Nędznicy - Victor Hugo - ebook
Opis

Nędznicy” to powieść Victora Hugo, napisana w czasie, gdy Hugo przebywał na wygnaniu na wyspie Guernsey, opublikowana została w roku 1862. W tym samym roku ukazało się pierwsze wydanie polskie.

Utwór w planach Wiktora Hugo miał być panoramicznym obrazem całego społeczeństwa francuskiego XIX wieku oraz wykładnią poglądów autora na kwestie sprawiedliwego porządku społecznego, walki z nędzą i wykluczeniem. Na kartach Nędzników, poprzez główne wątki fabularne oraz liczne dygresje o charakterze filozoficznym i historycznym, Hugo prezentuje swój program polityczny i społeczny, oparty na wartościach chrześcijańskich, wierze w możliwość pozytywnej przemiany każdego człowieka oraz w ciągły, obejmujący wszystkie dziedziny życia postęp. Praca nad utworem trwała blisko dwadzieścia lat, jego szczegółowa koncepcja ulegała w tym okresie wielokrotnym zmianom i rozszerzeniom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1720

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawnictwo Avia Artis

2018

ISBN: 978-83-65922-53-3
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

CZĘŚĆ PIERWSZA.

FANTINA.

KSIĘGA PIERWSZA.

SPRAWIEDLIWY.

I. Pan Myriel.

W roku 1815 pan Karol Franciszek Benvenuto Myriel zajmował stolicę biskupią w Digne. Był to starzec siedemdziesięcioletni, piastujący tę godność od roku 1806.

 Chociaż szczegół ten nie dotyczy w żadnym względzie treści samej naszego opowiadania, może jednak nie będzie zbytecznem, choćby dla zachowania dokładności we wszystkiem, spisać tu pogłoski i zdania, jakie o nim krążyły w chwili, gdy przybył do swej djecezji. Fałsz czy prawda, plotka o człowieku, to, co o nim mówią, często w jego życiu, zwłaszcza w losie, ma tyle wagi, co jego własne czyny. Pan Myriel należał do arystokracji prawniczej, jako syn radcy parlamentu w Aix. Mówiono, że ojciec, przeznaczając go na swego następcę, ożenił go zawczasu, w osiemnastu czy dwudziestu leciech, wedle zwyczaju dość upowszechnionego w rodzinach swego stanu. Mówiono, że Karol Myriel, postępowaniem swojem, odnośnie do tego małżeństwa, wywołał sporo gadaniny o sobie. Był przystojny, chociaż wielkiego wzrostu, lubiący wytworność, powabny, dowcipny: przez pierwsze lata życia był oddany cały światu i jego powabom. Nadeszła rewolucja, wybuchły niespodziane wypadki: rodziny członków parlamentu wydziesiętkowane, rozpędzone, ścigane, rozsypały się po świecie. Pan Karol Myriel w pierwszych dniach rewolucji emigrował do Włoch. Tu żona mu umarła na piersiową chorobę, która oddawna ją trapiła, dzieci nie mieli wcale. Jakie później były losy pana Myriel? Gzy rozsypująca się w gruzy dawna społeczność francuzka, tragiczne widowiska 93 roku, okropniejsze może dla emigrantów, którzy na nie patrzyli zdaleka przez powiększające szkła strachu — zasiały w nim myśl zaparcia się świata i osamotnienia? Gzy wśród rozrywek i serdecznych węzłów, całe jego zajmujących życie, uderzył weń jeden z tych ciosów tajemniczych a okrutnych, co, trafiając w serce, obalają nieraz człowieka, którego nie wzruszyły klęski publiczne, utrata znaczenia i majątku? Nikt powiedzieć nie mógł; wiedziano tylko, że z Włoch powrócił już księdzem.  W roku 1804 pan Myriel był proboszczem w Brignolles. W latach już podeszłych żył zupełnie odosobniony.  W czasach koronacji jakiś interes probostwa, zapomniano już jaki, zmusił go udać się do Paryża. Między innemi osobami znaczącemi, poszedł w interesie parafjan swoich do kardynała Fech’a. Pewnego razu, gdy Cesarz odwiedzał wuja, zacny proboszcz, oczekujący w przedpokoju, w padł w oczy N. Panu. Napoleon, na którego starzec patrzył z pewną ciekawością, odwrócił się i rzekł żywo:  — Cóż to za poczciwiec tak mi się przygląda?  — N. Panie — rzekł pan Myriel — W. C. Mość na poczciwca, a ja patrzę na wielkiego człowieka. Obu nam może wyjść to na pożytek.  Cesarz tegoż wieczora spytał kardynała o nazwisko proboszcza, a wkrótce potem p. Myriel wielce się zdziwił dowiadując, że go mianowano biskupem Digne.  Ile było praw dy w pogłoskach o pierwszej części życia jego? nikt dobrze oznaczyć nie umiał. Nie wiele osób znało przed rewolucją rodzinę Myrielów.  P. Myriel uległ losowi wszystkich nowych przybyszów w małych miasteczkach, w których wiele jest gęb otwartych, a mało głów myślących. Uległ mu, chociaż był biskupem i że nim był właśnie. Ale gawędy, w których imię jego się spotykało, były zresztą gawędami tylko, plotkami, pogłoską, słowy, mniej niż słowy, paplaniem raczej, wedle energicznego wyrażenia ludowego.  Jakkolwiekbądź, po dziewięciu latach rezydencji na biskupstwie w D. wszystkie te bałamuctwa, przedmioty rozmów, które zajmowały w pierwszej chwili małą mieścinę i drobnych ludzi, zupełnie zostały zapomniane. Nikt nie śmiał ich powtarzać, nikt nie śmiał nawet przypominać ich sobie.  Pan Myriel przybył do D., wioząc z sobą starą pannę Baptystę, siostrę o dziesięć lat od niego młodszą.  Cały ich dwór składał się ze starej służącej, w wieku panny Baptysty, zwanej panią Maglorą, która zajmowała wprzód miejsce proboszczowskiej sługi, a te raz otrzymała dwoisty tytuł: garderobianej panny i klucznicy księdza biskupa.  Panna Baptysta była osobą słuszną, bladą, chudą, łagodną: wcielała w sobie ideał tego, co zowią zwykle szanowną, zdaje się bowiem, że do tytułu „czcigodnej“ mają mieć prawo tylko kobiety matki. Nigdy nie była piękną; życie jej całe snuło, się pasmem uczynków miłosiernych i oblekło ją w końcu rodzajem bieli i światłości; na starość więc zdobiło ją to, co można nazwać „pięknością dobroci“. Szczupła w młodości, stawała się coraz przezroczystszą z czasem, a z poza tej przejrzystości przeglądał anioł. Była raczej duszą niż dziewicą. P ostać jej zdawała się cieniem; zaledwie tyle miała ciała, ile go potrzeba, aby płeć jej uwydatnić; w odrobinie duszy iskierka światłości; wielkie oczy zawsze spuszczone: pretekst dla duszy do pozostawania na ziemi.  Pani Maglora była małą staruszką, białą, dość otyłą, zażywną, zakłopotaną, wiecznie zadyszaną, najprzód z powodu nieustannego zajęcia, a trochę z przyczyny astmy, na którą cierpiała.  Wprowadzono p. Myriel za jego przybyciem do pałacu biskupiego ze wszelkiemi honorami, jakie przepisywały dekrety cesarskie, stawiające biskupów w stopniu tuż po feldmarszałkach. Mer i prezydent pierwsi pośpieszyli go odwiedzić; on ze swej strony także odwiedził jenerała i prefekta.  Po instalacji miasto oczekiwało, co pocznie biskup, aby go sądzić z dzieł jego.

II. Pan Myriel zostaje monsignorem Benvenuto.

 Około pałacu biskupiego był szpital. Pałac biskupi był to piękny i rozległy gmach, zbudowany na początku zeszłego stulecia przez monsignora Henryka Puget, doktora teologji fakultetu paryzkiego, opata w Simore i biskupa w D. 1712 r. Pałac ten był prawdziwie pańskiem mieszkaniem. Wszystko było świetne, wspaniałe, pokoje biskupie, salony, izby gościnne, wielka sala do przyjęcia z galerjami na arkadach, według dawnej mody florenckiej, ogrody zasadzone przepysznemi drzewami. W sali jadalnej, długiej i rozległej galerji na dole, z drzwiami na ogrody, monsignor Henryk Puget wyprawił ceremonjalną ucztę 29 lipca 1714 r. dla monsignorów Karola Brûlart de Genlis, arcybiskupa księcia d’Embrun, Antoniego Mesgrigny kapucyna, biskupa Grasse, Filipa Vendônie, wielkiego przeora Francji, opata z St. Honoré de Lerins, Franciszka de Berton de Grillon, biskupa barona Vence, Cezara Sabrau de Forcalquier, biskupa pana w Glandeve i Jana Soanen, kapłana Oratorji, kaznodziei królewskiego, biskupa pana w Senez; portrety tych siedmiu szanownych osób ozdabiały salę, a pamiętna data 23 lipca 1714 r. wyrytą była złotem i literami na białej tablicy marmurowej.

 Szpital był domem wązkim i nizkim, o jednem piętrze, z małym ogródkiem.  We trzy dni po przyjeździe biskup zwiedził szpital. Po skończonej wizycie kazał prosić nadzorcę, aby raczył przyjść do niego.  — Panie dyrektorze szpitala, — zapytał — ilu w tej chwili macie chorych?  — Dwudziestu sześciu, Eminencjo.  — Tylu właśnie naliczyłem — zauważył biskup.  — Łóżka — dodał nadzorca — stoją bardzo blizko jedne przy drugich.  — To właśnie mnie uderzyło.  — Sale są właściwie izbami, i bardzo trudno odświeża się w nich powietrze.  — Tak właśnie i mnie się zdaje.  — A przytem, gdy cieplejszy promyk słońca zaświeci, ogród jest zamały dla rekonwalescentów.  — To właśnie sobie mówiłem.  — Z chorób epidemicznych mieliśmy w tym roku tyfus, a przed dwoma laty petocie; zdarza się po stu chorych i nie wiedzieć, co z niemi robić.  — Ta właśnie myśl mi przyszła.  — Cóż robić Eminencjo: trzeba się poddać losowi.  Rozmowa toczyła się w wielkiej sali jadalnej, owej wspaniałej galerji na dole.  Biskup milczał przez chwilę, potem nagle obrócił się do nadzorcy szpitala:  — A jak pan sądzisz, — rzekł — ile pomieściłoby się łóżek choćby tylko w tej sali?  — W sali jadalnej waszej Eminencji! — zawołał osłupiały nadzorca.  Biskup rzucił oczyma po sali i zdawał się mierzyć i rachować.  — Pomieściłoby się najmniej dwadzieścia łóżek! — rzekł zcicha, jakby do siebie mówił i, podnosząc głos, dodał:  — Wiesz co, panie dyrektorze: widocznie zaszła pomyłka. Macie dwadzieścia sześć osób w pięciu czy sześciu izdebkach. Nas tu jest troje, a mamy miejsca na sześćdziesiąt; widoczna pomyłka, powiadam panu; zabierz to mieszkanie, a ja zajmę wasze. Oddaj mi pan mój dom, to właściwie jest wasze mieszkanie.  Nazajutrz dwudziestu sześciu biednych chorych przeniosło się do biskupiego pałacu, a biskup zamieszkał w szpitalu.  P. Myriel nie miał majątku; rodzina jego wszystko straciła podczas rewolucji. Siostra miała dożywocia pięćset franków rocznie, co wystarczało na jej osobiste wydatki. P. Myriel brał ze skarbu, jako biskup, piętnaście tysięcy franków rocznej pensji. Tegoż dnia, w którym zajął mieszkanie w szpitalu, p. Myriel oznaczył raz na zawsze, w jaki sposób używaną być ma ta suma. Przepisujemy tu jego własnoręczną notę.

