Wydawca: Burda Książki Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 509 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Negatyw - Klaudiusz Szymańczak

Na warszawskiej Pradze policja znajduje zwłoki syna amerykańskiego dyplomaty – nagie, wiszące na łańcuchu w kanale ściekowym. Niedługo później w hostelu w Harlemie zostaje zamordowany młody turysta, a narzędziem zbrodni okazuje się… pozytywka. Nikt nie wie, kim jest mężczyzna i czemu przyjechał do Nowego Jorku z torbą pełną gotówki.

Oba śledztwa prowadzi John Slade – agent FBI, który świetnie mówi po polsku, a z powodu szczególnych upodobań zyskał ksywkę Filozof. Jak na rasowego agenta przystało, ma skomplikowane życie osobiste, a do tego doskonale łączy zamiłowanie do sztuki nowoczesnej i jacka danielsa.

Nie jest oczywiście zupełnie kryształowy… Jego tajemnica może odwrócić bieg śledztw i wywrócić wszystko do góry nogami.

Przeszłość w końcu cię dopadnie.

Opinie o ebooku Negatyw - Klaudiusz Szymańczak

Fragment ebooka Negatyw - Klaudiusz Szymańczak

Pamięci mojego ojca ‌Krzysztofa

„Możesz uciekać ‌przez ‌długi ‌czas,

ale ‌wcześniej czy ‌później ‌Bóg i tak cię ‌dopadnie”.

Johnny Cash, God’s Gonna ‌Cut You Down

HostelNowy ‌Jork, Harlem, 30 września ‌2017

Niewielki pokój numer 4014 ‌na ‌czwartym piętrze ‌starej nowojorskiej kamienicy ‌śmierdział potem, ‌chlorem i dawno niekonserwowanym ‌klimatyzatorem. Zwłoki ‌około ‌czterdziestoletniego mężczyzny ‌leżały na podłodze, wygięte ‌pod nienaturalnym kątem. Z włączonego ‌telewizora rozlegał ‌się donośny głos ‌telewizyjnego ‌kaznodziei nawołującego do natychmiastowej ‌poprawy, żałowania za grzechy ‌i pokuty w formie ‌przelewu ‌na ‌numer konta widoczny ‌u dołu ekranu. Wykładzina ‌w kolorze nieba przed burzą ‌i śnieżnobiałe ściany stanowiły ‌kontrastowe tło dla ‌makabrycznego widoku na podłodze.

Pochylony ‌nad denatem ‌lekarz z biura ‌koronera uniósł na chwilę ‌wzrok i zwrócił ‌się agenta FBI:

– Myślę, że ‌zgon nastąpił jakieś dwie, ‌trzy godziny temu. ‌Około dziewiętnastej. Gość ‌jeszcze ‌nie ‌zesztywniał. Trochę się chyba ‌męczył, jakby ‌się ‌udusił… Długo to ‌nie trwało, chociaż…

– Tyle szczegółów ‌wystarczy, Paul – przerwał ‌lekarzowi John Slade. – Zaraz ‌zaczniesz mówić o krwawiących ‌odbytach, a ja przed chwilą ‌jadłem.

Agent Slade stał w progu ‌i przecierając dłonią dwudniowy ‌zarost i ciemne sterczące ‌włosy, przyglądał się ‌pracy ‌lekarza i lśniącemu czystością pokojowi.

Zwłoki ‌na podłodze zupełnie nie ‌pasowały do tego jasnego ‌pomieszczenia. Żując ‌gumę, ‌która skutecznie powstrzymywała odruch ‌wymiotny, ‌Slade zastanawiał ‌się, co było przyczyną ‌śmierci ‌tego człowieka. ‌Zrobił krok do przodu, pochylił się i przyjrzał się mu z bliska. Lekarz rzucił drwiąco:

– Po tylu latach jeszcze się nie przyzwyczaiłeś? A właściwie co ty tu robisz? Potrzebna ci recepta na viagrę czy zwolnienie lekarskie?

– Na razie jakoś daję radę bez jednego i drugiego.

Lekarz spojrzał w oczy swojemu wieloletniemu znajomemu i się uśmiechnął. Gdyby nie leżący na podłodze trup, doktor Willkowsky, ubrany w biały kitel, lekko pochylony i uśmiechnięty, wyglądałby jak chodząca reklama prywatnej kliniki.

– Przysłali mnie tu, bo podobno sprawa jest interesująca nie tylko dla policji – wyjaśnił Slade. – Co z tym gościem?

– Nie wiem… Po sekcji i toksykologii dowiemy się więcej, ale… ten zapach chloru z jego ust. Wypił płyn czyszczący czy co? Wygląda, jakby ktoś chciał go czymś nakarmić na siłę… ma zasinienie dookoła ust. Jakby ktoś go dusił, trzymając mu rękę na twarzy?

Agent Slade pochylił się nad zwłokami i rozejrzał się po podłodze. Denat miał na sobie jasnoniebieskie jeansy z brązowym paskiem, biały T-shirt wpuszczony w spodnie i brązowe, lekko znoszone, ale starannie wyczyszczone buty. Sprawiał wrażenie w miarę schludnego, był starannie ostrzyżony i ogolony. Jego fryzura była w stylu lat osiemdziesiątych, a podrażnienia skóry na twarzy sugerowały, że golił się niezbyt uważnie.

– Nic przy sobie nie miał? – zapytał półgłosem. – Żadnych dokumentów? Bagażu? Kto to, do cholery, jest?

– Chłopaki mogą już zabrać gościa czy masz ochotę jeszcze na niego popatrzeć? – zapytał lekarz.

– Zabierajcie go. Te pomieszczenia są tak małe, że kiedy on tu leży, ruszyć się nie można. Rzucę okiem na pokój, a ciało obejrzę już w kostnicy.

Agent Slade powoli się wyprostował i z trudem przeciskając się między zwłokami a łóżkiem, podszedł do okna. Przez moment skupił uwagę na starym, opuszczonym kościele, który przypominał miniaturową kopię europejskiego budynku. Cała okolica dookoła przypominała mu dzielnicę Warszawy, w której niedawno współpracował z polską policją. Z zamyślenia wyrwał go głos lekarza zagłuszany przez telewizyjnego kaznodzieję.

– Niech ktoś to, na Boga, wyłączy – zawołał Slade.

– Próbowaliśmy, ale nikt nie wie, gdzie jest pilot – rzucił z korytarza jeden z techników.

Agent sięgnął dłonią za obudowę telewizora i gwałtownym ruchem wyrwał wtyczkę z gniazdka.

– Ze skuteczności to słyniesz w całym mieście – spuentował doktor Willkowsky, po czym razem ze swoimi podwładnymi zaczął zbierać się do wyjścia.

Jeden z techników próbował nieudolnie nałożyć worek na zwłoki, nie dotykając ich.

– Okej, to my lecimy, John, widzimy się w kostnicy – pożegnał się Willkowsky i wyszedł z pokoju.

Slade wychylił się z pomieszczenia i zawołał za oddalającą się ekipą:

– Kto go znalazł?

Lekarz idący kilka kroków za technikami odwrócił się i rzucił na odchodne:

– Meksykanka, która tu sprząta, chyba słabo zna angielski.

– No tak, jeszcze to mi potrzebne. Okej, dzięki za pomoc.

Slade przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia, które okazało się bliźniaczo podobne do miejsca zbrodni. Śnieżnobiałe ściany i granatowa wykładzina. Jedyną różnicą było piętrowe łóżko. Pościel na nim była nienagannie zasłana, jak na żołnierskiej pryczy.

W nogach łóżka siedziała młoda Latynoska w stroju sprzątaczki i płakała. Była ładna, ale jej urodę maskował służbowy strój przypominający uniform malarza pokojowego. Tani makijaż spływał razem ze łzami po policzkach. Slade sięgnął po chusteczki stojące na szafce przy łóżku i podał dziewczynie. Z rozmazanym makijażem wyglądała jak córka Jokera i Jennifer Lopez. Po kilku minutach rozmowy agent dowiedział się jedynie, że o znalezieniu zwłok policję poinformowała prawdopodobnie recepcjonistka Tanya.

W końcu dziewczyna wstała z łóżka, jeszcze raz dokładnie otarła oczy, poprawiła fartuch i wyszła na korytarz. Popchnęła wielki wózek pełen akcesoriów do sprzątania i ruszyła w stronę wind. Agent Slade wpatrywał się w jej kobiecą figurę. Wrócił do pokoju, w którym chwilę wcześniej leżały zwłoki. Zostały po nich już tylko plamy na podłodze i paskudny smród przywodzący na myśl brudną toaletę oblaną chlorem.

– Agencie Slade, gdzie pan jest?!

Technik, wybiegając z windy, potrącił pokojówkę i wpadł na jej wielki wózek. Dziewczyna w ułamku sekundy straciła świeżo odzyskany spokój. Pozbierała rozrzucone po podłodze butelki i błyskawicznie zniknęła w windzie.

Slade przerwał nieformalne oględziny miejsca zbrodni i wyszedł na korytarz, gdzie rozpędzony technik omal na niego nie wpadł.

– Co jest? Trup ożył? – Slade podszedł do wystraszonego lekarza i grupy jego pomocników.

W bladoniebieskim świetle lamp wyglądali upiornie. Koroner, którego agent znał od wielu lat, sprawiał wrażenie, jakby pierwszy raz w życiu zetknął się z trupem. Czarny plastikowy worek na zwłoki był rozsunięty do połowy, a białą koszulkę denata rozerwano na wysokości klatki piersiowej aż do brzucha. Odsłonięte ciało zmarłego wyglądało zupełnie normalnie.

– No i? – Agent spojrzał zdziwiony na lekarza i jego ekipę.

– Nie słyszy pan? Coś w nim gra, w gardle albo w brzuchu! – wyrzucił z siebie technik.

Slade pochylił się nad zwłokami, ale nic nie usłyszał.

– Potrząśnijmy nim, Jake! – zawołał nerwowo bardziej doświadczony z techników. – Tak jak przed chwilą, gdy go pakowaliśmy do windy.

Mężczyźni szarpnęli gwałtownie ciałem zmarłego. Po chwili z jego wnętrza zaczęła dobiegać cicha melodia.

– Co to, do cholery, jest, Paul? Jakieś gazy z żołądka czy co? – Pomimo wielu lat doświadczenia w policji i FBI Slade nie miał pojęcia, co to może być.

