Naznaczeni Więzy krwi (TOM4) - Jennifer Lynn Barnes - ebook
Opis

Przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. FBI prowadzi tajny program, do którego angażuje młodzież obdarzoną paranormalnymi zdolnościami. Kiedy Cassie Hobbes dołączyła do elitarnej grupy naznaczonych, miała tylko jeden cel: odkryć prawdę o morderstwie swojej matki. Teraz wszystko, co uważała za prawdę, zostało zakwestionowane. Jej matka żyje, a ludzie, którzy ją przetrzymują są potężniejsi i niebezpieczniejsi niż wszystko, z czym do tej pory zmagali się naznaczeni. Cassie i zespół postanawiają rozpracować grupę, która morduje od pokoleń. Zaczyna się śmiertelna gra, w której to naznaczeni stają się zwierzyną. Czy uda im się wygrać wyścig z czasem? Jaki związek z mordercami ma Cassie?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Bad Blo­od

Au­tor: Jen­ni­fer Lynn Bar­nes

Tłu­ma­cze­nie: Piotr Za­wa­da

Re­dak­cja: Zu­zan­na Klim

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Skład: Ro­bert Ku­pisz

Zdję­cia: Shut­ter­stock.com

Opra­co­wa­nie tech­nicz­ne okład­ki: Da­ria Mel­ler

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Ka­ta­rzy­na Ko­cur

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

All ri­ghts re­se­rved. No part of this book may be re­pro­du­ced or trans­mit­ted in any form or by any me­ans, elec­tro­nic or me­cha­ni­cal, in­c­lu­ding pho­to­co­py­ing, re­cor­ding, or by any in­for­ma­tion sto­ra­ge and re­trie­val sys­tem, wi­tho­ut writ­ten per­mis­sion from the pu­bli­sher.

Co­py­ri­ght © 2016 by Jen­ni­fer Lynn Bar­nes. Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ma­ca­da­mia Li­te­ra­ry Agen­cy and Cur­tis Brown, Ltd.

The mo­ral ri­ghts of the au­thor have been as­ser­ted.

Co­py­ri­ght for this edi­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ori­gi­nal co­ver de­sign by Di­sney Book Gro­up

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal Spół­ka z o.o.

43-382 Biel­sko-Bia­ła

ul. Za­po­ra 25

tel. 338282828, faks 338282829

pas­[email protected]­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-259-9

Przy­go­to­wa­nie eBo­oka: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

Dla Wil­lia­ma, któ­ry po­ma­gał ma­mie pi­sać tę książ­kę, gdy miał za­le­d­wie pięć ty­go­dni.

Ty

Bez po­rząd­ku ist­nie­je cha­os.

Bez po­rząd­ku ist­nie­je ból.

Koło się ob­ra­ca. Lu­dzie umie­ra­ją. Sied­miu Mi­strzów. Sie­dem me­tod za­bi­ja­nia.

Tym ra­zem za­pło­nie ogień. Dzie­więć spło­nie.

Tak po­sta­no­wio­no i tak musi być. Koło już się ob­ra­ca. Ist­nie­je po­rzą­dek rze­czy. A w środ­ku tego wszyst­kie­go – wszyst­kie­go – je­steś ty.

ROZ­DZIAŁ 1

Seryj­ny mor­der­ca na­prze­ciw­ko mnie ma ta­kie same oczy jak jego syn. Iden­tycz­ny kształt. Iden­tycz­ny ko­lor. Ale ten błysk, ta iskra ocze­ki­wa­nia – są cał­ko­wi­cie two­je.

Do­świad­cze­nie – oraz moi men­to­rzy z FBI – na­uczy­ło mnie, że mogę za­głę­biać się w umy­sły in­nych lu­dzi nie po­przez roz­mo­wę o nich, lecz mó­wiąc do nich. Pod­da­łam się chę­ci pro­fi­lo­wa­nia, czy­ta­łam czło­wie­ka sie­dzą­ce­go przede mną. Skrzyw­dzisz mnie, je­śli bę­dziesz mógł. Wie­dzia­łam o tym, jesz­cze za­nim przy­szłam do tego wię­zie­nia o za­ostrzo­nym ry­go­rze i za­nim uj­rza­łam sub­tel­ny uśmiech wy­kwi­ta­ją­cy na twa­rzy Da­nie­la Red­din­ga, gdy na­sze oczy się spo­tka­ły. Krzyw­dząc mnie, skrzyw­dzisz chło­pa­ka. Za­głę­bia­łam się co­raz bar­dziej w psy­cho­pa­tycz­ną per­spek­ty­wę Red­din­ga. A chło­pak na­le­ży do cie­bie, mo­żesz go krzyw­dzić.

Nie mia­ło zna­cze­nia, że ręce Da­nie­la Red­din­ga były sku­te kaj­dan­ka­mi i przy­pię­te łań­cu­chem do sto­łu. Nie mia­ło zna­cze­nia, że przy drzwiach stał uzbro­jo­ny agent FBI. Czło­wiek przede mną był jed­nym z naj­bru­tal­niej­szych se­ryj­nych mor­der­ców na świe­cie i je­śli tyl­ko po­zwo­li­ła­bym mu uzy­skać nad sobą prze­wa­gę, z pew­no­ścią wy­pa­lił­by w mo­jej du­szy ślad – tak, jak wy­pa­lał li­te­rę R w cia­łach swo­ich ofiar.

Zwiąż je. Na­znacz. Po­tnij. Po­wieś.

Tak Red­ding za­bi­jał swo­je ofia­ry. Ale to nie dla­te­go dziś tu przy­szłam.

– Po­wie­dzia­łeś mi kie­dyś, że ni­g­dy nie znaj­dę czło­wie­ka, któ­ry za­bił moją mat­kę. – Mój głos brzmiał dużo spo­koj­niej niż to, co dzia­ło się w mo­jej gło­wie. Zna­łam tego kon­kret­ne­go psy­cho­pa­tę wy­star­cza­ją­co do­brze, by wie­dzieć, że bę­dzie chciał wy­pro­wa­dzić mnie z rów­no­wa­gi.

Spró­bu­jesz wnik­nąć w mój umysł, ni­czym ziar­na za­sa­dzić py­ta­nia i wąt­pli­wo­ści, tak żeby część cie­bie wy­szła z tego wię­zie­nia ra­zem ze mną.

Tak po­stą­pił kil­ka mie­się­cy wcze­śniej, gdy po­dzie­lił się wia­do­mo­ścią o mo­jej mat­ce. I dla­te­go by­łam tu dziś.

– Tak po­wie­dzia­łem? – spy­tał Red­ding, sub­tel­nie się uśmie­cha­jąc. – Brzmito jak coś, o czym mo­głem wspo­mnieć, ale… – Wzru­szył ra­mio­na­mi w wy­ćwi­czo­nym ru­chu.

Skrzy­żo­wa­łam ręce na sto­le i cze­ka­łam. To ty chcia­łeś, że­bym tu przy­szła. To ty zo­sta­wi­łeś przy­nę­tę. A ja wła­śnie ją ła­pię.

W koń­cu Red­ding prze­rwał ci­szę.

– Z pew­no­ścią masz mi coś jesz­cze do po­wie­dze­nia. – Jako mor­der­ca Red­ding po­tra­fił być cier­pli­wy, ale wy­łącz­nie na swo­ich wa­run­kach, nie na mo­ich. – Osta­tecz­nie – kon­ty­nu­ował ni­skim gło­sem – mamy ze sobą wie­le wspól­ne­go.

Wie­dzia­łam, że na­wią­zu­je do mo­jej re­la­cji z jego sy­nem. Wie­dzia­łam też, że aby do­stać to, na czym mi za­le­ży, nie mo­głam uni­kać tego te­ma­tu.

– Masz na my­śli De­ana.

Gdy wy­po­wie­dzia­łam to imię, krzy­wy uśmiech Red­din­ga tyl­ko się po­głę­bił. Mój chło­pak – i rów­nież na­zna­czo­ny – nie wie­dział, że tu je­stem. Na­le­gał­by, żeby pójść ze mną, a nie mo­głam mu tego zro­bić. Da­niel Red­ding był mi­strzem ma­ni­pu­la­cji, ale żad­ne jego sło­wa nie mo­gły­by mnie skrzyw­dzić tak moc­no, jak do­tknę­ły­by De­ana.

– Czy mój syn uwa­ża, że się w to­bie ko­cha? – Red­ding na­chy­lił się do przo­du i skrzy­żo­wał swo­je sku­te ręce, naś­la­du­jąc mnie. – Czy w nocy za­kra­dasz się do jego po­ko­ju? Czy wcze­pia dło­nie w two­je wło­sy? – Wy­raz twa­rzy Red­din­ga zła­god­niał. – Czy gdy Dean trzy­ma cię w swych ra­mio­nach – wy­szep­tał me­lo­dyj­nym to­nem – za­sta­na­wiasz się, jak nie­wie­le bra­ku­je, by skrę­cił ci kark?

– To musi być przy­kre – stwier­dzi­łam spo­koj­nie – wie­dzieć tak nie­wie­le o wła­snym synu.

Je­śli Red­ding chciał mnie skrzyw­dzić, po­wi­nien po­sta­rać się bar­dziej, niż pró­bu­jąc spra­wić, bym zwąt­pi­ła w De­ana. Je­śli chciał – jak po­wie­dział – prze­śla­do­wać mnie przez naj­bliż­sze dni i ty­go­dnie, mu­siał­by tra­fić w naj­czul­sze miej­sce. Naj­słab­sze.

– To musi być przy­kre – po­wtó­rzył po mnie Red­ding – wie­dzieć tak nie­wie­le o tym, co przy­da­rzy­ło się two­jej mat­ce.

W my­ślach ude­rzył mnie na­gle wi­dok ocie­ka­ją­cej krwią gar­de­ro­by mo­jej mamy, ale za­cho­wa­łam sto­ic­ki spo­kój. Na­pro­wa­dzi­łam atak Red­din­ga na bo­lą­ce miej­sce, ale dzię­ki temu skie­ro­wa­łam roz­mo­wę tam, gdzie za­mie­rza­łam.

– Czy to nie dla­te­go tu je­steś? – spy­tał Red­ding. Jego głos był ni­ski i ak­sa­mit­ny. – Do­wie­dzieć się, co wiem o mor­der­stwie two­jej mat­ki?

– Je­stem tu – od­po­wie­dzia­łam, wpa­tru­jąc się w nie­go prze­ni­kli­wie – bo wiem, że gdy przy­się­ga­łeś mi, że ni­g­dy nie znaj­dę mor­der­cy mo­jej mat­ki, mó­wi­łeś praw­dę.

Każ­de z pię­cior­ga na­zna­czo­nych na­sto­lat­ków z pro­gra­mu FBI mia­ło swo­ją spe­cjal­ność. Moją było pro­fi­lo­wa­nie. Lii Zhang wy­kry­wa­nie kłamstw. Wie­le mie­się­cy temu po­twier­dzi­ła, że szy­der­cze sło­wa Red­din­ga to praw­da. Wy­czu­wa­łam te­raz Lię po dru­giej stro­nie lu­stra we­nec­kie­go, go­to­wą po­dzie­lić na praw­dę i kłam­stwa każ­de zda­nie wy­po­wie­dzia­ne przez Red­din­ga.

Czas wy­ło­żyć kar­ty na stół.

– Chcę wie­dzieć – oznaj­mi­łam mor­der­cy na­prze­ciw mnie, pod­kre­śla­jąc każ­de sło­wo – ja­kie­go ro­dza­ju praw­dę mó­wi­łeś. Czy za­pew­nia­łeś mnie, że ni­g­dy nie znaj­dę mor­der­cy mo­jej mat­ki dla­te­go, że uwa­żasz, że była to mor­der­czy­ni? – Prze­rwa­łam. – Czy może masz pod­sta­wy są­dzić, że moja mat­ka wciąż żyje?

Dzie­sięć ty­go­dni. Tyle wła­śnie szu­ka­li­śmy ja­kiejś po­szla­ki – ja­kiej­kol­wiek, nie­waż­ne jak ma­łej – cze­goś, co do­pro­wa­dzi­ło­by nas do se­ryj­nych mor­der­ców, któ­rzy spre­pa­ro­wa­li śmierć mo­jej mat­ki pra­wie sześć lat wcześ­niej. Lu­dziom, któ­rzy od tego cza­su trzy­ma­li ją w za­mknię­ciu.

– To nie jest zwy­kła wi­zy­ta, praw­da? – Red­ding od­chy­lił się na krze­śle. Prze­chy­lił gło­wę. Jego oczy, oczy De­ana, bacz­nie mi się przy­glą­da­ły. – Wca­le nie osią­gnę­łaś punk­tu kry­tycz­ne­go, a moje sło­wa nie prze­śla­du­ją cię od mie­się­cy. Cze­goś się do­wie­dzia­łaś.

Wie­dzia­łam, że moja mat­ka żyje. Że te po­two­ry ją wię­żą. I że zro­bię wszyst­ko, łącz­nie z za­wie­ra­niem pak­tu z dia­błem, by ich zła­pać. By spro­wa­dzić ją do domu.

– Jak­byś za­re­ago­wał – spy­ta­łam Red­din­ga – gdy­bym po­wie­dzia­ła, że ist­nie­je taj­ne sto­wa­rzy­sze­nie se­ryj­nych mor­der­ców, któ­rzy co trzy lata mor­du­ją dzie­więć osób? – Sły­sza­łam w swo­im gło­sie na­pię­cie. Nie brzmia­łam jak ja. – Gdy­bym po­wie­dzia­ła ci, że ro­bią to ry­tu­al­nie, że za­bi­ja­ją od po­nad stu lat i że to jaich zła­pię?

Red­ding się na­chy­lił.

– Po­wie­dział­bym, że chciał­bym tam być, żeby zo­ba­czyć, co to sto­wa­rzy­sze­nie ci zro­bi po tym, jak na nie tra­fisz. Żeby pa­trzeć, jak będą cię roz­ry­wać na czę­ści, ka­wa­łek po ka­wał­ku.

No da­lej, ty cho­ry po­two­rze. Mów da­lej, co mi zro­bią. Po­wiedz wszyst­ko, co wiesz.

Red­ding na­gle prze­rwał i za­chi­cho­tał.

– Spryt­na z cie­bie dziew­czy­na, co? Spra­wiasz, że opo­wia­dam ta­kie rze­czy. Ro­zu­miem, co wi­dzi w to­bie mój chło­pak.

Drgnął mi mię­sień szczę­ki. Pra­wie go mia­łam. By­łam takbli­sko…

– Znasz swo­je­go Szek­spi­ra? – Oprócz ogro­mu in­nych uj­mu­ją­cych cech sie­dzą­cy na­prze­ciw mnie se­ryj­ny mor­der­ca miał upodo­ba­nie do Bar­da.

– „Rze­tel­nym bądź sam wzglę­dem sie­bie”1? – za­su­ge­ro­wa­łam po­nu­ro. Ła­ma­łam so­bie gło­wę, jak na­kie­ro­wać go z po­wro­tem na te­mat, jak go zmu­sić do po­dzie­le­nia się tym, co wie.

1 Wil­liam Szek­spir, Ham­let. Kró­le­wicz duń­ski, akt pierw­szy, sce­na trze­cia, tłum. Jó­zef Pasz­kow­ski.

Red­ding uśmiech­nął się, od­sła­nia­jąc zęby.

– My­śla­łem o Bu­rzy. „Pie­kło (…) próż­ne jest na te­raz, a wszyst­kie dia­bły zbie­gły na nasz okręt”2.

2 Wil­liam Szek­spir, Bu­rza, akt pierw­szy, sce­na dru­ga, tłum. Leon Ulrich.

Wszyst­kie dia­bły. Mor­der­ca na­prze­ciw. Wy­na­tu­rzo­na sek­ta, któ­ra poj­ma­ła moją mat­kę.

Sied­miu Mi­strzów, wy­szep­tał mi głos z pa­mię­ci. Py­tia. I Dzie­więć.

– Co mogę o nich wie­dzieć – stwier­dził Red­ding – sko­ro mają two­ją mat­kę od tylu lat? – Bez ostrze­że­nia przy­bli­żył swo­ją twarz do mo­jej, na ile po­zwa­la­ły mu łań­cu­chy. – Sama może być nie­złym dia­błem.

ROZ­DZIAŁ 2

Sto­ją­cy przy drzwiach agent FBI wy­jął broń, gdy Red­ding sko­czył w moją stro­nę. Wpa­try­wa­łam się w twarz mor­der­cy, za­le­d­wie o kil­ka cen­ty­me­trów od mo­jej.

Chcesz, że­bym się wzdry­gnę­ła. W prze­mo­cy cho­dzi o do­mi­na­cję i kon­tro­lę – kto je ma, a kto nie.

– Nic mi nie jest – po­wie­dzia­łam.

Agent Van­ce od cza­su do cza­su współ­pra­co­wał z agen­tem Brig­g­sem, od­kąd do­łą­czy­łam do pro­gra­mu na­zna­czo­nych. Usta­lo­no, że bę­dzie trzy­mał straż, jako że za­rów­no Briggs, jak i jego part­ner­ka, agent­ka Ster­ling, zde­cy­do­wali się zo­stać po dru­giej stro­nie lu­stra we­nec­kie­go. Obo­je łą­czy­ła prze­szłość z Da­nie­lem Red­din­giem, a te­raz chcie­li­śmy sku­pić całą uwa­gę psy­cho­pa­ty na mnie.

– Nie może mnie skrzyw­dzić – za­pew­ni­łam agen­ta Van­ce’a, wy­ma­wia­jąc te sło­wa do nich oby­dwu. – Po pro­stu od­sta­wia me­lo­dra­mat.

Wy­ra­zy do­bie­ra­łam oszczęd­nie, tak by wcią­gnąć Red­din­ga w grę na słow­nej sza­chow­ni­cy. Po­twier­dził już, że wie o ist­nie­niu tej kon­kret­nej gru­py mor­der­ców. Te­raz mu­sia­łam się do­wie­dzieć, co wła­ści­wie sły­szał i od kogo.

Nie mo­głam się roz­ko­ja­rzyć.

– Nie mu­si­my się draż­nić. – Red­ding na po­wrót roz­siadł się na swo­im krze­śle i w ra­mach przy­zna­nia się do winy po­ka­zał Van­ce’owi sku­te ręce. Agent scho­wał broń do ka­bu­ry. – Po pro­stu mó­wię otwar­cie. – Ką­ci­ki ust Red­din­ga wy­krzy­wi­ły się, gdy na po­wrót spoj­rzał na mnie. – Pew­ne rze­czy są w sta­nie zła­mać czło­wie­ka. I ko­goś ta­kie­go, na przy­kład two­ją mat­kę, moż­na ufor­mo­wać w coś no­we­go… – Red­ding prze­chy­lił gło­wę w bok. Oczy miał przy­mknię­te, jak­by wła­śnie coś mu się śni­ło na ja­wie. – W coś wspa­nia­łe­go.

– Kim oni są? – spy­ta­łam, igno­ru­jąc przy­nę­tę. – Gdzie o nich usły­sza­łeś?

Dłu­ga prze­rwa.

– Po­wiedz­my, że coś wiem. – Twarz Red­din­ga za­styg­ła. Gdy kon­ty­nu­ował, głos miał ni to ci­chy, ni to gło­śny. – Co do­stał­bym w za­mian?

Red­ding był in­te­li­gent­ny, wy­ra­cho­wa­ny, sa­dy­stycz­ny. I miał dwie ob­se­sje. To, co zro­bi­łeś swo­im ofia­rom. I Dean.

Za­ci­snę­łam pię­ści. Wie­dzia­łam, co mu­szę po­wie­dzieć, i nie wąt­pi­łam, że to zro­bię. Nie­waż­ne, że mnie od tego mdli­ło. Nie­waż­ne, jak bar­dzo nie chcia­łam wy­po­wie­dzieć tych słów.

– Dean do­ty­ka mnie te­raz czę­ściej niż wcze­śniej. – Spoj­rza­łam na stół, na swo­je ręce. Trzę­sły się. Zmu­si­łam się, żeby ob­ró­cić lewą dłoń i do­tknąć pra­wej. – Opla­ta pal­ca­mi moje pal­ce, a kciu­kiem… – Prze­łknę­łam gło­śno śli­nę i do­tknę­łam kciu­kiem wnę­trza dło­ni. – Kciu­kiem za­ta­cza mi małe kół­ka w tym miej­scu. Cza­sa­mi ob­ry­so­wu­je pal­ca­mi kształt mo­jej dło­ni. Cza­sa­mi… – Głos uwiązł mi w gar­dle. – Cza­sa­mi do­ty­kam pal­ca­mi jego blizn.

– Ma je ode mnie. – Wi­dzia­łam, jak Red­ding de­lek­tu­je się mo­imi sło­wa­mi. Bę­dzie to ro­bił jesz­cze przez dłu­gi czas.

Zro­bi­ło mi się nie­do­brze. Da­lej Cas­sie. Nie masz wyj­ścia.

– Śnisz się De­ano­wi. – Czu­łam się, jak­bym mia­ła w ustach ostry jak brzy­twa pa­pier ścier­ny, lecz mu­sia­łam mó­wić da­lej. – Cza­sa­mi bu­dzi się z kosz­ma­ru i nie wi­dzi, co jest przed nim. Wi­dzi tyl­ko cie­bie.

Opo­wia­da­nie ojcu De­ana ta­kich rze­czy nie było je­dy­nie za­wie­ra­niem pak­tu z dia­błem. Za­prze­da­wa­łam włas­ną du­szę. By­łam nie­bez­piecz­nie bli­sko za­prze­da­nia du­szy De­ana.

– Nie po­wiesz mo­je­mu sy­no­wi, co zro­bi­łaś, że­bym za­czął mó­wić. – Red­ding bęb­nił pal­ca­mi po sto­le. – Ale za każ­dym ra­zem, gdy do­tknie two­jej dło­ni, gdy ty do­tkniesz jego blizn, przy­po­mni ci się ta roz­mo­wa. Będę tam. Na­wet je­śli chło­pak nie bę­dzie o tym wie­dział, ty bę­dziesz.

– Po­wiedz, co wiesz – rzu­ci­łam, a sło­wa ka­le­czy­ły mi gar­dło.

– W po­rząd­ku. – Na ustach Red­din­ga wi­dać było sa­tys­fak­cję. – Ści­ga­na przez cie­bie gru­pa szu­ka kon­kret­ne­go typu za­bój­cy. Ta­kie­go, któ­ry tę­sk­ni za by­ciem czę­ścią cze­goś więk­sze­go. Za przy­na­leż­no­ścią.

Tak od­pła­cał mi po­twór.

– Ja taki nie je­stem – kon­ty­nu­ował Red­ding. – Ale uważ­nie słu­cham. Przez te wszyst­kie lata sły­sza­łem tro­chę plo­tek. Szep­tów. Le­gend miej­skich. O Mi­strzach i uczniach, ry­tu­ałach i za­sa­dach. – Nie­co prze­krzy­wił gło­wę w bok. Ob­ser­wo­wał moją re­ak­cję, jak gdy­by po­tra­fił do­strzec pra­cę mo­je­go mó­zgu i uznał ją za fa­scy­nu­ją­cą. – Wiem, że każ­dy Mistrz wy­bie­ra swo­je­go na­stęp­cę. Nie wiem, ilu ich jest. Nie wiem, kim są ani gdzie na­le­ży ich szu­kać.

Po­chy­li­łam się do przo­du.

– Ale wie­dzia­łeś, że wię­żą moją mat­kę. Wie­dzia­łeś, że nie umar­ła.

– Po pro­stu do­strze­gam wzo­ry. – Red­ding lu­bił mó­wić o so­bie. De­mon­stro­wał mi swo­ją wyż­szość, ale też FBI, Brig­g­so­wi i Ster­ling, któ­rych pew­nie po­dej­rze­wał o obec­ność za szy­bą. – Nie­dłu­go po tym, jak tra­fi­łem tu­taj, do­wie­dzia­łem się o in­nym więź­niu. Zo­stał ska­za­ny za za­mor­do­wa­nie swo­jej eks, ale upie­rał się, że ona wciąż żyje. Ni­g­dy nie zna­le­zio­no cia­ła. Je­dy­nie ogrom­ną ilość krwi – oskar­ży­cie­le prze­ko­ny­wa­li, że było jej zbyt dużo, by ofia­ra mo­gła prze­żyć.

Prze­szły mnie ciar­ki po ple­cach. Gar­de­ro­ba mo­jej mat­ki. Moja ręka szu­ka­ją­ca ner­wo­wo włącz­ni­ka świa­tła. Pal­ce do­ty­ka­ją­ce cze­goś lep­kie­go, mo­kre­go, cie­płe­go i…

– I do­sze­dłeś do wnio­sku, że ta gru­pa była w to za­mie­sza­na? – Le­d­wie sły­sza­łam, jak za­da­ję to py­ta­nie, ogłu­szo­na bi­ciem wła­sne­go ser­ca.

Red­ding uniósł lewy ką­cik ust.

– Każ­de im­pe­rium po­trze­bu­je kró­lo­wej.

Było w tym coś wię­cej. Mu­sia­ło być.

– Wie­le lat póź­niej – do­dał – sam zde­cy­do­wa­łem się wziąć ucznia.

Wła­ści­wie było ich trzech, ale wie­dzia­łam, o któ­rym mówi:

– Web­be­ra.

Naj­pierw mnie po­rwał, a po­tem wy­pu­ścił w le­sie i urzą­dził so­bie po­lo­wa­nie. Jak­bym była zwie­rzy­ną łow­ną.

– Do­wie­dzia­łem się od nie­go kil­ku rze­czy. O De­anie. O Brig­g­sie. O to­bie. Oraz o agent­ce spe­cjal­nej La­cey Loc­ke.

Loc­ke, moja pierw­sza men­tor­ka w FBI, uro­dzi­ła się jako La­cey Hob­bes, młod­sza sio­stra mo­jej mat­ki. Skoń­czy­ła jako se­ryj­na mor­der­czy­ni, raz po raz od­twa­rza­jąc mor­der­stwo mo­jej mat­ki.

Wca­le nie mor­der­stwo, upo­mnia­łam się. Loc­ke za­bi­ja­ła ko­bie­ty po­dob­ne do swo­jej sio­stry, wciąż od nowa od­gry­wa­ła jej śmierć, pod­czas gdy Lo­re­lai Hob­bes cały czas żyła.

– Po­zna­łeś szcze­gó­ły spra­wy mo­jej mat­ki. – Mu­sia­łam się skon­cen­tro­wa­łaś na tu i te­raz, na Red­din­gu. – Do­strze­głeś po­wią­za­nie.

– Szep­ty. Po­gło­ski. Le­gen­dy miej­skie – po­wtó­rzył Red­ding. – Mi­strzo­wie i ucznio­wie, ry­tu­ały i za­sa­dy, a w środ­ku tego wszyst­kie­go ko­bie­ta. – Oczy mu za­bły­sły. – Bar­dzo szcze­gól­na ko­bie­ta.

Usta, ję­zyk i gar­dło mia­łam kom­plet­nie su­che, nie by­łam w sta­nie wy­du­sić z sie­bie słów.

– Jaka?

– Taka, któ­rą moż­na ufor­mo­wać w coś wspa­nia­łe­go. – Red­ding za­mknął oczy, głos aż wi­bro­wał mu z za­do­wo­le­nia. – W coś no­we­go.

Ty

Bie­rzesz nóż. Pod­cho­dzisz do ka­mien­ne­go sto­łu, te­stu­jesz w dło­ni wy­wa­że­nie ostrza.

Koło się ob­ra­ca. Ofia­ra ob­ra­ca się ra­zem z nim, przy­ku­ta do ka­mie­nia łań­cu­chem. Cia­ło i du­sza.

– Wszy­scy są pod­da­wa­ni pró­bie. – Wy­ma­wiasz te sło­wa, prze­su­wa­jąc tępą stro­ną noża po szyi ofia­ry. – Wszy­scy mu­szą udo­wod­nić, że są nas god­ni.

W two­ich ży­łach bu­zu­je po­czu­cie mocy. To two­ja de­cy­zja. Twój wy­bór. Je­den ruch nad­garst­ka i krew po­pły­nie. Koło się za­trzy­ma.

Ale bez po­rząd­ku ist­nie­je cha­os.

Bez po­rząd­ku ist­nie­je ból.

– Cze­go ci trze­ba? – Po­chy­lasz się, kie­dy szep­czesz te sta­ro­żyt­ne sło­wa. Nóż w ręce kie­ru­je się ku szyi ofia­ry. Mo­żesz ją za­bić, ale bę­dzie cię to kosz­to­wać. Sie­dem dni i sie­dem ro­dza­jów bólu. Koło ni­g­dy nie prze­sta­je się ob­ra­cać na dłu­go.

– Cze­go mi trze­ba? – Ofia­ra po­wta­rza py­ta­nie. Uśmie­cha się, kie­dy krew spły­wa po na­giej klat­ce pier­sio­wej. – Dzie­wię­ciu.

ROZ­DZIAŁ 3

No cóż, sama fraj­da. – Lia ze­sko­czy­ła ze sto­łu, na któ­rym sie­dzia­ła.

Agent Van­ce wła­śnie przy­pro­wa­dził mnie do po­ko­ju ob­ser­wa­cyj­ne­go. Ster­ling i Briggs na­dal wpa­try­wa­li się w po­miesz­cze­nie, z któ­re­go przed chwi­lą wy­szłam. Po dru­giej stro­nie lu­stra we­nec­kie­go straż­ni­cy pod­nie­śli Da­nie­la Red­din­ga na nogi. Briggs – am­bit­ny i lu­bią­cy ry­wa­li­za­cję, na swój spo­sób ide­ali­stycz­ny – ni­g­dy nie spoj­rzał­by na Red­din­ga ina­czej niż na po­two­ra, za­gro­że­nie. Ster­ling była bar­dziej po­wścią­gli­wa, trzy­ma­ła emo­cje na wo­dzy. Sto­so­wa­ła się do usta­no­wio­nych wcze­śniej za­sad, łącz­nie z tą, któ­ra mó­wi­ła, że lu­dzie po­kro­ju Da­nie­la Red­din­ga nie są w sta­nie osła­bić jej po­czu­cia kon­tro­li.

– Sło­wo daję – kon­ty­nu­owa­ła Lia, ma­cha­jąc dło­nią – se­ryj­ni mor­der­cy są strasz­nie prze­wi­dy­wal­ni. Za­wsze to samo: „Chcę pa­trzeć, jak cier­pisz” oraz „Po­zwól mi cy­to­wać Szek­spi­ra i wy­obra­żać so­bie, jak tań­czę nad two­imi zwło­ka­mi”.

Lia od­no­si­ła się tak lek­ce­wa­żą­co do roz­mo­wy, któ­rej wła­śnie była świad­kiem, bo to, co usły­sza­ła, po­ru­szy­ło ją rów­nie moc­no, jak mnie.

– Kła­mał? – spy­ta­łam. Nie­waż­ne, jak moc­no na­ci­ska­łam, Red­ding utrzy­my­wał, że nie zna na­zwi­ska więź­nia, któ­re­go eks „zgi­nę­ła” jak moja mat­ka, ale wie­dzia­łam, że nie mogę ufać sło­wom mi­strza ma­ni­pu­la­cji.

– Red­ding może wie­dzieć wię­cej, niż mówi – stwier­dzi­ła Lia – ale nie kła­mie. Przy­naj­mniej w spra­wie Sta­re­go Do­bre­go Kon­sor­cjum Psy­cho­pa­tycz­nych Se­ryj­nych Mor­der­ców. Na­cią­gnął tro­chę praw­dę, mó­wiąc, że chce pa­trzeć, jak wspo­mnia­ni psy­cho­pa­ci się tobą zaj­mą.

– Oczy­wi­ście, że nie chce pa­trzeć. – Pró­bo­wa­łam nadać gło­so­wi rów­nie non­sza­lanc­ki ton, jak Lia, żeby to wszyst­ko nie mia­ło ta­kie­go zna­cze­nia. – To Da­niel Red­ding. Chce za­bić mnie oso­bi­ście.

Lia unio­sła brew.

– Wy­glą­da na to, że tak dzia­łasz na lu­dzi.

Prych­nę­łam. Bio­rąc pod uwa­gę, że od­kąd do­łą­czy­łam do pro­gra­mu, nie je­den, lecz dwo­je se­ryj­nych mor­der­ców wzię­ło mnie na ce­low­nik, nie mo­głam za bar­dzo ode­przeć tego stwier­dze­nia.

– Znaj­dzie­my spra­wę, o któ­rej mó­wił Red­ding – rzu­cił Briggs, od­wró­cił się i spoj­rzał na mnie i Lię. – Może to chwi­lę po­trwać, ale je­śli któ­ryś z więź­niów pa­su­je do opi­su, to go znaj­dzie­my.

Agent­ka Ster­ling po­ło­ży­ła mi dłoń na ra­mie­niu.

– Cas­sie, zro­bi­łaś to, co trze­ba było zro­bić. Dean by to zro­zu­miał.

Oczy­wi­ście, że by zro­zu­miał. To nie po­lep­sza spra­wy. Po­gar­sza ją.

– A je­śli cho­dzi o to, co Red­ding po­wie­dział o two­jej mat­ce…

– Skoń­czy­li­śmy? – spy­ta­ła ob­ce­so­wo Lia, prze­ry­wa­jąc agent­ce Ster­ling.

Zna­łam już Lię na tyle, by wie­dzieć, żeby nie po­sy­łać jej wdzięcz­ne­go spoj­rze­nia. Ale by­łam jej wdzięcz­na. Nie chcia­łam oma­wiać tego, co Red­ding in­sy­nu­ował na te­mat mo­jej mat­ki. Nie chcia­łam się za­sta­na­wiać, czy jest w tym choć­by naj­mniej­sze ziar­no praw­dy.

Agent­ka Ster­ling zro­zu­mia­ła ten prze­kaz. Gdy pro­wa­dzi­ła nas do wyj­ścia, nie pró­bo­wa­ła po­now­nie po­ru­szać tego te­ma­tu.

Lia wzię­ła mnie pod ra­mię.

– Tak na przy­szłość – po­wie­dzia­ła z nie­ty­po­wą dla sie­bie de­li­kat­no­ścią w gło­sie – je­śli kie­dy­kol­wiek… – bę­dziesz chcia­ła po­roz­ma­wiać, pod­po­wie­dział mi we­wnętrz­ny głos, bę­dziesz chcia­ła się wy­ga­dać… – kie­dy­kol­wiek – po­wtó­rzy­ła ła­god­nie to­nem aż dźwię­czą­cym ze szcze­ro­ści – znów będę mu­sia­ła słu­chać opo­wie­ści pod ty­tu­łem Trzy­ma­my się za ręce. Ero­tycz­ne przy­go­dy Cas­sie i De­ana, ze­msz­czę się. I bę­dzie to ze­msta epic­ka.

Oprócz wy­kry­wa­nia kłamstw spe­cjal­no­ścią Lii było od­wra­ca­nie uwa­gi, któ­re jed­nak czę­sto za­wie­ra­ło w pa­kie­cie spo­ro zło­śli­wo­ści.

– Jaka ze­msta? – spy­ta­łam, po czę­ści wdzięcz­na za zmia­nę te­ma­tu, ale i prze­ko­na­na, że Lia nie ble­fu­je.

Lia uśmiech­nę­ła się po­gar­dli­wie i mnie pu­ści­ła.

– Chcia­ła­byś wie­dzieć?

ROZ­DZIAŁ 4

Gdy wró­ci­li­śmy do domu, Slo­ane tu­li­ła się do opa­lar­ki. Na szczę­ście Ster­ling z Brig­g­sem wciąż byli na ze­wnątrz. Dys­ku­to­wa­li o czymś, co nie było prze­zna­czo­ne dla na­szych uszu.

Lia unio­sła brew i spoj­rza­ła na mnie.

– Ty py­tasz czy ja?

Slo­ane prze­chy­li­ła gło­wę.

– Ist­nie­je wy­so­kie praw­do­po­do­bień­stwo, że za­py­ta­cie o opa­lar­kę.

Po­czu­łam, że po­win­nam za­dać to py­ta­nie:

– Po co ci ta opa­lar­ka?

– Naj­wcze­śniej­sze mio­ta­cze ognia po­cho­dzą z Bi­zan­cjum z pierw­sze­go wie­ku na­szej ery – za­szcze­bio­ta­ła Slo­ane. Po­wie­dzia­ła to tak szyb­ko, że na­bra­łam po­dej­rzeń.

Do­pre­cy­zo­wa­łam py­ta­nie:

– Po co ci ta opa­lar­ka i skąd masz ko­fe­inę?

Wła­śnie w tym mo­men­cie do kuch­ni wszedł Mi­cha­el z ga­śni­cą.

– Coś cię tra­pi – rzu­cił, pa­trząc na mnie. – Poza tym nie­co nie­po­koi cię moż­li­wość, że osza­la­łem. – Na­stęp­nie spoj­rzał na Lię. – A ty…

– Nie je­stem w na­stro­ju do od­czy­ty­wa­nia emo­cji? – Lia wsko­czy­ła na ladę ku­chen­ną i ma­cha­ła no­ga­mi. Jej ciem­ne oczy lśni­ły, gdy prze­ka­zy­wa­li so­bie coś bez słów.

Mi­cha­el wy­trzy­mał jej spoj­rze­nie tyl­ko chwi­lę dłu­żej.

– …tak.

– Wy­da­wa­ło mi się, że nie chcia­łeś da­wać Slo­ane ko­fe­iny – stwier­dzi­łam, spo­glą­da­jąc na Mi­cha­ela.

– Ano – od­po­wie­dział. – W więk­szo­ści przy­pad­ków. Wiesz, jak to bywa: jest Slo­ane z ko­fe­iną, jest im­pre­za.

– Im­pre­za – po­wtó­rzy­łam. – W sen­sie two­je uro­dzi­ny?

Mi­cha­el spoj­rzał na mnie swo­im naj­bar­dziej su­ro­wym wzro­kiem.

– Za dwa dni ja, Mi­cha­el Ale­xan­der Tho­mas Town­send, będę o rok star­szy i mą­drzej­szy, i na pew­no wy­star­cza­ją­co do­ro­sły, żeby pil­no­wać Slo­ane, kie­dy uży­wa opa­lar­ki. Za­cznę świę­to­wać tro­chę wcze­śniej, co w tym złe­go?

Sły­sza­łam to, cze­go Mi­cha­el nie mó­wił.

– Bę­dziesz miał osiem­nast­kę.

Wie­dzia­łam, co to dla nie­go ozna­cza – wol­ność. Od ro­dzi­ny. Od czło­wie­ka, przez któ­re­go po­tra­fił do­strzecna­wet naj­drob­niej­szy ślad zło­ści na uśmiech­nię­tej twa­rzy.

Jak­by na za­wo­ła­nie za­dzwo­nił te­le­fon Mi­cha­ela. Nie umia­łam czy­tać z jego twa­rzy tak ła­two, jak on z mo­jej, ale in­stynk­tow­nie wie­dzia­łam, że oj­ciec Mi­cha­ela nie był tego ro­dza­ju czło­wie­kiem, któ­ry może po pro­stu usiąść i pa­trzeć, jak umy­ka­ją mu ostat­nie dni kon­tro­li.

Nie od­bie­rzesz, po­my­śla­łam. Nie może cię do tego zmu­sić. A za dwa dni już w ogó­le do ni­cze­go.

– Rany bo­skie, nie mam za­mia­ru tego ogar­niać. – Lia zsu­nę­ła się z lady i po­de­szła do Mi­cha­ela. – Ale Slo­ane chy­ba nie po­win­na ni­cze­go pod­pa­lać.

– Mu­szę – za­pro­te­sto­wa­ła Slo­ane. – Mi­cha­el ma uro­dzi­ny trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go mar­ca. To za dwa dni, a za ko­lej­ne dwa…

– Dru­gi kwiet­nia – do­koń­czy­łam za nią.

Czu­łam, jak wra­ca do mnie wszyst­ko, co po­wie­dział Da­niel Red­ding – o Mi­strzach, o mat­ce – ostat­nie dzie­sięć ty­go­dni po­szu­ki­wań i brnię­cia w śle­pe ulicz­ki. Dzie­więć ofiar za­bi­ja­nych co trzy lata w dni wy­zna­czo­ne przez ciąg Fi­bo­nac­cie­go. Tak wy­glą­da mo­dus ope­ran­di Mi­strzów. Mi­nął już po­nad ty­dzień od cza­su po­przed­niej daty cią­gu – dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go mar­ca.

Na­stęp­na przy­pa­da dru­gie­go kwiet­nia.

– Zna­my wzór – cią­gnę­ła Slo­ane z za­cię­ciem. – Za­czy­na się w tym roku ka­len­da­rzo­wym, i gdy już to na­stą­pi, nowy czło­nek tej or­ga­ni­za­cji bę­dzie pa­lił lu­dzi żyw­cem. Prze­czy­ta­łam wszyst­ko, co zna­la­złam o śledz­twach w związ­ku z pod­pa­le­niem, ale… – Slo­ane spoj­rza­ła na opa­lar­kę i wzmoc­ni­ła uścisk. – To za mało.

Brat Slo­ane zo­stał za­mor­do­wa­ny w Ve­gas przez nie­zna­ne­go spraw­cę – ene­sa – któ­ry na­pro­wa­dził nas na tę gru­pę. Slo­ane nie była te­raz po pro­stu w trud­nym po­ło­że­niu – le­d­wie so­bie ra­dzi­ła. Chcesz się czuć uży­tecz­na. Bo sko­ro nie by­łaś w sta­nie oca­lić Aaro­na, to do cze­go mo­żesz się przy­dać – i komu? Czy do cze­go­kol­wiek jesz­cze mo­żesz się przy­dać?

Ro­zu­mia­łam już, dla­cze­go Mi­cha­el dał Slo­ane kawę i po­szedł po ga­śni­cę, za­miast po pro­stu za­brać jej opa­lar­kę. Ob­ję­łam ją ra­mie­niem. Od­wza­jem­ni­ła uścisk.

– Wró­ci­ły­ście. – Usły­sza­łam głos za nami.

Wszy­scy czwo­ro się od­wró­ci­li­śmy. Dean na­wet nie spoj­rzał na opa­lar­kę. Całą uwa­gę po­świę­cił Lii i mnie.

Na­sza nie­obec­ność zo­sta­ła za­uwa­żo­na.

Bio­rąc pod uwa­gę miej­sce, w któ­rym by­ły­śmy, i ta­lent De­ana do pro­fi­lo­wa­nia, nie wró­ży­ło to nic do­bre­go.

– Wró­ci­ły­śmy – oznaj­mi­ła słod­ko Lia, sta­jąc po­mię­dzy De­anem i mną. – Chcesz zo­ba­czyć, jaką bie­li­znę ku­pi­łam dzię­ki Cas­sie?

Dean i Lia zo­sta­li wcie­le­ni do pro­gra­mu na­zna­czo­nych jako pierw­si. Zna­li się wie­le lat wcze­śniej, za­nim do­łą­czy­li­śmy do nich my. Była dla nie­go – w każ­dy moż­li­wy spo­sób oprócz wię­zów krwi – sio­strą.

Dean wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Dam ci pięć­dzie­siąt do­lców, by­le­byś tyl­ko nie mó­wi­ła przy mnie „bie­li­zna”.

Lia uśmiech­nę­ła się po­gar­dli­wie.

– Nie ma mowy. A te­raz – zwró­ci­ła się do resz­ty z nas – ktoś chy­ba wspo­mniał coś o re­kre­acyj­nym za­sto­so­wa­niu pi­ro­tech­ni­ki?

Dean nie zdą­żył jesz­cze zgło­sić weta, kie­dy otwo­rzy­ły się drzwi. Usły­sza­łam kro­ki dwóch osób zbli­ża­ją­cych się do kuch­ni. Za­ło­ży­łam, że to Ster­ling z Brig­g­sem. Mia­łam ra­cję tyl­ko w po­ło­wie. Za­miast agent­ki Brig­g­so­wi to­wa­rzy­szył jej oj­ciec.

Dy­rek­tor Ster­ling nie miał zwy­cza­ju uprze­dzać o swo­ich wi­zy­tach.

– Co się sta­ło? – za­py­tał Dean. Jego py­ta­nie nie mia­ło w so­bie nic z rzu­co­ne­go wy­zwa­nia, ale ta­jem­ni­cą po­li­szy­ne­la było, że gdy dy­rek­tor Ster­ling pa­trzył na De­ana, wi­dział w nim Da­nie­la Red­din­ga. Dy­rek­tor FBI nie miał pro­ble­mu z wy­ko­rzy­sty­wa­niem zdol­no­ści syna se­ryj­ne­go za­bój­cy, ale nie ufał De­ano­wi – i ni­g­dy nie za­mie­rzał.

– Dziś rano za­dzwo­nił do mnie That­cher Town­send. – Jego sło­wa za­ssa­ły z po­ko­ju cały tlen.

– Nie od­bie­ra­łem jego te­le­fo­nów w tym ty­go­dniu – sko­men­to­wał Mi­cha­el zwod­ni­czo mi­łym gło­sem – więc za­dzwo­nił do pana.

Za­nim dy­rek­tor zdą­żył sko­men­to­wać, do po­miesz­cze­nia we­szła agent­ka Ster­ling, za nią Judd. Kil­ka mie­się­cy temu Judd Haw­kins, któ­ry dbał, że­by­śmy nie cho­dzi­li głod­ni, i zaj­mo­wał się nami na co dzień, do­stał nad­zór nad tym, kie­dy i w jaki spo­sób ko­rzy­sta­no z pro­gra­mu na­zna­czo­nych. Dy­rek­tor Ster­ling nie był tego ro­dza­ju czło­wie­kiem, któ­ry do­ce­nia nad­zór. Wie­rzył w koszt, któ­ry moż­na za­pła­cić, oraz w skal­ku­lo­wa­ne ry­zy­ko – szcze­gól­nie je­śli to on sam do­ko­ny­wał kal­ku­la­cji.

– Pan Town­send na­pro­wa­dził mnie na pew­ną spra­wę – oznaj­mił krót­ko dy­rek­tor Ster­ling. Kie­ro­wał te sło­wa do Brig­g­sa, igno­ru­jąc swo­ją cór­kę i Jud­da. – Chciał­bym, że­byś się nią za­jął.

– Te­raz? – spy­tał Briggs. Ukry­ty prze­kaz był ja­sny: Mamy pierw­szą od mie­się­cy po­szla­kę w spra­wie Mi­strzów i chce pan, że­by­śmy w tym mo­men­cie wy­świad­czy­li nad­uży­wa­ją­ce­mu prze­mo­cy ojcu Mi­cha­ela przy­słu­gę?.

– That­cher Town­send – rzu­cił cięż­ko Mi­cha­el – do­sta­je to, cze­go chce.

Agent­ka Ster­ling po­de­szła do nie­go na krok.

– Mi­cha­el…

Zi­gno­ro­wał ją i – ze zwod­ni­czo mi­łym uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy – wy­szedł z po­ko­ju.

Briggs za­ci­snął szczę­kę i ob­ró­cił się w stro­nę dy­rek­to­ra.

– Jaką spra­wę?

– Cho­dzi o cór­kę wspól­ni­ka Town­sen­da – odpo­wie­dział spo­koj­nie dy­rek­tor. – I bio­rąc pod uwa­gę jego wkład w pro­gram na­zna­czo­nych, chciał­by, że­by­śmy się tym za­ję­li.

– Jego wkład w pro­gram? – po­wtó­rzy­ła z nie­do­wie­rza­niem Lia. – Pro­szę mnie po­pra­wić, je­śli się mylę, ale czy ten gość nie sprze­dałwam Mi­cha­ela w za­mian za im­mu­ni­tet w spra­wie prze­stępstw go­spo­dar­czych i pra­nia brud­nych pie­nię­dzy?

Dy­rek­tor Ster­ling zi­gno­ro­wał Lię.

– Wy­pa­da­ło­by roz­wa­żyć wzię­cie tej spra­wy – po­in­for­mo­wał Brig­g­sa, cy­ze­lu­jąc każ­de sło­wo.

– Sa­dzę, że de­cy­zja na­le­ży do mnie. – Sło­wa Jud­da były rów­nie pre­cy­zyj­ne i bez­kom­pro­mi­so­we, jak dy­rek­to­ra. Były snaj­per pie­cho­ty mor­skiej w roli niań­ki zgrai na­sto­lat­ków z pro­gra­mu szko­le­nio­we­go FBI z pew­no­ścią zdzi­wił­by więk­szość lu­dzi, ale Judd dał­by się za­strze­lić za każ­de z nas.

– Oj­ciec Mi­cha­ela go bije – wy­pa­pla­ła Slo­ane. Nie mia­ła fil­tra ani żad­nej war­stwy ochron­nej, któ­ra od­dzie­la­ła­by ją od świa­ta.

Judd spoj­rzał na mo­ment w sze­ro­kie błę­kit­ne oczy Slo­ane i pod­niósł rękę.

– Wszy­scy po­ni­żej dwu­dzie­stu je­den lat wy­no­cha.

Nikt z nas się nie ru­szył.

– Nie będę po­wta­rzać – oznaj­mił ni­skim gło­sem.

Na pal­cach jed­nej ręki mo­głam po­li­czyć sy­tu­acje, w któ­rych użył tego tonu.

Wy­szli­śmy.

Na od­chod­nym agent Briggs zła­pał mnie za ra­mię.

– Znajdź Mi­cha­ela – rzu­cił ci­cho. – I upew­nij się, że nie zro­bi ni­cze­go…

– Mi­cha­elo­wa­te­go? – za­su­ge­ro­wa­łam.

Briggs spoj­rzał na dy­rek­to­ra Ster­lin­ga.

– Nie­roz­waż­ne­go.

ROZ­DZIAŁ 5

Zna­leź­li­śmy Mi­cha­ela w piw­ni­cy. Po tym, jak FBI ku­pi­ło dom, któ­ry słu­ży za na­szą bazę, za­mie­nio­no piw­ni­cę w pra­cow­nię. Wzdłuż ścian od­two­rzo­no przy­kła­do­we miej­sca zbrod­ni. Ro­zej­rza­łam się wo­kół, by się upew­nić, że Mi­cha­el ni­cze­go nie pod­pa­lił.

Jesz­cze.

Stał na dru­gim koń­cu po­miesz­cze­nia. Pa­trzył na ścia­nę upstrzo­ną od pod­ło­gi po su­fit zdję­cia­mi. Ofia­ry Mi­strzów. Spę­dzi­łam tu set­ki go­dzin, wpa­tru­jąc się w tę ścia­nę tak jak te­raz Mi­cha­el. Gdy sta­nę­łam przy nim, od­ru­cho­wo spoj­rza­łam na dwie fo­to­gra­fie od­dzie­lo­ne od resz­ty.

Jed­na z nich przed­sta­wia­ła szkie­let za­ko­pa­ny na roz­sta­ju dróg. Na dru­gim była moja mat­ka – zro­bio­no je nie­dłu­go przed jej znik­nię­ciem. Gdy po­li­cja od­kry­ła szcząt­ki z pierw­sze­go zdję­cia, przy­pusz­cza­no, że na­le­żą do mo­jej mamy. Póź­niej jed­nak od­kry­li­śmy, że ona żyje – i za­bi­ła na­szą nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ną ofia­rę.

Wszy­scy są pod­da­wa­ni pró­bie,pod­su­wa mi głos z głę­bi pa­mię­ci. Wszy­scy mu­szą udo­wod­nić, że są god­ni.

Tak po­wie­dział mi je­den z Mi­strzów, se­ryj­ny mor­der­ca zna­ny jako Ni­ght­sha­de, gdy go zła­pa­li­śmy. Py­tia mu­sia­ła udo­wod­nić swo­ją war­tość po­przez wal­kę ze swym po­przed­ni­kiem – na śmierć i ży­cie.

Mi­strzo­wie i ucznio­wie, sły­sza­łam spo­koj­ny głos Da­nie­la Red­din­ga, ry­tu­ały i za­sa­dy, a w środ­ku tego wszyst­kie­go ko­bie­ta.

Dean po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu. Zmu­si­łam się, by się od­wró­cić i spoj­rzeć mu w oczy. Li­czy­łam na to, że nie do­strze­że, że się roz­kle­jam.

Lia zer­k­nę­ła na nas i za­kra­dła się do Mi­cha­ela, zwin­nym ru­chem ob­ję­ła go za brzuch i przy­cią­gnę­ła do sie­bie. Dean zmru­żył oczy na wi­dok tej dwój­ki.

– Znów ra­zem – oznaj­mi­ła Lia. – W ogól­nym, a tak­że jaw­nie fi­zycz­nym sen­sie.

Zna­łam Lię na tyle, by wie­dzieć, że nie na­le­ży wie­rzyć każ­de­mu jej sło­wu, ale Slo­ane wpa­dła w jej si­dła.

– Od kie­dy?

Mi­cha­el ani na mo­ment nie od­wró­cił wzro­ku od ścia­ny.

– Pa­mię­ta­cie, jak Lia przy­par­ła mnie do ścia­ny w Ve­gas?

Wte­dy do­tar­ło do mnie, że Lia może niekła­mać.

– Je­ste­ście ra­zem od Ve­gas i nikt z nas o tym nie wie? – Pró­bo­wa­łam w to uwie­rzyć. – Miesz­ka­cie ra­zem z trze­ma pro­fi­le­ra­mi i żoł­nie­rzem pie­cho­ty mor­skiej. Jak…

– Ostroż­ność, dez­in­for­ma­cja i do­sko­na­łe wy­czu­cie rów­no­wa­gi – oznaj­mił Mi­cha­el, za­po­bie­ga­jąc dal­szym py­ta­niom. Spoj­rzał na Lię. – My­śla­łem, że nie chcesz, żeby się ro­ze­szło.

– Zbyt cią­ży­ło mi to na du­szy – od­po­wie­dzia­ła z ka­mien­ną twa­rzą.

In­ny­mi sło­wy, chcia­ła od­wieść De­ana od do­cie­ka­nia, co ze mną, a je­śli zdo­ła­ła też od­wró­cić uwa­gę Mi­cha­ela od tego, co go tu spro­wa­dzi­ło, to tym le­piej.

– Nie je­stem w na­stro­ju, by mnie roz­pra­szać – sko­men­to­wał Mi­cha­el. Znał Lię. W sen­sie bi­blij­nym. Do­sko­na­le wie­dział, co ro­bi­ła. Ale w tym mo­men­cie nie chciał, by go oca­la­ła z tego mrocz­ne­go miej­sca, w któ­rym tkwił. Na po­wrót od­wró­cił się do ścia­ny.

– Ko­cham cię – po­wie­dzia­ła ła­god­nie Lia. W jej to­nie było coś in­ten­syw­ne­go, coś bez­bron­ne­go. Żad­ne­go ściem­nia­nia. – Na­wet je­śli nie­kie­dy tego nie chcę.

Wbrew so­bie Mi­cha­el jed­nak od­wró­cił się, by na nią spoj­rzeć.

Lia za­trze­po­ta­ła rzę­sa­mi.

– Ko­cham cię tak, jak to­ną­cy ko­cha po­wie­trze. Ko­cham cię tak, jak oce­an ko­cha pia­sek. Ko­cham cię tak, jak ma­sło orze­cho­we ko­cha ga­la­ret­kę, i chcę uro­dzić ci dzie­ci.

Mi­cha­el prych­nął.

– Och, przy­mknij się.

Lia uśmiech­nę­ła się po­gar­dli­wie.

– Na mo­ment da­łeś się na­brać.

Mi­cha­el przy­glą­dał się jej, temu, co poza uśmie­chem i ma­ską.

– Może i tak.

Lię tak cięż­ko czy­tać, po­nie­waż nie­za­leż­nie od tego, co mówi, nie­za­leż­nie od tego, co czu­je, za­wsze ma na twa­rzy ten sam po­gar­dli­wy uśmie­szek. Po­wie­dzia­ła­by tak, gdy­by rze­czy­wi­ście się w nim za­ko­cha­ła. Po­wie­dzia­ła­by tak tyl­ko po to, by się z nim po­dro­czyć.

– Py­ta­nie. – Mi­cha­el pod­niósł pa­lec wska­zu­ją­cy. – Wiem, dla­cze­go Lia wy­glą­da na szcze­gól­nie za­do­wo­lo­ną z sie­bie i dla­cze­go Cas­sie pa­trzy tak, jak­by pro­fi­lo­wa­ła. Z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa mogę stwier­dzić, dla­cze­go Red­ding wy­glą­da, jak­by miał za­twar­dze­nie za każ­dym ra­zem, kie­dy Lia mnie do­ty­ka. Ale dla­cze­go Slo­ane upar­cie uni­ka mo­je­go wzro­ku i sta­je na gło­wie, byle tyl­ko nie po­wie­dzieć cze­goś, od cze­go mo­gła­by wy­buch­nąć?

Slo­ane, naj­le­piej, jak tyl­ko umia­ła, pró­bo­wa­ła nie rzu­cać się w oczy.

– Ist­nie­je po­nad sto dzie­więć­dzie­siąt sie­dem slan­go­wych okre­śleń na mę­skie ge­ni­ta­lia! – wy­pa­pla­ła. Po­nie­waż prze­sta­ła nad sobą pa­no­wać, kon­ty­nu­owa­ła tym sa­mym to­nem: – Poza tym Briggs, Ster­ling i Judd wca­le nie de­ba­tu­ją nad tym, czy wziąć spra­wę two­je­go ojca.

Za­pa­dła ci­sza.

– Mó­wię to z ża­lem, ale odłóż­my roz­mo­wę o slan­go­wych wy­ra­że­niach. – Mi­cha­el prze­niósł wzrok ze Slo­ane na Lię, po­tem na De­ana i w koń­cu na mnie. – Niech ktoś roz­wi­nie te­mat spra­wy mo­je­go ojca.

– Dy­rek­tor Ster­ling nie po­dał kon­kre­tów – od­po­wie­dział spo­koj­nie Dean. Wie­dział, jak za­re­ago­wać, gdy­by Mi­cha­el pró­bo­wał zro­bić coś głu­pie­go. – Po­wie­dział je­dy­nie, że cho­dzi o cór­kę wspól­ni­ka two­je­go ojca.

Mi­cha­el za­mru­gał.

– O Ce­li­ne? – Na se­kun­dę lub dwie to imię za­wi­sło mu na ustach. – O co do­kład­nie cho­dzi? – Po pro­stu na nas pa­trząc, Mi­cha­el mu­siał stwier­dzić, że nikt z nas nie zna od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, bo w na­stęp­nej chwi­li ru­szył w stro­nę drzwi. Wszyst­kie mię­śnie miał na­pię­te.

Dean zła­pał go za ra­mię.

– Po­myśl, Town­send.

– Wła­śnie to ro­bię – od­po­wie­dział Mi­cha­el, ro­biąc krok w stro­nę De­ana. – Kon­kret­nie my­ślę, że masz trzy se­kun­dy, żeby za­brać rękę, albo cię do tego zmu­szę.

– Mi­cha­el… – Nie uda­ło mi się spra­wić, żeby na mnie spoj­rzał.

– Raz – li­czył.

– Mam na­dzie­ję, że na­stęp­ne bę­dzie dwa – rzu­ci­ła roz­ma­rzo­nym to­nem Lia do Slo­ane. – Nic tak nie do­wo­dzi mę­sko­ści, jak skie­ro­wa­ny w nie­wła­ści­wą stro­nę gniew i li­cze­nie do trzech.

Przy­ha­mo­wa­ło to bra­wu­rę Mi­cha­ela do tego stop­nia, że prze­stał li­czyć.

– Ce­li­ne De­la­cro­ix jest je­dy­ną oso­bą sprzed pro­gra­mu, któ­rą choć tro­chę ob­cho­dzi­łem i któ­ra wy­si­li­ła się, by uj­rzeć praw­dzi­weob­li­cze wiel­kie­go That­che­ra Town­sen­da – po­in­for­mo­wał. – Je­śli ma ja­kieś kło­po­ty, mu­szę jej po­móc. Je­śli bę­dziesz mi stać na dro­dze, to przej­dę po to­bie.

– Wszy­scy jej po­mo­że­my – po­wie­dział pro­sto z mo­stu agent Briggs i zszedł po scho­dach do piw­ni­cy. To on zwer­bo­wał Mi­cha­ela do pro­gra­mu. Bar­dzo do­brze wie­dział, ja­kie­go ro­dza­ju czło­wie­kiem jest That­cher Town­send.

Więc dla­cze­go miał­by wy­sy­łać tam Mi­cha­ela? Dla­cze­go Judd się zgo­dził? Agent­ki Ster­ling nie było z Brig­g­sem, dla­te­go za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy mia­ła od nich od­mien­ne zda­nie.

– Se­rio? Zbie­ra­my się i le­ci­my na pół­noc No­we­go Jor­ku? – Lia pa­trzy­ła ze zmru­żo­ny­mi ocza­mi na Brig­g­sa. – Z czy­stej do­bro­ci na­szych serc?

– Nie z czy­stej do­bro­ci. I nie dla­te­go, że dy­rek­tor Ster­ling uwa­ża That­che­ra Town­sen­da za ko­goś, z kim na­le­ży do­brze żyć. – Briggs spoj­rzał na Mi­cha­ela. – Ani dla­te­go, że za­gi­nę­ła dzie­więt­na­sto­let­nia dziew­czy­na, cho­ciaż nie po­win­ni­śmy uni­kać ta­kich spraw nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo sku­pia­my się na zła­pa­niu Mi­strzów.

Sło­wo „za­gi­nę­ła” ude­rzy­ło Mi­cha­ela ni­czym sier­po­wy.

– No to dla­cze­go? – spy­tał.

Dla­cze­go dy­rek­tor Ster­ling dał nam tę spra­wę? Dla­cze­go Briggs i Judd z wła­snej woli za­bie­ra­li Mi­cha­ela z po­wro­tem w oko­li­ce jego nad­uży­wa­ją­ce­go prze­mo­cy ojca? Dla­cze­go mie­li­śmy wszyst­ko rzu­cić, żeby po­szu­kać jed­nej dziew­czy­ny?

W głę­bi du­szy zna­łam od­po­wiedź, jesz­cze za­nim agent Briggs po­wie­dział:

– Po­nie­waż po­li­cja uwa­ża, że Ce­li­ne zo­sta­ła upro­wa­dzo­na osiem dni temu.

Ser­ce wa­li­ło mi jak osza­la­łe. Osiem dni od cza­su ostat­niej daty Fi­bo­nac­cie­go. Pięć dni do na­stęp­nej.

– Dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go mar­ca. – Głos z tru­dem prze­cho­dził Slo­ane przez gar­dło.

– Dziew­czy­na znik­nę­ła w dzień Fi­bo­nac­cie­go. – Lia mu­sia­ła wy­czu­wać, że Briggs coś ukry­wał. Prze­chy­li­ła gło­wę i spy­ta­ła:

– I?

Przez dłu­gą chwi­lę nikt nic nie mó­wił.

– Dziew­czy­na znik­nę­ła w dzień Fi­bo­nac­cie­go – po­wtó­rzył Briggs – a całe miej­sce zbrod­ni za­la­no naf­tą.

Ty

Za­pach pa­lo­ne­go cia­ła ni­g­dy cię nie opusz­cza. Po­piół się roz­wie­wa. Rany się za­bliź­nia­ją. Ból ustę­pu­je. Ale za­pach zo­sta­je.

Od­py­chasz to wra­że­nie. Kon­cen­tru­jesz się. Znasz ten po­wol­ny, bo­le­sny ta­niec. Znasz za­sa­dy. Ale na­wet gdy koło się ob­ra­ca, mu­zy­ka się zmie­nia. Sły­szysz ją. Tym ra­zem wiesz coś, cze­go nie wie­dzą inni.

Znasz ją.

ROZ­DZIAŁ 6

Może Ce­li­ne De­la­cro­ix wciąż żyła. Może nie zo­sta­ła ob­la­na naf­tą. Może ten, kto ją po­rwał, nie spa­lił jej żyw­cem dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go mar­ca.

Nie mo­gli­śmy jed­nak ry­zy­ko­wać. Cały ze­spół – ra­zem z agen­ta­mi Star­man­sem i Van­ce’em – w cią­gu go­dzi­ny sie­dział w sa­mo­lo­cie i le­ciał na pół­noc No­we­go Jor­ku.

Z przo­du Briggs, któ­ry spraw­dził wła­śnie go­dzi­nę. Po dru­giej stro­nie przej­ścia agent­ka Ster­ling kart­ko­wa­ła akta spra­wy, cho­ciaż zna­ła je już na pa­mięć. Usie­dli tak da­le­ko od sie­bie, by uni­kać kon­tak­tu wzro­ko­we­go, co być może wzbu­dzi­ło­by moją cie­ka­wość, gdy­by nie fakt, że Ce­li­ne mo­gła być ofia­rą nu­mer je­den – z dzie­wię­ciu.

Czu­łam nie­zno­śny cię­żar, jak­by to wszyst­ko mnie przy­gnia­ta­ło. Sie­dzą­cy obok Dean mu­snął opusz­ka­mi pal­ców moje pal­ce.

Za każ­dym ra­zem, gdy do­tknie two­jej dło­ni, sły­sza­łam głos Da­nie­la Red­din­ga, gdy ty do­tkniesz jego blizn…

Cof­nę­łam dłoń.

– Cas­sie?

– Nic mi nie jest – od­po­wie­dzia­łam zgod­nie z przy­zwy­cza­je­niem z dzie­ciń­stwa i sku­pi­łam się na oce­nie po­zo­sta­łych pa­sa­że­rów. Mi­cha­el sie­dział w rzę­dzie sam, Slo­ane i Lia obok sie­bie, od­gro­dzo­ne tyl­ko przej­ściem. Z przo­du, za Ster­ling i Brig­g­sem, ocze­ki­wa­li na roz­ka­zy agen­ci Van­ce – ni­ski, zwar­ty, wier­ny za­sa­dom i do­bie­ga­ją­cy czter­dziest­ki – oraz Star­mans – nie­daw­no roz­wie­dzio­ny, nie­ma­ją­cy szczę­ścia w mi­ło­ści i czu­ją­cy się bar­dzo nie­kom­for­to­wo w to­wa­rzy­stwie na­sto­lat­ków, któ­rzy wi­dzie­li wię­cej, niż po­win­ni. Obaj na­le­że­li do ze­spo­łu Brig­gsa na dłu­go, za­nim przy­stą­pi­łam do pro­gra­mu, ale za­czę­li z nami wy­jeż­dżać do­pie­ro po Ve­gas.

Do­pie­ro kie­dy wszy­scy sta­li­śmy się moż­li­wy­mi ce­la­mi.

Zo­sta­wał jesz­cze Judd. Uzbro­jo­ny. Po­zna­łam to po tym, jak sie­dział. Za­nim zdą­ży­łam się za­sta­no­wić nad po­wo­dem, sa­mo­lot wy­rów­nał lot.

Agent­ka Ster­ling po­rzu­ci­ła pa­pie­ro­we akta na rzecz cy­fro­wych, wy­świe­tlo­nych na pła­skim ekra­nie z przo­du sa­mo­lo­tu.

– Ce­li­ne Elo­die De­la­cro­ix, dzie­więt­na­sto­let­nia cór­ka Remy’ego i Eli­se De­la­cro­ix. – Agent­ka Ster­ling za­czę­ła ze­bra­nie, jak­by to był zwy­kły dzień i zwy­kła spra­wa. – Remy za­rzą­dza fun­du­szem hed­gin­go­wym. Eli­se pro­wa­dzi ro­dzin­ną fun­da­cję cha­ry­ta­tyw­ną.

Agent­ka Ster­ling nie mó­wi­ła nic o Mi­strzach ani o po­wią­za­niach ro­dzi­ny De­la­cro­ix z Mi­cha­elem. Na­uczy­łam się od niej od­kła­dać na bok do­my­sły i za­miast tego sku­piać się na do­wo­dach. Zgod­nie z moim pierw­szym wra­że­niem Ce­li­ne De­la­cro­ix była tego ro­dza­ju dziew­czy­ną, któ­ra po­tra­fi­ła spra­wić, że wszyst­ko wy­glą­da­ło ele­ganc­ko, a jed­no­cze­śnie da­wa­ła do zro­zu­mie­nia, że sama uwa­ża ele­gan­cję za prze­re­kla­mo­wa­ną. Na pierw­szym zdję­ciu czar­ne, ar­ty­stycz­nie przy­cię­te wło­sy opa­da­ły jej fa­la­mi. Naj­dłuż­sze się­ga­ły po­ni­żej pier­si, naj­krót­sze bro­dy. Mia­ła na so­bie ob­ci­słą czar­ną suk­nię kok­taj­lo­wą i zło­ty me­da­lion – naj­praw­do­po­dob­niej kla­sycz­ny – któ­ry pod­kre­ślał in­ten­syw­ny od­cień brą­zo­wej skó­ry. Na dru­gim zdję­ciu ciem­ne wło­sy Ce­li­ne uło­żo­ne były w nie­zli­czo­ne loki. Czar­ne spodnie. Bia­ła bluz­ka. Czer­wo­ne szpil­ki. Umysł za­pa­mię­ty­wał szcze­gó­ły, pod­czas gdy pa­trzy­łam już na na­stęp­ne zdję­cie. Cia­sno zwią­za­ne loki ścią­gnię­te w luź­ny kok na czub­ku gło­wy, rę­kaw­ki bia­łej bluz­ki opa­da­ły z oby­dwu ra­mion, od­sła­nia­jąc pod spodem bia­ły pod­ko­szu­lek.

Wy­bie­rasz wy­raź­ne ko­lo­ry, nie wy­bla­kłe. Za­wsze je­steś świa­do­ma apa­ra­tu.

– Współ­lo­ka­tor­ka Ce­li­ne z col­le­ge’u zgło­si­ła za­gi­nię­cie, kie­dy jej ko­le­żan­ka nie wró­ci­ła na kam­pus po prze­rwie wio­sen­nej – kon­ty­nu­owa­ła agent­ka Ster­ling.

– Któ­ry kam­pus? – spy­tał Mi­cha­el. Za­sta­na­wia­łam się, dla­cze­go o to pyta. Dla­cze­go tego nie wie, sko­ro byli z Ce­li­ne bli­sko.

– Yale – od­po­wie­dział agent Briggs. – We­dług in­for­ma­cji zdo­by­tych przez po­li­cję mia­ła po­le­cieć ze zna­jo­my­mi na Sa­int Lu­cię, ale w ostat­niej chwi­li zre­zy­gno­wa­ła i po­je­cha­ła do domu.

Dla­cze­go? Za­sta­na­wia­łam się. Ktoś cię o to po­pro­sił? Coś się sta­ło?

– Za­gi­nię­cie zgło­si­ła współ­lo­ka­tor­ka. – Slo­ane pod­cią­gnę­ła nogi na sie­dze­nie i opar­ła bro­dę na ko­la­nach. – To sta­ty­stycz­nie mało praw­do­po­dob­ne, żeby tego ro­dza­ju spra­wę zgło­sić od razu. Pro­cent stu­den­tów, któ­rzy po prze­rwach świą­tecz­nych wra­ca­ją na kam­pus z opóź­nie­niem, wzra­sta krzy­wo­li­nio­wo, w mia­rę jak rok szkol­ny zbli­ża się do koń­ca.

Agent­ka Ster­ling uzna­ła to stwier­dze­nie za ty­po­we dla Slo­ane.

– Ra­port spi­sa­no wczo­raj rano. Po tym, jak współ­lo­ka­tor­ka Ce­li­ne nie była w sta­nie skon­tak­to­wać się z nią przez trzy dni z rzę­du, a pań­stwo De­la­cro­ix po­twier­dzi­li, że ich cór­ka nie kon­tak­to­wa­ła się z nimi od kil­ku ty­go­dni.

Mi­cha­elo­wi drgnął mię­sień szczę­ki.

– Na­wet nie wie­dzie­li, że ma wró­cić do domu, praw­da?

– Zga­dza się – od­po­wie­dział spo­koj­nie Briggs. – Jej ro­dzi­ce byli w tym cza­sie za gra­ni­cą.

Po­łą­czy­łam to z tym, co już wie­dzia­łam o przy­jeź­dzie Ce­li­ne do domu na ostat­nią chwi­lę. Czy wie­dzia­łaś, że ni­ko­go tam nie bę­dzie? Czy ro­dzi­ce w ogó­le ra­czy­li ci po­wie­dzieć, że wy­jeż­dża­ją?

– Je­śli nikt nie zgło­sił jej za­gi­nię­cia do dwu­dzie­ste­go ósme­go… – Slo­ane za­czę­ła li­czyć i sku­pi­ła się na naj­waż­niej­szej kwe­stii. – Skąd wie­my, że znik­nę­ła dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go?

Agent­ka Ster­ling prze­łą­czy­ła na na­stęp­ny slajd.

– Z na­grań – wy­ja­śni­ła, gdy na po­dzie­lo­nym ekra­nie włą­czy­ło się wi­deo.

– Dwa­na­ście ka­mer. – Slo­ane od razu je ska­ta­lo­go­wa­ła. – Bio­rąc pod uwa­gę na­gra­nie i dłu­gość ko­ry­ta­rzy, osza­co­wa­ła­bym, że dom ma mi­ni­mum dwa ty­sią­ce sie­dem­set me­trów kwa­dra­to­wych.

Ster­ling po­więk­szy­ła wi­dok na coś, co wy­glą­da­ło na do­mo­wą pra­cow­nię. Na wprost, w środ­ku ka­dru było wi­dać Ce­li­ne De­la­cro­ix. Data na­gra­nia po­ka­zy­wa­ła dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go mar­ca.

Coś ma­lo­wa­łaś. Przy­glą­da­łam się Ce­li­ne. Pró­bo­wa­łam za­głę­bić się w jej per­spek­ty­wę. Ma­lo­wa­nie an­ga­żu­je całą cie­bie. Po­ru­szasz się, jak­byś tań­czy­ła. Ma­lu­jesz, jak­by to był sport wal­ki. Na­gra­nie jest czar­no-bia­łe, ale roz­dziel­czość do­sko­na­ła. Wierz­chem dło­ni wy­cie­rasz pot z czo­ła. Na ra­mio­nach i twa­rzy masz far­bę. Co­fasz się o krok i…

Bez ostrze­że­nia na­gra­nie prze­ska­ku­je. W jed­nej chwi­li Ce­li­ne jest na ekra­nie i ma­lu­je, w dru­giej wszę­dzie wo­kół wi­dać po­trza­ska­ne szkło. Na pod­ło­dze leży po­ła­ma­na szta­lu­ga. Cała pra­cow­nia jest splą­dro­wa­na.

I ani śla­du Ce­li­ne.

ROZ­DZIAŁ 7

Ster­ling i Briggs spę­dzi­li po­zo­sta­łą część lotu, wpro­wa­dza­jąc nas w spra­wę i po­ka­zu­jąc zdję­cia z miej­sca zbrod­ni. Jed­no było pew­ne: ofia­ra wal­czy­ła.

Była sil­niej­sza, niż się spo­dzie­wa­łeś. Zmie­ni­łam per­spek­ty­wę z Ce­li­ne na ene­sa. Albo stra­ci­łeś kon­tro­lę, albo ni­g­dy jej nie mia­łeś. Nie by­łeś go­to­wy. Nie by­łeś god­ny.

Zga­dy­wa­łam w rów­nym stop­niu, co pro­fi­lo­wa­łam. Mu­sia­łam zo­ba­czyć miej­sce zbrod­ni. Mu­sia­łam sta­nąć tam, gdzie sta­ła Ce­li­ne. Mu­sia­łam ją po­znać – zo­ba­czyć jej po­kój, przyj­rzeć się jej ob­ra­zom, zro­zu­mieć, ja­kie­go ro­dza­ju wo­jow­nicz­ką była.

Gdy sa­mo­lot za­czął ob­ni­żać lot, agent Briggs przed­sta­wił nam plan:

– Za­trzy­ma­my się w bez­piecz­nym domu. Za­pro­wa­dzą was tam agent Star­mans i Judd. Agent Van­ce idzie z nami.

Z nami, czy­li z Brig­g­sem i Ster­ling. Za­nim po­zwo­lą nam za­brać się do roz­wią­zy­wa­nia spra­wy, zbio­rą in­for­ma­cje o oko­li­cy i jej miesz­kań­cach.

– Czy to nie­od­po­wied­nia chwi­la na przy­po­mnie­nie, że wkrót­ce skoń­czę osiem­na­ście lat? – spy­tał Mi­cha­el. Ode­zwał się po raz pierw­szy od chwi­li, gdy agent­ka Ster­ling za­koń­czy­ła opo­wia­dać o spra­wie. Dla Mi­cha­ela to chy­ba re­kord. – Red­ding ma osiem­na­ście. Bóg je­den wie, kie­dy Lia ma uro­dzi­ny, ale chy­ba wszy­scy się zgo­dzi­my, że nie musi już no­sić rę­ka­wi­czek z jed­nym pal­cem.

– Nie mogę nie za­uwa­żyć, że nie wspo­mnia­łeś o Cas­sie ani o mnie – ode­zwa­ła się Slo­ane, marsz­cząc czo­ło. – Nie mam nic prze­ciw­ko rę­ka­wicz­kom dla dzie­ci ani dla do­ro­słych. Wie­cie, że te z jed­nym pal­cem za­cho­wu­ją do dwu­dzie­stu trzech pro­cent wię­cej cie­pła?

– Żad­ne z was z nami nie idzie. – Agent Briggs zwykł wy­da­wać roz­ka­zy. – Cała piąt­ka idzie do bez­piecz­ne­go domu. Po­wie­my wam to, co po­win­ni­ście wie­dzieć, jak za­bez­pie­czy­my miej­sce zbrod­ni.

– To do­bry mo­ment – po­wie­dział Mi­cha­el, gdy sa­mo­lot za­czął ko­ło­wać – by wam przy­po­mnieć, że jako je­dy­ny z nas znam Ce­li­ne, ro­dzi­nę De­la­cro­ix oraz miej­sco­wy od­dział po­li­cji.

– Masz jed­ną szan­sę na zgad­nię­cie, skąd Town­send zna miej­sco­wy od­dział po­li­cji – wy­mru­czał pod no­sem sie­dzą­cy obok mnie Dean.

Roz­mo­wa to­czy­ła się da­lej, gdy wy­sia­da­li­śmy z sa­mo­lo­tu, aż Briggs wy­pa­lił:

– Mi­cha­el, ja­kie są szan­se na to, że zmie­nię zda­nie?

– Mar­ne? – rzu­cił lek­ce­wa­żą­co Mi­cha­el.

– Bli­skie zera – po­pra­wi­ła go Slo­ane.

Scho­dząc po schod­kach, Mi­cha­el wzru­szył ra­mio­na­mi, po czym przy­sta­nął na pa­sie star­to­wym.

– A ja­kie są szan­se na to, że zro­bię coś głu­pie­go, je­śli agent Prze­pis nie po­zwo­li mi pójść ze sobą?

Briggs nie od­po­wie­dział, co zna­czy­ło, że groź­ba tra­fi­ła w sed­no. Ster­ling sta­nę­ła przed Mi­cha­elem, za­nim zdą­żył­by po­wie­dzieć coś jesz­cze.

– Agent Briggs ro­zu­mie wię­cej, niż ci się wy­da­je – po­in­for­mo­wa­ła go ła­god­nie. Nie roz­wo­dzi­ła się nad te­ma­tem, ale przy­szło mi do gło­wy, że Briggs mógł do­ra­stać w po­dob­nych wa­run­kach, co Mi­cha­el, że na wła­snej skó­rze po­znał me­to­dy wy­cho­waw­cze ko­goś ta­kie­go jak That­cher Town­send.

Dłu­go nikt nic nie mó­wił. Mi­cha­el pró­bo­wał zi­gno­ro­wać emo­cje, ja­kie do­strzegł na twa­rzy Ster­ling.

Agent Star­mans, któ­ry w cią­gu ostat­nich dzie­się­ciu ty­go­dni do­wie­dział się o nas co nie­co, od­chrząk­nął te­raz.

– Na­praw­dę wo­lał­bym nie spę­dzać ca­łe­go po­po­łu­dnia na pil­no­wa­niu, że­byś zo­stał na miej­scu – zwró­cił się do Mi­cha­ela.

Ten w od­po­wie­dzi ob­da­rzył go olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem.

– A ja wo­lał­bym, żeby pan nie prze­glą­dał na swo­im te­le­fo­nie służ­bo­wym stron z rand­ka­mi. – Mru­gnął do za­wsty­dzo­ne­go agen­ta. – Roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce, lek­ki uśmiech, po któ­rym na­stę­pu­je wi­docz­na udrę­ka, co do­kład­nie na­pi­sać. Wi­dać za każ­dym ra­zem.

Star­mans za­mknął usta i sta­nął obok agen­ta Van­ce’a.

– To było po pro­stu nie­mi­łe – sko­men­to­wa­ła Lia.

– Co? – od­po­wie­dział Mi­cha­el. – Że niby ja?

Zna­łam go wy­star­cza­ją­co do­brze, by wie­dzieć, że je­że­li po­sta­no­wi zro­bić coś głu­pie­go, Star­mans nie bę­dzie w sta­nie go po­wstrzy­mać. Gdy cier­pisz, krzyw­dzisz sa­me­go sie­bie. Chcia­łam na tym po­prze­stać, bo wie­dzia­łam, skąd bie­rze się mi­łość Mi­cha­ela do au­to­de­struk­cji. Je­śli nie mo­żesz za­po­biec ude­rze­niom, zmu­szasz do ude­rze­nia. Dzię­ki temu je­steś przy­go­to­wa­ny. Tak uni­ka się za­sko­cze­nia.

Od­wró­ci­łam się od Mi­cha­ela, za­nim zdą­żył­by co­kol­wiek wy­czy­tać z mo­jej twa­rzy, i zo­ba­czy­łam rząd błysz­czą­cych czar­nych mer­ce­de­sów za­par­ko­wa­nych przy wy­jeź­dzie z pry­wat­ne­go lot­ni­ska. Czte­ry SUV-y. Gdy po­de­szli­śmy bli­żej, za­uwa­ży­łam, że klu­czy­ki były w sta­cyj­kach, a każ­dy sa­mo­chód za­opa­trzo­no w wodę mi­ne­ral­ną i świe­że owo­ce.

– Żad­nych orzesz­ków? – spy­ta­ła Lia bez­na­mięt­nym gło­sem. – I to ma być go­ścin­ność?

Mi­cha­el uśmiech­nął się do niej non­sza­lanc­ko.

– Mój oj­ciec na pew­no za­ra­dzi wszel­kim roz­cza­ro­wa­niom. My, Town­sen­do­wie, szczy­ci­my się go­ścin­no­ścią.

Twój oj­ciec zor­ga­ni­zo­wał trans­port. Czte­ry SUV-y, choć wy­star­czy­ły­by dwa. Pró­bo­wa­łam nie od­czy­ty­wać zbyt dużo ze spo­so­bu, w jaki Mi­cha­el zna­lazł wspól­ny mia­now­nik z oj­cem. Jak­by Town­sen­do­wie byli przede wszyst­kim Town­sen­da­mi, i nic in­ne­go się nie li­czy­ło – nie­waż­ne, jak da­le­ko by ucie­ka­li.

– Nie od­wie­dza­my dy­gni­ta­rzy – po­wie­dział bez­na­mięt­nie Briggs. – Nie je­ste­śmy klien­ta­mi, któ­rym That­cher Town­send chce za­im­po­no­wać. To śledz­two fe­de­ral­ne. Miej­sco­wa po­li­cja jest w sta­nie do­star­czyć nam samo­cho­dy.

Slo­ane pod­nio­sła rękę.

– Czy taki sa­mo­chód miał­by trzy rzę­dy po­du­szek po­wietrz­nych, sied­mio­bie­go­wą au­to­ma­tycz­ną skrzy­nię bie­gów i sil­nik o mocy pię­ciu­set pięć­dzie­się­ciu koni me­cha­nicz­nych?

Lia pod­nio­sła rękę.

– Czy taki sa­mo­chód miał­by orzesz­ki?

– Wy­star­czy – rzu­ci­ła agent­ka Ster­ling i od­wró­ci­ła się do Mi­cha­ela. – My­ślę, że mó­wię w imie­niu wszyst­kich tu­taj. Nie ob­cho­dzi mnie go­ścin­nośćtwo­je­go ojca. Po­mi­ja­jąc oczy­wi­ście to, cze­go dzię­ki niej mo­że­my się do­wie­dzieć. Że That­cher Town­send jest wiel­ce skłon­ny do nie­po­trzeb­nych ge­stów. I że naj­wy­raź­niej za­po­mniał – co bar­dzo wy­god­ne zresz­tą – że już po­zna­li­śmy czło­wie­ka kry­ją­ce­go się za tą ma­ską. Do­kład­nie wie­my, jaki jest.

– Za ma­ską? – spy­tał Mi­cha­el har­do, pod­cho­dząc do naj­dal­sze­go SUV-a. – Jaką ma­ską? Mój oj­ciec pierw­szy po­wie­dział­by pani, że w przy­pad­ku Town­sen­dów do­sta­jesz to, co wi­dzisz. – Wy­cią­gnął klu­czy­ki ze sta­cyj­ki, pod­rzu­cił je i zła­pał od nie­chce­nia jed­ną ręką. – Bio­rąc pod uwa­gę sło­wa agent­ki Ster­ling i nie wspo­mi­na­jąc na­wet o głę­bo­ko zmarsz­czo­nych brwiach agen­ta Brig­g­sa, wnio­sku­ję, że FBI nie przyj­mu­je wy­ra­zu do­brej woli mo­je­go dro­gie­go taty. – Mi­cha­el po­now­nie pod­rzu­cił klu­czy­ki. – Ale ja tak.

Swym to­nem pro­wo­ko­wał Ster­ling i Brig­g­sa.

– Sie­dzę z przo­du. – Judd po­tra­fił oce­nić sy­tu­ację. Zda­wał so­bie spra­wę, że dla Mi­cha­ela przy­ję­cie pre­zen­tu od ojca było rów­no­znacz­ne z od­bie­ra­niem cio­sów.

Przyj­mu­jesz od nie­go wszyst­ko. Raz po raz – po­nie­waż mo­żesz to ro­bić. Po­nie­waż wszy­scy spo­dzie­wa­li­by się, że z prze­ko­ry ni­cze­go nie przyj­miesz. Po­nie­waż wziął­byś co­kol­wiek, co mógł­byś od nie­go do­stać.

Mi­cha­el spoj­rzał mi w oczy. Za­wsze wie­dział, kie­dy go pro­fi­lu­ję. Ode­zwał się po dłuż­szej chwi­li.

– Wy­glą­da na to, że je­dzie­my do bez­piecz­ne­go domu. Judd sie­dzi z przo­du. Lia? – Rzu­cił jej klu­czy­ki. – Ty pro­wa­dzisz.

ROZ­DZIAŁ 8

Jazda z Lią przy­po­mi­na­ła ro­syj­ską ru­let­kę. Cały czas trzy­ma­ła nogę na ga­zie, a prze­pi­sy trak­to­wa­ła bar­dziej jak wska­zów­ki. Le­d­wie do­tar­li­śmy na miej­sce w jed­nym ka­wał­ku.

Mi­cha­el wzru­szył ra­mio­na­mi i pod­su­mo­wał:

– My­ślę, że mó­wię w imie­niu nas wszyst­kich. Od­czu­wam głę­bo­ką po­trze­bę spo­ży­cia na­po­ju al­ko­ho­lo­we­go albo obej­rze­nia trans­mi­sji na żywo z miej­sca, gdzie agen­ci Ster­ling i Briggs za­nu­rza­ją się w spra­wie.

Agent Star­mans już otwo­rzył usta, żeby mu od­po­wie­dzieć, ale Judd szyb­ko po­krę­cił gło­wą. Do­tar­li­śmy. Mie­li­śmy ochro­nę. By­li­śmy bez­piecz­ni. Judd wie­dział rów­nie do­brze, jak ja, że po­zo­sta­wio­ny sa­mo­pas Mi­cha­el na pew­no nie miał­by żad­nej z tych rze­czy.

Ostat­ni raz, gdy po­je­cha­łeś do domu, wró­ci­łeś z si­nia­ka­mi i nie pa­no­wa­łeś nad sobą. Nie mo­głam prze­stać o tym my­śleć, pod­czas gdy Judd łą­czył nas z agen­ta­mi. A te­raz za­gi­nę­ła dziew­czy­na, któ­rą znasz. Je­den z tych tak zwa­nych Mi­strzów mógł spa­lić ją żyw­cem.

W cią­gu kil­ku mi­nut na ta­ble­cie Jud­da po­ja­wił się wi­dok z ka­me­ry przy­pię­tej do ma­ry­nar­ki Brig­g­sa. Wi­dzie­li­śmy to, co Briggs. Gdy wraz ze Ster­ling wy­sia­dał z SUV-a w wer­sji li­mi­to­wa­nej dla FBI, my­śla­łam je­dy­nie o tym, że je­śli ta spra­wa bę­dzie trud­na, nikt z nas nie zdo­ła dłu­go po­wstrzy­my­wać Mi­cha­ela.

Dom ro­dzi­ny De­la­cro­ix był ogrom­ny i no­wo­cze­sny. Był rów­nież, jak pręd­ko się do­wie­dzie­li­śmy, pu­sty. Ro­dzi­ce Ce­li­ne naj­wy­raź­niej po­sta­no­wi­li się spo­tkać z FBI na neu­tral­nym grun­cie.

– Nie ma jak w domu. – Głos Mi­cha­ela na­brał sar­do­nicz­nej bar­wy kil­ka se­kund po tym, jak są­sied­ni dom po­ja­wił się na ekra­nie.

Wiel­ki, po­my­śla­łam. Tra­dy­cyj­ny. Bo­ga­to zdo­bio­ny.

– Więk­szość na­zy­wa go Do­mem Town­sen­dów – rzu­cił Mi­cha­el – ale ja wolę my­śleć o nim jako o Re­zy­den­cji.

Im wię­cej Mi­cha­el żar­to­wał, tym bar­dziej ser­ce pod­cho­dzi­ło mi do gar­dła. Mia­łeś skoń­czyć z tym miej­scem. Mia­łeś być wol­ny.

– Czy to wie­życz­ka? – spy­ta­ła Lia. – Ko­cham męż­czy­znę z wie­życz­ką!

Je­śli Mi­cha­el miał za­miar sy­pać dow­ci­pa­mi na te­mat swe­go oso­bi­ste­go pie­kła, to Lia sta­ła przy nim. Obo­je mie­li spo­ro do­świad­cze­nia w prze­mia­nie tego, co naj­waż­niej­sze, w naj­bar­dziej bła­he.

Tym­cza­sem Briggs i Ster­ling we­szli na ga­nek. Briggs na­ci­snął dzwo­nek. Jed­na se­kun­da, dwie. Ol­brzy­mie ma­ho­nio­we drzwi się otwo­rzy­ły.

– Agent Briggs. – Męż­czy­zna, któ­ry otwo­rzył, miał gę­ste wło­sy o od­cie­niu wę­gla drzew­ne­go i głos, któ­ry do­ma­gał się uwa­gi: głę­bo­ki, cie­pły ba­ry­ton. Po­ło­żył rękę na ra­mie­niu agen­ta. – Wiem, że nie do­ce­nia pan mo­ich wy­sił­ków, żeby tu pana spro­wa­dzić, ale ni­g­dy bym so­bie nie wy­ba­czył, gdy­bym nie zro­bił wszyst­kie­go, co w mo­jej mocy, by po­móc Remy’emu i Eli­se w ta­kiej chwi­li. – Spoj­rzał na agent­kę Ster­ling. – Dzień do­bry – rzu­cił, wy­cią­ga­jąc rękę. – That­cher Town­send. Miło mi pa­nią po­znać.

Ster­ling po­da­ła mu rękę, ale wie­dzia­łam, że nie ura­czy go na­wet cie­niem uśmie­chu.

– Pro­szę – rzu­cił płyn­nie Town­send, co­fa­jąc się z pro­gu. – Za­pra­szam.

Taki był oj­ciec Mi­cha­ela. Pró­bo­wa­łam to wszyst­ko ogar­nąć. Rów­nie pew­ny sie­bie, co Mi­cha­el, miał ten sam nie­od­par­ty wdzięk. Cze­ka­łam na coś, co uru­cho­mi we mnie tryb pro­fi­lo­wa­nia, na ja­kąś wska­zów­kę, naj­mniej­szą, su­ge­ru­ją­cą, że czło­wiek, któ­ry otwo­rzył drzwi, jest po­two­rem.

– Jesz­cze nie skła­mał – po­in­for­mo­wa­ła Lia.

Mi­cha­el uśmiech­nął się ką­śli­wie.

– To nie kłam­stwo, je­śli wie­rzy się we wła­sne sło­wa.

Spo­dzie­wa­łam się, że That­cher Town­send jest czło­wie­kiem, któ­ry na wszyst­kim od­ci­ska swo­je pięt­no, któ­ry ma sil­ną po­trze­bę po­sia­da­nia i spra­wo­wa­nia kon­tro­li. Spo­dzie­wa­łam się ko­goś ta­kie­go jak Da­niel Red­ding albo Gray­son Shaw, oj­ciec Slo­ane. Osta­tecz­nie spo­dzie­wa­łam się czło­wie­ka, któ­re­go de­mo­ny są nie­wi­dzial­ne dla więk­szo­ści lu­dzi, ale nie dla mnie.

Nic.

– Co mo­żesz nam po­wie­dzieć o wspól­ni­ku two­je­go ojca? – spy­tał Mi­cha­ela Dean, gdy Town­send przed­sta­wiał agen­tów ro­dzi­com Ce­li­ne.

– O Re­mym De­la­cro­ix? – Mi­cha­el wzru­szył ra­mio­na­mi. – Lubi ład­ne rze­czy i ład­nych lu­dzi. Lubi spra­wo­wać kon­tro­lę. I, Bóg je­den wie cze­mu, lubi mo­je­go ojca. Ro­bi­li ra­zem in­te­re­sy, jesz­cze za­nim się uro­dzi­łem. Remy marsz­czy czo­ło, gdy jest nie­za­do­wo­lo­ny, war­czy, kie­dy jest zły, i pod­ry­wa wszyst­ko, co ma spód­ni­cę.

Do­sta­jesz to, co wi­dzisz. Kie­dy Mi­cha­el wcze­śniej wy­po­wie­dział te sło­wa, po­wta­rzał za oj­cem. I kła­mał. That­cher Town­send nie był oczy­wi­sty. Gdy­by oj­ciec Mi­cha­ela był tak ła­twy do przej­rze­nia jak Remy De­la­cro­ix, Mi­cha­el ni­g­dy by się nie na­uczył od­czy­ty­wa­nia z twa­rzy ogro­mu in­for­ma­cji w mgnie­niu oka.

– Więc twier­dzisz, że dość szyb­ko po­zna­my, czy De­la­cro­ix miał co­kol­wiek wspól­ne­go ze znik­nię­ciem jego cór­ki. – Sku­pi­łam się na tym, li­cząc, że Mi­cha­el zro­bi to samo.

– Twier­dzę, że Remy nie zro­bił­by nic, od cze­go Ce­li­ne mógł­by spaść włos z gło­wy. – Mi­cha­el wpa­try­wał się in­ten­syw­nie w ekran. – Jak mó­wi­łem, lubi ład­nych lu­dzi, a CeCe była pięk­na od chwi­li, gdy się uro­dzi­ła.

Lia nie ze­sztyw­nia­ła, nie mru­gnę­ła okiem, na­wet nie od­su­nę­ła się od Mi­cha­ela – z pew­no­ścią sły­sza­ła jed­nak w tych sło­wach praw­dę. Sły­sza­ła sym­pa­tię w gło­sie Mi­cha­ela, gdy ten na­zwał Ce­li­ne De­la­cro­ix CeCe.

– Do­sta­nie­cie wszyst­ko, cze­go bę­dzie­cie po­trze­bo­wać. – Sło­wa Remy’ego De­la­cro­ix na po­wrót skie­ro­wa­ły moją uwa­gę na ekran. Męż­czy­zna wy­glą­dał jak cień ojca Mi­cha­ela: nie­co niż­szy, o po­spo­lit­szych ry­sach, bar­dziej spię­ty. – Kosz­ty nie mają zna­cze­nia. Nie ob­cho­dzi mnie, ja­kie pra­wa mu­si­cie zła­mać. Spro­wadź­cie moją cór­kę do domu.

Agent­ka Ster­ling nie po­in­for­mo­wa­ła go, że FBI nie zaj­mo­wa­ło się ła­ma­niem pra­wa. Za­miast tego płyn­nie prze­szła do za­da­wa­nia py­tań. Roz­po­czę­ła od ła­twe­go.

– Czy mógł­by nam pan opo­wie­dzieć o Ce­li­ne?

– Co tu jest do opo­wia­da­nia? – od­po­wie­dział Remy, wy­raź­nie po­ru­szo­ny. – Ma dzie­więt­na­ście lat. Cho­ler­na stu­dent­ka Yale. Je­śli pró­bu­je pani za­su­ge­ro­wać, że mo­gła zro­bić coś, by spro­wa­dzić to na sie­bie…

Jego żona po­ło­ży­ła mu rękę na ra­mie­niu. Wie­dzia­łam z akt spra­wy, że Eli­se De­la­cro­ix była star­szą od swo­je­go męża byłą pro­fe­sor eko­no­mii na pre­sti­żo­wym uni­wer­sy­te­cie i z od­po­wied­ni­mi zna­jo­mo­ścia­mi. Gdy Remy się opa­no­wał, Eli­se spoj­rza­ła na ojca Mi­cha­ela i po chwi­li That­cher na­lał swe­mu part­ne­ro­wi drin­ka.

– Co wi­dzisz? – spy­ta­łam Mi­cha­ela.

– Na twa­rzy Remy’ego? Po­ru­sze­nie. Tro­chę czczych po­gró­żek, tro­chę stra­chu, tro­chę uspra­wie­dli­wio­ne­go obu­rze­nia. Żad­nej winy.

Za­sta­na­wia­łam się, ilu ro­dzi­ców by się nie ob­wi­nia­ło, gdy­by ich cór­ka za­gi­nę­ła pra­wie ty­dzień wcze­śniej, niż kto­kol­wiek by to za­uwa­żył.

– Ce­li­ne jest nie­za­leż­na – po­in­for­mo­wa­ła Eli­se De­la­cro­ix, gdy jej mąż miał już w ręce drin­ka. Była ele­ganc­ką Afro­ame­ry­kan­ką, wy­so­ką i gib­ką jak jej cór­ka, o zgrab­nej syl­wet­ce i wy­pro­sto­wa­nych ra­mio­nach. – Peł­na pa­sji, ale ma pro­ble­my ze sku­pie­niem. Po ojcu odzie­dzi­czy­ła tem­pe­ra­ment, po mnie en­tu­zjazm, choć sta­ra się go ukryć.

Zwró­ci­łam uwa­gę na fakt, że wspo­mnia­ła FBI o tem­pe­ra­men­cie męża. Mu­sisz wie­dzieć, że ro­dzi­ce są za­wsze po­dej­rza­ny­mi w ta­kich spra­wach. Albo nie masz ab­so­lut­nie nic do ukry­cia, albo rzu­casz na po­żar­cie wła­sne­go męża.

– Eli­se za­wsze kon­tro­lu­je sy­tu­ację – po­in­for­mo­wał Mi­cha­el. – Męża, swo­je emo­cje, wi­ze­ru­nek ro­dzi­ny. Ale nie jest w sta­nie kon­tro­lo­wać Ce­li­ne.

– Tę­sk­ni za cór­ką? – spy­tał Dean, wciąż wpa­trzo­ny w ekran.

Mi­cha­el nie od­zy­wał się przez bar­dzo dłu­gi czas. Ob­ser­wo­wał Eli­se De­la­cro­ix. Jej ton ani na mo­ment się nie zmie­nił. Ani na mo­ment nie stra­ci­ła kon­tro­li nad wy­ra­zem twa­rzy.

W koń­cu od­po­wie­dział na py­ta­nie De­ana:

– Jest za­ła­ma­na. Prze­ra­żo­na. Czu­je się win­na i znie­sma­czo­na… swo­im mę­żem, sobą.

– Ce­li­ne? – spy­ta­łam ci­cho.

Mi­cha­el nie od­po­wie­dział.

Agent Briggs za­czął się do­py­ty­wać o do­kład­ne daty, a ja pró­bo­wa­łam się po­sta­wić na miej­scu Ce­li­ne – do­ra­sta­ła z oj­cem, któ­ry za­py­ta­ny o cór­kę od­po­wia­dał, że nie ma o czym mó­wić, i mat­ką, któ­rej pierw­szym od­ru­chem było opo­wia­dać o tem­pe­ra­men­cie i en­tu­zja­zmie cór­ki.

Nie­za­leż­na, po­my­śla­łam. Peł­na pa­sji. Upar­ta. Wi­dzia­łam śla­dy Eli­se w Ce­li­ne ze zdjęć. Wy­raź­ne ko­lo­ry, nie wy­bla­kłe. Za­wsze je­steś świa­do­ma apa­ra­tu. Ma­lu­jesz, jak­byś tań­czy­ła, jak­byś wal­czy­ła – i pa­trzysz w ka­me­rę, jak­byś zna­ła wszyst­kie ta­jem­ni­ce świa­ta.

Na dru­gim pla­nie na­gra­nia That­cher Town­send zro­bił ko­lej­ne dwa drin­ki: dla Eli­se i sie­bie. Po raz pierw­szy za­czę­łam się za­sta­na­wiać, gdzie jest mat­ka Mi­cha­ela oraz dla­cze­go Remy i Eli­se zde­cy­do­wa­li się od­po­wia­dać na py­ta­nia w domu Town­sen­dów.

– Co czu­je twój oj­ciec? – zwró­ci­łam się do Mi­cha­ela. Nie chcia­łam go o nic py­tać, ale wie­dzia­łam, że mu­si­my trak­to­wać tę spra­wę jak każ­dą inną.

Mi­cha­el przy­pa­try­wał się twa­rzy ojca, gdy ten trzy­mał w ręce – ale nie pił – bo­ur­bon z lo­dem. Po chwi­li nasz eks­pert od czy­ta­nia emo­cji za­czął pi­sać SMS-a do agen­ta Brig­g­sa.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Kar­ta ty­tu­ło­wa

Kar­ta re­dak­cyj­na

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Roz­dział 5

Roz­dział 6

Roz­dział 7

Roz­dział 8

Roz­dział 9

Roz­dział 10

Roz­dział 11

Roz­dział 12

Roz­dział 13

Roz­dział 14

Roz­dział 15

Roz­dział 16

Roz­dział 17

Roz­dział 18

Roz­dział 19

Roz­dział 20

Roz­dział 21

Roz­dział 22

Roz­dział 23

Roz­dział 24

Roz­dział 25

Roz­dział 26

Roz­dział 27

Roz­dział 28

Roz­dział 29

Roz­dział 30

Roz­dział 31

Roz­dział 32

Roz­dział 33

Roz­dział 34

Roz­dział 35

Roz­dział 36

Roz­dział 37

Roz­dział 38

Roz­dział 39

Roz­dział 40

Roz­dział 41

Roz­dział 42

Roz­dział 43

Roz­dział 44

Roz­dział 45

Roz­dział 46

Roz­dział 47

Roz­dział 48

Roz­dział 49

Roz­dział 50

Roz­dział 51

Roz­dział 52

Roz­dział 53

Roz­dział 54

Roz­dział 55

Roz­dział 56

Roz­dział 57

Roz­dział 58

Roz­dział 59

Roz­dział 60

Roz­dział 61

Roz­dział 62

Roz­dział 63

Trzy ty­go­dnie póź­niej

Po­dzię­ko­wa­nia