Naznaczeni Piramida strachu (TOM3) - Jennifer Lynn Barnes - ebook
Opis

Trzy kasyna. Trzy ciała. Trzy dni.

Las Vegas wstrząsa seria brutalnych morderstw, które łączy jedno - wszystkie ofiary zostały zamordowane w miejscach publicznych a na ich ciałach morderca zostawia za każdym razem ciąg cyfr, układający się w tajemniczy szyfr. Cassie Hobbes i Naznaczeni zostają wezwani, by pomóc w rozwiązaniu śledztwa. Sprawa okazuje się jednak bardziej skomplikowana i niebezpieczna, niż się na początku wydawało. Zabójca jest bardziej niebezpieczny i Na dodatek pojawiają się nowe okoliczności dotyczące morderstwa matki Cassie. Po raz pierwszy od lat jest szansa na przełom w śledztwie.

Czy tajemniczy szyfr doprowadzi Naznaczonych do rozwikłania zagadki? Czy tym razem uda im się złapać mordercę? Czy Cassie dokona właściwych wyborów i stawi czoła bolesnej przeszłości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­nal­ny: All in

Au­tor: Jen­ni­fer Lynn Bar­nes

Tłu­ma­cze­nie: Mar­ta Żbi­kow­ska

Re­dak­cja: MP

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Skład: Ro­bert Ku­pisz

Zdję­cia: Shut­ter­stock.com

Opra­co­wa­nie tech­nicz­ne okład­ki: Da­ria Mel­ler

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Ka­ta­rzy­na Ko­cur

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

All ri­ghts re­se­rved. No part of this book may be re­pro­du­ced or trans­mit­ted in any form or by any me­ans, elec­tro­nic or me­cha­ni­cal, in­c­lu­ding pho­to­co­py­ing, re­cor­ding, or by any in­for­ma­tion sto­ra­ge and re­trie­val sys­tem, wi­tho­ut writ­ten per­mis­sion from the pu­bli­sher.

Co­py­ri­ght © 2015 by Jen­ni­fer Lynn Bar­nes. Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ma­ca­da­mia Li­te­ra­ry Agen­cy and Cur­tis Brown, Ltd.

The mo­ral ri­ghts of the au­thor have been as­ser­ted.

Co­py­ri­ght for this edi­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ori­ginal co­ver de­sign by Di­sney Book Gro­up

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal Spół­ka z o.o.

43-382 Biel­sko-Bia­ła

ul. Za­po­ra 25

tel. 338282828, faks 338282829

pas­[email protected]­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-150-9

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Dla An­tho­ny’ego, mo­je­go part­ne­ra w zbrod­ni dziś i za­wsze

Ty

Wszyst­ko moż­na po­li­czyć. Ile wło­sów ma na gło­wie. Ile słów do­tąd wy­po­wie­dzia­ła. Ile od­de­chów jesz­cze jej po­zo­sta­ło.

Nie są­dzisz, że to pięk­ne? Licz­by. Dziew­czy­na. Wszyst­kie po­wzię­te pla­ny.

To, co jest ci pi­sa­ne. Czym się sta­niesz.

ROZ­DZIAŁ 1

Syl­we­ster wy­pa­dał w nie­dzie­lę. Nie by­ło­by w tym nic złe­go, gdy­by nie to, że Non­na, moja bab­cia, trak­to­wa­ła nie­dziel­ne obia­dy w ro­dzin­nym gro­nie jak świę­tość. Oli­wy do ognia do­le­wał wu­jek Rio, pil­nu­jąc, żeby wszy­scy mie­li peł­ne kie­lisz­ki.

Ni­ko­mu nie szczę­dził wina.

Kie­dy sprzą­ta­li­śmy ze sto­łu, było już ja­sne, że ża­den z do­ro­słych nie bę­dzie w sta­nie pro­wa­dzić sa­mo­cho­du w cią­gu naj­bliż­szych kil­ku go­dzin. Mój oj­ciec miał sied­mio­ro ro­dzeń­stwa, wszy­scy byli żo­na­ci lub za­męż­ni, kil­ko­ro mia­ło dzie­ci star­sze ode mnie o dzie­sięć albo wię­cej lat, więc na miej­scu aż się kłę­bi­ło od do­ro­słych. Kie­dy za­no­si­łam na­czy­nia do kuch­ni, dźwię­ki wzbu­rzo­nych kłót­ni mie­sza­ły się z wy­bu­cha­mi śmie­chu.

Gdy­by ktoś spoj­rzał na to z ze­wnątrz, zo­ba­czył­by kom­plet­ny cha­os. Ale dla mnie, pro­fi­ler­ki, to była ła­twi­zna. Pro­sty sche­mat. Mia­łam przed sobą ro­dzi­nę. Naj­zwy­klej­szą na świe­cie. Zbiór jed­no­stek, któ­re mię­dzy sobą róż­nią się tyl­ko de­ta­la­mi: ko­szu­lą wpusz­czo­ną w spodnie lub wręcz prze­ciw­nie albo tym, jak czu­le trak­tu­ją swo­ją nad­tłu­czo­ną za­sta­wę sto­ło­wą.

– Pew­nie tę­sk­nisz za ro­dzi­ną, Cas­sie? Kie­dy zno­wu od­wie­dzisz sta­re­go wuj­ka? – spy­tał mnie czer­wo­ny jak bu­rak Rio, gdy we­szłam do kuch­ni. Pa­trzył na mnie wzro­kiem peł­nym mi­ło­ści.

Oczy­wi­ście, nikt z obec­nych nie miał po­ję­cia o tym, że od sze­ściu mie­się­cy bra­łam udział w rzą­do­wym pro­gra­mie dla uzdol­nio­nej mło­dzie­ży. My­śle­li, że je­stem w szko­le z in­ter­na­tem. Wła­ści­wie było w tym spo­ro praw­dy.

Ziarn­ko – na pew­no.

Bab­cia prych­nę­ła lek­ce­wa­żą­co, pa­trząc na wuj­ka Rio, po czym za­bra­ła mi na­czy­nia i za­nio­sła je do zle­wu.

– Cas­sie nie przy­je­cha­ła tu po to, żeby oglą­dać sta­rych pi­ja­nych tre­pów. Wró­ci­ła, żeby zo­ba­czyć się z bab­cią i wy­na­gro­dzić jej to, że nie dzwo­ni­ła tak czę­sto, jak po­win­na – po­wie­dzia­ła Non­na i pod­ka­sa­ła rę­ka­wy.

Wpa­dłam z desz­czu pod ryn­nę. Wu­jek Rio po­zo­stał obo­jęt­ny na te sło­wa, ale we mnie obu­dzi­ły się wy­rzu­ty su­mie­nia. Po­de­szłam do zle­wu, do bab­ci.

– Ja to zro­bię – po­wie­dzia­łam.

Non­na od­chrząk­nę­ła nie­za­do­wo­lo­na, ale się od­su­nę­ła. Uspo­ka­jał mnie fakt, że ni­g­dy się nie zmie­ni­ła. Po czę­ści kura do­mo­wa, po czę­ści dyk­ta­tor­ka spra­wu­ją­ca rzą­dy sil­ną ręką i pa­tel­nią.

Ale ja nie by­łam już taka jak kie­dyś. I nie mo­głam dłu­żej uda­wać, że jest ina­czej. Zmie­ni­łam się. Nowa Cas­san­dra Hob­bes mia­ła peł­no blizn – do­słow­nie i w prze­no­śni.

– Za­wsze robi się gbu­ro­wa­ta, kie­dy za dłu­go nie dzwo­nisz – po­wie­dział wu­jek Rio. Kiw­nię­ciem gło­wy wska­zał na bab­cię. – Ale ty pew­nie by­łaś za­ję­ta – do­dał, po czym spoj­rzał na mnie, jak­by do­znał olśnie­nia. – Fem­me fa­ta­le! Ilu chło­pa­ków przed nami ukry­łaś?

– Nie mam chło­pa­ka! – za­prze­czy­łam.

Wu­jek Rio za­wsze po­dej­rze­wał, że ukry­wam przed nim swo­je związ­ki. I po raz pierw­szy w ży­ciu się nie my­lił.

– Ty! – Non­na po­gro­zi­ła mu szpa­tuł­ką ku­chen­ną, któ­rą nie­spo­dzie­wa­nie wy­cią­gnę­ła nie wia­do­mo skąd. – Wy­no­cha! I to już!

Wu­jek przez chwi­lę przy­glą­dał się szpa­tuł­ce, ale po­zo­stał na pla­cu boju.

– Bie­gu­siem! – do­da­ła Non­na i po trzech se­kun­dach by­ły­śmy w kuch­ni same. Bab­cia spoj­rza­ła na mnie sro­go, ale wy­raz jej twa­rzy szyb­ko zła­god­niał. – Ten chło­pak, któ­ry po cie­bie przy­je­chał ze­szłe­go lata… Ten w dro­gim sa­mo­cho­dzie… Do­brze ca­łu­je?

– Bab­ciu! – obu­rzy­łam się.

– Mam ośmio­ro dzie­ci. Wiem to i owo na te­mat ca­ło­wa­nia – nie od­pusz­cza­ła Non­na.

– Nie – od­par­łam i za­czę­łam szo­ro­wać ta­le­rze. Nie chcia­łam się w to zbyt­nio za­głę­biać. – Mi­cha­el i ja nie je­ste­śmy… My nie…

– Ach tak… – po­wie­dzia­ła Non­na to­nem eks­per­ta. – Nie umie ca­ło­wać. Nie martw się, jest mło­dy. Jesz­cze się na­uczy – do­da­ła, po­kle­pu­jąc mnie po ple­cach.

Ta roz­mo­wa ro­bi­ła się co­raz bar­dziej nie­zręcz­na. Zwłasz­cza że to nie Mi­cha­el był chło­pa­kiem, z któ­rym się ca­ło­wa­łam. Z dru­giej stro­ny, je­śli Non­na chcia­ła my­śleć, że rza­dziej do niej dzwo­ni­łam, bo wpa­dłam w si­dła na­sto­let­nie­go ro­man­su, niech jej bę­dzie.

To było na pew­no ła­twiej­sze do prze­łknię­cia niż praw­da: że zo­sta­łam wcią­gnię­ta w świat mo­ty­wów zbrod­ni, ofiar, mor­der­ców i tru­pów. Że dwa razy zo­sta­łam po­rwa­na. Cią­gle jesz­cze bu­dzi­ły mnie w nocy wspo­mnie­nia wrzy­na­ją­cych się w ręce opa­sek za­ci­sko­wych i huku strza­łów. Cza­sa­mi, kie­dy za­my­ka­łam oczy, wi­dzia­łam za­krwa­wio­ne ostrze noża.

– Po­do­ba ci się w tej no­wej szko­le? – spy­ta­ła Non­na, pró­bu­jąc brzmieć neu­tral­nie, ale nie mo­gła tak ła­two mnie zmy­lić. Miesz­ka­łam z nią przez pięć lat, za­nim do­łą­czy­łam do pro­gra­mu na­zna­czo­nych. Bab­cia chcia­ła, że­bym była bez­piecz­na i szczę­śli­wa. Wo­la­ła, bym ni­g­dzie nie wy­jeż­dża­ła.

– Tak, po­do­ba mi się – od­po­wie­dzia­łam. Nie kła­ma­łam. Po raz pierw­szy w ży­ciu czu­łam, że je­stem tam, gdzie po­win­nam. Wśród in­nych człon­ków pro­gra­mu ni­g­dy nie mu­sia­łam uda­wać, że je­stem kimś in­nym. A na­wet gdy­bym chcia­ła, nie mo­gła­bym.

