Nekrosytuacje. Perełki z życia grabarza - Guillaume Bailly - ebook

76 osób właśnie czyta

Opis

A może tak rzucić wszystko i zostać grabarzem? Obcując na co dzień ze śmiercią, oswoić ją i uodpornić się na jej powagę, kosząc przy tym niezły hajs? Tak trzeba żyć!

Podczas czytania tej książki przypominamy sobie najlepsze momenty z kultowego serialu Sześć stóp pod ziemią. Lektura NEKROSYTUACJI wywołuje lekki dreszczyk, ożywczy śmiech i szczyptę kontemplacji. Wszystko w idealnych proporcjach, jak starannie skomponowane menu na stypie.

To literacki fenomen – sprzedano cały nakład i zrobiono cztery dodruki w ciągu pięciu tygodni. [...] Bailly opowiada o codziennej pracy w frmie pogrzebowej, nie używając białych rękawiczek.

„Le Figaro”

Historie, które wywołują śmiech lub łzy wzruszenia, opowiedziane z życzliwością.

„Le Parisien”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 260

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zapraszamy na www.publicat.pl
Tytuł oryginałuMes sincères condoléances. Les plus belles perles d’enterrements
Projekt okładki KATERINA BAZANTOVA BOUDRIOT
Koordynacja projektuPATRYK MŁYNEK
Redakcja„BALTAZAR” RING JACEK, WOJCIECHOWSKA-RING DOROTA
KorektaJOANNA RODKIEWICZ
SkładLOREM IPSUM - RADOSŁAW FIEDOSICHIN
© Éditions de l’Opportun 2018 Published by special arrangement with Les Éditions de l’Opportun in conjunction with their duly appointed agent 2 Seas Literary Agency and Graal Literary Agency
Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved
ISBN 978-83-271-5973-1
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

Grabarz to zawód bez przyszłości.

Klienci są niewierni.

Léon-Paul Fargue

Od wydawcy polskiego

Wszyscy i tak umrzemy.

Dołujące, prawda? Świadomość, że za kilka, kilkanaście, w niektórych wypadkach – kilkadziesiąt lat (ech, ci szczęśliwcy!) będziemy wąchać kwiatki od spodu, nie nastraja optymistycznie. Powoduje uczucie niepokoju, troszkę nas dręczy (zwłaszcza 1 listopada) i wyprowadza ze strefy komfortu skuteczniej niż większość speców od coachingu. Osoby wierzące mają niejakie pocieszenie w swoim przekonaniu o życiu pozagrobowym, czego im jako twardo stąpający po ziemi ateista szczerze zazdroszczę; chciałbym uwierzyć, że śmierć to nie koniec, ale nie potrafię.

Tak samo nie potrafię zachować powagi w niektórych sytuacjach, zdawałoby się beznadziejnych i dalece poważnych. Temat śmierci jako kresu życia, mety śmiertelników czy momentu ostatniego tchnienia nadaje się wybitnie na robienie sobie z niego jaj.

Z jednej strony, dowcip pozwala na oswojenie się z nieuchronnością śmierci, odarcie jej z powagi i poprawienie sobie humoru w zderzeniu z ostateczną prawdą, z drugiej – jest to psychologiczna proteza, dzięki której jeszcze żyjemy, nie popadając w szaleństwo; przynajmniej niektórzy z nas.

Nabijanie się ze śmierci ma wielowiekową tradycję. W jednym z najstarszych polskich tekstów, średniowiecznej Rozmowie mistrza Polikarpa ze śmiercią, co chwila natykamy się na pokłady humoru ze śmiercią w roli głównej. Jest to przede wszystkim satyra społeczna i dydaktyczna w wymowie, opowieść o równości ludzi wobec śmierci, momentami ocierająca się jednak o slapstick (przynajmniej tak odczytuję ją dzisiaj). Kolejnym przykładem jest mistrz z Czarnolasu. Jan Kochanowski, który oprócz tego, że był autorem smętnych trenów, pisywał również lekkie epitafia. Ba, nie tylko Kochanowski je tworzył; robił to również Mikołaj Sęp-Szarzyński, a także Daniel Naborowski. Zwiewne wierszyki nagrobne stały się z czasem swoistym podgatunkiem poezji, który miał nawet nazwę w języku polskim. Otóż, był to „nagrobek”. Cudowne, nieprawdaż?

