Nazywam się Milion - Kalina Krawczyk - ebook
Opis

W świecie, gdzie dane jest ci wszystko za jednym kliknięciem, gdzie cała wiedza podana jest na tacy… tracisz tożsamość i pamięć. Wszystko, co potrafisz, to pisać i czytać. Nikt cię nie zna, nikt cię nie szuka. Gdzie pójść? W co wierzyć? Komu ufać?

Pascal Kirski, komisarz lubelskiej policji właśnie wraca ze szpitala i rzuca się w wir walki w gangiem narkotykowym, którego działania zbierają śmiertelne żniwo wśród eksperymentującej młodzieży. Niemal codziennie kraj obiega informacja o kolejnych ofiarach dopalaczy. Jednocześnie w szpitalu psychiatrycznym przebywa cierpiąca na amnezję dziewczyna, która prosi Kirskiego o pomoc w odnalezieniu swojej tożsamości. Jedyne, co ma, to dręczące ją sny o kobiecie, którą jak się wydaje, kiedyś znała.

Czy targany emocjami oraz własną ambicją policjant wygra wyścig z szefem mafii? Kim jest tajemnicza dziewczyna, słysząca głosy z przeszłości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 467

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WYDAWNICTWO DLACZEMU

ul. Efraima Schroegera 90/B, 01-845 Warszawa

www.dlaczemu.pl

Dyrektor wydawniczy: Anna Nowicka-Bala

Redaktor prowadzący: Joanna Kłak

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Jackowicz

Korekta: Marta Burzyńska

Skład i łamanie: Anna Jackowicz

Copyright © 2019 Karina Krawczyk,

Nazywam się Milion. All rights reserved.

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

WARSZAWA

Maj 2019

Wydanie I

ISBN: 978-83-954068-4-3

Zapraszamy księgarnie i biblioteki do składania zamówień hurtowych z atrakcyjnymi rabatami. Dodatkowe informacje dostępne pod adresem [email protected]

Konwersja

Wszystkim walczącym o wolność.

„W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny,

odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego

i demokratycznego stanowienia o Jej losie,

my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej,

zarówno wierzący w Boga,

będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości,

dobra i piękna,

jak i nie podzielający tej wiary,

a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł,

równi w prawach i w powinnościach wobec

dobra wspólnego – Polski,

wdzięczni naszym przodkom za ich pracę,

za walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami,

za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu

i ogólnoludzkich wartościach,

nawiązując do najlepszych tradycji

Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej,

zobowiązani, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko,

co cenne z ponad tysiącletniego dorobku,

złączeni więzami wspólnoty z naszymi rodakami

rozsianymi po świecie,

świadomi potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami

dla dobra Rodziny Ludzkiej,

pomni gorzkich doświadczeń z czasów,

gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były

w naszej Ojczyźnie łamane,

pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie,

a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność,

w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem

lub przed własnym sumieniem,

ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej

jako prawa podstawowe dla państwa,

oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości,

współdziałaniu władz, dialogu społecznym

oraz na zasadzie pomocniczości

umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot.

Wszystkich, którzy dla dobra Trzeciej Rzeczypospolitej

tę Konstytucję będą stosowali,

wzywamy, aby czynili to, dbając o zachowanie przyrodzonej

godności człowieka,

jego prawa do wolności i obowiązku solidarności z innymi,

a poszanowanie tych zasad mieli za niewzruszoną podstawę

Rzeczypospolitej Polskiej.”

KONSTYTUCJA

RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

z dnia 2 kwietnia 1997 r.

PREAMBUŁA

Opisana tu historia wstrząsnęła nie tylko polskim wybrzeżem, gdzie się wydarzyła, ale i całą Polską. Długo żyła nią policja oraz inne instytucje. Wszyscy zadawali sobie pytanie, jak to się stało, że jeden człowiek oszukał tak wielu i to w białych rękawiczkach.

1

Rok 2018 był wyjątkowy.

Od sześćdziesięciu ośmiu lat nie było w Europie tak gorąco. W Polsce temperatura dochodziła do trzydziestu ośmiu stopni. W skali globalnej temperatura była wyższa niż w czasie epoki przemysłowej, co według prognostyków jest przepisem na długoterminową katastrofę.

Nie tylko pogoda budziła niepokój świata. Nasilające się problemy z nielegalnymi imigrantami powodowały coraz większe oburzenie krajów, posiadających granicę na morskiej linii brzegowej, wobec braku pomocy ze strony pozostałych państw Unii Europejskiej. Wiele państw zaczęło mieć problemy z utrzymaniem praworządności i demokracji. Prezydent najpotężniejszego państwa świata, Stanów Zjednoczonych, był nieprzewidywalny w podejmowanych decyzjach.

W Polsce wszyscy mówili o stuleciu odzyskania niepodległości. Równocześnie rosły niepokoje związane z działaniami rządu. Z jednej strony zwiększała się konsumpcja, zwłaszcza dzięki dodatkowym zasiłkom, rozdawanym przez państwo wybranym grupom społecznym, z drugiej – irytacja pozostałej części, żyjącej w poczuciu niesprawiedliwości, złego dysponowania środkami publicznymi i niekorzystnego wizerunku Polski za granicą. Kraj był podzielony na pół, a ludzie zachowywali się jak nieznoszące się wzajemnie plemiona.

Świat Mody kolorem roku ustalił fiolet. Tuż przed zimową zmianą czasu trwały intensywne rozmowy, by zegary przestawić już ostatni raz w historii.

Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego przedstawił najnowszy raport z krótkim wnioskiem: Kryzys w Kościele! Spadła liczba wiernych, kościoły świecą pustkami! Społeczeństwo, skupiające się na własnym życiu, było coraz bardziej zmęczone otaczającą rzeczywistością. Jedni rozpychali się łokciami w budowaniu kariery zawodowej, drudzy żyli z dnia na dzień bez sprecyzowanych celów, inni, mimo własnych spraw, szukali sposobów, jak pokonać marazm i zmienić istniejący stan rzeczy. Byli też tacy, którzy będąc dorosłym, dopiero co się narodzili. I to stanowiło ich największy problem.

2

„Poranne zorze, poranne zorze,

gdy idę w Sopocie nad morzem,

po plaży brudno-piaskowej,

Bałtyk śmierdzi ropą naftową.

Poranne chodniki,

gdy idę, nie rozmawiam z nikim.

Jak jest w niedzielę nad ranem?

po sobotnich balach chodniki zarzygane.

Polska, mieszkam w Polsce, mieszkam w Polsce,

mieszkam tu, tu, tu, tu!”

Razem z taksówkarzem śpiewali na cały głos, stukając palcami o kolana. Znali się z Marcelem, odkąd ten został kierowcą taksówki i pierwszy raz odebrał go z imprezy piętnaście lat temu. Nie mogło być lepszej piosenki w aucie, jak Kult – pomyślał zadowolony.

„Koncerty popołudniowe,

pełne bezmózgów w służbie porządkowej,

patrzą wokoło, bo swędzą ich ręce,

kochają bić coraz więcej i więcej.

Znowu wieczorne przygody,

gdy wchodzę na kamienne schody

zaczepia mnie pijanych meneli wielu,

jutro spotkają się w kościele.

Polska, mieszkam w Polsce, mieszkam w Polsce,

mieszkam tu, tu, tu, tu!”

Było południe. O tej porze pokonanie trasy ze szpitala klinicznego w Lublinie do domu komisarza trwało trzydzieści pięć minut.

„Nocne sklepy z mlekiem,

i patrzę, co się dzieje pod sklepem,

tłum przystawia komuś do twarzy pięści,

żądają dla niego kary śmierci.

Znowu poranne pociągi,

ja stoję i patrzę na mundurowe dziwolągi.

Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy?

Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy!”

Wysiadł na podjeździe swojego domu. Włożył rękę do torby. Jak zwykle w takich momentach wielka torba nie miała dna. Przejeżdżał dłonią to na lewą, to prawą stronę, a po kluczach nie było śladu.

– Dzień dobry! – z otwartych drzwi domu wyłoniła się szczupła brunetka. – Przepraszam, nie zauważyłam, kiedy pan nadjechał. Pomogę z torbą. Pewnie nie może pan jeszcze dźwigać.

– Nic mi nie będzie – odparł, z ulgą zaprzestając poszukiwań pęku metalu. – Jedno kichnięcie to jak podniesienie dwudziestu kilogramów, a mój tobołek waży najwyżej dwa.

– Trzeba dmuchać na zimne – kobieta zdecydowanym ruchem chwyciła materiałowe uszy i powoli weszli do budynku.

Pascal Kirski, policjant w stopniu komisarza, kawaler, pierwsze oznaki siwizny. Przepracował w wydziale zabójstw dwadzieścia jeden lat. W tym czasie współpracował m.in. z Centralnym Biurem Śledczym, jednostką policji powołaną do walki z przestępczością zorganizowaną. Najlepszy z najlepszych, ze stosem nagród i odznaczeń, które miały go jeszcze bardziej motywować do trudnej i pełnej poświęceń służby. Niereformowalny typ choleryka. Nie poprzestał, zanim nie powiedział, co leżało mu na sercu. Bezpośredni, zdecydowany, stanowczy. Imię nadała mu babcia, mama taty, zagorzała katoliczka. Wyczytała gdzieś, że imię Pascal oznacza „Wielkanoc”, najważniejsze święto Chrześcijan, więc uparła się, by wnuk tak właśnie miał na imię. Tata całe życie pracował w urzędzie, dlatego przekonanie koleżanki, żeby zarejestrowała obco brzmiące imię, nie należało do trudnych.

Opadł na swój ulubiony fotel, jeden z trzech stojących wokół okrągłego stolika. Były najwygodniejsze, jakich w życiu używał, mimo że kupił je za śmieszne pieniądze w Ikei.