– Gazy z żołądka wygrywają melodię? Na litość boską… – próbował go sprowadzić na ziemię Willkowsky. – W tym FBI przydzielili cię do Archiwum X?! Poza tym to nie w żołądku… Nie mam pojęcia, co to jest!

– To kto ma mieć?! Człowieku, jesteś lekarzem czy tylko nosisz trupy? – poirytowany Slade podniósł głos i przez moment pomyślał, że po sprawie w Warszawie po raz kolejny trafił mu się tak zwany nietypowy przypadek i że uwaga Willkowskiego o Archiwum X była całkiem na miejscu.

– Odwal się! – odparł lekarz.

– Dobra. Zabierajcie go do kostnicy. Ja wkrótce dojadę na miejsce – Slade postanowił zakończyć tę bezsensowną dyskusję.

W chwili gdy lekarz i technicy próbowali wepchnąć nosze do windy, zadzwonił dzwonek sygnalizujący przybycie drugiej z wind. Ze środka wysiadła para młodych Azjatów. W rękach trzymali wypełnione po brzegi torby z nowojorskich domów towarowych. Logo Nike obok czarnego worka ze zwłokami wydało się Slade’owi tak abstrakcyjnym widokiem, że od razu przypomniały mu się wystawy sztuki nowoczesnej w Metropolitan Museum of Art i Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Roześmiał się nerwowo.

– Jeszcze tego brakowało.

Doktor Willkowsky zachował więcej zimnej krwi i zdobył się na bardziej formalny ton:

– Przepraszamy państwa, ale jeden z gości miał atak serca. Pomimo reanimacji nie udało się mu pomóc.

W chwili, gdy zszokowani turyści oderwali na moment wzrok od trupa i spojrzeli na lekarza, Slade zasunął worek z ciałem. Młoda Azjatka zasłoniła usta ręką, sprawiała wrażenie autentycznie przejętej, choć niekoniecznie wystraszonej, a jej partner łamaną angielszczyzną wyraził żal i ubolewanie z powodu śmierci nieznanego mu mężczyzny. Kiedy para zniknęła za rogiem, doktor Willkowsky popędził techników kilkoma wymownymi gestami, nie odzywając się przy tym ani słowem.

Nieco oszołomiony Slade wrócił do pokoju, gdzie znaleziono zwłoki. Usiadł na składanym stołeczku i jeszcze raz zlustrował malutkie pomieszczenie. Łóżko pod jedną ścianą i lustro na drugiej, zawieszone nad miniaturowym blatem udającym stół, mała lodówka pod nim. Nie dostrzegł niczego szczególnego, więc wyszedł na korytarz. Na jego końcu stał Jim Raven, jego przyjaciel z czasów pracy w policji.

Jim podszedł bliżej i uśmiechnął się, ale dość chłodno. Slade od razu zauważył, że nie jest zachwycony jego obecnością na miejscu zbrodni, chociaż bardzo się starał to ukryć. Przywitali się zdawkowo. Jim dość ostentacyjnie trzymał ręce w kieszeniach, dodając sobie tym pewności siebie i unikając konieczności podania Slade’owi ręki na powitanie.

– Cześć, John, już po europejskich wakacjach? – zapytał nieco złośliwie.

– Jeśli tak miałyby wyglądać wakacje, to do emerytury nie wezmę urlopu – odparł spokojnym tonem agent.

– Ale trochę świata zwiedziłeś, jeszcze do CIA przeskoczysz, chłopie. – Jim uśmiechnął się, próbując wprowadzić nieco luzu do rozmowy – W windzie szamoczą się z trupem, ty też jakoś dziwnie wyglądasz. Znaleźliście obcego w Harlemie? – kontynuował pół żartem, pół serio.

Intuicja podpowiedziała Slade’owi, że lepiej zrobi, jeśli nie będzie od razu wtajemniczał Jima w niecodzienne okoliczności sprawy. Na razie nie wspomniał nic o melodii dochodzącej z wnętrza zwłok.

– Ciało znaleziono w tym pokoju. – Niedbałym gestem wskazał na drzwi za plecami.

Detektyw Jim Raven przybrał oficjalny wyraz twarzy, ominął Slade’a i wszedł do pomieszczenia. Po chwili rozglądania się dookoła spojrzał na dawnego przyjaciela i zapytał niechętnie:

– Technicy już zrobili robotę? – zadał to banalne pytanie tonem charakterystycznym dla nauczycieli, którzy pytają uczniów, czy odrobili lekcje.

Wyraźnie chciał zaznaczyć teren. Fakt, że jego kumpel po fachu został agentem FBI, pozostawił uszczerbek zarówno na ich przyjaźni, jak i męskim ego Jima. Odwieczne animozje między policją a FBI dodawały jeszcze nieco pikanterii ich nowym relacjom.

– Zrobili. – Slade starał się rozumieć i zarazem ignorować protekcjonalne gesty kolegi. – Niewiele tu chyba znaleźli. Jeszcze zanim przyjechałem, chcieli go pakować do wora. Ktoś od was, z policji, poinformował FBI, że facet wpadł z wizytą z innego stanu i ktoś mu chyba pomógł umrzeć, a chwilę po tym przysłali tu mnie.

– Zabójstwo z przekroczeniem granicy stanów?… No to faktycznie byłaby robota dla was, zakładam, że podejrzewacie, że ktoś tu za nim przyjechał i nie jest to jego pierwsza ofiara?

– Bierzemy pod uwagę taki scenariusz – zmyślił Slade.

Sierżant Raven złagodniał, kiedy okazało się, że obecność kolegi z FBI to bardziej formalność. John celowo milczał, wiedząc, że jest to ten moment, kiedy na miejscu zbrodni nie ma już nic do roboty i ktoś musi wydać polecenie lub choćby zasugerować, co robić dalej. Po chwili detektyw Raven przerwał niezręczną ciszę:

– Zaraz ściągnę tu chłopaków, żeby zabezpieczyli drzwi i pouczyli personel hostelu o dalszym postępowaniu. Dobrze by było zabezpieczyć te drzwi dyskretnie, bo jeśli okleimy je żółtą taśmą, to pewnie zniechęci gości do wynajęcia pokoi na tym piętrze.

– Przytomna uwaga. – Agent Slade nie przepuścił okazji, żeby połechtać ego Ravena. – Jedziesz ze mną do kostnicy czy będziesz pilnować tego miejsca, póki go nie zabezpieczą?

– Zostanę i przypilnuję, żeby jutro rano się nie okazało, że kogoś tu zameldowali.

– Zawsze dbałeś o szczegóły – powiedział Slade i zobaczył, że Jim wyraźnie się odpręża. Chyba udało mu się nieco rozluźnić kolegę.

– Masz rację. Ty zawsze bujałeś w obłokach. – Jim po raz pierwszy podczas tego spotkania szczerze się uśmiechnął. – O, przepraszam, myślałeś o bytach abstrakcyjnych.

– Odpuść już, Jim. – Slade odwzajemnił uśmiech i pożegnali się.

Agent ruszył korytarzem w stronę wind. Jadąc w dół, myślał o tym, że nie najlepiej się stało, że nie powiedział koledze całej prawdy o powodach, dla których oddelegowano go do tej sprawy. Wysiadł na parterze i szybko przeszedł przez hol, mijając recepcjonistkę, która starała się jednocześnie pocieszać rozdygotaną pokojówkę, meldować nowych gości i ogólnie robić dobrą minę do złej gry. Slade wyszedł przed hostel, jednak nie zauważył tam furgonetki biura koronera. W drodze do swojego auta usłyszał na wpół żartobliwe, na wpół nerwowe komentarze na tyłach budynku. Ruszył wąskim przejściem pomiędzy hostelem a boiskiem do koszykówki, potykając się w mroku o rozrzucone na ziemi butelki po piwie. Kiedy wyszedł zza rogu, w słabym świetle latarni zobaczył ekipę z biura koronera pakującą zwłoki do zaparkowanej nieopodal śmietnika furgonetki. Usłyszał ich rozmowę:

– Tylko uważać mi na niego, nie mam ochoty na bliskie spotkanie z obcym.

– Cholera jasna, doktorze, to mój pierwszy dzień w tej robocie. Często macie takie akcje?

– Przyznaję, że masz wyjątkowe szczęście, młody. Siedzę w tym piętnaście lat, ale grającego trupa jeszcze nie widziałem – odparł szczerze Willkowsky. – Ładuj go do samochodu i zmywamy się stąd. Czym się wcześniej zajmowałeś?

– Sprzedawałem kosiarki.

– Do tego są potrzebni specjalni ludzie? Myślałem, że po prostu idziesz do sklepu i bierzesz taką, jaka ci potrzebna.

– O nie, doktorze. Wśród kosiarek są istne ferrari. Wie pan, ile kosztuje dobra kosiarka?

– Ile? Ze cztery stówy?

– Za cztery stówy to może pan sobie co najwyżej…

Slade, obserwując tę scenę z oddali, przypomniał sobie swoją pierwszą sprawę, sprzed niemal dziewięciu lat, z trupem w roli głównej. Mężczyzna uprawiający jogging w Central Parku został zadźgany nożem i porzucony w krzakach. Pojechali wtedy na miejsce z Jimem. Sprawę prowadził kapitan Jones, wówczas starszy detektyw z wydziału zabójstw. Slade pamiętał, że sam zachowywał się równie nerwowo jak jeden z techników doktora Willkowskiego dzisiaj. Kiedy na miejsce przyjechał Jones, Slade z nerwów wygłaszał wykład na temat kauzalizmu i jego przydatności w wyjaśnieniu obecności zwłok biegacza w krzakach.

Mężczyźni w końcu wepchnęli nosze do auta i w tej samej chwili zobaczyli Slade’a, który wyłonił się z mroku i stanął tuż obok nich.

– Panowie jeszcze tutaj? Myślałem, że gość jest już w drodze do kostnicy, a wy chyba kombinujecie, jak sprawić, żeby został w tym śmietniku, co?

– Widzę, John, że w FBI dowcip ci się wyostrzył – skomentował doktor Willkowsky. – Recepcjonistka meldowała nowych turystów i pomyślała, że nosze z trupem w holu mogą ich trochę zniechęcić do pobytu tutaj. Dlatego kazała nam wymeldować gościa tylnym wyjściem.

– Mogła mieć rację. Komuś gumę? – Slade wyjął z kieszeni paczkę.

– Może rozpalimy grilla, a młody skoczy po browar? – rzucił ironicznie doktor Willkowsky. – Jedziemy z nim do kostnicy, John, i chcę mieć to za sobą.

