Necrolotum - Jan Maszczyszyn - ebook

18 osób właśnie czyta

Opis

Australia, początek XX wieku. Wiktoriański dżentelmen Jack de Waay zrywa ze swoją narzeczoną Abelią, by wraz z szalonym naukowcem wyruszyć na niezwykłą wyprawę do podwodnego świata… a może i poza Ziemię. Poddaje ciało przedziwnej transformacji i wraz z towarzyszami dostaje się w odmęty Necrolotum, transoceanicznej sieci łączącej planety i księżyce Układu Słonecznego. Cudowne dziwności tego świata poprowadzą go przez niezliczone przygody aż do prawdy o ułomności ewolucji i słabości ludzkiej cywilizacji.

Proza Jana Maszczyszyna jest jedyna w swoim rodzaju, absolutnie nie do podrobienia. Ma indywidualne piętno i absolutnie niepodrabialny styl.

Musicie spróbować!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 640

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Córkom

Alice i Natalie

Któż pojmie? – prócz tych samych, którzy

Pląsali z falą rozigranej burzy

Tę pełność życia, ten żar krwi, co pali

Serce żeglarza na bezdrożnejfali…

Byron

Zaprawdę brudną rzeką jest człowiek

Trzeba być morzem, aby móc przyjąć brudną rzekę

Samemu się niebrukając.

Fryderyk Nietzsche

Prolog

Wybrzeże oceaniczne stanuVictoria.

Późne popołudnie 12 stycznia roku1908.

Profesor Ocearus Molier otrzymał tego dnia pośpiesznytelegram.

Używana przez Królewski Urząd Pocztowy miedziana koperta wieloużytkowa zwykle zawierała materiały poufne. Dodatkowy fakt doręczenia jej do rąk własnych przez pocztyliona z rangą boczną pozwalał przypuszczać, iż zawartość posiada treść nie tyle niepokojącą, co cenną. Miał bowiem ów uczony wszystkich już krewnych na tamtym świecie, a sam unikał był wszelkiej ludzkiej bliskości, by nie popadać w niepotrzebnesmutki.

Stąd natychmiast spojrzał na imię i nazwiskoadresata.

„Pan Honozobiusz Bambley” – bezgłośnie przeczytał. I u spodu dodatkowo drobnym druczkiem: „Emerytowany latarnik jego królewskiej mości Edwarda VII, królaAnglii”.

Zrozumiałe więc były wszelkie pocztoweryczałty.

Nie przypominało to bynajmniej przesyłkirządowej.

A więc wiadomość wysłała mu osoba bliżej nieznana, można powiedzieć całkowicie obca. Jak się potem okazało, był nią podobnie zdziwaczały samotnik, zamieszkujący jedną z tych zaniedbanych i opuszczonych latarni morskich, w dobie automatycznych przybrzeżnych sterowców zwykle pustych i całkowicie zbędnych. Szczęśliwy traf chciał, że położona ona była w lokalizacji Ocearusowi znanej i ulubionej z racji licznych wypadówwypoczynkowych.

Z przedmieść Melbourne do wybrzeża i półwyspu Liptrap prowadziła brukowana granitową kostką dwustukilometrowa szosa, którą pan profesor wraz ze służącym pokonali srebrnym automobilem marki Cureus Vipo, z rozrządem zewnętrznym i olbrzymim gaźnikiem. Dystans pokonali w przeciągu czterech godzin i dwudziestu dwóch minut, precyzyjnie odmierzonych profesorskim chronometrem. Dane te uczony skrzętnie zapisał w książcepojazdu.

Noc tuż przed umówionym porannym spotkaniem nasi podróżni spędzili w pobliżu celu, to jest w przyjemnej gospodzie nieopodal zacisznego Walkervile. Około szóstej piętnaście rano nakręcili motor i tocząc się na pełnych obrotach po polnej drodze lokalnej, wdarli się w gęsty i suchy o tej porze roku busz półwyspuLiptrap.

Jakby na przekór spodziewanym prognozom gorączki letniej, ranek obudził się mglisty. Na domiar złego pierwszy brzask przyniósł irytującą mżawkę. Stąd od miejsca postojowego aż do samej plaży czarny sługa Marcellus musiał towarzyszyć panu idąc z rozpiętym, wielkim parasolem w roztrzęsionej od zimna dłoni. Był zmuszony się śpieszyć. Przodem bowiem znacznie szybciej kroczył inny dżentelmen: dziarski, szybki, bezkompromisowy i zdecydowany. Wcale już niemłody, ciut tęgi i niewątpliwie krzepki, miał na sobie ciężką rybacką kurtę, która, tak jak jej pan, nic sobie nie robiła z padających na nią kropel. Co więcej, zdążył zatknąć pomiędzy zęby ustnik wielkiej fajki, zaciągnąć się kilkakrotnie i idąc, puszczać dym w kształcie regularnych marynarskich kółek, jak przystało na dawnego bosmana. Co chwila pokasływał, trzymając dolną krawędź dłoni na ustach, sposobem starych morskich wyg. Spluwał też podobnie i całkiem zamaszyście. Marszczył przy tym srogo czoło i poruszał krzaczastymi brwiami, w miarę jak wzrok napotykał nadmorskie skały. Obracał się do profesora za każdym razem, gdy o wybrzeże uderzała szczególnie duża fala, i międlił wtedy na ustach ten swój przyjacielski uśmiech, jakby z dumy, jakie to harce wyprawia dziśmorze.

Pod pachą wyga dzierżył spory sztucer, którym lokalni zwykli polować na zdziczałe, karmiące się ludzkim mięsem foki i operujące przybrzeżniepingwiny.

– Daleko jeszcze mam iść? – spróbował zainicjować konwersację pan profesor Molier, bo gospodarz od pół godziny słowa wydobyć z gardła nieraczył.

– Tam, obok tej wielkiej skały – rzucił latarnik, wskazując ustnikiem miejsce, do którego zdecydowanym krokiem podążał. – Odnalazłem owo mechaniczne cudo zaraz po wielkim nocnym przypływie! – dodał, przekrzykując rozbijające się o nabrzeże fale. – Niewątpliwie pływało. Zagadką będzie, jak taki kolos potrafił utrzymać się na powierzchni wody, bo jest za ciężki. A żeby go z piasku wydobyć i przenieść na pokoje, potrzeba siły dwóchkoni.

– Za ciężki? To znaczy z nierdzewnej stali gowykuto?

Wyga morski zatrzymał się, by z fajki wystukać na skale popiół, ipowiedział:

– Przy pierwszych oględzinach stwierdziłem, że jest odlany z żeliwa, ale później nie byłem pewny. Zrewidowałem własne głupie stanowisko. Zbadałem powierzchnię z bliska. Użyłem lupy. I wtedy dostrzegłem wzory charakterystyczne dla porowatości skalnej, więc uznałem – choćby to wydawałoby się panu niemożliwe – iż wykonano go bardzo dawno temu i że jest odlewem z lawy. Czytałem bowiem w młodości Parcavelsa i jego teorie tyczące się technologii podmorskiej rasy gluorów. Wielkie wrażenie zrobiły na mnie fotografy ilustrujące pracę. Tak, tak, owszem, fantazjuję. Widzę po pańskiej minie, że nieprzyzwoite to sprawia wrażenie i umniejsza powagę mego wieku. No ale cóż, taki jużjestem.

– Ależ proszę się nie obwiniać. Słucham z całą należnąpowagą.

– No więc, długo się nie zastanawiając, zbadałem machinerion z zegarmistrzowską precyzją, bo przywiódł mi na myśl starogrecką maszynę liczącą z Antykithyry1 odnalezioną całkiem niedawno, bo w roku1901.

– Dość pan jesteś oczytany jak na latarnika – pochwalił profesor z jawnąprzyjemnością.

– Cóż robić w wolnym czasie? Poszukiwałem więc kółek zębatych bądź ich obrysów na powierzchni machiny, a wiadomo, dość pordzewiała, nie wykazywała subtelnych różnic. Poza tym migiem rozpoznałem linię konstrukcji znacznie starszą niż grecka z roku dwusetnego przed naszą erą. Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale zaryzykowałem stwierdzenie, iż oto mam do czynienia z artefaktem atlantydzkim. Natychmiast doznałem entuzjastycznej drżączki. Pobiegłem do domu po szmatki antyrdzewne i płyn Hoghlanda. Po przemyciu kilku powierzchni bocznych przyuważyłem zarys klapki, która stosunkowo łatwo dała się otworzyć. Stamtąd wyciągnąłem wspomniany list foliowy i poszarpane mapy, które pochłonęły mnie zupełnie już przy pierwszym rzucie oka. Były ząb w ząb podobne do rycin z księgi nawigacyjnej admirała Piri Reisa2 bazujących na dwudziestu kilku źródłach obcych, których wiek sięga daleko poza antyczną Europę. – Mężczyzna mówił, a z oczu wyzierał mu tak szalony blask euforii, że aż przestraszył nim profesora. Stąd uczony zdecydował się szarpnąć go z lekka za ramię i uspokoićstwierdzeniem:

– Już dobrze, wierzę w każde pańskie słowo. Ale chodźmy czym prędzej, bo już mocno mnie pan tym wstępemzaintrygowałeś.

Obaj dżentelmeni spokojnie zeszli ze skarpy i wolnym krokiem podążyli do miejsca lądowania obiektu. Tam obeszli urządzenie, czasem się zatrzymując i komentując, a czasem tylko krążąc w milczeniu i gapiąc się z nieprzerwanym podziwem. Służący z trudem w tej gonitwie nadążał za panem Ocearusem, a już z utrzymaniem parasola miał oczywisty kłopot. Wiatr się bowiem wzmagał i deszcz zaczynał pod kątem zacinać, chlapiąc na surduty i twarze. Sprytny Murzyn zdecydował się więc obejść przedmiot morski i salwować profesora od strony nadchodzącego oceanicznegoszkwału.

Tak udało mu się wykreować chwilowe zacisze wolne odmżawki.

Wszyscy trzej, mocno zaintrygowani, pochylili się, aby przez szkła zestawu lupowego bliżej przyjrzeć się szczegółom obiektu. Wciąż pozostawało faktem niewątpliwym, że przedmiot, choć mocno zasypany piaskiem, wykazuje aktywność mechaniczną. Napędowe turbiny pomimo klekoczących łopatek wciąż z cichym szumem pracowały, a śrubowe wypustki usiłowały uchronić rzecz od dalszego zasypania, odgarniając piasek. Machina wyglądała więc jak próbujący się wydobyć z pułapki żółwmorski.