– Wiem, że ma pan dietę, dlatego zrobiłam lekki serniczek. Pewnie nie jest tak dobry, jak ten pana wykonania, ale mam nadzieję, że też będzie smakował.

Kobieta wniosła talerz wypełniony pachnącymi kawałkami ciasta.

– Nie trzeba było, pani Izo – westchnął.

– Trzeba. To na pożegnanie.

Popatrzył zdziwiony.

– Pożegnanie? Już?

– No tak. Mówiłam, że odchodzę, zanim poszedł pan do szpitala.

– Ach, tak… mówiła pani. Straciłem rachubę czasu. Tak szybko to zleciało.

– Nic nie szkodzi.

Pozwolił nałożyć sobie kawałek ciasta i włączył telewizor. Myślami jednak był gdzieś indziej. Nie miał ochoty na jakąkolwiek rozmowę. Iza, trzydziestoparoletnia sprzątaczka, która w zasadzie robiła wszystko – od gotowania przez sprzątanie po pranie – właśnie kończyła pracę. U Kirskich na zawsze. Powód tej decyzji był prosty: znalazła miłość życia i miała już dla kogo gotować.

Zjedli przy kilku zdawkowych uprzejmościach na temat przyszłości oraz nadziei, że jej następczyni poradzi sobie równie dobrze. Potem Iza sprawnie pożegnała się i wyszła.

Normalnie sięgnąłby po drinka. Ale nie dziś. Na pewno też nie jutro, ani za tydzień, kiedy skończy brać antybiotyk. Nie po tym, co usłyszał.

– Panie Kirski, tak szczerze, ile alkoholu wypija pan tygodniowo? – zapytał chirurg dwie godziny wcześniej.

Pascalowi w tym momencie stanęły przed oczami trzy kolejki whisky, jakie zwykł sączyć każdego wieczoru.

– No wie doktor, pracę mam wymagającą, więc lampka wina wieczorem ma smak zbawienia. Inaczej człowiek by zwariował.

– Lampka wina? Cóż, nie będę pana rozliczał – oświadczył poważnie mężczyzna w zielonym kitlu – jednak proszę wziąć pod uwagę, że ta w miarę niegroźna dawka alkoholu to czternaście jednostek na tydzień. Jedna jednostka to mniej więcej jedno piwo.

Kirski szybko przeliczył w pamięci, że z pewnością przekraczał tygodniową dawkę w jeden dzień.

– Widać, że pana wątroba wiele przeszła – kontynuował lekarz. – W zasadzie powinienem powiedzieć, wiele alkoholu przeszło przez pana wątrobę.

Kirski spuścił głowę, milcząco przyznając rację. Przez ostatnie lata alkohol pomagał mu odprężyć się i zasnąć. Teraz będzie musiał nauczyć się żyć bez nałogu. Czy wróci do Xanaxu? Tego by nie chciał. Psychotropy pomagały, kiedy nie wspomagał się procentami, lecz stopniowo, z dwojga złego, tabletki wolał odrzucić. Odkąd pamiętał, zasypiał po kilku głębszych lub pigułce szczęścia. Brał w swoim życiu różne. Zdarzał się Aurorix, spory uzależniacz, albo trochę lepszy Sedam, ale po nim miał wszystko gdzieś i był ogłupiony.

Może czas zacząć nowe życie? Bez jakichkolwiek wspomagaczy? To dobry moment, aby sprawdzić siłę charakteru, czy w ogóle potrafi tak funkcjonować. W zasadzie nie miał wyboru.

– A co do zbawiennego działania wina – nie podnosząc wzroku, doktor uzupełniał kartę wypisową – jeśli ma pan na myśli polifenole, które mieszczą się w pestkach i skórce winogron, to trzeba się sporo naszukać, by znaleźć w sklepach naprawdę dobre wino gronowe. Dlatego, by wzmocnić organizm wcale nie trzeba pić procentów. Te same polifenole, które mieszczą się w czerwonym winie, znajdują się też w jabłkach, czekoladzie, orzechach, a nawet herbacie. Nie muszę chyba dodawać, że każda dawka alkoholu, bardziej lub mniej, uszkadza komórki. W pana przypadku może tylko przyspieszyć rozwój choroby. Radziłbym na dłuższy czas kategorycznie odstawić nawet czerwone wino. Guza oddaliśmy do badania histopatologicznego. Jedyne, co panu teraz pozostało, to się modlić, by nie był złośliwy.

3

W poniedziałek rano obudził się wyspany jak nigdy. Weekend w łóżku zapewnił mu wystarczającą dawkę snu. Cieszył się z powrotu do pracy. Wiedział, że chłopcy pracują nad ogólnopolską sprawą mafii narkotykowej, na czele której stał osobnik o dwuznacznym pseudonimie – Chemik. Zaledwie trzy dni wcześniej dowiedzieli się o tragicznym przypadku dziewiętnastolatka z pobliskiego liceum. Chłopak zażył tak zwaną „syntetyczną marihuanę”, po której zapadł w śpiączkę. Jego mózg już częściowo obumarł, więc pozostanie rośliną do końca życia. Pomimo niezagojonej jeszcze do końca szramy na brzuchu, Kirski odczuwał w sobie sporo energii do działania. Przebywając w szpitalu poczynił nowe postanowienia, że jeśli wszystko będzie dobrze i wyzdrowieje, to zacznie nowe, zdrowsze życie. Później lekarz tylko umocnił go w tym przekonaniu.

Pełen entuzjazmu wkroczył na lubelski posterunek.

– Łelkam, pojebańcy! – zawołał w swoim stylu do pracującej gromady policjantów. Większość oderwała się od pracy i ruszyła w jego kierunku. Wszyscy wiedzieli, że miał resekcję płata wątroby.

– Cześć, przyjacielu! Dobrze, że już jesteś. – Bartek Szarykowski, pseudonim Szary, kolega od zawsze, jeden z najlepszych glin Wydziału Zabójstw, uścisnął go serdecznie.

Znajomi po fachu witali i poklepywali go po ramieniu, nawet ci, z którymi nie łączyła go gruba nić sympatii. Zadawali pytania o samopoczucie i życzyli szybkiej rekonwalescencji.

– Dziękuję! Wiecie, że złego diabli nie biorą, więc zamierzam szybko wrócić do dawnej sprawności. Beze mnie przecież sobie nie poradzicie – śmiało odpowiedział.

Każdy na własnej skórze odczuł dwutygodniową nieobecność Kirskiego. Wyrazisty charakter komisarza tworzył klimat lubelskiego posterunku. Bił na głowę nawet inspektora Toczka, który z przysłowiowym kijem w dupie próbował wieść prym wśród podległych mu funkcjonariuszy, ponosząc sromotną klęskę na tle młodszego o kilka dobrych lat Kirskiego.

Wreszcie sam inspektor wyłonił się ze swojej policyjnej jamy.

– Witaj. Dobrze, że już wróciłeś – uścisnęli sobie dłonie. – Pomożesz w sprawie Chemika. To jest priorytet na chwilę obecną.

Kirski zazwyczaj sam wybierał sobie sprawy, nad którymi chciał pracować. Od tych niegdyś nierozwiązanych, z jakimi dawał sobie radę w kilka miesięcy, po takie, gdzie najbardziej liczył się czas. W tym przypadku jednak wiedział, że inspektor niecierpliwie czekał na jego powrót.

– Jednego trupa już mamy, sprawa z zeszłego tygodnia – kontynuował Toczek. – To prawdopodobnie robota Chemika, czyli porachunki mafijne. Denat o pseudonimie „Koń”, dobrze znany w przestępczym światku, był wielokrotnie karany za różnego rodzaju drobne przestępstwa, w większości rozboje, raz handel niewielką ilością narkotyków. Został zastrzelony z nierejestrowanej broni, a ciało wrzucono do rowu. Resztę dopowie ci Szary.

Temat był świeży i pilny, gdyż częstotliwość incydentów wyrządzanych przez Chemika omal nie przerosła już możliwości personalnych i logistycznych lubelskiej policji. Nieznanej wielkości zorganizowana grupa przestępcza wprowadzała w obieg narkotyki i dopalacze. Działali prawdopodobnie w całej Polsce, jednak to w obszarze Lublina byli szczególnie agresywni. Na komendę wpłynęło do tej pory kilka zgłoszeń o rozbojach lub pobiciach, a ofiary wyraźnie coś ukrywały. Śledczy byli przekonani, że ma to związek z gangiem Chemika, lecz poszkodowani nieustępliwie zachowywali zmowę milczenia. Wyglądało to na walkę gangów. Niemal codziennie dzwonili dyrektorzy szkół, zgłaszając kręcących się podejrzanych typów, prawdopodobnie handlujących jakimś towarem.

Już zanim Kirski poszedł do szpitala, ich wydział podjął współpracę z narkotykowym. Znał temat. Przed operacją był mocno zaangażowany w sprawę.

– Nie chcę prosić o pomoc nikogo z zewnątrz. Musimy się z tym uporać sami, rozumiesz? – tym zdaniem inspektor zakończył polecenie.

Inspektor Radomir Toczek był mężczyzną bardzo wysokim, a zarazem nieprzeciętnie chudym. Podwładni sarkastycznie nazywali go ołówkiem. Dawno już przekroczył pięćdziesiątkę. Misternie zaczesywał czarną grzywkę na łyse już czoło, od tyłu do przodu, co zaraz po jego imieniu dawało kolejne powody do kpin, jakie przy każdej nadarzającej się okazji wymieniali między sobą podlegli mu policjanci.

– Aha, jeszcze jedno, żebyś na dobre poczuł się tu jak w domu. – W półobrocie Toczek zawrócił z drogi do swojego przybytku. – Jutro wracasz na psychoterapię. W tym tygodniu codziennie, potem raz na siedem dni. Już cię umówiłem.

Natychmiast zamknął się w swoim gabinecie. Nie zamierzał oglądać zdegustowanej miny swojego podwładnego, zwłaszcza że osoba odpowiedzialna za terapię właśnie się do niego zbliżała.

– Witam. – Czaja, gruby policyjny terapeuta podszedł do Kirskiego. – Słyszałem, że jutro się widzimy. Przypominam więc, gdyby pan zapomniał, pokój numer dziesięć. Czyli mijasz dziewiątkę, a jakby co, to przy jedenastce się cofasz.

Pascal rzucił mu spojrzenie idioty i nie dając się sprowokować, odszedł bez słowa.

Dzień minął nie wiedzieć kiedy. Kirski postanowił nie przemęczać się ruchowo, bo szwy nie były jeszcze zagojone i miejscami pobolewały.

Mieszkał w parterowym domku na obrzeżach Lublina. Kiedy go kupił, była to kompletna ruina. Dwa lata zeszło mu na doprowadzeniu nieruchomości do stanu zamkniętej, eleganckiej całości. Co do osiedla, większość się tu znała. Starsze babki zawsze siedziały w oknach, działając jak lokalny, całodobowy monitoring. Kiedy tylko wprowadzał się ktoś nowy, szybko przeprowadzały wywiad środowiskowy: skąd, co i jak. Ale trzeba przyznać, że okolica była piękna. Kilka starych domów w otoczeniu budujących się nowych. Teren mocno zalesiony, o każdej porze roku dostarczający niezwykłych efektów wizualnych. Całość tworzyła uroczą enklawę, odległą o kilometr od głównej trasy, prowadzącej do centrum miasta. Gdy wkraczała wiosna, nie sposób było przejechać obojętnie obok tego zakątka świata i nie dostrzec rodzącej się bujnej, kolorowej roślinności. Za wyjątkiem odgłosów życia zwierząt, które budziły mieszkańców każdego ranka, nie słychać było żadnego hałasu. Pewien wyłom stanowił kogut, piejący codziennie, dokładnie o piątej rano, zadziwiając Kirskiego swoją punktualnością. Był jeszcze pies sąsiadki, niewielkiego wzrostu kundel, który szczekał zawsze wtedy, kiedy jego właścicielka była w domu. Małgorzata Kopiór, którą policjant przezwał Pigi, mieszkała wraz z niepełnosprawną matką zaraz za płotem. Była po pięćdziesiątce, wysoka i tęga, a co najgorsze, wredna. Pracowała w firmie ubezpieczeniowej jako zwykły pracownik biurowy, lecz nosiła się bardzo wysoko. Kłóciła się z wszystkimi o wszystko. Większość osób jednak ignorowała, uważając, że rozmowa z sąsiadami jest poniżej jej godności.

Po przyjściu do domu Kirski włączał program historyczny. Z reguły, jeśli nie leciało nic o Drugiej Wojnie Światowej, to przeszukiwał dysk z nagraniami i puszczał jakiś zaległy odcinek o nazistach. Oglądał wszystko o wojnie, choć wcale nie miał hopla na tym punkcie. Osobiście był zdania, że zdecydowanie za dużo czasu programy poświęcają sylwetce Hitlera oraz całemu piekłu, jakie stworzył. Denerwowały go pytania, jak to się stało, że taki niepozorny człowiek, bez żadnych osiągnięć, doszedł do władzy? Jak spędzał wolny czas, co jadł i jak często? Jakie miał zboczenia i skąd się wzięły? Czy to przez matkę, czy może jednak ojca? I czy w ogóle przeżył wojnę, jeśli tak, to gdzie się ukrył? I tak w kółko.

Nie ma się co dziwić, że bojówki nacjonalistyczne rosną w siłę – pomyślał. Z drugiej strony Kirski doskonale zdawał sobie sprawę, że niestety wystarczy być dobrym mówcą i trochę politykiem, a można zmanipulować całe tłumy, zwłaszcza pięknymi obietnicami na lepsze jutro, a najlepiej gratisami. Ludzie uwielbiają dostawać.

Za darmo umarło, do cholery!

4

29 czerwca 2015, Gdańsk

Do spalenia ciała ludzkiego w piecu krematoryjnym potrzeba temperatury około tysiąca stopni Celsjusza. Zwłoki przygotowane do kremacji zazwyczaj ubrane są w specjalny całun. Wykonana z drewna, tektury lub wikliny trumna nie jest niczym ozdobiona ani polakierowana. Zanim zmarły trafi do pieca, operator krematorium sprawdza jego dane z zawieszonej na palcu stopy kartki. Spowite pomarańczowym płomieniem zwłoki palą się ponad godzinę. Najpierw włosy, skóra z tłuszczem, który wzmaga temperaturę pieca, potem gruczoły, poszczególne organy i drobne kości. Najgorzej spalają się kręgosłup, miednica, czaszka oraz mózg, którego gęstość sprawia, iż zamienia się w czarną masę i czasem potrafi do samego końca taki pozostać. Następnie specjalne urządzenie rozdrabnia pozostałe kości do formy popiołów, a te, ważąc średnio trzy kilo, umieszczane są w worku oraz urnie, która wraz ze świadectwem kremacji trafia do rodziny zmarłego.

– Wypełniając chrześcijański obowiązek pogrzebania ciała ludzkiego, z wiarą błagajmy Boga, dla którego wszystko żyje, aby ciało naszej siostry wskrzesił w chwale i powołał ją do społeczności Świętych. Prośmy o to w cichej modlitwie.

Głos księdza rozchodził się bez echa po Cmentarzu Łostowickim. Ciepły wiatr lekko dotykał liści pojedynczych, rosnących tu topoli. Samotny wróbel przysiadł na gałązce, z góry obserwując tłum zebrany wokół odsłoniętej dziury. Pogrążeni w żałobie pochylili głowy. Rodzina, znajomi, sąsiedzi oraz wszyscy, których sprawa poruszyła do głębi, tkwili w cichej modlitwie. Gdańsk dawno nie przeżywał takiej tragedii. Pogrzeb młodej osoby zawsze wzbudzał najwyższe emocje i wywoływał pytania. Bóg tak chciał? Ale dlaczego? Po co? Tak wcześnie?

– Mama! Chcę do mamy! – dwuletnia dziewczynka ściskała szyję młodego mężczyzny i głośno płakała. Wysoki brunet trzymał córkę na rękach, chowając twarz w jej włosach. Stał najbliżej odkrytego grobu, w którym, poza składaną właśnie urną z prochami żony, od piętnastu lat spoczywał jego ojciec.

– Boże, Ty dajesz ludziom życie i zmartwychwstanie. Wysłuchaj próśb, które my, grzeszni, z bólem zanosimy, a Twoją Służebnicę Polę wyzwól z więzów śmierci i daj jej udział w radościach raju z Twoimi Świętymi. Przez Chrystusa, Pana naszego.

Duchowny wbił łopatkę w czarną ziemię i sypnął ku otwartej jamie.

– Prochem jesteś i w proch się obrócisz, ale Pan cię wskrzesi w Dniu Ostatecznym.

5

Dariusz Czaja, dyplomowany psychiatra, certyfikowany psychoterapeuta Sekcji Naukowej Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Instytutu Psychoanalizy i Psychoterapii, wiekiem zbliżał się do sześćdziesiątki. Miał wrażenie, że uczył się przez całe życie. Najpierw studia psychologiczne, potem kosztowny, kilkuletni kurs na psychoterapeutę, staż i praktyka połączona z superwizją, czym były systematyczne konsultacje swojej pracy z innymi psychoterapeutami, nawet po uzyskaniu certyfikatu. Do teraz brzmią mu w głowie słowa wymagającego, lecz dzięki temu skutecznego, ulubionego profesora: „Nieodzownym waszym elementem jako psychoterapeutów jest ciągłe samokształcenie oraz praca nad sobą. By służyć innym, musisz sam wobec siebie zastosować terapię, nauczyć się rozumieć samego siebie i dążyć do równowagi emocjonalnej.”

W międzyczasie dostał się na medycynę, o czym bezskutecznie marzył po maturze. W cztery lata po odebraniu świadectwa dojrzałości wreszcie zdał egzaminy wstępne i rozpoczął naukę, aby wkrótce przyjąć tytuł lekarza psychiatry.

Właśnie minęło piętnaście lat, odkąd Czaja podjął współpracę z policją. Inspektor często odsyłał do niego rzesze mundurowych dla uspokojenia umysłów jego podwładnych po służbie. Uważał, że poziom stresu towarzyszący pracy policjantów jest ponad miarę wysoki i z pewnością będzie się on odbijał na ich psychice. Rolą Czai było pomóc pracownikom zachowywać stan względnej równowagi. Na zlecenie inspektora przeprowadzał testy, udzielał pomocy psychologicznej, diagnozował, opiniował, często prowadził psychoterapię i psychoedukację. Zdarzało się również, że wydawał recepty na różnorakie środki psychotropowe.

Rodzina Czajów oczekiwała, że Darek zostanie chirurgiem, on jednak wszystkich przekonywał, że lubi analizy i dociekania związane z naturą ludzkiego umysłu. Dodatkowo jego choroba mogłaby wykluczyć specjalizację w chirurgii czy też innym medycznym kierunku, gdzie wymagana jest precyzja i doskonały wzrok. Czaja miał niezbyt przyjemną dla oczu rozmówcy przypadłość. Oczopląs. Jego gałki oczne mimowolnie, nieustanie wykonywały ruchy to w prawo, to w lewo, z półsekundową odległością czasową – krótkie drgania, które sprawiały, iż skupienie rozmówcy na dialogu było dość trudne. Była to pozostałość po zapaleniu błędnika, jakie przeszedł w dzieciństwie, prawdopodobnie w wyniku powikłań pogrypowych.

Prawdziwym więc argumentem, który skierował kroki Czai ku psychoanalizie, była ucieczka przed złośliwymi docinkami kolegów na temat jego wzroku. Będąc doktorem królował sam sobie. Tu on wydawał diagnozy. Umysł miał chłonny. Nauka nigdy nie sprawiała mu problemów, więc spędzał noce nad studiowaniem specjalistycznych książek i prac najbardziej uznawanych w świecie autorytetów. Każdy dyplom uzyskiwał z oceną bardzo dobrą. Odkąd otworzył pierwszy gabinet, nikt się z niego już nie śmiał. Z prostego powodu – był fachowcem w tym, co robił. I zawsze oceniał trafnie.

Niestety, poruszanie ciałem Czaja ograniczał tylko do absolutnie niezbędnych czynności i nie uprawiał w zasadzie żadnego sportu. Wstawał regularnie o siódmej rano, włączał wiadomości i misternie, niespiesznie szykował sobie śniadanie. Była to pierwsza tego dnia przyjemność. Drugą stanowił niezachwiany rytuał dnia roboczego, czyli kawa, baton, woda, czekolada, by po powrocie do domu zasiąść do obiadu, którego oczekiwał jak królewskiej uczty. Przygotowywał go sobie już poprzedniego wieczoru, by tylko odgrzać posiłek zaraz po przyjściu z pracy. Co do kolacji, to w zasadzie cały wieczór zbywał na dojadaniu czegoś. Sałatka, kanapka, puszka śledzi, parówki. Każdej doby na coś innego miał ochotę. Taki tryb życia sprawił, że brzuch Czai z czasem przybrał postać napompowanego balonu. Przy jego niewielkim wzroście oraz kompletnym braku włosów wyglądał jak przemieszczająca się piłka.

W połowie życia Czaja uświadomił sobie, że ma jeszcze jedną przypadłość, o którą wznosił modlitwy, by nikt się nigdy nie dowiedział.

We wtorek Kirski wszedł do gabinetu inspektora Toczka i głośno oświadczył, że właśnie kieruje kroki na terapię. Był to wyraz skrajnej arogancji, lecz inspektor zbył to milczeniem. Był zadowolony, że konfliktowy komisarz wykonuje jego polecenia. Sesja Kirskiego jednak nigdy nie trwała dłużej niż kilka minut. Z reguły udawało mu się sprowokować psychologa do kłótni, a jeśli nie, to po prostu wychodził, rzucając na odchodne parę epitetów. Po opuszczeniu pokoju Czai, Pascal na palcach, niezauważony przez inspektora, w pospiechu ulatniał się z posterunku. Z reguły cała sztuczka się udawała.

Kirski nie znosił Czai. Nie, on go po prostu wkurwiał. Nie wiedział do końca, dlaczego tak nie trawił tego typa.

– Nie będę ci opowiadał o moim dzieciństwie, zapomnij – oświadczył na samym początku, zaraz po tym, jak Czaja wrócił do skrótu z poprzednich sesji. Jak dotąd z żadnej nic nie wyniknęło.

– Nie musisz, chociaż to by wiele ułatwiło. Wiem, że na co dzień masz sporo stresu.

– Co ty do cholery możesz wiedzieć o moim stresie? – Kirski mocno się skrzywił.

– Coś jednak wiem, skoro zalecono ci wizyty u mnie.

– Nie zalecono. Zmuszono mnie.

Czaja również nie przepadał za Kirskim. Pomimo całej palety zasług dla społeczeństwa, uważał go za nieokrzesanego, impertynenckiego dupka. Każdorazowo, kiedy już łaskawie zajrzał do jego gabinetu, Kirski nie szczędził mu złośliwości i obraźliwych określeń. Męczyli się ze sobą dobrych kilka lat. Kirski nigdy nie wytrwał do końca pełnej godziny.

– A może załóż bloga, pisz pamiętnik, cokolwiek, co ci pomoże. Załagodzi to, co się z tobą dzieje – oświadczył psychiatra.

Kirski opadł z sił. Tego już było za dużo.

– Nie, ty nie mówisz poważnie! To ma być terapia? Nic się ze mną nie dzieje! – warknął. – Jesteś beznadziejny!

Wstał, wyszedł trzaskając drzwiami i zajął się codzienną pracą.

Normalnie wieczorem poszedłby na siłownię. Ale teraz, mając jeszcze brzuch w szwach, pojechali z Szarym na strzelnicę.

6

Rosja, największy powierzchniowo kraj na kuli ziemskiej, plasuje się na pierwszym miejscu pod względem posiadanych zasobów naturalnych oraz źródeł energii. Kiedy w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym roku, podczas sprawowania władzy przez Michaiła Gorbaczowa, doszło do rozwiązania Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, powołano do życia Federację Rosyjską i czternaście niezależnych republik radzieckich, które utworzyły samodzielne państwa.

??G?ow? Rosji jest prezydent, Wladimir Putin, kt?ry rz?dzi tward? r?k? od prawie dwudziestu lat. Jego rozleg?e uprawnienia daj? mu szerok? w?adz? ustawodawcz? i wykonawcz?, w tym gwarantuj? dow?dztwo nad si?ami zbrojnymi oraz funkcj? arbitra w sporach centralnych oraz regionalnych. Periodyczne prowokacje, jakie aran?uje, mierz?c w zachodnie inicjatywy, prowadz? do wielu konflikt?w. Wprowadzenie wojsk rosyjskich na wschodni? Ukrain?, aneksja Krymu i zaanga?owanie wojskowe w Syrii wzmocni?y jego wizerunek stanow Głową Rosji jest prezydent, Wladimir Putin, który rządzi twardą ręką od prawie dwudziestu lat. Jego rozległe uprawnienia dają mu szeroką władzę ustawodawczą i wykonawczą, w tym gwarantują dowództwo nad siłami zbrojnymi oraz funkcję arbitra w sporach centralnych oraz regionalnych. Periodyczne prowokacje, jakie aranżuje, mierząc w zachodnie inicjatywy, prowadzą do wielu konfliktów. Wprowadzenie wojsk rosyjskich na wschodnią Ukrainę, aneksja Krymu i zaangażowanie wojskowe w Syrii wzmocniły jego wizerunek stanowczego polityka. Systematycznie, pusząc piórka, organizował przygraniczne manewry, pokazując swoją armię – w domyśle miało to skłonić świat i opinię publiczną do postrzegania go jako najpotężniejszej osoby na świecie, niemalże nadczłowieka, z którym nie warto zadzierać. Przez wielu podejrzewany o pomoc w objęciu prezydenckiego stanowiska Donaldowi Trumpowi. Amerykański populista w dwa tysiące siedemnastym roku wprowadził się do Białego Domu, wysoko zadzierając nos. Zawsze uważał, że duma narodowa podoba się tłumom, więc rodzimy egoizm znów wrócił do łask.

Pomimo statusu członka Rady Europy, a tym samym sygnatariusza Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, jak również przyjętej w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim roku Konstytucji, gwarantującej prawa i swobody obywatelskie, Rosja zmaga się z zapewnieniem wolności swoim obywatelom. W klasyfikacji według Press Freedom Index 2009, organizacji Reporterzy bez Granic, wśród stu siedemdziesięciu pięciu państw, Rosja jest na miejscu sto pięćdziesiątym trzecim.

Odkąd Federacja Rosyjska wylosowana została jako gospodarz Mundialu w dwa tysiące osiemnastym roku, prezydent wyznaczył setki miliardów rubli na jego organizację. Przygotowano dwanaście stadionów w jedenastu miastach. Zaplanowano, iż w okresie na dziesięć dni przed i po Mistrzostwach Świata, zagraniczni kibice będą mogli wjechać bez wizy, tylko na podstawie dokumentu tożsamości oraz tak zwanego paszportu kibica, który będzie personalną kartką, otrzymywaną przy zakupie biletu na mecz. Miał być to imienny, zalaminowany identyfikator, stanowiący potwierdzenie prawa obcokrajowca do wjazdu na teren Federacji Rosyjskiej. Osoby bez tego ID musiały posiadać wizę, a właściciele obiektów byli w obowiązku zameldowania każdego gościa.

W związku z zagrożeniem terrorystycznym, zwiększono liczbę policjantów sprawujących nadzór nad ulicami miast, a stadiony dodatkowo zostały wsparte przez wojsko. Ciężarówkom zabroniono wjazdu do miast Mundialowych, by uniknąć tragedii, jaka wydarzyła się w Nicei dwa lata wcześniej, kiedy to potężne auto wjechało w tłum ludzi. Zwłaszcza że Państwo Islamskie zapowiadało możliwość ataków podczas Mistrzostw. Dla wygody turystów dwa lotniska w Moskwie wprowadziły zakaz leżenia na ławkach i podłodze oraz przebywania w obrębie terminala ludzi, którzy nie posiadali biletu lotnieczego. No i oczywista oczywistość, ustalone zostały wysokie grzywny lub ewentualność deportacji za chuligaństwo na stadionach.

Generalne remonty, jakich dokonywano od miesięcy, posłużyły nie tylko odnowieniu Moskwy i pozostałych miast na potrzeby Mistrzostw Świata, ale również wyborom prezydenckim. Niektórzy zastanawiali się, po co, uważając, że z góry wiadomo, iż wygra Wladimir Putin.

Siódmego maja dwa tysiące osiemnastego roku na salę tronową carów Rosji Wielkiego Pałacu Kremlowskiego patrzyły oczy ponad trzech tysięcy osób: urzędników, sędziów, duchowieństwa. Z prawą ręką na Konstytucji Federacji Rosyjskiej sześćdziesięciopięcioletni Wladimir Putin wypowiedział trzydzieści trzy słowa. Dokładnie tyle, ile liter w cyrylicy. Jak trzy razy wcześniej, poprzysiągł przestrzegać praw i wolności obywateli, bronić bezpieczeństwa kraju oraz chronić Konstytucję. Rozpoczął w ten sposób swoją czwartą kadencję na stanowisku prezydenta.

Rano Pascal zerwał kartkę z kalendarza. Czternasty czerwca, wielki dzień, otwierający fascynujący miesiąc sportowych rywalizacji. Tego dnia rozpoczynały się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Media na całym świecie wspominały początki turnieju, kiedy trzynastego lipca tysiąc dziewięćset trzydziestego roku w urugwajskim Montevideo spełniało się marzenie francuskiego działacza sportowego, Jules’a Rimeta, twórcy idei Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Wtedy rozpoczął się pierwszy na świecie Mundial. Trzynaście państw wystawiło swoje drużyny. Były to jedyne Mistrzostwa, do których nie prowadzono wcześniej eliminacji. Od tego czasu świat kompletnie zwariował na punkcie piłki nożnej. Obecnie liczba fanów tego najpopularniejszego sportu na świecie jest bliska czterech miliardów.

– Janicki, schowaj rowa. – wystający fragment tyłka kolegi, nachylającego się nad klawiaturą, oślepił Kirskiego na samym wejściu do komendy. Posterunkowy poderwał się zawstydzony i poprawił spodnie. Kirski minął go bez słowa i wszedł do doskonale znanego pokoju numer dziesięć.

Czaja zawsze siedział tyłem do źródła światła, tak aby ukryć swoją przypadłość. Wtedy jego małe oczka wpatrywały się odważnie w pacjenta, bez względu na to, czy był nim przysłowiowy żółtodziób, czy też wysoko postawiony oficer. Dziś miał kolejną sesyjną przeprawę z Kirskim.

– Spędziłeś w samolocie setki godzin, masz za sobą kilkadziesiąt skoków ze spadochronem, a jednak do teraz boisz się latać. Wyczuwam w tobie mroczną naturę. Chciałbym to z tobą zgłębić. Czy rzeczywiście masz akrofobię, czy to inny rodzaj lęku?

– Co ty pieprzysz? – Cierpliwość Pascala w mgnieniu oka wyparowała. W jej miejsce pojawiła się jadowita irytacja. – Po co wracasz do spraw kompletnie niezwiązanych z dniem obecnym?

– Przepełnia cię gniew na nieudane życie i poczucie winy.

– Wiesz co? Ja myślę, że powinniśmy zamienić się miejscami. To ty potrzebujesz terapii.

– Kto jak kto, ale ty na pewno mnie nie zrozumiesz. – Czaja z politowaniem pokiwał głową.

– Masz rację, poznałem w życiu wielu psycholi, ale ty wszystkich bijesz na głowę – zakpił Kirski.

Czaja nie dał się sprowokować.

– Ta arogancja nie uchroni cię przed skutkami twojej pracy. Twój umysł będzie wykazywał coraz większą dysfunkcję, a imponderabilia, na które tak zwracasz niby uwagę, są zawsze przez ciebie wymyślone, by zakończyć naszą sesję. Twój przypadek tylko poszerza u mnie paradygmat modelowania.

– Masz rację. – Kirski wziął oddech i zrezygnowany podniósł się z kanapy – tym razem też wyjdę. Używasz zupełnie niezrozumiałych dla mnie słów. Nie wiem, czy przypadkiem mnie nie obrażasz. Żegnam.

Zadowolony z zaliczenia kolejnej sesji udał się do swoich obowiązków.

Wszyscy wykonywali tego dnia swoje czynności ze wzmożonym pośpiechem. Pascal wiedział, że nie zdąży na szesnastą do strefy kibica „Kocura przy piecu”, by obejrzeć ceremonię otwarcia mistrzostw, jednak robili z Szarym wszystko, by dojechać do knajpy na mecz otwarcia: Rosja kontra Arabia Saudyjska.

W Polsce wszystkie sześćdziesiąt cztery mecze miały być transmitowane przez TVP, jedynego w naszym kraju telewizyjnego nadawcę publicznego. To był szczególny Mundial. Pierwszy organizowany w Europie Wschodniej, pierwszy, gdzie państwo znajdowało się na dwóch kontynentach i pierwszy, podczas którego użyto technologii VAR, czyli wideo weryfikacji decyzji sędziego. Piłka Mistrzostw, Adidas Telstar 18, najbardziej innowacyjna w historii futbolu, wykonana została między innymi z elementów po recyklingu. Miała wbudowany chip, umożliwiający interakcję ze smartfonem, by użytkownik miał dostęp do wielu ekskluzywnych treści związanych z Mundialem. Piłkę Adidasa wprowadzono do Mundialu dopiero od Mistrzostw w Meksyku w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku, a nazwa Telstar miała nawiązywać do satelity komunikacyjnego Telstar 1.

Tego dnia w Moskwie nie zabrakło skandalu. Robbie Williams, który zaśpiewał na ceremonii otwarcia, pokazał do kamery środkowy palec, co wywołało ogólne poruszenie świata. Artysta tłumaczył później, iż zrobił to, by odeprzeć zarzuty, jakoby sprzedał się Putinowi, oskarżanemu w tym czasie o związek z otruciem w Anglii byłego rosyjskiego szpiega.

Popołudnie na posterunku upływało w niecodziennej atmosferze nerwowości, braku weny twórczej, uwsteczniania się oraz oczekiwania do końca dnia roboczego. Wszystko okolone było niewidzialną, trzydziestokilkustopniową mieszaniną powietrza z męskim potem. Ustalenia śledcze tego dnia nie posunęły się ani o milimetr do przodu. Odebrali oczywiście kilka zgłoszeń: o sąsiedzkiej kłótni, agresywnym pasażerze w tramwaju i piciu piwa w miejscach publicznych. Co się dało, zignorowali, a do tych zagrażających życiu wysyłali starszego posterunkowego Janickiego. Cała reszta, mocno tężąca fale mózgowe, stukając palcami o blaty biurek albo gryząc końcówki ołówków, tkwiła przed monitorami, dyskretnie odliczając czas do wyjścia. A w rzeczy samej, do meczu.

Szarykowski zaczął huśtać się na krześle i nucić nieokreślone melodie.

– Szary jakoś dziwnie się zachowuje – ktoś głośno zauważył.

– Nie śmiej się – odrzekł podkomisarz – w każdym z nas jest trochę dziecka.

– Tak, a w tobie upośledzone – spuentował Kirski i wszyscy ryknęli śmiechem.

Wreszcie wybiła godzina zero i pomieszczenia policji opustoszały. Zapełniły się za to knajpy i wszelakie miejsca futbolowej rozrywki. Kibice całego świata zasiedli przed telewizorami, telebimami i ekranami. Pierwszy mecz się rozpoczął.

7

Szpital psychiatryczny w Lublinie

Dzisiaj nie ma znaczenia. Nic nie ma znaczenia, niczego nie ma, nic nie istnieje. Jeśli był dzień, w którym się urodziła, to jego też już nie ma, ani żadnego z następnych. Co z tego, że zaplanowała pewnie być kimś ważnym, żoną, matką, prezesem, władcą imperium, panią świata lub po prostu swojego domu, jeśli tego nie pamięta.

Niczego nie pamięta.

Siedząc twarzą do okna, z zamkniętymi oczami, próbowała pochwycić ułamki przeszłości. Prócz ust, jej ciało pozostało nieporuszone.

– Kim jesteś Pola? Czego ode mnie chcesz? Odejdź!

Szept był ledwo słyszalny. Po chwili zaczęła wymawiać pojedyncze japońskie cyfry.

– Ichi, ni, san, shi, go, roku, shichi, hachi, ku, ju, ichi, ni, san, shi, go, roku, shichi, hachi, ku, ju, ichi, ni, san, shi, go, roku, shichi, hachi, ku, ju..

Od jeden do dziesięciu. Raz po razie. Nieprzerwanie. Na okrągło.

Chłodny szpitalny pokój pomógł skupić myśli na kolejnej próbie przypomnienia sobie fragmentów przeżytych chwil. Jej śniada twarz, otoczona burzą czarnych, falowanych włosów, których końcówki na kilka centymetrów zwisały nad materacem, raz po raz wykrzywiała się grymasem niepokoju. Młoda, jędrna cera natychmiast wracała do swojej gładkości.

Wtem otworzyła oczy. Czuła, że dłużej nie zniesie wzbierających się w niej emocji.

– Nazywam się Milion! – wrzasnęła.

Jej krzyk przeszył ściany szpitala. Ktoś z ulicy spojrzał w okno.

Zakryła twarz rękami i zaniosła się płaczem.

8

„Kocur przy piecu” wypełnił się testosteronem. Zdecydowanie męskie towarzystwo otoczyło stoły wypełnione kuflami lanego, zimnego piwa, mając widok na wielki, zwisający z sufitu ekran.

Wśród zaproszonych przez właściciela restauracji byli jak zwykle zaprzyjaźnieni policjanci, między innymi inspektor Toczek. Korzystając z nadarzającej się okazji, Kirski zagadnął przełożonego o sensowność zatrudnienia Dariusza Czai.

– Kirski! – Toczek wypił kilka łyków chmielowego napoju i spokojnie oznajmił – Czy myślisz, że nie wiem, iż opuszczasz sesje albo wychodzisz po pięciu minutach?

– Inspektorze, ja nie daję z nim rady. Zwolnijcie go, bo to jest tylko starta czasu i pieniędzy. On ma przecież swój gabinet, wystarczy mu na życie, a tu jest bezużyteczny. Czepia się mnie, pyta o kompletne nieistotne pierdoły, a co najważniejsze, w ogóle mi nie pomaga.

– Nie ma mowy! I nie wracajmy więcej do tematu – krótko uciął Toczek i zajął się rozmową z aspirantem siedzącym po jego drugiej stronie.

Zainaugurowano pierwszą rozgrywkę. Kirski zwiesił się bezsilnie na oparciu krzesła. Miał z Szarym najlepsze, centralne miejsca, nikt im nie przeszkadzał. Chwilę później przysiadł się sam właściciel restauracji, Marek Kocur, wielki i otyły kucharz-amator. Z Kirskim i Szarym od wielu lat tworzyli paczkę. Chodzili razem do przedszkola, szkoły podstawowej i średniej. Największą przyjemnością, jaką Kocur miał przez te wszystkie lata, było jedzenie. Dowolne, w każdej formie i o każdej porze. Jadał zarówno słodycze jak i owoce, warzywa, włączając w to różnorakie sałatki. Nie można powiedzieć, że Kocur jadł. On pożerał. Wielkimi haustami i łapczywymi kęsami. Zdecydowanie należał do wagi ciężkiej. Ledwo w wieku nastoletnim przekroczył metr sześćdziesiąt, jego gramatura zbliżała się już do setki. Nie tusza jednak była jego znakiem rozpoznawczym, choć jednoznacznie, wraz z temperamentem, tworzyła całość Marka Kocura. Poczucie humoru nie opuszczało go ani na moment. Nie było dnia, by nie wpadł na jakiś kretyński pomysł, przy którym reszta towarzystwa zwijała się ze śmiechu. Kumplowi z pierwszej ławki systematycznie wrzucał w kieszeń kurtki rozpakowany topiony serek, a jak znalazł u kogoś bloczek biletów autobusowych, na każdym dopisywał „Kanar ty chuju”. Śmiał się przy tym tak, że jego boki trzęsły się jak galareta. Kropką nad „i” u Kocura były jego zęby. Grube, dość krótkie, nienaturalnie oddalone od siebie, tworzyły szpary na prawie dwa milimetry.

Powszechnie lubiany, zawsze otoczony grupą fanów rubasznego dowcipu – w takim właśnie tonie ledwo przechodził z klasy do klasy. W liceum był dosłownie przepychany, aż wreszcie ukończył szkołę. Zawsze mówił, że pójdzie na jakieś studia, ale odkąd podjął wakacyjną pracę w restauracji, został tam na dobre. Swoją pasję jedzenia poszerzył o pasję gotowania. Umysłem pochłaniał dosłownie wszystko, co dotyczyło żywności, jeździł na szkolenia i nieustannie eksperymentował w kuchni. Kiedyś nawet dotarł do półfinału „Master szefa”. Po dziesięciu latach pracy mianowano go szefem kuchni. Po kolejnych pięciu, z masą stu czterdziestu kilogramów, otworzył własną restaurację, „Kocur przy piecu”.

– Kocur! – odezwał się Szary podziwiając najnowszej generacji sprzęt elektroniczny, jaki kucharz zainstalował w swojej knajpie. Ogromne głośniki wisiały w każdym rogu ekskluzywnej sali. – Wasza rodzina jako pierwsza z tych, co znam, miała wieżę Technics’a i zachodnie auto, co nie?

– A czy to ważne – wymijająco odpowiedział wielki kucharz.

– Moi rodzice jeździli w tym czasie dużym fiatem, pamiętam.

– Moi Dacią – wtrącił Kirski. – Czerwoną. I mieli telewizor na przyciski, do którego trzeba było wstawać, by zmienić kanał.

– Dokładnie! Moi też taki mieli – dodał Szary, niewysokiego wzrostu blondyn, obcięty jak z garnka cięty, którego wygląd zawsze wydawał się dość śmieszny reszcie otoczenia.

– Ej, nie gadajcie. Mecz leci!

Tego wieczoru Rosja pokonała Arabię Saudyjską pięć do zera.

9

Terapeuta Dariusz Czaja lubił wiedzieć wszystko o wszystkich. Z bardzo prozaicznego powodu – ciekawości. Robił sobie portret psychologiczny każdej napotkanej na swej drodze osoby.

Kirski to bezczelny gbur. Myśli, że jest pępkiem świata, nie uznaje żadnych granic, nie przejmuje się opiniami innych o swojej osobie. W podejściu do pracy odważny i perfekcjonista, nigdy nie przyznaje się do błędów. I właśnie pozbycie się tej cechy Czaja postawił sobie za cel na najbliższe tygodnie terapii. Czaja nigdy nie sądził, że odpuści temat i zrezygnuje z pacjenta, robiąc notatkę „pacjent nie współpracuje”. To byłoby poniżej jego lekarskiej godności.

Natomiast inspektor Toczek jawił mu się jako trochę fanaberyczny, ale nad wyraz pewny siebie przedstawiciel władzy, dla którego praca stanowi całe jego życie. Inteligentny, oczytany, dowartościowujący się okazywaniem wyższości intelektualnej. Całe życie bez obrączki, farbowane włosy, pedant, służbista. Na początku Czaja myślał, że inspektor jest gejem, który dobrze się maskuje, okazało się jednak, że ma żonę. Źle znosi konfrontacje z Kirskim. Mimo usilnych starań i dzielnych potyczek słownych, koniec końców, zawsze przegrywa.

Natomiast Dariusz Czaja, wśród palety wad, jakie ma każdy człowiek, miał jedną dominującą. Nie radził sobie z niepowodzeniami. A w zasadzie ich nie uznawał i starał się jak mógł, aby do nich nie dopuszczać. Musiał zawsze postawić na swoim, czuć, że to on jest górą i zawsze wygrywa.

Niestety nadszedł dzień, który będzie dla Dariusza Czai koszmarem do końca jego dni. Będzie musiał uznać swoją porażkę i odmówić kolejnych spotkań z komisarzem Pascalem Kirskim.

Poranna terapia zaczęła się całkiem niewinnie.

– Słyszałem, że poskarżyłeś się na mnie inspektorowi.

Kirski, nic nie mówiąc, odwrócił głowę do okna. To ci dopiero Toczek, już mu doniósł – zdziwił się policjant.

– Nie mam do ciebie żalu. Nadal chcę ci pomóc – oświadczył spokojnie psychiatra.

– Weź nie wyjeżdżaj mi tu ze swoją psychologiczną gadką – zaatakował go Kirski. – Sesje u ciebie mnie drażnią, nigdy nic z tego nie będzie. Dobrze wiesz, że obaj za sobą nie przepadamy.

– Może i nie darzę cię sympatią, ale moje osobiste odczucia nie wpływają na pracę. To byłoby nieprofesjonalne, a ja nie mogę sobie na to pozwolić.

– Weź nie pierdol, nie mogę już tego słuchać.

Czaję chwilowo zatkało, lecz nie stracił rezonu.

– Ta potrzeba przechytrzenia innych i bycia mądrzejszym będzie się na tobie mścić. Możesz temu zapobiec.

– Tak? Tylko dlaczego wszyscy wokół mają normalne życie tylko nie ty? – Pascal nie wiedział w sumie, dlaczego tak powiedział, chyba usłyszał to w jakimś filmie i odzywka akurat tu pasowała.

– Zapisz się na terapię kontroli gniewu – odwzajemnił się Czaja.

– Wiesz, co o tobie myślę, jak zresztą o każdym innym psychiatrze? Pomagasz ludziom kłamać na temat tego, kim są, by potem mogli udawać kogoś innego!

– Oglądasz na dużo filmów – odparł terapeuta.

Kirski nie wytrzymał.

– Nie mogę się skupić, oczy ci świdrują!

Wiedział, że po tej bezczelnej uwadze Czaja się zapowietrzy, więc czym prędzej wstał i udał się do wyjścia.

– Przegiąłeś! – usłyszał za sobą wściekłe syczenie. – Złożę na ciebie oficjalną skargę! Postaram się, żebyś skończył w archiwum!

10

Czaja wpadł do gabinetu inspektora jak oparzony i nie bacząc na przebywającą tam kobietę, wyrzucił z siebie potok słów na temat zachowania i postawy komisarza Pascala Kirskiego. Prawie się przy tym popluł, a ciśnienie podskoczyło mu do dwustu milimetrów słupa rtęci. Toczek natychmiast poprosił Kirskiego do siebie i zamknął drzwi. Efekt rozmów z komisarzem na przestrzeni lat bywał różny, aż nie wypadało, by załoga była świadkiem, jak podwładny ignoruje swojego szefa.

Wymiana zdań była ostra ze wszystkich stron i zawierała wiele niecenzuralnych słów. Cham, prymityw, prostak, trele-morele, absurd, debilizm, tupet, bezczelność, nieokrzesanie. Skończyli wreszcie na najzwyklejszym braku kultury.

Całej tej scenie z uśmiechem przysłuchiwała się siedząca w kącie biura lekarka z lubelskiego zakładu psychiatrycznego, której obecność zauważyli po dobrych pięciu minutach. Jak na zawołanie wspólnie przeprosili.

– Inspektorze, ja mam propozycję – niska brunetka w średnim wieku wstała i zwróciła się do Toczka. – Proszę się nie martwić, ja zajmę się panem Kirskim.

Kobieta mrugnęła do Kirskiego porozumiewawczo, choć nigdy w życiu nie rozmawiali. Widział ją kilka razy na posterunku, pewnie z racji współpracy z policją i tyle.

Toczek rzucił do Kirskiego wrogie spojrzenie.

– Pani nie wie, o co prosi – odparł jej szorstko.

– Komisarzowi uspokoimy myśli, wasz psychoterapeuta odetchnie, a pan będzie miał problem z głowy. Wie pan, że jesteśmy najlepsi. – Uśmiechnęła się, odsłaniając równe, zadbane, białe zęby.

Inspektor włożył ręce do kieszeni. Udawał, że walczy z myślami, ale w rzeczywistości propozycja kobiety spadła mu jak gwiazdka z nieba. Toczek nie znosił takich problemów, zwłaszcza tych, przy których musiałby zmienić wcześniej podjętą decyzję.

– No dobrze, niech go pani zabiera. Tylko uprzedzam, że reklamacji nie przyjmuję.

– O to proszę się nie martwić – zapewniła.

– Do pana też mówię, Kirski!

– Oczywiście, panie inspektorze! – błyskawicznie odpowiedział, oszołomiony takim rozwojem wypadków. W tej chwili zgodziłby się na wszystko, byle tylko Czaja zszedł mu z oczu na dobre.

– No to mamy sprawę załatwioną. – Lekarka zatarła ręce – Wobec tego ja już też uciekam. Żegnam panów, a komisarz Kirski pójdzie ze mną.

Chwyciła Pascala pod łokieć i bez skrupułów wyprowadziła z gabinetu. Kirski szedł bez słowa, poddając się niewielkiej sile ręki kobiety.

– Nazywam się Dolores Stein-Ziegler – odezwała się, kiedy wreszcie wyszli na korytarz i stanęli przy schodach klatki. Niedawno odnowione wnętrze budynku pachniało cementem i farbą. Szare płytki przecierano tu kilka razy dziennie. Resztki pyłu nieustępliwie każdego dnia unosiły się w powietrzu. Kobieta drobnej postury wyciągnęła rękę do Kirskiego. Ten popatrzył, układając sobie w głowie usłyszane dane personalne.

– Pascal Kirski – uścisnęli sobie dłonie.

– Mam niemieckie panieńskie nazwisko, a do tego wyszłam za Niemca, stąd taki językowy łamaniec. No i to moje imię – kobieta zauważyła skonsternowany wyraz twarzy Kirskiego, co w rzeczy samej zupełnie ją nie dziwiło. Większość osób reagowała właśnie w ten sposób, a ona miała zawsze to samo wyjaśnienie. – Mów.

Pascal uważnie zlustrował kobietę. Dałby jej najwyżej trzydziestkę.

– Nie potrzebuję psychiatry. Sam sobie jestem terapeutą.

– Przekonajmy się, chodź! – uśmiechnęła się i poklepała Kirskiego w ramię, by ruszył naprzód.

Nie opierał się i jak na rozkaz wymaszerował na nasłoneczniony plac. Cała jego złość minęła. Dopiero co się poznali, a już czuł się bardzo dobrze w towarzystwie Dolores. Jakby słońce wyszło zza chmur, nadchodziło ciepło i dobry nastrój.

Usiedli w pobliskim McDonaldzie. Zupełnie nie czuł, że rozmawia z lekarzem. Dolores inteligentnie poprowadziła rozmowę w taki sposób, że wylewał z siebie potok słów. Musiał jednak przyznać, że trochę jej na to pozwolił. Wzbudziła jego niezwykłą przychylność. Poza tym trafiła na dobry dzień. Dobry, czyli zły. Zadała mu tylko jedno pytanie. Co się dzisiaj stało? Pascal z przyjemnością wyrzucił z siebie całą wściekłość, jaką trzymał w stosunku do Toczka i Czai. Potem padło na rodziców. Ojca, który całe życie zachowywał się jak esesman i każde jego zdanie brzmiało niczym rozkaz, oraz infantylną matkę, która nigdy nie dorosła i całe popołudnia nadal spędza z lalkami. On sam zawsze uczył się dobrze. Nie należał jednak do kujonów. Jak każdą klasę w podstawówce kończył z paskiem na świadectwie, tak w ogólniaku zdarzały się czwórki i pojedyncze trójki, którymi zupełnie się nie przejmował. Szkołę średnią przeżył bazując na efekcie aureoli – wyrobionej raz opinii bardzo dobrego ucznia, która szła za nim z roku na rok. W pierwszej klasie uczył się rewelacyjnie, przystępował do każdego możliwego konkursu, więc bardzo szybko na nazwisko Kirski wszyscy nauczyciele reagowali pozytywnie.

Na studiach i po wejściu w dorosłość to już nie były przelewki.

– W policji miałem do czynienia z najbardziej drastycznymi przypadkami, zapoznałem się ze śmiercią i wydawało mi się, że daję sobie radę. Zdarzały się niestety sytuacje, kiedy zło mnie paraliżowało. Nawet nie strach, ale zło, jakie czułem, że jest za ścianą budynku, do którego musiałem wejść. Nie potrafię się od tego zdystansować.

– Bo od zła nie da się zdystansować – oznajmiła Dolores. Restauracja nie była przepełniona. Kilka osób towarzyszyło im, siedząc w różnych miejscach z poranną prasą lub laptopem.

– Widzisz, moim zadaniem jest chronić świat przed potworami. Z reguły nie mam z tym problemu, czuję się silny i wiem, że raczej poradzę sobie z każdym problemem.

– I tak myśl! – popatrzyła ciepło – Chwile załamania zdarzają się każdemu i nie znaczy to, że coś z tobą jest nie tak. Według mnie bardzo angażujesz się w wykonywaną pracę, bo czujesz, że tylko pracując w ten sposób uzyskasz określone wyniki i sprawca zostanie ujęty. Niestety, nie zawsze jest to zajęcie doceniane przez przełożonych.

– Jakbyś czytała w moich myślach – zaśmiał się, przewracając w palcach papierowy, pusty kubek po herbacie. – Moim problemem jest jednak brak zaufania do ludzi. Nawet do tych, z którymi pracuję.

– Nie katuj się tak – odparła swobodnie, wbrew jego oczekiwaniom. – Jesteś po prostu profesjonalistą, a tego już nie zmienisz. Każdy charakter ma plusy i minusy. W twoim przypadku wydaje ci się, że musisz myśleć za innych, choć jestem przekonana, iż gdybyś dał szansę swojemu otoczeniu, mógłbyś wziąć oddech. Masz wrażenie, że tylko ty zrobisz coś najlepiej, bo w naturze człowieka leży powierzchowne ocenianie innych. Pamiętaj jednak, nie ma ludzi niezastąpionych.

– Pewnie tak.

– Dobra, powiem więcej – oznajmiła tonem, jakby podjęła właśnie ważną, życiową decyzję. – Masz silną osobowość. Znam cię chwilę, ale od razu się zorientowałam. To nie jest cecha wrodzona, więc sądzę, że nieświadomie ją w sobie wypracowałeś. Osobiście klasyfikuję osoby pewne siebie według czterech przesłanek – Dolores zaczęła wyliczać na palcach lewej ręki. – Przede wszystkim jesteś świadomy, że nie możesz kontrolować wszystkiego wokół siebie, lubisz wyzwania, angażujesz się bez reszty we wszystko, co można, no i oczywiście wierzysz w siebie, co jest podstawą podstaw. – Wzięła łyk kawy. – Jeśli natomiast czujesz, że masz w sobie jakąś odziedziczoną po przodkach cechę, walcz z nią. Takie rzeczy da się wyplenić. Ile osób w życiu spotkałam, co do których nie mogłam uwierzyć, jaki zrobiły progres, to byś nie zgadł! Kiedy opowiesz mi więcej o sobie, to ja powiem ci więcej o tobie, a przypuszczam, że jest jeszcze wiele do odkrycia – uśmiechnęła się tajemniczo.

Pascal poczuł ukłucie niepokoju. Czy aby na pewno chciał usłyszeć o sobie całą prawdę? Nie, inaczej – raczej nie chciał, by Dolores ją dostrzegła.

11

Wiedział, że gdzieś jest haczyk. Sobotniego poranka Dolores zażądała, by stawił się u niej do południa. – My tu gadu gadu, a czas ucieka. W przyszłym tygodniu mnie nie ma, więc bardzo cię proszę, postaraj się dzisiaj. Wypadło mi jedno spotkanie, dlatego mogę cię tu wcisnąć. – Wcisnąć? Jego? Komisarza? Przeklął pod nosem, ale ostatecznie zgodził się.

– Do dwunastej muszę wrócić, mam spotkanie z nową gosposią – dodał swoje trzy grosze. Spotkanie miał dopiero o trzynastej.

– Zdążymy, przyjeżdżaj.

Dolores czekała przed budynkiem. Ufał jej od początku. Była to kobieta, której nie da się nie lubić, coś jak najlepsza kumpela i wschodzące słońce w jednym. Uśmiechnięta, nad wyraz wygadana, z dobrą dykcją i przyjemnym tembrem głosu. Zastanawiał się, jak zachowuje pogodę ducha, cały dzień pracując wśród czubków, kaftanów, miękkich ścian i drzwi bez klamek. Skarcił sam siebie za te słowa. Nowoczesny, dwupiętrowy budynek z nową, szarą elewacją. Wewnątrz panowała zadziwiająco spokojna atmosfera. Pachnące płynem do podłóg korytarze ozdobione były obrazami, prawdopodobnie autorstwa samych pacjentów. Większość przyjemna dla oka, z niektórych ciężko było wydobyć jakąś konkretną formę, lecz na pewno nie raziły treścią. Minęło ich dwóch pracowników, którzy życzliwie ukłonili się Dolores.

– Wszyscy tu ściśle ze sobą współpracujemy: psychiatrzy, psycholodzy i terapeuci. Znamy historię każdego pacjenta, każdy ma bardzo dobrze dobrane środki lecznicze, w oparciu o nasze wspólne ustalenia. Leczymy różne choroby: schizofrenie paranoidalne, halucynacje, depresje i inne zaburzenia – opowiadała, prowadząc Pascala długim, jasnym korytarzem. – Dzielimy pacjentów zazwyczaj według tych samych schorzeń, by nie czuli się odosobnieni w swoich przypadłościach. Każdy ma swoją historię, niektórzy smutną, inni ciężką do pojęcia. My ich jednak nie oceniamy, to podstawa zaufania. Chcemy, żeby pacjent miał poczucie bezpieczeństwa, bo to bardzo pomaga w leczeniu. Czasem wystarczy, że po kilku tygodniach leczenia lub po prostu uczestniczenia w terapii czy grupie wsparcia pacjent idzie do domu. Mamy grupy artystyczne, jak widzisz – wskazała na obrazki ścienne – oraz inne zajęcia terapeutyczne.

Zamilkła na chwilę.

– Oni wszyscy się w życiu trochę pogubili, a my mamy obowiązek pomóc odnaleźć ich własną drogę – skwitowała.

– A wiesz, że personel szpitali psychiatrycznych z reguły nie cieszy się dobrą opinią? – zapytał przekornie.

– Tak, wiem. Niby znęcamy się nad pacjentami. Ale nas to nie dotyczy. W naszym szpitalu to się nigdy nie zdarzyło.

– Jak to jest ciągle wysłuchiwać problemów? – zmienił temat.

– Lubię pomagać – odparła krótko. – Posłuchaj, dzisiaj będzie z nami jeszcze jedna osoba – oświadczyła nagle.

– O! A kto? – zdziwił się nieco, bo umowa nie zakładała terapii grupowej. Nie miał ochoty dzielić się z kimkolwiek jeszcze swoim życiem. I tak już wystarczająco otworzył się przed dwiema obcymi osobami. Obawiał się, że Dolores wciągnie go w kółko pod tytułem „Nazywam się Pascal Kirski i opowiem wam moją historię”.

– Dziewczyna, która nie ma nikogo. Ona czuje się bardzo samotna. Jeszcze nigdy, odkąd tu mieszka, z żadną obcą osobą się nie widziała, a myślę, że już powinna.

– Mieszka tu?

– Tak, jako pacjent.

– Ale co jej jest? Na co choruje?

– Ma amnezję wsteczną. Żyje w trochę odmiennym stanie świadomości. Przypuszczalnie odniosła jakiś silny uraz i nie potrafi dobrze funkcjonować w tym świecie. Nie pamięta, kim jest i nikt nigdy o nią nie pytał. Rozesłaliśmy zdjęcie do wszystkich możliwych instytucji, nawet na policję, i nic. Dlatego jest tu z nami. Podaję jej systematycznie środki uspokajające lub lekkie psychotropy. Ona nie może pogodzić się z tym, że niczego nie pamięta. Często płacze, czasem krzyczy lub wpada w histerię. Poza naszym szpitalnym terenem, nie wychodzi na zewnątrz. Spędzam z nią tyle czasu, ile mogę, ale niestety przez większość życia Milion żyje sama w swoim pokoju. Dobrze byłoby, gdyby kogoś poznała, podjęła jakąś pracę i zaczęła normalne życie. Na chwilę obecną nie jest na to gotowa.

– Milion?

– Tak ją nazywamy. Kiedy do nas trafiła trzy lata temu i nie potrafiła przypomnieć sobie swoich danych, najczęściej powtarzała, że „nazywa się Milion, bo za miliony kocha i cierpi katusze”, jak ten, wiesz, bohater Mickiewicza z „Dziadów”. Ona ciągle czyta i szuka odpowiedzi na wszystko. Ma nadzieję, że trafi na coś, co pozwoli jej przypomnieć sobie przeszłość. Ja natomiast chcę, by zaczęła powoli normalnie żyć i wyszła do ludzi. Jesteś przystojniak, więc może jej nie wystraszysz – mrugnęła do niego okiem.

Kirskiemu w tym momencie przeszedł przez myśl podstępny plan Dolores, jaki mogła właśnie realizować.

– Hej, chyba nie chcesz mnie z nią swatać? – zatrzymał się i popatrzył badawczo na lekarkę. – Nie mam czasu na naprawianie czyjegoś życia.

– W życiu! Gliniarz to byłaby dla niej tylko kolejna kula u nogi – oświadczyła z typowym dla niej uśmiechem i popchnęła go do przodu.

W sprawach związków damsko-męskich Kirski traktował kobiety dość przedmiotowo. Nie planował tego, po prostu tak zazwyczaj wychodziło. Kobieta mogła być z nim na jedną noc. I tyle. Nie odczuwał potrzeby nawiązywania późniejszej relacji. Wielokrotnie zastanawiał się, dlaczego tak jest, czy to historia sprzed dekady tak wpłynęła na jego psychikę i postrzeganie płci pięknej, czy po prostu on nie nadaje się do dłuższego związku i zaangażowania.

Lubił przelotne, niezobowiązujące znajomości. Później oczywiście wysłuchiwał lamentów i wymówek ze strony skrzywdzonej jednej czy drugiej pani. W pewnych środowiskach nawet był spalony i słyszał komentarze kobiet na swój temat. Najczęściej był dupkiem, egoistą, ignorantem, a zdarzył się i mizogin. Kiedyś udało mu się podsłuchać taką rozmowę na swój temat. Spędził z kobietą, notabene, radcą prawnym, kilka fajnych nocy. Imponowała mu od pierwszej chwili swoją stanowczością i niedostępnością. Zgrabna, czarne, proste włosy, zadbana w każdym calu, bardzo dobrze utrzymana czterdziestka. Mieli rozmawiać o sprzedaży mieszkania matki Kirskiego, a skończyło się w łóżku. Kiedy zorientował się, że kobieta się w nim zadurzyła, różowe okulary opadły. Wyczuł w niej wtedy dobrze skrywaną niepewność siebie, z której wykluła się paniczna próba zatrzymania go przy sobie. Może pomyślała, że to jej ostatni dzwonek, by w końcu się ustatkować? Za chwilę jej ciało starci jędrność, pojawią się koszmarne kurze łapki, a z twarzy zaczną zwisać policzki. Co gorsza, kobieta w średnim wieku bez faceta, choćby nie wiadomo jaki osiągnęła sukces, to nadal w naszym konserwatywnym państwie uchodzi za obciach. Zaczął wyraźnie trzymać ją na dystans. Wydzwaniała, pisała, lecz on uparcie pozostawał zimny jak lód. Któregoś dnia potrzebował jednak doradzić się w nowej kwestii tego samego mieszkania, więc wykręcił znajomy numer. Porozmawiali chwilę rzeczowo, po czym szybko zakończył rozmowę. Dziwnym trafem była kochanka nie rozłączyła się i usłyszał wypowiedź na swój temat. Pewnie siedziała z przyjaciółką. „Najgorszy przypadek ze wszystkich. Taki w stylu: z metra cięty, obuchem walnięty. O romantyzmie zapomnij. Kiedy o nim myślę, przychodzą mi same najgorsze określenia. A jednak to wszystko nie ma znaczenia. Wystarczy, że kiwnie palcem, a będę ugotowana. Wybaczę mu wtedy wszystko. Skurwysyn jeden!”

Miłość nie miała miejsca w życiu Pascala Kirskiego. Na bycie z kobietą nie widział już żadnych szans. Dla komisarza liczyła się tylko jedna osoba – jego syn.

– Kula u nogi? – z niedowierzaniem powtórzył ostatnie słowa Dolores.

– Wiedziałam, że cię zaboli. Wy policjanci niestety nie macie dobrej opinii w sferze miłosnej.

– Generalizujesz – uciął krótko.

– Pewnie tak. Ale z Milion ci się nie uda.

– Dlaczego?

– Nie pozwoli ci na to – odparła stanowczo, chcąc podkreślić wagę swych słów.

Zatrzymali się przed jasnobrązowymi, drewnianymi drzwiami.

Gabinet lekarski Dolores Stein – Ziegler.

12

Dziewczyna siedziała nieobecna, zaczytana w książce. Zupełnie nie zwróciła uwagi na wchodzące osoby. Pomieszczenie było niewielkie, ale przytulne. Przed Kirskim okno, za nim drzwi. Na lewo stał wielki regał, zajmujący połowę ściany, po brzegi wypełniony książkami. Prawa strona pokoju wyposażona była w aneks kuchenny, czteroosobowy stół z krzesłami oraz zwisająca nad nim lampą. To właśnie tutaj, nachylona nad książką, siedziała Milion. Kiedy Dolores z Pascalem otworzyli drzwi, nie poruszyła się nawet odrobinę. Dolores weszła do części kuchennej.

– Milion, to jest Pascal Kirski, o którym ci mówiłam. Jeśli będziesz miała ochotę z nami usiąść, śmiało, zapraszam.

Dziewczyna w milczeniu pokiwała głową, lecz nie odwróciła się w jego stronę. By nie pogłębiać w niej poczucia niezręczności, Kirski podszedł do regału, zostawiając za sobą obie kobiety.

– Pascal, napijesz się czegoś? Ja potrzebuję kofeiny – odezwała się lekarka.

– Jeśli masz, to woda będzie w porządku – odparł i bez większego zainteresowania zaczął przeglądać tytuły stojących książek.

„Psychoterapia psychoanalityczna” Nancy McWilliams

„Terapia pary” Jurg Willi

„Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” Cialdini Robert B.

Uśmiechnął się do siebie. Ostatnią pozycję znał bardzo dobrze.

„Wprowadzenie do terapii poznawczo–behawioralnej” Andrzej Kokoszka

„Niezwykła terapia. Techniki terapeutyczne Miltona H. Ericksona” J. Haley

„Hipnoza w walce z bólem” A. Augustynek

– Stosujesz hipnozę? – zawsze uważał, że to amerykański wybryk.

– Czasem.

– Działa to na kogoś?

– Zdziwiłbyś się.

Dolores nasypała kawy do niewielkiego ekspresu ciśnieniowego.

– Osobiście uważam, że zahipnotyzować da się jakieś siedemdziesiąt procent ludzi, chociaż według Miltona Ericksona, guru hipnozy, na każdego można wywrzeć wpływ.

Syk wypuszczanej pod ciśnieniem wody oraz zapach kawy rozeszły się po pokoju. Dolores otworzyła szerzej okno i usiadła naprzeciw Pascala, wpadając w skórzany wypoczynek, przedzielony po środku małym stoliczkiem. Nieznacznie przechylony na bok Kirski rozłożył się wygodnie, tak by położyć rękę na niskim oparciu swojego fotela.