Nazywam się Stephen Florida - Gabe Habash - ebook
Opis

 

Powieść o pasji, uporze i pokonywaniu traumy, ale też bluźniercza i niesamowita historia samotności i nieludzkiej wręcz obsesji na punkcie tego, by zostawić po sobie jakiś ślad na tym świecie

Stephen jest wychowanym przez babkę sierotą, który dzięki stypendium sportowemu trafia na któryś z zapomnianych przez Boga wiejskich college’ów w Północnej Dakocie. Oficjalnie uczy się po to, aby uzyskać dyplom licencjata sztuk wyzwolonych, lecz prawdziwym celem jego życia w Oregsburgu jest uprawianie zapasów. Tytuł mistrzowski jest dla chłopaka świętym Graalem, spełnieniem i – być może – kresem lub początkiem wszystkiego.

Florida podporządkowuje więc zawodom całe swoje życie, a każdy trening i każda walka mają stanowić kolejny krok w stronę wielkości.

„Wspaniałe, magnetyczne powieściopisarstwo”. „Guardian”

„Niesamowita, niejednoznaczna książka”. Hanya Yanagihara, autorka Małego życia

„Doskonała”. Lauren Groff, autorka Fatum i furii

„Fascynująca”. „New York Times”

„Oszałamiająca proza”. „Huffington Post”

„Co za diabelnie niezwykła powieść… Potrzeba ogromnej odwagi, żeby napisać coś takiego”. Roxane Gay, autorka Histeryczek

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 460

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Stephen Florida

Copyright © 2017 by Gabe Habash

All rights reserved, including the right of reproduction

in whole or in part in any form.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący • Adrian Tomczyk

Redakcja• Gabriela Niemiec

Korekta• Mirosław Krzyszkowski

Gabriela Niemiec

Konsultacja merytoryczna • Radosław Nawrot

Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała

Skład i łamanie • MELES-DESIGN

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej • Dariusz Nowacki

Projekt okładki i stron tytułowych • Tomasz Majewski

Zdjęcie na okładce • Silas Zindel / EyeEm / Getty Images

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66278-67-7

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Dla Julie

Granicą jest wyobraźnia.

Arnold Schwarzenegger

Matka miała dwa łożyska, a ja żywiłem się z obu. Bo podobno ciąża była bliźniacza. Doktor wyciągnął mnie z jej brzucha i powiedział: „Wygląda na to, że dziecko będzie bardzo silne”. Tak opowiadali moi rodzice, ale niespecjalnie im wierzyłem.

Za chwilę, jak tylko zapnę rzepy na sznurówkach, wstanę ze składanego krzesełka. Wyprostuję się, napnę mięśnie w trykocie i poprawię oba ramiączka, co przynosi szczęście. Policzę kibiców na trybunie (siedemnastu) i poproszę trenera Hargravesa, żeby klepnął mnie w ochraniacz na głowie. Spełni moją prośbę. Potem wejdę na ciemnoczerwoną matę, wstąpię w białe koło, uścisnę rękę Nieszczęsnego Richarda i na znak sędziego natrę na rywala z właściwym sobie impetem. Wrzask z trybun. Trzeba sekundy, żeby utrzymać tusz, a przez ten czas usłyszę, jak coś trzaska mu w przedramieniu. To jest jak oddychanie.

Nigdy nie byliście w Dakocie Północnej, ale każdy, kto tam był, wie, że o tej porze roku dobrze jest się w Dakocie przewietrzyć. Spędzę trzy minuty na dworze, na parkingu, gdzie stanę obok zaspy i rozluźnię się, przyglądając się ptakom i myśląc o tym, że w końcu nadszedł listopad, sezon potrwa aż do marca, a wtedy pożegnam się z tym wszystkim w swój niepewny, przepocony sposób, zanim to wessie mnie na dobre.

Kiedyś na zajęciach z dynamiki grupowej i zespołowej czytałem o czymś takim jak wiek metaboliczny. Dostałem z DGZ czwórkę z plusem. Wyobraźcie sobie tylko, że każdy nosi w sobie maleńką ściśniętą pestkę, a na tej pestce jest wyryta liczba, a ta liczba to wiek, w którym osiąga się najlepszą formę. Niemal każdy narzeka, że jeszcze nie osiągnął wieku metabolicznego albo już z niego wyrósł. Każdy oprócz mnie. Bo przeżywam złotą erę.

Wierzę w zapasy i wierzę w Stany Zjednoczone Ameryki.

Jestem jebanym astronautą.

Nazywam się Stephen Florida i zdobędę mistrzostwo czwartej międzyuczelnianej ligi NCAA w wadze stu trzydziestu trzech funtów.

Właśnie tak. Czy uwierzycie, kiedy powiem, że myślę o tym każdego dnia co godzinę, a nawet dwadzieścia razy w ciągu jednej godziny? I że niespecjalnie jest o czym mówić? Nie kłamię. Mógłbym skłamać, ale nie w tej sprawie. Gdy się czegoś bardzo chce, gdy pragnie się coś osiągnąć, do samego końca nie wiadomo, jak to będzie naprawdę wyglądało. Wiem, że staje się na białym podium z ośmioma stopniami i pozuje do fotografii z drewnianym trofeum dokładnie takiej samej wielkości co stołowy zegar. Wydarzenie to odbywa się w hali sportowej noszącej nazwę Kenosha Arena w Kenoshy w stanie Wisconsin; w hali leży sześć różnokolorowych mat, fotele na trybunach są niebieskie, a każdy z dwóch tysięcy tych niebieskich foteli jest zajęty przez kibiców. Hala jest podpiwniczona, na dole świecą się stare lampy, ale jest tam dosyć miejsca, żeby każdy zapaśnik, zwycięzca czy pokonany, znalazł sobie własny cichy kącik i popłakał w samotności ze szczęścia albo dlatego, że jego występy w danym sezonie dobiegły końca. Wszyscy tam schodzą po walkach. Taka tradycja. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze mnie tam nie ma.

Potraficie sobie wyobrazić, że opowiadałem o tym każdemu, kto się nawinął, gdy byłem głupim pierwszoroczniakiem i święcie wierzyłem, że własnoręcznie wyszarpnę Excalibura z kamienia? Teraz nie jestem już tak gadatliwy. Redaguję i cenzuruję wypowiedzi w głowie. Gdyby ktoś chciał wiedzieć i nie bał się zapytać, to jestem ogolony na łyso, mam groźną, nawet na co dzień, minę i łatwo wpadam w gniew, co odziedziczyłem po ojcu i co pomaga mi w zapasach, ale nie w kontaktach interpersonalnych. O nich też miałem zajęcia.

Już się nie wyrywam. Pracowałem nad tym. Ale wciąż myślę o tej hali sportowej, matach i podium. Nic na to nie poradzę. Miewam ekstatyczne wizje, w których schodzę do piwnicy pod halą. Myślę o tym, jeżdżąc minibusem naszej drużyny, składając pranie, zrywając strupy, srając, słuchając wykładów w przegrzanej sali i udając, że zaglądam do podręcznika, choć przymykam oczy po to, żeby śnić na jawie w pozornym skupieniu.

Teraz też o tym myślę. Któregoś dnia wszyscy się dowiedzą, kim jestem.

Cóż, jeśli mi się powiedzie, napiszą o mnie w „New York Timesie”!

Kiedy o tym nie myślę, zastanawiam się, jak przywołać te wizje. Wyobrażenia to nic innego jak tryskające w siebie nawzajem chemikaliami neurony w mózgu. Śniła wam się kiedyś dźwignia prosta na łokieć albo przedni krawat? Słyszane na treningach zgrzyty i głuchy łomot – odgłosy wydawane przez wasze własne, spocone z wysiłku ciało? Zdarzyło wam się wpatrywać przez dłuższą chwilę w mokrą plamę na macie, a potem ją zlizać, bo to wasz własny pot? Trenujecie stójki, podskakując jak Quasimodo, aż zakleszczą się wam rzepki w kolanach? Uznajecie włosy za przejaw próżności? Zabawiacie się, kurwa mać, pięciuset słownikowymi fiszkami Barrona, przygotowującymi do egzaminów SAT i dającymi gwarancję poprawienia waszego wyniku z czytania ze zrozumieniem o sto punktów?

Ale, jak już wspomniałem, ważne jest, żeby się nie wyrywać, więc siadam ciężko na ławce w szatni i wbijam wzrok w otoczenie, gdyż życie jest tylko tu i teraz. A tu i teraz to czerwone szafki w szatni i ze dwudziestu chłopaków oraz ich trenerzy stojący z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Tu i teraz to czerwone ściany i ławka, która przylepia mi się do skóry. Pół wieku zmarłych i żywych mężczyzn, którzy siedzieli w tej szatni, to przeszłość. Każdy z nich przeżywał tu jakąś ważną chwilę, ale to już nie ma znaczenia. Jedyne, co ma znaczenie, to warstwa ulegającej oksydacji skóry, która śmierdzi jak rząd mokrych od potu aluminiowych foteli na trybunach – bo one są również tu i teraz.

– Stephen dostanie dodatkową porcję kurczaka na obiad za złamanie ręki temu dzieciakowi.