Trzeba przyznać naszym odkrywcom, że ani na chwilę nie przyszło im do głowy, żeby się bać. Co raz trącali kuriozum patykami, co chwila eksperymentowali zatykając dysze i rozwierając liczne klapy. Odstępowali na kilka kroków wstecz, gdy nagle coś kopciło i pośród wydobywającej się pary można było wyczuć domieszki wstrętnego i bliżej nierozpoznanego smrodu nieziemskiegooleju.

– Gdzie znajduje się skrytka nalisty?

– Tutaj.

– Aha…

– Otworzyć razjeszcze?

– Proszę bardzo. Niech pan otwiera. Wszystko inne jużprzepatrzyłem.

– Proszę…

– Dziwne odrzwia izolowane miękką gumą – skomentowałOcearus.

– Dla szczelności, przypuszczam.

– A więc od początku zamiarom konstruktora przyświecał zamysł przesyłania korespondencji – oceniłuczony.

– Najprawdopodobniejtak.

– Taka współczesna butelka morska – podsumował.

– Tak wygląda. Tylko na cóż zbudowano ją tak wielką? Czyżby służyła do pokonywania przestrzeni i przeszkód namnieznanych?

– Hm…Czy aby na pewno widział pan ze szczytu swojej wieży, jak toto zdalnie przybija do wybrzeża? – spytał Molier nieco zaskoczony całkiem prawdopodobną hipoteządobrodzieja.

– A jakże, widziałem. Robiło to, alarmując wszystkichdźwiękiem.

– Coś podobnego! – zdziwił sięuczony.

– Syreną parową się ozwało mocniej od cumującego okrętu. I co lepsze, grzebie dalej w ziemi, bo zamyśla powrót w morskie żywioły. Jednak wnioskując z listów, misja jego po dotarciu w pobliże Melbourne3 wygląda naskończoną.

– Intryguje mnie pan coraz bardziej. Czy aby naprawdę zaadresowano to wszystkoprawidłowo?

– A czyż ja wyglądam na dowcipnisia, których pełno w wielkim mieście? Oczywista, że do pana były pisane listy. Wszystkie przeczytałem, lecz przyznam otwarcie, iż strony tłumaczeń natury technicznej w pełni nie pojąłem. Same liczby i symbole, rozpiski iwykresy.

– Urządzenie wygląda mi na antyczne – konkludował profesor, puszczając mimo uszu godną pochwały szczerość. – Kształtem przypomina niebywale ostry pocisk. – Obchodził przedmiot wokół, referując pokrótce to, co widział: – Dotąd nie odnalazłem na żeliwnej powierzchni tabliczki znamionowej żadnych bitych znaków firmowych huty lub choćby miejskiej odlewni. Brakuje również numerów stoczni, która jest zobowiązana wydać takie w przypadku klasyfikacji i wypuszczenia cuda na odmęty. Są tylko jakieś rozmyte lub okopconegryzmoły.

– Wie pan, sam podejrzewałem, że spadła znieba.

– Hm, wątpię. Nie posiada nadtopień charakterystycznych dla gwałtownego przejścia przez atmosferę. Nie widzę nic, co potwierdzałoby sugerowane przez pana pochodzeniekosmiczne.

– Miałby nadejść zpodziemi?

– Otóż właśnie sobie myślę, że jest to prawdopodobne. Któż bowiem na powierzchni potrafiłby konstruować z lawy podobne wytwory? – spytał profesor tonem nie wiadomo czemu pełnymzawodu.

– Myśli pan, że to lawaprzemysłowa?

– Czemużnie?

– Może czegoś więcej dowie się pan z załączonychlistów?

– Pewnym jest, iż przedmiot przybył z daleka, ze światów archaicznych idziwnych.

Raptem pan Molier, tknięty osobliwym przeczuciem, zdecydował się obejrzeć przeciwległy bokobiektu.

– Pomóżcie mi, panowie, przewrócić znalezisko na drugą stronę – poprosił obydwu. – Może gdzieś tam jest ogromne wiertło? Wtedy dałoby się wyjaśnić pochodzenie obiektu, a przynajmniej potwierdzić, że przewiercił się przez powłokęziemską.

Z pomocą Marcelussa, który poskładał minutę temu parasol, spróbowali przetoczyć żeliwniaka na inną kanciastą stronę, ale nawet we trzech nie dali rady. Zbyt opornie szło wydobywanie takiego ciężaru zpiasku.

– Potrzebne będą tutaj konie – wymyśliłsłużący.

– Już zawezwałem odpowiedzialne służby. Niech się pan nie boi pracy i ciągnie z łaski swojej – rzucił latarnik z pretensją. Murzyn ze złością wzruszył ramionami i odsunął się o krokwstecz.

Ocearus znów uznał incydent zaniebyły.

– Kształt tego czegoś u spodu zdaje się przypominać grecką amforę o przedłużonym brzuścu, w której ongiś przewożono trunki. Niezwykły to przedmiot – podsumował profesor Molier. – Podejrzewam, że wyposażony jest w zegarową pamięć, co stawia go w rzędzieautomatonów.

– Hm, automaton4? Ani Niemcy, ani Imperialna Japonia takich jeszcze nieprodukują.

Ocearus kiwnął na zgodę idorzucił:

– Zadziwiające, jak odnalazł nas na kontynencie tak wielkim? Jego historia intryguje mnie corazbardziej.

– Doprawdy? – Tutaj latarnik zmrużył oczy i palnął z zaskoczenia: – Nadawcą był pańskibrat.

Słowa zrobiły wielkie wrażenie. Czarny sługa i pan spojrzeli posobie.

– Tyle że Immanuel udał się przed niespełna dwudziestoma laty z wyprawą ku Jowiszowi – usprawiedliwiająco jęknąłOcearus.

– A więc ten tutaj – latarnik wskazał obiekt swą fajką – musi być pociskiem międzyplanetarnym. – To mówiąc, roześmiał się grubiańsko. I bijąc się łapskiem po piersi, nie umiałprzestać.

– Lub też kompletnie czym innym – skonstatował rozdrażniony profesor. W jednej chwili się odmienił. Jakby się uparł i rozgniewał. Bo faktem było szerzej znanym, że mu już nieraz wypominano, iż brat jego ukochany zhańbił się nieudanym naukowym eksperymentem i w ucieczce przed światem w najgłębszych pieczarach Ziemi odnalazł schronienie. A wraz z nim siedemdziesiąt milionów biedaków, których porwał rewolucyjnym słowem iczynem.

– W listach wspomina się o Necrolotum – oznajmił Honozobiusz, gdy Ocearus wydał się już całkiem opanowany i ponownie skory do prowadzeniaśledztwa.

– A cóż totakiego?

– Jest to kombinacja wyrazów pochodzenia grecko–łacińskiego, a jeszcze dawniej – atlantydzkiego. Oznacza podmorską międzyplanetarną sieć, do której otwarcia służy bezgłośne słowo. Słowo symbol. Słowoklucz.

– Czyżby miało coś wspólnego ze śmiercią? – Pytanie naukowca zawisło na chwilę w próżni. Wzbudziło irracjonalnylęk.

– Tak – całkiem spokojnie zgodził się dawnybosman..

– Z ożywiającą śmiercią, reinkarnacją, z hinduską samsarą5, - ożywił się Ocearus, pojmując z nagła wagę odkrycia – z jej bogactwem cyrkulowanych elementów, z tradycją i tajemnicą najgłębszych wódi...

– Atlantów6 – dokończył latarnik, uśmiechając się enigmatycznie. – A najlepiej jeszcze gluorów7 – dodał, nabijając fajkę świeżym, pachnącym ładunkiem z wyciągniętego z kieszeniworeczka.

– Tak, właśnie. Dokładnie to miałem na myśli – zgodził się z przedmówcą pan Ocearus. – I to wszystko znalazł pan wlistach?

– O wiele więcej, mój panie, o niebo więcej… – zapewnił.

1 Mechanizm z Antykithyry – starożytny mechaniczny przyrząd, zaprojektowany najprawdopodobniej do obliczania pozycji ciał niebieskich. Datowany na lata 150–100 p.n.e. Ze względu na stopień zaawansowania technicznego dowodzi istnienia w czasie antycznym swoistego drobnego przemysłu wyrobniczego maszyn precyzyjnych o różnym stopniu złożoności i zastosowania praktycznego. Pojawiły się różne spekulacje dotyczące pochodzenia przyrządu. Między innymi uważa się, że konstruktorem był Hipparach, mieszkający wówczas na wyspie Rodos astronom, bądź że przyrząd wykonali uczniowie Archimedesa, choć wtedy data jego powstania przesunęłaby się wstecz, do około 200 roku naszą erą. Szkoda, że nie dostrzeżono wówczas potencjału rozwojowego tej dziedziny ludzkiej wiedzy. Gdyby tak się stało, moglibyśmy przypuszczać, że Grecy opanowaliby konstrukcje pierwszych maszyn parowych, Rzymianie nie tylko lataliby dwupłatowcami, ale i lądowaliby na Księżycu i Marsie. Natomiast gatunek ludzki w czasach nowożytnych nie ograniczałby się do jednej planety, a pławiłby się w rozwoju cywilizacyjnym sięgającymgwiazd.

2 Piri Reis – Otomański admirał, który powszechnie znany był z posiadania niezwykłych map i ksiąg zawierających informacje o nowym, jeszcze nieodkrytym świecie. Twierdził, że skompletował owe informacje kopiując w 1528 roku dwadzieścia jeszcze starszych dokumentów źródłowych. Można by wysunąć tezę, że ludzkość jako gatunek przedstawia sobą istoty permanentnie zapominalskie, które na ruinach dawnych budowli wznoszą zbyt pośpiesznie kolejne warstwy ruin zawierających nowe, lotne idee. Rychło jednak nowo zdobyta wiedza ulega zatarciu lub z braku jakichkolwiek sensownych zapisów historycznych przepada zkretesem.

3 Melbourne – drugie co do wielkości miasto Australii, leżące w stanie Victoria. Od Oceanu Południowego oddziela je sporej wielkości zatoka Port Philip Bay, od północnego wschodu ograniczają AlpyAustralijskie.

4 Automaton – tutaj słowo występuje w charakterze opisowym. Pierwotnie oznaczało samooperujące fikcyjne dziewiętnastowieczne urządzenie, imitujące zachowanie człowieka. W rzeczywistości definicja stwierdza, że jest to abstrakcyjna maszyna o skończonej liczbie stanów DFA (Deterministic Finite – state Automaton). I w analogii do powyższej konkluzji autor rozpatruje sens istnienia każdego systemu biologicznego jako z góry zdeterminowanego funkcyjnie. Korzeni samego pojęcia można doszukiwać się w starożytnej Grecji, gdzie Heron z Aleksandrii w drugim wieku przed naszą erą wykazał się nie tylko niezwykłą pomysłowością, ale i genialną erudycją. Do głównych jego wynalazków można zaliczyć „banię Herona” będącą pierwowzorem parowej turbiny, „fontannę Herona”, czyli maszynę do czerpania wody oraz różnego rodzaju machiny oblężnicze. Jego prace teoretyczne dotyczyły pneumatyki, automatów, mechaniki, metryki izwierciadła.