Nota urządzająca wydatki mojego domu:

Na szkółkę duchownątysiąc pięcet fr.Dla Kongregacji misjisto fr.Dla Misjonarzy w Montdidersto fr.Dla Seminarium misji zagranicznych  w Paryżudwieście fr.Dla Kongregacji St. Duchasto pięćdziesiąt fr.Dla Zakładów religijnych w Ziemi Św. sto fr.Dla Towarzystwa miłosierdzia macierzyńskiegotrzysta fr.Dla Towarzystwa takiegoż miłosierdzia  w Arlespięćdziesiąt fr.Na ulepszenia więzieńczterysta fr.Dla ulgi i wyswobodzenia więźniówpięćset fr.Dla wyswobodzenia ojców rodzin uwięzionych  za długitysiąc fr.Na dodatek do pensji biednych bakałarzy  diecezjalnychdwa tysiące fr.Na spichrze zapasowe w górnych Alpachsto fr.Dla stowarzyszenia dam w D. w Mouosqne i  Sisteron, nauczających bezpłatnie ubogie dziewczętatysiąc pięćset fr.Dla biednychsześć tysięcy fr.Na moje wydatki osobistetysiąc fr.Razem piętnaście tysięcy fr.  Przez cały czas zajmowania stolicy biskupiej w D., p. Myriel w niczem nie zmienił tego rozporządzenia. Nazywał je, jak widzimy, urządzeniem wydatków swojego domu.  Urządzenie to przyjęła z bezwarunkową uległością panna Baptysta. Dla tej świętej dziewicy, monsignor w D. był zarazem jej bratem i jej biskupem, jej przyjacielem z praw a natury i zwierzchnikiem według kościoła. Kochała go i czciła z całą prostotą. Gdy mówił, schylała głowę, gdy co czynił, przystawała bezwzględnie, Tylko służąca, pani Maglora, szemrała nieco. Ksiądz biskup zostawił sobie tylko tysiąc franków, co wraz z pensją panny Baptysty wynosiło razem tysiąc pięćset franków rocznie. Z tych tysiąca pięciuset franków utrzymywały się dwie stare kobiety i jeden starzec.  A gdy który proboszcz przyjechał do D., ksiądz biskup mógł go jeszcze ugościć, dzięki oszczędności pani Maglory i rozumnemu zarządowi panny Baptysty.  Pewnego dnia — po trzechmiesięcznym pobycie w D. — rzekł biskup:  — Z tem wszystkiem czuję nieco niedostatek!  — Spodziewam się! — zawołała pani Maglora — Wasza Eminencja nie upominał się nawet w departamencie o pensję na koszta utrzymania powozu w mieście i na objazdy po dyecezji.  — Doprawdy, masz słuszność, pani Magloro — rzekł biskup.  I niebawem wysłał żądanie.  W krótce potem rada główna, wziąwszy pod rozwagę to żądanie, zagłosowała dla biskupa roczną sumę trzy tysiące franków pod taką rubryką: Dodatek dla Księdza Biskupa na koszta powozu, poczty i objazdów pasterskich. Narobiło to hałasu między mieszczaństwem okolicznem, a pewien senator cesarstwa, były członek Rady Pięciuset, za sprzyjanie 18-mu Brumaire uposażony intratnem senatorstwem w mieście D., napisał z tego powodu do ministra wyznań p. Bigot de Préameneu liścik poufny a gniewny, z którego przytaczamy następujący autentyczny wyjątek: — „Koszta na powóz? na co powóz w mieście, nie mającem czterech tysięcy mieszkańców? Koszta objazdów? a najprzód po co te objazdy? dalej, jak można jeździć pocztą w kraju górzystym? Niema dróg. Jeżdżą tylko konno. Nawet most z Durance do Chateau-Arnoux ledwie unieść może wozy, zaprzężone wołami. Ci księża wszyscy są tacy: chciwi i skąpi. Ten np. z początku udawał „dobrego pasterza“; a teraz zrobił się jak inni. Zachciało mu się powozów i poczty, zachciało mu się przepychu jak dawnym biskupom. Ach, te klechy! Panie hrabio, dopóty nie będzie dobrze, aż cesarz nie uwolni nas od nich. Precz z Papieżem! (Wówczas wikłały się sprawy z Rzymem). Co do mnie, jestem za samym Cezarem i t. d. i t. d.“.  Za to pani Malgora wielce się uradowała. — „No — rzekła do panny Babtysty — jego Eminencya zaczął od innych, słusznie, żeby skończył na sobie. Urządził wszystkie swoje uczynki miłosierne. Teraz trzy tysiące franków dla nas. Przecie!“  Tegoż wieczora biskup napisał i oddał swej siostrze następującą notę: Koszta powozu i objazdów.Na rosół i mięso dla chorych szpitala.tysiąc pięcet fr.Dla towarzystwa miłosierdzia macierzyńskiego  w Aixdwieście pięćdziesiąt fr.Dla towarzystwa miłosierdzia macierzyńskiego  w Draguignandwieście pięćdziesiąt fr.Dla podrzutkówpięćset fr.Dla sierotpięćset fr.Razem trzy tysiące fr.

 Taki był budżet pana Myriel.  Co do dochodów kościelnych, indultów, dyspens, chrztów, kazań, błogosławieństw kościołów i kaplic, ślubów i t. p. biskup tem skwapliwiej brał d ary od bogatych, że wszystko oddawał biednym.  Wkrótce obficie zaczęły wpływać ofiary pieniężne. Wszyscy, i ci co mieli, i ci co nie mieli, stukali do drzwi p. Myriel, jedni złożyć datek, drudzy wziąć wsparcie. Nie upłynęło roku, a biskup stał się skarbnikiem wszystkich dobrodziejstw i kasjerem wszystkich nieszczęśliwych. Znaczne sumy przechodziły przez jego ręce, nic jednak nie skłoniło go do zmiany sposobu życia i dodania nieco zbytku do potrzeb koniecznych.  Owszem, ponieważ zawsze więcej jest nędzy na dole niż braterstwa w górze, wszystko się rozchodziło wprzód prawie, nim otrzymane zostało; była to jakby woda wylana na suchą ziemię; chociaż ciągle brał pieniądze, nigdy ich nie miał. Wówczas odejmował sobie.  Jest we zwyczaju, że biskupi podpisują chrzestnem imieniem swe listy pasterskie: biedni mieszkańcy kraju, wiedzeni instynktem serdecznym, wybrali z imion biskupa to, którego zrozumieli znaczenie i nie inaczej go nazywali, jak monsignorem Benvenuto. Pójdziemy za ich przykładem i przy sposobności tak samo go nazywać będziemy. Zresztą imię to i jemu się podobało. — Lubię to imię, mawiał: Benvenuto wynagradza za monsignora.  Nie myślimy utrzymywać, że portret przez nas skręślony jest prawdopodobnym; zapewniamy tylko, że jest podobny do oryginału.

III. Dobremu biskupowi ciężkie biskupstwo.

Chociaż ksiądz Biskup zamienił powóz na jałmużny, niemniej jednak odbywał objazdy. Uciążliwa ta djecezja w D. Mało równin, wiele gór, dróg prawie żadnych; trzydzieści dwa probostwa, czterdzieści jeden wikarjatów i dwieście ośmdziesiąt pięć filij i kaplic. Zwiedzić to wszystko — niełatwa sprawa. Ksiądz biskup sobie poradził. Szedł piechotą, jeśli probostwo było w sąsiedztwie, jechał na wózku, gdy było na równinie, na grzbiecie muła — jeśli w górach. Dwie stare kobiety towarzyszyły mu. Gdy droga zbyt je nużyła, szedł sam.

 Pewnego dnia wjechał na osiołku do Senez, dawnego miasta biskupiego. W kieszeni nie miał ani grosza i nie mógł sobie pozwolić wygodniejszej jazdy. Mer miasta przyjął go u drzwi biskupstwa, zgorszony wielce, że siedział na ośle. Kilku mieszczan śmiało mu się w oczy. — Panie merze — rzekł biskup — i panowie mieszczanie, widzę co was gorszy; wydaje się wam wielką pychą w biednym księdzu, że siedzi na bydlątku, na którem jeździł sam Jezus Chrystus. Uspokójcie się; nie z próżności, ale z koniecznej potrzeby to czynię.  Zwiedzając djecezję, był pobłażliwy i łagodny, więcej rozmawiał niż prawił kazania. Rozumowań i przykładów nie szukał daleko. Mieszkańcom jednego kraju stawiał za wzór kraj sąsiedni. W kantonach, gdzie byli nieużyci dla ubogich, mawiał: — Spójrzcie na ludzi w Briançon. Pozwolili ubogim, wdowom i sierotom kosić swe łąki trzy dni wcześniej niż inni. Bezpłatnie naprawiają im walące się domostwa. Bóg też błogosławi temu krajowi. Przez całe sto lat nie było tam ani jednego zabójcy.  Tam, gdzie byli chciwi zysków i zbiorów, mawiał: — Patrzcie na mieszkańców Embrun. Jeżeli ojciec rodziny, w czasie żniwa, ma synów na służbie w armji, a córki na służbie w mieście, a przytem jest chory, proboszcz na kazaniu poleca go pamięci parafjan; i zaraz w niedzielę po mszy wszyscy mieszkańcy wioski, mężowie, kobiety, dzieci biegną na pole biedaka, żną jego zboże i znoszą ziarno i słomę do jego stodoły.  Do rodzin, kłócących się o pieniądze i spadki, mawiał: — Patrzcie na górali Devolny, kraju tak dzikiego, że przez pięćdziesiąt lat nie usłyszysz tam ani razu słowika. A jednak, kiedy ojciec umiera w rodzinie, chłopcy rozchodzą się po świecie szukać zarobku, a dziewczętom zostawiają mienie, żeby mogły znaleźć mężów.  W kantonach, gdzie lubią pieniać się i tracić pieniądze na stemple, mawiał: — Przypatrzcie się poczciwym wieśniakom doliny Queyras. Jest ich tam ze trzy tysiące. Miły Boże! a to jakby mała rzeczpospolita. Nie znają ani sędziego, ani woźnego. Mer załatwia wszystko. Rozdziela podatki według sumienia, bezpłatnie rozstrzyga spory, bez honorarjum dzieli ojcowizny, wydaje wyroki bez kosztów — i każdy go słucha. bo to człowiek sprawiedliwy między ludźmi prostymi.  W wioskach, gdzie nie było nauczyciela, przy taczał także przykład mieszkańców Queyras: — Czy wiecie jak sobie radzą? mówił. Ponieważ kraik o dwunastu lub piętnastu dymach, nie ma z czego stałe utrzymać profesora, mają nauczycieli zapłaconych dla całej doliny; ci przebiegają wioski: tu zabawią tydzień, tam dwa tygodnie, i uczą. Nauczyciele tacy chodzą na jarmarki, i tam ich widziałem. Poznacie ich po piórach gęsich, zatkniętych za taśmą kapelusza. Ci, co uczą czytać, mają jedno pióro; którzy uczą czytać i rachować, mają dwa pióra; którzy uczą czytać, rachować i łaciny, mają trzy pióra. Ostatni są wielce uczeni. Ale też co za wstyd być nieukiem! Czyńcież jak mieszkańcy Queyras.  Tak mówił poważnie, po ojcowsku, w braku przykładów zmyślał przypowieści, które w kilku słowach a wielu obrazach zmierzały prosto do celu: taką to wymową sam Chrystus Pan przekonywał i pociągał.