Trener Hargraves to miły facet, ale nie słucham tego, co mówi. Kiedyś, któregoś roku, trener kazał mi „wyobrazić sobie idealną walkę i ze wszystkich sił starać się, aby się urzeczywistniła”; przegrałem wtedy więcej starć niż w jakimkolwiek innym sezonie. Teraz oszczędzam siły zużywane niegdyś na słuchanie, oszczędzam je dla siebie, gardłowe buczenie Hargravesa owija mi się wokół uszu, a mózg pauzuje. W głowie rozkwitają jak kwiaty prostoduszne myśli, rozkwitają jak pojedyncze bardzo dojrzałe słoneczniki, opuszczające głowy i garbiące się pod własnym ciężarem. Obok Hargravesa stoją jego asystenci: Eerik, Fink, Whiting, Farrow i Lee. Mówiąc szczerze, gdy stoją razem, nie odróżniam jednego od drugiego, potrafię ich rozróżnić tylko wtedy, gdy któryś oderwie się od grupy. Stoją w rzędzie w białych koszulkach z czerwoną główką George’a Washingtona na piersi: „drudzy trenerzy prezydenta”. Czy ktoś umiałby wyobrazić ich sobie wracających do domu, do dzieci? Żywiących jakieś skryte nadzieje? Płaczących podczas słuchania muzyki klasycznej? Ja nie.

– Florida?

– Tak?

– Powiedziałem właśnie, żebyś dodał otuchy młodym.

Kręcę głową, wzruszam ramionami, nie przestaję kręcić głową.

Trener kazał nam wypisać na dużej tablicy wszystkie zajęcia, na które uczęszczamy. Nie wiem po co. Jeden z jego asystentów, nie wiem który, rozdał wszystkim kasety z nastrojowymi odgłosami, których mamy słuchać podczas snu. Bez przerwy mówią o „odpowiedzialności wobec wspólnoty”, co w teorii oznacza, iż jest się bardziej wiarygodnym i osiąga się więcej, gdy się nie zawodzi stada (tego rodzaju animalistyczne porównania są dosyć powszechne w tych okolicach). Chodzi o to, żeby zapaśnicy ze strachu nie stali się słabym ogniwem, ale ja nie jestem słabym ogniwem i w ogóle nie należę do stada, zajmuję się tylko sobą, co pochłania wszystkie moje siły i czas. W środku szafki, która stoi obok mojej (należy teraz do Ellisa), jest bardzo stary napis: „Kto chce zobaczyć mój penisk?”. Szafka oddalona od mojej o cztery inne należała kiedyś do Mycaha Jakiegośtam, trenowaliśmy razem tylko przez rok, bo chciał rzucić zapasy z powodu opryszczki, którą podłapał na macie. Wiercili mu dziurę w brzuchu i zawstydzali go, żeby został. Szafkę oddaloną od mojej o dwie (teraz należy do Shermana) w zeszłym roku i przez trzy wcześniejsze lata zajmował Flores, który rósł przez cały ten czas: był Meksykaninem z Illinois i rósł bez przerwy, i zaznaczał swój wzrost kreskami po wewnętrznej stronie drzwiczek. Tu, w Oregsburgu, przeszedł z kategorii stu trzydziestu trzech funtów do stu pięćdziesięciu siedmiu. Nie widziałem go od maja. Nikt go nie widział. Miał małe stopy, zepsute zęby i z góry przepraszał za swój cuchnący oddech; zrobił laskę przynajmniej trzem wykładowcom, a potem wrócił do Illinois i ślad po nim zaginął.

Podają sobie coś po kryjomu w szatni.

Mam taki problem: jeśli muszę siedzieć nieruchomo w jednym miejscu, zawsze wkładam palce do ust. Przejeżdżam krawędziami kłykci po lekko rozchylonych wargach, co sprawia mi przyjemność zawsze i wszędzie. Czasem dobrze jest też oprzeć głowę o coś twardszego od niej. Gdy siła kontaktu nie budzi zaskoczenia. Jeśli się wierzy, że wszechświat jest miejscem, gdzie wszystko zderza się ze wszystkim, własne ramiona stają się kołyską, w której chce się trzymać coś, co nie pozwala stracić zmysłów. Nie twierdzę, że to zawsze musi mieć gwałtowny przebieg. Moja babcia miała kocura, któremu dała na imię Poker – był bezpański, zaopiekowała się nim – i ten kocur wskakiwał mi na kolana, a ja drapałem go za uszami, co bardzo lubił.

– Za trzy dni jedziemy do Miles City – mówi Hargraves.

Miles City to miejscowość pełna domów i ludzi. W Montanie. Będzie turniej czterech drużyn i będę musiał walczyć trzy razy w ciągu czterech godzin. Powtarzanie sobie takich podstawowych rzeczy pomaga, bo tworzy odpowiednie nastawienie, żeby je zrealizować. Najszybszy tusz w historii zajął dziewięć sekund. Masuję dziury starych blizn na czole, miejsce między oczami, gdzie przed dwoma laty wyczułem maleńkie bolesne zgrubienie pod skórą i bałem się, że to jakaś poważna narośl neurologiczna, guz albo tętniak, który mnie zabije, zanim dotrę na matę w Kenoshy. Poszedłem do ośrodka zdrowia dla studentów, żeby zapobiec tragedii, a kiedy wyjaśniłem, co mi dolega, dowiedziałem się, że to pryszcz.

Linus okręca sobie głowę ręcznikiem. Pod lewą stopą turla piłeczkę do lacrosse, co pomaga na zapalenie powięzi podeszwy, którego nabawił się w szkole średniej w biegach przełajowych w nieodpowiednim obuwiu i którego, jak powszechnie wiadomo, nie da się w pełni wyleczyć. Wygrał dziś walkę. Chce iść do domu poczytać. Poczytać! A ja myślę o polu na wschód od Dickinson po drodze do Miles City, gdzie na każdym słupku ogrodzenia siedzi epoletnik krasnoskrzydły.

Fink albo Farrow dodają coś do tego, o czym właśnie skończył mówić Hargraves.

Trener Whiting zauważa to, co podają sobie zapaśnicy, ale udaje, że nie widzi. Niektórzy przyglądają się temu dłużej od pozostałych. To coś jest coraz bliżej mnie.

Jest mi bardzo trudno nie myśleć o leżącym w mojej szafce bananie. Muszę coś włożyć do ust. Ale obiecałem sobie, że zjem banana później. Nigdy nie składam obietnic, których nie dotrzymuję, obiecałem sobie i babci, że zdobędę mistrzostwo. Wysoko pod pachą Stanów Zjednoczonych, gdzie nikt nie może mnie zobaczyć, zmieniam kształt i staję się czymś oślizgłym i wściekłym, żeby dostać to, na czym mi zależy.

Przez ten cały jebany czas przytupywałem nogą. Więc nieruchomieję, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

Mieszkam w najszczęśliwszym miejscu na ziemi. Tak nazwały je gazety. To prawda. I jedyne, czego się ode mnie oczekuje, to dokładnie to, co chcę robić. To się nazywa szczęście. Szczęście to zagęszczony sens istnienia, miejsce gdzieś w głębi siebie, osłonięte przed słabeuszami i bezcelową udręką: podążam jednokierunkową drogą przez gęsty metaforyczny las i nigdy z niej nie zbaczam. Wszystko, co robię, jest zamierzone. Na końcu tej drogi czeka Chwała w biblijnym sensie, jak Chwała Ojca. Chodzę po świecie i naznaczam swą Ojcowską Chwałą to, czego dotykam. Nie czytałem zbyt wiele żywotów świętych, ale mam wrażenie, że właśnie tak to wyglądało. Pod koniec życia wypełnionego dobrymi uczynkami Bartłomiej Apostoł został niezrozumiany i żywcem obdarty ze skóry. Do tej pory otacza się kultem przechowywane w bazylikach odłamki jego kości i kawałki skóry, podobnie jak relikwię ramienia w katedrze. Jak patrzy się na rysunki świętych nagryzmolone na papirusie, widać wokół nich eksplozję jaskrawych kolorów niewiadomego pochodzenia; czasem wydaje mi się, że gdy dobrze się przyjrzeć, podobne kolory widuje się w świecie rzeczywistym.

Nie mam żadnych tajemnic. Niczego nie ukrywam. Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy miałem czternaście lat, a po ich śmierci zamieszkałem z babcią. Babcia z kolei umarła na serce. Kiedy umierała, powiedziałem jej, że będę się uczył w Oregsburgu i że będę uprawiał zapasy, a babcia zapisała mi wszystkie swoje pieniądze, które wraz z pieniędzmi z polisy rodziców tworzą fundusz powierniczy; zarządza nim Rudy Unger, adwokat od spraw spadkowych, którego zatrudnili rodzice i który mówi mi, co mam robić z tym majątkiem.

Liścik jest teraz w rękach Shermana. Zerka na niego i podaje dalej Ucherowi.

Babcia nie interesowała się specjalnie zapasami, ale wiedziała, jak wiele dla mnie znaczy ten sport, więc była szczęśliwa. Powiedziałem jej, że odłamię kawałek mistrzowskiego trofeum i pochowam w ziemi obok niej. Pod koniec życia miała już w dupie praktycznie wszystko, ale była prawdziwą chrześcijanką i potrafiła docenić starotestamentową wymowę tego gestu, więc pewnie była zadowolona.