5 Samsara (albo sansara) – w hinduizmie, dżinizmie i buddyzmie termin oznaczający nieustanne wędrowanie, nieskończony proces tworzenia i upadku, cykl reinkarnacji i jego przerażający łańcuch odrodzeń, któremu od niezmierzonego czasu podlegają wszystkie istoty żywe. W buddyzmie sansara oznacza również cykl przemian, którym podlegają wszystkie byty i zjawiska, włącznie z naszymimyślami.

6 Atlantyda – mityczna kraina, którą przed kilkoma tysiącami lat dotknęła seria straszliwych katastrof. Pierwsza wzmianka o tajemniczym lądzie pojawia się w pracach Platona. Według greckiej mitologii podczas podziału świata pomiędzy bogów Atlantyda przypadła Posejdonowi. Atlanci, będąc potomkami Posejdona i kobiety o imieniu Klejto, wznieśli wspaniałe miasto otoczone złotymi murami i wyłożone srebrem. W mieście znalazły miejsce liczne świątynie ku czci boga, tereny rekreacyjne i sportowe. Poszczycić się też mogło znakomitą infrastrukturą oraz portem pełnym rzędów doskonale wyposażonych, potężnych statków. Obecny świat naukowy odnosi się do idei zatopionego lądu dość sceptycznie, jednak poszukiwanie zatopionej Atlantydy przyczyniło się do rozwoju różnych dziedzin wiedzy, miedzy innymi archeologii igeologii.

7 Gluorzy – obca rasa, wymyślony przez autora fikcyjny odłamu naroduatlantydzkiego.

1

W kilka lat od tego zdarzenia siedzieliśmy na sofie, ja i Abelia, mocno przytuleni, w gorączce dyskutując na bieżącetematy:

– Czegóż jeszcze od siebie wymagasz? – zapytywała narzeczona, kobieta piękna, młoda i finansowo uposażona, lecz kompletnie rozstrojona wynikiem ostatnichwypadków.

Tłumaczyłem jej długo i zawile, sam niekiedy wątpiąc w słuszność mejtezy:

…że będąc raczej słabo rokującym dziennikarzyną „The Argus” niż wziętym korespondentem nigdy niczego nie osiągnę, że będę tkwił w papierach po uszy i prosił się tępych redaktorów o marne rubryki. Z kiepskiej pensji nie dam rady pokryć czynszu lichego dwunastopokojowego mieszkania, nie uposażę dzieci, nie usatysfakcjonuję w stopniu najmniejszym jej szlachetnej osoby z renty oficerskiej i farmerskich wpływów. I że żywię wobec niej uczucia najgłębszej miłości i wielkiego szacunku, że śnię każdej nocy o jej bliskości, że potrafiłbym udać się do samego dna piekieł, gdzie nieskromnie zażądałbym od szatana, by kupił mą duszę i wymienił na lata szczęścia u jej boku. Nie byłoby rzeczy, której bym dla niej nie zrobił, góry, której bym nie zdobył i morza, którego bym nie przepłynął, lecz we wspomnianej materii o to jedno ją, ukochaną ponad wszystko, proszę...

Głaskała me ramię i trzeźwymi słowami od nowego pomysłu odwodziła. Wtedy ja w inne wpadałemtony:

– Pani ma najdroższa – mówiłem, oczekując współczucia – owszem, mógłbym ruszyć mobilem pasażerskim do Ballarat8i tam, harując w kopalniach złota, dorobić się po latach pięknego domu z wyciągowymi balkonami, z wieżami o zmiennej wysokości, o murach z kontrastami, ale taka perspektywa ciężkiej pracy fizycznej staje w opozycji do mego światopoglądu – dodałem.

– Ależ któż ci każe pracować tak ciężko, Jack?

Znów jejprzerwałem:

– Poza tym jakie hańbiące to byłoby zajęcie dla dżentelmena, którym ze zmiennym szczęściem zawsze byłem? Dla inżyniera kawitologa, dla licencjonowanego geologa i hydrologa? Dla literata i filozofa? Dlapodróżnika?

– Już dość zrobiłeś dla ludzkości. Te wszelkie wyprawy i poczynione dla ratowania zaginionych ekspedycji wspinaczki! Dla armii utraciłeś zdrowie – dorzuciła egzaltowanym tonem. – Masz już czterdzieści sześć lat. Myślałam, że biologicznie postarzały, psychicznie też się ustatkujesz, a tu nagle dochodzisz do konkluzji niesłusznej, że jeszcze nie dość? Nie za późno już na skrajne ryzyko? – rozważała.

– W życiu nie upaprałem sobie smarem ręki – wyznałem na poły szeptem, na poły do siebie, ciągle myśląc ze wstrętem o fizycznej pracy, a puszczając jej wnioski mimouszu.

Wtedy podała mi list, który jej wysłałem nie tak dawno. Kazała mi na głosczytać:

Moja Najdroższa Abelio – pisałem dnia 24 czerwca roku1912.

Przed oczyma stanął mi inny poranek i inna ulica. Wspomnienia zdawały się na nowożywe.

Nie dalej jak dwa miesiące temu oddział speleologów militarnych, którym będąc w spoczynku kierowałem, otrzymał propozycję wysoko płatnej asekuracji misji ratunkowej dowodzonej przez jeszcze mi wtedy nieznanego lorda Duncana Bizzarda. Znany powszechnie podróżnik i łowca dzikich bestii udawał się w głąb nie tak dawno odkrytej szczeliny skalnej, nazwanej na cześć odkrywców jaskinią Portiera Meddisona. Najgłębsza i najrozleglejsza pieczara, jaką do tej pory odkryto, trafiła natychmiast do stanu zasobu armijnego. Nie wysłano do wnętrza ludzi, ale automaty kroczące. Sterowana drutem telegraficznym żeliwna rura balonowa zapuściła się aż na czterysta szósty kilometr. Tylko brak było informacji, czy dystans ten był przez maszynę mierzony w pionie, czy wpoziomie.

Żyjemy w arcyciekawych czasach, najdroższa ma Abelio! – pisałemdalej.

Oto zaledwie dwa lata wcześniej sir Albert Chesley zdobył na pokładzie sterowca „Ambomidall” biegun południowy. Książę Randall Huppier założył w wydrążonych lodowcach arktycznych pierwsze w historii pływające bazy polarne, a inżynier Pustoo zwodował pontonowe mosty, łączące kontynenty Europy iAfryki.

Podczas gdy książę Eduardo Petersbourough szykuje się do swej pierwszej wyprawy na Księżyc, niewielka radiotelegraficzna skrzynka w locie bezzałogowym właśnie mijaPlutona.

Kazała mi przerwać nachwilę.

– Po co mi o tym wszystkim pisałeś? – zapytała. – Chciałeś mnie ujrzećzasmuconą?

Po namyśleodparłem:

– Jako że byłaś i jesteś mi drogą sercu duszą, ufałem, że mnie zrozumiesz. Tylko się wtedy usprawiedliwiałem, że cały świat się w odkrywczości rozszalał i rozkochał, a ja wraz z nim do reszty sfiksowałem. Za pierwszym razem, będąc jeszcze świeżym speleologiem kadetem, musiałem wziąć udział w militarnym eksperymencie i wraz z tysiącem innych odważnych przetrzeć szlaki konstrukcji kawitalnej9. Ryzykowałem, zapinając na ścianach ogromne szyny i wprowadzając na nie po raz pierwszy w świecie parowe automatony. Sam przecież zakładałem łącza, wklejałem w precyzyjne odlewy druty sterowania i naprowadzając obiekty na tory, instruowałem pamięć mechaniczną, jak dalej toczyć powinna machinerion w głąb ziemskich otchłani. Nie chciałbym tej męskiej gorączki utracić. Kim byłbym, pozbawiony jej? Wytartym szczegółem zajmującej historii? Wybacz, ale jeszcze niechcę.

„W sumie zapięto do skały drabiny szynowe o łącznej długości dwudziestu tysięcy metrów – dodałem w myśli. – Z eksploracji zrezygnowano zaraz po tym, jak w składzie atmosferycznym podziemia dostrzeżono niebezpieczne stężenia ulatniającego się ze ścian gazu lub jeszcze czegoś innego. O czym sza… W końcu Brytyjska Armia Imperialna zdecydowała się otwory wejściowe zaczopować i na lata całe wszelkie dostępy do korytarzy obmurować i zamknąć kratą. Dopiero skonstruowanie przenośnej i lekkiej maski gazowej pozwoliło na bezpieczne przebycie szeregu zatrutychkilometrów”.

– A pamiętasz, kiedy przybył do mego domu pewnego popołudnia dumny i w nieco podeszłym wieku oficer? – zapytała.

– Był to panBizzard?

– Otóż to. On właśnie – potwierdziła, rozsiadając się wygodniej na sofie, którą zajmowaliśmywspólnie.

– Pamiętam, że kilka lat wcześniej, będąc jeszcze asystentem inżyniera kawitologii, pana Morrisa Hugleya, ukończyłem zaoczne studia z zakresu potamologii. Trzeba ci, pani, wiedzieć, że to wprost królewska nauka o rzekach, strumieniach i jeziorach. W kraju, w którym większość dzikich ostępów stanowią niezmierzone pustynie, na niewiele by mi się jednak przydała. Pogłębiłem więc studia hydrologii i oceanografii. I tu znów fiasko. Zaczepiłem się więc o geologię. Ta ostatnia zgłębiona szczegółowo wiedza wespół z kawitologią stosowaną stały się na długo źródłem mego utrzymania. Zdobyłem od ręki licencję kadeta speleologicznego. Sam namiestnik cesarski korony australijskiej pogratulował misukcesów.

– Jednym słowem stałeś się fachowcem, którego oprócz skał interesowała woda, woda i jeszcze raz woda, i to woda w każdym jej stanie skupienia, sprężenia i krystalizacji czy obszarów występowania. Mój ty kochany wodniaku – rozmarzyła się panna, tuląc na nowo do megoramienia.