Śmierć w dawnych czasach była powszechna, codzienna, wręcz trywialna. Medycyna w Europie dopiero raczkowała, służba zdrowia w dzisiejszym rozumieniu praktycznie nie istniała, śmiertelność dzieci była olbrzymia, dochodziły do tego wojny, głód i liczne epidemie takich chorób jak trąd czy dżuma, że o zwykłej grypie czy anginie nie wspomnę. Ba, przed erą antybiotyków nawet lekkie skaleczenie mogło okazać się śmiertelne. Wszak od niezbyt poważnej rany, do której potem wdało się zakażenie, umarł Ryszard Lwie Serce.

Ksiądz Józef Baka w Uwagach o śmierci niechybnej z 1766 roku bardzo obrazowo to przedstawia: „Śmierć niemodna, kiedy głodna / Na ząb bierze w cudnej cerze / Z rumieńcem i wieńcem / Panienki w trunieńki”[1]. Tak, w oryginale są przeurocze trunieńki, nie trumienki, ale dobrze się domyślacie – chodzi o młode damy, które śmierć kosi, jak nie przymierzając Boryna zboże. Młodość, jak widać, nie jest żadnym gwarantem życia. Warto zauważyć też to, że śmierć zrównuje w ostatniej godzinie nie tylko wiek, ale też majętność, wykształcenie, a także pochodzenie społeczne owych panienek. Po zamknięciu wieka jest niemal jak w ostatniej scenie filmu Sanatorium pod klepsydrą – kamera schodzi w dół wprost do ziemi i pojawiają się napisy końcowe.

I tu dochodzimy do kwestii technicznych. Kto organizuje całe to przedsięwzięcie? Całą logistykę związaną z pogrzebem; przygotowaniem do niego, organizację ceremonii i kopaniem dołu. Kto ze śmiercią obcuje na co dzień i kto zagląda w jej puste oczy niemal w każdej chwili? Grabarze, oczywiście!

Zwani w obecnych czasach „pracownikami domów pogrzebowych” bądź z anglosaska – funeral manager. We Francji jeszcze zabawniej, bo – croque-mort – czyli „pożeracz zmarłych”. I to o nich właśnie jest książka, którą trzymacie w rękach. O ich pracy, klientach, niecodziennych sytuacjach. Poważnych, komicznych, niekiedy groteskowych, ale zawsze wywołujących emocje. Żywe emocje.

Jestem wielkim fanem serialu Sześć stóp pod ziemią, który opowiada historię rodziny Fischerów zajmujących się prowadzeniem domu pogrzebowego. Do dziś uważam, że ostatnia scena produkcji to najlepiej nakręcone dziewięć minut w historii telewizji. Serial opiera się na świetnym pomyśle konstrukcyjnym. Na samym początku każdego odcinka jest przedstawiany wypadek ze skutkiem śmiertelnym, a następnie (już w domowej kostnicy) młodszy Fischer (lub jego brat) pochylają się nad nieszczęśnikiem i jego przypadkiem. Nie inaczej jest w Nekrosytuacjach.

Książka ma jednak tę przewagę nad serialem, że opisywane tutaj historie są prawdziwe. Autor, Guillaume Bailly, jest starym, nomen omen, wyjadaczem. Jako profesjonalista zetknął się z wieloma nekrosytuacjami. W niektóre trudno mi było uwierzyć, z innych śmiałem się, chowając twarz w dłoniach i karcąc się w myślach, że nie wypada mi rechotać z czyjegoś nieszczęścia. Niestety, książka ta, będąc bestsellerem we Francji (już została wydana druga część), skutecznie przeszkadza w zachowaniu powagi. Tej śmiertelnej powagi.