A skoro jesteśmy przy spowiedzi, mogę się wyspowiadać: jestem tu od trzech lat i ponosiłem porażki. Nie lubię wyrażenia „ostatnia szansa”, ale nie mam złudzeń. Mam ostatnią szansę, żeby osiągnąć to, co obiecałem. Od tak dawna nie mam już żadnego wyboru, że zapomniałem, co oznacza to słowo. Czyta się o naukowcach za kręgiem polarnym czy o misjonarzach w Mikronezji – ci ludzie wybrali życie w obcych, zapomnianych przez innych miejscach w służbie nauki albo Boga, więc mogą pochylić się nad wolną wolą, której się wyrzekli, uklęknąć w kościele i powiedzieć: „Jestem gotów przyjąć to, co Bóg mi przeznaczył!”, a następnie dać się pokropić święconą wodą. Ja natomiast jestem w Dakocie Północnej, w mieście Aiken, o którym nigdy nie słyszeliście, i jestem tutaj wyłącznie dla siebie. Nawet idiota wie, że nie da się osiągnąć niczego znaczącego bez zakładania możliwości porażki. Moje trzy porażki przez trzy kolejne lata zostaną zupełnie zapomniane po zwycięstwie w czwartym roku, bo zawsze pamięta się tylko i wyłącznie zwycięstwa.

Ucher podaje mi liścik. Zakładam nogę na nogę i czytam, zasłaniając treść kolanem. Liścik został napisany czarnym atramentem na białej serwetce: „Coś trzeba zrobić z Louise”. Nie przekazuję dalej wezwania Linusowi, zgniatam serwetkę w dłoni i wrzucam ją pod ławkę.

Wybór to wspaniały dar i w dzisiejszych czasach cieszy się nim coraz więcej ludzi. Uczą o takich gównach na zajęciach. Ponieważ w dzisiejszych czasach istnieje więcej możliwości, każdy może odejść od tego, co go trapi. Ale nie ja. Jestem zamknięty w sobie, jestem zamknięty w pięciu czekających mnie miesiącach, zostałem w nich zamknięty, czekałem na nie przez całe życie. Chcę mieć strapienie. Bo obiecałem. Obiecałem babci. Nie życzyłbym tego nikomu, ale nie chcę niczego innego.

Hargraves powiada: „Zabij głowę, a umrze ciało”.

W żartach nazywają mnie i Linusa pedałami – w żartach przy nas, nie w żartach za naszymi plecami. Mówią tak na nas, bo wychodzimy wcześniej z kurzej uczty (każdy zapaśnik dostaje pierś kurczaka – a Gruby Henry dwie – warzywa, jogurt, jabłko i maksymalnie pół litra wody), przygotowywanej dla całej drużyny przez żonę Eerika i żonę Lee, dwie żony trenerów, które lubią gotować razem nasze prymitywne posiłki – tych miłych pań nie nazywają dla odmiany „lesbami”. Lesby nie rodzą ćwierćkrwi Arikarów, jak w przypadku Eerika, czy całkiem białych dzieci, jak w przypadku Lee, nie gotują dla drużyny zapaśniczej mężów i nie są dobroduszne w swych gołębich sercach. Natomiast dwaj najlepsi zapaśnicy z drużyny są i muszą być pedałami.

Wychodzę zaraz po posiłku, szybko, bo naprawdę nie lubię jeść przy innych ludziach. Wolę być sam, choć towarzystwo Linusa jest takie samo jak bycie samemu, ale jest też lekarstwem na samotność – samotność w pozytywnym sensie. Linus wychodzi ze mną, bo jest moim kumplem.

Linus mierzy prawie pięć i pół stopy, ma cienkie brwi i trądzik. Spotkałem go, kiedy walczył w lidze w kategorii stu dwudziestu pięciu funtów z Chudym Johnem Carpenterem; pokonał go dosyć szybko. Często widuje się młodych chłopaków, którzy zjawiają się nie wiadomo skąd, nie przykładają się do treningów i nie mają pojęcia o wysiłku, który trzeba włożyć w to, żeby zdobyć, co się chce; uświadamiają to sobie o wiele później albo w ogóle. Ale Linus taki nie jest. Wygrał kategorię, przerzucił Chudego Johna przez biodro i założył mu kołyskę już w pierwszym tygodniu treningu. Jest pierwszoroczniakiem, jako jedyny występuje w niższej od mojej kategorii wagowej i jest jedyną osobą z całej drużyny, dzięki której zapominam zastanawiać się, co oznaczałoby umrzeć. Wiedział, czego chce, gdy tylko przestąpił próg sali treningowej, i szybko udowodnił reszcie lenistwo. Mówię mu – dla jego własnego dobra – że jest za mądry. Wyśmiewam się z jego próżności, bo po każdej walce Fink ściąga mu płyn z małżowin, na co Linus nalega, choć ma krzywy nos, złamany w prawą stronę po wypadku na rowerze.

– Wszystkim podoba się moje oblicze i mój charakter – przechwala się.

Dostał pokój przy tym samym korytarzu co ja, ale lubi siedzieć na krześle u mnie, kołysze się na nim na dwóch nogach, od czego krzesło piszczy, ale dzięki temu nie tęskni za domem.

Maszerujemy głównym chodnikiem, a Linus idzie tyłem i gwiżdże, nie zwracając uwagi na zamarznięte kałuże. Jest za młody, żeby myśleć o kontuzjach, ma stado kolibrów w głowie.

– Zapomniałem już, jak smakują lody – mówi.

Zaciska dwa palce przed wargami, udaje, że wciąga dym, i wypuszcza parę z ust.

Ja już za niczym nie tęsknię, ale wiem, że Linus jest taki jak inni i brakuje mu życia, które zostawił za sobą. Wszyscy na swoje nieszczęście mają jakieś wspomnienia. Gdy wyczuwam w nim tęsknotę, mówię mu tak: myśl tylko o pustce, która tutaj jest; o pustej ziemi, pustych ludziach, pustych domach, pustych jeziorach i pustym zimnie w pustych kościach, a wtedy odczuwane przez ciebie szczęście będzie nie większe od łebka szpilki – jesteś tutaj tylko po to, żeby barować się z innymi jak z największymi wrogami, masakrować ich albo i co gorszego na macie, aż zostaniesz na niej sam. Nie jestem człowiekiem lubującym się w przywoływaniu wspomnień. Ta część mózgu, która za nie odpowiada, jest w moim przypadku niedorozwinięta. Wystarczy skupić się na prostocie odprawianych przez siebie rytuałów, jak poganie kołyszący się w modlitwie w mrocznych pogańskich ruderach, a można żyć bez wspomnień. Wspomnienia to superata.

Powiem wam, co jeszcze wiem: że w tygodniu po przejściu na czas zimowy wszystkie budowle Oregsburga są niczym cienie, ale umiem trafić do siebie po zapachu i śladach jak pies. Że za ścianą mojego pokoju chichocze bezgłośnie Ropuch z bawolimi rogami. Że Linus przyśpiesza kroku, bo chce dalej czytać Lśnienie. (Wścieka się na mnie, kiedy pocieram jego książkami kutasa. Co z tego, że przez spodnie). Że o ósmej wieczorem panuje tu absolutna cisza, nie ma nikogo na dworze, co stwarza złudzenie, iż jest się zupełnie samym. Że dobrze jest być coraz bliżej akademika, wiedzieć, że w środku jest łóżko, w którym wkrótce się zaśnie, żeby obudzić się rano i znów żyć w rygorze tak wymagającym, że nie zniosłaby go większość ludzi; ale zbliżanie się do łóżka przynosi nade wszystko ukojenie i pociechę, bo nigdy nie wiadomo, co mogłoby się stać, gdyby odebrano mi cel.

Chyba powinienem się opisać.

Albo nie, wolę tego nie robić. Ale żeby podtrzymać zainteresowanie potencjalnych słuchaczy, podzielę się paroma osobistymi szczegółami. Po pierwsze, nie nazywam się tak, jak wszyscy mnie nazywają. W trzecim tygodniu ostatniej klasy szkoły średniej w Hillsboro, gdzie mieszkałem z babcią, siedziałem za stołem laboratoryjnym na lekcji pierwszego semestru fizyki, nauki o prawach rządzących światem. Był wtorek. Do pracowni weszła pani Cosgrove i podała mi kopertę z czerwoną pieczęcią w lewym górnym rogu i napisem: OREGSBURG COLLEGE. Wydawało mi się, że słyszałem o tej uczelni, choć może zmyślam. Koperta była zaadresowana na moje prawdziwe nazwisko, ale list trenera Hargravesa skierowany był do Stephena Floridy. List ten był zaproszeniem do uprawiania zapasów w uczelnianej drużynie na pełny etat. Ponieważ w czwartej lidze nie wolno udzielać stypendiów sportowych, połączyli korzystny dla mnie, wynikający z mojej trudnej sytuacji materialnej, pakiet finansowy (same granty, bez pożyczek) ze stypendium Harriet Howard Leadership. Otrzymałem to stypendium ze względu na „wyjątkowe zaangażowanie i umiejętności przywódcze oraz tworzenie pozytywnych wzorców dla rówieśników w Hillsboro High School”. Gdy ktoś wbija człowieka w dumę tego rodzaju sformułowaniami, zaczyna się w nie wierzyć. List został napisany na czerpanym papierze i spoczywa teraz w pudełku w mojej szafie. Zgodnie z tym oficjalnym pismem jedynym wymogiem uzyskania stypendium było „przedstawienie prezentacji na dowolny temat w marcu ostatniego roku szkoły średniej”. Była to jedyna oferta z uczelni wyższej, jaką dostałem. Przed otrzymaniem tego listu sprawdzałem kilka okolicznych college’ów. Babcia była wtedy już poważnie chora i gdyby nie to, od razu pojechałbym na spotkanie z trenerem Hargravesem i zapoznanie się ze szkołą. Choć nie chciałbym stwarzać wrażenia, że się zastanawiałem. Z miejsca dostrzegłem jedyną dla siebie szansę i miałem zamiar z niej skorzystać. We wrześniu w poniedziałek nie wiedziałem jeszcze, co będę robił po szkole. We wtorek, ot tak, dostałem dokument obiecujący mi cztery następne lata zapasów. Zadzwoniłem do nich w czasie przerwy i przysłali mi dokumenty, żebym mógł złożyć aplikację. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Napisali, że wyniki egzaminu SAT nie będą miały większego znaczenia, że sprawa jest załatwiona, i ciągle zwracali się do mnie per Stephen Florida. Babcia, która przysięgała, że nie cierpi, i do ostatniej chwili rzeczywiście godziła się ze wszystkim, czytając i rozpoczynając od nowa lekturę pierwszego rozdziału Czarodziejskiej góry Tomasza Manna, zmarła pod koniec listopada z książką na kolanach i zabrała ze sobą najbielsze światło.