– Jak dobrze wiesz, na przeciąg kolejnych dwóch lat oddaliłem się od życia publicznego i poświęciłem całkowicie armii. Wziąłem udział w wielu poważnych ekspedycjach naukowych. Uczyniono mnie korespondentem gazety codziennej „The Argus”, której biuro prasowe mieści się w tym samym budynku na Elizabeth Street, co „The King Rodent” i „La Puffalo”. Dotarłem do najgłębszych jaskiń Nowej Południowej Walii, gdzie budowałem dla rządu systemy jeszcze raczkujących urządzeń wydmuchu kawitacyjnego. Technologia ta, wykorzystująca pryncypium rozprzestrzeniania lawy, zdolna była do stopienia każdych gruntów i do wydmuchiwania cieczy skalnej w przygotowaną nieckę na przestrzeni kilku podziemnych kilometrów. Idealna do podziemnej inwazji na obce, zagrażające naszym politycznym interesom państwo. Parowe drabiny nie były jeszcze wtedy tak sprawne jak dzisiaj. Mechanizm z trudem dawał sobie radę z ciągnięciem ich w głąb potężnych studni wulkanicznych. Bezwzględnie wymagały asysty człowieka. W tamtej pracy niemal straciłem obienogi.

– I musisz akurat teraz wracać wspomnieniem do tych ponurych szpitalnychczasów?

– Mam swoje powody. Muszę. – Mój grobowy nastrój chyba się jej udzielił, bo nagle posmutniała. – I tam, w przyszpitalnym ambulatorium, los zetknął mnie z osobowością nie tyle inspirującą, co przemożnie umysłowo wpływową, która wywróciła moje poglądy w kwestii otaczającego nas świata i wskazała istotne dynamiczne, a dotąd mi nieznane powiązania. Był to naukowiec, profesor nadzwyczajny i hrabia w jednej osobie: Ocearus GwidonMolier.

– To miałeś szczęście – niemalzaszydziła.

– Zajmowaliśmy się wówczas w laboratorium na Bourke Street szczytną analizą wyników hydrogeologii złożowej. Interesowały nas szczególne różnice w wykrytych przez wspomnianego pana Moliera specyficznych zanieczyszczeniach w zbiornikach wód podziemnych. Ponieważ byłem, jak mówiono, wyjątkowo uzdolnionym fachowcem w tej dziedzinie, Ocearus zadał mi do przeprowadzenia szereg niekonwencjonalnych eksperymentów, które przy takim nadmiarze faktów i wydźwięku ideowym wzbudziły zarówno moją czujność, jak iciekawość.

– Poddał cięinterrogacji?

– Tak. Interesowały go tajne informacje militarne. Chodziło mu przede wszystkim o prognozowanie migracji wód. O sposoby regulacji przepływu i wszelkie wzrosty i niedomiary. Pytał o okresy posuchy w najgłębszych znanych nam jaskiniach, o poziom wilgotności powietrza, a nawet o napotykane życie biologiczne w rodzaju nieznanych nam bliżej form robaków iglonów.

– Ocearus pytał o migrację wody? Nie rozumiem, dlaczego armia zajmowała się tak prozaicznymtematem.

– Na wojnie nie ma prozaicznychtematów.

– Przecież panujepokój.

– Coś takiego jak „pokój” nie istnieje. Zwykle intensywnie przygotowujemy się do kolejnejwojny.

– Czegóż więc szukał profesor? Czyżby pracował dla obcychwywiadów?

– Spokojnie. Jest dobrym patriotą i zasłużonym bohaterem. Uważał, że część zasobów wodnych Ziemi nie należy do planety, a przybywa z innychwymiarów.

– Skrajnie nieprawdopodobnahipoteza.

– Też tak myślałem. Dostawałem gęsiej skórki na samą myśl o ewolucji gatunków w najgłębszej eksplorowanej przez człowieka, bo podlądowej strefie ziemskiej skorupy. Profesor mówił z tak dziwnym przekonaniem i tak zawile perswadował, że czasem podejrzewałem go o szaleństwo. Szczególnie gdy podsuwał mi szkice odnalezionych organizmów. Bałem się onych wyimaginowanych skorupiaków, szczególnie form na powierzchni już zapomnianych, z dawna zaginionych. Tam, gdzie planeta według biegłych uczonych ukrywała trzykrotne zasoby wodnej masy wszystkich powierzchniowych oceanów, mogło istnieć życie ekstremalne i potworne w każdymrozmiarze.

– Miałeś partnera do dyskusji. Chociaż sama lubuję się w okresiekambryjskim.

– Och, tak. Człowiek to światły i biegły w każdym rozumowaniu. Wówczas też wspomniałem mu o wynalazku, który, jak wiesz, pragnąłem jak najszybciej upublicznić. Przez kilka najbliższych dni mnie nękał i napominał, bym bezwzględnie nikomu wyników mych badań nie pokazywał. W końcu wysupłał kilkaset funtów i zachęcił mnie do milczenia. Zabronił na podstawie umowy pisemnej puścić wynalazek w patenty i sprzedaże aż do dnia pierwszego stycznia roku tysiąc dziewięćsettrzynastego.

– Czyżby to była dataprzypadkowa?

– Nie wiem. Zabrałem pieniądze i podpisałempapiery.

– Czy to ten sam projekt, w którym utopiłeś kilka tysięcy moichfuntów?

– No cóż… Jesteś moim największymudziałowcem.

– Ale ja też nie ujrzałam nawet odrobiny tej nurkowejmaszynerii.

– Mam to już wkonstrukcji.

– Mówisz mi to odroku.

– Lada dzień przyniosęprototyp.

– No dobrze. I wtedy słuch o profesorzezaginął?

Potwierdziłem skinieniemgłowy.

– Tak. Na próżno go szukałem. Rok cały lub dłużej nie dawał znaku życia. Dopiero niedawno ujrzałem na progu mych drzwi posłańca, dość enigmatycznie uśmiechającego się lordaDuncana.

– Już go widzę, jak się dumniewypina.

– Stał z zapaloną fajką. Raptem ją o odrzwia wystukał i zamyślony strzepnął popiół na wycieraczkę. Wstrząśnięty własnym zachowaniem, przepraszał, obwiniając swój stannerwowy.

– Było to pierwsze waszespotkanie?

– Tak. Przedstawił mi pokrótce siebie i misję, w której ja miałem również wziąć udział. Stwierdził lakonicznie na koniec, że mój udział w wyprawie będzie ekstraordynaryjnieistotny.

– Ekstraordynaryjnie istotny? Mój Boże, jakże proste słowa potrafią cięuwieść!

– Oczywiście wpuściłem go do środka. Wkroczył. Rozglądał się po przedpokoju z nonszalanckim uśmieszkiem. Miał przewieszony przez ramię pas z potężnym, podwodnym rewolwerem, a w ręce, której mi nie podał, teczkę bodajże z mapami wszystkichświatów.

Scena ta jak żywa stanęła mi wpamięci.

– Przybyłem tu z polecenia profesora Moliera – zaprezentował się. Gdy usiadł i tak mówił, rzetelnie dobierając słowa, aż powiało od niego myśliwskim trofeum, potrząsnął mną dreszcz niesłychanych emocji. Poniosły się wokół ostre swędy, a to z dalekiego buszu, a to z nakrapianych skałami niezmierzonych pustyń z żerującymi na nich metrowymi skorpionami. Bo przybysz był z tych niezłomnych, co po trupach dążą docelu.

– Pan Molier, pańskiej pomocy mnie poleciwszy – wyrzekł oględnie, napinając pomiędzy nami atmosferę – kazał wspomnieć butlę parową, której fragmenty miałeś pan kiedyś okazjęoglądać.

– A tak, przypominam sobie – potwierdziłem, chociaż wciąż mnie senność i zmęczenie trapiły, czyniąc wspomnienie niewyraźnym i nieautentycznym. Ale tak, zauważyłem coś takiego w hotelowym apartamencie zaraz po powrocie ze szpitala! Niewyraźnie przypomniałem sobie fragmenty podmorskiejbutli.

– Otóż mam drugą taką samą, przybyłą niedawno na mój adres własny, a mieszkam nad morzem, w okolicy Inverlock. Znalazłem wewnątrz list wzywający mnie do natychmiastowego udzielenia pomocy i opisujący wypadki nieprawdopodobne i prawie niemożliwe. Otóż pan Ocearus Molier testujący teleportacyjne węzły wiodące ku planetom obcym zarówno z najgłębszych morskich otchłani, jak i z nieprzebytych pieczar, uwięziony został przez wypadki niefortunne na najniższym podziemnym poziomie. Tam jego życiu zagraża bliskość aktywnego za ścianą skalną wulkanicznego kanału. O tym właśnie wspominał Edward Roche, twierdząc, że lawy rozpuszczone spoczywają tam na metalicznymjądrze.

– Tak, ale Roche10 mówił coś o odosobnionych jeziorach lawy, nie o całej podpowierzchni11.

– W rzeczy samej, przypominam sobie. Jednak ich obszerność nie może być tak wielka, gdyż inaczej przyciąganie Słońca i Księżyca spowodowałyby dotkliweprzypływy.

– Powiedzmy.

– Podług więc tej hipotezy, obniżając się ku środkowi Ziemi natrafimy na jeziora roztopionych mineralnych materii, a tuż obok na stwardniałe jej części i ciągnące się w nichkawitacje.

– Takmyślę.

– Tam więc nasz dobrodziej przebywa. Najniższy to poziom. Lata zabrałaby mu droga napowierzchnię.

– Niestety, trzeba mierzyć siły nazamiary.

– Mierzył, jednak… Stanął biedak przed problemem mechanicznej kraksy. Niemożebnością było uruchomienie posiadanego sprzętu. Zatem zdesperowany uprosił przyjaciela, aby się poświęcił i zawrócił ku morzu. On to miał spróbować mnie odnaleźć za pomocą szczególnie dokładnie zaadresowanej podmorskiejbutli.

– Sam nie mógł się przez to morskie przejście pofatygować i bezpiecznie zawrócić? – drażniłem lorda, chociaż dawno już podjąłemdecyzję.

– Chodzi o przetestowanie obu metod transportacji. – Złościł się. – Skoro pierwsza droga wodna nie sprawia większego problemu, pora skoncentrować się nadrugiej.

– Rozumiem zatem, że jest osaczony w mroku najgłębszychskał?

– Właśnie.

– Pozostała muwspinaczka?

– Bite osiemdziesiąt kilometrów z dołu do góry. O dystansach horyzontalnych lepiej nie wspominać. Tak właśnie się sprawa przedstawia. Szczerze pana upraszam – ponaglał lord, gdy przeglądałem przyniesione przez niego nie tylko mapy, ale także dokumenty i listy. Przestudiowałem również prawdziwość pieczęci na zezwoleniach wojskowych i zbadałem podpisy znanych mi zacnych generałów. Wszystko wydawało się być w idealnym porządku. Nieczęsto zdarzał się ktoś, kto tak błyskawicznie zdobywał sobie zaufanie admiralicji, a szpiegów i sprzedawczyków japońskich byłozatrzęsienie.

– Nie musi się pan spieszyć. Poczekam – rzekł lord, ukrywając złość, bo się widać zorientował, że go mam za agentaOrientu.