– Do­brze wy­glą­dasz – przy­zna­ła. – I na pew­no do­brze ci zro­bi­ło, że cię tro­chę pod­kar­mi­łam. – Chrząk­nę­ła, po czym de­li­kat­nie ode­pchnę­ła mnie na bok i sama za­bra­ła się do zmy­wa­nia. – Spa­ku­ję ci je­dze­nie na wy­jazd. Ten chło­pak, któ­ry po cie­bie przy­je­chał, jest zde­cy­do­wa­nie za chu­dy. Może le­piej by ca­ło­wał, gdy­by na­brał tro­chę ciał­ka.

Prych­nę­łam.

– Kto się ca­łu­je? – Usły­sza­łam zza ple­ców i by­łam pew­na, że do kuch­ni wszedł któ­ryś z bra­ci mo­je­go ojca. Jed­nak kie­dy się od­wró­ci­łam, zo­ba­czy­łam jego sa­me­go. Za­mar­łam. Prze­cież sta­cjo­no­wał za oce­anem i miał wró­cić do­pie­ro za kil­ka dni.

Nie wi­dzia­łam go od po­nad roku.

– Cas­sie! – Przy­wi­tał mnie z uśmie­chem, jed­nak odro­bi­nę za lek­kim, żeby na­zwać go au­ten­tycz­nym.

Po­my­śla­łam o Mi­cha­elu. On od razu od­czy­tał­by emo­cje z twa­rzy mo­je­go ojca. Ja by­łam pro­fi­ler­ką. Wy­star­czy­ło mi kil­ka de­ta­li – za­war­tość wa­liz­ki, do­bór słów na po­wi­ta­nie – żeby zbu­do­wać szer­szy ob­raz: kim ktoś był, cze­go chciał i jak mógł­by się za­cho­wać w do­wol­nej sy­tu­acji.

Ale co miał ozna­czać ten niby-uśmiech? Ja­kie emo­cje skry­wał oj­ciec? Czy kie­dy­kol­wiek czuł choć­by cień uzna­nia lub dumy, kie­dy na mnie pa­trzył?

Nie mia­łam po­ję­cia.

– Cas­san­dro – upo­mnia­ła mnie Non­na – przy­wi­taj się z oj­cem.

Za­nim zdą­ży­łam się ode­zwać, bab­cia po­de­szła do nie­go z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi. Wy­ca­ło­wa­ła go, po­tem dała mu kil­ka kuk­sań­ców i znów go wy­ca­ło­wa­ła.

– Wró­ci­łeś wcze­śniej. – Non­na wresz­cie wy­pu­ści­ła swo­je­go syna mar­no­traw­ne­go z ob­jęć. – Dla­cze­go nie da­łeś znać? – spy­ta­ła, rzu­ca­jąc mu spoj­rze­nie, któ­rym na pew­no go gro­mi­ła, kie­dy jako chło­piec wcho­dził w za­bło­co­nych bu­tach na dy­wan.

– Mu­szę po­roz­ma­wiać z Cas­sie – po­wie­dział oj­ciec.

Non­na zmru­ży­ła oczy i dźga­jąc go pal­cem w pierś, po­wie­dzia­ła:

– A o czym to niby mu­sisz z nią po­roz­ma­wiać? Cas­sie jest bar­dzo za­do­wo­lo­na z no­wej szko­ły i swo­je­go tycz­ko­wa­te­go chło­pa­ka.

Wi­dzia­łam to ką­tem oka, bo całą uwa­gę sku­pi­łam na ojcu. Był za­nie­dba­ny. Wy­glą­dał, jak­by nie spał całą noc. Nie po­tra­fił spoj­rzeć mi w oczy.

– Co się sta­ło? – spy­ta­łam.

– Nic się nie sta­ło, wszyst­ko w po­rząd­ku – po­wie­dzia­ła Non­na chłod­no, to­nem sze­ry­fa wpro­wa­dza­ją­ce­go stan wo­jen­ny. Od­wró­ci­ła się do ojca i rzu­ci­ła roz­ka­zu­ją­co:

– Po­wiedz jej, że nic się nie sta­ło.

Oj­ciec prze­szedł przez kuch­nię i po­ło­żył dło­nie na mo­ich ra­mio­nach.

Ni­g­dy nie by­łeś taki de­li­kat­ny.

Szyb­ko prze­bie­głam my­śla­mi wszyst­ko, co wie­dzia­łam na jego te­mat. O na­szej re­la­cji, o tym, ja­kim był czło­wie­kiem, o tym, że w ogó­le się tu zna­lazł. Po­czu­łam, jak­by ktoś za­wią­zał mi w brzu­chu su­peł. Do­tar­ło do mnie, że wiem, co chciał mi po­wie­dzieć. Spa­ra­li­żo­wał mnie strach. Nie mo­głam zła­pać tchu. Nie by­łam w sta­nie na­wet mru­gnąć.

– Cas­sie – po­wie­dział mięk­ko – cho­dzi o two­ją mat­kę.

ROZDZIAŁ 2

Istnia­ła róż­ni­ca po­mię­dzy „mar­twą” a „uzna­ną za zmar­łą”. Po­mię­dzy wej­ściem do gar­de­ro­by za­la­nej krwią mat­ki a świa­do­mo­ścią, że od­na­le­zio­no jej cia­ło.

Kie­dy mia­łam dwa­na­ście, trzy­na­ście lat, każ­dej nocy mo­dli­łam się o to, by ktoś zna­lazł moją mat­kę, by się oka­za­ło, że po­li­cja się my­li­ła. Że po­mi­mo ist­nie­ją­cych do­wo­dów, ilo­ści krwi na ścia­nach, Lo­re­lai Hob­bes jed­nak żyje.

Z cza­sem stra­ci­łam na­dzie­ję i mo­dli­łam się już tyl­ko o to, żeby ktoś od­na­lazł jej cia­ło. Wy­obra­ża­łam so­bie mo­ment, kie­dy zo­sta­nę we­zwa­na, by je zi­den­ty­fi­ko­wać. Wy­obra­ża­łam so­bie, jak się z nią że­gnam. Jak urzą­dzam jej po­grzeb.

Ale ni­g­dy nie wy­obra­zi­łam so­bie tego.

– Są pew­ni, że to ona? – spy­ta­łam, le­d­wo wy­do­by­wa­jąc z sie­bie głos, ale spo­koj­nie.

Sie­dzie­li­śmy z oj­cem na we­ran­dzie, na dwóch koń­cach huś­taw­ki. W je­dy­nym miej­scu w domu Non­ny, gdzie moż­na było za­znać ja­kiej­kol­wiek pry­wat­no­ści.

– Miej­sce się zga­dza – po­wie­dział, pa­trząc w czerń nocy. – Czas też. Po­rów­nu­ją dane z kar­to­tek den­ty­stycz­nych, ale tak czę­sto się prze­pro­wa­dza­ły­ście, że… – urwał. Zo­rien­to­wał się, że mó­wił o czymś, co już wie­dzia­łam.

Cięż­ko bę­dzie od­szu­kać kar­to­te­kę den­ty­stycz­ną mo­jej mat­ki.

– Zna­leź­li to – po­wie­dział oj­ciec i po­dał mi srebr­ny łań­cu­szek z ma­łym czer­wo­nym ka­mie­niem szla­chet­nym.

Po­czu­łam na­gły ścisk w gar­dle.

Jej na­szyj­nik.

Prze­łknę­łam śli­nę, pró­bu­jąc ode­pchnąć tę myśl. Jak­bym mo­gła ją po­łknąć i za­po­mnieć. Oj­ciec jesz­cze raz pod­su­nął mi łań­cu­szek, ale nie by­łam w sta­nie go przy­jąć.

Jej na­szyj­nik.

Od dłuż­sze­go cza­su wie­dzia­łam, że moja mat­ka nie żyje. By­łam tego pew­na. Wie­rzy­łam w to. Ale te­raz, kie­dy zo­ba­czy­łam ten na­szyj­nik, po­czu­łam, że tra­cę od­dech.

– Prze­cież to do­wód – wy­du­si­łam z sie­bie w koń­cu. – Nie po­wi­nie­neś go mieć. To do­wód w spra­wie.

Co oni so­bie my­śle­li? Pra­co­wa­łam w FBI do­pie­ro sześć mie­się­cy i więk­szość cza­su spę­dza­łam poza miej­scem zbrod­ni, mimo to wie­dzia­łam, że do­wo­dów nie roz­da­je się tak po pro­stu osie­ro­co­nym dziew­czyn­kom tyl­ko po to, żeby mia­ły pa­miąt­kę po mat­ce.

– Nie było na nim od­ci­sków pal­ców ani in­nych śla­dów – za­pew­nił oj­ciec.

– Po­wiedz im, żeby go za­trzy­ma­li – wy­ce­dzi­łam przez zęby. Wsta­łam z miej­sca i prze­szłam na dru­gi ko­niec we­ran­dy. – Mogą go po­trze­bo­wać pod­czas iden­ty­fi­ka­cji.

Mi­nę­ło pięć lat. Je­że­li szu­ka­li do­ku­men­ta­cji den­ty­stycz­nej, praw­do­po­dob­nie nie było nic wię­cej, na pod­sta­wie cze­go mo­gli­by usta­lić toż­sa­mość. Zo­sta­ły tyl­ko ko­ści.

– Cas­sie…

Wy­łą­czy­łam się. Mia­łam słu­chać męż­czy­zny, któ­ry le­d­wie znał moją mat­kę, a te­raz za­mie­rzał mi wmó­wić, że nie mają żad­nych tro­pów, więc mogą nisz­czyć do­wo­dy, bo i tak nie ma szans na roz­wią­za­nie tej spra­wy?

Może mi­nę­ło pięć lat, ale mie­li­śmy cia­ło. To ono było tro­pem. Na­cię­cia na ko­ściach. To, jak zo­sta­ła po­cho­wa­na. Miej­sce, któ­re mor­der­ca wy­brał, żeby ją po­grze­bać. Mu­sia­ło tam coś być. Ja­kaś wska­zów­ka.

Za­ata­ko­wał cię no­żem, mó­wi­łam w my­ślach do mat­ki. Pró­bo­wa­łam roz­pra­co­wać, co do­kład­nie się wy­da­rzy­ło tam­te­go dnia. Za­sko­czył cię. Wal­czy­łaś.

Od­wró­ci­łam się do ojca i po­wie­dzia­łam:

– Chcę obej­rzeć miej­sce, w któ­rym zna­le­zio­no cia­ło.

To oj­ciec wy­ra­ził pi­sem­ną zgo­dę na przy­ję­cie mnie do pro­gra­mu agen­ta Brig­g­sa, ale nie miał po­ję­cia, cze­go kon­kret­nie się tam uczę. Nie wie­dział, czym na­praw­dę był pro­gram. Nie wie­dział, co po­tra­fi­łam. Mor­der­cy i ofia­ry, ene­si i cia­ła – to był mój ję­zyk. Chcia­łam wie­dzieć, co się sta­ło z moją mat­ką. Na­le­ża­ło mi się to.

– Nie są­dzę, żeby to był do­bry po­mysł, Cas­sie.

Nie ty o tym zde­cy­du­jesz, po­my­śla­łam, ale nie po­wie­dzia­łam tego na głos. Nie było sen­su się z nim kłó­cić. Je­śli chcia­łam zo­ba­czyć miej­sce zna­le­zie­nia cia­ła, zdję­cia, ja­kie­kol­wiek skraw­ki do­wo­dów, któ­re mo­gły tam zo­stać, mu­sia­łam po­pro­sić ko­goś in­ne­go niż Vin­cen­ta Bat­ta­glię.