IV. Czyny zgodne ze słowami.

W rozmowie był przystępny i wesoły. Stosował się do pojęcia starych kobiet, które przy nim żyły; a gdy się śmiał, był to śmiech szczery i serdeczny.

 Pani Maglora zwykle nazywała go Waszą wysokością. Pewnego razu, powstawszy z krzesła, szedł do bibljoteki szukać książki. Książka leżała na jednej z wyższych półek. Biskup, nizkiego wzrostu, nie mógł do niej dostać. — Pani Maglora — rzekł — podaj mi krzesło z łaski swojej. Moja wysokość nie sięga do tej deski.  Jedna z dalekich jego krewnych, hrabina Lô. lubiła w obecności jego wyliczać to, co nazywała nadziejami swoich trzech synów. Miała wielu blizkich krewnych podeszłego wieku, których spadkobiercami byli jej synowie. Najmłodszy miał odziedziczyć po babce sto okrągłych tysięcy franków rocznego dochodu; drugi po stryju otrzymywał tytuł księcia: najstarszy miał być parem po swym dziadzie. Biskup zwykle w milczeniu słuchał tych niewinnych przechwałek macierzyńskich. Ale jednego razu zdawał się bardziej zamyślonym niż zwykle, podczas gdy pani Lô rozpowiadała mu szeroko o tych sukcesjach i swoich nadziejach. Spostrzegłszy jego roztargnienie, zapytała zniecierpliwiona: — Ależ, mój kuzynie, o czem tak myślisz? — Myślę, odpowiedział biskup — o pewnej osobliwej rzeczy, którą, jeśli się nie mylę, znajdziesz w Świętym Augustynie: „Nadzieje swoje pokładajcie w tym, po którym nikt nie jest spadkobiercą“.  Innym razem, gdy był zaproszony na pogrzeb jednego szlachcica, patrząc na wystawę, prócz godności nieboszczyka, wszelkich tytułów feudalnych i szlacheckich jego krewniaków, zawołał: — Ależ to potężny tłomok kładą na grzbiet śmierci! Każą jej wesoło dźwigać taki ciężar tytułów. Doprawdy, trzeba mieć wiele dowcipu, aby tak zużytkować grób dla próżności!  Lubił przy sposobności łagodnie żartować, ale żart jego prawie zawsze ukrywał myśl poważną. W czasie postu, pewien młody wikary przyjechał do D. i miewał kazania w katedrze. Był dość wymowny. Zwykle kazał o uczynkach miłosiernych. Upominał bogatych, aby pomagali biednym, jeśli chcą uniknąć piekła, które wystawiał okropnie, i dostać się do nieba, którego rozkosze ponętnie malował. Między słuchaczami był pewien kupiec bogaty, nieco lichwiarz, nazwiskiem Geborand, który zarobił kilka milionów na wyrabianiu grubych sukien, samodziałów i sukman wieśniaczych. Przez całe życie swoje p. Geborand nie dał jałmużny żadnemu biedakowi. Ale po owem kazaniu zauważono, że co niedziela dawał trzy grosze starym żebraczkom, siedzącym u drzwi katedralnego kościoła. Było ich sześć do podziału. Razu jednego biskup zobaczył, jak p. Geborand dawał jałmużnę i rzekł do siostry z uśmiechem: — Patzraj. p. Geborand kupuje sobie trochę nieba za trzy grosze.  Gdy chodziło o uczynki miłosierne, nie zrażała go żadna odmowa. Przemawiał wówczas słowy, które niejednego wprawiały w głęboką zadumę. Razu pewnego kwestował na biednych w salonie bogatego mieszczanina: był tam wówczas margrabia Champtercier, stary, bogaty, skąpy, zarazem ultra-rojalista i ultra-wolterjanin. Takie sprzeczności zdarzały się. Biskup uderzył go po ramieniu i rzekł: — Panie margrabio, musisz mi dać cokolwiek.  Margrabia odwrócił się i sucho odpowiedział: — Nie, Eminencjo, mam swoich biednych. — Daj mi ich: — rzekł biskup.  Innego dnia miał takie kazanie w kosciele katedralnym:  „Kochani bracia moi i przyjaciele, jest we Francji miljon trzykroć sto dwadzieścia tysięcy domów włościańskich, które mają tylko po trzy otwory; jest miljon ośmset siedmnaście tysięcy takich, które mają po dwa otwory, to jest okno jedno i drzwi, i wreszcie trzysta czterdzieści sześć tysięcy chałup, w których jest tylko jeden otwór, to jest drzwi. A to z powodu pewnej okoliczności, którą nazywają podatkiem od drzwi i okien. Osadźcie w takich chatach biedne rodziny, stare kobiety i drobne dziatki, — ileż to będzie gorączek i chorób! Niestety! Bóg daje ludziom powietrze, prawo je sprzedaje. Nie oskarżam prawa, ale i błogosławię Bogu. W Isère, w Var, w Alpach górnych i dolnych, wieśniacy nie mają nawet taczek: nawóz przenoszą na własnych plecach, nie mają świec, palą, łuczywa i postronki, umoczone w żywicy. Toż samo jest w całym Delfinacie górzystym. Pieką chleb na pół roku na ogniu z wysuszonego gnoju krowiego. W zimie rąbią siekierą ten chleb i przez dwadzieścia cztery godzin moczą w wodzie, aby jeść mogli. Bracia, miejcie litość! patrzcie, jak cierpią dokoła was!“  Prowensalczyk rodem, łatwo przyswoił sobie wszystkie narzecza południowe. Często w trącał do swych mów wyrażenia, używane w dolnym Langwedoku, to w górnym Delfinacie, to u stóp gór alpejskich. Podobało się to ludowi i nie mało ułatwiło mu przystęp do prostych umysłów. W górach, czy w chacie, zawsze był jakw swoim domu. Umiał najwznioślejsze rzeczy wyrażać najpospolitszem narzeczem. Znając wszystkie języki, przenikał do dusz wszystkich.  Zresztą jednaki był dla bogaczów i ubogich, dla ludzi światowych i prostaczków.  Nie potępiał niczego pośpiesznie, bez uwzględnienia okoliczności. Mawiał: trzeba zobaczyć, którędy błąd się wcisnął.  Sam będąc, jak z uśmiechem tytułował się, exgrzesznikiem, zbyteczną surowością dla drugich się nie odznaczał, i, choć marszczyli się srodze świętoszki, głośno wyznawał zasady, które dadzą się streścić w tych słowach:  „Człowiek ma na sobie ciało, które jest zarazem jego ciężarem i pokusą. Ciągnie je, ale mu i ustępuje.  „Musi nad niem czuwać, powściągać je, trzymać na wodzy, i nie być mu posłusznym, chyba w ostateczności. Może i w posłuszeństwie tem być błąd, ale taki grzech jest powszedni. Jest to upadek, ale upadek na kolana, dokonać się mogący modlitwą.  „Być świętym, rzecz wyjątkowa; być sprawiedliwym. prawidło: Błądźcie, upadajcie, grzeszcie, lecz bądźcie sprawiedliwymi.  „Jaknajmniej grzechu, to prawo człowieka. Żadnego zgoła grzechu, to marzenie anioła. Cokolwiek jest ziemskiego, podlega grzechowi. Grzech jest ciążeniem ku ziemi“.  Zdarzało się, że wszyscy na coś krzyczeli głośno i oburzali się prędko: — Oh! oh! — mawiał wtedy z uśmiechem — widać że to nielada grzech, którego się wszyscy dopuszczają. Patrzajcie, jak przestraszone obłudy zawczasu protestują, żeby się zasłonić od podejrzeń!  Był pobłażający dla kobiet i ubogich, na których cięży brzemię społeczeństwa ludzkiego. Mówił: — Błędy kobiet, dzieci, sług, słabych, biednych, prostaczków i cienmych, są błędami mężów, ojców, panów, możnych bogaczów i uczonych.  Mówił jeszcze: — Nauczajcie ciemnych, jak możecie najwięcej; społeczeństwo grzeszy, że nie daje nauki bezpłatnie: odpowiedzialne jest za ciemność, którą szerzy. Dusza ta pełna jest cieniu, grzech łatwo się w niej rodzi. Winnym nie ten, kto grzeszy, lecz kto ciemność roztacza.  Jak widzimy, miał on dziwny i sobie właściwy sposób sądzenia o rzeczach. Mam podejrzenie, że go brał z Ewangelji.  Pewnego dnia opowiadano w salonie o procesie kryminalnym, który w krótce miał być sądzonym. Jakiś nędzny człowiek, z miłości dla kobiety i dziecięcia, które miał z niej, przygnieciony niedostatkiem, wziął się do fałszowania monety. W owym czasie karano śmiercią za fałszowanie pieniędzy. Kobietę uwięziono, gdy wydawała pierwszą sztukę, sfabrykowaną przez tego człowieka. Trzymano ją w areszcie, lecz nie miano przeciw niej dowodów. Ona jedna mogła obwinić kochanka i zgubić go wyznaniem. Zaprzeczała. Nalegano. Uporczywie przeczyła. Prokurator królewski wpadł wówczas na pomysł. Udał, jakoby dowiedział się o niewierności kochanka, i zręcznie a uczenie podstawiając kawałki różnych listów, wmówił w nieszczęśliwą, że miała rywalkę i że ten człowiek ją zwodził. Wówczas, zazdrością przywiedziona do rozpaczy, oskarżyła swego kochanka, wyznała wszystko i dowiodła. Człowiek był zgubiony. Wkrótce sądzony być miał w Aix w raz ze swą wspólniczką. Opowiadano ten wypadek i każdy podziwiał przebiegłość urzędnika sądowego. Z pomocą obudzonej zazdrości i zemsty wydobył sprawiedliwość, zniewolił do wypowiedzenia prawdy w gniewie. Biskup słuchał w milczeniu. Gdy skończono, zapytał:  — Gdzie będą sądzić tego człowieka i tę kobietę?  — W sądzie kryminalnym.  — A gdzie będą sądzić pana prokuratora królewskiego?  Zdarzył się w D. tragiczny wypadek. Pewien człowiek skazany został na śmierć za zabójstwo. Był to ani dość ukształcony, ani zupełnie ciemny biedak, który zajmował się kuglarstwem na jarmarkach i pisaniem próśb dla włościan. Proces żywo zajmował miasto. W wilją tracenia skazanego zachorował kapelan więzienia. Szukano księdza, któryby dysponował na śmierć, i dał pociechę religijną, delikwentowi w ostatnich chwilach. Udano się do proboszcza. Ten, jak się zdaje, odmówił, powiadając: — To się mnie nie tyczy. Nie moja rzecz zajmować się tym skoczkiem i jego wyprawą na tamten świat; i ja także jestem chory, a zresztą nie moje miejsce na rusztowaniu. Powtórzono tę odpowiedź biskupowi, który rzekł: — Ksiądz proboszcz ma słuszność. To nie jego miejsce, lecz moje. I natychmiast udał się do więzienia, zszedł do lochu kuglarza, zawołał go po imieniu, wziął go pod rękę i rozmawiał z nim. Cały dzień przy nim przepędził, zapominając o pokarmie i śnie, modląc się do Boga za duszę skazanego, i prosząc biedaka, aby się modlił za niego. Przypomniał mu największe prawdy, które są najprostsze. Był ojcem, bratem, przyjacielem, — biskupem, aby błogosławić tylko. Nauczał go, pocieszał, umacniał. Człowiek ten byłby umarł z rozpaczy. Śmierć była dla niego jakby przepaścią. Stojąc drżący nad złowrogim brzegiem, cofał się ze zgrozą. Nie był dość ciemnym, aby był zupełnie obojętnym. Wyrok śmierci, jak uderzenie piorunu, w strząsnął głęboko i przerwał tu i owdzie do koła niego zagrodę, dzielącą nas od tajemnicy wszechrzeczy, którą zowiemy życiem. Nieustannie spoglądał przez wyłomy fatalne nazewnątrz tego świata, i widział tylko ciemności. Biskup ukazał mu światło.  Nazajutrz, gdy przyszli po nieszczęśliwego, zastali przy nim biskupa. Pośpieszył za nim; i zdumione tłumy patrzyły, jak w fioletowej sukni, z krzyżem biskupim na szyi, szedł tuż obok nędznika, skrępowanego postronkami.  Wsiadł z nim na wóz, wstąpił z nim na rusztowanie. Delikwent, znękany i ponury wczoraj, jaśniał pogodą. Czuł, że jego dusza pogodziła się z Bogiem i miał nadzieję. Biskup ucałował go i w chwili, gdy miecz miał spaść na jego głowę, rzekł doń: — „Kogo człowiek zabija, tego Bóg wskrzesza; kogo bracia wyganiają, ten znajduje ojca. Módl się, wierz, wejdź do życia! Ojciec tam“. Gdy zstępował z rusztowania, miał coś takiego w spojrzeniu, że lud mimowolnie usuwał się. Tak były blade jego lica, tak cudownie pogodne czoło. Powróciwszy do skromnego domku, który żartobliwie nazywał swym pałacem, rzekł do siostry: Celebrowałem pontyfkalnie.  Najwznioślejsze rzeczy są często najmniej zrozumiałe dla półmędrków, znaleźli się też w mieście ludzie, którzy nazwali ten postępek biskupa przesadą, afektacją. Zresztą mówiono tak tylko w salonach. Lud, który nie umie być złośliwym, gdy chodzi o święte czyny, był rozczulony i podziwiał.  Co do biskupa, widok gilotyny był dla niego strasznym ciosem, i długo nie mógł się po nim uspokoić.  W istocie rusztowanie, gdy staje gotowe przyjąć ofiarę, ma coś uderzającego. Można z pewną obojętnością mówić o karze śmierci, oświadczać się za nią lub przeciw niej, dopóki się nie widzi własnemi oczyma gilotyny: ale jeśli ją spotkasz, wstrząsa cię gwałtownie i musisz się zdecydować, oświadczyć za lub przeciw. Jedni ją podziwiają, jak de Maistre; inni przeklinają Beccaria. Gilotyna jest uświęceniem prawa; nazywa się pomstą; nie jest neutralną, i nie pozwala ci być neutralnym. Na jej widok przenika cię dreszcz tajemniczy. Wszystkie kwestje społeczne stawiają około tego fatalnego noża znaki zapytania. Rusztowanie nie jest ciesielką, rusztowanie nie jest machiną, rusztowanie nie jest bezwładnem wiązaniem z drzewa, żelaza i postronków. Jest to, zda się, istota żyjąca, obdarzona złowrogą inicjatywą; zda się, że ta ciesielka widzi, że ta machina słyszy, że to wiązanie rozumie, że to drzewo, to żelazo i te postronki pragną. W okropnem marzeniu, w które w trąca duszę widok rusztowania, zda ci się, że potwór ten dobrowolnie, chętnie wykonywa swą robotę. Rusztowanie jest wspólnikiem kata; pożera; je ciało, pije krew. Potwora tego spłodzili sędzia i cieśla: jest to widmo, żyjące strasznem życiem, karmiące się tysiącem śmierci.  To też wrażenie było straszne i głębokie; nazajutrz po traceniu i w kilka dni później, biskup wydawał się znękany, zgnębiony. Pogoda, prawie gwałtowna w żałobnej chwili znikła; widmo sprawiedliwości społecznej trapiło go nieustanie. On, co zwykle od wszystkich czynności wracał z promieniejącem zadowoleniem, tym razem zdawał się szynie sobie wyrzuty. Chwilami mówił do siebie samego, i szeptał półgłosem ponure monologi. Siostra jego podsłuchała z nich jeden i zanotowała: — Nie sądziłem, żeby to było tak potworne. Wada to zaglębizć się w prawie boskiem tak, dalece, że się nie dostrzega już prawa ludzkiego. Śmierć należy tylko do Boga. Jakim prawem ludzie dotykają tej rzeczy nieznanej?  Z czasem wrażenia te osłabły, a może i zatarły się. Wszelako zauważono, że biskup odtąd starannie unikał placu, na którym odbywało się tracenie.  Każdej chwili można było wezwać p. Myriel do łoża chorych i umierających. Wiedział, że to jest jedną z najważniejszych prac jego i największych obowiązków. Wdowy i sieroty nie potrzebowały go prosić, sam do nich przychodził. Umiał usiąść i milczeć długie godziny przy mężu, który utracił ukochaną żonę, przy matce, która straciła dziecię. Jak umiał milczeć, tak wiedział stosowną porę do przemówienia. O przedziwny pocieszycielu! Nie starał się zatrzeć boleści zapomnieniem, ale ją uzacnić, udostojnić nadzieją! Mówił: — „Zważ dobrze, jak się zwracasz do umarłych. Nie myśl o tem, co butwieje i niknie. Patrz w górę. Ujrzysz tam w głębi nieba żyjące światło ukochanego nieboszczyka“. Starał się uspokoić człowieka zrozpaczonego, ukazując mu palcem człowieka, z poddaniem znoszącego ogrom boleści: starał się złagodzić boleść patrzącą w grób, ukazując boleść patrzącą na gwiazdę.