– Zatem jeszcze raz podsumujmy. Twierdzi pan, że profesor Molier, zapuściwszy się w najdalsze oceaniczne głębie, zaplanował później drugą próbę wyjścia na ląd? Na podziemia!... Jak to możliwe? Czyżby nie obawiał się zalania i utopienia? I dlaczego ryzykował tę bardziej niebezpiecznądrogę?

– To już będzie inna opowieść. Mniemam, że sam pan Molier wyjaśni rzecz całą w szczegółach. Zresztą dla takiego kawitologa jak pan sprawy szybko staną sięoczywiste.

Na jawne pochlebstwo uśmiechnąłem się pod wąsem. Było jasne, że lord pragnie mnie sobie zjednać. Co do kawitologii, to nowa dziedzina szybko zdobywała popularność. Przemysł na jej fundamentach powstały mógł odmienić losy cywilizacji nie tylko ziemskiej, ale też księżycowej – w planachkolonizacyjnych.

– Błagam pana opośpiech.

– A todlaczego?

– Losy profesora ważą się teraz, bo w każdej chwili może on zginąć z ręki nieznanych nam bliżej plemion, zamieszkujących najgłębsze ziemskie otchłanie. Nie wiadomo, czy to są dzicy ludzie, czy udające inteligentne małpoludy. Upraszał szczególnie o pańską pomoc. Pańskiej grupie speleologicznej również poświęcił chwilę uwagi. Zażądał, aby go możliwie najszybciejratowano.

– Zaraz mam pójść? – roześmiałemsię.

– Nie mamy czasu do stracenia – odparł żarliwym, rozkazującym tonem. – Niech się pan czym prędzej ubiera! I zawezwie kamerdynera, by ten pobiegł do stacji telegrafu i zawiadomił innych, najbardziej pana zdaniem zaufanych ipomocnych.

I gdy ja, tak zdumiony własną reakcją, rozsyłałem wieści listowne do przyjaciół rozrzuconych po miastach i miasteczkach w obrębie stanu Victoria, on już załatwiał następne glejty, kody do maszyn drabiniastych i pozwolenia wejścia do obszarów ściślezamkniętych.

W mig byliśmygotowi.

8 Ballarat – miasto położone na południu Australii, w stanie Victoria, około 120 km na północny zachód od Melbourne. Od 1851 roku odkryto w jego pobliżu znaczne pokłady żyłzłotonośnych.

9 Kawitacja – tutaj: fikcyjna nauka pozwalająca na zamianę skały w gorącą magmę lub parę przy pomocy specjalnego promiennika. W rzeczywistości termin ten określa zjawisko fizyczne, polegające na gwałtownej przemianie fazowej z fazy ciekłej w fazę gazową pod wpływem zmniejszeniaciśnienia.

10 Edward Roche (1820-1883) – ówcześnie sławny francuski geolog, astronom i meteorolog. Popularyzował model układu słonecznego Laplace’a, co było w owym czasie tak trudne, jak krzewienie wiedzy o darwinizmie. Najbardziej znane pozostały jego prace na temat komet, zachowania roi niewielkich cząstek materii w silnym polu magnetycznym oraz teorii formowania się pierścieni Saturna. W tym ostatnim przypadku otwarty umysł naukowca podpowiedział mu rozwiązanie w postaci rozerwania niewielkiego księżyca w silnym polu grawitacyjnym potężnejplanety.

11 Terminy napotykane w tekście, takie jak „podpowierzchnia” oraz „strefa podlądowa” - należą do wymyślonego zasobu słownictwa świata alternatywnego. Jest to celowa archaizacja terminologii opisowej. A co próbuje opisać? Dlaczego zmierza do przypomnienia dziewiętnastowiecznych idei zamieszkałego centrum ziemi? Otóż okazuje się, że nie wszystko jest jeszcze jasne i strukturalna budowa planety nadal pozostaje nieodgadnioną tajemnicą. Nie wiemy, czy wydobywane paliwa ciekłe i gazowe są biogeniczne, czy abiogeniczne. Jeśli abiogeniczne, źródeł podobnych surowców możemy spodziewać się na Marsie, Księżycu lub gdziekolwiek indziej. Obie teorie nadal zaciekle ze sobą rywalizują. Dla zobrazowania naszego poziomu rozumienia spraw związanych z budową geologiczną planety dodam, że najgłębszy w historii odwiert dokonanego w Rosji do 2015 roku miał zaledwie 12 kilometrów, co przy 12 tysiącach średnicy ma się jak pchła do słonia. Jak można przypuszczać, eksperyment niewiele wniósł do zrozumienia budowy płaszcza Ziemi, zważywszy, że grubość płyty litosferycznej lądu przyjmuje się na średnio 40 km. W badaniach teoretycznych uważa się, że trzydzieści procent powierzchni kontynentalnej leży pod poziomem morza. Wyniki ekspertyz paleontologicznych i radioizotopowych mówią o ich wieku 4 miliardów lat, gdy tymczasem najstarsze znane fragmenty skorupy oceanicznej nie mają więcej niż 200 milionów. Obraz więc pozostaje zaciemniony i niestety nie powstała jeszcze nauka, która w sposób satysfakcjonujący pozwoliłaby nam na eksplorację wnętrza Ziemi. Ale, co ciekawe, w roku 1994 doszło na terenie Boliwii do jednego z najgłębszych znanych trzęsień ziemi, którego efekty odczuła cała planeta. Analiza sejsmicznej fali w rejonie maksimum wstrząsu pozwoliła badaczom na szczegółowe zobrazowanie granicy pomiędzy niższym a wyższym płaszczem skorupy ziemskiej. I oto odkryto istnienie na głębokości 660 kilometrów pod kontynentem południowoamerykańskim podziemnego masywu górskiego o wysokości porównywalnej z Himalajami. Wcale nie znaczy to, że napotkamy tam świat rodem z powieści Juliusza Verne’a, ale faktem jest, że od tej pory obraz dynamiki geologicznych nawarstwień znacznie różni się od tego z przyjętego z modelu teoretycznego. Zatem jeśli pod ziemią również formują się góry, to z powodzeniem mogą istnieć tam odizolowane, samoskraplające się akweny i potężne przestrzenie pustki, które powinny inspirować do opowieści takich jakta.

2

Opowiadając całą historię Abelii, przypomniałem sobie inny list, zapewne wmieszany w plik pozostałych, adresowanych do pięknej mej pani. Niestety, nie potrafiłem go szybko odnaleźć. Wysypałem tedy ze szkatułki całą korespondencję i bez jej pozwolenia zacząłem grzebać w słoiku na rulony pocztowe, stojącym na stoliku obok. Odnalazłem ten właściwy. Otworzyłem i już bez zachętyodczytałem:

Przygoda stała się symbolem czasów. Ryzyko modą. Sława potrzebą! – tak brzmiał zamieszczony w kopercie bilet wojskowej rekomendacji. Skupiłem się na treścilistu:

NajdroższaAbelio…

Nasza doskonale wyekwipowana ekspedycja dała z siebie wszystko, by dotrzeć do wskazanej przez lorda Bizzarda komory. Niestety, była ona jeszcze pusta. Z wielkim mozołem posuwaliśmy się dalej w głąb nieznanych szczelin, których być może żadna jeszcze ludzka stopa nie tknęła i wzrok ludzki ich piękna nie ogarnął. Stropy wyrastały przed nami w dal i otwierały się nowe, w skorupie ziemskiej zaistniałe dziury. Pusta przestrzeń zdawała się biec w nieskończoność, przeszywając ziemski glob być może na wskroś. Sam w to nie wierzyłem, bo gdzieś przecież musiały mieścić się owe jądrowe piece pełne gorącej lawy i gazu, te wentylacyjne kanały, poprzez które nasza staruszka planeta oddychała na trudnej orbitalnejdrodze.

Wkrótce pobiliśmy wszelkie rekordy głębokości. Zeszliśmy poniżej trzydziestu pięciu tysięcy dwustu metrów i naszym zegarom maszynowym skończyły się skale. Gdzie nam tam było do spodziewanych sześćdziesięciu kilometrów? – myślałem. Niemożebnym wydawał się taki dystans, ale dane przez lorda słowo honoru potrafiło przekonać najgorszego uparciucha. Trzeba było ciągle przystawać i regulować psujące się tarcze. Wygrzebanie z plecaka nowych, wcześniej już przez zegarmistrzów przysposobionych, wkrótce stało się niemożliwym. Ich też zabrakło. Zalały mnie wszystkie możliwe poty i obleciał po jakimś czasie prosty, żołnierski strach. Zatrzymaliśmy się na krótki biwak, rozstawiając na trójnogach światło, więc skorzystałem z okazji, by rozwiaćwątpliwości:

– Lordzie Duncanie, niemożliwym są wskazania pana Moliera – jęknąłem do prowadzącego ekspedycję. – Nie ma w skorupie ziemskiej takichdołów.

– Czegóż się pan obawia, do diaska? – warknął, przewiązując na nowo liny i spoglądając niespokojne w niezakłóconą żadnym światłem głębię. Wielka elektryczna lampa na jego hełmie zaledwie się już żarzyła, wypuszczając krótkie, niewyraźnebłyski.

– Najpewniej erupcji wulkanicznej – zakpił ktoś z boku, widząc moją kwaśną minę. Ta sama para przyjaciół parsknęła zdrowym śmiechem. Dodawali mi otuchy tym ciągle kipiącym, ożywczym poczuciemhumoru.

– Lawa pana w nagłej erupcji przesmaży – ryknęli nowym rechoteminni.

– Doprawdy, tęgo się pan takich ewentualności boi? – upewnił się łowca, patrząc na mnie badawczo. – Taki z pana kadet? – wszedł mi naambicję.

– Widzi pan, sporo na temat geologii i szybów powietrznych czytałem i wiem. Kawitologiczne triki potrafią przerazić – wyjaśniłem, siląc się na spokój. – Ta biegnąca w nieskończony dół szczelina wygląda mi na jaskinię, powstałą w wyniku gwałtownego wydalenia lawy. Komory wyglądają jak próżnie po dużych pęcherzach gazów wulkanicznych. Niewątpliwe były nieczynne przez setki milionów lat, ale obraz ten może ulec zmianie w ciągu najbliższej sekundy. Przeklęcie gorąco sięrobi.

– Może i tak wyglądają, ale zapewniam pana, iż jest to typowa szczelina grawitacyjna, powstała w rezultacie ruchów masowych: spełzywania, długoletniego osuwania i nagłych obrywów. Jeśli jaskinie wytrzymały w tym stanie setki milionów lat, a wiek ich zapewne może pan potwierdzić, to wytrzymają jeszcze ten rok i następny – zaśmiał się. – Temperatura wkrótce spadnie, a powietrze znacznie się polepszy. Byłem tu. Zaszedłem tak daleko. O, tam leży ogryzek mojego wyrzuconego cygara. Tam stałem, mierząc się z ciemnością i też myśląc orezygnacji.