– Cas­sie? Je­śli chcesz o tym po­roz­ma­wiać… – Oj­ciec wstał i zro­bił nie­pew­ny krok w moją stro­nę.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku. – Po­ki­wa­łam gło­wą, da­jąc mu do zro­zu­mie­nia, że nie po­trze­bu­ję jego wspar­cia. Zdu­si­łam na­ra­sta­ją­cy we mnie żal i rzu­ci­łam tyl­ko: – Po pro­stu chcia­ła­bym wró­cić już do szko­ły.

Okre­śle­nia „szko­ła” uży­łam tro­chę na wy­rost. W pro­gra­mie było nas pię­cio­ro, a na­sze lek­cje moż­na by ra­czej na­zwać prak­ty­ka­mi. Nie by­li­śmy zwy­kły­mi ucznia­mi. By­li­śmy pra­cow­ni­ka­mi. Eli­tar­ną gru­pą.

Każ­de z na­szej piąt­ki mia­ło ja­kąś zdol­ność, któ­rą przez lata do­pro­wa­dza­ło do per­fek­cji.

Nikt z nas nie miał nor­mal­ne­go dzie­ciń­stwa. Nie prze­sta­wa­łam my­śleć o tym czte­ry dni póź­niej, kie­dy cze­ka­łam przed do­mem bab­ci na moją pod­wóz­kę. Gdy­by­śmy mie­li, nie uczest­ni­czy­li­by­śmy w pro­gra­mie.

Za­miast wspo­mi­nać wa­run­ki, w ja­kich sama do­ras­ta­łam przy mat­ce ko­cha­ją­cej prze­pro­wadz­ki (o któ­rej wszy­scy wo­kół my­śle­li, że jest wa­riat­ką), po­my­śla­łam o po­zo­sta­łych – o psy­cho­pa­tycz­nym ojcu De­ana, o tym, że Mi­cha­el mu­siał na­uczyć się czy­ta­nia emo­cji, żeby prze­trwać. O Slo­ane i Lii oraz o wszyst­kim, co po­dej­rze­wa­łam na te­mat ich dzie­ciń­stwa.

Do­pa­dła mnie tę­sk­no­ta. Chcia­ła­bym, żeby byli tu ze mną – wszy­scy albo cho­ciaż jed­no z nich. Chcia­łam tego tak bar­dzo, że kie­dy o tym my­śla­łam, nie mo­głam za­czerp­nąć po­wie­trza.

Wy­tańcz to! Z tyłu gło­wy usły­sza­łam głos mat­ki. W wy­obraź­ni zo­ba­czy­łam ją owi­nię­tą nie­bie­skim sza­lem, z ru­dy­mi wło­sa­mi wil­got­ny­mi od mro­zu i śnie­gu, jak włą­cza ra­dio w sa­mo­cho­dzie i robi gło­śniej mu­zy­kę.

To był nasz ry­tu­ał. Za każ­dym ra­zem, kie­dy ru­sza­ły­śmy w dro­gę – z mia­sta do mia­sta, z jed­ne­go celu do dru­gie­go, z jed­ne­go wy­stę­pu na ko­lej­ny – mat­ka włą­cza­ła gło­śno mu­zy­kę i tań­czy­ły­śmy na sie­dze­niach tak dłu­go, aż za­po­mi­na­ły­śmy wszyst­ko i wszyst­kich, któ­rych zo­sta­wia­ły­śmy za sobą.

Moja mat­ka nie na­le­ża­ła do osób, któ­re mo­gły­by za czymś tę­sk­nić.

– Wy­glą­dasz na za­my­ślo­ną – wy­rwał mnie z za­du­my ni­ski głos.

Wy­par­łam wspo­mnie­nia i kry­ją­cą się za nimi la­wi­nę emo­cji.

– Cześć, Judd.

Męż­czy­zna, któ­re­go FBI za­trud­ni­ło do opie­ki nad nami, przez chwi­lę mi się przy­glą­dał, po czym wziął ode mnie tor­bę po­dróż­ną i scho­wał ją do ba­gaż­ni­ka.

– Chcesz się po­że­gnać? – Kiw­nął gło­wą w kie­run­ku we­ran­dy.

Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam Non­nę. Ko­cha­ła mnie. Moc­no. Bez­wa­run­ko­wo. Od pierw­sze­go spo­tka­nia. By­łam jej win­na po­że­gna­nie.

– Chy­ba o czymś za­po­mnia­łaś, Cas­san­dro – rzu­ci­ła żar­to­bli­wie, kie­dy do niej po­de­szłam.

Przez wie­le lat my­śla­łam, że coś jest ze mną nie tak, że zdol­ność ko­cha­nia ko­goś moc­no, bez­wa­run­ko­wo i szczo­drze umar­ła we mnie ra­zem z mat­ką.

Kil­ka ostat­nich mie­się­cy udo­wod­ni­ło mi, że się my­li­łam.

Przy­tu­li­łam bab­cię, a ona od­wza­jem­ni­ła uścisk. Trzy­ma­ła mnie moc­no w ob­ję­ciach, ni­czym naj­droż­szą rzecz w swo­im ży­ciu.

– Mu­szę już iść – po­wie­dzia­łam po chwi­li.

Po­kle­pa­ła mnie po po­licz­ku. Ciut za moc­no.

– Za­dzwoń, je­śli bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wa­ła. Cze­go­kol­wiek – po­wie­dzia­ła.

Przy­tak­nę­łam.

Non­na na chwi­lę za­mil­kła, po czym tak­tow­nie do­da­ła:

– Przy­kro mi z po­wo­du two­jej mat­ki.

Ni­g­dy jej nie po­zna­ła. Ni­cze­go o niej nie wie­dzia­ła. Ni­g­dy nie opo­wia­da­łam ro­dzi­nie mo­je­go ojca o tym, jak po­tra­fi­ła się śmiać, o grach, któ­re wy­my­śla­ła, żeby na­uczyć mnie czy­tać lu­dzi, ani o tym, że za­miast „ko­cham cię” mó­wi­ły­śmy „co­kol­wiek by się dzia­ło”, bo ona nie tyl­ko mnie ko­cha­ła – ko­cha­ła mnie na za­wsze, co­kol­wiek by się dzia­ło.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­łam lek­ko za­chryp­nię­tym gło­sem. Pró­bo­wa­łam zdu­sić w so­bie na­ra­sta­ją­ce uczu­cie ża­ło­by, cho­ciaż wie­dzia­łam, że prę­dzej czy póź­niej ude­rzy mnie z wiel­ką siłą.

Za­wsze by­łam lep­sza w po­rząd­ko­wa­niu i szu­flad­ko­wa­niu wy­da­rzeń niż w ra­dze­niu so­bie z za­le­wa­ją­cym mnie po­to­kiem nie­chcia­nych emo­cji.

Kie­dy od­wró­ci­łam się od uważ­nie ob­ser­wu­ją­cej mnie Non­ny i ru­szy­łam w stro­nę sa­mo­cho­du Jud­da, w mo­jej gło­wie upar­cie po­brzmie­wał głos mat­ki.

Wy­tańcz to!

ROZDZIAŁ 3

Judd pro­wa­dził sa­mo­chód w mil­cze­niu. De­cy­zję o tym, czy chcę po­roz­ma­wiać, zo­sta­wił mnie. Do­pie­ro po dzie­się­ciu mi­nu­tach zbie­ra­nia się w so­bie, uda­ło mi się wy­du­sić:

– Po­li­cja zna­la­zła cia­ło. Twier­dzą, że to cia­ło mo­jej mat­ki.

– Sły­sza­łem. Dzwo­ni­li do Brig­g­sa – rzu­cił po pro­stu.

Tan­ner Briggs był jed­nym z dwóch agen­tów spe­cjal­nych nad­zo­ru­ją­cych pro­gram na­zna­czo­nych. To on mnie re­kru­to­wał, jako pre­tekst wy­ko­rzy­stu­jąc spra­wę mo­jej mat­ki.

Nic dziw­ne­go, że do nie­go za­dzwo­ni­li.

– Chcę zo­ba­czyć cia­ło – po­wie­dzia­łam, pa­trząc na dro­gę przed nami. Póź­niej się z tym zmie­rzę. Póź­niej będę prze­ży­wać ża­ło­bę. Te­raz po­trze­bo­wa­łam od­po­wie­dzi. Po­trze­bo­wa­łam po­znać fak­ty. – Chcę zo­ba­czyć zdję­cia z miej­sca od­na­le­zie­nia cia­ła i wszyst­kie inne do­wo­dy, któ­re FBI do­sta­nie od lo­kal­nej po­li­cji.

Judd od­cze­kał chwi­lę, po czym za­py­tał:

– To wszyst­ko?

Nie. To nie było wszyst­ko. By­łam zde­spe­ro­wa­na. Z jed­nej stro­ny chcia­łam, by się oka­za­ło, że to nie była moja mat­ka. Z dru­giej – że to ona. Co z tego, że te rze­czy były ze sobą sprzecz­ne? To nie umniej­sza­ło po­czu­cia stra­ty.

Przy­gry­złam po­li­czek i po chwi­li od­po­wie­dzia­łam Jud­do­wi na py­ta­nie:

– Nie, to nie wszyst­ko. Chcę zna­leźć tego, kto to zro­bił.

To było pro­ste. Nie wy­ma­ga­ło tłu­ma­cze­nia. Do­łą­czy­łam do pro­gra­mu, żeby wsa­dzać zbrod­nia­rzy za krat­ki. Moja mat­ka za­słu­ży­ła na spra­wie­dli­wość. Ja za­słu­ży­łam na to, żeby spra­wie­dli­wo­ści sta­ło się za­dość po tym wszyst­kim, co prze­szłam.

– Po­wi­nie­nem ci po­wie­dzieć, że po­lo­wa­nie na za­bój­cę nie przy­wró­ci two­jej mat­ce ży­cia. I że ob­se­syj­ne szu­ka­nie mor­der­cy nie spra­wi, że bę­dziesz mniej cier­pia­ła. – Judd zmie­nił pas i moż­na by od­nieść wra­że­nie, że wię­cej uwa­gi przy­kła­dał do dro­gi niż do tego, co mó­wi­łam. Ale mnie nie zmy­lił. Był snaj­pe­rem w pie­cho­cie mor­skiej i za­wsze miał pod kon­tro­lą to, co dzia­ło się wo­kół nie­go.

– Ale nie po­wiesz.

Wiesz, jak to jest, kie­dy ktoś nisz­czy cały twój świat. Wiesz, jak to jest bu­dzić się co­dzien­nie ze świa­do­mo­ścią, że po­twór, któ­ry to zro­bił, jest wciąż na wol­no­ści i w każ­dej chwi­li może to zro­bić po­now­nie.

Judd nie po­wie mi, że­bym spró­bo­wa­ła żyć da­lej. Nie mógł­by.

– Co byś zro­bił, gdy­by to była Scar­lett? Gdy­by w jej spra­wie był ja­kiś trop, choć­by naj­mniej­szy? – spy­ta­łam ci­cho. Ni­g­dy przed­tem nie wy­mó­wi­łam imie­nia cór­ki Jud­da w jego obec­no­ści. Do nie­daw­na na­wet nie przy­pusz­cza­łam, że miał cór­kę. Nie wie­dzia­łam na jej te­mat wie­le poza tym, że pa­dła ofia­rą se­ryj­ne­go mor­der­cy zna­ne­go jako Ni­ght­sha­de.

Mo­głam so­bie co naj­wy­żej wy­obra­zić, jak po­czuł­by się Judd, gdy­by na­stą­pił prze­łom w spra­wie.

– Ze mną było ina­czej – po­wie­dział w koń­cu, pa­trząc na dro­gę. – Od razu zna­le­zio­no cia­ło. I nie wiem, czy to le­piej, czy go­rzej. Z jed­nej stro­ny le­piej, bo to roz­wie­wa­ło wszel­kie wąt­pli­wo­ści, ale z dru­giej go­rzej, bo ża­den oj­ciec nie po­wi­nien oglą­dać cze­goś ta­kie­go – do­dał z za­ciś­nię­ty­mi zę­ba­mi.