– Dobra, jasne, ale najpierw zawieziemy go na chwilę do MPC, mój kumpel go tam obejrzy.

– Manhattan Psychiatric Center? Przecież to dom wariatów, masz tam kumpli? – zażartował Willkowsky. Podszedł do Slade’a, po czym szeptem wymamrotał: – Słuchaj, John, już kiedyś brałem udział w twoich i Jima przygodach z trupem i naprawdę nie chcę powtarzać takich numerów, zwłaszcza że mam na głowie tych dwóch młodych pajaców – powiedział, wskazując techników.

– Wyluzuj, jakby zrobił się jakiś smród, biorę to na siebie, okej?

Agent uśmiechnął się, starając się wyglądać na opanowanego, poklepał lekarza po plecach i wrócił przed główne wejście. Wsiadł do samochodu i powoli ruszył w stronę MPC. Chwilę później w lusterku wstecznym zobaczył wysłużoną furgonetkę biura koronera.

Po półgodzinie auta zatrzymały się na tyłach MPC. Doktor Willkowsky i jego dwóch pomocników wyskoczyli z furgonetki, zostawiając drzwi szeroko otwarte. Slade wysiadł z samochodu, zdjął marynarkę i rzucił ją na tylne siedzenie. Poluzował krawat i podszedł do mężczyzn wyjmujących nosze.

– Idę po lekarza, a wy przygotujcie go do przeniesienia do kostnicy! – wydał podwładnym polecenie doktor Willkowsky, po czym szybkim krokiem oddalił się w stronę izby przyjęć.

– Do kostnicy?! To w psychiatrykach są kostnice? – technik żółtodziób po raz kolejny starał się zamaskować niepewność i lęk potokiem słów.

– Myślałeś, że psychole nie umierają?

– Nie no, wiem, że umierają, ale…

– Ale wysyłają ich Fedexem do innych kostnic, tak?! Zabieraj go i nie gadaj tyle. – Wyraźnie poirytowany koroner wskazał ręką tylne drzwi furgonetki.

– Ja pierdolę! Trzeba było zostać w tym sklepie z kosiarkami – kontynuował słowotok żółtodziób – wiedziałem, że to głupi pomysł pchać się do tej roboty, ale Jane oczywiście wiedziała lepiej: „To państwowa posada, będziemy mogli wziąć kredyt, to da nam nowe możliwości”. Nowe możliwości… dziękuję, postoję.

– Panowie, o problemach rodzinnych pogadamy kiedyś przy piwie w O’Hara, a teraz zabieramy gościa, okej? – przerwał Slade technikom, którzy wreszcie ruszyli z ciałem prosto do szpitalnej kostnicy. Gwałtownym ruchem klepnął tylne drzwi furgonetki, które zamiast się zamknąć, uderzyły mocno o karoserię auta i otworzyły się ponownie, gubiąc przy tym odrobinę czarnego lakieru. – Co za złom!

Slade postanowił się już nie cackać i zamknął drzwi porządnym kopniakiem. Wyprzedził techników z noszami i dołączył do doktora Willkowskiego kręcącego się niepewnie po izbie przyjęć szpitala.

– Gdzie ten twój kumpel? W izolatce? – Doktor Willkowsky był wyraźnie poirytowany.

Ruszył w stronę prowadzących w dół schodów i zszedł kilka stopni. W tej samej chwili z hukiem władowali się do środka technicy ze zwłokami, uderzając noszami w szybę drzwi.

– Panowie, ciszej, do cholery – próbował przywołać ich do porządku Slade, podczas gdy doktor Willkowsky wołał półgłosem:

– Jest tu kto?

Po chwili na dole zobaczyli doktora Roberta Sullivana, pędzącego w ich stronę przez korytarz. Rozpięty biały fartuch powiewał mu niczym peleryna superbohatera. W bladym świetle zazwyczaj wystraszona twarz starego przyjaciela agenta Slade’a nabrała nieco upiornego wyglądu.

– Wy w sprawie tego…? – Doktor Sullivan wyciągnął dłoń i z uśmiechem przywitał stojącego na schodach Willkowskiego.

– Dżentelmena z Harlemu! – dokończył Slade.

– Pojęcia nie mam, co to jest, doktorze, ale musimy się z tym bajzlem zmierzyć.

Doktor Sullivan, nie tracąc rezonu, zarządził:

 – Dobra, jazda z nim do kostnicy. I nie róbcie tyle zamieszania. – Podszedł do Slade’a, który bezgłośnie wymownymi gestami poganiał techników niosących ciało, i zapytał: – Jak leci, agencie? Sto lat cię nie widziałem, ludzie gadali na mieście, że awansowałeś i oddelegowali cię do jakiejś ambasady w Europie, to prawda?

– Z Europą prawda, ale o żadnym awansie nic mi nie wiadomo. Po prostu pracowaliśmy nad sprawą pewnej międzynarodowej korporacji.

– A czy to przypadkiem nie była ambasada w Amsterdamie, John? Podobno tam ludzie potrafią się bawić nie gorzej niż my przed laty. Niewiele brakowało, a zostałbyś moim szwagrem, cholera… – Doktor Sullivan zamyślił się i pokiwał głową, przeczesując dłonią gęste rude włosy i schodząc jednocześnie po schodach do kostnicy.

– Nie Amsterdam, tylko Warszawa w Polsce, i uwierz mi, tego, jak się bawić, Polacy mogliby uczyć na uniwersytetach.

– W Polsce, mówisz… – Zaciekawiony lekarz zatrzymał się na ostatnim stopniu schodów. – Słyszałem, że oni piją prawie tak dużo jak Irlandczycy, dziadek mi opowiadał.

– Nie wiem, ale na pewno kilka razy urwał mi się film.

Chwilę później technicy wypakowali zwłoki z worka i ułożyli je na stole sekcyjnym. Doktorzy Sullivan i Willkowsky pochylili się nad denatem i zaczęli nieprzyjemną robotę.

– Panowie, popilnujcie drzwi od zewnątrz – przykazał technikom Slade. Nie chciał, by byli obecni przy otwieraniu zwłok. – Wolałbym, żeby nam nikt nie przeszkadzał.

Mężczyźni wyszli wyraźnie rozczarowani. Liczyli na widowiskowe zakończenie nocnego dyżuru z nadgodzinami. Po ich wyjściu doktor Sullivan zabrał się do otwierania zwłok.

– Obcy? – próbował żartować Slade.

– Lepiej, John. – Lekarz szczypcami wydobył z ciała denata moduł elektroniczny z malutkim głośnikiem i uniósł znalezisko w taki sposób, że każdy mógł je zobaczyć. Całość zawinięta była w pogniecioną plastikową torebkę strunową. – Co to, do diabła, jest?

– Wyrafinowane jak cholera, nie ma co. Pokaż to.

Slade podszedł do zwłok i przyglądał się przez moment sfatygowanej, śmierdzącej chlorem torebce strunowej z niewielkim układem elektronicznym w środku. Wyjął z kieszeni torebkę z napisem „dowód rzeczowy”. Sullivan ostrożnie wrzucił przedmiot do środka, po czym spytał:

– To co, fajrant na dziś?

– Fajrant – odparł Slade, po czym zwrócił się do doktora Willkowskiego: – Zabieramy go do nas, Paul, zanim zrobi się wokół tego smród. Zaszyjcie go i spadamy. Spróbuj uciszyć jakoś tych dwóch za drzwiami i zachowajcie dyskrecję. Obcego nie znaleźliśmy, ale nie pracujecie przy sekcjach od wczoraj, więc nie muszę wam mówić, co robić.

Slade wyszedł na korytarz i chcąc powstrzymać ciekawość dwóch zdezorientowanych techników, rzucił niby od niechcenia:

– Kończymy, panowie. Zabieracie go tam gdzie zawsze i macie wolne, dzięki za pomoc.

Poklepał ich po ramionach, uścisnął im dłonie i poszedł prosto do auta.

AmbasadaWarszawa-Śródmieście, ambasada USA, sierpień 2016

Lurowata kawa na stole szefowej FBI przy ambasadzie USA w Warszawie zrobiła się już całkiem zimna, kiedy kobieta pakowała do pudeł drobiazgi, zgromadzone przez prawie dwa lata pracy w Europie. Na dnie wielkich kartonów wylądowały duże książkowe kalendarze przykryte warstwą cienkich notatników i pudełek po telefonach komórkowych. Szczyt stosu tworzyły pieczołowicie zapakowane w folię bąbelkową pamiątki z Zakopanego, Gdańska i Krakowa. Butelka z limitowanej edycji żubrówki zamknięta w metalowej puszce zajęła miejsce w osobnym pudełku, otoczona kryształowymi kieliszkami do wódki wykonanymi z niezwykłym wyczuciem stylu. Telefon na biurku przerwał kobiecie pakowanie rzeczy osobistych. Odłożyła na półkę wielki album fotograficzny o Polsce i usiadła na krawędzi biurka, sięgając jednocześnie po słuchawkę.

– Oczywiście, niech wejdzie – odpowiedziała bez namysłu sekretarce anonsującej gościa.

Chwilę później w drzwiach gabinetu stanął agent John Slade. Śnieżnobiała koszula, czerwony krawat i czerwone sznurówki butów sprawiały, że przypominał bardziej maklera giełdowego z lat dziewięćdziesiątych niż agenta FBI. Ciemne, lekko zmierzwione włosy w połączeniu z nieogoloną twarzą sprawiały wrażenie, jakby mężczyzna przed godziną wstał z łóżka po całonocnej imprezie i jedyne, co zdążył zrobić, to włożyć idealnie wyprasowaną koszulę i garnitur. Nieco zaczerwienione oczy agenta sugerowały, że ostatnia noc była dla niego wyjątkowo męcząca.

– Chciała się pani ze mną widzieć – zaczął nieśmiało, czując potrzebę usprawiedliwienia wizyty u szefowej w czasie pakowania.

– Dzień dobry, agencie Slade.

Wstała z blatu biurka, pewnym krokiem podeszła do swojego podwładnego i wyciągnęła smukłą dłoń na powitanie. Kolor lakieru na jej paznokciach idealnie pasował do jego sznurówek i krawata. Poprawiła żakiet i wskazała z uśmiechem jedyny fotel niezajęty przez pudła i inne graty, po czym wróciła do biurka i znów usiadła na krawędzi blatu, zakładając nogę na nogę. Zaczęła bezwiednie kiwać stopą. Miała na sobie chyba najdroższe polskie buty, idealnie dopasowane do eleganckiej garsonki.