Nie chcąc odciągać Cię zbyt długo, Czytelniku, od tej zabawnej lektury na (pozornie?) poważne tematy, zapraszam do współczesnego i mocno zakręconego danse macabre, które wprawdzie jest jakimś rodzajem przywołania memento mori, ale dzięki humorowi i groteskowym sytuacjom nie robi tego nachalnie ani w arcypoważny sposób. Jest raczej doskonałą egzemplifikacją starego jak świat przysłowia „Śmiech to zdrowie”. A póki żyjemy, śmiać się możemy, a nawet powinniśmy. Bo śmiech to też życie. Nawet jeśli gdzieś czai się Pani na Ś.

Patryk Młynek, Wydawnictwo Dolnośląskie

Serdecznie dziękuję!

Sukces Nekrosytuacji był zaskoczeniem, bardzo miłym, ale jednak zaskoczeniem. Ponieważ ta książka jest naprawdę ponura.

Powiedzcie sami: może czytaliście książki historyczne ukazujące bogactwo cywilizacji i złożoność procesów, które doprowadziły nas do aktualnej sytuacji, przewodniki turystyczne prezentujące bezkres świata i wiele cudownych miejsc. Może lubicie romanse, których bohaterom przytrafiają się spotkania cudowne, choć całkiem nierealne, miłość, która wypełnia ich dom ślicznymi dziećmi, a w razie zerwania pozostawia piękne wspomnienia; albo powieści kryminalne, w których ponury policjant dopada sprawcę zbrodni i odzyskuje wiarę w życie; a może macie jeszcze inne upodobania.

Na przykład do lektury Nekrosytuaji, książki, która wyjaśnia, co zrobią z waszym ciałem, kiedy życie odgwiżdże koniec meczu i nie będziecie już mogli czytać innych książek. Ani robić tego co zwykle: pracować, odpoczywać, kochać, śmiać się czy płakać...

Nekrosytuacje mogły zresztą nigdy się nie ukazać. Stéphane Chabenat, wydawca i dyrektor Éditions d’Opportun, zadzwonił pewnego dnia do Érica Fauveau, szefa Funéraire Info, aby zapytać go o literaturę funeralną. Temat interesował Stéphane’a, który snuł plany wydania tego typu książki. Tuż przed zakończeniem rozmowy Stéphane powiedział coś w tym rodzaju: „Gdyby spotkał pan kiedyś kogoś, kto ma pomysł na książkę...”, a Éric, który czekał tylko na okazję, by o mnie wspomnieć, podchwycił: „Zabawne, że pan o tym mówi, bo mam właśnie w swoim zespole...”.

Tak, książka jest jak życie: czasami wisi na włosku albo zależy od zwykłego przypadku. Stéphane’owi dziękuję więc, że zadał pytanie, a Éricowi za to, że na nie odpowiedział.

Często słyszałem: „Musiałeś być bardzo zadowolony, kiedy wszyscy zaczęli mówić o twojej książce”. Otóż nie, a to z prostego powodu, że przez wiele tygodni trwałem w swoistym osłupieniu. Ludzie zaczynają poznawać cię na ulicy. Jednak do tego byłem trochę przyzwyczajony, tyle że nie słyszałem już: „Zobacz, to ten pan, który pochował ciocię Lucette”, ale raczej: „Oj, a czy to nie pan napisał tę książkę o pogrzebach?”. Po raz pierwszy – uwierzcie mi, bo nie wymyśliłbym tego – rozpoznano mnie jako pisarza na cmentarzu.

Choć obawiałem się nieco reakcji kolegów, to szybko się przekonałem, że niesłusznie: wielu z nich nie tylko rozpoznało się w moich opowiastkach, ale też, jak sądzę, ucieszyło się, że pozytywny wydźwięk książki wzbudził większą przychylność dla naszego zawodu. Im również, a właściwie – przede wszystkim im – winien jestem podziękowania. Szczególnie tym, którzy dzielili się ze mną historiami ze swej pracy.