– W końcu panzawrócił?

– I żałuję – odrzekł, patrząc na mnie zniechęcią.

– Ależ wskaźniki zegarów dawno już przekroczyły głębokość limitu zejścia – zripostowałem usprawiedliwiającym tonem. – Zmieniamy tarcze po raz dwunasty. Poza tym kończy nam się jedzenie i pozostaje pytanie, kto nas zaprowadzi z powrotem, gdy zabraknie nam baterii i paliwa w maszynerii drabiniastej lub choćby oleju do pochodnireflektorowej?

– Niech pan nie panikuje. Wiem, co robię – odparł lord Duncan, węsząc nieustannie, jakby ciemność w dole skrywała znane mu, a piekielnie niebezpieczne tajemnice. – A pan, jak widzę, znakomitym jesteś urządzeń drabiniastych operatorem. Nigdy nie widziałem lepszego. Chodzą pod pana komendą i ludzie, i zawory, jak się patrzy! Organizacja działa pod okiem mistrza – ocenił dziarsko. Hm, podnosił nam morale. – Maszyna to się składa, to wydłuża, to sapie, ale odnajduje się w ciasnych wnękach i trzyma najmniejszej skalnej półki. Powtarzam panu nie po raz pierwszy, że już tu z profesorem Molierem bywaliśmy. A co do jedzenia, to wkrótce coś upoluję. Pojawią się rośliny i bardzo pożywne grzyby. Ugotujemy tam na dole zupę, wykorzystując gorące źródła. Cierpliwościtrochę.

– Ależ to nie może być. Armia ten teren zaliczyła do sekretów wojskowych. Wszystko tu spisano i zewidencjonowano. Nie ma żadnych źródeł – udowadniałem.

– Odkryliśmy z Ocearusem przejścia zupełnie niezależne. Nikogo tam przed nami nie było. Oczywistym jest, że wojskowi nie wyściubili dalejnosa.

– Gdzieżby miały być wydrążone naturalne studnie, pełne wody iżycia?

– Niech pan nie myśli, że mu tak od razu odpowiem. Jeszcze kilkanaście kilometrów i dojdziemy do tegomiejsca.

– Kilkanaście?

Machnął niecierpliwie ręką, zbywając mojeuwagi.

– Gdzieś tam czeka pan hrabia Molier ze swą hinduską ekipą nurków i braminów. Co mówię? Wspina się w naszą stronę, czym prędzej wbijając w opokę haki i przewiązując liny, i hardo sobie po indyjsku przyśpiewując. Bo to lingwista jak się patrzy i człowiek doprawdy święty. To samo mówi o panu, bo szalenie go sobie ceni i za poglądymiłuje.

– Znowu mnie panurabia.

Tymczasem lord Duncan nieprzerywał:

– Posiada on wszelkie narzędzia, zapasy olejów i pożywienia, i minerałów dopingowych niezbędnych do życia w jaskiniach. Metamorfozy znane tylko braminom ma w jednym palcu. Co pan myśli? Toż to wybitny naukowiec i fachowiec w jednym. Gdy się w końcu spotkamy, jednym rzutem wyguzdramy się na powierzchnię. Zresztą, gdzie się panu tak śpieszy? Przecież trwają w Melbourne letnie czterdziestostopnioweupały.

Jakby po dobrej chwili dopiero do mnie dotarło, żem przysnął, bo już ramiona mi omdlewały, a mięśnie nóg przebiegały bolesneskurcze.

– To ile szczelina sobie liczy metrów według pana? – zapytał młodzieniec kształcący się na wspinacza. – Bo wiem od wuja o oficjalnie najgłębszej leżącej w Gruzji, a sięgającej zaledwie dwóch tysięcymetrów.

– Proszę pana, owa dziurka przez pana wspomniana jest dostępna dla turystów i pasjonatów – odezwał się pan Bizzard, dziwiąc się obecności smarkacza, którego bodaj nikt by nie zatrudnił. – Pchła przy słoniu, jeśli nazwać rzecz dosadnie i po imieniu. Też lubię pasażerów na gapę, ale skąd pan tu się wziął, u diaska? – strofował młodziana, patrząc od razu na mnie i poszukującwskazówki.

– A jaka jest oficjalna interpretacja? – drążył zainteresowany, zupełnie niespeszony potraktowaniem zgóry.

– Hm. Jaskinia Krubera12 nie jest obiektem ścisłego zaszeregowania militarnego – skomentowałem.

– Dlaczego?

– Mówiąc szczerze, ze względu na ukształtowanie i niewystarczającą długość nie nadaje się do przeprowadzenia podziemnej inwazji na obcekrólestwo.

– A więc groty militarne są dłuższe i otoczone ścisłą tajemnicą? – spytał młodzian, bynajmniej nieobznajmiony znomenklaturami.

– Oczywiście. Ich położenie i rozmiary są tajemnicą państwową. Służyć mogą do potencjalnego desantu podziemnego. A jaką zna pan oficjalnienajdłuższą?

– Mówi się o amerykańskiej, Mamuciej13…

– I ile makilometrów?

– Bodaj pięćsetsześćdziesiąt.

– Widzi pan więc – wtrącił szybko pan Bizzard – że co jest możliwe w poziomie, to powinno być i w pionie. I niech pan z łaski swojej zejdzie z linii mego wzroku, bo nie chcę dochodzić, skąd pana się tu wzięłaobecność.

– Ależ sam panu powiem. Jestem reporteremprasowym.

– Ot i szmaciarz się prześliznął! – zareagował z humorem pan Bizzard. – Niech pan przynajmniej pisze prawdę. Niech nas czytają i podziwiają! – dorzucił, aż echo się po wnękachponiosło.

– Z pewnością, panie szanowny. Zrelacjonuję jak siępatrzy.

Zapanowała chwilowa konsternacja, jakby wykryto w towarzystwie obecność tajnej policji. Wreszcie ja postanowiłemdrążyć:

– Ale skąd dobrodziej pan Molier wziął się na takiej głębokości? – jeszcze raz się dopytałem, czując, że rośnie mi pod bokiem grono wątpiących w ideę dalszegozejścia.

– Dotarł tam od strony morskiej – odpowiedział dość niechętnieBizzard.

Tutaj roześmiałem się w głos, aż kolejne echo się w groźnej ciemności poniosło, zamieniając w oddali w dziwne szczekanie. Przeszły mnie ciarki na myśl, co akustyka pomieszczenia potrafi zrobić zdźwiękiem.

– Przecież gdyby wszedł hrabia od strony wodnej, dawno by siebie i nas potopił, bo to by były naczyniapołączone?

– Proszę trzeźwiej myśleć, panie De Waay. Mamy w ziemskiej skorupie do czynienia z wieloma milionami izolowanych próbówek. Każda z nich wywiera wpływ na pozostałe. Balansy utrzymują się automatycznie. Wszelkie kapilary są tego najlepszym przykładem. Zresztą kogo mam uczyć? Geologa?

– Przyznam, że ostatnie wypadki wprowadzają dość poważny bałagan do mej dotychczasowejwiedzy.

Tu mnie kompletnie swoim pytaniem zaskoczył izaniepokoił:

– Ale może on od innych poziomów morzaprzybywa?

„A niby skąd?” – pomyślałem. Dałem spokój tej inwestygacji, bo lord wyraźnie na nerwach się wznosił i gotowy był mnie zepchnąć wczeluści.

– Jeszcze niech pan zapamięta mą radę – dodał. Tu zbliżył się, patrząc na mnie spode łba. – Środowisko przyrodnicze w najgłębszej pieczarze odznacza się dużą specyfiką własną. Mocno ją wspiera stały mikroklimat. Zwyczajny brak wahań temperatury i duża wilgotność sprzyja życiu swoistemu i zupełnie wyjątkowemu. Być może pochodzącemu z innych światów. Nie tylko w miejscach przy otworach, gdzie wy, uczeni uniwersyteccy, dajecie mu szansę na wodę i słoneczneświatło.

Pokręciłem głową z niedowierzaniem i ganiąc go za nietakt, odpowiedziałem równie przyciszonymgłosem:

– Zwykła logika pozwala przypuszczać, że istotnie tak jest. Nauka boi się profanacji zasadnejtezy.

– Oj, panie, panie… Wiedza szkolna to za mało. Potrzebna jest wiedza dogłębna, intuicyjna, dopuszczająca istnienie zjawisk przyrodniczych w iście nieziemskich warunkach, wręcz bramińska – wyjaśnił. – Gdzieś od czterdziestego kilometra w dół zobaczy pan nagłą różnorodność organizmów podpowierzchniowych, takich jak karłupnie i chodaki, występujące wyłącznie w obszarach i wodach podziemnych. Owe troglobionty14 czerpią widocznie energię z rosnących tam na gwałt w siłę ognisk mineralnych. Ujrzy pan mnogość gorących źródeł. Odnajdzie pan w głębi całe lasy zaginionych lub nigdy niewystępujących na powierzchni roślin, gigantycznych ziół i kwiatów, a w gąszczu przygruntowych chaszczy zaszytych tam mieszkańców, których istnienie na powierzchni nigdy nie byłobymożliwe.

– Ma pan na myślipraszczury?

– Mam raczej na myśli formy plioceńskie, nie tak bardzo odległe jak kredowe i jurajskie. Oraz byty obce, pochodzące z sekretnychbram.

– Małpoludy? – Powiem, że na nowo przeszły mnie ciarki jeszcze głębsze i o dłuższej konsekwencji bolesnej. Dopiero teraz naprawdę zrozumiałem, dlaczego nas prowadzi w dół myśliwy, a nie jakiś powszechnie dostępny górnik z licencją strzałowego iwspinacza.

– Raczej podejrzewam potomków plemion dzikich, którzy w odległej historii tu zeszli i sięzadomowili.

– Musieliby oślepnąć odmroków.

– Ależ dlaczego? W dole ściany wydzielają własne fosforowe luminescencje, a z powodu bliskości ciekłego jądra pojawiają się gdzieniegdzie podskalne żyły biegnącej lawy. Gwarantuję, że kiedy dotrzemy do celu, zdziwi się pan niepomiernie. – Tyle mipowiedział…

Zakończyłem czytanie. Tymczasem Abelia już nie słuchała. Usnęła biedaczka, oparta głową na mym prostym, oficerskimramieniu.

12 Jaskinia Krubera – obecnie najgłębsza znana jaskinia na świecie, będąca zarazem jedyną, która przekracza głębokość 2000metrów.

13 Jaskinia Mamucia, zlokalizowana w Stanach Zjednoczonych, w stanie Kentucky, należy do najdłuższych na świecie. Łączna długość jej korytarzy wynosi651km.