– Jak sprawa PharmaCorp? – przeszła od razu do rzeczy, bezwiednie zdmuchując z czoła pasmo kręconych rudych włosów.

– Polskie Centralne Biuro Antykorupcyjne zebrało cały niezbędny materiał. Teraz zajmie się tym prokuratura w Warszawie. Dostaniemy od nich niezbędne informacje i chyba możemy wracać do Waszyngtonu. – Slade uśmiechnął się i wymownie spojrzał na pakunki zajmujące niemal całą wolną przestrzeń biura. – To znaczy ja do Nowego Jorku, pani do Waszyngtonu.

– Czyli wszystko według planu… – Zamyśliła się, wypiła resztkę zimnej już kawy, po czym przez moment wpatrywała się w dno białego kubka.

Slade wykorzystał tę chwilę milczenia szefowej, żeby przyjrzeć jej się bliżej jako kobiecie. Rzadko ją widywał i teraz zwrócił uwagę na to, jak była atrakcyjna, co jednak każdego ranka najwyraźniej starała się ukryć za ciemnymi i grubymi oprawkami okularów, skromną garsonką, koszulą zapiętą na ostatni guzik i niemal całkowitym brakiem biżuterii. Szefowa bandy facetów z ego większym niż Empire State Building nie mogła przecież chodzić w pracy w zwiewnej sukience.

– Rozumiem, że to niedobrze, że według planu? – spytał przekornie Slade, czując, że rozmowa nie będzie omówieniem międzynarodowego śledztwa, w które zostało zaangażowane FBI i które dotyczyło korumpowania lekarzy w Polsce przez amerykański koncern farmaceutyczny PharmaCorp.

Nie miał długiego stażu w FBI, a oddelegowanie do sekcji FBI przy ambasadzie w Warszawie stanowiło dla niego niemałe zaskoczenie. Nie do końca był pewien, czy jego polskie pochodzenie i znajomość języka to jedyny powód, dla którego był teraz w Warszawie.

– Ktoś w Waszyngtonie, polecając pana do tej roboty, powiedział, że oprócz tego, że zna pan polski, jest pan jeszcze bystry. – Uśmiechnęła się szeroko i odstawiła kubek na jedno z pudeł.

– Dziękuję, ale nie sądzę, bym był bystrzejszy niż większość agentów FBI. – Nieco zmieszany Slade próbował tonować komplement przełożonej, przesuwając jednocześnie na bok wielki wazon z podobizną Fryderyka Szopena, który stał dokładnie na linii ich wzroku. Polscy rodzice wpoili mu, że chwalenie nie jest w dobrym tonie i choć silnie kontrastowało to z kulturą amerykańską, nie umiał tego w sobie zmienić.

– Zdziwiłby się pan, Slade – odparła, patrząc mu prosto w oczy. – Słyszał pan zapewne o tym smutnym wypadku syna wiceambasadora?

– Owszem, paskudna sprawa. Śmierć bliskich nigdy nie jest łatwa, ale kiedy umiera tak młody człowiek, jest to niewyobrażalny dramat.

– To prawda, miał dwadzieścia cztery lata. Zna pan okoliczności śmierci? – spytała, przechodząc do rzeczy.

– Nic oprócz plotek, że to było samobójstwo. – Slade podwinął mankiet koszuli, przeczuwając, że za moment dowie się czegoś, czym będzie się należało zająć.

– To kopia raportu z oględzin miejsca znalezienia zwłok. – Wyjęła z szuflady szarą teczkę z kserokopiami dokumentów z Komendy Głównej Policji w Warszawie. – Czyta pan po polsku?

– Nawet napisać coś umiem. – Slade otworzył teczkę i przez dłuższą chwilę przyglądał się dokumentacji fotograficznej. – Kurwa… Najmocniej panią przepraszam, ale…

– Nie szkodzi. Odpowiednio reagować po polsku też pan umie. Ja powiedziałam dokładnie to samo, gdy to zobaczyłam. – Tym razem usiadła na krawędzi stolika, przy którym siedział Slade.

Przez dłuższą chwilę w milczeniu przyglądali się zdjęciom w teczce. Fotografie przedstawiały obnażone zwłoki młodego mężczyzny powieszone na łańcuchu. Zdjęcia wykonano z góry i z boku po znalezieniu ciała w studzience kanalizacyjnej prowadzącej do kanału ściekowego pod jedną z warszawskich ulic. Łańcuch przymocowany był do jednego z metalowych szczebli wystających ze ściany kanału, które służą pracownikom wodociągów do schodzenia na dół po odsunięciu włazu.

– Rozumiem, że znaleziono go w takim stanie… – spytał półgłosem Slade, wczytując się jednocześnie w raport warszawskich policjantów.

Po polsku mówił dobrze, jednak pisanie i czytanie wymagało od niego większego skupienia. Powolnym ruchem dłoni usunął z dokumentów spinacz biurowy i odłożył makabryczne zdjęcia na stół, koncentrując się na treści raportu.

W dniu 10 sierpnia o godzinie 7.55 w Warszawie w kanale ściekowym pod ulicą Nieporęcką w odległości około 50 metrów od ulicy Ząbkowskiej ujawniono zwłoki młodego mężczyzny. Ciało w chwili znalezienia powieszone było za szyję za pomocą łańcucha rowerowego owiniętego miejscami taśmą samoprzylepną koloru niebieskiego. Łańcuch jednym z końców przywiązany był do metalowych szczebli służących do schodzenia do kanału. Drugi jego koniec oplatał ramię i szyję zmarłego. Na ciele denata nie znaleziono śladów przemocy fizycznej ani okaleczeń, z wyjątkiem zasinienia na szyi i ramieniu wokół pętli utworzonej przez łańcuch. Usta i oczy zaklejone były niebieską taśmą izolacyjną. Zwłoki były pozbawione ubrań, które w toku oględzin znaleziono w kanale. Odzież ułożono starannie w kostkę. Stos ubrań składał się z niebieskich jeansów Levi’s, granatowej koszuli z krótkim rękawem, szarych skarpetek i pary sportowych butów Nike. Na szczycie stosu położono portfel koloru czarnego i zegarek koloru srebrnego marki Diesel. W portfelu znajdowały się: amerykańskie prawo jazdy wystawione na nazwisko Daniel Greenbaum oraz gotówka w kwocie około 300 złotych i 150 dolarów amerykańskich, a także karta kredytowa Visa wystawiona na nazwisko Daniel Greenbaum. W pobliżu ubrań znaleziono rolkę niebieskiej taśmy izolacyjnej, takiej samej jak ta, która przyklejona była do ust i oczu denata. Ciało znaleźli pracownicy Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Warszawie, którzy niezwłocznie poinformowali o tym policję. Radiowóz przybył na miejsce o godzinie 7.55. O godzinie 8.30 na miejscu pracę rozpoczęła grupa dochodzeniowo-śledcza, informując jednocześnie ambasadę Stanów Zjednoczonych o zaistniałym zdarzeniu.

Slade westchnął głęboko, spiął ponownie dokumenty i fotografie, starannie wsuwając spinacz w to samo wyżłobienie w papierze, które powstało wcześniej, jak gdyby tym banalnym gestem chciał w jakiś przedziwny sposób uszanować spokój zmarłego syna wiceambasadora.

– Jak się pan zapewne domyśla, wiceambasador, jego ojciec, jest zdruzgotany i bardzo zależy mu na wyjaśnieniu okoliczności tej sprawy. Rodzice wiceambasadora, czyli dziadkowie Daniela, przeżyli wojnę i koszmar Holokaustu w Warszawie dzięki pomocy jakiejś polskiej rodziny. – Przełożona Slade’a wstała ze stolika i ze wzrokiem wbitym w podłogę zaczęła krążyć po gabinecie. – Gdy wiceambasador się dowiedział, że po latach może wrócić do kraju, z którego jego rodzice wyjechali po wojnie, był przeszczęśliwy. Chciał pokazać synowi, skąd pochodzili dziadkowie. – Zamilkła na dłuższą chwilę, patrząc na czubki swoich eleganckich butów. – Nikt tak naprawdę nie wie, co tam się stało. Do zdarzenia doszło w nocy. W jednym z pobliskich budynków jest monitoring, ale nie obejmuje zasięgiem wejścia do tego kanału.

– Polska policja ma pewnie jakieś hipotezy?

– Owszem. Nawet kilka. Samobójstwo, porwanie dla okupu albo prowokacja polityczna lub… ideologiczna. Nie bardzo wiem, o co jej chodzi z tym ostatnim.

– Mój profesor socjologii mawiał, że kilka odpowiedzi na jedno pytanie oznacza, że nie ma żadnej odpowiedzi.

– Mądry człowiek. Niech się pan tego trzyma, Slade.

– Co pani ma na myśli?

– Musi pan zostać jeszcze kilka lub kilkanaście dni w Warszawie. Chcielibyśmy, aby przyglądał się pan śledztwu, które prowadzi polska policja.

– „Przyglądał” to dobre słowo. Przecież ja tutaj nie mam żadnych uprawnień. – Slade poprawił jeden z podwiniętych rękawów, który obsunął się na nadgarstek.

– Wiem. Zajmuje się tym dwóch policjantów z polskiej dochodzeniówki i nie chcemy, by było ich więcej. Ta sprawa ma być na tyle poufna, na ile to możliwe, ale… – kobieta zawiesiła głos i spojrzała na agenta Slade’a – … ma zostać wyjaśniona. Rodzice Daniela muszą wiedzieć, co się stało z ich synem. Ci dwaj z komendy stołecznej to podobno orły, ale coś tam jest nie halo. Odnoszę wrażenie, że może i są dobrzy, ale osobno, więc nie sądzę, że wiele zdziałają, a nie mam przez to ochoty ryzykować własnej kariery w Waszyngtonie. Do momentu wyjaśnienia tej sprawy oficjalnie jest pan w Warszawie wciąż w związku z dochodzeniem w sprawie PharmaCorp i na tej podstawie współpracuje pan z polską policją. Współpracuje, czyli patrzy jej na ręce. Jeśli będzie pan miał własne obserwacje i uwagi, proszę zgłaszać je bezpośrednio do mnie, do Waszyngtonu. Za trzy dni wracam do Stanów. Wiceambasador kończy swoją misję w Warszawie za rok. Dochodzenie w Polsce w sprawie PharmaCorp powinno się oficjalnie skończyć najdalej za trzy tygodnie. Do tego czasu musicie się dowiedzieć, co się stało. Ciało chłopaka wróci do Stanów tym samym samolotem co ja, czyli pojutrze. Jeśli chce pan obejrzeć zwłoki, to niedaleko jest Instytut Medycyny Sądowej. – Wskazała ręką na okno wychodzące na ulicę Piękną.