Być może nie dla wszystkich było to przyjemne, dlatego pragnę ich przeprosić. Przepraszam, szczerze przepraszam, Zazie, Pascala Obispo, Pierre’a Jaconellego i Johnny’ego Hallydaya, ponieważ ich piosenka, mimowolna bohaterka jednej z anegdot, zwróciła uwagę niemal wszystkich, z którymi rozmawiałem o tej książce. Ale Allumer le feu jest i będzie doskonałą piosenką, także dla żywych.

I jeszcze to najważniejsze: zanim wydawca wpadnie w szał i przypomni mi, że wstęp nie może być dłuższy od książki, pragnę podziękować. Podziękować wszystkim, którzy wzięli moją książkę do rąk i poświęcili czas, żeby ją przeczytać. Można komentować, pytać, twierdzić – bez względu na wszystko jestem głęboko przekonany, że każdy, kto zaczyna przelewać słowa na papier, robi to w nadziei, że ktoś je przeczyta. A wy spełniliście to marzenie, choć nie śmiałem na to liczyć.

Dlatego też, Czytelniczki i Czytelnicy, gorąco wam dziękuję.

Guillaume Bailly

Przedmowa

Często pytają mnie, czego się spodziewać, wybierając ten zawód. Choć nie jest to anegdota w dosłownym słowa znaczeniu, to wszystkie przedstawione elementy wywodzą się ze sfery autentycznych doświadczeń, z wyjątkiem morderstw, będących zmyśleniem...

Stało się! Trzymając w ręku certyfikat asystenta pogrzebowego, czujesz się, jakbyś odnalazł Świętego Graala, otworzył Sezam, jakby ziściło się marzenie każdego świeżo upieczonego absolwenta na rynku pracy: umowa na czas nieokreślony w zakładzie pogrzebowym. Jest piątkowy wieczór. Wyczerpany pierwszym tygodniem pracy idziesz do przyjaciół, żeby się trochę rozerwać...

Pierwsza rada: jeżeli chcesz uniknąć problemów, milcz! Bo kiedy tylko ujawnisz swój zawód, opadnie cię gromada pijawek mających wyłącznie jeden cel: bawić się dobrze... twoim kosztem.

Ale pękasz. Po dwóch whisky, przy aperitifie, twój system obronny padł, a zawód, który sobie wymyśliłeś, astrofizyk, okazał się fatalnym wyborem podczas rozmowy z sąsiadem, magistrem matematyki, który uparł się, by dyskutować z tobą o teorii kwantowej w odniesieniu do wariacji orbitalnych księżyców Jowisza w cyklu rocznym. Przyznajesz więc, że kłamałeś, jesteś grabarzem. Błąd: teraz rozmówcy myślą, że nie odpowiada ci ta praca albo że robisz rzeczy zbyt straszne, by o nich mówić.

Przygotuj się psychicznie: zawsze znajdzie się ktoś, a na ogół jest to kobieta, kto dosłownie wrzaśnie: „Grabarz? Serio? Jak w Sześciu stopach pod ziemią? Jaki ten Peter Krause jest przystojny!”. I już wiadomo, jak spędzisz kolejną godzinę – będziesz cierpliwie słuchał streszczenia wszystkich ulubionych odcinków serialu, długiej listy najdziwaczniejszych stereotypów i wypaczonych wizji zawodu, a co pewien czas będziesz musiał tłumaczyć, że nie, tego się nie robi, albo to robi się zupełnie inaczej. Jeżeli nie widziałeś Sześciu stóp pod ziemią albo – co gorsza – jeżeli nie lubisz tego serialu, to poczujesz się jak przed trybunałem inkwizycji. Grabarz, który nie lubi Sześciu stóp pod ziemią, musi liczyć się z tym, że fanka serialu zacznie podważać jego kompetencje zawodowe, nie zastanawiając się nad tym, że to tylko niezbyt dobrze udokumentowany serialik.

W przerwie na papierosa na zewnątrz (bo pani domu nie toleruje palenia) uwolnisz się od fanki Sześciu stóp pod ziemią. Potem zastanowisz się, co zrobić z jej ciałem.