V. Monsignor Benvenuto za długo nosi swoje sutanny.

W życiu prywatnem p. Myriel przebijała się ta sama myśl, co i w życiu publicznem. Kto miał sposobność przypatrzeć mu się zbliska, podziwiał i wielbił dobrowolne ubóstwo, w którem żył ksiądz biskup D.  Jak wszyscy starcy i wielu myślicieli, sypiał mało. Krótki ten sen był głęboki. Rano rozmyślał z godzinę, następnie odprawiał mszę w katedralnym kościele lub domu. Po mszy jadł śniadanie, składające się z chleba żytniego i mleka od własnych krów. Później pracował.  Biskup ma wiele zajęcia; codziennie przyjmować musi sekretarza djecezji, zwykle kanonika i prawie codziennie wikarjuszy jeneralnych. Kontroluje zgromadzenia, daje przywileje, przegląda całą księgarnię duchowną, parafjalną, katechizmy djecezjalne, książki do nabożeństwa i t. p.; pisze listy pasterskie, upoważnia do kazań i słuchania spowiedzi, godzi proboszczów z merami, prowadzi korespondencję kościelną, korespondencję admistracyjną, to z rządem, to ze Stolicą Apostolską: tysiące spraw.  Czas pozostały od tych tysiąca spraw, od brewiarza i obrządków kościelnych, poświęcał najprzód ubogim, chorym i zasmuconym; czas, który mu zostawili ubodzy, zasmuceni i chorzy, oddawał pracy. To kopał w ogrodzie, to czytał i pisał. Dwa te rodzaje pracy nazywał jednym wyrazem: mówił, iż bawi się ogrodem. „Umysł jest ogrodem“ — dodawał.  Około południa, gdy czas był piękny, wychodził na przechadzkę w pole, lub do miasta, często zachodząc do lepianek. Zwykle szedł sam, zamyślony, ze spuszczonem i oczyma, wsparty na długiej lasce, odziany ciepłym paledranem watowanym fioletowego koloru, w fioletowych pończochach, grubych trzewikach i w płaskim kapeluszu trójgraniastym z trzema sutemi kutasami. Radość była wielka wszędy, gdzie się ukazał. Rzekłbyś, że jego przejście miało w sobie coś rozgrzewającego i oświecającego. Dzieci i chorzy wychodzili przed progi domów do biskupa jak do słońca. Błogosławił i jemu błogosławiono. Wskazywano jego dom, gdy ktokolwiek potrzebował czego.  Tu i owdzie zatrzymał się, mówił do chłopców i dzieweczek, uśmiechał się do matek. Nawiedzał biednych, dopóki miał pieniądze, gdy mu ich zbrakło, odwiedzał bogatych.  Ponieważ nosił sutanny przez czas bardzo długi, a nie chciał, żeby to było widoczne, wychodząc na miasto zwykle kładł na wierzch fioletowy paledran. Podczas lata było mu trochę niewygodnie.  Powróciwszy, jadł obiad. Obiad podobny był do śniadania.  Wieczorem o wpół do dziewiątej wieczerzał z siostrą, pani Maglora usługiwała do stołu. Nic skromniejszego nad ten posiłek. Jeżeli jednak biskup miał na kolacji którego z proboszczów, pani Maglora nie omieszkała postawić na stole Jego Eminencji wyborną rybę jeziora, lub delikatną zwierzynę gór. Kiedy proboszcz był dobrym pozorem do wybornej wieczerzy, biskup pozwalał na wszystko. Wyjąwszy jednak takie nadzwyczajne wypadki, na kolację dawano zwykle same jarzyny na wodzie, lub zupę na oliwie. Mówiono też na mieście: — Kiedy biskup nie je po proboszczowsku, jada jak trapista.  Po wieczerzy rozmawiał z pół godziny z panną Baptystą i panią Maglorą; później wracał do pokoju swojego i zasiadał do pisania, to na ćwiartkach, to na marginesie jakiego voluminu. Był wszechstronnie ukształconym i trochę uczonym. Pozostawił pięć czy sześć rękopismów dość ciekawych; między innemi rozprawę nad wierszem Genezy: Na początku duch Boży unosił się nad wodami. Porównywa z tym wierszem trzy teksty: wiersz arabski mówiący: Wiatry Boże wiały; — wersję Józefa Flawjusza: Wiatr z góry rzucał się na ziemię i nakoniec parafrazę chaldejską Onkelos: Wiatr pochodzący od Boga wiał na powicierzchnię wód.  W innej rozprawie rozbiera dzieła teologiczne Huga, biskupa Ptolemaidy, pradziada autora tej książki, i utrzymuje, że temu biskupowi należy przypisać różne dziełka, ogłoszone w zeszłym wieku pod pseudonymem Barlezcourta.  Niekiedy, czytając jaką książkę, wpadał nagle w głęboką zadumę i ocknąwszy się, pisał kilka wierszy na kartach. Wiersze te często nie miały żadnego związku z treścią książki. Mamy przed sobą notę, którą napisał na marginesie książki in quarto pod tytułem: Korespondencja lorda Germain z jenerałami Clinton, Cornwalis i admirałami stacji amerykańskiej. Wersal u Poinsot księgarza i Paryż u Pissot księgarza, ulica Augustjańska. Oto jest ta nota:  „O ty, który jesteś!  „Ekklezjastes nazywa Cię Wszechmocą, księgi Machabeuszów nazywają Cię Stwórcą, list do Efezów nazywa Cię Wolnością. Baruch nazywa Cię Nieskończonością, Psalmy nazywają Cię Mądrością i Prawdą, Jan nazywa Światłością, Księgi Królów Panem, Księga Wyjścia Opatrznością, Księga Kapłańska Świętością, Esdrasz Sprawiedliwością, stworzenie nazywa Cię Bogiem. człowiek nazywa Cię Ojcem, ale Salomon nazywa Cię Miłosierdziem, i to jest najpiękniejsze ze wszystkich nazwisk Twoich“.  Około dziewiątej wieczór dwie kobiety odchodziły do swoich pokojów na pierwszem piętrze i zostawiały go samego na dole.  Tu wypada nam dać dokładne wyobrażenie o mieszkaniu księdza biskupa D.