– Miałem iść na Starówkę, ale przełożę to na inny dzień. – Slade wstał z fotela, czując, że rozmowa z przełożoną dobiegła końca. – Czy mógłbym dostać kopię tej teczki?

– Jest dla pana, Slade, a tutaj ma pan namiary na tych dwóch oficerów z policji. Proszę do nich zadzwonić i umówić się na spotkanie. Przełożony uprzedził ich, że ktoś od nas chciałby towarzyszyć śledztwu. Nie powinno być żadnych kłopotów, ale gdyby się pojawiły, proszę dzwonić do mnie, i tylko do mnie. Oczywiście sam nie może pan wykonać żadnych czynności tutaj, więc gdyby chciał pan obejrzeć zwłoki lub miejsce zdarzenia, proszę prosić tych dwóch dżentelmenów o pomoc. Oni podobno zajmują się teraz tylko tą sprawą.

– Jasne. – Slade skinął głową i zabrał z biurka szefowej białą kopertę. Wyjął ze środka kartkę, na której były dane polskich oficerów, i wpisał je do telefonu, po czym wsunął kartkę do stojącej obok niszczarki.

– Zdrowe nawyki – szefowa skomentowała z uznaniem.

Agent pożegnał się i opuścił biuro z mieszanymi uczuciami. Idąc korytarzem ambasady w stronę wyjścia, dodał do ulubionych kontaktów dwa, które przed minutą zapisał w telefonie.

Trzydziesty drugi posterunekNowy Jork, Manhattan, październik 2017

Kwadrans po szesnastej Slade pojawił się w swoim dawnym miejscu pracy. Spędził tutaj osiem lat, tego dnia jednak nie spodziewał się miłych pogawędek przy kawie. Wymienił z dawnymi współpracownikami kilka kurtuazyjnych zdań i skierował się prosto na pierwsze piętro do dawnego przełożonego. Drzwi biura kapitana Williama Jonesa były otwarte. Slade, stojąc w progu niezauważony, patrzył przez chwilę na dawnego szefa i zastanawiał się, jak potoczy się ich pierwsza rozmowa od czasu przejścia Slade’a do FBI.

– Agent specjalny Slade, Federalne Biuro Śledcze! Co za zaszczyt, proszę wybaczyć nieporządek, ale nasza sprzątaczka rozchorowała się jakieś dwanaście lat temu i wciąż borykamy się z przejściowymi trudnościami kadrowymi w tym zakresie ze względu na ograniczony budżet ratusza. Sam pan rozumie, agencie, że to nie budżet federalny…

To ironiczne powitanie trudno było zinterpretować jednoznacznie, chociaż żart na początek dobrze wróżył.

– Daj spokój, Bill, aż tak cię chyba to moje FBI nie boli, żeby się ze mnie nabijać do końca życia?

– Aż tak długo to nie, ale do emerytury na pewno. Trochę mnie boli, bo dobry był z ciebie glina, mogłeś wysoko zajść, a w tym FBI będziesz tylko przekładał papiery i myślał.

– Musiałbym wygryźć ciebie, szefie, żeby dokądś zajść, a to mogłoby się źle odbić na naszej przyjaźni.

Fakt, że Slade zwrócił się do niego per „szefie”, złagodził nieco bojowy nastrój Jonesa. Uśmiechnął się lekko i trochę odprężył, rozsiadając się wygodnie w swoim starym, wysłużonym fotelu.

– Domyślam się, że twoją wizytę zawdzięczam wczorajszym wydarzeniom w Harlemie.

– Tak, trzeba omówić kilka formalnych kwestii.

– To po kolei, John. – Kapitan oparł łokcie na biurku. – Rozumiem, że znamy się długo, razem tu pracowaliśmy i tak dalej, a teraz ty jesteś ważnym agentem specjalnym w FBI, ale na rany Chrystusa, w tej branży obowiązują pewne zasady, i to bez względu na to, jaką odznakę się nosi.

– No, stary, chyba ci zasalutuję.

– Dokąd, do jasnej cholery, zawieźliście tego gościa?

– Do kostnicy, a niby gdzie? Do solarium?

– Widziałeś kiedyś solarium w Harlemie? – Kapitan Jones był wyraźnie zmęczony wykrętami Slade’a.

– Jeden zero dla ciebie.

Rozmawiali ze sobą w ten sposób od lat i to Slade zaczął. Jako początkujący śledczy w obecności szeregowych policjantów wytknął doświadczonemu szefowi Jonesowi istotny błąd w rozumowaniu. Pokój odpraw wypełniła cisza, a po chwili dało się słyszeć ciche śmiechy funkcjonariuszy. Slade zorientował się, że popełnił gafę, i by ratować skórę, wymamrotał: „Jeden zero dla mnie”. Kapitan Jones, zamiast się zdenerwować, potraktował ten przytyk z dystansem i z czasem takie odzywki stały się ich wspólnym rytuałem.

– Na mieście gadają, że trochę sobie pojeździł po mieście. Nawet w wariatkowie na Wards Island go widzieli. Miał jakieś problemy psychicznie? Potrzebował recepty na xanax, bo źle znosił fakt bycia martwym? Ja, kiedy chcę pogadać z kumplami, wpadam do nich z sześciopakiem piwa w weekendowe popołudnie, a nie z trupem i ekipą koronera w środku nocy! Jeśli federalni chcą mi się wpieprzać do roboty albo tobie znudziło się przekładanie papierów i chcesz sobie podbić statystyki, obniżając nasze, to powiedz swojemu szefowi, że damy sobie radę bez waszej pomocy.

– Posłuchaj, Bill. – Slade zdjął marynarkę i usiadł na krześle przed biurkiem kapitana. – Nikt ci się nie chce wpieprzać do roboty – skłamał. – Gość miał jakieś dziwne akcje post mortem. Coś mu w środku burczało, jakaś melodia. Długo w tym robię, ale z czymś takim jeszcze nigdy się nie spotkałem. Chciałem, żeby obejrzał go mój znajomy. Willkowsky się spieszył i na dodatek miał na zmianie nowego, który chyba wczoraj zaczął robotę. Żółtodziób cały czas nawijał o kosiarkach. No i przypomniała mi się nasza pierwsza robota przy trupie.

– W Central Parku?

– Tak.

Slade wykorzystał to, że udało mu się jednocześnie zaciekawić kapitana Jonesa i rozładować atmosferę sentymentalnym wspomnieniem. Sięgnął do kieszeni po gumę do żucia i poczęstował nią kapitana.

– Melodia dobiegająca ze zwłok? – Jones wstał i zaczął chodzić po pokoju. Z dłońmi skrzyżowanymi za plecami przypominał detektywa z klasycznego kryminału.

– Nie inaczej, Bill. Stąd moje nieszablonowe zachowanie.

– Jaka melodia?

– Chyba God’s Gonna Cut You Down Johnny’ego Casha, chociaż warunki do odsłuchu były marne.

– Lubię ten kawałek. – Kapitan uśmiechnął się, przystanął i zaczął nucić melodię pod nosem.

– Cieszę się, że gość trafił w twój gust, ale ja wolałbym posłuchać tego z płyty – Slade pozwolił sobie na odrobinę ironii, ściągając kolegę na ziemię.

– Wiadomo już, kim był ten facet?

– Na razie nie, ale pewnie niebawem się dowiem. Przyjechałem do was, bo formalnie mamy to prowadzić my, ale mam was informować o przebiegu śledztwa.

– Skoro ma się tym zajmować FBI, to pewnie macie cynk, że ktoś przyjechał tu za nim z innego stanu albo facet jest umoczony w jakąś większą sprawę.

– Nie wiem, Bill, ale pewnie coś jest na rzeczy. Wysłali mnie na miejsce i kazali robić, to robię. Nie zapominaj, że jestem szeregowym agentem. Zakładam, że facet faktycznie był tu na gościnnych występach i kogoś tu za sobą przywlókł.

Slade sam nie wierzył, że był to jedyny powód, dla którego przysłano go do Harlemu, ale póki nie miał pewności, czemu przydzielono go do tej sprawy, postanowił nie dzielić się wątpliwościami z dawnymi kolegami z policji.

Kapitan ponownie rozsiadł się w szerokim fotelu i kontynuował rozmowę już w zupełnie innym nastroju. To, że Slade chwilę wcześniej określił się jako szeregowy agent, sprawiło, że Jones nie potrafił odmówić sobie przyjemności przybrania mentorskiego tonu.

– Teraz, jak ci zapewne wiadomo, John, modne jest tępienie tak zwanych przestępstw z nienawiści. Ten gość był biały, zatrzymał się w dzielnicy czarnych… Chuj wie, o co tam chodziło. – Wyraźnie rozluźniony sięgnął do szafki po butelkę wody mineralnej. Upił mały łyk, po czym wylał odrobinę na dłonie i przemył wodą twarz, kontynuując monolog. Slade skupił na moment wzrok i myśli na butelce na biurku Jonesa, udając, że słucha uważnie. – Teraz, przyjacielu, jak ktoś zabije czarnego, geja, Żyda albo księdza katolickiego, nie ma znaczenia, że zazwyczaj chodzi o zajebanie nieszczęśnikowi portfela. Teraz to jest przestępstwo z nienawiści. Kiedyś myślałem, że każde przestępstwo jest z nienawiści, ale coś się chyba pozmieniało w kryminologii.

John wykorzystał moment rozluźnienia kapitana Jonesa i podjął próbę rozmowy na niewygodny temat:

– Z tego, co wiem, Bill, my mamy to prowadzić, ale podobno dostanę do pomocy kogoś od ciebie. Coś jak w telewizji: wiesz, FBI i lokalna policja razem w poszukiwaniu prawdy. Jak za dawnych czasów. – Slade próbował obrócić w żart fakt, że wszystko wskazywało na to, iż z pozoru banalna sprawa będzie skomplikowana formalnie.

