Naznaczeni - Jennifer Lynn Barnes - ebook
Opis

"Naznaczeni"

Powieść dla fanów "Mentalisty", "Milczenia owiec" i "Kryminalnych zagadek CSI"

Niewyjaśnione zagadki z przeszłości nie dają o sobie zapomnieć.

Siedemnastoletnia Cassie ma naturalną zdolność rozszyfrowywania ludzi. Na podstawie najdrobniejszych szczegółów potrafi ustalić, kim jesteś i czym się zajmujesz. Ale nigdy nie traktowała tej umiejętności poważnie – przynajmniej do czasu, gdy upomniało się o nią FBI. Biuro rozpoczęło tajny program, do którego wciąga wyjątkowych nastolatków, by przy ich pomocy zamknąć niechlubne sprawy z przeszłości, i potrzebuje pomocy Cassie.

Dziewczyna przeprowadza się na drugi koniec kraju, żeby wziąć udział w szkoleniu razem z grupą rówieśników obdarzonych talentami równie niezwykłymi, jak jej własny. Wszyscy oni są tak samo zagadkowi jak nierozwikłane sprawy, którymi mają się zająć. Współlokatorka Cassie, Sloane, ze statystykami radzi sobie znacznie lepiej niż z ludźmi, a Lia, ludzki wykrywacz kłamstw, jest tak dokuczliwa, jak to tylko możliwe. Dean to równie zdolny profiler jak Cassie, ale wciąż trzyma ją na dystans. Michael doskonale odczytuje emocje, dzięki czemu często wchodzi do głowy Cassie i załazi jej za skórę. Ale nikt, kto bierze udział w programie, nie jest tym, za kogo się podaje.

Kiedy na ich drodze staje prawdziwy morderca – uwikłani w śmiertelną grę w kotka i myszkę – muszą wykorzystać wszystkie swoje zdolności, żeby ocaleć. Czy będą potrafili sobie zaufać?

Ta książka podnosi poziom adrenaliny i nie pozwala zasnąć, zanim nie dotrzesz do ostatniej strony.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 241

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2013 by Jennifer Lynn Barnes. Published by arrangement with Macadamia Literary Agency and Curtis Brown, Ltd.

The moral rights of the author have been asserted.

Copyright for this edition © Wydawnictwo Pascal

Cover design by Abby Kuperstock

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording, or by any information storage and retrieval system, without written permission from the publisher.

 

Tytuł oryginalny: The Naturals

Tytuł: Naznaczeni

Autor: Jennifer Lynn Barnes

Tłumaczenie: Natalia Wiśniewska

Redakcja: MP

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Opracowanie techniczne okładki: Daria Meller

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

 

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

 

Bielsko-Biała 2016

ISBN 978-83-7642-855-0

 

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

 

Dla Nehy, która rozumie ludzkie umysły i (przeważnie) wykorzystuje swoje moce w imię dobra, a nie zła.

Część pierwsza

Wiedza

Ty

To był twój wy­bór, w do­dat­ku traf­ny. Może wła­śnie ona cię po­wstrzy­ma. Może oka­że się inna. Może ci wy­star­czy.

Tyl­ko jed­no wiesz na pew­no. Jest wy­jąt­ko­wa.

Do­strze­gasz to w jej oczach. Cho­ciaż nie cho­dzi o ich ko­lor lo­do­wa­te­go błę­ki­tu ani o kształt, ani o oka­la­ją­ce je rzę­sy. I nie ma to nic wspól­ne­go z tym, że na­wet nie­pod­kre­ślo­ne kon­tu­rów­ką przy­wo­dzą na myśl ko­cie spoj­rze­nie. Nic z tych rze­czy.

To, co przy­cią­ga uwa­gę tak wie­lu, kry­je się głę­bo­ko w nich. Czu­jesz to za każ­dym ra­zem, kie­dy na nią pa­trzysz. Tę pew­ność. To prze­świad­cze­nie. Ten nie­ziem­ski blask, któ­ry po­zwa­la jej prze­ko­ny­wać in­nych, że jest nie­zwy­kła.

Może to praw­da.

Może rze­czy­wi­ście wi­dzi róż­ne rze­czy. Może wie róż­ne rze­czy. Może jest tym wszyst­kim, co o so­bie mówi, a na­wet czymś wię­cej. Ale kie­dy ją ob­ser­wu­jesz, kie­dy li­czysz każ­dy jej od­dech, uśmie­chasz się w prze­ko­na­niu, że cię nie po­wstrzy­ma.

Wca­le nie chcesz, żeby cię po­wstrzy­ma­ła.

Jest kru­cha.

Ide­al­na.

Na­zna­czo­na.

I je­dy­ne, co umknie jej tak zwa­nym pa­rap­sy­cho­lo­gicz­nym zdol­no­ściom, to ty.

Rozdział 1

God­zi­ny pra­cy były kiep­skie, na­piw­ki jesz­cze gor­sze, a więk­szość mo­ich współ­pra­cow­ni­ków po­zo­sta­wia­ła wie­le do ży­cze­nia. Ale c’est la vie, que sera sera. Każ­dy inny ba­nał w do­wol­nym ję­zy­ku spraw­dził­by się tu­taj rów­nie do­brze. Zor­ga­ni­zo­wa­łam so­bie tę ro­bo­tę na wa­ka­cje, dzię­ki cze­mu uwol­ni­łam się od Non­ny. Przy oka­zji prze­sta­łam za­przą­tać my­śli mo­ich licz­nych wuj­ków, cio­tek i ku­zy­nów wszel­kiej ma­ści, któ­rzy do­tąd uwa­ża­li, że mu­szą za­trud­nić mnie tym­cza­so­wo w swo­ich re­stau­ra­cjach/skle­pach mię­snych/kan­ce­la­riach praw­ni­czych/bu­ti­kach. Je­śli wziąć pod uwa­gę roz­mia­ry bar­dzo du­żej (i bar­dzo wło­skiej) wie­lo­po­ko­le­nio­wej ro­dzi­ny mo­je­go ojca, moż­li­wo­ści dało się mno­żyć w nie­skoń­czo­ność, na­wet je­śli za­wsze były to wa­ria­cje na je­den te­mat.

Mój tata miesz­kał na dru­giej pół­ku­li, a mama za­gi­nę­ła i praw­do­po­dob­nie nie żyła. Sta­no­wi­łam więc pro­blem, któ­rym przej­mo­wa­li się wszy­scy i nikt w szcze­gól­no­ści.