Nie myśl jednak, że to już koniec problemów. Na pewno znajdzie się jeszcze ktoś. O, już się znalazł: „Pewnie mógłbyś długo opowiadać o tym, co się tam dzieje?”. Tak, jasne, bez końca, a przecież pracujesz dopiero od tygodnia. Gdy zastanawiałeś się nad tym, pani domu podała soczystą pieczeń, a jej małżonek półmisek placuszków ziemniaczanych własnej roboty. Kiedy serwowali te pyszności, ktoś zapytał: „Jak przebiega balsamowanie?”. Zacząłeś opowiadać. Najpierw rzuciłeś z uśmiechem, że żeby zabalsamować zwłoki, trzeba by mieć wehikuł czasu, co nie do końca jest prawdą, ale wino było dobre i masz ochotę żartować. Potem zagłębiasz się w szczegóły, rozprawiasz o tanatopraksji. Krojąc mięso, naprawdę pyszne, idealnie upieczone, rozpływające się w ustach, wyjaśniasz, jak tanatopraktor wprowadza przez tętnicę płyn; zbierając kawałkiem chleba sos z talerza, wykonujesz kilka gestów, naśladując użycie trokaru; potem, kończąc ziemniaki, może odrobinę niedosolone, rozprawiasz o wyższości zaszycia ust nad ich zaklejeniem. Kiedy twój talerz jest już pusty, dyskretnie zerkasz na półmisek z pieczenią w nadziei na dokładkę. Ze zdumieniem stwierdzasz, że nie tylko jest jej jeszcze dużo, ale w dodatku pozostali goście nawet nie tknęli swoich porcji. Ludzie nie potrafią już docenić dobrego jedzenia, pewnie przez te wszystkie fast foody...

Przy deserze, zesłany na koniec stołu, rozmawiasz z jedynym współbiesiadnikiem, który chce się jeszcze do ciebie odezwać, studentem psychologii. Właśnie wrócił z klasztoru, gdzie starał się znaleźć spokój. Nie zapamiętałeś nawet, jak ma na imię.

Musisz wysłuchać jego wykładu na temat żałoby, a przy okazji precyzyjnych wskazówek, jak powinieneś wykonywać swój fach. Przy kawie student psychologii wypytuje cię o zjawiska nadprzyrodzone, z którymi musisz stykać się niemal na co dzień. A kiedy odpowiadasz, że nie, nic z tych rzeczy, jest tak, jakbyś mu wyznał, że żyłeś po bożemu z jego babką. „Nic? Właściwie mnie to nie dziwi, wyczułem, że jesteś zamknięty na wszystko, co należy do sfery paranormalnej. Kto nie chce zobaczyć, nie widzi. Jakiś ty ograniczony!”

Kolejna przerwa na papierosa w ogrodzie wydaje się najlepszym wyjściem.

W końcu żegnasz się z gospodarzami, w duchu przeświadczony, że raczej nie zaproszą cię w najbliższym czasie. Szkoda, jedzenie było wyborne, ale ta banda nudziarzy! Następnym razem musisz wymyślić sobie prostszy zawód. Ale jaki? Nawet kasjer w supermarkecie nie przejdzie tak łatwo, są tacy, którzy piszą o tym bestsellery. O właśnie: księgarz, to powinno być dobre. Biorąc pod uwagę, jak ludzie podchodzą dziś do książek, powinieneś zapewnić sobie święty spokój. A może zachować się bardziej agresywnie, oświadczyć, że po godzinach nigdy nie mówisz o pracy, chyba że ktoś ci za to zapłaci. Musisz jeszcze tylko pozbyć się ciał fanki Sześciu stóp pod ziemią i raeliańskiego psychologa: cień grabarza ciągnie się za człowiekiem przez okrągły tydzień i dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Czy wiecie, że...

Grabarz (fr. Croque-mort)

W kulturze ludowej, jak zapewne słyszeliście, funkcjonuje przekonanie, że słowo croque-mort [„pożeracz zmarłych”] wzięło się z tego, że niegdyś ludzie zajmujący się grzebaniem zmarłych, aby sprawdzić, czy „klient” na pewno jest martwy, mocno gryźli go w paluch u nogi. Brak reakcji świadczył o zgonie.