– Czekaj, niech otrę łzy wzruszenia. – Mokra od wody twarz Jonesa przez moment naprawdę przypominała zapłakaną, co wydało się Slade’owi lekko komiczne. – Ledwo ogarnąłem ten syf po waszych podróżach z trupem po mieście. Uwierz mi, nie chcesz wiedzieć, co jestem winien koronerowi za to wszystko. Pamiętaj, że tu mogłeś więcej niż tam. Tam jesteś nowy. Sprawą zajmie się Jim. Znacie się od lat, więc mam nadzieję, że to nieco złagodzi ewentualne tarcia formalne między FBI a nami.

– Jak dla mnie wszystko jasne – odparł Slade.

Kapitan na moment odbiegł myślami od głównego wątku i patrzył zamyślony prosto w oczy agenta. Wyjął z kieszeni opakowanie tabletek na nadciśnienie i połknął jedną, niczym jej nie popijając.

– Tak czy inaczej, John, lekarz w kostnicy wstępnie zasugerował uduszenie. Jeszcze nad nim pracują, ale podobno nie spodziewają się żadnych rewelacji. Tyle że nie znalazł tej pozytywki. Rozumiem, że wy ją macie?

– Jest w naszym magazynie dowodów. Wszystko po bożemu.

– Jakieś odciski na tym były?

– Nic. To mały przedmiot, na dodatek zawinięty w plastikową torebkę. Torebka pognieciona, upaprana… Słuchaj, Bill...wolałbym, żeby w papierach było, że znaleźli ją w tym gościu w czasie normalnej sekcji, a nie w tym domu wariatów u mojego kumpla.

– Serio? Ostatni raz ci pomagam, jak Boga kocham… Pogadaj z Jimem, wszczynaj śledztwo i róbcie swoje. Standardowa robota psa, a ja czekam na informacje o postępach w sprawie. Technicy coś znaleźli?

– Jeszcze z nimi nie gadałem, ale posprzątali idealnie. – Slade z uznaniem kiwnął głową. – Wysłałbyś tam kilku młodych, żeby ustalili, kto tam wtedy nocował, kto miał zmianę i tak dalej? Nie chcę sam prosić o to Jima, bo wyjdzie, że się rządzę, a to robota dla posterunkowych, nie dla detektywa.

– A już na pewno nie dla agenta specjalnego – dokończył za niego ironicznie kapitan Jones. – Niestety, trzeba będzie z nimi wszystkimi pogadać, ale zgoda, wyślę tam kilku naszych. Tak będzie lepiej.

– Dzięki. Trzeba szybko wykluczyć przypadkowych ludzi, bo ugrzęźniemy na etapie przesłuchiwania świadków.

– Ktoś, cholera, pomógł mu to gówno połknąć. Nie bardzo wierzę, że ktokolwiek z własnej woli połyka pozytywki. Przepraszam cię, ale muszę lecieć do kadr. – Kapitan wskazał Slade’owi drzwi, zbierając rzeczy z biurka.

– Sprzątaczkę ci znaleźli po dwunastu latach?

– Jeden jeden.

Kapitan uśmiechnął się, pomimo sporej nadwagi żwawo włożył marynarkę od munduru i nucąc God’s Gonna Cut You Down, ruszył w stronę drzwi.

Rozstali się w znacznie lepszych nastrojach, niż byli na początku spotkania. Slade opuścił trzydziesty drugi posterunek, jednak starym zwyczajem zdecydował się jeszcze w służbowym chevrolecie przejrzeć w smartfonie internetowe newsy pod kątem ewentualnych plotek na temat tajemniczej śmierci w Harlemie. Po chwili jego uwagę przykuł wątek na forum gości hotelu, w którym doszło do tragicznego zdarzenia.

„Nieboszczyk w naszym hostelu”.

Kliknął link. Na ekranie pojawiły się kolejne wpisy:

„Wczoraj wieczorem policja znalazła zwłoki w jednym z pokoi w naszym hostelu”.

„Wiadomo, kim był zmarły?”

„Podobno przyjechał do NYC z Wisconsin tydzień temu”.

„To straszne! Człowiek ledwie przyjechał i taka tragedia go spotkała”.

„Kto mógł to zrobić? Po co?”

„Mój szwagier zna technika z biura koronera. Podobno to było samobójstwo”.

„Może znudziło mu się czekanie na nowego pilota do TV. Ja przez tydzień musiałem oglądać SpongeBoba”.

Wpisy mnożyły się jeden po drugim, jednak nic oprócz egzaltowanych wyrazów współczucia wymieszanych z szyderstwami nie dało się tam znaleźć. Slade otworzył wysłużony, oprawiony w skórę notatnik i zapisał ołówkiem kilka słów kluczowych: hostel, nasz hostel, szwagier i technik, Wisconsin.

– Co to właściwie za miejsce? Muszę tam jechać i pogadać z tymi ludźmi – powiedział do siebie.

Kiedy już miał schować notatnik i smartfon do kieszeni, na ekranie telefonu pojawiła się wiadomość od Mary Jane – nastoletniej sąsiadki Slade’a, którą znał od urodzenia. „Mógłbyś mnie podwieźć na Coney Island w tym tygodniu?” SMS od dziewczyny oderwał go na moment od rozmyślań nad trupem w Harlemie. „Nie ma problemu, ale jeśli jedziesz tam, żeby imprezować do rana w towarzystwie dilerów lub striptizerów, to będę musiał dać znać twojej matce”. Wysłał wiadomość i podniósł głowę. Przez okno samochodu zobaczył swojego dawnego kolegę stojącego na schodach przed posterunkiem. „Striptizerzy to zazwyczaj mili faceci:)”. „Okej, później się umówimy” – zakończył Slade. Widząc Jima wychodzącego przed komisariat, wysiadł z samochodu i podszedł do kolegi.

– Właśnie miałem do ciebie dzwonić, Jim – rozpoczął rozmowę od najczęściej powtarzanego przez ludzi kłamstwa.

– Podobno mamy razem robić przy sprawie z Harlemu. – Mężczyzna wyjął z kieszeni paczkę papierosów, rozejrzał się dookoła i za pomocą stylowej benzynowej zapalniczki, którą dostał w prezencie od Slade’a z okazji awansu na detektywa, zapalił papierosa. Zaciągnął się głęboko i zaciekawiony spojrzał na dawnego partnera. – Będzie wesoło jak za dawnych lat.

– Na to liczę. – John poczuł, że perspektywa współpracy ze starym kolegą przedstawia się dość ciekawie, pomimo że śledztwo zapowiadało się nietypowo. – Chciałem cię o coś zapytać, w końcu wychowałeś w Harlemie.

– Jak większość czarnuchów w tym mieście.

– Przestańcie ciągle nazywać się czarnuchami. Wkurzacie się za każdym razem, gdy ktoś tak powie, a sami o sobie tak mówicie! – Slade wyraźnie się zdenerwował.

– Nam wolno, John. To co z tym Harlemem?

– Ten hostel. Co to właściwie za miejsce?

– YMCA.

– Czyli?

– No… ten związek młodzieży chrześcijańskiej czy jakoś tak. Chodziłem tam jako dzieciak na różne zajęcia sportowe i artystyczne. Założyli go jacyś religijni kolesie, ale oni nikogo nie nawracają. Robią swoje, jak chcesz pogadać o Bogu, to chętnie pogadają, ale nic na siłę. Tam zawsze był spokój. Dookoła chaos, a tam spokój. Mieszka tam trochę osób, które próbują wyjść na prostą. Często pracują tam w zamian za pokój, zdarza się, że nawet kilka miesięcy, zanim staną na nogi. Wiesz, to nie jest hotel, tylko hostel, schronisko. Wspólne łazienki i tak dalej, ale zawsze było tam schludnie i czysto. Od trzeciego piętra w górę pokoje wynajmują turystom. Pierwsze trzy kondygnacje są dla tych, którzy nie mają się gdzie podziać, a chcą coś zmienić w życiu. – Detektyw Raven zgasił papierosa i wrzucił peta do przepełnionej popielniczki przy koszu. Był wyraźnie odprężony.

– Rozumiem. Coś tam znalazłeś po moim wyjściu? Rozmawiałeś z kimś? Jones ma tam wysłać paru młodych, żeby zebrali informacje, kto tam przebywał i po co. – Slade sięgnął do kieszeni po gumę do żucia i poczęstował nią Jima.

– Trochę się pokręciłem. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to że gościa załatwił ktoś z hostelu. Byłem na niższych piętrach, rozmawiałem z recepcjonistką.

– Powiedziała coś ciekawego?

Detektyw Jim Raven na dobre się rozkręcił:

– Niespecjalnie. Mieszkańcy hostelu z niższych pięter nie wchodzą wyżej. Mają osobne wejście i korzystają z drugiej windy. Taka jest zasada. Oczywiście ktoś mógł mieć w dupie zasady i jednak tam wjechać, ale w tym holu, gdzie jest recepcja i wszystkie wejścia, siedzi bez przerwy dwóch ochroniarzy. Jeden gapi się w monitoring, a drugi kręci się po parterze hostelu.

– Raczej mała szansa, żeby wszedł tam ktoś obcy.

– Ten, który siedzi w recepcji, wpuszcza praktycznie każdego z kartą wstępu do pokoju, ale sam wiesz, jak to jest.

– Kartę można pożyczyć albo ukraść.

– No właśnie. To żadna przeszkoda dla kogoś, kto, jak twierdzi FBI – Jim uśmiechnął się i wymownie wskazał na przyjaciela – przyjechał za nim z innego stanu. Dość podstawowy poziom zabezpieczeń. – Zszedł ze schodów i stanął na chodniku obok Slade’a. – Tam nie można przyjmować gości, pić alkoholu i tak dalej. Mają swoje zasady. Ja to widzę tak: albo ktoś tam wszedł z kartą i udawał gościa, albo już wcześniej był wewnątrz. Kilka osób z kierownictwa hostelu i sprzątaczki mają dostęp do wszystkich pokoi.

– Trzeba ich wszystkich sprawdzić. – Slade westchnął. – Jest podejrzenie, że to afera na dwa albo trzy stany.

– Serio? To kiedy zaczynamy? – Tym pytaniem detektyw uznał fakt, że sprawa z jego rejonu będzie prowadzona przez FBI.

– Chyba już zaczęliśmy. Pojadę tam teraz, zanim ci, którzy to ujawnili, skończą robotę, pogadam z ludźmi z administracji hostelu, spokojnie się rozejrzę. Jutro, najdalej pojutrze będziemy mieć dość informacji, żeby się do tego zabrać, jak należy.

– Chcesz tam jeszcze jechać dzisiaj? Nie napatrzyłeś się dość na ten syf?