VI. Kto strzegł domu biskupa?

Dom jego, jak powiedzieliśmy, był o jednem piętrze z poddaszem. W tyle domu ogród, ćwierć morgi rozległy. Dwie kobiety zajmowały pierwsze piętro. Biskup mieszkał na dole. Pierwszy pokój od ulicy był salą jadalną, drugi sypialnią, trzeci kapliczką. Żeby wyjść z kapliczki, trzeba było przechodzić przez sypialnię, a z sypialni nie można było wyjść, nie przechodząc przez pokój jadalny. W głębi kapliczki był alkierzyk zamknięty, z łóżkiem dla gościa. Ksiądz biskup zwykł był zapraszać do siebie na nocleg proboszczów ze wsi, których pilne sprawy, lub interesy parafji sprowadzały do D.  Apteka szpitalna, mały budynek przyległy do domu od strony ogrodu, zamieniony został na kuchnię i spiżarnię.  Prócz tego była w ogrodzie obora, niegdyś kuchnia szpitalna i tu biskup pomieścił dwie krowy. Jakąkolwiek dały ilość mleka, ksiądz biskup niezmiennie każdego poranku wysyłał połowę dla chorych szpitala. — Płacę moją dziesięcinę — mawiał.  Jego pokój był dość obszerny i dość trudno ogrzewający się w ostrej porze roku. Ponieważ drzewo jest bardzo drogie w D., wpadł na myśl urządzenia pokoiku w obórce, przedzielając ją przepierzeniem z desek. W tym pokoiku przepędzał wieczory w czasie mrozów. Nazywał go swym salonem zimowym.  W tym salonie zimowym, podobnie jak w pokoju jadalnym, jedynemi meblami był stół biały kwadratowy i cztery krzesła wyplatane słomą. Prócz tego w pokoju jadalnym stał stary kredens klejowo malowany na czerwono. Z drugiego podobnego kredensu, przyzwoicie nakrytego ręcznikami i obrusami, obszytemi fałszywą koronką, biskup zrobił ołtarz, ozdabiający kapliczkę.  Jego bogate penitentki i pobożne kobiety z D. często zbierały między sobą składkę na nowy ołtarz do kaplicy J. Eminencji; biskup zawsze, odebrawszy składkowe pieniądze, oddawał je ubogim. — Najpiękniejszym ołtarzem, mawiał, jest dusza biedaka pocieszonego i dziękującego Bogu.  W kapliczce stały dwa krzesła do modlenia się, wyplatane słomą, a w pokoju sypialnym tak i sam fotel z poręczami. Gdy przypadkiem przyjm ował u siebie na raz siedm, lub ośm osób, prefekta, lub jenerała, lub kilku uczniów ze szkółki duchownej, musiano szukać krzeseł w oborze z salonu zimowego, w pokoju sypialnym, w kaplicy, i w ten sposób zebrano z jedenaście siedzeń dla gości. Za przybyciem nowych gości, ogołacano z mebli jeden pokój.  Niekiedy zeszło się dwadzieścia osób; wówczas biskup ukrywał kłopoty położenia, stojąc przed kominkiem, jeśli była zima, lub przechadzając się po ogrodzie, jeśli było lato.  W zamkniętym alkierzu było także krzesło, ale z plecionką na wpół podartą i o trzech nogach, służyć więc mogło tylko oparte o ścianę. Panna Baptysta miała w swoim pokoju szeroką kanapę z drzewa niegdyś złoconego, o krytą jedwabną materją w kwiaty, ale że schody były za wązkie, musiano ją w ciągnąć na górę przez okno, nie liczono więc na nią w razie przenoszenia siedzeń dla gości.  Panna Baptysta marzyła dawniej o sprawieniu kanapy i krzeseł mahoniowych, obitych półaksamitem żółtym. Ale to kosztowałoby najmniej pięćset franków; zobaczywszy przeto, że po pięciu latach udało jej się zaoszczędzić zaledwie czterdzieści dwa franki i dziesięć centymów, wyrzekła się na zawsze tej ambicji. Zresztą, któż na świecie urzeczywistnił swój ideał?  Trudno sobie wyobrazić coś skromniejszego i prostszego nad pokój sypialny biskupa. Drzwi szklane wychodziły na ogród; naprzeciw nich łóżko szpitalne żelazne, osłonione zieloną kotarą z grubej flaneli; w głębi łóżka za firanką toaletka z różnemi potrzebami, zdradzającemi dawne eleganckie zwyczaje człowieka światowego; dwoje drzwi: jedne przy kominku prowadziły do kapliczki, drugie przy bibljotece do sali jadalnej. Bibljoteka, wielka szafa oszklona, pełna była książek: kominek z drzewa koloru marmurkowego, zwykle bez ognia; przy kominku eleganckie cęgi żelazne, ozdobione girlandami i prążkami, nabijanemi srebrem, co było rodzajem zbytku biskupiego: nad kominkiem krucyfiks miedziany, niegdyś posrebrzany, wisiał na wypłowiałym aksamicie czarnym, w ramkach drewnianych z wytartą pozłotą; blisko drzwi wielki stół, na nim kałamarz i pióra, pliki rozrzuconych papierów i grube księgi. Przed stołem fotel wyplatany słomą. Przed łóżkiem klęcznik, pożyczony z kaplicy.  Dwa obrazy w owalnych ramach wisiały po obydwóch stronach łóżka. Złocone napisy na tle obrazu obok postaci wskazywały, że portrety wyobrażały jeden księdza Chaliot, biskupa St. Claude, drugi księdza Tourteau, wikarjusza jeneralnego z Agde, opata Grand Champs. Biskup zajmując pokój po chorych szpitala, zastał te portrety i zostawił. Wyobrażały kapłanów i prawdopodobnie dobrodziejów szpitala; z obydwóch tytułów je szanował. O kapłanach tych tyle tylko wiedział, że król mianował współcześnie dnia 27 kwietnia 1785 r. jednego biskupem, drugiego opatem. Gdy, pani Maglora zdjęła obrazy, żeby je otrzepać z kurzu biskup znalazł ten szczegół zapisany wyblakłym, atramentem na kawałku zżółkłego papieru, w czterech końcach przylepionego lakiem na odwrotnej stronie portretu opata Grand Champs.  Na oknie miał staroświecką firankę z grubej wełnianej materji, która z czasem tak się zestarzała, iż pani Maglora, unikając wydatku na nową, wstawiła w samym środku ogromną łatę. Łata miała kształt krzyża. Podobało się to biskupowi i nieraz mówił: — Jak to ślicznie odbija!  Wszystkie bez wyjątku pokoje, na dole i na górze, wybielone były wapnem, stosownie do mody, przyjętej w koszarach i szpitalach.  W ostatnich przecież łatach pani Maglora, jak później zobaczymy, odkryła pod zabielonym papierem malowidło, zdobiące apartament panny Baptysty. Dom ten nim został szpitalem, był salą posiedzeń mieszczaństwa. Ztąd te malowidła. Posadzki izb były z czerwonej cegły, którą myto co tydzień. Przed łóżkami leżały słomianki. Zresztą mieszkanie pod zarządem dwóch kobiet, było wytwornej czystości. Na ten jeden zbytek biskup pozwalał, mówiąc: To nie odbiera nic ubogim.  Przyznać jednakże trzeba, że z dawnych czasów pozostało mu sześć nakryć srebrnych i łyżka wazowa, która ku pociesze pani Maglory błyszczała codziennie na grubym obrusie płóciennym. A że malujemy tu biskupa D. jakim był w istocie, powinniśmy dodać, iż nieraz zdarzyło mu się przyznać: „z trudnością odzwyczaiłbym się od jedzenia na srebrze“.  Do tych sreber dołączyć należy dwa grube świeczniki, które odziedziczył po babce. Świeczniki te ze świecami woskowemi zwykle stały na kominku biskupa. Gdy miał kogo na obiedzie. pani Maglora zapalała obydwie świece i stawiała świeczniki na stole.  W pokoju biskupa nad łóżkiem była w murze szafka, do której co wieczór pani Maglora chowała sześć nakryć srebrnych i wielką łyżkę. Rozumie się, iż nigdy nie wyjmowano klucza.  Ogród, nieco oszpecony budynkami, o których mówiliśmy, składał się z czterech alei, krzyżujących się pod kątem prostym przy studzience; inna aleja dokoła ogrodu szła wzdłuż białego muru, którym był otoczony. Między alejami były cztery kwatery, obsadzone bukszpanem. W trzech pani Maglora miała warzywa; w czwartej biskup sadził kwiaty; tu i owdzie rosły drzewa owocowe. Razu jednego pani Maglora rzekła do niego, uśmiechając się z dziecinną złośliwością: — Wasza wysokość ze wszystkiego umie wyciągnąć pożytek, a oto ta kwatera jest nieużyteczna. Lepiej byłoby zasadzić ją sałatą, niż kwiatami.  — Mylisz się, pani Magloro. — odpowiedział biskup. — Rzecz piękna równie jest potrzebną, jak rzecz użyteczna. — I dodał po chwili milczenia: — A może więcej.  Kwatera ta, złożona z trzech czy czterech klombów, zajmowała księdza biskupa prawie tyle, co książki. Chętnie przepędzał tam parę godzin, obcinając, pieląc, robiąc tu i owdzie dołki, w które sypał ziarna. Nie był takim nieprzyjacielem owadów, jakby tego chciał ogrodnik z rzemiosła. Nie miał też żadnej pretensji do botaniki. Obojętne były dlań systemy uczone, nie studjował roślin, kochał tylko kwiaty. Szanował bardzo uczonych, bardziej jeszcze szanował ciemnych i prostaczków i nie ubliżając ani jednym, ani drugim, co wieczór w lecie podlewał klomby konewką blaszaną, malowaną na zielono.  W całym domu nie było drzwi na klucz zamkniętych. Drzwi jadalnego pokoju, wychodzące w prost na Plac katedralny, dawniej ozdobione były ryglami i zamkami, jak wrota więzienia. Biskup kazał wyrzucić te żelaztwa i drzwi dniem i nocą zamykać tylko na klamkę. O którejkolwiek godzinie pierwszy lepszy mógł wejść do biskupa. W początkach niepokoiło dwie kobiety, że drzwi nigdy nie były zamknięte, ale biskup im mówił: jeżeli chcecie, każcie zaryglować swoje pokoje. W końcu podzielały jego zaufanie, a przynajmniej tak postępowały, jakby w istocie podzielały. Tylko panią Maglorę niekiedy strach zdejmował. Co do biskupa, myśl jego odgadnąć można z trzech wierszy, które napisał na marginesie Biblji: „Ta zachodzi różnica: drzwi lekarza nie powinny nigdy być zamknięte, drzwi kapłana powinny być zawsze otwarte“.  Na innej książce p. t. Filozofia nauki lekarskiej napisał taką notę: „Czyż nie jestem lekarzem jak oni? ja także mam swoich chorych: najprzód mam ich chorych, których oni nazywają pacjentami, a dalej mam swoich, których nazywam nieszczęśliwymi“.  Na innej znowu książce napisał: „Nie pytajcie o nazwisko człowieka, który was prosi o nocleg. Ten mianowicie potrzebuje-schronienia, co się własnego nazwiska lęka...“  Jeden zacny proboszcz, nie pamiętamy z jakiej parafji, z Couloubroux czy z Pompierry, zapytał pew negodnia Jego Eminencji (prawdopodobnie za namową pani Maglory), czy w istocie był pewnym, że nie jest nieopatrznością zostawiać dniem i nocą drzwi otwarte dla każdego i czy nie obawia się jakiego nieszczęścia w domu tak mało strzeżonym. Biskup poważnie położył rękę na jego ramieniu i rzekł: Nisi Dominus custodierit domum in vanum vigilant, qui custodiunt eam.  I zwrócił rozmowę na inny przedmiot.  Chętnie mawiał: „Kapłan musi być równie odważny, jak pułkownik dragonów“. „Ale, dodawał, nasza odwaga powinna być spokojną“.