W rzeczywistości pochodzenie tego terminu jest inne. Otóż w XIII wieku w Europie szalała epidemia dżumy. Zwłoki zmarłych wyrzucano na ulicę. Władze miast werbowały więc żebraków (albo więźniów, sprawa jest niejasna), by w zamian za kilka monet albo ułaskawienie zbierali ciała i odwozili je do zbiorowych mogił.

W tej pracy, by chronić się przed zarażeniem, używano długich kijów zakończonych rzeźnickimi hakami (crochet). [...] Upływ czasu i ewolucja syntaktyczna zrobiły swoje...

Wygodnie ułożona

Dyrektor zakładu pogrzebowego od razu zwrócił uwagę na tę kobietę: wśród krewnych zmarłej, której ciało właśnie przywieziono, wyróżniała się donośnym głosem i niezmiennie krytycznymi uwagami. Kawa podana w zakładzie była niedobra, syn nieboszczki, a brat tej pani, przyszedł w dżinsach, a więc niestosownie ubrany, salon był niewłaściwie oznaczony, zbyt ciemny – słowem, wszystko było nie tak, więc obrywało się wszystkim.

Kiedy grabarz zobaczył, że córka zmarłej zbliża się do niego, wiedział, że mu się dostanie.

– Mama leży za nisko – warknęła.

Jej matka spoczywała na chłodzonym stole z głową ułożoną na poduszce. Grabarz pokazał to córce. Życzy sobie, żeby nieco ją unieść? Dobrze. Poprosił rodzinę o opuszczenie salonu, uniósł głowę zmarłej, podsunął drugą poduszkę, a następnie zaprosił najbliższych.

– Wciąż za nisko – wyjęczała malkontentka.

Grabarz znów wyprosił rodzinę, dodał podgłówek, zaprosił krewnych.

– Jeszcze za nisko.

Rodzina znowu wyszła. Zdesperowany grabarz podłożył pod poduszki pustą butelkę po formalinie, zaprosił rodzinę...

– No, ale teraz jest stanowczo za wysoko!

Grabarz był niezwykle cierpliwym człowiekiem. Uśmiechnął się do kobiety.

– Oczywiście. Wydaje mi się, że teraz już dokładnie wiem, czego sobie pani życzy.

– Naprawdę? – spytała.

– Naprawdę. Proszę dać mi chwilkę, zaraz się tym zajmę.

Rodzina wyszła, wróciła i:

– No, nareszcie! – triumfowała uciążliwa kobieta.

– Czy teraz jest pani zadowolona? Zechce pani spojrzeć. Widzi pani... o tu?

– Tak, widzę, ma pod głową poduszkę. I co?

– To, szanowna pani, że ułożyłem ją dokładnie tak, jak na początku. Widzi pani? Zrozumiałem, o co pani chodzi.

I już do końca ceremonii córka zmarłej milczała.

Pieszczota

Tę historię opowiedział mi przedsiębiorca pogrzebowy, którego spotkałem na Funexo w Lyonie w roku 2014. Dziękuję mu za to.

Po kilku latach służby w policji mężczyzna postanowił spróbować sił na rynku pogrzebowym, z którym był związany rodzinnie. Po uzyskaniu dyplomów kupił więc firmę na południu Francji.

Szybko zauważył, że w tym regionie ludzie mają skłonność do dotykania innych. Ściskając mu rękę, mężczyźni kładli tę drugą na jego ramieniu, kobiety całowały przy powitaniu, jakby znały go od dwudziestu lat, choć nigdy wcześniej ich nie widział, a cały ten światek wciąż chwytał dłonie czy ramiona, które znalazły się w zasięgu ręki. Było to Łaskotkowo, a grabarz, który polubił miejscowych tak samo jak łagodny klimat, dostosował się do zwyczajów.

Pewnego dnia do jego zakładu przyszła rodzina w sprawie pochówku dziadka. Szybko wszystko ustalono, nadszedł dzień pogrzebu. Grabarz był w salonie, towarzyszył rodzinie w ceremonii złożenia do trumny. Jego pracownicy zajmowali się zmarłym. Chwila była podniosła.