– Recepcja pracuje całą dobę, więc równie dobrze mogę to zrobić dziś. No i rzeczywiście muszę się temu jeszcze przyjrzeć.

Mężczyźni uśmiechnęli się do siebie i pożegnali się. Zadowolony ze swoich dotychczasowych poczynań Slade wsiadł ponownie do auta. Było październikowe popołudnie, a on po prostu uwielbiał ciepłą jesień w Nowym Jorku. Cienie powoli stawały się coraz dłuższe, gdy słońce zachodziło nad 135. Ulicą. Patrząc w dal na wjeżdżające na stację benzynową samochody, Slade zastanawiał się nad niecodzienną sprawą. W rozmowie z Ravenem nie wspomniał o melodii wydobywającej się ze zwłok znalezionych w hostelu – chciał najpierw pomówić z przełożonymi, dlaczego tak naprawdę skierowano go do pracy nad tym śledztwem. Myślał przez chwilę, po czym odbył ze sobą krótką rozmowę:

– Chrześcijański hostel, biały facet ginie w Harlemie z pozytywką w gardle. Jeszcze ten klecha w telewizorze… Coś może być na rzeczy z tą nienawiścią religijną czy rasową… Kto w taki piękny dzień jak dziś zajmuje się martwymi ludźmi?

Żółty telefonWarszawa-Śródmieście, Warszawa-Praga, sierpień 2016

Zaledwie kwadrans po zakończeniu rozmowy z przełożoną agent Slade opuścił ambasadę. Przyglądając się kolejce ludzi oczekujących przed budynkiem na spotkanie w sprawie wiz, ruszył wolnym krokiem wzdłuż ulicy Pięknej i skierował się na plac Zbawiciela. Wybrał niezwłocznie numer telefonu podkomisarza Marka Hozera.

– Halo – odezwał się zdarty tytoniem głos, ledwie słyszalny w ulicznym zgiełku.

– Dzień dobry, mówi John Slade z… – agent zawahał się chwilę, nie do końca wiedząc, jak ma się przedstawić – … ambasady USA w Warszawie – dokończył po chwili, przechodząc na drugą stronę ulicy. Wciąż nie mógł się nadziwić, jak rzadko warszawiacy przechodzą przez pasy na czerwonym świetle, co w Nowym Jorku było raczej normą niż wyjątkiem.

– Ach, to pan… Uprzedzano mnie, że będzie pan dzwonił. – Głośny kaszel przerwał na chwilę dialog. – Przepraszam najmocniej. Jak mogę panu pomóc? – Mimo że podkomisarz miał szorstki tembr głosu, brzmiał przyjaźnie.

– Przede wszystkim chciałbym się spotkać i porozmawiać z panem i pana kolegą.

– Kolegą, mówi pan… Jest pan w Warszawie? Ma pan teraz czas?

– Tak. Za chwilę będę na placu Zbawiciela.

– Wie pan, gdzie jest Corso? To taka kawiarenka z innej epoki przy placu Zbawiciela.

– Znajdę ją. – Slade rozejrzał się dookoła.

– Za pół godziny powinienem tam być – rzucił podkomisarz Hozer i się rozłączył.

Po kilku minutach przyglądania się młodym ludziom siedzącym w okolicznych kawiarniach Slade zauważył niewielki szyld z napisem „Corso”. Lokal wyraźnie odstawał od pozostałych.

„Kawiarenka? Czy to jakiś rodzaj kawiarni?” Slade analizował w myślach każde polskie słowo, które wydawało mu się nieznane. Znał polski od dziecka, jednak nie używał go na co dzień i kontakt z żywym językiem w Polsce był czymś zupełnie innym niż domowe rozmowy i lekcje udzielane mu przez rodziców w wolnych chwilach.

Metalowy dzwonek nad drzwiami zabrzmiał głośno, kiedy agent wszedł do niemal pustej kawiarni. Dziewczyna stojąca za ladą zdecydowanie zaniżała średnią wieku osób przebywających w środku. Prawdopodobnie nie tylko osób. Wystrój kawiarni w niczym nie przypominał licznych warszawskich lokali, jakie Slade odwiedził przez ostatnie tygodnie. Pomarańczowo-brązowe ściany i meble wyglądały jak te w amerykańskich barach z lat siedemdziesiątych, które Slade widywał w starych filmach. Z nieudolnie przymocowanych do ścian głośników sączyła się spokojna muzyka, będąca najciekawszym elementem tego miejsca. Zamówił podwójne espresso i usiadł na jednym z dziwacznych i niewygodnych krzeseł przy oknie. Dwie starsze panie trzy stoliki obok jadły powoli ciastka z kremem i sączyły herbatę. Tłumy młodych ludzi na zewnątrz pijących absurdalnie drogą kawę z białych kubków wyglądały dokładnie tak samo jak w Nowym Jorku czy Chicago.

Wszystko takie samo, wszyscy tak samo ubrani. Piją to samo, jedzą to samo i myślą tak samo. Wszędzie. Co się stało z ludźmi? Slade tak się zanurzył w rozmyślaniach, że nawet nie zauważył, kiedy na stoliku wylądowało espresso. Pierwszy łyk kawy robił naprawdę dobre wrażenie. Rzeczywistość wnętrza kawiarni i ta za oknem były odbiciem dwóch obrazów Polski, jakie miał w głowie. Pierwszy, ten zbudowany przez rodziców opuszczających ojczyznę pod koniec lat siedemdziesiątych, idealnie współgrał z wystrojem kawiarni Corso. Ciemne kolory, siermiężny wystrój i atmosfera wyczekiwania na cud, a nie brania spraw we własne ręce, były tym, co Slade zapamiętał z opowieści rodziców o Polsce. To, co widział za oknem, pasowało o wiele bardziej do obrazków tego kraju, jakie widywał w internecie i materiałach promocyjnych w CNN. Bezdomny mężczyzna przesuwający się powoli między stolikami okupowanymi przez warszawską młodzież wyglądał, jakby utknął gdzieś pomiędzy tymi dwoma światami. Jakby dawno temu wyszedł z nieco zapyziałej kawiarni Corso, ale zbyt wolno szedł w stronę pretensjonalnej kawiarni Charlotte. Kryształowy wazon stojący na półce za barem Corso do złudzenia przypominał ten, który rodzice Slade’a z zupełnie niezrozumiałego dla niego powodu przez lata trzymali na honorowym miejscu w każdym mieszkaniu wynajmowanym w Nowym Jorku, a było ich niemało.

– Cześć.

Szorstki męski głos przerwał Slade’owi rozmyślania nad krajem przodków.

– Cześć – odparł agent, mierząc wzrokiem podkomisarza Hozera.

Mężczyzna miał około pięćdziesiątki, krótkie siwe włosy i kilkanaście kilogramów nadwagi. Starannie przystrzyżone wąsy i druciane oprawki okularów przywodziły na myśl zastępców szeryfów z zapomnianych przez Boga i ludzi amerykańskich miasteczek.

– Skąd wiedziałeś, że to ja? – spytał odruchowo Slade.

– Stąd, że oprócz tych dwóch starych bab i Kasi za ladą nikogo tu nie ma, panie Brudny Harry – odparł przytomnie policjant i usiadł na niewygodnym krześle naprzeciwko.

– To co zawsze, Kasieńko. – Skinął na kelnerkę i poprawił okulary, które zsunęły mu się po spoconym od upału nosie. – Rozumiem, że masz nam pomagać? – Hozer przeszedł od razu do rzeczy.

– Pewnie najbardziej pomogę, nie przeszkadzając?

– Już cię lubię. – Oficer wyjął z kieszeni pasiastej koszuli paczkę gum do żucia z nikotyną i zaczął żuć. – Gówno daje, ale jak nie mogę zapalić, to pomaga.

– Rozumiem. – Slade zanotował w pamięci „gówno daje”, po czym przez moment przyglądał się Kasi stawiającej przed komisarzem Hozerem herbatę ciemniejszą niż espresso podaną w jakiejś dziwacznej szklance. – Istnieje jakaś oficjalna wersja zdarzeń?

– Jesteś Polakiem? Naprawdę dobrze mówisz po polsku.

– Moi rodzice byli Polakami, wyjechali z Warszawy, z Bielan – Slade z każdym zdaniem nabierał większej pokory do języka polskiego – do Nowego Jorku. Ja już urodziłem się tam. Bardzo im zależało, żebym znał polski, i w wolnych chwilach uczyli mnie w domu.

– Zacni ludzie. – Hozer upił duży łyk niemal wrzącej herbaty. – Oficjalnej wersji nie ma. Mój, jak go wcześniej nazwałeś, kolega ma co prawda pewną teorię, ale przez gardło mi te brednie nie przejdą.

– Sprawa jest nieco dziwna, każda teoria może się okazać pomocna.

– Byłeś już w Polsce? – Podkomisarz Hozer spojrzał na niego badawczo.

– Jako dorosły człowiek nie. Kiedyś, z rodzicami, w latach dziewięćdziesiątych, ale niewiele pamiętam.

– Niewiele pamiętasz z tego, co było, i pewnie niewiele wiesz o tym, co jest teraz – powiedział półgłosem Hozer.

– Trochę czytałem o Polsce, znam realia.

– No to łatwiej pójdzie. Tak więc mój tak zwany kolega, nadkomisarz Laurentowicz, ma bardzo modne w dzisiejszej Polsce poglądy.

– Raczej w prawo? – spytał retorycznie Slade.

– Owszem… – Hozer uśmiechnął się pod wąsem i na chwilę zawiesił głos, czekając, aż dwie siedzące nieopodal, a szykujące się do wyjścia starsze panie opuszczą kawiarnię. – Uważa – kontynuował nieco swobodniej, korzystając z tego, że zostali sami – że to robota jakichś lewaków i gejów. Nie wiem, jak w Stanach, ale w pewnych kręgach w Polsce każdy, kto ma poglądy lewicowe, uważany jest za pedała. Podobnie jak każdy, kto jeździ rowerem.

– Rowerem? – zdziwił się Slade.

– Prawdziwi mężczyźni nie jeżdżą rowerami, panie kolego, oni jeżdżą samochodami z manualnymi skrzyniami biegów. Te wasze amerykańskie automaty też nie są do końca hetero.

– Chyba muszę więcej poczytać o tutejszej rzeczywistości.