Pró­bo­wa­łam so­bie wy­obra­zić, przez co mu­siał prze­cho­dzić, kie­dy zo­ba­czył cia­ło cór­ki, i na­tych­miast tego po­ża­ło­wa­łam. Judd miał dużą to­le­ran­cję na ból i do­sko­na­le skry­wał emo­cje. Ale kie­dy zo­ba­czył mar­twe cia­ło Scar­lett, nie było miej­sca na ukry­wa­nie się, na za­ci­ska­nie zę­bów. Były tyl­ko krzyk i pust­ka, któ­re sama zna­łam tak do­brze.

Gdy­by to było cia­ło Scar­lett, gdy­by to był jej na­szyj­nik, nie po­tra­fił­byś sie­dzieć bez­czyn­nie. Mu­siał­byś coś zro­bić. Bez wzglę­du na kon­se­kwen­cje.

– Po­pro­sisz Brig­g­sa i Ster­ling, żeby udo­stęp­ni­li mi akta spra­wy? – spy­ta­łam.

Judd nie był agen­tem FBI. Je­dy­ne, o co się trosz­czył, to pod­opiecz­ni Biu­ra Śled­cze­go. Ale to on miał ostat­nie sło­wo w kwe­stii na­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia w spra­wy.

Łącz­nie ze spra­wą mo­jej mat­ki.

Ro­zu­miesz, po­my­śla­łam, pa­trząc na nie­go. Czy tego chcesz, czy nie – ro­zu­miesz mnie.

– Bę­dziesz mo­gła przej­rzeć akta – po­wie­dział Judd. Wje­chał na pry­wat­ne lot­ni­sko i spoj­rzał na mnie. – Ale nie w sa­mot­no­ści.

ROZDZIAŁ 4

Pry­wat­ny od­rzu­to­wiec mógł po­mie­ścić dwa­na­ście osób, ale kie­dy we­szli­śmy z Jud­dem do środ­ka, tyl­ko pięć miejsc było za­ję­tych. Agen­ci Ster­ling i Briggs sie­dzie­li z przo­du sa­mo­lo­tu po dwóch stro­nach alej­ki. Ona prze­glą­da­ła akta, on spraw­dzał, któ­ra go­dzi­na.

Tyl­ko pra­ca, po­my­śla­łam. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny, gdy­by mię­dzy nimi cho­dzi­ło tyl­ko o pra­cę, nie mu­sie­li­by sia­dać po dwóch stro­nach alej­ki.

Za nimi, ty­łem do kie­run­ku lotu sie­dział Dean. Na sto­li­ku przed nim le­ża­ła ta­lia kart. Lia roz­ło­ży­ła się na dwóch sie­dze­niach. Slo­ane sie­dzia­ła na brze­gu sto­li­ka, z nogą za­ło­żo­ną na nogę. Pla­ty­no­we blond wło­sy mia­ła upię­te w koń­ski ogon. Gdy­by to był kto­kol­wiek inny, ba­ła­bym się, że za­raz stra­ci rów­no­wa­gę i spad­nie. Ale to była Slo­ane. Pew­nie już daw­no zro­bi­ła sto­sow­ne ob­li­cze­nia, by mieć pew­ność, że pra­wa fi­zy­ki są po jej stro­nie.

– Pro­szę, pro­szę – po­wie­dzia­ła Lia z sze­ro­kim uśmie­chem. – Po­pa­trz­cie, kto nas za­szczy­cił swo­ją obec­no­ścią.

Nie wie­dzą. Za­sko­czy­ło mnie, że Briggs nie po­wie­dział im o mo­jej mat­ce, o cie­le. Gdy­by to zro­bił, Lia nie by­ła­by za­le­d­wie lek­ko uszczy­pli­wa. Nie da­wa­ła­by mi spo­ko­ju. Nie­któ­rzy umie­li po­cie­szać. Lia szczy­ci­ła się tym, że w kry­zy­so­wych sy­tu­acjach od­wra­ca­ła czy­jąś uwa­gę od pro­ble­mu. I nie si­li­ła się przy tym na de­li­kat­ność.

Sło­wa De­ana po­twier­dzi­ły moje przy­pusz­cze­nia:

– Nie zwra­caj na nią uwa­gi. Jest w złym na­stro­ju, bo ogra­łem ją w węże i dra­bi­ny – po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się ką­ci­kiem ust.

Nie wstał z fo­te­la i nie ru­szył w moim kie­run­ku. Nie po­ło­żył dło­ni na moim ra­mie­niu ani mnie nie przy­tu­lił. A to ozna­cza­ło, że na pew­no nie wie­dział.

I w tam­tym mo­men­cie nie chcia­łam, żeby wie­dział.

Uśmiech na jego twa­rzy, spo­sób, w jaki prze­drzeź­nia Lię – Dean cią­gle jesz­cze do­cho­dził do sie­bie. Każ­de­go dnia o kil­ka cen­ty­me­trów ob­ni­żał mur, któ­ry wo­kół sie­bie zbu­do­wał. Wy­cho­dził z cie­nia i po­wo­li sta­wał się sobą.

Trzy­ma­łam za nie­go kciu­ki.

Nie chcia­łam, by my­ślał o tym, że moja mat­ka jest ofia­rą. Ani o tym, że jego oj­ciec był mor­der­cą.

Chcia­łam, żeby nie prze­sta­wał się uśmie­chać.

– Węże i dra­bi­ny? – po­wtó­rzy­łam.

– Moja wer­sja jest o wie­le cie­kaw­sza od zwy­kłej – po­wie­dzia­ła Lia z bły­skiem w oku.

– Tro­chę mnie to prze­ra­ża – od­par­łam.

– Wi­ta­my z po­wro­tem – prze­rwał nam agent Briggs.

Agent­ka Ster­ling spoj­rza­ła na mnie znad akt. Była żona Brig­g­sa rów­nież była pro­fi­ler­ką. I moją men­tor­ką.

Je­śli Briggs wie, Ster­ling też wie. Spoj­rza­łam na akta, któ­re trzy­ma­ła w rę­kach, i ser­ce po­de­szło mi do gar­dła.

– Usiądź – po­wie­dzia­ła.

Od­czy­ta­łam to jako: „Po­roz­ma­wia­my póź­niej”. De­cy­zję o tym, czy i kie­dy po­wiem resz­cie, agen­ci po­zo­sta­wi­li mi. Wie­dzia­łam, że nie będę w sta­nie tego ukry­wać w nie­skoń­czo­ność. Szcze­gól­nie przed Lią. Kła­ma­nie nie wcho­dzi­ło przy niej w grę. Wie­dzia­łam też, że nie po­trwa dłu­go, za­nim Dean wy­czy­ta z mo­jej twa­rzy, że coś się sta­ło, kie­dy by­łam w domu.

Mu­sia­łam im po­wie­dzieć. Ale mo­głam to odło­żyć na kil­ka go­dzin. Szcze­gól­nie że oso­by, któ­ra na­tych­miast by się zo­rien­to­wa­ła, że coś jest nie tak, nie było na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu.

– Gdzie Mi­cha­el? – spy­ta­łam, sia­da­jąc obok De­ana.

– Pięt­na­ście mil na po­łu­dnio­wy za­chód od Wes­t­che­ster, lek­ko na pół­noc od Long Is­land So­und. – Slo­ane od­chy­li­ła gło­wę na bok, jak­by prze­wa­żył ją koń­ski ogon.

– Wró­cił do domu na świę­ta – prze­tłu­ma­czył Dean, po czym chwy­cił mnie pod sto­łem za rękę. Ini­cjo­wa­nie kon­tak­tu fi­zycz­ne­go nie było jego moc­ną stro­ną, ale po­wo­li prze­ła­my­wał ba­rie­ry.

– Mi­cha­el wró­cił do domu? – zdzi­wi­łam się.

Spoj­rza­łam na Lię. Ona i Mi­cha­el byli w związ­ku-nie­związ­ku, jesz­cze za­nim się po­zna­li­śmy. Obie wie­dzia­ły­śmy – zresz­tą wszy­scy w sa­mo­lo­cie wie­dzie­li – że dom był ostat­nim miej­scem, w któ­rym po­wi­nien być Mi­cha­el.

– Po­sta­no­wił od­wie­dzić ro­dzi­nę. Na wła­sne ży­cze­nie. To była jego de­cy­zja – wtrą­cił agent Briggs. Sta­nął przy Slo­ane w alej­ce mię­dzy sie­dze­nia­mi.

Oczy­wi­ście, że jego. Po­czu­łam de­li­kat­ne ukłu­cie w żo­łąd­ku. Mi­cha­el po­wie­dział mi kie­dyś, że je­śli nie mo­żesz za­po­biec ude­rze­niom, zmu­szasz do ude­rze­nia. Kie­dy Mi­cha­el cier­piał, szu­kał kon­flik­tu, na­wet je­śli mia­ło się to od­być jego wła­snym kosz­tem.

Wy­bra­łam De­ana. Mi­cha­el ode­brał to jako po­li­czek.

– Chciał zo­ba­czyć się z mat­ką – za­ćwier­ka­ła bez­tro­sko Slo­ane. – Już daw­no się nie wi­dzie­li.

My wszy­scy ro­zu­mie­li­śmy lu­dzi. Slo­ane ro­zu­mia­ła je­dy­nie fak­ty. Uwie­rzy­ła w to, co usły­sza­ła od Mi­cha­ela.

– Da­łam mu li­stę te­ma­tów do roz­mo­wy. Na wy­pa­dek gdy­by nie miał o czym roz­ma­wiać z mat­ką – do­da­ła cał­kiem po­waż­nie Slo­ane.

Pew­nie my­śla­ła, że naj­lep­szym spo­so­bem na prze­ła­ma­nie lo­dów bę­dzie po­in­for­mo­wa­nie ro­dzi­ny, że ostat­nim ha­słem w słow­ni­ku ję­zy­ka an­giel­skie­go jest „zyz­zy­va”, ro­dzaj ame­ry­kań­skie­go chrząsz­cza ryj­kow­ca.

– Mi­cha­el so­bie po­ra­dzi – prze­rwał nam Briggs. Ze spo­sobu, w jaki wy­po­wie­dział te sło­wa, wy­wnio­sko­wa­łam, że dał ojcu Mi­cha­ela do zro­zu­mie­nia, iż jego wol­ność w znacz­nej mie­rze za­le­ży od sa­mo­po­czu­cia syna.

Każ­de z nas tra­fi­ło do pro­gra­mu z in­nych po­wo­dów. Oj­ciec Mi­cha­ela, któ­ry na­uczył go wszyst­kie­go, co się da, na te­mat by­cia bi­tym, sprze­dał syna FBI w za­mian za im­mu­ni­tet od prze­stępstw po­dat­ko­wych.

– Wy­lu­zuj – wtrą­ci­ła Lia. – Wszy­scy mają się świet­nie, więc po­dzię­kuj­my już cio­ci Cas­sie za tro­skę i przejdź­my do cie­kaw­szych te­ma­tów.

Lia mia­ła swo­je za­le­ty. Przy niej nie spo­sób było po­grą­żać się w roz­pa­czy i lęku.

– Star­tu­je­my za pięć mi­nut – po­wie­dział Briggs. – Slo­ane?

Na­sza eks­pert­ka od ra­chun­ków i sta­ty­styk od­chy­li­ła gło­wę w stro­nę Brig­g­sa i od­par­ła:

– Ist­nie­je duże praw­do­po­do­bień­stwo, że za­raz ka­żesz mi zejść ze sto­li­ka.