Niespodziewanie wnuk nieboszczyka delikatnie poklepał grabarza po ramieniu. Ten dyskretnie pochylił się ku niemu, by go wysłuchać. Ale wnuk milczał. Zaintrygowany grabarz wyprostował się i drobnym gestem kazał kontynuować pracownikom, którzy zauważyli gest wnuka i przerwali pracę.

Wnuk znów poklepał go po ramieniu. Grabarz ponownie się przechylił, ale usłyszał tylko ciszę. Wyprostował się więc, polecił pracownikom kontynuować, tym razem rzucając im karcące spojrzenie. Bo też uśmiechali się pod nosem, jakby uznali to, co się dzieje, za dobry żart.

Wnuk nie ustępował, po raz trzeci poklepał grabarza po ramieniu, a ten, rozzłoszczony, zastanawiał się, o co tu chodzi, gdy nagle doznał olśnienia: „Do diaska, przecież to oczywiste! Chce, żebym go przytulił”. Odwrócił się więc do wnuka i wziął go w ramiona. Po chwili odniósł wrażenie, że być może popełnił błąd. Jego intuicję szybko potwierdził sam zainteresowany, protestując głośno:

– Nie o to mi chodziło!

Grabarz poprowadził kondukt z pałającymi policzkami. Zmieszany, musiał znosić ironiczne spojrzenia swoich pracowników. Ale to nie był koniec katorgi: wnuk należał do ochotniczej straży pożarnej i bardzo często, gdy dochodziło do różnego rodzaju nagłych zgonów, zdarzało im się spotykać. Zawsze wtedy, zażenowani, poprzestawali na krótkim „Dzień dobry”, nie zamieniając ani słowa więcej.

Tak kończy się ta historia. Może zastanawiacie się, co zrozumiałe, czego mógł chcieć ten wnuk. Ja również zapytałem o to grabarza, a on odpowiedział: „Po tym wszystkim byłem tak zawstydzony, że nie śmiałem go o to zapytać”.

Dumna Bretania

Kościół wypełnił się po brzegi.

Znałem większość tych ludzi. Nie osobiście, ale z widzenia, z nazwiska, wiedziałem, jaką cieszą się reputacją, czytałem ich publikacje na stronach internetowych. Wiedziałem więc, kim są, a co ważniejsze – co robią, po co wstają rano.

Ich wiara, ich sprawa, ich walka.

Ten, którego chowaliśmy, był jednym z najważniejszych w grupie. Lider, erudyta, przywódca. Wzorzec, a dla niektórych idol. Jeden z tych, którzy nigdy nie zwątpili, nie opuścili rąk, nigdy nie złożyli broni, pisali o teorii, którą przeżywali w praktyce, bez względu na cenę.

A my, my byliśmy tam, by nosić na ołtarz niezliczone kwiaty, by wszystko przygotować i zadbać, żeby ceremonia była doskonała.

Wraz z mistrzem ceremonii ustawiliśmy właśnie katafalk, na którym miała stanąć trumna. Sprawdziliśmy rozmieszczenie kwiatów, ustaliliśmy z rodziną, które położyć na trumnie, a które wokół niej. Pozostało nam już tylko przejść przez nawę i wrócić, niosąc zmarłego.

Dyskretnie powiodłem oczyma po twarzach zgromadzonych. Ludzie rozmawiali między sobą, ale wiedziałem, że cisza będzie zapadała stopniowo, za naszymi plecami, i zacznie się oczekiwanie na wniesienie trumny.

I właśnie wtedy doszło do incydentu. Tak niewiele trzeba, żeby zburzyć nastrój. Wystarczy jedno zdanie.