14 Tryglobiont – termin posiadający korzenie greckie, pochodzący od słów trogle – jaskinia i bios – życie. Określa organizm przystosowany do życia wyłącznie w środowisku jaskiniowym, w jamach i łączących się w podziemiach ciekach wodnych. Wodne tryglobionty określane są terminem stygobiont. Ponownie jest to wyraz pochodzenia greckiego, a pochodzi od: Styks – podziemna rzeka i bios – życie. Ze względu na specyfikę życia w środowisku zwykle pozbawionym światła u organizmów tego typu obserwuje się zanik wzroku i pigmentu skórnego. U zwierząt tych dodatkowo występuje fotofobizm, to jest instynktowne unikanie światła, zanik periodyczności sezonowej oraz spowolnienie procesów metabolicznych. Jednocześnie można zaobserwować gwałtowny rozwój narządów dotyku oraz narządów typu linia boczna, ułatwiających orientację w ciemności. Oczywiście najbardziej interesującymi dla autora są tak zwane paleostygobionty, których rodowód sięga form występujących miliony lat temu i które przeniknęły do zamkniętych i odizolowanych mikrośrodowisk w wyniku bliżej nieznanych kataklizmów. Zachowanie formy biologicznej oraz instynktu wydaje się dla tych organizmów absolutnym priorytetem, jakby tego typu zachowanie gwarantowało im w przyszłości powrót do określonej niszy ewolucyjnej, co w tym przypadku nie jestzagwarantowane.

3

Tyle tychwspomnień…

Tymczasem dużo bliżej, bo na Collins Street, najpiękniejszej na kontynencie ulicy, toczył się ospale kablowy tramwaj piętrowy, ciągnący dwa odkryte wagony pełne roześmianych i rozśpiewanych dam z koronkowymi, przeciwsłonecznymi parasolkami. Budziły respekt i wywoływały uśmiechy śpieszących gdzieś dżentelmenów. Niektórzy, odnajdując znajomą twarz, uchylali rąbka lśniącego cylindra i spontanicznie, jak to bywało na antypodach – pozdrawiali; inni, będący zapewne taktowniej nastawieni lub powodowani względami szacunku najwyższego sortymentu, zdejmowali kapelusze lub meloniki. Byli też tacy, co stając z boku, kornie spuszczali oczy. Podejrzewałem w nich służących lub kamerdynerów. Trębacz na przedzie tramwaju zagrał kolejną melodię, a pastor z ospowatą twarzą, stojący przy ławce, zachęcał do podejmowaniapieśni.

Parsknąłem krótkim śmiechem. Collins Street, będąca symbolem dynamicznie rozwijającego się Melbourne, posiadała swój nieprzeciętny walor i szyk, i bulwarową ekstrawagancję. Tutaj palił się znicz dynamicznie rosnącej ludzkiej cywilizacji. Tutaj rwała rzeka inwencji i lokowały swe przedstawicielstwa przedsiębiorstwa będące owocem najbardziej ryzykownych inwestycji. Otwierały się biura i zakłady z całego modnego świata. Mijałem niebywale stłoczone tu dorożki, jakieś najnowsze automobile i jednoślady parowe lśniące od blach i roznoszące pachnidło nie tylko niedopalonych oktanów, ale i najnowszej, zastosowanej w oponach gumy. Spotykało się też wolnych jeźdźców lub też łowców zdziczałego bydła ciągnących spokojnym stępem ku granicom miasta z wielkimi, parowymi strzelbami wolstrach.

Roześmiane twarze mieszały się z krzykliwymi grymasami sprzedawców gazet. Na smutek brakowało tumiejsca.

Tumult głosów i obrzydliwy zapach prostego robotniczego potu mieszał się na chodnikach z wykwintnymi perfumami starych panien plotkujących w ogrodach. Ostre wonie wód kolońskich nadbiegały od gładko ogolonych, pryszczatych pysków młodzieży szkolnej. W bramach i przejściach należało się zmierzyć z fajkowym odorem stojących przy rozwartych kramach wytrawnych sklepikarzy i jarmarcznychkrzykaczy.

Obojętnie minąłem siedzących na krawężniku żebraków i samotną kobietę z uwijającym się przy drobnych kradzieżach stadkiem dzieci. Naprawiający trotuar robotnicy głośno i sprośnie śpiewali. A ja, już ostatecznie znudzony i powodowany pragnieniem spokoju i chłodu, skręciłem w poprzecznyzaułek.

Wkrótce dotarłem do mojej prywatnej kamienicy na Elizabeth Street. Nic dziwnego, że wzbudziłem zdziwienie stojącego przy bramie dozorcy. Ani on, ani pozostali domownicy nie spodziewali się mnie o tak wczesnejporze.

Dlaczego?

Muszę powrócić pamięcią do poranka dniapoprzedniego.

Wszystko zaczęło się w deszczu. W nagłej iluminacji i przypływie szalonej refleksji postanowiłem poważyć się na krok ostateczny. Zapragnąłem spalić za sobą wszystkie mosty, a osoby drogie uwolnić od swegociężaru.

Po mych policzkach spływały zimne krople padającego deszczu. Nos pozwalał sobie być mokry, a zwisająca z niego kropla wydawała się wprost ordynarna iobrzydliwa.

Jakże robiłem sobie nazłość…

Załomotałem do drogich mi drzwi. Skrzydła rozwarły się nagle i na progu nie ujrzałem czarnej służącej, jak to zazwyczaj bywało, ale kwiat ów przecudny, którym w doczesności życia można tylko wymarzyć niespełnionesny.

Uniosłem roztrzęsioną rękę. Gdzieś tam wymierzyłem. I wstrzeliłem, przeszywając kulą wielkie serce w pięknej piersi. Abelia z głuchym łomotem runęła na pieczołowicie wypastowane deski podłogi. Nie wydała przy tym z siebie ani jęku, ani westchnienia. Odeszła tak niespodziewanie, jak ja pomknąłem w dół ulicy, wpadając na dorożki i potrącając dżentelmenów na bicyklach. Płacząc i złorzecząc na siebie za mord, wyżalałem się do obcych, powodowany nerwowością i goryczą. Wszystkie te konie i chmary latających pocztylionów zewsząd mnie osaczały i ogłuszały pustym oskarżeniem – morderca!

Nie, nie wystrzeliłem żadnejkuli.

Broń tyBoże…

Sam sobie wpierw winienem był rozchlapaćmózg!

Spoglądałem w roztargnieniu, boleśnie roześmiany, i z na poły zaciśniętym gardłem, rozżalonym tonemzacząłem:

– Jestem, o pani, bydlakiem najgorszej maści, gatunku podłego przedstawieniem, niewartym oglądania ułamkiem, a nie wielkością człowieka. Pragnę najmocniej prosić owybaczenie!

Bredziłem, ciągnąc jej dłoń, a z palca pierścionek zaręczynowy o sporej wartości zdzierałem. Zakupiłem już bowiem na jego poczet gumę, miedź i szkło. Niezbędne składniki jedynych w swoim rodzaju podręcznychbatyskafów.

– Jack? To ty? Chcesz się z małżeństwa wycofać, ot tak, zaraz? Mam rozumieć twe słowa jako pogardliwe, a podniecenie wziąć za radosny pęd do ucieczki, a nie do kochania? – Rwało się jej serce z ust. A z rosnącym bólem, zadyszana i spocona, ciągle wątpiła. Bo widząc mnie nonszalancko nadchodzącego ulicą, z pokoju na piętrze puściła się pędem, by jeszcze przed służącym ująć srebrną klamkę i rozewrzeć podwoje przedukochanym.

– Mam już czterdzieści sześć lat – tłumaczyłem się i jąkałem. – Muszę coś wreszcie osiągnąć. A kocham panią ponad wszystko, i zawsze będę. Me uczucie nigdy nie wygaśnie, a serce, dla pani rosnąc, nie zwiędnie. To nie żar zwykły, to prawdziwa huta gotowa roztopić wszystkie ziemskie kawałkistali.

– Cenię w mężczyźnie nie tylko szlachetność, ale i dojrzałość. Pragniesz mi udowodnić, że w tym drugim siępomyliłam?

Spróbowałem więc z innej beczki. Klęknąłem na schodku. Ucałowałem chłodnądłoń.

– Tak się składa, że postanowiłem porzucić pracę, dom i karierę, zamknąć marne bankowe konta i wrzucić wszystko w jedenportfel.

– I moje pieniądze teżutopiłeś?

– Też. – Tu ona, już nie wątpiąc, sama z siebie ściągnęła pierścionek i rzuciła mi w twarz. Upadł był i brzęknął o stopnie. A ja toczący się po schodach klejnot zręcznie pochwyciłem w samą porę i dalej mówiłem jak wmalignie:

– Udać się pragnę na niebezpieczną, jedyną w swoim rodzaju wyprawę na Ocean Południowy. Tam zasłynę i dorobię sięfortuny!

– Do krainy fok, pingwinów i wielorybów? Kompletniezdurniałeś?

– Abelio… zrozum.

– Niech zgadnę… Z tym fałszywym wielorybnikiem, szaleńcem, rozwodnikiem i oszustem w jednej osobie? – Targała jej słowami złość. Rozświetlał wymowę złowrogi blask cudownych oczu. I wciąż leciały epitety. – Z bezecnym naukowcem, podupadłym profesorem? Badaczem wszelakich bzdurnych praindyjskich tajemnic? Tym samym, który ponoć wyniki czyjejś pracy naukowej zrabował i pomysły sobie bezczelnieprzywłaszczył?

– Pan profesor Molier nie jest wielorybnikiem, nie jest oszustem, a co więcej – nigdy nie był niemoralnym łotrem! Jest człowiekiem prawym, uczonym w każdym calu i ze wszech miar rozgarniętym, którego podła żona puściła z torbami, a córki w starościzapomniały.

– Samwidzisz.

– Co widzę? Darzę go szacunkiem i wprostuwielbiam.

– Zniszczysz naszą miłość dlałachudry?

– Nic to nie ma do rzeczy. Niczego nie zniszczę. Tylko bardziej cię ukocham i żarliwiej będę o tobiemyślał.

Puściła me słowa mimo uszu, ale widziałem, że robią na niej wrażenie. Drżała na chłodzieporanka.

– To cóż takiego wyjątkowego odnalazłeś w człeku, który nie tylko może ogołocić cię z majątku, ale i zżycia?