VII. Cravatte.

Tu miejsce wspomnieć o zdarzeniu, którego pominąć nie możemy — jest bowiem jednem z tych, co najlepiej malują, jakim człowiekiem był biskup D.  Po wytępieniu bandy Kacpra Bès, który rozbijał w wąwozach Ollioules, jeden z jego podkomendnych, nazwiskiem Cravatte, schronił się w góry z oddziałem rozbójników. Pewien czas tułał się w hrabstwie Nicejskiem, później przedarł się do Piemontu, i nagle ukazał się we Francyi od strony Barcellonetty. Widziano go najprzód w Jauziers, potem w Tuilach. Ukrywał się w pieczarach, zwanych Jarzmem orłem, zkąd przez parowy Ubaye i Ubayetty spuszczał się do wiosek i napadał na dwory.  Zagony swe posunął do miasta Embrun, nocą w darł się do kościoła katedralnego i okradł zakrystję. Rozboje jego trapiły okolicę. Wysyłano w trop za nim żandarmów, ale napróżno. Zawsze zmylał pogonie, niekiedy ucierał się z żandarmami. Był to zuchwały nędznik. W czasie ogólnej trwogi przybył biskup. Odbywał objazd djecezjalny w Chastelar. Mer wyszedł na jego spotkanie i namawiał, aby się zawrócił. Cravatte zajmował górę aż do Arche i dalej. Niebezpiecznie było iść tam nawet z eskortą. Daremnie tylko narażałoby się życie trzech lub czterech biednych żandarmów.  — To też — rzekł biskup — myślę iść bez eskorty.  — Wasza Eminencja myśli o tem serjo — zawołał mer.  — Tak dalece na serjo, że stanowczo nie przyjmuję straży żandarmów i za godzinę ruszam w drogę.  — W drogę?  — W drogę.  — Sam?  — Sam.  — Eminencjo! nie zrobisz tego.  — Na górze — odparł biskup — je st biedna gmina, której od trzech lat nie odwiedzałem. Są to moi dobrzy przyjaciele. Pasterze uczciwi i cisi. Mają jedną własną kozę na trzydzieści strzeżonych, wyrabiają piękne sznureczki wełniane rozmaitych kolorów i wygrywają piosenki góralskie na małych fujarkach. Trzeba im czasami mówić o Panu Bogu. Coby powiedzieli o bojaźliwym biskupie? Coby powiedzieli, gdybym do nich nie poszedł?  — Eminencjo, a rozbójnicy?  — Ach — rzekł biskup — dobrze żeś mi przypomniał. Masz pan słuszność. Mogę ich spotkać. Im także trzeba mówić o Panu Bogu.  — Eminencjo, to banda zbójów! to gromada wilków!  — Panie merze, kto wie, czy Jezus Chrystus nie przeznaczył mnie na pasterza tej właśnie gromady: — kto zna drogi Opatrzności?  — Eminencjo, obedrą cię.  — Nic nie mam.  — Zabiją.  — Starego poczciwego księdza, co idzie, szepcąc pacierze? Ba, a to na co?  — O mój Boże! Jeżeli monsignor ich spotkasz!  — To poproszę o jałmużnę dla moich ubogich.  — Eminencjo nie chodź. Na miłość Boską! nie narażaj swego życia.  — Panie merze, czy o to tylko ci chodzi? Nie po to jestem na świecie, żeby strzedz życia, ale żeby pilnować dusz.  Nie było rady, musiano go puścić. Wyruszył w towarzystwie pacholęcia, które ofiarowało się być jego przewodnikiem. Upór biskupa narobił hałasu w okolicy i srodze przestraszył parafian.  Nie chciał brać z sobą ani siostry, ani pani Maglory. Przejechał górę na mule, nie spotkał nikogo i przybył cały i zdrów do swoich przyjaciół — pasterzy.  Bawił dwa tygodnie, każąc, administrując sakramenty, nauczając, pocieszając. Przed odjazdem postanowił był zaśpiewać pontyfikalnie „Te Deum“. Mówił o tem proboszczowi. Ale co począć? Brakowało kościelnego stroju biskupiego. W ubogiej zakrystyi wiejskiej było tylko kilka starych ornatów z wypłowiałego adamaszku, lamowanych szychem.  — Ba — rzekł biskup — księże proboszczu, nic to nie znaczy; zapowiedzmy z kazalnicy nasze „Te Deum “. Jakoś się urządzi.  Szukano w okolicznych kościołach. Wszystkie zebrane razem wspaniałości tych ubogich parafij ledwie mogły przyzwoicie ubrać kantora katedralnego.  Kiedy tak kłopotano się przybywają do plebanji dwaj nieznajomi jeźdźcy i złożywszy wielką skrzynię dla księdza biskupa, odjeżdżają natychmiast. Otwarto skrzynię. Zawierała kapę złotolitą, mitrę ozdobioną brylantami, krzyż arcybiskupi, wspaniały pastorał i wszystkie szaty pontyfikalne, przed miesiącem skradzione ze skarbca kościoła Najświętszej Panny w Embrun. W skrzyni był także papier, na którym stały te słowa: Cravatte dla Monsignora Benvenuto.  — Nie mówiłem, że się jakoś urządzi! — rzekł biskup. I dodał z uśmiechem: — Kto przestaje na komeżce proboszcza, temu Bóg przysyła kapę arcybiskupią.  — Eminencjo — szeptał proboszcz, kiwając głową, Bóg, a może djabeł.  Biskup bystro spojrzał na proboszcza i odparł z powagą: — Bóg.  Gdy wrócił do Chastelar przez całą drogę przypatrywano mu się ciekawie. Na plebanji czekały go panna Babtysta i pani Maglora; biskup rzekł do siostry: „A co! nie miałem racji? ubogi kapłan poszedł do biednych górali z próżnemi rękami, a wrócił od nich z pełnemi. Wyjeżdżając ztąd, brałem z sobą tylko ufność w Bogu, a oto przywożę skarb katedralnego kościoła“.  Wieczorem przed pójściem na spoczynek powiedział jeszcze: — Nie lękajmy się nigdy złodziejów i zbójców. Są to niebezpieczeństwa małe. Ale lękajmy się nas samych. Przesądy — to złodzieje; występki — to zbójcy. Wielkie niebezpieczeństwa są wewnątrz nas. Nie dbajmy o to, co zagraża naszej głowie lub kieszeni. Myślmy tylko o tem, co grozi naszej duszy.  Później, obracając się do siostry: — Siostro, rzekł, kapłan nigdy się nie strzeże, ani obawia bliźniego. Co czyni bliźni, Bóg dopuszcza. Dość nam modlić się, gdy sądzimy, że niebezpieczeństwo zagraża. Módlmy się do Boga nie za nas, ale za brata, co z naszej okazyi w grzech wpada. Zresztą wypadki były rzadkie w jego życiu. Opowiadamy te, o których wiemy; ale zwyczajnie dni upływały mu na wypełnianiu jednakich czynności w jednakich chwilach. Miesiąc jego roku podobny był do godziny jego dnia.  Bylibyśmy w kłopocie, gdyby nas zapytano, co się stało ze „skarbem“ kościoła katedralnego w Embrum. Były to rzeczy bardzo piękne, bardzo ponętne, i bardzo dobre do skradzenia dla ubogich. Zresztą skradzione już raz były. Zła połowa przygody już się spełniła; pozostawało tylko zmienić kierunek kradzieży i pchnąć ją na ścieżkę w stronę ubogich. Z tem wszystkiem, nie twierdzimy niczego w tym przedmiocie. Ale znaleziono w papierach notę dość ciemną, zapewne w związku z tą sprawą; brzmi ona tak: Zachodzi pytanie, czy ma to powrócić do kościoła katedralnego, czy iść do szpitala.