Mistrz ceremonii z pewnością także chciał się upewnić, czy wszystko gra. Tego rodzaju ceremonie są bardzo ważne dla zakładu pogrzebowego, wpływają na jego wizerunek. Nasz kolega niedawno przyjechał z Paryża, gdzie trochę już pracował. Pogrzeby w Notre-Dame, ceremonie żydowskie, buddyjskie, a także pochówki wyznawców dziesięciu innych religii, niekiedy wręcz zadziwiające, a wszystko w najlepszych dzielnicach stolicy. Człowiek przywykł więc do najwyższych sfer i do różnorodności, ale ta klientela z odległej Bretanii była dla niego nowością. Postanowił więc – zastanawialiśmy się potem, skąd nagle przyszło mu to do głowy – zastosować w całym kościele metodę Coué. Przypuszczam, że zrobił to zarówno dla siebie, jak i po to, by złagodzić cierpienie najbliższych zmarłego. Głośno i wyraźnie oznajmił swym donośnym głosem, przystając pośrodku nawy:

– Urządzimy piękną ceremonię, jak w Paryżu.

Nagle zamilkł. Poczułem, że serce na moment przestało mi bić. Krew odpłynęła mi z policzków. Nie powiedział tego? – pomyślałem. Owszem, powiedział. A może tylko ja to usłyszałem; oczywiście, łudziłem się głupią nadzieją, bo jego głos brzmiał jak dzwon, a wypowiadając to zdanie, chciał, by go usłyszano.

Tylko on nie zrozumiał, co się stało. Szedł dalej, nie zauważając tysięcy par oczu tyluż ultranacjonalistów bretońskich, oczu, z których wyzierała nieokiełznana nienawiść.

Rozmowa kwalifikacyjna

To była spontaniczna decyzja, wsparta płomiennym listem motywacyjnym. Hervé, szef zakładu, postanowił spotkać się z kandydatem. Prawdę mówiąc, dodatkowy pracownik nie byłby zbędnym luksusem, a ten chłopak chyba miał silną motywację.

Jednak coś tu intrygowało Hervégo: z bardzo nielicznymi wyjątkami do zakładu pogrzebowego trafia się przypadkiem. Nikt zdrowy na umyśle nie budzi się pewnego dnia z postanowieniem: zostanę grabarzem.

Ale Hervé chciał koniecznie rozwikłać tę zagadkę.

Pierwsza część rozmowy przebiegła dobrze. Droga zawodowa kandydata, który prezentował się świetnie, a także jego doświadczenia wskazywały, że poradziłby sobie z organizacją konduktu pogrzebowego. Nie miał natomiast bladego pojęcia o tanatopraksji. To jeszcze nie stanowiło przeszkody, nasuwało się jednak pytanie, skąd w tej sytuacji tak silna motywacja.

Hervé postanowił otwarcie powiedzieć o tym kandydatowi, ten zaś odparł, że dzięki motywacji będzie w stanie uczyć się szybko i dobrze. Trafna odpowiedź! Hervé naciskał:

– Ale czy przebywanie ze zmarłymi, wykonywanie ich toalety, naprawdę nie jest dla pana problemem?

– Nie, skądże – odparł kandydat. – Czyli myjecie tu zmarłych?

– Tak, oczywiście.

– I gdzie to się robi? – spytał kandydat.

– To zależy. Na ogół w laboratorium.

– W zamkniętym pomieszczeniu?

– Oczywiście.

– I wtedy zostaję sam na sam ze zmarłym?

– Tak, przeważnie tak, pracownik zostaje sam ze zwłokami – odparł Hervé.

W głowie zadźwięczał mu dzwoneczek alarmowy.

– A zwłoki są nagie? Zupełnie?

– Tak...

– A czy jest coś, jakaś mała tabliczka, na której jest napisane, że w środku jest zmarły i nie chcę, by mi przeszkadzano? Można zamknąć drzwi na klucz?

Wydawało się, że na twarzy kandydata dokonała się subtelna zmiana, że dotąd pogodna, przybrała wyraz łagodnej odrazy. Alarm w głowie Hervégo dzwonił coraz głośniej, on jednak już go nie słuchał, porażony okropnymi wizjami, które przesuwały mu się przed oczyma.

– Dobrze, dziękuję, że zechciał pan przyjść. Napiszemy do pana.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] cytat z https://literat.ug.edu.pl/baka/023.htm