W pierwszym tygodniu grudnia dostałem list informujący mnie o przyjęciu na uczelnię, a podczas weekendu pojechałem autobusem Greyhounda na zachód, trzy godziny drogą stanową ND-200 do Aiken, mieściny jeszcze mniejszej od Hillsboro. Poznałem trenera Hargravesa. Uścisnął mi rękę i powiedział:

– Oto Stephen Florida. Zawodnik, który pomoże odbudować zapasy w Oregsburgu.

Spodobały mi się te słowa, poczułem się dzięki nim całkiem dobrze. Nazwał mnie jeszcze „kamieniem węgielnym”. Hargraves był starym trenerem, ale pracował na tej uczelni od niedawna i odbudowywał program zapaśniczy, który zlikwidowano po wprowadzeniu przed laty ustawy antydyskryminacyjnej ze względu na płeć. Nie zastanawiałem się za bardzo, w jaki sposób i dlaczego mnie wybrali. Niespecjalnie mnie to obchodziło. Hargraves odprowadził mnie do biura rekrutacyjnego, gdzie zapisałem się z góry na zajęcia. I właśnie tam, w biurze rekrutacyjnym, dowiedziałem się, dlaczego przekręcono moje nazwisko. Za biurkiem siedziała miła starsza pani trzymająca w dłoni kartkę jakieś dwa cale od nosa. Nazywała się pani Rutledge, a kiedy opuściła kartkę, wydała mi się tak krucha, że mógłby ją przewrócić i roztłuc nawet dwunastolatek; oprócz tego miała na nosie najgrubsze, przysięgam, okulary, jakie w życiu widziałem. Wystawały z jej twarzy jak teleskopy. Były pomazane i zżółkłe. Domyśliłem się, co zaszło: dostała list intencyjny, który należało wysłać do Stevena Forstera z Hillsboro High School. I ta kobieta, pani Rutledge, przekręciła moje nazwisko.

– Dzień dobry, młodzieńcze – powitała mnie. – W czym mogę ci pomóc?

Podpisałem wszystkie papiery. Podpisałem je jako „Stephen Florida”.

Na co miałem dalej czekać? Na nic. Przeniosłem się do Oregsburga przy pierwszej sposobnej okazji, pojechałem tam autobusem dzień po zakończeniu szkoły. W czerwcu. W kampusie nikogo już nie było. Dostałem pokój w akademiku McCloskey Hall – ten sam, który miałem zajmować przez cztery następne lata – rozpakowałem się i powiesiłem najlepsze koszule na wieszakach. Chciałem się rozruszać. Włożyłem dres i wybiegłem na dwór. Nie było tak gorąco, jak bym wolał, może o kilka stopni za mało, ale dzień był przejrzysty, wszystko promieniowało światłem i biegnąc, musiałem mrużyć oczy. Minąłem klomb ze świątecznymi choinkami, drzewka były tak małe, że przypominały duże brokuły. Minęło mnie parę aut. Biegłem drogami, których nie znałem, więc wszystko wydawało się obce. Pociłem się w dresie na nieznanej drodze, zadzierając wysoko głowę z zamkniętymi oczami. Miałem wrażenie, że znalazłem się w miejscu, w którym nikt nie mieszka, w którym nikogo przede mną nie było, a co więcej, sam je wybrałem. Podjąłem decyzję całkiem świadomie. Przystanąłem wiele mil od szkoły, w okolicy, której nie znałem, ale która wydawała mi się jakoś znajoma, niczym zniekształcone wspomnienie przeszłości, otaczających mnie zewsząd pól. Nad jednym z nich terkotał czerwony samolocik do oprysków, inny leciał daleko. Na innym polu przy drodze ujrzałem olbrzymie metalowe ramię, długie na kilkaset stóp – spryskiwało wodą akry kukurydzy. Samoistnie, tak jak samoistnie nadeszła epoka lodowcowa. Wokół widziałem setki takich samych obracających się na sworzniach, oddalonych od siebie ramion, stałem nieruchomo, a z każdej strony wyczuwałem ruch; nigdy nie leciałem samolotem, ale domyśliłem się, że z wysoka na polach można zobaczyć wielkie zielone kręgi. I niemal od razu pokochałem Oregsburg.

Wyjąłem trzy lata ze swojego życia i poświęciłem je niczym przepiękne dziewice wrzucane do wulkanu. Nie mam zamiaru kłamać, więc nie powiem, że nie liczyłem na to, że zdobędę już mistrzostwo. Ale nigdy nie jest łatwo. Z perspektywy czasu widać, jak uporczywie trzeba się tego uczyć. Z oślim uporem uprawiałem zapasy, przez trzy lata odgrywając fajfusa – tyle czasu musiało upłynąć, zanim zrozumiałem, że nigdy nie zdobędę trofeum tylko dlatego, że na nie zasługuję. Przez te trzy lata często padałem na pysk i chciało mi się rzygać ze zmęczenia, byłem tak zrozpaczony, że rzygałem. Ale podejrzewam, że przez cały czas czekałem na to, co się wydarzy w czwartym roku, ostatnim roku mego życia, który wydaje się długi i niezapomniany jak ciąża albo wyprawa na biegun północny. A ponieważ rok ów jest taki długi, poświęcam jego część na obcinanie paznokci u nóg na łóżku i przyglądanie się, jak Linus czyta Stephena Kinga, siedząc na krześle przy biurku. Inne części tego roku poświęcam na zastanawianie się nad tym, jak wyglądałyby sale, w których staczam zapaśnicze walki, gdyby zjechali do nich wszyscy mieszkańcy zadupia z Dakoty Północnej, jak wyglądałyby te kiepsko wentylowane, śmierdzące środkami odkażającymi i betonem sauny z matami; zastanawiam się, ilu z tych ludzi z zadupia wie, kim jestem, zna mnie choćby z widzenia, czeka na moje walki. Czy jakaś wdowa mająca jeszcze chęć do życia zawołałaby, widząc mnie z tyłu: „Hej, to przecież Stephen! Spójrzcie, jaki ma zgrabny tyłek!”. Czy jakiś dzieciak poprosiłby mnie o pamiątkę, a ja rzuciłbym mu ochraniacz na głowę, a dziewczynce podał zapaśnicze buty, które zaraz by przymierzyła, kręcąc nosem ze śmiechem, bo śmierdzą przecież potem. Takie osobiste pamiątki mógłbym rozdawać fanom po każdej walce.

– Chciałbym wyjechać do Maine – deklaruje Linus. – Przerażają mnie te mieściny.

Nic z tego nigdy się nie wydarzy. Nie ma pieniędzy na dodatkowe ochraniacze ani buty, to czysta fantazja. Żaden dzieciak ani żadna napalona żona nie wypatruje bohaterów w maleńkich halach sportowych. Zachowuję te pojebane fantazje dla siebie i staram się nie wierzyć w inne.

Z boku palucha zrobił mi się pęcherz, przecinam go, wypływa z niego cuchnąca ropa. Wmawiam sobie, że nie jestem cholernym tchórzem.

– Człowieku… – kręci nosem Linus. – Dajesz z siebie wszystko z tymi paznokciami.

Pięć miesięcy, cała zima, to makabrycznie długo dla tych, co nie piją. Wygląda się przez okno i widać tylko mile pustej ziemi, jakby zaprojektowanej po to, aby ilustrować odludzie; tu i ówdzie stacje benzynowe, wszędzie błoto i pordzewiały sprzęt, wszędzie pola, na których rosły pszenica, len i rzepak. Dziura studni – tak wygląda zima. Przetwórnie żywności, beczkowozy, bogaci wieśniacy jeżdżący między tym wszystkim samochodami, chodzący między tym wszystkim pieszo, śpiący w stojących między tym wszystkim domach. Za każdym razem, kiedy wygląda się przez okno, widok ten przylepia się do szyby niczym jakiś zombiak, czekający, aż się go zauważy, żeby mógł rzucić się patrzącemu do gardła.

– Co tak śmierdzi? – pyta Linus i nie odrywając oczu od książki, unosi nogę i pierdzi straszliwie, po czym chichocze pod nosem.