VIII. Filozofja po kieliszku.

Senator, o którym mówiliśmy wyżej, był to człek roztargnięty, co szedł prosto przed siebie, nie oglądając się, ani zważając na napotykane przeszkody, zwane sumieniem, zaprzysiężoną wiarą, sprawiedliwością, obowiązkiem; szedł tedy prosto do celu, nie potknąwszy się ani razu na drodze do godności i majątku. Dawniejszy prokurator królewski, rozpieszczony powodzeniem, nie był wcale złym człowiekiem, świadczył drobne przysługi swym synom, zięciom, krewnym, nawet przyjaciołom; brał rozumnie z życia tylko dobre jego strony, dobre sposobności i dobre gratki. Reszta wydawała mu się dość głupią. Był dowcipny i tyle ukształcony, że zdawało mu się, iż jest uczniem Epikura, a rzeczywiście był tylko dzieckiem Pigault-Lebruna. Chętnie a przyjemnie żartował z rzeczy nieskończonych i wiecznych i z „mrzonek poczciwca biskupa“. Niekiedy nawet z uprzejmą powagą żartował wobec samego p. Myriel. który cierpliwie słuchał.  Nie pamiętam już na jakiej półurzędowej ceremonii hrabia *** (ów senator) i p. Myriel byli na obiedzie u prefekta. Przy wetach rozochocony, ale zawsze godności swej pomny senator, zawołał:  — Dalibóg, księże biskupie, gawędźmy. Senator i biskup z trudnością patrzą, na się, nie mrugnąwszy oczyma. Jesteśmy jak dwaj augurowie. Zrobię jego mości wyznanie. Mam swoją filozofję.  — I słusznie — odpowiedział biskup. — Jak sobie kto filozofuje, tak się wysypia. Ty, panie senatorze, spoczywasz na purpurowem łożu.  Zachęcony senator dodał:  — Bądźmy dobrem i dziećmi.  — Choćby djabłami, byle dobremi, rzekł biskup.  — Oświadczam tedy jegomości, prawił senator, że margrabia d’Argens, Pyrron, Hobbes i Naigeon w cale nie są osły. Mam w bibliotece wszystkich moich filozofów ze złoconemi brzegami.  — Zupełnie jak ty, panie hrabio — wtrącił biskup.  Senator mówił dalej:  — Nie cierpię Diderota; to ideolog, deklamator i rewolucjonista; w gruncie wierzy w Boga i jest większym bigotem od Voltaire’a. Voltaire niesłusznie żartował z Needhama, bo węgorze Needhama dowodzą, że Bóg jest nieużyteczny. Kropla octu w łyżce ciasta wygodnie zastąpi fiat lux. Wyobraź sobie grubszą kroplę i większą łyżkę, a będziesz miał świat. Człowiek, to węgorz. A więc na co się przydał ojciec przedwieczny? Księże biskupie, hypoteza Jehowy nudzi mię, nuży. Człek tylko od niej chudnie i majaczy. Precz z wszechpotęgą, która mnie dręczy! Niech żyje Nicość, co mię zostawia w błogim spokoju. Mówiąc między nami otwarcie, i jak przystoi, spowiadając się przed moim pasterzem, wyznam jegomości, że mam zdrowy rozsądek. Nie jestem zakochany w waszym Bogu, który prawi na wsze strony o zrzeczeniu się i poświęceniu. Rada skąpca, dana nędzarzom. Zrzeczenie się: po co? Poświęcenie: dla kogo? Nie widziałem, żeby kiedy wilk zarzynał się dla szczęścia drugiego wilka. Pozostańmy więc w granicach przyrody. Stoimy na szczycie; miejmyż filozofję wyższą. Na co się zda stać na górze, jeżeli widzimy tylko koniec nosa drugich? Żyjmy wesoło. Życie, to wszystko. Że człowiek ma drugą, przyszłość gdzieindziej, w górze, na dole, gdziekolwiek, nie wierzę ani odrobiny. Ach! zalecają mi poświęcenie i zaparcie, mam czuwać nad wszystkiem, co czynię, mam sobie łamać głowę nad tem, co jest dobre, a co złe, sprawiedliwe a niesprawiedliwe, godziwe a niegodziwe. I po co? bo muszę zdać rachunek z mych czynności. Kiedy? Po mojej śmierci. Śliczne marzenia! Po śmierci, mądry kto mnie zdybie. Proszę mi ręką z cienia schwytać garść popiołu. Mówmy prawdę, my, co jesteśmy wtajemniczeni i podnieśliśmy zasłonę Izydy; nie ma ani dobra, ani zła; jest tylko wegetacja. Szukajmy rzeczywistości, szperajmy, kopmy, sięgajmy do głębi; co u licha! trzeba grzebać pod ziemią, zwąchać prawdę i schwytać. A dopiero da ci wytworne rozkosze. Wtedy stajesz się silny, i żartujesz sobie. O, mnie nie łatwo z nóg zetniesz. Księże biskupie, nieśmiertelność duszy, to bajeczka dla dzieci. O, przedziwna obietnica! Zaufaj jej, jeśli masz ochotę. Śliczny los dostał się Adamowi! jest duszą, będzie aniołem, będzie miał białe skrzydła na łopatkach. Dopomóż jegomość mej pamięci: Wszak to Tertuljan powiedział, że błogosławieni przechodzić będą z jednej gwiazdy na drugą? Będziemy tedy szarańczą gwiazd. A potem zobaczymy Boga. Ta, ta, ta. Brednie wszystkie te raje. Bóg jest potworną mrzonką. Dalibóg nie ogłoszę tego w Monitorze: mówi się to między przyjaciółmi. Inter pocula. Poświęcać ziemię dla nieba jest to wypuszczać z rąk tłusty kąsek dla cienia. Marzyć o nieskończoności! nie głupim. Jestem nicestwem. Nazywam się hrabia Nicość, senator. Czy byłem przed urodzeniem? Nie. Czy będę po śmierci? Nie. Cóż jestem? Garstka prochu, zlepiona w organizm. Co mi wypada czynić na tej ziemi? mam do wyboru: cierpieć lub używać. Dokąd mnie zaprowadzi cierpienie? do nicestwa. Alem cierpiał. Dokąd mnie zaprowadzi używanie? do nicestwa. Alem używał. Więc wybór uczyniony. Trzeba albo jeść, albo być zjedzonym. Wolę jeść. Lepiej być zębem niż strawą. Taka moja filozofja. W końcu czeka nas grabarz, czeka nas ziemia, Panteon dla wybranych, wszystko wpada do wielkiego dołu. Koniec. Finis. Likwidacja ogólna. Śmierć jest rzeczywiście śmiercią, wierzaj mi jegomość. Śmieszy mnie myśl sama, że tam jest ktoś, z którym będę miał do czynienia. Wymysły piastunek. Czem są strachy dla dzieci, tem Jehowa dla ludzi. Nie, naszem jutrem jest noc. Za grobem są tylko równe nicestwa. Czyś był Sardanapalem, czyś był Wincentym à Paulo — jednakże będziesz nicością. Oto istotna prawda. A więc przedewszystkiem żyj. Używaj życia póki je masz. Doprawdy powiadam księdzu biskupowi, że mam filozofię i swoich filozofów. Lada brednia nie wywiedzie mnie w pole. Z tem wszystkiem trzeba coś dla chołoty, dla bosaków, dla nędzarzy. Rzucają więc w paszczę zgłodniałej tłuszczy legendy, chimery, duszę, nieśmiertelność, raj i gwiazdy. Niebożęta żują jak mogą te przysmaki: służy to im za masło do suchego chleba. Kto nic nie ma, dają mu Pana Boga. I owszem, niech go biorą, ale dla siebie chowam pana Naigeon. Pan Bóg dobry jest tylko dla ludu.  Biskup zaklaskał w dłonie.  — To mi się zowie pięknie mówić! Wyborna, prawdziwie cudowna rzecz ten materjalizm. Nie każdy go ma, kto zechce, ale kto go ma, tego nie wywiedziesz już w pole: nie da się głupio wysyłać na wygnanie jak Katon, ani kamienować jak Szczepan, ani palić żywcem jak Joanna d’Arc. Ci, którym się udało posiąść ten przedziwny materjalizm, mają szczęście i uciechę uważać się za nieodpowiedzialnych i myśleć, że bez troski mogą pożerać wszystko: posady, synekury, godności, władzę, dobrze lub źle nabytą, przeniewierstwa zyskowne, zdrady użyteczne, smakowite szacherki z sumieniem — i że zstąpią do grobu, skończywszy trawienie. Jak to przyjemnie — nie mówię tego do ciebie, panie senatorze. Wszelako muszę ci powinszować. Wy, wielcy panowie, jak sam powiadasz, macie filozofję własną, dla siebie, wytworną, wyrafinowaną, doskonałą do wszystkich sosów, dziwnie przyprawiającą rozkosze życia. Głęboką tę filozofję wygrzebują tylko uprzywilejowani szperacze. Ale jako panowie łaskawi, pozwalacie, żeby wiara w Pana Boga była filozofją biednego ludu, prawie tak samo, jak gęś, nadziana kasztanami, zastępuje indyka z truflami.

IX. Siostra o bracie.

Żeby dać wyobrażenie o życiu domowem księdza biskupa w D. o tem, jak dwie zacne kobiety chętnie stosowały swe czyny, myśli, nawet trwożliwe instynkta niewieście do zwyczajów i zamiarów biskupa, choć ich nie starał się dać poznać, podobno dokażemy tego najlepiej, przepisując tu list panny Baptysty do wicehrabiny de Boischevron, przyjaciółki z la t dziecinnych. List ten mamy w ręku.