– Zejdź ze sto­li­ka – po­wie­dział agent Briggs, nie­mal się uśmie­cha­jąc.

ROZDZIAŁ 5

Około dwa­dzie­ścia mi­nut po star­cie agen­ci wy­ja­śni­li nam, do­kąd wła­ści­wie le­ci­my i dla­cze­go.

– Mamy dla was spra­wę – za­czę­ła Ster­ling spo­koj­nym to­nem. Jesz­cze nie­daw­no się upie­ra­ła, że nie ma żad­ne­go „my”, że FBI to nie miej­sce dla nie­let­nich. Nie­za­leż­nie od ich zdol­no­ści.

Od tego cza­su wie­le się zmie­ni­ło.

– Trzy cia­ła w trzy dni – po­wie­dział zwięź­le Briggs. – Lo­kal­na po­li­cja się nie zo­rien­to­wa­ła, że ma do czy­nie­nia z tym sa­mym spraw­cą, do­pó­ki nie wy­ko­na­no sek­cji zwłok trze­ciej ofia­ry. Wte­dy zwró­ci­li się do FBI.

Dla­cze­go?,za­da­łam so­bie py­ta­nie. Dla­cze­go po­li­cja nie po­łą­czy­ła dwóch pierw­szych spraw? Dla­cze­go po­pro­si­li o po­moc FBI do­pie­ro po skoń­cze­niu sek­cji trze­ciej z ofiar?

Im bar­dziej sku­pię się na no­wej spra­wie, tym mniej będę my­śleć o mat­ce i cie­le, któ­re zna­la­zła po­li­cja.

– Na pierw­szy rzut oka ofia­ry nie mają ze sobą nic wspól­ne­go z wy­jąt­kiem po­ło­że­nia geo­gra­ficz­ne­go i pod­pi­su ene­sa – cią­gnął Briggs.

Uży­wa­li­śmy ter­mi­nu mo­dus ope­ran­di, w skró­cie: MO, na okre­śle­nie spo­so­bu dzia­ła­nia prze­stęp­cy. Do­ty­czył aspek­tów zbrod­ni, któ­re były ko­niecz­ne lub peł­ni­ły istot­ną funk­cję w pro­ce­sie po­peł­nia­nia prze­stęp­stwa. Zo­sta­wie­nie wi­zy­tów­ki przez mor­der­cę nie peł­ni­ło żad­nej funk­cji ani nie było ko­niecz­ne. Co ozna­cza­ło, że był to pod­pis ene­sa.

– Jak wy­glą­dał pod­pis? – spy­tał Dean ci­chym, spo­koj­nym gło­sem, po któ­rym po­zna­wa­łam, że wcho­dzi w tryb pro­fi­le­ra.

Py­tał o szcze­gó­ły: jak wy­ko­na­no pod­pis, gdzie po­li­cja go zna­la­zła, jaką (je­śli w ogó­le) miał treść. Te de­ta­le po­ma­ga­ły nam zro­zu­mieć ene­sa. Czy mor­der­ca pod­pi­sy­wał swo­je dzie­ło, czy prze­ka­zy­wał nam wia­do­mość? Ozna­czał swo­ją wła­sność czy otwie­rał ka­nał ko­mu­ni­ka­cji z po­li­cją?

Agent­ka Ster­ling pod­nio­sła dłoń, żeby po­wstrzy­mać dal­sze py­ta­nia. Spoj­rza­ła na Brig­g­sa i po­wie­dzia­ła:

– Po­cze­kaj­cie. Za­cznij­my od po­cząt­ku.

Briggs przy­tak­nął, po czym wci­snął gu­zik. Z przo­du sa­mo­lo­tu włą­czył się pro­jek­tor. Zo­ba­czy­li­śmy zdję­cie z miej­sca zbrod­ni. Ko­bie­ta o dłu­gich ciem­nych wło­sach le­ża­ła na chod­ni­ku. Mia­ła sine usta i prze­szklo­ne oczy. Do cia­ła przy­le­ga­ła wil­got­na su­kien­ka.

– Ale­xan­dra Ruiz. Dwa­dzie­ścia dwa lata. Stu­dio­wa­ła te­ra­pię za­ję­cio­wą na Uni­wer­sy­te­cie Ari­zo­ny. Zna­le­zio­no ją dwa­dzie­ścia mi­nut po pół­no­cy w Nowy Rok w ba­se­nie na da­chu ka­sy­na Apex – po­wie­dzia­ła agent­ka Ster­ling.

– Ka­sy­no Apex. Las Ve­gas, Ne­va­da – rzu­ci­ła Slo­ane.

Cze­ka­łam, aż poda nam me­traż albo rok za­ło­że­nia, ale mil­cza­ła.

– Dro­ga za­ba­wa – prze­rwa­ła ci­szę Lia. – Oczy­wi­ście je­śli za­ło­ży­my, że ofia­ra wy­naj­mo­wa­ła tam po­kój.

– Nie wy­naj­mo­wa­ła – po­wie­dział Briggs i obok zdję­cia Ale­xan­dry wy­świe­tlił ko­lej­ne.

Męż­czy­zna w wie­ku oko­ło czter­dzie­stu lat. Ciem­ne wło­sy gdzie­nie­gdzie opró­szo­ne si­wi­zną. Zdję­cie nie było po­zo­wa­ne, męż­czy­zna nie pa­trzył w obiek­tyw, cho­ciaż od­no­si­łam wra­że­nie, że zda­wał so­bie spra­wę z obec­no­ści apa­ra­tu.

– Tho­mas We­sley – kon­ty­nu­ował Briggs. – Kie­dyś ma­gnat in­ter­ne­to­wy, obec­nie mistrz świa­ta w po­ke­ra. Przy­je­chał do mia­sta na tur­niej i wy­na­jął apar­ta­ment w Ape­xie. Tyl­ko on miał do­stęp do ba­se­nu na da­chu.

– Zga­du­ję, że nasz chło­pak, We­sley, lubi im­pre­zo­wać? – po­wie­dzia­ła Lia. – Szcze­gól­nie w syl­we­stra.

Prze­sta­łam pa­trzeć na Tho­ma­sa We­sleya i przyj­rza­łam się jesz­cze raz Ale­xan­drze. By­łaś z przy­ja­ciół­ka­mi. Chcia­ły­ście po­sza­leć w syl­we­stra w Ve­gas. Zo­sta­łaś za­pro­szo­na na przy­ję­cie. Może na­wet na to przy­ję­cie. Tur­ku­so­wa su­kien­ka, czar­ne buty na wy­so­kich ob­ca­sach. Je­den z nich był zła­ma­ny. Jak zła­ma­łaś ob­cas?

Ucie­ka­łaś?

– Mia­ła na cie­le si­nia­ki? Śla­dy, któ­re mo­gły wska­zy­wać na to, że zo­sta­ła uto­pio­na? – spy­ta­łam.

Czy pró­bo­wa­łaś wal­czyć z na­past­ni­kiem?

– Nie było żad­nych śla­dów wal­ki. Po­ziom al­ko­ho­lu we krwi był na tyle wy­so­ki, że uzna­no spra­wę za wy­pa­dek. Tra­gicz­ny, ale nie­kwa­li­fi­ku­ją­cy się pod mor­der­stwo.

To wy­ja­śnia­ło, dla­cze­go nie po­łą­czo­no dwóch pierw­szych ofiar. Po­li­cja nie mia­ła po­ję­cia, że Ale­xan­dra była ofia­rą.

– Skąd wie­my, że to nie był wy­pa­dek? – Lia prze­ło­ży­ła nogi przez opar­cie i bez­tro­sko nimi ma­cha­ła.

– Pod­pis – po­wie­dzie­li­śmy z De­anem w jed­nym mo­men­cie.

Po­my­śla­łam o spraw­cy. Upo­zo­ro­wa­łeś wy­pa­dek. Ale zo­sta­wi­łeś na miej­scu zbrod­ni coś, czym chcia­łeś pod­po­wie­dzieć po­li­cji, że nie było w tym nic przy­pad­ko­we­go. Je­śli będą wy­star­cza­ją­co mą­drzy, je­śli po­łą­czą ele­men­ty ukła­dan­ki, zo­ba­czą, co ro­bisz. Do­strze­gą w tym ele­gan­cję.

Zo­ba­czą, jaki je­steś zdol­ny.

– Co to było? – pod­bi­łam py­ta­nie po­sta­wio­ne wcześ­niej przez De­ana. – Co zo­sta­wił enes?

Briggs znów klik­nął na pi­lo­cie do pro­jek­to­ra i zo­ba­czy­li­śmy ko­lej­ne zdję­cie. Zbli­że­nie na nad­gar­stek Ale­xan­dry. Jej dłoń le­ża­ła na pod­ło­dze wnę­trzem do góry. Pod skó­rą wi­dać było żyły, a tuż nad nimi, na krań­cu nad­garst­ka czte­ry licz­by, wy­ta­tu­owa­ne wy­myśl­ną czcion­ką: trzy-dwa-je­den-trzy. Tusz był ciem­no­brą­zo­wy, lek­ko wpa­da­ją­cy w po­ma­rańcz.

– Hen­na – po­wie­dzia­ła Slo­ane, ba­wiąc się ścią­ga­czem rę­ka­wa i, cał­kiem roz­sąd­nie, uni­ka­jąc na­szych spoj­rzeń. – To barw­nik otrzy­my­wa­ny z ro­śli­ny o na­zwie law­so­nia bez­bron­na. Ry­sun­ki z hen­ny są nie­trwa­łe i o wie­le mniej po­pu­lar­ne niż ta­tu­aże per­ma­nent­ne. W sto­sun­ku oko­ło je­den do dwu­dzie­stu.

Dean prze­twa­rzał in­for­ma­cje. Pa­trzył na zdję­cie, jak­by cze­kał, aż do­wie się z nie­go o wszyst­kim, co się sta­ło. W koń­cu za­py­tał:

– Ta­tu­aż jest na­szym pod­pi­sem?

Nie tyl­ko zo­sta­wiasz pod­pis. Ta­tu­ujesz go na cia­łach swo­ich ofiar.

– Wia­do­mo, kie­dy go zro­bio­no? Czy enes naj­pierw go zro­bił, a po­tem uto­pił dziew­czy­nę, czy na od­wrót? – spy­ta­łam.

Briggs i Ster­ling spoj­rze­li na sie­bie.

– Ani jed­no, ani dru­gie.Jej przy­ja­cie­le twier­dzą, że sama go so­bie zro­bi­ła – od­po­wie­dzia­ła Ster­ling.

Kie­dy prze­twa­rza­li­śmy tę in­for­ma­cję, Briggs po­ka­zał ko­lej­ne zdję­cie. Mia­łam ocho­tę od­wró­cić wzrok, ale nie by­łam w sta­nie tego zro­bić. Cia­ło na ekra­nie było po­kry­te bą­bla­mi od opa­rzeń. Nie po­tra­fi­łam na­wet oce­nić, czy to ko­bie­ta, czy męż­czy­zna. Na ca­łym cie­le było tyl­ko jed­no nie­na­ru­szo­ne miej­sce.

Pra­wy nad­gar­stek.

– Czte­ry-pięć-pięć-osiem – prze­czy­ta­ła Slo­ane. – Trzy—dwa-je­den-trzy, czte­ry-pięć-pięć-osiem – po­wtó­rzy­ła ci­cho nu­me­ry.

Dean i ja pa­trzy­li­śmy na zdję­cie.

– To nie hen­na. Tym ra­zem spra­wi­łem, że licz­by zo­sta­ły wy­pa­lo­ne na skó­rze ofia­ry – po­wie­dział.

Kie­dy ja pro­fi­lo­wa­łam, uży­wa­łam za­im­ka „ty”. Roz­ma­wia­łam z mor­der­cą, roz­ma­wia­łam z ofia­ra­mi. Ale Dean wcho­dził w umysł ene­sa. Sta­wał się nim. To on za­bi­jał.

Nie dzi­wi­ło mnie to. Wie­dzia­łam, kim był jego oj­ciec. Dean nie po­tra­fił wy­zbyć się stra­chu, że odzie­dzi­czył śla­dy jego okru­cień­stwa.

Mu­siał sta­wiać czo­ło swo­im lę­kom za każ­dym ra­zem, kie­dy pro­fi­lo­wał.

– Czy to jest ten mo­ment, w któ­rym mó­wi­cie nam, że ofia­ra sama wy­pa­li­ła so­bie te nu­me­ry na nad­garst­ku? – spy­ta­ła Lia. Nie­źle jej szło uda­wa­nie, że sto­pień okru­cień­stwa tego wszyst­kie­go nie robi na niej naj­mniej­sze­go wra­że­nia, ale wie­dzia­łam, że to tyl­ko po­zo­ry. Lia świet­nie po­tra­fi­ła ma­sko­wać swo­je uczu­cia i po­ka­zy­wać świa­tu tyl­ko to, co chcia­ła po­ka­zać.

– W pew­nym sen­sie – po­wie­dział Briggs i wy­świe­tlił ko­lej­ne zdję­cie.

Zno­wu nad­gar­stek. A na nim coś, co wy­glą­da­ło na bran­so­let­kę. W gru­by ma­te­riał zo­sta­ły wple­cio­ne czte­ry me­ta­lo­we cy­fry: czte­ry-pięć-pięć-osiem, tyle że w od­bi­ciu lu­strza­nym.

– Ma­te­riał ognio­od­por­ny. Kie­dy ofia­ra pło­nę­ła, me­tal się roz­grzał i zo­sta­wił ślad na skó­rze, ale w miej­scu, gdzie była sama opa­ska, skó­ra po­zo­sta­ła nie­tknię­ta – wy­ja­śni­ła agent­ka Ster­ling.

– Nasi in­for­ma­to­rzy twier­dzą, że ofia­ra do­sta­ła bran­so­let­kę w pacz­ce od fana. Ko­per­ta, w któ­rej przy­szła, tra­fi­ła na śmiet­nik – uprze­dził py­ta­nia Briggs.

– Prze­sył­ka od fana? W ta­kim ra­zie… kim jest ofia­ra? – spy­ta­łam.

W od­po­wie­dzi na moje py­ta­nie na ekra­nie po­ja­wi­ło się ko­lej­ne zdję­cie. Męż­czy­zna, na oko dwu­dzie­sto­kil­ku­let­ni. Twarz po­cią­gła, atrak­cyj­na, z przy­ku­wa­ją­cy­mi wzrok fio­le­to­wy­mi ocza­mi – mu­siał no­sić szkła kon­tak­to­we.

– Sy­lve­ster Wil­de – po­wie­dzia­ła za­sko­czo­na Lia. Z wra­że­nia opu­ści­ła jed­ną nogę na zie­mię. – Był ni­czym współ­cze­sny Ho­udi­ni. Pra­co­wał jako ilu­zjo­ni­sta i hip­no­ty­zer i jak więk­szość jego ko­le­gów po fa­chu świet­nie znał się na sztu­ce kła­ma­nia – wy­ja­śni­ła.

W ustach Lii te sło­wa brzmia­ły jak kom­ple­ment.

– Wy­stę­po­wał wie­czo­ra­mi w Won­der­land.

– Ko­lej­ne ka­sy­no – stwier­dził Dean.

– Ow­szem – po­twier­dzi­ła agent­ka Ster­ling. – Dru­gie­go stycz­nia Wil­de był w po­ło­wie wy­stę­pu, kie­dy coś po­szło nie tak i sam się pod­pa­lił. Przy­naj­mniej tak to wy­glą­da­ło z ze­wnątrz.

– Ko­lej­ny wy­pa­dek. – Dean spu­ścił wzrok, wło­sy opa­dły mu na twarz. Był skon­cen­tro­wa­ny, po­zna­łam to po na­pię­tych mię­śniach ra­mion.

– Tak wła­śnie twier­dzi­ły wła­dze – po­wie­dział agent Briggs. – Aż do chwi­li, kie­dy…

Ko­lej­ne zdję­cie. Ostat­nia ofia­ra.

– Eu­ge­ne Loc­khart. Sie­dem­dzie­siąt osiem lat. Sta­ły by­wa­lec ka­sy­na De­sert Rose. Przy­cho­dził raz w ty­go­dniu z ko­le­ga­mi z lo­kal­ne­go domu spo­koj­nej sta­ro­ści.

Briggs nie po­wie­dział ani sło­wa na te­mat jego śmier­ci. Nie mu­siał. Z klat­ki pier­sio­wej męż­czy­zny ster­cza­ła strza­ła.

ROZDZIAŁ 6

Jak to się sta­ło, że mor­der­ca prze­szedł od po­zo­ro­wa­nia wy­pad­ków do strze­le­nia z łuku w bia­ły dzień?

My­śla­łam o tym, kie­dy sa­mo­lot pod­cho­dził do lą­do­wa­nia w Las Ve­gas. Wpro­wa­dze­nie do spra­wy nie skoń­czy­ło się na zdję­ciu tra­fio­ne­go pro­sto w ser­ce Eu­ge­ne’a Loc­khar­ta, ale wła­śnie w tam­tym mo­men­cie wszyst­kie moje po­dej­rze­nia do­ty­czą­ce mor­der­cy oka­za­ły się błęd­ne.

Czu­łam, że Dean też się nad tym za­sta­na­wiał.

Na­sze zdol­no­ści szły w pa­rze z tym, że nie umie­li­śmy wy­łą­czyć pew­nych par­tii mó­zgu. Lia nie po­tra­fi­ła prze­stać wy­kry­wać kłamstw. Slo­ane wi­dzia­ła licz­by, gdzie­kol­wiek po­szła. Mi­cha­el wy­ła­py­wał na­wet naj­bar­dziej prze­lot­ne emo­cje po­ja­wia­ją­ce się na twa­rzy każ­dej na­po­tka­nej oso­by. A Dean i ja kom­pul­syw­nie do­pa­so­wy­wa­li­śmy do sie­bie ele­men­ty ukła­da­nek.

Nie po­tra­fi­ła­bym prze­stać. Wie­dzia­łam, że ja­kie­kol­wiek pró­by skoń­czą się na tym, że mój umysł na­tych­miast za­cznie upo­rczy­wie wra­cać do tych my­śli. Dla­te­go na­wet nie pró­bo­wa­łam już z tym wal­czyć.

Za­cho­wa­nie. Oso­bo­wość. Śro­do­wi­sko. W dzia­ła­niu każ­de­go, na­wet naj­okrut­niej­sze­go mor­der­cy jest me­to­da. Od­kry­wa­nie mo­ty­wów ozna­cza­ło wcho­dze­nie w skó­rę za­bój­cy i wy­obra­ża­nie so­bie świa­ta jego ocza­mi.

Chcia­łeś, żeby po­li­cja wie­dzia­ła, że Eu­ge­ne Loc­khart zo­stał za­mor­do­wa­ny,po­my­śla­łam. Za­czę­łam od tego, co naj­bar­dziej oczy­wi­ste. Na co dzień lu­dzie nie do­sta­wa­li strza­łą my­śliw­ską w ser­ce na środ­ku za­tło­czo­ne­go ka­sy­na. To na pew­no słu­ży­ło zwró­ce­niu uwa­gi po­li­cji. Zwłasz­cza w po­rów­na­niu z po­przed­ni­mi mor­der­stwa­mi. Chcia­łeś, żeby się do­wie­dzie­li. Zo­ba­czy­li, co ro­bisz. Zo­ba­czy­li cie­bie.

Czę­sto nie zwra­ca­no na cie­bie uwa­gi?

Masz już tego dość?

Jesz­cze raz przy­po­mnia­łam so­bie wszyst­ko, co wie­dzie­li­śmy na te­mat tego przy­pad­ku. Poza nu­me­rem na­pi­sa­nym mar­ke­rem na nad­garst­ku le­karz me­dy­cy­ny są­do­wej zna­lazł wia­do­mość na strza­le. Ła­ciń­skie sło­wo: Ter­tium.

Trze­ci raz.

To dla­te­go po­li­cja spraw­dzi­ła wszyst­kie koń­czą­ce się śmier­cią nie­szczę­śli­we wy­pad­ki i po­now­nie wsz­czę­ła śledz­two w spra­wach Ale­xan­dry Ruiz i Sy­lve­stra Wil­de’a.

Dla­cze­go wy­bra­łeś ła­ci­nę? Uwa­żasz się za in­te­lek­tu­ali­stę? A może to część ja­kie­goś ry­tu­ału? Na samą myśl o tym prze­szedł mnie dreszcz. Ja­kie­go ry­tu­ału?

Zu­peł­nie nie­świa­do­mie przy­tu­li­łam się do De­ana. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły i przez chwi­lę się za­sta­na­wia­łam, o czym mógł my­śleć. Czy wcho­dze­nie w rolę mor­der­cy przy­pra­wia­ło go o ciar­ki tak jak mnie?

Dean po­ło­żył dłoń na mo­jej dło­ni i de­li­kat­nie wo­dził pal­cem po moim nad­garst­ku.

Wte­dy Lia nas na­kry­ła. Po­ło­ży­ła rękę na czo­le w dra­ma­tycz­nym ge­ście.

– Je­stem mrocz­nym i mści­wym pro­fi­le­rem – za­czę­ła, po czym zmie­ni­ła rękę oraz ton gło­su na fal­set i kon­ty­nu­owa­ła przed­sta­wie­nie: – Nie! To ja je­stem mrocz­ną i mści­wą pro­fi­ler­ką! Gwiaz­dy nie sprzy­ja­ją na­szej mi­ło­ści!

Na prze­dzie sa­mo­lo­tu Judd za­ka­słał. By­łam pew­na, że ma­sko­wał tym śmiech.

– Nie po­wie­dzie­li­ście nam, dla­cze­go po­li­cja tak na­gle za­pra­gnę­ła współ­pra­co­wać z FBI – po­wie­dzia­łam, pró­bu­jąc od­wró­cić czymś uwa­gę Lii, za­nim ode­gra całą hi­sto­rię na­sze­go związ­ku.

Sa­mo­lot wy­lą­do­wał. Lia wsta­ła i się prze­cią­gnę­ła, wy­gi­na­jąc ple­cy jak kot. Od razu po­łknę­ła przy­nę­tę.

– No? To jak? Po­dzie­li­cie się tą ta­jem­ną wie­dzą? – po­pę­dzi­ła agen­tów.

Briggs od­po­wie­dział krót­ko i na te­mat:

– Trzy mor­der­stwa w trzech róż­nych ka­sy­nach w cią­gu trzech dni. Wła­ści­cie­le ka­syn za­czę­li się nie­po­ko­ić.

Lia chwy­ci­ła to­reb­kę i prze­wie­si­ła ją przez ra­mię.

– Ro­zu­miem, że wład­cy nad ka­sy­na­mi spra­wu­ją­cy pie­czę o biz­nes swój się lę­ka­ją. Eks­per­tów we­zwa­nia od władz lo­kal­nych żą­da­ją – po­wie­dzia­ła i uśmiech­nę­ła się szel­mow­sko. – Śmiem po­ma­rzyć, że VIP trak­to­wa­nie za­pew­nić nam więc ze­chcą.

Już wi­dzia­łam Lię wy­obra­ża­ją­cą so­bie klu­by noc­ne i VIP-ro­omy w Ve­gas. Briggs chy­ba zo­ba­czył to samo.

– To nie za­ba­wa, Lia. Nie przy­je­cha­li­śmy na wa­ka­cje – przy­po­mniał jej.

– Poza tym – do­da­ła agent­ka Ster­ling – je­steś nie­peł­no­let­nia.

– Zbyt mło­da, żeby im­pre­zo­wać, ale wy­star­cza­ją­co doj­rza­ła, by uczest­ni­czyć w śledz­twach do­ty­czą­cych se­ryj­nych mor­der­ców. Mar­ny mój los! – wes­tchnę­ła Lia.

– Lia… – po­wie­dział Dean. Kie­dy na nią spoj­rzał, wy­glą­dał jak młod­sza wer­sja Brig­g­sa.

– Wiem, wiem. Nie de­ner­wuj mi­łych pań­stwa agen­tów – od­po­wie­dzia­ła, ale tyl­ko po to, żeby pójść o krok da­lej: – Ale śpi­my za dar­mosz­kę?

Briggs i Ster­ling wy­mie­ni­li ulot­ne spoj­rze­nia.

– Agen­ci FBI otrzy­ma­li bez­płat­ne za­kwa­te­ro­wa­nie w De­sert Rose – od­po­wie­dział za nich Judd. – Ja na­to­miast za­re­zer­wo­wa­łem dwa po­ko­je w skrom­nym ho­te­lu nie­opo­dal cen­trum.

In­ny­mi sło­wy: Judd nie chciał, by­śmy miesz­ka­li w sie­dzi­bie FBI. Jako oso­ba, któ­ra w cią­gu ostat­nich sze­ściu mie­się­cy zo­sta­ła dwu­krot­nie po­rwa­na przez se­ryj­nych mor­der­ców, nie mia­łam nic prze­ciw­ko, żeby trzy­mać się na ubo­czu.

– Slo­ane, wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­tał na­gle Dean, przy­po­mi­na­jąc mi o jej ist­nie­niu.

Slo­ane szcze­rzy­ła zęby w naj­więk­szym i naj­bar­dziej sztucz­nym uśmie­chu, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam. Za­mar­ła jak je­leń w świe­tle re­flek­to­rów.

– Wca­le nie tre­nu­ję uśmie­chu – od­pa­ro­wa­ła. – Lu­dzie cza­sa­mi tak mają. – Jej stwier­dze­nie spo­tka­ło się z mil­cze­niem, więc spró­bo­wa­ła zmie­nić te­mat: – Wie­cie, że w New Hamp­shi­re przy­pa­da wię­cej cho­mi­ków na miesz­kań­ca niż w ja­kim­kol­wiek in­nym sta­nie?

Przy­zwy­cza­iłam się już, że Slo­ane strze­la na pra­wo i lewo sta­ty­sty­ka­mi, ale bio­rąc pod uwa­gę fakt, że szy­ko­wa­li­śmy się do wy­ciecz­ki po Ve­gas, spo­dzie­wa­łam się usły­szeć coś bar­dziej na te­mat. Kie­dy o tym po­my­śla­łam, do­zna­łam olśnie­nia. Ve­gas! Slo­ane się tu uro­dzi­ła i wy­cho­wa­ła.

Gdy­by­śmy mie­li nor­mal­ne dzie­ciń­stwa, nie by­li­by­śmy w pro­gra­mie. Nie wie­dzia­łam wie­le o prze­szło­ści Slo­ane, ale to tu, to tam wy­ła­py­wa­łam ja­kieś szcze­gó­ły. Nie po­je­cha­ła do domu na świę­ta. Tak jak Lia i Dean nie mia­ła do­kąd.

– Do­brze się czu­jesz? – spy­ta­łam.

– Po­twier­dzam. Wszyst­ko w po­rząd­ku – za­szcze­bio­ta­ła.

– Wca­le nie czu­jesz się do­brze – po­wie­dzia­ła Lia bez ogró­dek, po czym przy­cią­gnę­ła Slo­ane do sie­bie i do­da­ła: – Ale je­śli w cią­gu naj­bliż­szych czte­rech dni wszyst­kie swo­je de­cy­zje ży­cio­we uza­leż­nisz ode mnie, bę­dzie do­brze – po­wie­dzia­ła. Wy­da­wa­ła się za­chwy­co­na tym po­my­słem.

– Sta­ty­sty­ki do­ty­czą­ce sen­sow­no­ści two­ich wy­bo­rów ży­cio­wych nie wy­pa­da­ją naj­le­piej, ale dzię­ku­ję. Roz­wa­żę to – od­po­wie­dzia­ła z po­wa­gą Slo­ane.

Briggs po­tarł ręką skroń. Ster­ling otwo­rzy­ła usta, jak­by już mia­ła po­wie­dzieć Lii, że nie bę­dzie po­dej­mo­wać za ni­ko­go żad­nych de­cy­zji pod­czas po­by­tu w Ve­gas, na­wet tych do­ty­czą­cych jej sa­mej, ale wte­dy Judd rzu­cił jej zna­czą­ce spoj­rze­nie i de­li­kat­nie po­ki­wał prze­czą­co gło­wą. Miał sła­bość do Slo­ane. Poza tym wszy­scy obec­ni na po­kła­dzie tego sa­mo­lo­tu wie­dzie­li, że dziew­czy­na nie była za­do­wo­lo­na z po­wro­tu.

Praw­dzi­wy dom nie jest miej­scem, Cas­sie, na­gle przy­po­mnia­ły mi się sło­wa mat­ki. Dom to lu­dzie, któ­rzy cię ko­cha­ją naj­bar­dziej na świe­cie i któ­rzy ni­g­dy nie prze­sta­ną cię ko­chać. Co­kol­wiek by się dzia­ło.

Wsta­łam, żeby od­go­nić wspo­mnie­nia. Nie mo­głam te­raz o niej my­śleć. Nie tra­fi­li­śmy do Ve­gas przez przy­pa­dek. Mie­li­śmy za­da­nie do wy­ko­na­nia.

Drzwi sa­mo­lo­tu się otwo­rzy­ły.

– Pa­nie przo­dem – po­wie­dział Briggs.

Ty

Trzy jest licz­bą. Licz­bą bo­ków trój­ką­ta. Licz­bą pierw­szą. Świę­tą licz­bą.

Trzy.

Trzy razy trzy.

Trzy razy trzy razy trzy.

Opusz­ka­mi pal­ców mu­skasz grot strza­ły. Je­steś do­brym strzel­cem. Za­wsze wie­dzia­łeś, że nim bę­dziesz. Ale za­bi­cie sta­rusz­ka nie dało ci przy­jem­no­ści. Wo­lisz dłuż­sze za­ba­wy, mi­ster­ne pla­no­wa­nie, ukła­da­nie rząd­ków z ko­stek do­mi­na. A po­tem je­den ruch i…

Dziew­czy­na w ba­se­nie.

Pło­mie­nie pa­lą­ce skó­rę nu­me­ru dwa.

Per­fek­cja. Ele­gan­cja. To o wie­le lep­sze niż prze­bi­cie strza­łą pier­si sta­rusz­ka.

Ale ist­nie­je w tym wszyst­kim po­rzą­dek. Są za­sa­dy. Tak mia­ło być. Trze­ci stycz­nia. Strza­ła. Sta­ru­szek w złym miej­scu w złym cza­sie.

Czy te­raz czu­jesz, że zwró­ci­łeś na sie­bie uwa­gę?

Cho­wasz w kie­sze­ni grot. W in­nym ży­ciu, w lep­szym świe­cie trzy by ci wy­star­czy­ły. Za­do­wo­lił­byś się trój­ką.

Trzy to do­bra licz­ba.

Ale w tym ży­ciu trzy ci nie wy­star­czy. Nie mo­żesz prze­stać. Nie prze­sta­niesz.

Je­śli jesz­cze nie sku­pi­łeś na so­bie ich uwa­gi, wkrót­ce i tak to zro­bisz.

ROZDZIAŁ 7

Dzie­ciń­stwo spę­dzi­łam głów­nie w ta­nich mo­te­lach lub w miesz­ka­niach opła­ca­nych z góry raz w ty­go­dniu. W po­rów­na­niu z nie­któ­ry­mi miej­sca­mi, w któ­rych za­trzy­my­wa­ły­śmy się z mat­ką, ho­tel wy­bra­ny przez Jud­da wy­glą­dał cał­kiem w po­rząd­ku. Może był odro­bi­nę za­nie­dba­ny.

– Wła­śnie o czymś ta­kim ma­rzy­łam – oznaj­mi­ła Lia ra­do­śnie. Była do­bra nie tyl­ko w wy­kry­wa­niu kłamstw: sama po­tra­fi­ła łgać bez za­jąk­nie­nia. Tym ra­zem pa­trzy­ła na bu­dy­nek wzro­kiem peł­nym mi­ło­ści.

– Nie jest źle – po­wie­dział Dean.

W mgnie­niu oka Lia wy­szła z roli. Od­rzu­ci­ła wło­sy na ra­mię i wy­ja­śni­ła:

– Je­ste­śmy w Las Ve­gas, Dean. „Nie jest źle” to nie jest stan­dard, ja­kie­go ocze­ki­wa­łam.

– Ale nam wy­star­czy – żach­nął się Judd.

– A co, je­śli wam po­wiem, że nie musi? – Zza ple­ców usły­sza­łam py­ta­nie. Od razu roz­po­zna­łam głos do­bie­ga­ją­cy z par­kin­gu.

Mi­cha­el.

Za­nim się od­wró­ci­łam, przez uła­mek se­kun­dy po­my­śla­łam o tym, kogo zo­ba­czę tym ra­zem. Chłop­ca, któ­ry przy­stą­pił do pro­gra­mu? Bez­bron­ne­go Mi­cha­ela, któ­ry od­wa­żył się po­ka­zać mi bli­zny z prze­szło­ści? A może zbla­zo­wa­ne­go chło­pa­ka za­cho­wu­ją­ce­go się tak, jak­by nic go nie ru­sza­ło?

A szcze­gól­nie ja.

– Town­send! Nie­zła bry­ka! – przy­wi­tał go Dean.

– Nie je­steś aby za mło­dy na kry­zys wie­ku śred­nie­go? – do­da­ła Lia.

– Ach, to ży­cie na kra­wę­dzi. Trze­ba umieć się przy­sto­so­wać do in­fla­cji – zri­po­sto­wał Mi­cha­el.

Naj­pierw spoj­rza­łam na sa­mo­chód, do­pie­ro po­tem na Mi­cha­ela. Kla­sycz­ny czer­wo­ny ka­brio­let. Wy­glą­dał jak z lat pięć­dzie­sią­tych, może sześć­dzie­sią­tych. W świet­nym sta­nie. Mi­cha­el też spra­wiał do­bre wra­że­nie. Nie do­strze­głam siń­ców na jego twa­rzy ani na dło­ni opar­tej o sie­dze­nie pa­sa­że­ra.

Mi­cha­el rzu­cił mi prze­lot­ne spoj­rze­nie.

– Nie martw się, Ko­lo­ra­do. Je­stem cały i zdrów – po­wie­dział i wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu.

Po raz pierw­szy od daw­na od­po­wie­dział na coś, cze­go nie zdą­ży­łam na­wet wy­po­wie­dzieć. Po raz pierw­szy po­trak­to­wał mnie jak oso­bę, któ­rej emo­cje war­to czy­tać.

– Co wię­cej, czu­ję się jak nowo na­ro­dzo­ny – ogło­sił. – Na do­da­tek jako ktoś nie­zwy­kle hoj­ny i ma­ją­cy zna­jo­mo­ści. – Spoj­rzał na Jud­da. – Je­śli nie masz nic prze­ciw­ko, ja też zro­bi­łem nam re­zer­wa­cję.

Mi­cha­el za­re­zer­wo­wał nam po­ko­je w Ma­je­sty, naj­droż­szym ho­te­lu i ka­sy­nie w mie­ście. Kie­dy pod­cho­dzi­li­śmy do głów­ne­go wej­ścia, Slo­ane spa­ni­ko­wa­ła. Po kil­ku kro­kach do przo­du cof­nę­ła się o kil­ka jak­by ste­ro­wa­na ma­gne­sem. Do te­go szyb­ko po­ru­sza­ła war­ga­mi – praw­do­po­dob­nie pod no­sem wy­mie­nia­ła cy­fry po prze­cin­ku w licz­bie pi.

Nie­któ­re dzie­ci za­wsze za­bie­ra­ją ze sobą ulu­bio­ny ko­cyk, żeby czuć się bez­piecz­nie. Je­stem pew­na, że Slo­ane też taki mia­ła.

Gdy pró­bo­wa­łam od­kryć, co ta­kie­go w ka­sy­nie Ma­je­sty wy­wo­ła­ło u niej atak pa­ni­ki, na­sza eks­pert­ka w dzie­dzi­nie sta­ty­sty­ki prze­sta­ła mam­ro­tać, za­ci­snę­ła zęby i zro­bi­ła krok przez próg. Lia unio­sła brwi i spoj­rza­ła na mnie zna­czą­co. Nie tyl­ko ja za­uwa­ży­łam dziw­ne za­cho­wa­nie Slo­ane. Mi­cha­el nie zwró­cił na nie uwa­gi tyl­ko dla­te­go, że spa­ce­ro­wał już przez hol, kil­ka me­trów przed nami.

Ru­szy­li­śmy za nim. Po dro­dze po­dzi­wia­łam su­fit dwa­dzie­ścia me­trów nad na­szy­mi gło­wa­mi. Judd nie awan­tu­ro­wał się o prze­pro­wadz­kę. Moja we­wnętrz­na pro­fi­ler­ka pod­po­wia­da­ła mi, że wy­czu­wał, iż jego pod­opiecz­ny tego po­trze­bu­je. Nie luk­su­sów. Kon­tro­li.

– Pa­nie Town­send – przy­wi­tał Mi­cha­ela con­cier­ge z sza­cun­kiem na­leż­nym gło­wie pań­stwa – je­ste­śmy za­szczy­ce­ni, że pan i pań­scy to­wa­rzy­sze po­sta­no­wi­li­ście spę­dzić u nas czas. Apar­ta­ment Re­no­ir jest jed­nym z naj­lep­szych, ja­kie mamy w ofer­cie.

Mi­cha­el ru­szył za nim. Mi­nę­ło już kil­ka mie­się­cy, od kie­dy zo­stał po­strze­lo­ny, ale na­dal nie­znacz­nie uty­kał. Nie ukry­wał tego. Oparł rękę na bio­drze, zmu­sza­jąc męż­czy­znę do opusz­cze­nia wzro­ku.

– Mam na­dzie­ję, że apar­ta­ment ma do­stęp do win­dy – po­wie­dział Mi­cha­el.

– Oczy­wi­ście! – za­pew­nił prze­ję­ty con­cier­ge.

Ką­tem oka zo­ba­czy­łam, że Dean lek­ko się skrzy­wił. Mi­cha­el draż­nił się z tym bie­da­kiem i czer­pał z tego odro­bi­nę za dużo sa­tys­fak­cji.

– Je­stem prze­ko­na­ny, że apar­ta­ment Re­no­ir ma pry­wat­ny do­stęp do win­dy. Praw­da, pa­nie Sim­mons? – Blon­dyn, na oko dwu­dzie­sto­kil­ku­let­ni, sta­nął obok con­cier­ge i sub­tel­nie wtrą­cił się do roz­mo­wy. Miał na so­bie ciem­no­czer­wo­ną ko­szu­lę (wy­glą­da­ła na je­dwab­ną) pod czar­ną spor­to­wą kurt­ką. Uważ­nie przyj­rzał się Mi­cha­elo­wi, po czym za­piął dwa gór­ne gu­zi­ki kurt­ki – ge­stem, któ­ry bar­dziej przy­wo­dził na myśl żoł­nie­rza szy­ku­ją­ce­go się do bi­twy niż ze­stre­so­wa­ne­go pra­cow­ni­ka ho­te­lu. – Od­pro­wa­dzę pań­stwa – zwró­cił się do con­cier­ge, któ­ry przy­tak­nął w od­po­wie­dzi.

Z tej scen­ki wy­wnio­sko­wa­łam dwie rze­czy. Po pierw­sze con­cier­ge nie miał żad­nych pro­ble­mów z przyj­mo­wa­niem po­le­ceń od męż­czy­zny młod­sze­go od sie­bie co naj­mniej o dwa­dzie­ścia lat. Po dru­gie ten młod­szy nie miał żad­nych opo­rów przed ich wy­da­wa­niem.

– Aaron Shaw – przed­sta­wił się i wy­cią­gnął dłoń do Mi­cha­ela. Przy­wi­ta­li się.

Kie­dy le­piej mu się przyj­rza­łam, do­tar­ło do mnie, że był młod­szy, niż my­śla­łam na po­cząt­ku. Mógł mieć nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia je­den, dwa lata.

– Z przy­jem­no­ścią za­pro­wa­dzę pań­stwa do apar­ta­men­tu – do­dał.

W my­ślach prze­twa­rza­łam to, co już o nim wie­dzia­łam. Za­cho­wa­nie. Oso­bo­wość. Śro­do­wi­sko.Aaron Shaw przy­był con­cier­ge z od­sie­czą. Kie­dy szedł przez lob­by, uśmie­chał się do wie­lu osób, od bo­jów ho­te­lo­wych po go­ści. Czuł się tu jak u sie­bie.

A lu­dzie scho­dzi­li mu z dro­gi.

– Ka­sy­no jest wła­sno­ścią pań­skiej ro­dzi­ny? – spy­ta­łam.

– Czy to aż tak oczy­wi­ste? – od­parł, na uła­mek se­kun­dy zwal­nia­jąc tem­pa.

– Zdra­dzi­ła pana je­dwab­na ko­szu­la – po­wie­dział kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem Mi­cha­el. – I buty.

Aaron przej­rzał się w drzwiach oszklo­nej win­dy.

– Zdra­dzo­ny przez obu­wie! Chy­ba mogę się po­że­gnać z ka­rie­rą szpie­ga! – zri­po­sto­wał.

Ocze­ku­jesz od in­nych, żeby bra­li cię na po­waż­nie, mimo to po­tra­fisz się z sie­bie śmiać,po­my­śla­łam.

Slo­ane pa­trzy­ła na nie­go, jak­by przed chwi­lą otwo­rzył jej klat­kę pier­sio­wą i wy­rwał z niej ser­ce.

– Oczy­wi­ście żar­to­wa­łem z tym szpie­giem. Przy­się­gam! – po­wie­dział Aaron i uśmiech­nął się do niej o wie­le przy­jaź­niej niż do Mi­cha­ela.

Slo­ane na­tych­miast się­gnę­ła do swo­je­go heu­ry­stycz­ne­go wor­ka z fak­ta­mi na każ­dą oka­zję:

– W ho­te­lu jest czte­ry ty­sią­ce dzie­więć­dzie­siąt sie­dem po­koi. Re­stau­ra­cja ser­wu­je dwa­dzie­ścia dzie­więć ty­się­cy po­sił­ków dzien­nie – po­wie­dzia­ła z wy­raź­ną na­dzie­ją w gło­sie.

Od­wró­ci­łam się do Aaro­na, go­to­wa się wtrą­cić, żeby ra­to­wać Slo­ane z opre­sji, ale on kom­plet­nie nie zwró­cił uwa­gi na jej styl pro­wa­dze­nia roz­mo­wy.

– Była pani kie­dyś u nas? – za­py­tał.

Z ja­kie­goś po­wo­du to był cios dla Slo­ane, pro­sto w ser­ce. Nie od­po­wie­dzia­ła, po­krę­ci­ła tyl­ko prze­czą­co gło­wą. Po­nie­wcza­sie przy­po­mnia­ła so­bie o uśmie­chu – wy­szcze­rzy­ła się do nie­go tak jak wcze­śniej w sa­mo­lo­cie.

Two­je sta­ra­nia wi­dać z od­le­gło­ści ki­lo­me­tra,po­my­śla­łam. Cho­ciaż nie by­łam pew­na, co Slo­ane wła­ści­wie pró­bo­wa­ła osią­gnąć.

Przy­je­cha­ła win­da. Aaron wsiadł pierw­szy i przy­trzy­mał nam drzwi. Kie­dy zna­leź­li­śmy się w środ­ku, po­pa­trzył na Slo­ane i za­py­tał:

– Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Przy­tak­nę­ła. Kie­dy drzwi win­dy się za­mknę­ły, de­li­kat­nie stuk­nę­łam ją bio­drem. Rzu­ci­ła mi prze­lot­ne, nie­pew­ne spoj­rze­nie, po czym od­po­wie­dzia­ła tym sa­mym.

– Czy wie­cie, że w win­dach gi­nie tyl­ko dwa­dzie­ścia sie­dem osób rocz­nie? – spy­ta­ła po­god­nie, po­dej­mu­jąc ko­lej­ną pró­bę kon­wer­sa­cji.

ROZDZIAŁ 8

Apar­ta­ment Re­no­ir miał pięć sy­pial­ni i po­kój dzien­ny, któ­ry po­mie­ścił­by po­ło­wę dru­ży­ny fut­bo­lo­wej. Okna cią­gnę­ły się od pod­ło­gi aż po su­fit, dzię­ki cze­mu mie­li­śmy wi­dok na pa­no­ra­mę głów­nej uli­cy Ve­gas, błysz­czą­cej na­wet w cią­gu dnia.

Lia usia­dła na bar­ku i ra­do­śnie ma­cha­ła no­ga­mi, oce­nia­jąc nasz nowy przy­by­tek.

– Nie jest źle – po­wie­dzia­ła Mi­cha­elo­wi.

– Po­dzię­kuj za to mo­je­mu ojcu – od­parł.

Po­czu­łam się nie­zręcz­nie. Nie chcia­łam dzię­ko­wać jego ojcu za nic i w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach on rów­nież by tego nie chciał.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

SPIS TREŚCI

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Roz­dział 5

Roz­dział 6

Roz­dział 7

Roz­dział 8

Roz­dział 9

Roz­dział 10

Roz­dział 11

Roz­dział 12

Roz­dział 13

Roz­dział 14

Roz­dział 15

Roz­dział 16

Roz­dział 17

Roz­dział 18

Roz­dział 19

Roz­dział 20

Roz­dział 21

Roz­dział 22

Roz­dział 23

Roz­dział 24

Roz­dział 25

Roz­dział 26

Roz­dział 27

Roz­dział 28

Roz­dział 29

Roz­dział 30

Roz­dział 31

Roz­dział 32

Roz­dział 33

Roz­dział 34

Roz­dział 35

Roz­dział 36

Roz­dział 37

Roz­dział 38

Roz­dział 39

Roz­dział 40

Roz­dział 41

Roz­dział 42

Roz­dział 43

Roz­dział 44

Roz­dział 45

Roz­dział 46

Roz­dział 47

Roz­dział 48

Roz­dział 49

Roz­dział 50

Roz­dział 51

Roz­dział 52

Roz­dział 53

Roz­dział 54

Roz­dział 55

Roz­dział 56

Roz­dział 57

Roz­dział 58

Roz­dział 59

Roz­dział 60

Roz­dział 61

Roz­dział 62

Roz­dział 63

Epilog

Po­dzię­ko­wa­nia