Oto czego żałuję: że nie wygrałem każdej zapaśniczej walki; że przegrałem ich zbyt wiele; że nie zająłem się uprawianiem zapasów wcześniej, przez co nigdy się nie dowiem, o ile mógłbym być lepszy i szybszy; że nigdy nie miałem rodzeństwa; że jestem mocniejszy w natarciu z lewej, a nie z prawej stójki; że zmarnowałem mnóstwo czasu, walcząc, żeby nie przegrać; że byłem zbyt szybki w natarciu i wpadłem prosto w unik Derricka Ebersole’a; że na zawodach regionalnych chwyciłem Chrisa Gomeza za kostkę prawej nogi tylko po to, żeby ją wypuścić, przez co nie dało się go znów położyć na łopatki; że nie uzyskałem lepszego wyniku na egzaminach SAT; że czasem zapominam, że należy być złym; że nie potrafię utrzymać chwytu w parterze; że nie pamiętam, jak wyglądał dziadek, i znam go tylko z fotografii; że przed laty oblodzenie na drodze było tam, gdzie było, a sama droga skręcała tam, gdzie skręcała, i ten drugi samochód jechał tam, gdzie jechał, a jego kierowca też zginął; i że posłałem tego dzieciaka samego do szpitala, że w karetce nie siedzieli jego rodzice i nikt nie mógł się nad nim użalać.

– Myślę, że żaden seryjny morderca nie przyjechałby do Dakoty Północnej – stwierdza Linus. – Może do Sioux Falls… Może zabiłby jedną osobę, ale zaraz by mu się znudziło i wyjechałby do Minneapolis w poszukiwaniu ciekawszych ofiar.

Noszę w sobie skrywaną udrękę. Staram się zawsze czymś zająć, żeby o niej zapomnieć, ale w takich chwilach, kiedy nie mogę kłamać, wiem, że daje mi się coraz bardziej we znaki, że wylewa się ze mnie rozpacz.

Ropuch przestępuje z nogi na nogę w kącie pokoju. Nie patrzę na niego.

Linus pyta:

– Jaka jest różnica między ukąszeniem przez owada a wysypką, bo mam coś takiego na szyi?

Wiem także, że doświadczam najdzikszej huśtawki uczuć. Ale przyzwyczaiłem się do tego przez trzy sezony w Oregsburgu. Traktuję ten odrębny okres w moim życiu jak osobny pokój, w którym stoją zwykłe stare meble sprawiające niekiedy najgłupsze problemy, którymi sam muszę się zająć. W moim prawdziwym pokoju zawsze panuje porządek i zawsze jest w nim Ropuch, pojawił się u mnie krótko po wypadku, ale staram się trzymać go w jakimś kącie, staram się na niego nie patrzeć, bo gdybym go nie pilnował i puścił samopas, coś mogłoby się wydarzyć.

Linus siedzi tam, gdzie siedział. To mój pokój. Jeszcze stąd nie wychodzę. Nie jestem jeszcze gotów. Znów widzę przed sobą cel, wraca do mnie jak zawsze, pojawia się za rogiem w ostatniej chwili.

Dwa najlepsze powody, żeby zrobić cokolwiek, to:

1) udowodnienie sobie, że można to zrobić;

2) udowodnienie wszystkim innym, że się da.

Więc opuszczę potulnie głowę, pamiętając, że dano mi jeszcze pięć miesięcy. Mam je na wyciągnięcie ręki, są całym moim życiem. Jestem upartym osłem.

Linus oznajmia:

– Masz mnóstwo martwego naskórka na stopach. Tylko ci o tym mówię.

Jestem wdzięczny za: ten sezon; zapał; motywację; pragnienie sukcesu; to, że nie jestem gruby; że nie jestem kaleką; że nie mam jebanego rozszczepu kręgosłupa; że nikt nie słyszy moich myśli oprócz mnie; że moja aktywność przeciwdziała osadzaniu się kosmicznego szlamu; że mam duże jak na swój wzrost dłonie; Linusa; Oregsburg; że moi pradziadkowie ruchali moje prababki, dziadkowie babki, a tata mamę i nie urodziłem się w Kongo króla Leopolda ani na Syberii; że moje zatoki są jak wysokogórska jaskinia, w której mieszka taki mały grendel hodujący dla mamusi pieczarki; że nie mam nigdy zbyt dużo wolnego czasu; że są na świecie inni zapaśnicy czekający, żebym rozłożył ich na łopatki; babcię; oraz to, że mam coś do zrobienia.

– Chryste, Stephen, Danny’ego właśnie zaatakował wąż przeciwpożarowy!

Linus zamyka książkę, choć wcześniej czyta początek następnego rozdziału. Zauważyłem, że kiedy się na czymś naprawdę skupia – najczęściej na zapasach albo lekturze książek – często oblizuje wargi i wyciera je wierzchem dłoni.

– Idę spać. Widzimy się o wpół do siódmej?

Kiwam głową. Dziękuję Bogu, że zostałem sierotą akurat w tych czasach, że dano mi szansę i że nie muszę śpiewać na ulicy umorusany sadzą, żeby mieć co zjeść na kolację.

– Wiesz, że od dwóch dni nie odezwałeś się ani słowem?

Mam ciągle w uszach trzask pękającego męskiego ramienia.

– Mhm.

Stoi pod oknem z książką pod pachą. Przypatruje się fotografii na parapecie: moim rodzicom, trzymającym w ramionach mnie, niemowlę, siedzącym na sofie w naszym salonie. Zapominam o tym zdjęciu, dopóki ktoś na nie nie spojrzy, ale Linus nie odzywa się ani słowem. Przesuwa palcem po parapecie obok fotografii i mówi:

– U ciebie jest zawsze tak czysto. Taką nienormalną czystością.

– Czysto, czysto, czysto, czysto, czysto, czysto, czysto, czysto.

– Powiedz mi, co się wydarzy w Miles City.

– Stoczysz trzy walki, wygrasz wszystkie trzy i będziesz miał rekord cztery do zera w kategorii stu dwudziestu pięciu funtów.

– Nie, to znaczy, w tym… co się stanie, jak przegram?

– No cóż, na turniejach są jeszcze repasaże, ale w tym turnieju biorą udział tylko cztery szkoły…

– Wiem, co to są repasaże. Zastanawiam się tylko, co się stanie.

– Myśl tylko o faktach. Zaczynamy, ja zacznę. Nazywasz się Linus Arrington. Siedzisz na krześle w moim pokoju w akademiku, pokoju oddalonym o… pięć innych od twojego. Mamy listopad. Listopad to jeden z najzimniejszych miesięcy. Stalin prognozował pogodę, a jego lewa ręka była znacznie krótsza od prawej, bo wpadł pod faeton. Jesteś zapaśnikiem Oregsburg College w wadze stu dwudziestu pięciu funtów. Dzisiaj wygrałeś walkę. Pochodzisz z Bellevue w Nebrasce.

– Mój tata nazywa się Dale, a moja mama Tina. Mleko jest białe. Uprawiam zapasy od siódmego roku życia i wygrałem pierwszą walkę w college’u. Za trzy dni pojadę do Montany, żeby walczyć w Miles City.

– Sala w Miles City śmierdzi jak każda inna. Wygrałeś pierwszą walkę w karierze na uczelni. Przewodzisz jeden do zera.

– Będę wygrywał, jeśli nie przestanę być agresywny.

– W sali w Miles City wygrasz trzy walki z rzędu, bo jesteś odrażającym, ważącym sto dwadzieścia pięć funtów barbarzyńcą, a cała reszta to fujary.

– Jestem odrażającym barbarzyńcą i pourywam im łby.

Kiedy Linus w coś wierzy, na jego twarzy pojawia się szczególny wyraz. A jak widzę tę jego minę, wydaje mi się, że znam go od bardzo dawna, że straciłem z nim mleczne zęby, wgryzając się w kolby kukurydzy w Nebrasce, jakbym miał zupełnie inne dzieciństwo i był zupełnie inną osobą.

A Linus pyta:

– Zastanawiałeś się kiedyś, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś urodził się dziewczyną? Albo miał szpotawą stopę? Albo był Azjatą? Albo mieszkał w Nowym Meksyku?

– Zabiłbym się, gdybym miał szpotawą stopę.

– Ja chyba też.

Czasem martwię się, że Linus nie pojmuje pojęć abstrakcyjnych.

– Inne życie… nie przypomina innego długopisu, którym się pisze – mówię. – Mam zdrowe nogi i stopy. Ty też. Jestem dobrym zapaśnikiem, podobnie jak ty. Tak wyglądają okoliczności. I o to chodzi. To jest długopis, którym piszę. Masz taki sam.

– W porządku.

– Dotknijmy się czołami. Spoko wodza?

– Spoko wodza.

– Chodź, dziecino, położę cię do łóżka.

– Pożyczysz mi pasty do zębów? Mama zapomniała włożyć mi do paczki.

Gdy zamyka za sobą drzwi swojego pokoju, odwracam się w stronę korytarza – całkiem pustego, jeśli nie liczyć sprzątaczki na drugim końcu, zmywającej rzygi ze zsypu na śmieci. Piętro ma kształt kwadratu, pokoje tworzą zewnętrzną krawędź, a w środku znajduje się wspólna łazienka i do niej właśnie zmierzam. Z kabiny toalety wychodzi pierwszoroczniak Perry – który dożyje dziewięćdziesiątki albo umrze następnego lata, kto wie – i zostawia za sobą smród. Kiwa głową, odpowiadam mu skinieniem. Nie wiem, jak ma na nazwisko.

Odkręcam kran. Sprawdzam w lustrze, czy nie mam liszaja, opryszczki, grzybicy. Włączam maszynkę do golenia. Przesuwam nią po odrostach na czaszce, koszę je, zanim wyrośnie trawa. Dwa kostne grzebienie na czubku głowy. Obieraczka do ziemniaków.