D. — 16 grudnia 18...

 „Dobra, kochana pani, nie masz dnia. żebyśmy o tobie nie mówiły. Jest to już w naszym zwyczaju, a teraz przybył nowy powód. Wyobraź sobie, że pani Maglora, myjąc i oczyszczając z kurzu sufit i mury, zrobiła odkrycia; dziś dwa nasze pokoje, obite starym papierem pobielanym wapnem, nie oszpeciłyby pałacu choćby takiego, jak twój. Pani Maglora zdarła wszystek papier. Pod obiciem znalazły się śliczne rzeczy. Salon mój bez mebli, w którym zwykle suszymy bieliznę, jest piętnaście stóp wysoki, a ośmnaście szeroki i tyleż długi; sufit malowany po staroświecku ze złoceniami, belki jak u ciebie. Kiedy tu był szpital, wszystko to okrywało obicie. Nakoniec piękne filtrowania jak za czasów naszych prababek. Ale najciekawszy jest mój pokój. Pani Maglora, zdarłszy z jakie dziesięć naklejonych papierów, odkryła wcale niezgorsze malowidła. Tu Telemaka pasuje na rycerza Minerwa, tam Telemak w ogrodach, których nazwiska zapomniałam, gdzie to damy rzymskie udawały się jednej nocy. Słowem mam Rzymian, Rzymianki (tu wyraz nieczytelny) z całym orszakiem. Pani Maglora oczyściła wszystko, tego lata naprawi małe uszkodzenia, obciągnie lakierem, i mój pokój będzie prawdziwem muzeum. Znalazła także na strychu dwa stoliki staroświeckiej roboty. Żądano dwa talary za odzłocenie. lepiej jednak dać je ubogim; zresztą stoliki są brzydkie i wolałabym stół okrągły mahoniowy.  „Zawsze jestem bardzo szczęśliwa. Brat mój taki dobry. Oddaje wszystko ubogim i chorym. Okolica tutejsza jest bardzo biedną. Zima bywa ostra, i trzeba coś czynić dla cierpiących niedostatek. My przynajmniej mamy światło i opał. Jak widzisz, są to wielkie wygody.  „Mój brat ma swój właściwy sposób życia. Powiada, że biskup takim, być powinien. Wystaw sobie, że drzwi domu nigdy nie są zamknięte. Kto chce, wchodzi i zaraz jest u brata. Nie boi się niczego, nawet w nocy. Rodzaj to odwagi jemu właściwej, jak mówi.  „Nie życzy sobie, abyśmy z panią Maglora lękały się o niego. Naraża się na wszelkie niebezpieczeństwa, i nie chce nawet, żebyśmy pokazywały po sobie, że to widzimy. Trzeba umieć go zrozumieć.  „Wychodzi podczas deszczu, broczy w wodzie, podróżuje w zimie. Nie lęka się nocy. dróg niebezpiecznych, ani napaści. Przeszłego roku sam jeden poszedł do kraju rozbójników. Nie chciał nawet nas z sobą zabrać. Dwa tygodnie go nie było. Myślano, że zginął, a on wrócił najzdrowszy i rzekł: Patrzcie, jak mię okradziono! I otworzył kufer pełen skarbów kościoła katedralnego w Embrum, które mu rozbójnicy ofiarowali.  „Tym razem wracając do domu, nie mogłam wytrzymać, żeby go trochę nie złajać, ale by nikt nie słyszał, mówiłam podczas jazdy, gdy turkot powozu słowa zagłuszał.  „Z początku myślałam sobie: żadne niebezpieczeństwo go nie powstrzyma, to człowiek straszny.  „Teraz się przyzwyczaiłam. Panią Maglorę upominam, żeby mu się nie sprzeciwiała. Naraża się, kiedy chce. Ja zabieram panią Maglorę, wracam do swojego pokoju, modlę się za niego i usypiam. Jestem spokojna, gdyż wiem, że gdyby go spotkało nieszczęście, byłby to mój wyrok śmierci. Poszłabym do Pana Boga za moim bratem i biskupem. Pani Maglora trudniej przywykła do tych, jak mawiała, jego nieroztropności; ale dziś uległa. Modlimy się obydwie, lękamy obydwie i usypiamy. Choćby zły duch wszedł do mieszkania, nikt mu nie przeszkodzi. A zresztą, czego się mamy lękać w tym domu? Zawsze przebywa z nami ktoś, co jest najmocniejszy. Djabeł może wejść, ale Pan Bóg mieszka.  „To mi wystarcza. Brat nie ma dziś potrzeby mówić mi ani słowa. Odgaduję jego myśli i polecamy się Opatrzności.  „Tak należy żyć z człowiekiem, który jest duchem wielki.  „Prosiłam brata o dotyczące rodziny Faux objaśnienia, których żądasz odemnie. Wiadomo ci, że on wie wszystko i troskliwie przechowuje wspomnienia, bo zawsze jest dobrym rojalistą. Rzeczywiście jest to bardzo starożytna rodzina normandzka w okręgu skarbowym Caeńskim. Przed pięciuset laty Raul Faux, Jan Faux i Tomasz Faux, byli szlachtą, a jeden z nich panem Rochefortu. Ostatni z nich Stefan Aleksander był jakimś oficerem w lekkiej jeździe Bretańskiej. Jego córka Marja Ludwika zaślubiła Adrjana Karola Gramont, syna Ludwika księcia Gramont, para Francyi, pułkownika gwardji francuzkiej i jenerała porucznika armji. Piszą się Faux, Fauq i Faouq.  „Dobra pani, poleć nas modlitwom swego czcigodnego krewnego, księdza kardynała. Kochana twoja Sylwanja dobrze robi, że nie traci na pisaniu do mnie krótkich chwil swego pobytu u ciebie. Jest zdrową, pracuje, kocha mnie zawsze. Więcej mi nie potrzeba. I to mnie zadowala, że jak donosisz, pamięta o mnie. Zdrowie moje niezgorsze, ale codzień bardziej chudnę. Bądź zdrowa, chciałabym więcej pisać, ale otóż zabrakło papieru. Wszelkiego szczęścia i pomyślności życzę.

Baptysta“ 

P. S. „Twój wnuczek jest zachwycający. Wiesz, że wkrótce pięć lat skończy? Wczoraj, widząc konia, któremu włożono nadkolanka, zapytał: co go boli w kolanach? Miła dziecina. Jego młodszy braciszek ciągnie po pokoju starą miotłę, jak powóz i woła: wio!“  Jak widzimy z tego listu, dwie kobiety umiały się zastosować do sposobu życia biskupa, z tym właściwym kobietom genjuszem, co lepiej rozumie mężczyznę, niż on sam siebie. Biskup D. zawsze łagodny, szczery, otwarty, nieraz, nie domyślając się tego, był w czynach wielki, śmiały, wzniosły. Kobiety drżały o niego, ale nie śmiały mu się sprzeciwić. Niekiedy pani Maglora wystąpiła z jaką uwagą, gdy przedsiębrał coś ważnego i jak jej się zdawało, niebezpiecznego — nigdy jednak w czasie czynności i po jej dokonaniu. Nigdy mu się nie mieszały ani słówkiem, ani najmniejszym znakiem, gdy czynność rozpoczął. Były chwile, że chociaż im nie mówił, bo może sam nie miał świadomości, tak doskonałą była jego prostota — czuły instynktowo, że czynił jak przystało na biskupa, a wtedy nie słychać ich było w domu: rzekłbyś dwa jego cienie. Służyły mu biernie, a gdy do posłuszeństwa potrzeba było zniknąć, znikały. Przedziwną delikatnością instynktu wiedzione, rozumiały, że niekiedy troskliwość jest natrętną. To też ilekroć sądziły, że mu grozi niebezpieczeństwo, odgadując nie powiem myśl lecz naturę, przestawały zupełnie czuwać nad nim i polecały go Bogu.  Zresztą, Baptysta, jak wyczytaliście z listu, mówiła, że śmierć jej brata byłaby jej śmiercią. Pani Maglora nie mówiąc, toż samo czuła.

X. Biskup wobec nieznanej światłości.

W epoce nieco późniejszej od daty listu, któryśmy na poprzedzających przywiedli stronicach, biskup dokonał sprawy, która w przekonaniu miasta, była niebezpieczniejszą daleko od wycieczki w góry, zajęte przez rozbójników.  Niedaleko od D... na wsi żył sobie jeden człowiek w odosobnieniu wielkiem. Był on, powiedzmy śmiało odrazu, członkiem dawnym konwencji. Nazywał się G...  Mówiono o konwencjoniście G... w małym światku miasteczka ze zgrozą i oburzeniem: konwencjonista! możnaż sobie wyobrazić coś straszniejszego? Była to postać z tych czasów, kiedy się wszyscy tykali i mówili do siebie — obywatelu. Człowiek ten musiał być mniej więcej potworem. W prawdzie nie głosował on, skazując na śmierć Ludwika XVI, ale o niewiele chodziło.  Był to więc niemal królobójca. Musiał być okrutnym. Dlaczego po powrocie rodziny prawych panów Francyi, nie pozwano go przed sąd? Niechby mu byli głowy nie ścięli, jeśli chcecie, boć trzeba być miłosiernym; mniejsza o to, ale na wygnanie wiekuiste przynajmniej zasłużył. Byłby to dobry przykład i t. p.  Wszak to był ateusz, jak oni wszyscy... Słowem, plotki gęsi o jastrzębiu.  Ale G... byłże jastrzębiem w istocie? Zapewne, jeżeli z dzikiego odosobnienia godziło się wnosić. Ponieważ nie głosował przeciw Ludwikowi XVI, nie objęto go wyrokiem wygnania i pozostał we Francji.  Mieszkał o trzy ćwierci mili od miasteczka, zdała od wszelkiej osady, od gościńca, w jakimś wąwozie ukrytym dzikiej doliny. Miał tam rodzaj pola, dziurę, łożysko. Nie było sąsiadów, nikt nawet nie przechodził tamtędy.  Od kiedy mieszkał w tej dolinie, drożynę, wiodącą do niej, trawy porosły. Mówiono o tem miejscu, jak o domu kata — ze zgrozą.  Biskup wszakże myślał i kiedy niekiedyś poglądał w tę stronę, gdzie kupka drzew oznaczała dolinę, w której mieszkał stary konwencjonista, i szeptał sobie: Tam dusza osamotniona.  A w głębi myśli dodawał: — Winienbym ją odwiedzić.  Ale, przyznajmy co prawda, ta myśl, z razu naturalna, po chwili rozwagi zdawała mu się dziką, niepodobną, prawie oburzającą. Bo w gruncie podzielał wrażenie ogólne, a konwencjonista budził w nim, choć sobie z tego sprawy nie zdawał jasno, uczucie, graniczące z nienawiścią, które się najlepiej wyraża wstrętem.  Przecież czy parszywa owca ma odpychać pasterza? nie — ale taka owca!  Dobry biskup był w wielkiej niepewności, chodził czasem w tę stronę i zawracał się.  Dnia jednego wreszcie rozeszły się słuchy, że rodzaj pastucha, chłopak, który posługiwał konwencjoniscie G... w jego jamie, przyszedł do doktora i że stary zbrodzień umierał, że go paraliż ruszył, i że nocy nie przeżyje. Chwała Bogu! dodawali, słysząc to niektórzy.  Biskup wziął kij, włożył na wierzch watówkę z powodu wytartej sutanny, jakeśmy już mówili, nadziewaną, a trochę z przyczyny wieczornego wiatru chłodnego, który zaczął powiewać, i poszedł.  Słońce schylało się na zachód i już prawie dotykało widnokręgu, gdy biskup przybył do wyklętego miejsca. Nie bez bicia serca spostrzegł, że zbliżył się do nory. Przelazł przez rów, potem przez płot, podniósł drabinkę, zapierającą drogę, dostał się do opuszczonego podwórka, postąpił kilka kroków dosyć odważnie, i nagle w śród tej nowiny, z za wysokich zarośli, ujrzał jaskinię.  Była to chata nizka, biedna, mała ale czysta, z plecionką obwieszoną winną latoroślą na przodzie.  Przed drzwiami u wchodu, w starem krześle na kółkach, prostej roboty wiejskiej, siedział człowiek białowłosy, uśmiechający się do słońca.  U boku starca siedzącego stał młody chłopak, pastuszek. Podawał właśnie staremu miskę mleka.  Gdy biskup mu się przypatrywał, starzec głos podniósł: — Dziękuję — rzekł — już mi nic nie potrzeba. I uśmiech jego od słońca zwrócił się ku dziecięciu.  Biskup się zbliżył. Słysząc go przybliżającego się, starzec siedzący odwrócił głowę, na twarzy jego wyraziło się tyle zdziwienia, ile oblicze ludzkie po długiem życiu wydać go jeszcze może.  — Od kiedy tu jestem, pierwszy to raz ktoś do mnie wchodzi. Któż pan jesteś? Biskup odpowiedział:  — Zowię się Benvenuto Myriel.  — Benvenuto Myriel, gdzieś słyszałem to imię. Czy to WPana lud zowie Monsiniorem Benvenuto?  — Tak, mnie.  Starzec mówił dalej z pół-uśmiechem.  — A no, to jesteś moim pasterzem.  — Trochę.  — Proszę wnijść.  Konwencjonista podał rękę biskupowi, ale biskup jej nie wziął i rzekł tylko:  — Miło mi się przekonać, że mnie zwiedziono, jak się zdaje. Pan nie wydajesz mi się tak chory?  — Wkrótce — odparł stary — spodziewam się być zupełnie uleczonym.  A po przestanku, dodał: — Za trzy godziny umrę.  I mówił dalej: