

Wydanie I