Na zajęciach z kultury globalnego kapitalizmu czytałem o pozyskiwaniu tłuszczu z ssaków morskich. Usiadłem prosto na toalecie i wyobraziłem sobie, jak to wyglądało przed trzystu laty. Ujrzałem potężnego, ohydnego wieloryba wyrzuconego na morski brzeg, szczerzącego się głupio wielką paszczą o małych oczkach, i rybaków chodzących wzdłuż jego kręgosłupa w rybackich butach, wbijających ostrza w skórę, tnących ją nożami i odciągających hakami w liniach prostych, żeby odsłonić pokłady cennego tłuszczu, który należało zedrzeć jak tapetę; wilgotne, ssące odgłosy, gdy zrywają krwisto-białą podściółkę. Jeden z nich ciągnie mocniej kawałki, które nie chcą oddzielić się od powięzi, szarpie, aż odrywają się od tkanki łącznej. Jatka na piasku. Po oddzieleniu tłuszczu rybacy zabierają całe jego połacie, zostawiając idiotycznego oskórowanego wieloryba na plaży, krwisto-białego, jak umięśniony szkielet z wybałuszonymi oczami i otwartą paszczą, ciągle uśmiechniętego, a słońce zachodzi za falujące morze.

Nie ma w tym żadnych rytuałów. Tak wyglądają rzeczy, które załatwiam pomiędzy. Wychodzę spod prysznica i wracam korytarzem do siebie. Chmura przesłania księżyc przez sekundę. Dokonuję obliczeń w świeżo obranym kartoflu. Jeśli wszystko pójdzie tak, jak należy, stoczę w tym sezonie dwadzieścia cztery walki, które nie będą trwały dłużej niż siedem minut, co daje w sumie, ile…, sto sześćdziesiąt osiem minut. Mniej niż trzy godziny, te sto sześćdziesiąt osiem minut, tak zapiszą w tabeli wyników, którą będą studiować przyszłe światowe pokolenia, przesuwając grubymi paluchami wzdłuż rzędów i kolumn. Liczy się tylko te sto sześćdziesiąt osiem minut. Reszta – to, co nie znajdzie się w tabeli – to obcinanie paznokci u nóg, wyobrażenia o zdechłych wielorybach, wycieranie ręcznikiem każdej fałdki skóry, bezwonne wydalanie gazów po gotowanych piersiach kurczaka i przyrządzanych na parze warzywach, dłubanie w pępku, zeskakiwanie z łóżka tak, żeby dotknąć sufitu, wyciąganie fiszek Barrona z biurka spod zbiorów samopomocowych aforyzmów i religijnych broszur, odnajdywanie w nich „Trzystu pięćdziesięciu najpowszechniejszych słów”. „Niegodziwy”, „niepodważalny”, „nieprzyjazny”, „nieustatkowany”, „niezamożny”. Reszta to umysłowy wysiłek, by nie myśleć o rzeczach złych i trzymać się rzeczy dobrych.

Zdradzę wam sekret: zastanówcie się, co łączy tę resztę ze stu sześćdziesięcioma ośmioma minutami. Tylko to. Pozostałe rzeczy to obdzieranie ze skóry. Przeszłość jest obdzieraniem ze skóry. Podobnie jak przegrywanie.

Robię pompki. Przy dwudziestej zsuwa mi się ręcznik. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście, siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć, dwadzieścia siedem, dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć, trzydzieści, trzydzieści jeden, trzydzieści dwa, trzydzieści trzy, trzydzieści cztery, trzydzieści pięć, trzydzieści sześć, trzydzieści siedem, trzydzieści osiem, trzydzieści dziewięć, czterdzieści, czterdzieści jeden, czterdzieści dwa, czterdzieści trzy, czterdzieści cztery, czterdzieści pięć, czterdzieści sześć, czterdzieści siedem, czterdzieści osiem, czterdzieści dziewięć, pięćdziesiąt. Tunel w czasoprzestrzeni, czarna dziura. Niewidzialna transmisja radiowa z kosmosu. Nieznany bąbel z głębin oceanu. Pompuję najgłębiej, jak się da.

Treningi są rzeczywiście tak nudne i mozolne, na jakie wyglądają. Przypominają przechadzki po więziennym spacerniaku: dwudziestu łażących w kółko zapaśników, Led Zeppelin albo Cream o wpół do ósmej rano, odgłosy poklepywania. Sucha zimą sala sportowa, nagrzewająca się w ustach i we włosach. Uważam, że im więcej czasu poświęca się na zastanawianie, co ja, do chuja, robię w tym miejscu, tym gorsze osiąga się wyniki. O wiele lepiej jest wejść w to gówno po uszy. Czy wiecie, że w Cesarstwie Rzymskim lekarze udzielający pomocy niewiastom cierpiącym na histerię nakazywali swym niewolnikom wydawanie głośnych okrzyków i zasmradzanie izby chorej, aby wystraszyć macicę i zmusić ją do powrotu do pierwotnego położenia, a niewolnicy nawet się nad tym nie zastanawiali? Dlatego Cesarstwo Rzymskie przetrwało tysiąc pięćset lat. Zostałem niewolnikiem dawno temu.

Skupienie się na wykonywanych ćwiczeniach wymaga wprawy, tak jak wykonywanie przerzutów czy kołysek, a ja, żeby się na nich skupić, wyobrażam sobie na przykład długą na sześć cali kanapkę z indykiem z Subwaya, na pszennym pieczywie, bez sera, bez majonezu, pozwolę sobie na nią po treningu, odzyskam mniej więcej dwieście osiemdziesiąt kalorii, a w moim mózgu uwolnią się różne związki chemiczne, gdy poczuję zapach ciepłej bułki. Czasem myślę też o tym, co mnie czeka: dwadzieścia cztery walki rozłożone w czasie przez te wszystkie długie dni, a pomiędzy nimi niezbędne gówniane treningi. W zasadzie nie muszę jeść, napełniam brzuch takimi myślami.

Trenuję w parze z Whiteyem Williamsem, który wygląda jak upiór, bo kiedy miał trzynaście lat, przeżył wybuch zbiornika z propanem. Jego twarz ma kolor i fakturę surowej mielonej wołowiny. Waży sto czterdzieści jeden funtów i lubi ze mną trenować, bo jest większy, a ja jestem szybszy. Wcale mi to nie przeszkadza, chociaż cierpi na schorzenie polegające na tym, że ma poprzerastane gruzełkowato fałdki skóry wzdłuż całego kręgosłupa. Powiedziałem mu kiedyś: „Wyglądasz jak jebany stegozaur”. Odkąd tu jestem, widziałem już siedem razy, jak Whitey sprowadzał przeciwników do parteru już na początku pierwszej rundy, gdy ci dotknęli jego pleców stegozaura i spłoszyli się tak bardzo, że spieprzyli z zony, zanim zdali sobie sprawę, że przegrają, jeśli nie przestaną udawać obrzydzenia i nie zdecydują się dotknąć tych gruzełków.

Wychodzi z chwytu za nogę, ale napieram i odwracam się, żeby chwycić go za plecy, tyle że zdążył już wstać, więc uderzamy się tylko po karkach. Opowiada mi o takiej dziewczynie, Lauren, którą przyłapał na tym, że gapiła się na niego w bibliotece. Podszedł do niej i zapytał: „Co się gapisz?”. Na co odpowiedziała: „Bo masz najpiękniejszą twarz, jaką w życiu widziałam”. A Whitey na to: „Zaczekaj, aż zobaczysz moje plecy”. I podciągnął koszulkę nad głowę w tej bibliotece, odwrócił się i pokazał jej gruzełki, od czego się prawie posrała i zaciągnęła go do swojego pokoju w akademiku, mówiąc: „Muszę cię namalować, muszę cię od razu namalować”. Ale jak weszli do jej pokoju, nigdzie nie było ani śladu farb, ani sztalug, opowiadał mi Whitey, i zanim się zorientował, przewróciła go na łóżko i zaczęła mu ściągać buty i skarpetki. Był ciekaw, do czego to doprowadzi, więc przyglądał się, jak mu zdejmuje obuwie.

Chwyta mnie za głowę i ciągnie.

– To się nazywa „ssanie krewetki”. Znasz tę technikę? Dotykacie się palcami nóg, a potem je ssiecie do uzyskania seksualnego zaspokojenia.

Odpycham jego ramiona i chwytam go w pasie. Wiem, że Whitey kłamie, a ponieważ to, co mówi, jest obrzydliwe, odpowiadam:

– No.

– To zupełnie wyjęte spod prawa.

– Lewa.

– Jakiego lewa?

– Lewa. Twojej lewej stójki.

– Och, pierdol się.