– Dżentelmen ten posiada rozległe zainteresowania i sięga w badaniach do samej głębi rzeczy niezrozumiałych, tajemnych i normalnym zjadaczom chleba niedostępnych, a broń, którą zabiera w podróż, nie jest przeznaczona bynajmniej do zabijania wielorybów. Sieci nie służą do łapania ryb, wprost przeciwnie – do ich odstraszania. Wielkie pływające magnesy wypuszczają z siebie lepkie liny przydatne nie tylko do ogłuszania, ale i krępowania zdobyczy tak wielkiej, że porównywalnej z masą całego statku. Pojmujesz teraz? – Spojrzawszy na jej rozczarowane oblicze, dodałem: – Ale gdzież zwykła dama byłaby w stanie te wielkości zrozumieć ipodziwiać?

– I ja niby jestem ta zwykła? – Z miny wywnioskowałem, że trzaśnięciem drzwi gotowa mi była uciąćłeb.

– Tak się akurat składa, że wielowarstwowe siatki, zdalnie kierowane harpuny i karabiny maszynowe szykowane są na wypadek spotkania z gromadą masywnych stworzeń, pochodzących z wymiarów nieprzynależnych tymświatom.

– Spirytualistyczne brednie! – zakrzyknęła, aż porwały się w powietrze wystraszonegołębie.

– Nigdy ci nie przyszło do głowy, że duchy i straszydła mogą nie pochodzić ze świata zmarłych? Może są to byty niepokorne, które żadnym sposobem nie potrafią się zmieścić w ciele człowieka czy zwierzęcia? Być może pochodzą z dalekich światów albo, co gorsza, z tychrównoległych?

– Czegóż więc onszuka?

A ja, zamiast zrazu wyjaśnić, przekonywałem:

– Nikt dotąd nie przygotował się tak skrupulatnie! Przynajmniej nieznany mi jest podobny męczenniknauki.

– Doprawdy? – ironizowała.

– Zgromadził mnóstwo rzetelnych informacji, a fotografiami wyspy fantomowej na południe od Macca wprost mnie zachwycił. Podarował mi owe dane wydane w formie katalogu oprawionego w wojskowe skórzane portfele i tak zakodowane, by możliwość odczytania ograniczyć tylko dowtajemniczonych.

– A ten fałszywy lord, którego sam nazwałeś upartym, aczkolwiek honorowymdraniem?

– Ależ to postać nienaganna. Twardy, zdecydowany mężczyzna. Charakter o wojskowym wychowaniu i najwyższym oficerskimmorale.

– I niby to wszystko, tak mało znaczące szczegóły, odwiodły cię od małżeństwa ze mną? – spytała z bólem. – A miłość, Jack? Czy kiedykolwiek czułeś coś do mnie? – wzywała meserce.

– Oczywiście, że jesteś mi bezcenna. A zaraz po powrocie ożenię się z tobą i już na zawsze pozostanę u boku twegopantoflarzem.

– Dlaczego więc uciekasz się do ostateczności? Przecież nawet będąc mym mężem mógłbyś kontynuować swepasje.

Zadrżały mi wargi, lecz opanowanym tonem jej słowom sięoparłem:

– Pragnę sięgnąć po szlachetną rękę pani, będąc już finansowo uposażony, z bogatym szlacheckim dorobkiem, być może z medalem zasługi i rentą roczną Kolonialnej Akademii Nauk. Interesują mnie kwoty miesięczne opiewające na co najmniej czterysta funtów w złocie. Marzy mi się dom na przedmieściach z balkonami na wszystkie pory roku, rozległym parkiem i niańkami dla dzieci. Nie chcę stać się ciężarem dla pani i ciężko pracującego w interesach teścia ani strupem bolesnym i nędznym dla teściowej, lady Miriam, która już nieraz patrzyła na me wyczyny krzywymokiem.

– Ale przecież nikt tego od ciebie nie wymaga, Jack. – W jej głosie zawibrowała nie tylko rozpacz, ale i nadzieja. Stała się niesłychanie ciepła i łagodna. Pięknym oczom pozwoliła błysnąć, a ustom rozchylić się delikatnie. – Ojciec mój dawno już pana zaakceptował! Postawił nawet czynszową kamienicę w mieście, która w przypadku gdybyśmy w niej nie mieszkali, przyniesie roczny dochód wysokości czterech tysięcy funtów w złocie. Słowem: zabezpieczył mnie przy panu na całeżycie.

– Nie chcę jałmużny. Przyrzekam do pani po mej wyprawie dalekomorskiej powrócić i spełnić jej wszelkie roszczenia. Stąd proszę o rok, dwa zwłoki i uruchomienie zasobów jeszcze większejcierpliwości.

– Raz zamknięte drzwi mogą się już nie otworzyć – ostrzegła.

– Pragnę najbardziej pani serca i tylko na nie stawiam – powściągliwie odpowiedziałem na jej wątpliwość, bo mnie ciut tym ostrzeżeniem uraziła. – Na nikim więcej mi nie zależy – dodałemsucho.

Odwróciłem się na pięcie iodszedłem.

Zaskrzypiała zamykana żeliwnafurtka?

Nie…

Jakiż pisk ohydny wydała! Ileż w nim było żałości! Nie muszę mówić, jak zawtórował on bólowi, który cierpiałem. Krok wykonałem, a już cierpienie sprawiła mi ta rozłąka. Krążyłem po ulicach jak pijany. Bóg mi tylko świadkiem, ile razy wracałem pod jej dom, stawałem na krawężniku, wzdychałem, gdy poruszyła się dyskretnie zasłonka w oknie, i zawracałem, by pogrążyć własną osobę w mrokach oficyn. Godzinami krążyłem po okolicy, bijąc się zmyślami.

Nie było wątpliwości, że na polu miłości polegnę. Przecież tutaj ryzykowałem najbardziej. Nikt nie miałby wątpliwości, że odrzucenie uczucia tak gwałtownego i jednocześnie niestałego, jakim jest kochanie, wiązać się może tylko z nieszczęściem. Dlaczego, na Boga, szczęście osobiste stawiałem na ostrzu noża? Czemuż zawsze narażałem fortunę, stawiając wszystko na jedną kartę? Skąd brała się u mnie ta lekkomyślność, nikczemność i samozniszczenie? Praca i kariera były niczym w porównaniu z utratą bliskości najszlachetniejszejduszy.

Wreszcie po tygodniu nie wytrzymałem, zrezygnowałem z fochów i pobiegłem do dzielnicy arystokratów. I znów stanąłem, mierząc się z zamkniętą na cztery spusty furtką dorezydencji.

Stukałem, pukałem inic.

Pobiegłem wzdłużpłotu.

Wreszcie po drugiej stronie ujrzałem lady Miriam, matkę mej ulubienicy, jak pielęgnuje róże. Dyskretnie zawołana, podeszła i przeszyła mnie najgorszym z możliwychspojrzeń:

– Stary kawaler Jack De Waay? Niech mnie pan obecnością swej osoby w nerwach nie roznosi! – zagrzmiała. – Naszej Abelii nie ma. I długo nie będzie. Wyjechała z Melbourne do majątków mineralnych Daylesford15i nie wiem, kiedy wróci. I proszę tu już nie przychodzić i nie dreptać po okolicy, bo się bogaci sąsiedzi niepokoją. Nie wypada też po tym, co pan zrobił, żebrać o widzenie po przyjaciołach hrabianki – zwróciła się do mnie tonem najwyższej pogardy. – Natomiast tu, przy rezydencji, obiecuję poszczuć pana hartami i obrzucić aborygeńskim urokiem. Jeśli to pierwsze nie pomoże, to drugie przyprawi pana ośmierć.

Odsunąłem się na dystans, nie wiedząc, co robić. Odszedłem w stronę miasta. Tymczasem zamykana na klucz furtka szczęknęła, gdy ją mijałem, a spoza niej wychyliła się ponownie ciekawska głowa niedoszłej mejteściowej.

– I z kim pan się zadaje? – odezwała się jeszcze raz z pretensją. – Z tym szaleńcem i pomylonym naukowcem, Ocearusem Molierem? Z lordowskim bandytą Duncanem Bizzardem? Wszyscy oni nie są warci złamanegoszeląga!

Tu odwróciłem się na pięcie i z oburzeniemskonstatowałem:

– Szlachetna pani, wspólnie planujemy wyprawę badawczą, która przyniesie krocie w sztabach metaliszlachetnych.

– Głupcem pan jesteś. Czytam gazety. Wielu się tam gorączkuje fotografiami z japońskiej fregaty. Wciągnięto na pokład poczwarę wielkości wieloryba. Też mi coś! Pełno w oceanie niewyjaśnionych tajemnic, zagadek i sekretów zatopionych przez starożytne potęgi. A pański profesor już na samym początku się zrujnował. Wydał sześćset tysięcy funtów na jakąś podwodną baryłę i ekwipunek do niej. Nie wiem, co za idiota mógł mu pozwolić załadować owe ciężary na ten nędzny bryg! Pańskie sztaby? Pomogą tylko panu sięutopić.

– Widzę, że posiada pani wielką wiedzę szemraną. Nic, tylko plotki ipomówienia.

– Bez przesady, Jack, nie tylko famy ludzie roznoszą. Niestety, bardzo mało posiada pan Molier życzliwych wokół siebie osób. Zwykle otaczają go sami prześmiewcy. Wiem już tyle, by skutecznie odradzić córce zamążpójście. Tylko by pan młode życie zniweczył. A taka wyprawa się panu przyda. Może zdrowie pan utraci albo i życie? – zażyczyła sobie starajędza.

– Widziałem próbki wodne pełne złotychdrobin.

– Toż to bluźnierstwo dla rozsądnej myśli. Napoili pana herbatą zezwidami?

– Sir Ocearus miałbrata…

– Który zaginął w tej samej mętnej i bezdennej głupiej wodzie? – spytała dama. – Tamten przynajmniej konstruktorem był, bogaczem ponad miarę. Roztrwonił majątek, ale stał się dla nauki i techniki zasłużonym. Sam potrafiłby skonstruować pocisk marsjański, wsiąść weń i odważnie odlecieć. A ten pana Ocearus? Maniak inieudacznik.

– A wie kto, czy gdzieś skrycie w swej prywatności tejże sztuki niedokonał?

– Zbudowałby w tajemnicy bazę na Księżycu? Bardzo wątpię. Proszę mi wierzyć, to fajtłapa i nadgorliwiec. Do widzenia panu. – Machnęła na pożegnanie ręką. W półmroku ogrodu jej wielki kwiatowy kapelusz zaledwie majaczył, gdy tak odchodziła i stawała się coraz bardziej zamazana we wzbierającej przedwieczornej mgle. Wspinając się po stopniach schodów, wołała:

– I proszę już tu nie przychodzić. Niech czas pozwoli córce mojej panazapomnieć.

15 Daylesford – znana miejscowość uzdrowiskowa w pobliżu Melbourne. W okolicy znajdują się liczne źródła mineralne, powiązane z występowaniem tu przed milionoleciami dość dynamicznej aktywnościwulkanicznej.