– Musisz. Tak więc Laurentowicz uznał, że skoro gość wisiał nago, to na pewno stoją za tym pedały i jest to lewicowa prowokacja wymierzona w prawicowy rząd chcący zacieśnić stosunki dyplomatyczne z USA i ochłodzić relacje z lewicowo-pedalską Unią Europejską. – Podkomisarz ostatnie zdania wyszeptał.

– On w to wierzy na serio? – spytał z powątpiewaniem Slade.

– Wierzy jak jasna cholera, a najgorsze, że to nie jest głupi chłopak. Skończył prawo i psychologię, ale po prostu mu nie ufam.

– Dlaczego?

– Jest zbyt idealny. Zawsze gdy spotykałem tego typu ludzi, okazywało się, że prędzej czy później coś w nich pękało. Jak coś im nie spasowało do ich wizji rzeczywistości, w najlepszym razie zaczynali się awanturować, a w najgorszym byli po prostu agresywni. On chyba nie pije, nie przeklina, doskonale wykształcony. Taki wykształcony głupiec jest gorszy niż niewykształcony.

– Dlaczego?

– Bo niewykształcony głupiec wie, że jest głupcem. – Hozer przechylił szklankę i wypił resztkę herbaty.

– Ciekawa teoria. Rozumiem, że twoja opinia na temat przyczyn śmierci tego chłopaka jest nieco inna? – spytał Slade, wyraźnie zaintrygowany.

– Problem w tym, że nie mam żadnej spójnej teorii, a ta jego jest popieprzona do granic możliwości, ale spójna jak cholera.

– To dość charakterystyczne dla teorii spiskowych. One zawsze są spójne, tylko pozbawione logicznego wnioskowania. Ale do rzeczy, wiesz, ja się urodziłem w nocy, ale nie ostatniej nocy. Nie wierzę, że ktoś z twoim doświadczeniem nie ma żadnej teorii na ten temat.

– Okup, ale coś poszło nie tak. Myśleli, że to dzieciak jakiegoś biznesmena. Zrobili słabe rozpoznanie. Jak się zorientowali, kogo porwali, to go powiesili.

– Hmm, a dlaczego był nago?

– Nie wiem, może żeby go poniżyć albo złamać. Może chcieli zrobić mu jakieś kompromitujące zdjęcie i go szantażować? Wzięli go po prostu za nadzianego dzieciaka jakiegoś biznesmena z zagranicy.

– A czemu w kanale ściekowym?

– To wydaje mi się akurat dość proste. Byłeś kiedyś na Pradze?

– W Czechach?

– Nie w Pradze, stolicy Czech, tylko na Pradze, dzielnicy Warszawy za Wisłą. Domyślam się, że nie. To taka dzielnica, która pomimo wielu zmian w ostatnich latach nie cieszy się najlepszą sławą. W Nowym Jorku i Chicago też macie takie.

– Owszem. – Slade pomyślał o Bronxie i Harlemie.

– Kanał, w którym znaleziono zwłoki, jest na Pradze. Porywacze raczej tego nie planowali. To byli jacyś idioci, którzy chcieli skorzystać z okazji. Gdyby to była zamierzona akcja, wiedzieliby, co to za człowiek. Chłopak był na Pradze, a syn wiceambasadora USA w takim miejscu to widok rzadszy niż dziwka w kościele. Według zeznań jego przyjaciół wyszedł z imprezy w środku nocy. Chciał się przewietrzyć czy coś… – podkomisarz Hozer mówił tak szybko, że w końcu połknął gumę z nikotyną – … i za chwilę miał wrócić. Tamci prawdopodobnie go śledzili. Jak tylko wyszedł, dorwali go, zapakowali do jakiegoś auta i chcieli gdzieś wywieźć. Zabrali mu telefon i portfel z dokumentami. Sprawdzili w internecie jego tożsamość, żeby wiedzieć, do kogo zadzwonić po okup. Jak już się zorientowali, kogo mają, to wpadli w panikę i się go pozbyli. Nie umieli go profesjonalnie zabić, próbowali upozorować samobójstwo. Może go rozebrali, żeby ktoś pomyślał, że to sprawka gangu mściwych lewicowych gejów.

– W Polsce nie ma gejów o prawicowych poglądach? – zapytał z zupełnie innej beczki Slade, po czym zamówił kolejne espresso.

– Pewnie są, ale się ukrywają. No więc po amatorsku wieszają chłopaka, tak żeby rękami nie dotknąć ofiary. Żeby zamordować człowieka gołymi rękami albo nożem, trzeba mieć jaja. A powieszenie to wiesz… Kasieńko, dolej mi tu wrzątku odrobinę! – Hozer uśmiechnął się do kelnerki, która szła do ich stolika z kawą dla agenta Slade’a, i wręczył jej szklankę niemal do połowy wypełnioną fusami. – Zakładasz gościowi pętlę na szyję, każesz mu wejść na stołek albo na coś innego, a potem dajesz kopa w stołek i po robocie. Ty nikogo nie zabiłeś, tylko kopnąłeś w stołek, a że na stołku stał facet z pętlą na szyi, to już inna sprawa.

– Dylemat wagonika. – Slade uśmiechnął się i spojrzał na parę młodych ludzi całujących się na przystanku tramwajowym.

– Jakiego wagonika? – zapytał Hozer.

– Jest taki dylemat w filozofii i etyce. Czy gdybyś musiał zepchnąć z mostu na tory kolejowe jednego człowieka po to, żeby jego ciało zatrzymało pędzący po szynach wagonik, który niezatrzymany zabiłby pięciu ludzi leżących dalej na torach, to zepchnąłbyś tego człowieka czy nie?

– To zależy… – Hozer się zamyślił.

– Wagonik pędzi, masz już tylko dwie sekundy.

– Zepchnąłbym.

– No to rozwiązałeś dylemat wagonika.

– No, ale…

– Gdyby ten facet na moście był twoim ojcem, a tych pięciu na torach pedofilami, to pewnie byś nie zepchnął, a z kolei gdyby ten na moście był gruby jak świnia, a na torach znajdowały się piękne dziewczęta, tobyś zepchnął. I tak dalej. Ludzie piszą na ten temat doktoraty, w każdym razie jeden z morałów jest taki, że faktycznie ludzie spychający innych z mostu czują coś innego niż ludzie wbijający komuś nóż w brzuch.

– Interesujesz się filozofią? – Hozer wyjął z kieszeni kolejną gumę.

– Studiowałem filozofię.

– Ciekawe. Ale wróćmy do tematu.

– Dlaczego na łańcuchu rowerowym?

– Myślę, że to przypadek. Nie zamierzali go wieszać, panie Brudny Harry. Chcieli go zabić, wymyślili więc, że upozorują samobójstwo, a że nie mieli mocnego sznura, jeden z nich pobiegł na pobliskie podwórko, a na Pradze trochę ich jest, i wrócił z łańcuchem do roweru, bo na nim da się powiesić człowieka. Laurentowicz myśli pewnie, że ten łańcuch to jakaś zakamuflowana wiadomość od homocyklistów.

– A czemu w kanale?

– No bo nie zamierzali go wieszać! Spanikowali. W samochodzie nie da się powiesić człowieka. W parku w Warszawie zawsze ktoś się po nocy pałęta. A jechać za miasto do lasu z porwanym synem ambasadora to już ryzyko. Ten kanał był od lat nieużywany. Czasem jakieś lumpy tam wódkę piły.

– Lumpy? – Slade po raz kolejny przegrał konfrontację z potoczną polszczyzną.

– No, menele… Bezdomni alkoholicy, John. Lepiej?

– Okej, rozumiem.

– Po prostu wykorzystali okazję, żeby ukryć ciało, i powiesili go na metalowych szczeblach. Zamknęli właz i liczyli, że problem zniknie. Zapomnieli, idioci, oderwać taśmę z ust i oczu chłopaka, którą przykleili mu, żeby ich nie rozpoznał i nie krzyczał.

– Rolka z taśmą była w kanale. – Slade starał się znaleźć słabe punkty rozumowania podkomisarza.

– No i?

– Jeśli było tak, jak mówisz, czyli że zakleili mu oczy i usta, bo chcieli go porwać, to przecież przykleili mu to na twarz, zanim znaleźli się w tym kanale.

– Szlag… racja, ta taśma tam była. Przecież dopiero tam by mu jej nie przyklejali…

– To o niczym nie świadczy, wiesz… mogło być tak, jak mówisz, a jak już zadecydowali, że go ukryją w kanale, po prostu wzięli na dół ze sobą wszystko, co mieli. Taka taśma może się przydać, jak chcesz kogoś powiesić.

– Niby tak.

– Co innego mnie zastanawia. Ubrania. Portfel. Przecież były ułożone jedno na drugim.

– Tu mnie masz. Myślałem nad tym i wymyśliłem tylko jedno. Zakładam, że porwania dokonali goście bez kasy. Chcieli za niego dostać okup, a nie mordować go. Czytałeś raport? Te jego ciuchy i zegarek były warte parę złotych. Na Różyku poszłyby następnego dnia.

– Na czym?

– Na bazarze Różyckiego, ojca i matkę możesz tam kupić. Nie chcieli tych rzeczy zniszczyć. Chcieli je sprzedać, ale jak już chłopaka powiesili, to kompletnie spanikowali i po prostu uciekli, zapominając o jego rzeczach.

– Były odciski stóp?

– Były. Około piętnastu robotników z wodociągów, którzy chodzą w takich samych kaloszach, więc nawet jeśli coś było, to zadeptali.

– A bielizna? Przecież był nago. Ją też chcieli sprzedać?

– Czyli jednak gang lewicowych pedałów mścicieli… – Hozer chciał ironią zamaskować luki w swojej teorii.

– Daj spokój. – Slade roześmiał się głośno. – Przecież nie próbowaliby sprzedać majtek.

– Na to pytanie nie znam odpowiedzi. – Komisarz podszedł do baru po szklankę, w której od kilku minut parzyła się kolejna porcja herbaty, i niemal jednym haustem wypił wszystko. – To co? Jedziemy? – spytał retorycznie, wskazując głową na drzwi.

– Jedziemy.

Slade wstał, zostawiając na stoliku trzy dziesięciozłotowe banknoty, i razem z komisarzem wyszli z lokalu.

– Dasz wiarę, że zamykają tę budę? – Hozer spojrzał z żalem na kawiarnię Corso. – Po tylu latach… Nie dała rady wytrzymać konkurencji tych kawiarenek dla brodatych pajaców i zblazowanych nastolatek. Podobno mają ją gdzieś przenieść, ale… nie bardzo w to wierzę.