Wszystko odbywa się na zwolnionych obrotach, dżaksarow na zwolnionych obrotach, uniki na zwolnionych obrotach, sprowadzanie do parteru i poruszanie się po macie na zwolnionych obrotach. Trener Hargraves gwiżdże i zmieniamy pozycje. Leżę na plecach, trener Whiting kładzie mi ręce na czoło, ja usiłuję się podnieść, a on naciska, potem czołgam się przez całą salę, potem skaczę na skakance, potem wspinam się z kołkami w rękach po tablicy, potem toczę się po macie, wbiegam i zbiegam po schodkach, powstrzymując rzygi, aż dobiegnę do kubła, potem walczę z Simonem Fjelstadem, Harrym Pfaffem i Paulem Krygerem, który występuje w mojej kategorii wagowej i chce być ode mnie lepszy, ale nigdy nie będzie. Wszystko to jest konieczne i zamierzone, tak jak lubię. Jeśli coś mi nie wychodzi, powtarzam to tak długo, aż jest okej. Jeden z trenerów chodzi wokół maty i powtarza: „Miles City, Miles City”. Biorę głęboki wdech i smarkam w rękaw. Jeśli robi się to właściwie, pachnie wybielaczem jak w małym pokoiku. Dowiedziałem się już dawno temu, że pragnienie to rzecz względna i po jakimś czasie przestaje doskwierać. Robię sobie krótką przerwę i podnoszę wzrok ponad materace na ścianach, tam gdzie powinny wisieć proporce. Ostre białe światło sprawia, że skóra wygląda blado i czysto, pot wydaje się brudniejszy, a ja jestem tak uwarunkowany, że zwracam uwagę na to, co widzę, jakbym operował chorych w szpitalnej sali operacyjnej. Nigdy nie przestaję zwracać uwagi. Zwracam uwagę na Linusa wykonującego dwadzieścia podciągnięć i odpoczywającego przez chwilę przed następnymi dwudziestoma. Pete Crest zeskakuje z maty, na której walczył w zwarciu z Clarkiem Lowe’em, zdejmuje koszulkę i obwiązuje ją wokół głowy, żeby wsiąkł w nią pot, i przez chwilę mam wrażenie, że ściągnie również szorty, ale pochyla się tylko po to, żeby znów zaatakować Clarka, tym razem bez udawania, stoczyć z nim prawdziwą walkę, ale ich rozdzielają. Naprawdę zwracam uwagę na wszystko i słyszę łomot ciężarów podnoszonych i opuszczanych w siłowni w korytarzu.

Paul Kryger to wrogi szwabski szaleniec, który nie zwraca uwagi na to, co robię, bo jest zbyt zajęty tym, żeby mnie pokonać. Nikt nie lubi sparingów z Paulem, bo przynajmniej połowa drużyny doświadczyła jego paluchów w odbycie – Paul jest w zasadzie mistrzem świata w sprawdzaniu poziomu oleju. Niektórzy już się do tego przyzwyczaili. Paul sprawdzał mi poziom oleju w przeszłości i nadal tego próbuje, ale jest na to za słaby, więc to nie jest mój palący problem. Podczas naszego sparingu ma mnie zaatakować, co też czyni. Ślina z jego ust ląduje mi na twarzy, gdy chce wykonać narzutkę, wrzeszcząc:

– Pierdol się, Florida, pierdol się!

Z kolei trenerzy wrzeszczą na niego, żeby zszedł do półmostu. Czekam, aż sytuacja przyjmie korzystny dla mnie obrót. Nie zrobi półmostu z mojej prawej strony, bo przyciskam mu łeb do maty prawą ręką i owijam go sobie jak szalik wokół bioder. Mamrocze:

– Pierdol się, Florida, ty cioto, ty cipo.

I dźga mnie łokciem pod żebra, mocno, bo chce odebrać mi miejsce w kategorii stu trzydziestu trzech funtów. Wbija wyrostek łokcia pomiędzy dwa dolne żebra.

– Hej – rzuca czasem – hej.

Będę miał sińce z boku klatki piersiowej, ale życie bez nich byłoby niemożliwe. Nie byłbym sobą, gdybym ich nie miał. A choć Paul Kryger chce, żebym zdechł, żebym wyjechał z Oregsburga i nigdy tu nie wracał, aby on mógł zająć moje miejsce reprezentanta naszej kategorii wagowej – miejsce, którego nigdy nie zdobędzie, bo go nie pragnie tak bardzo jak ja – mógłbym powiedzieć mu, że poszłoby mu lepiej, gdyby się tak nie wściekał i gdyby nie był do tego tak głupi, a ponieważ jest, nic mu nie mówię. W ogóle z nim nie rozmawiam. Nie żal mi Paula Krygera ani przyszłej żony Paula Krygera, ani jego nienarodzonych wnuków, które z pewnością będą bękartami i które nigdy się nie dowiedzą, że Paul nie został reprezentantem uczelni w swojej kategorii wagowej. Zadbam o to, żeby ta historia nigdy nie wyszła na jaw. Coś mu odbiorę, więc nigdy jej nie będzie. A gdy Paul nazywa mnie cipą i wali mnie łokciem pod żebra, przyklękam i kładę go sobie na ramiona jak jagniątko – teraz jest jagnięciem. Zrzucam go rękoma na matę, na której przeżywa kolejne rozczarowanie.

Trener Farrow woła do mnie:

– Jezu Chryste, Florida, nie możesz tak nim rzucać, bo zdyskwalifikują cię na turnieju.

Wiem, że tak nie myśli. Kryger trzyma się za rękę i Fink prowadzi go do szatni, ale trzeba mu oddać, że nie wyje ani nic.

Mordercze sprinty, skakanka, wspinanie się po linie pięć razy tylko za pomocą ramion. Kończę dwie i pół godziny po rozpoczęciu. Idę pod prysznic i przebieram się. Szczotkuję rzygi spomiędzy zębów i zabieram plecak.

Studenci, wykładowcy, ławki, długopisy, prace semestralne. To wszystko jest po drugiej stronie ściany, ja uprawiam swój ogródek, w którym łamię i depczę kwiatki.

Przez pierwsze lata studiów chodziłem na dodatkowe zajęcia, żeby mieć ich mniej w kilku ostatnich semestrach. Tej jesieni uczęszczam na rysunek II, meteorologię I, podstawy dziennikarstwa oraz czym jest nicość. Zaliczyłem mnóstwo zajęć wcześniej, a dodatkowy czas wykorzystuję na treningi. Nie chodzi o to, że nie chcę się kształcić, ale muszę oszczędzać siły na to, co ważne. W innym życiu, gdybym nie był tak sprawny fizycznie, pewnie znalazłbym się na liście tych, którzy kończą studia z wyróżnieniem, a nie bez wysiłku uzyskiwał arytmetyczną średnią ocen 2,6. Poza zapasami zawsze brałem to, co wpadło mi w ręce. Tu, w Oregsburgu, można dostać opiekę naukową, ale nie skorzystałem z niej. Bo musiałbym wywiązywać się z obowiązków wobec kolejnej osoby, a poza tym przekonałem się, że można dać sobie radę, wybierając konkretne tematy prac semestralnych i nauki przed testami. Na przykład na zajęciach z polityki terapii pominąłem wszystkich myślicieli oprócz Wilhelma Fliessa, odkąd dowiedziałem się o wymyślonej przez niego w dziewiętnastym wieku teorii odruchu nosowo-genitalnego; nos, tak jak penis, wypełnia się podobno krwią podczas pieprzenia, a ludzie częstokroć kichają podczas uprawiania seksu (Fliess wymyślił nawet zabieg chirurgiczny, aby zlikwidować ten odruch). Wiedziałem od razu, że chcę o nim napisać pracę semestralną. Dostałem za nią ocenę bardzo dobrą, a jej tytuł brzmiał Wgląd w przeszłość dla przyszłości. Z innej zupełnie dziedziny: umiałem na przykład narysować na dłoni i objaśnić krzywą zagregowanych popytu i podaży. College jest łatwiejszy od szkoły średniej.

Przychodzę na zajęcia punktualnie i staram się nie utonąć. Być może mógłbym wynieść ze studiów znacznie więcej. Bo lubię wszystko rozumieć. Lubię definiować problemy i je rozwiązywać, bo przecież o to chodzi w zapasach. Jeśli wiedza ma zastosowanie praktyczne, chłonę ją bez reszty. Na przykład po raz pierwszy poszedłem z własnej woli do biblioteki w drugiej klasie szkoły średniej, co doprowadziło do bójki między mną a chłopakiem o imieniu Maxime, wysokim Francuzem, który jeździł na deskorolce. Nie przepadaliśmy za sobą, bo Maxime miał głupi nawyk zajeżdżania mi drogi, kiedy szedłem do szkoły, a gdy któregoś razu powiedziałem mu, że dostanie w łeb, jeśli zrobi to jeszcze raz, przystanął i wyrzucił z siebie potok francuskich słów, z których zapamiętałem tylko salaud. Zapisałem je na kartce. A po południu poszedłem do biblioteki i zdjąłem z półki słownik francusko-angielski. Dowiedziałem się, o której Maxime wychodzi ze szkoły, a gdy wyszedł, było po wszystkim. W rezultacie zawieszono mnie na trzy dni i przez dwa tygodnie siedziałem w kozie po lekcjach, poświęcając ten czas na kiczowate marzenia o rejsie jachtem, podczas którego szkwał zerwał mi marynarską czapkę! Po tym wydarzeniu przestałem wątpić w praktyczną wartość wiedzy.

Wychodzę z meteorologii, z której dostałem czwórkę minus w połowie semestru, bo pomyliłem wielkość i temperaturę warstw atmosfery i zapomniałem ich skład chemiczny – argony pomieszały mi się z neonami i tak dalej. Ale ogólnie rzecz biorąc, myślę, że to dobre zajęcia, bo można się na nich nauczyć prognozowania w rodzaju „jak nie to, to tamto”. Ćwiczenia z prognozowania są jak mentalny wypad nad jezioro na ryby. I dobrze jest wiedzieć, że Leon Battista Alberti wynalazł w roku tysiąc czterysta pięćdziesiątym wiatromierz do pomiarów szybkości i ciśnienia wiatru.

Tego rodzaju fakty gromadzą się w jasno oświetlonym miejscu gdzieś z tyłu mojej głowy. Jedzenie to dodatek, zajęcia to dodatek, stosunki międzyludzkie to dodatek, nawadnianie się to dodatek, podobnie jak dodatkiem jest sen.

Idąc na zajęcia z rysunku do Pracowni McKnighta, przy parkingu i drodze prowadzącej do kampusu, przecinam zrudziały trawnik. Mijam bezlistne drzewa z plastikowymi torebkami wśród gałęzi. Pod jednym gołym drzewem jakiś osobnik płci męskiej wypatrzył łachę śniegu, lepi z niego kulkę z wystającymi źdźbłami słomy z mulczu i rzuca nią, mocniej niż trzeba, w jakąś przedstawicielkę płci żeńskiej, która wrzeszczy, przerażona, gdy pocisk trafia ją w ramię. Kiedy roześmiany osobnik płci męskiej podchodzi, żeby przeprosić, przedstawicielka płci żeńskiej wyjmuje słomę z włosów i udaje, że chce przebić mu źdźbłem ucho. Oboje biegną dalej, mijając Kyle’a Glanville’a, który jest miłym chłopcem o kościstej twarzy. Poznałem go przed trzema laty na kursie orientacyjnym i jak się okazało, Kyle jest jednym z zaledwie szesnastu czy coś koło tego czarnych studentów w college’u liczącym tysiąc sto osób.

– Hej, Stephen, jak leci?

– Hej, Kyle. Gdzie idziesz?

– Spierdoliłem z jebanej matmy, bo już nie mogę więcej. Geometria! Chuj mnie strzeli!

– Miałem to dwa lata temu. Jesteś u tej, no, jak ona się nazywa, Corrigan?

Widzę po jego twarzy, że kiedyś już o tym rozmawialiśmy, dokładnie o tym samym.

– Ta. Siedzę z tymi z pierwszych lat. Biorą mnie za studenta specjalnej troski i mam tego dosyć.

– Sieczne. Styczne. Już nic z tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, że w zadaniu na teście była parabola i dała mi ćwierć punktu za wyznaczenie wierzchołka i tego, jak to się nazywa, we właściwym miejscu w układzie współrzędnych.

– Kurwa. Parabole są w testach?

– Ta.

Nie wiem, co mam zrobić, więc zerkam na wieżę zegarową.

– Co tam wisi?

– Moja spluwaczka. Niedługo mamy turniej.

– Fajnie.

– Odwadniam się.

– No.

– No.

Nie rusza się, gdy chcę odejść. Trzyma dłońmi paski plecaka, a ja nie wiem, czy czuje się samotny, czy ludzie zachowują się wobec niego jak rasiści, czy ma po prostu zlew na wszystko. Czy może myśli, że powinniśmy być ziomalami, bo byliśmy w jednej grupie na kursie orientacyjnym.

Pyta:

– Hej, nie miałbyś czasem ochoty gdzieś wyskoczyć?

Kyle Glanville jest osobą, która mogłaby odgrywać ważniejszą rolę w moim życiu, jak przypuszczam, tak jak spanie do późna czy wyjazdy na kemping.

– Nie mogę – rzucam, a on to rozumie, myślę.

Więc kiedy mówi: „Zobaczymy się”, wiem, że nie ma tego na myśli. Jego ton zamyka furtkę.

Zostało mi jeszcze pięć minut do zajęć, więc kiedy drogą z ograniczeniem prędkości do dwudziestu mil na godzinę kierowcy prują pięćdziesiątką, staję i czekam na parkingu przed budynkiem McKnight, który w zasadzie jest wielką szopą. Rysunek II! Oregsburg College ukrył mnie pod parasolem licencjatu z dziedziny sztuk wyzwolonych! To intelektualna wyściółka najlepszej jakości. Powiedziano mi, że mogę „zaprojektować” własne curriculum! No cóż, zaprojektowałem je: chodziłem na zajęcia z komunikacji kryzysowej, rozważań nad prawami człowieka w Chinach, ludobójstwa, fizyki łańcucha pokarmowego i teorii przywództwa. Zanim odpuściłem sobie nieco w szkole, moim ulubionym przedmiotem była historia, zwłaszcza historia wojen, bo wiedza o najgorszych rzeczach, które się wydarzyły w naszych dziejach, wydawała mi się jedynym sposobem na uczynienie ich znośniejszymi. Nic nie pamiętam z zajęć z chemii życia, zapomniałem nawet nazwisko wykładowczyni, choć pamiętam, że była kobietą. Dostałem z nich czwórkę. Do każdych zajęć są podręczniki. Aż trudno w to uwierzyć! Czy miałem je sobie kupić wszystkie i w dodatku przeczytać w całości? Zajęcia to hobby. Jest na nich luz, z każdym rokiem studiów coraz większy. Włóczenie się z budynku do budynku, zapamiętywanie na chwilę faktów i osądów, żeby je wypluć na egzaminach i zapomnieć o nich na zawsze, uchodzi tu za studiowanie, ale tylko do czasu zawodów zapaśniczych.

Zaraz po tym, jak poznałem Linusa, w jego pierwszym tygodniu w Oregsburgu czy jakoś tak, zapytał:

– Nie uważasz, że tu jest trochę… niesamowicie?

Pamiętam, że spojrzałem wtedy na nogi krzesła w pokoju: Linus odchylał się na nim ku oknu. Nogi krzesła trzeszczały.

– Nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Nie wiedziałem, bo nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby zastanawiać się, czy szkoła jest niesamowita, czy całkiem zwykła, czy może coś pomiędzy. Wykorzystywałem Oregsburg do zupełnie innego celu niż wszyscy pozostali studenci wokół mnie, z Linusem włącznie. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że nie zrobiłoby mi absolutnie żadnej różnicy, gdyby w Oregsburgu studiował jeden człowiek albo studiowało sto tysięcy. To, co wtedy powiedziałem, brzmiało:

– Nigdy nie byłeś w tej okolicy. Przywykłeś do swojego otoczenia i jeszcze nie przywykłeś do tego.

Co było pewnie prawdą, a jeśli nie, to wystarczyło Linusowi, bo kiwnął głową.

Mimo to wszystkie idiotyczne zajęcia, na które chodzę, składają się na moje wyższe wykształcenie. A ono na zawsze pozostanie częścią tego, kim jestem; różne rzeczy dzieją się i kończą, ale nie stają się przez to mniej trwałe od tego, co dzieje się podczas walki. Muszę żyć z tym wszystkim. A ostatnio dwadzieścia jeden lat życia z różnymi rzeczami zaczęło mnie nużyć. Najpierw osiemnaście lat życia z tym wszystkim, potem koniec szkoły średniej i trzy następne lata życia z tym wszystkim – takiego życia, w którym nic się nie robi oprócz znoszenia tego wszystkiego. Tkwię w tym wszystkim po uszy, utknąłem w tej historii, która nigdy nie daje mi spokoju. To wystarczy, żeby zacząć sobie wyobrażać, że mogło być inaczej, obracać w głowie głupie myśli o tym, czy powinno się być tym, kim się jest, i czy dokonało się właściwego wyboru. Potrzebuję do życia tylko jednej idei, którą chcę żyć. To mi wystarczy.

A co zrobię ze sobą, mając dyplom ze sztuk wyzwolonych? Na co odpowiadam: czy mnie w ogóle słuchacie?

Na parkingu przystaje obok mnie jakaś dziewczyna.

– Cześć – mówi.

Znam ją.

– Cześć. Znam cię.

– Mary Beth – przedstawia się. – Chodziłam z tobą na rysunek. Zeszłej jesieni.

– Rysujesz lepiej ode mnie.

– Uprawiasz zapasy?

Para z jej ust niemal obmywa mi twarz, gdy mówi.

– Pamiętasz?

– Niezupełnie, trochę. Ale masz takie obrzmiałe uszy – dodaje. – Co takiego kryje się w zapasach?

Zapasy są jak jeden wytrysk po drugim, jak namiętność, która rodzi się i narasta oparta na innej namiętności. Zapasy są, u swego źródła, namiętnością rzuconą przeciw namiętności, aby ustalić, która z nich jest silniejsza.

– Zawsze je lubiłem – odpowiadam.

– Jesteś dobry?

– Tak.

– Przygotowałeś zadanie domowe?

– Ta, w zeszłym tygodniu usiadłem na tamtym parkingu i rysowałem gestykulację ludzi wchodzących do sklepów. – Wskazuję budynki po drugiej stronie drogi: Pharmart i dwudziestoczterogodzinną jadłodajnię Allnighter.

– Mogę zobaczyć? Są dobre?

– Nie. A twoje są dobre?

– Pojechałam do domu opieki, no wiesz, Early Sunshine. Narysowałam staruszków siedzących na werandzie, przed telewizorem i w ogóle. Myślę, że całkiem nieźle.

Wyjmuje blok rysunkowy i pokazuje prace, a jej palce muskają moje przez ułamek sekundy. Rysunki są naprawdę dobre. Na jednym widać staruszkę na wózku inwalidzkim, wskazującą palcem prosto na mnie. Nie mam pojęcia, jak udało się tej dziewczynie uchwycić właściwą perspektywę.

– Masz zawody w ten weekend?

– Turniej czterech szkół. Trzy walki. W Montanie.

– Więc jak przygotujesz prace na następne zajęcia?