Cóż, na­sto­lat­ka, pew­nie spra­wia­ją­ca trud­no­ści.

– Za­mó­wie­nie do od­bio­ru!

Z wy­ćwi­czo­ną swo­bo­dą lewą ręką chwy­ci­łam ta­lerz z na­le­śni­ka­mi (tu­lą­cy­mi się do be­ko­nu), a pra­wą – me­ga­por­cję śnia­da­nio­we­go bur­ri­to (z pa­prycz­ka­mi ja­la­pe­ños le­żą­cy­mi sa­mot­nie obok). W ra­zie nie­po­wo­dze­nia pod­czas je­sien­nych eg­za­mi­nów cze­ka­ła mnie świe­tla­na przy­szłość w pod­rzęd­nej ga­stro­no­mii.

– Na­le­śni­ki z be­ko­nem. Śnia­da­nio­we bur­ri­to i od­dziel­nie ja­la­pe­ños. – Po­sta­wi­łam ta­le­rze na sto­le. – Mogę po­dać pa­nom coś jesz­cze?

Za­nim pierw­szy z nich otwo­rzył usta, do­brze wie­dzia­łam, co od nich usły­szę. Fa­cet po le­wej chciał do­stać wię­cej ma­sła. A ten po pra­wej? Za­mie­rzał po­pro­sić o ko­lej­ną szklan­kę wody, cho­ciaż nie zdą­żył jesz­cze na­wet po­my­śleć o swo­ich pa­prycz­kach.

Sta­wia­łam dzie­sięć do jed­ne­go, że na­wet ich nie lubi.

Praw­dzi­wi fani ja­la­pe­ños nie za­ma­wia­ją ich od­dziel­nie. Pan Śnia­da­nio­we Bur­ri­to po pro­stu nie chciał, żeby lu­dzie mie­li go za mię­cza­ka – cho­ciaż on użył­by tu­taj sło­wa na f...

Spo­koj­nie, Cas­sie, skar­ci­łam się w du­chu. Nie rzu­caj mię­sem.

Na ogół nie prze­kli­na­łam czę­sto, ale mia­łam brzyd­ki zwy­czaj ko­pio­wa­nia cu­dzych na­wy­ków. Wy­star­czy­ło wsa­dzić mnie do po­ko­ju peł­ne­go An­gli­ków, że­bym wy­szła stam­tąd z bry­tyj­skim ak­cen­tem. Nie ro­bi­łam tego umyśl­nie. Po pro­stu w cią­gu mi­nio­nych lat wie­le cza­su spę­dzi­łam w gło­wach in­nych lu­dzi.

Ta­kie ry­zy­ko za­wo­do­we. Choć nie moje, tyl­ko mo­jej mat­ki.

– Mogę do­stać jesz­cze kil­ka por­cji ma­sła? – za­py­tał fa­cet po le­wej.

Ski­nę­łam gło­wą i cze­ka­łam na ciąg dal­szy.

– I wię­cej wody – burk­nął ten po pra­wej. Wy­piął pierś, spo­glą­da­jąc po­żą­dli­wie na mój biust.

Zmu­si­łam się do uśmie­chu.

– Za­raz przy­nio­sę. – Pra­wie do­da­łam „ty zbo­czeń­cu”, ale po­wstrzy­ma­łam się w ostat­niej chwi­li.

Mia­łam na­dzie­ję, że ten fa­cet pod trzy­dziest­kę, któ­ry uda­je, że lubi pi­kant­ne po­tra­wy, i za­glą­da w de­kol­ty na­sto­let­nich kel­ne­rek z ta­kim za­pa­łem, jak­by tre­no­wał do olim­pia­dy, oka­że się rów­nie wiel­kim szpa­ne­rem, gdy przyj­dzie do re­gu­lo­wa­nia ra­chun­ku.

Z dru­giej stro­ny, po­my­śla­łam, idąc po do­lew­kę, może oka­zać się ta­kim ty­pem, któ­ry robi kel­ne­recz­ki na sza­ro tyl­ko po to, żeby coś udo­wod­nić.

W my­ślach prze­ana­li­zo­wa­łam szcze­gó­ły: strój Pana Śnia­da­nio­we Bur­ri­to, za­wód, któ­ry praw­do­po­dob­nie wy­ko­ny­wał, i fakt, że jego zna­jo­my, któ­ry za­mó­wił na­le­śni­ki, no­sił znacz­nie droż­szy ze­ga­rek niż on.

Uprze się, żeby za­pła­cić, a po­tem zo­sta­wi mar­ny na­pi­wek.

Cho­ciaż chcia­łam się my­lić, by­łam cał­kiem pew­na, że do­brze go oce­ni­łam.

Kie­dy moi ró­wie­śni­cy w przed­szko­lu wy­śpie­wy­wa­li pio­sen­ki o li­ter­kach, ja uczy­łam się zu­peł­nie in­ne­go al­fa­be­tu. Za­cho­wa­nie, oso­bo­wość, śro­do­wi­sko – moja mat­ka na­zy­wa­ła je „zoś­ka­mi” i to dzię­ki nim za­ła­twia­ła klien­tów. Ta­kie­go my­śle­nia nie dało się po pro­stu wy­łą­czyć – na­wet wte­dy, gdy za­czy­nasz ro­zu­mieć, że kie­dy two­ja mat­ka przed­sta­wia się pu­blicz­no­ści jako me­dium, kła­mie, a gdy bie­rze od niej pie­nią­dze, po­peł­nia oszu­stwo.

I mimo że ode­szła, nie mo­głam prze­stać oce­niać lu­dzi w ten spo­sób, tak jak nie mo­głam zre­zy­gno­wać z od­dy­cha­nia, mru­ga­nia czy od­li­cza­nia dni do swo­ich osiem­na­stych uro­dzin.

– Sto­lik dla jed­nej oso­by? – Ni­ski, roz­ba­wio­ny głos przy­wo­łał mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Na­le­żał do chło­pa­ka, któ­ry znacz­nie le­piej pa­so­wał­by do klu­bu gol­fo­we­go niż do tej knaj­py. Miał nie­ska­zi­tel­ną cerę i fry­zu­rę w ar­ty­stycz­nym nie­ła­dzie. A sło­wa, któ­re do mnie skie­ro­wał, wca­le nie brzmia­ły jak py­ta­nie.

– Pew­nie – od­par­łam, chwy­ta­jąc menu. – Pro­szę tędy.

Po uważ­niej­szej ob­ser­wa­cji stwier­dzi­łam, że Pan Klub Gol­fo­wy mógł być mniej wię­cej w moim wie­ku. Na jego ide­al­nej twa­rzy ma­lo­wał się wy­nio­sły uśmie­szek, kie­dy pa­ra­do­wał pew­nym kro­kiem ty­po­wym dla po­pu­lar­ne­go li­ce­ali­sty. Od sa­me­go pa­trze­nia na nie­go po­czu­łam się jak skoń­czo­na pro­stacz­ka.

– Może być? – za­py­ta­łam, wska­zu­jąc sto­lik przy oknie.

– Może – od­parł, zaj­mu­jąc miej­sce. Przy oka­zji ro­zej­rzał się do­oko­ła z nie­za­chwia­ną pew­no­ścią sie­bie. – W week­en­dy bywa tłocz­no?

– Pew­nie – rzu­ci­łam w od­po­wie­dzi, za­sta­na­wia­jąc się, czy znam jesz­cze inne sło­wa. Mina chło­pa­ka zdra­dza­ła, że miał co do tego wąt­pli­wo­ści. – Przej­rzyj menu. Wra­cam za mi­nu­tę.

Nie od­po­wie­dział, a ja wy­ko­rzy­sta­łam swo­je sześć­dzie­siąt se­kund na do­rę­cze­nie pa­ra­go­nów Pa­nom Na­le­śni­ko­wi i Śnia­da­nio­we­mu Bur­ri­to. Osta­tecz­nie uzna­łam, że je­śli po­dzie­lę ra­chu­nek na pół, może wyjść z tego cał­kiem nie­zły na­pi­wek.

– Przyj­mę płat­ność, kie­dy będą pa­no­wie go­to­wi – po­in­for­mo­wa­łam ich ze sztucz­nym uśmie­chem na ustach.

Gdy tyl­ko ru­szy­łam z po­wro­tem do kuch­ni, na­po­tka­łam spoj­rze­nie chło­pa­ka sie­dzą­ce­go przy oknie. Gdy­by chciał dać mi do zro­zu­mie­nia, że jest go­to­wy za­mó­wić, pa­trzył­by na mnie ina­czej. Nie po­tra­fi­łam go roz­szy­fro­wać, cho­ciaż nie mo­głam oprzeć się wra­że­niu, że cze­goś ode mnie chce. W ca­łej tej sy­tu­acji – w nim – było coś, co mi umy­ka­ło, i to nie da­wa­ło mi spo­ko­ju. Tacy chłop­cy zwy­kle nie ja­da­li w ta­kich miej­scach jak to. Ani nie zwra­ca­li uwa­gi na ta­kie dziew­czy­ny jak ja.

Po­de­szłam do nie­go.

– Mogę przy­jąć za­mó­wie­nie? – za­py­ta­łam. Mu­sia­łam go ob­słu­żyć, więc tyl­ko po­chy­li­łam nie­co gło­wę, żeby wło­sy opa­dły mi na twarz i ukry­ły mnie przed jego świ­dru­ją­cym spoj­rze­niem.

– Trzy jaj­ka – ode­zwał się, nie od­ry­wa­jąc ode mnie piw­nych oczu. – A do tego na­le­śni­ki z szyn­ką.

Cho­ciaż nie mu­sia­łam no­to­wać, na­gle za­tę­sk­ni­łam za dłu­go­pi­sem. Gdy­bym go mia­ła, mo­gła­bym za­jąć czymś ręce.

– Jak przy­rzą­dzić jaj­ka? – do­py­ta­łam.

– Ty mi po­wiedz.

Zdu­mio­na spoj­rza­łam na chło­pa­ka.

– Słu­cham?

– Zgad­nij – do­dał.

Wpa­try­wa­łam się w nie­go przez za­sło­nę z wło­sów.

– Chcesz, że­bym zga­dła, ja­kie chcesz jaj­ka?

Uśmiech­nął się.

– Cze­mu nie?

I tak po pro­stu wy­zwa­nie zo­sta­ło rzu­co­ne.

– Na pew­no nie masz ocho­ty na ja­jecz­ni­cę – za­czę­łam, my­śląc na głos. Ja­jecz­ni­ca była zbyt po­spo­li­ta, zbyt zwy­czaj­na dla ta­kie­go chło­pa­ka. On lu­bił się wy­róż­niać, cho­ciaż nie za bar­dzo, dla­te­go od razu wy­kre­śli­łam z li­sty jaj­ka w ko­szul­kach. Nie za­mó­wił­by ich, zwłasz­cza w ta­kim miej­scu. Sa­dzo­ne mo­gło oka­zać się zbyt kło­po­tli­we, na twar­do nie sta­no­wi­ło więk­sze­go wy­zwa­nia. – Sma­żo­ne z obu stron – za­wy­ro­ko­wa­łam. By­łam tego rów­nie pew­na, jak ko­lo­ru jego oczu.

Uśmiech­nął się do mnie, za­my­ka­jąc kar­tę.

– Po­wiesz mi, czy mam ra­cję? – za­py­ta­łam nie dla­te­go, że po­trze­bo­wa­łam po­twier­dze­nia, ale po­nie­waż by­łam cie­ka­wa jego re­ak­cji.

Chło­pak wzru­szył ra­mio­na­mi.

– I mie­li­by­śmy stra­cić całą za­ba­wę?

Chcia­łam tam zo­stać i pa­trzeć na nie­go, do­pó­ki go nie roz­gry­zę, ale tego nie zro­bi­łam. Przy­ję­łam i zre­ali­zo­wa­łam jego za­mó­wie­nie. Po­tem da­łam się wcią­gnąć w lun­cho­wy wir, a gdy ruch ustał, chło­pa­ka przy oknie już nie było. Na­wet nie za­cze­kał na ra­chu­nek. Zo­sta­wił tyl­ko dwa­dzie­ścia do­la­rów. Uzna­łam, że chęt­nie będę się an­ga­żo­wać w jego zga­dy­wan­ki, je­śli za każ­dym ra­zem bę­dzie mnie na­gra­dzał dwu­na­sto­do­la­ro­wym na­piw­kiem, gdy na­gle za­uwa­ży­łam coś jesz­cze.

Na sto­li­ku le­ża­ła wi­zy­tów­ka.

Wzię­łam do ręki śnież­no­bia­ły kar­to­nik z czar­ny­mi li­te­ra­mi roz­miesz­czo­ny­mi w rów­nych od­stę­pach. W pra­wym gór­nym rogu wy­tło­czo­no logo, a na skrom­ny tekst skła­da­ły się: imię, na­zwi­sko, na­zwa sta­no­wi­ska i nu­mer te­le­fo­nu. Na sa­mej gó­rze do­strze­głam trzy sło­wa – trzy krót­kie sło­wa, któ­re wpra­wi­ły mnie w osłu­pie­nie.

Wsu­nę­łam wi­zy­tów­kę do kie­sze­ni, ra­zem z na­piw­kiem. Wró­ci­łam do kuch­ni. Uspo­ko­iłam się, a po­tem jesz­cze raz przyj­rza­łam się swo­jej zdo­by­czy.

Imię i na­zwi­sko: Tan­ner Briggs.

Sta­no­wi­sko: Agent spe­cjal­ny.

Fe­de­ral­ne Biu­ro Śled­cze.

Wpa­try­wa­łam się w ten krót­ki na­pis tak dłu­go, aż stra­cił ostrość i li­te­ry za­czę­ły mi się roz­pły­wać przed ocza­mi.

Co ja ta­kie­go zro­bi­łam, że za­in­te­re­so­wa­ło się mną FBI?

Rozdział 2

Po ośmio­go­dzin­nej zmia­nie sła­nia­łam się na no­gach, ale mój umysł sza­lał. Chcia­łam za­mknąć się w po­ko­ju, paść na łóż­ko i po­my­śleć o tym, co wy­da­rzy­ło się dzi­siaj po po­łu­dniu.

Nie­ste­ty była nie­dzie­la.

– Oto i ona! Cas­sie, już mie­li­śmy po­słać po cie­bie chłop­ców. – Ciot­ka Ta­sha na­le­ża­ła do gro­na naj­bar­dziej wy­wa­żo­nych wśród licz­ne­go ro­dzeń­stwa mo­je­go ojca, więc nie pu­ści­ła do mnie oka ani nie za­py­ta­ła, czy nie przy­gru­cha­łam so­bie ja­kie­goś dżen­tel­me­na.

To za­da­nie na­le­ża­ło do wuj­ka Rio.

– Na­sza mała uwo­dzi­ciel­ka. Zaj­mo­wa­łaś się ła­ma­niem serc? No ja­sne!

Do­kład­nie ten sam sce­na­riusz roz­gry­wał się pod­czas każ­dej nie­dziel­nej ko­la­cji, od­kąd pięć lat wcze­śniej opie­ka spo­łecz­na pod­rzu­ci­ła mnie pod drzwi mo­je­go ojca. Na szczę­ście obe­szli się ze mną ła­god­nie. Mia­łam wte­dy dwa­na­ście lat. Od­kąd pa­mię­tam, wu­jek Rio za­wsze udzie­lał na­tych­mia­sto­wej od­po­wie­dzi na za­da­ne przez sie­bie py­ta­nie.

– Z ni­kim się nie spo­ty­kam – wy­ja­śni­łam, wcho­dząc w swo­ją rolę, sko­ro na­de­szła moja ko­lej. – Sło­wo ho­no­ru.

– O czym roz­ma­wia­my? – za­py­tał je­den z mo­ich ku­zy­nów, któ­ry wła­śnie opadł na sofę w sa­lo­nie i prze­wie­sił nogi przez bocz­ne opar­cie.

– O chło­pa­ku Cas­sie – od­parł wu­jek Rio.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Nie mam chło­pa­ka.

– O ta­jem­ni­czym chło­pa­ku Cas­sie – spro­sto­wał wu­jek Rio.

– Chy­ba po­my­lił mnie wu­jek z So­fią albo Kate – stwier­dzi­łam. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach nie ce­lo­wa­ła­bym w żad­ną z mo­ich ku­zy­nek, ale cięż­kie cza­sy wy­ma­ga­ły wy­to­cze­nia cięż­kich dział. – Prę­dzej to one rand­ko­wa­ły­by w ta­jem­ni­cy.

– Ha! – skwi­to­wał wu­jek. – So­fia ni­g­dy nie robi ta­jem­ni­cy ze swo­ich pod­bo­jów.

I tak to szło: do­bro­dusz­ne do­kucz­li­wo­ści, ro­dzin­ne żar­ci­ki. Gra­łam swo­ją rolę, za­ra­żo­na ich ener­gią, mó­wi­łam to, cze­go ode mnie ocze­ki­wa­li, uśmie­cha­łam się tak jak oni. W at­mos­fe­rze cie­pła, bez­pie­czeń­stwa i szczę­ścia. Ale to nie by­łam ja.

W żad­nym ra­zie.

Gdy tyl­ko na­bra­łam pew­no­ści, że nikt nie bę­dzie za mną tę­sk­nił, wy­mknę­łam się do kuch­ni.

– Cas­san­dra. Do­sko­na­le. – Moja bab­cia, z rę­ka­mi po same łok­cie w mące i z si­wy­mi wło­sa­mi spię­ty­mi w luź­ny kok u dołu gło­wy, po­sła­ła mi cie­pły uśmiech. – Jak było w pra­cy?

Cho­ciaż była drob­ną sta­rusz­ką, Non­na rzą­dzi­ła całą ro­dzi­ną ni­czym ge­ne­rał do­wo­dzą­cy swo­imi od­dzia­ła­mi. Ak­tu­al­nie to ja na­ru­sza­łam szyk.

– Jak to w pra­cy – od­par­łam. – Zno­śnie.

– Ale nie za do­brze? – Zmru­ży­ła oczy.

Je­śli ro­ze­gram to nie­wła­ści­wie, w cią­gu go­dzi­ny otrzy­mam dzie­sięć pro­po­zy­cji pra­cy. Ro­dzi­na trosz­czy­ła się o swo­ich, na­wet o tych, któ­rzy sami po­tra­fi­li o sie­bie za­dbać.

– Dzi­siaj nie było tak źle – do­da­łam, si­ląc się na po­god­ny ton. – Ktoś zo­sta­wił mi dwa­na­ście do­la­rów na­piw­ku.

I wi­zy­tów­kę z logo FBI, do­da­łam w du­chu.

– To do­brze – stwier­dzi­ła Non­na. – Bar­dzo do­brze. Mia­łaś uda­ny dzień.

– Tak, Non­no – od­par­łam, pod­cho­dząc do niej, żeby cmok­nąć ją w po­li­czek, po­nie­waż wie­dzia­łam, że spra­wię jej tym przy­jem­ność. – To był uda­ny dzień.

Do dwu­dzie­stej pierw­szej, kie­dy wszy­scy w koń­cu się ro­ze­szli, wi­zy­tów­ka w kie­sze­ni cią­ży­ła mi ni­czym ołów. Chcia­łam po­móc Non­nie z na­czy­nia­mi, ale ona ode­sła­ła mnie na górę. W ci­szy wła­snych czte­rech ścian po­czu­łam, jak opusz­cza mnie ener­gia, ni­czym po­wie­trze wol­no ucho­dzą­ce z ba­lo­nu.

Usia­dłam na łóż­ku i opa­dłam na ple­cy. Sta­re sprę­ży­ny za­skrzy­pia­ły, a ja za­mknę­łam oczy. Pra­wą ręką się­gnę­łam do kie­sze­ni i wy­cią­gnę­łam wi­zy­tów­kę.

Ktoś zro­bił mi ka­wał. Na pew­no. Wła­śnie dla­te­go nie mo­głam roz­gryźć tego pięk­ni­sia ro­dem z klu­bu gol­fo­we­go. Chciał ze mnie za­drwić.

Ale nie wy­warł na mnie ta­kie­go wra­że­nia.

Otwo­rzy­łam oczy i przyj­rza­łam się wi­zy­tów­ce. Tym ra­zem prze­czy­ta­łam ją na głos.

– Agent spe­cjal­ny Tan­ner Briggs. FBI.

Po kil­ku go­dzi­nach spę­dzo­nych w mo­jej kie­sze­ni tekst wy­glą­dał do­kład­nie tak samo. FBI? Po­waż­nie? Kogo ten ko­leś pró­bo­wał na­brać? Wy­glą­dał na szes­na­ście, mak­sy­mal­nie sie­dem­na­ście lat. W ni­czym nie przy­po­mi­nał agen­ta spe­cjal­ne­go.

Mimo to było w nim coś wy­jąt­ko­we­go. Nie mo­głam prze­stać o tym my­śleć. Po­wio­dłam wzro­kiem ku ta­fli lu­stra na ścia­nie. Jak na iro­nię, odzie­dzi­czy­łam po mat­ce wszyst­kie jej rysy, ale ani krzty­ny ma­gii, któ­ra ze­spa­la­ła je na jej twa­rzy. Ona za­chwy­ca­ła uro­dą. Mnie do­sko­na­le okre­śla­ło jed­no sło­wo: dziw­na. Dziw­nie wy­glą­da­łam, by­łam dziw­nie mil­czą­ca, a przy tym wszę­dzie czu­łam się dziw­nie obco.

Cho­ciaż mi­nę­ło już pięć lat, do­sko­na­le pa­mię­ta­łam tam­ten dzień, kie­dy wi­dzia­łam mamę po raz ostat­ni. Za­wsze gdy o niej my­śla­łam, z ot­chła­ni pa­mię­ci wy­ła­nia­ło się wspo­mnie­nie, jak z sze­ro­kim uśmie­chem prze­pę­dza mnie ze swo­jej gar­de­ro­by. Nie­dłu­go po­tem wró­ci­łam do niej. Wszyst­ko to­nę­ło w mo­rzu czer­wie­ni: pod­ło­ga, ścia­ny, lu­stro.

– Weź się w garść – na­ka­za­łam so­bie. Usia­dłam i opar­łam się ple­ca­mi o wez­gło­wie łóż­ka. Nie mo­głam uwol­nić się od tam­tej chwi­li, kie­dy mo­dli­łam się, żeby krew, któ­rej za­pach czu­łam do dzi­siaj, nie na­le­ża­ła do mo­jej mat­ki.

A co, je­śli cho­dzi­ło wła­śnie o to? Co, je­śli wi­zy­tów­ka nie była żar­tem? Co, je­śli FBI szu­ka­ło mor­der­cy mo­jej mat­ki?

Mi­nę­ło pięć lat, upo­mnia­łam się w du­chu. Ale spra­wa ni­g­dy nie zo­sta­ła za­mknię­ta. Cia­ła mo­jej mat­ki ni­g­dy nie zna­le­zio­no. Są­dząc po ilo­ści krwi, od sa­me­go po­cząt­ku tyl­ko tego mo­gła szu­kać po­li­cja.

Zwłok.

Ob­ró­ci­łam wi­zy­tów­kę w rę­kach. Na od­wro­cie wid­nia­ła od­ręcz­nie spo­rzą­dzo­na no­tat­ka: „Cas­san­dro, za­dzwoń, pro­szę”.

I tyle. Moje imię i proś­ba o kon­takt za­pi­sa­na wiel­ki­mi li­te­ra­mi. Bez wy­ja­śnie­nia. Bez sło­wa ko­men­ta­rza.

Po­ni­żej ktoś inny na­skro­bał coś jesz­cze ma­ły­mi szpi­cza­sty­mi li­te­ra­mi, le­d­wie czy­tel­ny­mi. Prze­su­nę­łam po nich pa­lec, wspo­mi­na­jąc chło­pa­ka z baru.

Może to nie on był agen­tem spe­cjal­nym.

Więc kim? Po­słań­cem?

Nie zna­łam od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, ale sło­wa na­ba­zgra­ne na gó­rze wi­zy­tów­ki krzy­cza­ły do mnie nie­mal z taką mocą jak proś­ba agen­ta spe­cjal­ne­go Tan­ne­ra Brig­g­sa.

„Na two­im miej­scu bym tego nie ro­bił”.

Ty

Cze­ka­nie wy­cho­dzi ci do­sko­na­le. Cze­ka­nie na właś- ciwy mo­ment. Cze­ka­nie na wła­ści­wą dziew­czy­nę. Te­raz ją masz, a mimo to na­dal cze­kasz. Cze­kasz, aż się obu­dzi. Cze­kasz, aż otwo­rzy oczy i cię uj­rzy.

Wiesz, jak to się po­to­czy: wpad­nie we wście­kłość, a po­tem ogar­nie ją prze­ra­że­nie, za­cznie się za­rze­kać, że je­śli ją pu­ścisz, ni­ko­mu o ni­czym nie po­wie. Bę­dzie kła­ma­ła i pró­bo­wa­ła tobą ma­ni­pu­lo­wać, w efek­cie trze­ba bę­dzie jej po­ka­zać, tak jak wie­lu in­nym, że to nic nie da.

Ale nie te­raz. Te­raz wciąż jesz­cze śpi. Taka pięk­na. Ale bę­dzie jesz­cze pięk­niej­sza.

Rozdział 3

Po dwóch dniach w koń­cu za­dzwo­ni­łam pod wska­za­ny nu­mer. Oczy­wi­ście mu­sia­łam to zro­bić, bo na­wet je­śli praw­do­po­do­bień­stwo, że zo­sta­łam na­bi­ta w bu­tel­kę, wy­no­si­ło dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent, to ten je­den da­wał mi na­dzie­ję.

Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy, że wstrzy­mu­ję od­dech, do­pó­ki w słu­chaw­ce nie roz­legł się głos.

– Mówi Briggs.

Nie po­tra­fi­łam zde­cy­do­wać, co roz­bro­iło mnie bar­dziej: to, że ten „agent Briggs” po­dał mi nu­mer swo­jej pry­wat­nej li­nii, czy to, że naj­wy­raź­niej nie lu­bił mar­no­wać cza­su na uprzej­me wstę­py.

– Słu­cham – do­dał, jak­by czy­tał mi w my­ślach. – Halo?

– Z tej stro­ny Cas­san­dra Hob­bes – ode­zwa­łam się. – Cas­sie.

– Cas­sie. – Wy­mó­wił moje imię w taki spo­sób, jak­by wie­dział, że nikt nie uży­wa na co dzień jego peł­nej wer­sji. – Cie­szę się, że dzwo­nisz.

Za­cze­kał, aż do­dam coś jesz­cze, ale ja mil­cza­łam. Wszyst­ko, co mó­wisz albo ro­bisz, zo­sta­wia ślad w świe­cie ze­wnętrz­nym, a ja nie chcia­łam prze­ka­zać temu czło­wie­ko­wi wię­cej in­for­ma­cji niż to ko­niecz­ne – przy­naj­mniej do cza­su, aż wy­ja­śni, cze­go ode mnie chce.

– Na pew­no za­sta­na­wiasz się, cze­mu się z tobą skon­tak­to­wa­łam, a ra­czej, cze­mu wy­sła­łem Mi­cha­ela, żeby się z tobą skon­tak­to­wał.

Mi­cha­el. A więc tak na­zy­wał się chło­pak, któ­re­go ob­słu­gi­wa­łam w ba­rze.

– Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję – usły­sza­łam.

– Pro­po­zy­cję? – Zdu­mia­ło mnie, że zdo­ła­łam za­pa­no­wać nad gło­sem, któ­ry za­brzmiał rów­nie spo­koj­nie i jed­no­staj­nie jak jego.

– Są­dzę, że naj­le­piej od­być tę roz­mo­wę w czte­ry oczy, pan­no Hob­bes. Mo­żesz po­wie­dzieć, gdzie chcia­ła­byś się spo­tkać?

Wie­dział, co robi, po­zwa­la­jąc mi wy­brać lo­ka­li­za­cję. Gdy­by mnie wy­rę­czył, mo­gła­bym go spła­wić. Wła­ści­wie i tak po­win­nam była mu od­mó­wić, ale nie mo­głam, tak jak wcze­śniej nie mo­głam zi­gno­ro­wać proś­by o kon­takt te­le­fo­nicz­ny.

Pięć lat cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność, kie­dy wciąż cze­kasz na od­po­wie­dzi.

– Ma pan ja­kieś biu­ro? – za­py­ta­łam.

Krót­ka pau­za dała mi do zro­zu­mie­nia, że nie tego się spo­dzie­wał. Mo­głam po­pro­sić, żeby przy­szedł do baru, w któ­rym pra­co­wa­łam, albo do ka­wiar­ni nie­opo­dal szko­ły czy w ja­kie­kol­wiek inne zna­ne mi miej­sce. Ale mnie na­uczo­no, że prze­wa­ga na wła­snym po­dwór­ku to mit.

O nie­zna­jo­mym dało się po­wie­dzieć znacz­nie wię­cej, kie­dy ob­ser­wo­wa­ło się go w jego domu, niż wte­dy, gdy za­pra­sza­ło się go do sie­bie.

Poza tym uzna­łam, że je­śli ten fa­cet nie był praw­dzi­wym agen­tem FBI, a je­dy­nie ja­kimś de­wian­tem, któ­ry pró­bo­wał ze mną po­gry­wać, zor­ga­ni­zo­wa­nie spo­tka­nia w sie­dzi­bie fe­de­ral­nych mo­gło za­jąć mu spo­ro cza­su.

– Wła­ści­wie nie pra­cu­ję w De­nver – ode­zwał się w koń­cu. – Ale na pew­no zdo­łam coś zor­ga­ni­zo­wać.

Wy­glą­da­ło na to, że jed­nak nie mia­łam do czy­nie­nia ze zbo­czeń­cem.

Po­dał mi ad­res, a ja wy­zna­czy­łam datę.

– I jesz­cze jed­no, Cas­san­dro.

Za­sta­no­wi­ło mnie, ja­kiej re­ak­cji spo­dzie­wał się agent Briggs, kie­dy użył peł­nej wer­sji mo­je­go imie­nia.

– Tak?

– Nie cho­dzi o two­ją mat­kę.

Mimo wszyst­ko po­szłam na to spo­tka­nie. Nie mo­głam po­stą­pić ina­czej. Agent spe­cjal­ny Tan­ner Briggs wie­dział o mnie wy­star­cza­ją­co dużo, by się do­my­ślić, że to z po­wo­du mat­ki speł­nię proś­bę za­pi­sa­ną na wi­zy­tów­ce i za­dzwo­nię. Chcia­łam się do­wie­dzieć, skąd tyle o mnie wie, czy prze­glą­dał akta po­li­cyj­ne spra­wy i czy zer­k­nął­by do nich, gdy­by otrzy­mał ode mnie to, na czym mu za­le­ża­ło.

Cie­ka­wi­ło mnie, dla­cze­go zwró­cił uwa­gę wła­śnie na mnie, ni­czym czło­wiek szu­ka­ją­cy no­we­go kom­pu­te­ra, któ­ry za­pa­mię­tu­je spe­cy­fi­ka­cje kon­kret­ne­go mo­de­lu.

– Któ­re pię­tro? – Ko­bie­ta sto­ją­ca obok mnie w win­dzie mu­sia­ła nie­daw­no prze­kro­czyć sześć­dzie­siąt­kę. Przy­pró­szo­ne si­wi­zną blond wło­sy mia­ła upię­te w schlud­ny ku­cyk ni­sko na gło­wie i była ubra­na w nie­na­gan­nie skro­jo­ny ko­stium.

Wy­da­wa­ła się bar­dzo pro­fe­sjo­nal­na, po­dob­nie jak agent spe­cjal­ny Tan­ner Briggs.

– Pią­te – od­par­łam. – Je­śli moż­na.

Na­pę­dza­na po­de­ner­wo­wa­niem zno­wu zer­k­nę­łam na ko­bie­tę i za­czę­łam do­pa­so­wy­wać do sie­bie ko­lej­ne in­for­ma­cje two­rzą­ce hi­sto­rię jej ży­cia: jej po­sta­wę, strój, le­d­wie sły­szal­ny ak­cent, ide­al­nie na­ło­żo­ny la­kier na pa­znok­ciach.

Mia­ła męża.

Ale ni­g­dy nie zo­sta­ła mat­ką.

Kie­dy za­czy­na­ła pra­cę w FBI, to był mę­ski klub.

Za­cho­wa­nie. Oso­bo­wość. Śro­do­wi­sko. Nie­mal sły­sza­łam mat­kę in­stru­ują­cą mnie w trak­cie tej za­im­pro­wi­zo­wa­nej ana­li­zy.

– Pią­te pię­tro – rzu­ci­ła na­glą­co ko­bie­ta, na co do­da­łam w my­ślach ko­lej­ny punkt na jej li­ście: nie­cier­pli­wość.

Grzecz­nie opu­ści­łam win­dę. Gdy za­mknę­ły się za mną drzwi, ro­zej­rza­łam się do­oko­ła. Wszyst­ko wy­glą­da­ło po­dej­rza­nie zwy­czaj­nie. Gdy­by nie punkt kon­tro­l­ny przy wej­ściu i ta­blicz­ka z na­pi­sem „gość” przy­pię­ta do mo­jej wy­bla­kłej czar­nej su­kien­ki na ra­miącz­kach, w ży­ciu bym nie po­my­śla­ła, że to sie­dzi­ba or­ga­ni­za­cji wal­czą­cej z prze­stęp­stwa­mi fe­de­ral­ny­mi.

– Cze­go się spo­dzie­wa­łaś? Fa­jer­wer­ków?

Na­tych­miast roz­po­zna­łam ten głos. Na­le­żał do chło­pa­ka z baru. Mi­cha­ela. Jego ton zdra­dzał roz­ba­wie­nie, a kie­dy się od­wró­ci­łam, do­strze­głam zna­jo­my uśmie­szek, któ­ry pew­nie mógł­by po­wstrzy­mać, gdy­by tyl­ko spró­bo­wał.

– Ni­cze­go się nie spo­dzie­wa­łam – od­par­łam. – Nie mam żad­nych ocze­ki­wań.

Spoj­rzał na mnie wy­mow­nie.

– Brak ocze­ki­wań, brak roz­cza­ro­wań.

Nie mo­głam stwier­dzić, czy wła­śnie oce­nił stan mo­je­go umy­słu, czy za­pre­zen­to­wał swo­je ży­cio­we mot­to. Wła­ści­wie nie po­tra­fi­łam stwo­rzyć choć­by frag­men­tu jego por­tre­tu. Za­mie­nił pa­sia­ste polo na do­pa­so­wa­ny czar­ny T-shirt, a dżin­sy na luź­ne spodnie w ko­lo­rze kha­ki. Nie pa­so­wał do tego miej­sca, tak samo jak nie pa­so­wał do tam­te­go baru, i może wła­śnie na tym po­win­nam była się sku­pić.

– Wie­dzia­łem, że przyj­dziesz – po­wie­dział swo­bod­nym to­nem.

Unio­słam jed­ną brew.

– Cho­ciaż pró­bo­wa­łeś mnie od tego od­wieść?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Mój we­wnętrz­ny har­cerz mu­siał spró­bo­wać.

Je­śli ten chło­pak skry­wał ja­kie­goś har­ce­rza, moje wnę­trze za­miesz­ki­wał fla­ming.

– Masz mnie za­pro­wa­dzić do agen­ta Brig­g­sa? – za­py­ta­łam szorst­ko. Na szczę­ście nie spra­wia­łam wra­że­nia za­fa­scy­no­wa­nej, za­uro­czo­nej czy choć­by odro­bi­nę po­ru­szo­nej brzmie­niem jego gło­su.

– Hmm. – To obo­jęt­ne prych­nię­cie pod no­sem i ski­nię­cie gło­wą praw­do­po­dob­nie mia­ło ozna­czać „tak”. Naj­wy­raź­niej na nic in­ne­go nie mo­głam li­czyć, więc ru­szy­łam za nim. Naj­pierw okrą­ży­li­śmy prze­strzeń biu­ro­wą, a po­tem zna­leź­li­śmy się na ko­ry­ta­rzu. Wszyst­ko było bez wy­ra­zu: wy­kła­dzi­na, ścia­ny, za­bój­czo przy­stoj­na twarz mo­je­go prze­wod­ni­ka.

– Co ma na cie­bie Briggs? – ode­zwał się Mi­cha­el. Czu­łam, że mnie ob­ser­wu­je w po­szu­ki­wa­niu choć­by cie­nia emo­cji, któ­ry zdra­dził­by mu, czy tra­fił w punkt swo­im py­ta­niem.

Nie­do­cze­ka­nie.

– Ocze­ku­jesz, że będę się de­ner­wo­wać – skwi­to­wa­łam to, co wy­ni­ka­ło z jego słów. – I ostrze­głeś mnie przed wi­zy­tą w tym miej­scu.

Uśmiech­nął się, cho­ciaż spra­wiał wra­że­nie spię­te­go.

– Chy­ba moż­na po­wie­dzieć, że je­stem prze­kor­ny.

Prych­nę­łam. Ja na­zwa­ła­bym to ina­czej.

– Uchy­lisz cho­ciaż rąb­ka ta­jem­ni­cy, co się tu­taj dzie­je? – za­py­ta­łam, gdy do­tar­li­śmy na ko­niec ko­ry­ta­rza.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– To za­le­ży, czy prze­sta­niesz cią­gnąć tę grę: „Kto zro­bi lep­szą po­ke­ro­wą minę?”.

Za­sko­czo­na wy­bu­chłam śmie­chem. Jed­no­cze­śnie do­tar­ło do mnie, że od daw­na nie śmia­łam się tak szcze­rze roz­ba­wio­na. Głów­nie wtó­ro­wa­łam in­nym.

Uśmiech Mi­cha­ela zła­god­niał i na uła­mek se­kun­dy jego twarz zy­ska­ła nowy wy­raz. Je­śli wcze­śniej moż­na było uznać go za przy­stoj­ne­go, to te­raz wy­glą­dał na­praw­dę pięk­nie. Nie trwa­ło to jed­nak dłu­go. Wra­że­nie znik­nę­ło rów­nie szyb­ko jak prze­ci­na­ją­ca nie­bo bły­ska­wi­ca.

– Na­pi­sa­łem na wi­zy­tów­ce to, co my­ślę – po­wie­dział życz­li­wie. Ski­nął na za­mknię­te drzwi po pra­wej. – Na two­im miej­scu bym tam nie wcho­dził.

I wte­dy po­ję­łam, tak jak za­wsze poj­mo­wa­łam róż­ne rze­czy, że on tak­że sta­nął kie­dyś przed tymi drzwia­mi i je otwo­rzył. Nie zwa­ża­jąc na jego szcze­re in­ten­cje, zro­bi­łam to samo.

– Pro­szę wejść, pan­no Hob­bes.

Za­nim prze­kro­czy­łam próg, po­sła­łam Mi­cha­elo­wi ostat­nie spoj­rze­nie.

– Au re­vo­ir – po­wie­dział chło­pak o ide­al­nej twa­rzy po­ke­rzy­sty, prze­sad­nie wy­ra­zi­ście pstry­ka­jąc przy tym pal­ca­mi.

Agent spe­cjal­ny Tan­ner Briggs chrząk­nął. Drzwi za­mknę­ły się za mną. W koń­cu przy­szłam tu­taj na spo­tka­nie z agen­tem FBI. W czte­ry oczy.

– Cie­szę się, że do­tar­łaś, Cas­sie. Usiądź.

Agent Briggs był młod­szy, niż to oce­ni­łam na pod­sta­wie jego gło­su pod­czas roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej. Koła zę­ba­te w mo­jej gło­wie po­ru­szy­ły się wol­no, do­pa­so­wu­jąc jego wiek do tego, co o nim wie­dzia­łam. Star­sze­go czło­wie­ka, któ­ry sta­rał się wy­glą­dać pro­fe­sjo­nal­nie, ce­cho­wa­ła po­wścią­gli­wość. Dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­la­tek, któ­ry ro­bił to samo, chciał, żeby bra­no go na po­waż­nie.

Na tym po­le­ga­ła róż­ni­ca.

Po­słusz­nie za­ję­łam wska­za­ne miej­sce. Agent Briggs po­chy­lił się do przo­du na swo­im krze­śle. Dzie­lą­ce nas biur­ko było pu­ste, je­śli nie li­czyć ster­ty do­ku­men­tów i dwóch dłu­go­pi­sów, z któ­rych jed­ne­mu bra­ko­wa­ło skuw­ki.

Wy­glą­da­ło na to, że Briggs nie był z na­tu­ry pe­dan­tycz­ny. Z ja­kie­goś po­wo­du ta in­for­ma­cja po­pra­wi­ła mi na­strój. Mia­łam do czy­nie­nia z czło­wie­kiem am­bit­nym, lecz nie za­wzię­tym.

– Skoń­czy­łaś? – za­py­tał. Jego głos nie był szorst­ki. Po­brzmie­wa­ła w nim ra­czej au­ten­tycz­na cie­ka­wość.

– Co ta­kie­go? – od­par­łam.

– Ana­li­zę – uści­ślił. – Spę­dzi­łem w tym biu­rze tyl­ko dwie go­dzi­ny. Nie by­łem pe­wien, co zwró­ci two­ją uwa­gę, ale do­my­ślam się, że coś jed­nak oka­za­ło się in­te­re­su­ją­ce. Na­zna­cze­ni za­wsze tak mają.

Na­zna­cze­ni. Wy­mó­wił to sło­wo tak, jak­by się spo­dzie­wał, że po­wtó­rzę je ze zdu­mie­niem. Ale ja się nie ode­zwa­łam. Im mniej ode mnie do­sta­wał, tym wię­cej mi ujaw­niał.

– Po­tra­fisz pro­fi­lo­wać lu­dzi, wy­chwy­tu­jesz de­ta­le i na ich pod­sta­wie two­rzysz więk­szy ob­raz. Usta­lasz, kim są, cze­go pra­gną, jak dzia­ła­ją. – Uśmiech­nął się. – Ja­kie lu­bią jaj­ka.

– Za­pro­sił mnie pan tu­taj, bo po­tra­fię zgad­nąć, ja­kie kto lubi jaj­ka? – za­py­ta­łam gło­sem peł­nym nie­do­wie­rza­nia.

Za­bęb­nił pal­ca­mi o blat biur­ka.

– Za­pro­si­łem cię tu­taj, bo masz na­tu­ral­ny ta­lent do cze­goś, cze­go więk­szość lu­dzi nie po­tra­fi się na­uczyć, na­wet je­śli po­świę­ca na to całe ży­cie.

Za­cie­ka­wi­ło mnie, czy sfor­mu­ło­wa­nie „więk­szość lu­dzi” od­no­si­ło się tak­że do nie­go.

Mu­siał uznać moje upo­rczy­we mil­cze­nie za wy­raz sprze­ci­wu.

– Chcesz mi po­wie­dzieć, że nie oce­niasz lu­dzi? Że nie po­tra­fisz mi po­wie­dzieć, czy wolę grać w ko­szy­ków­kę, czy w gol­fa?

Oczy­wi­ście, że w ko­szy­ków­kę. Cho­ciaż wo­lał, aby lu­dzie my­śle­li, że jed­nak w gol­fa.

– Mo­gła­byś spró­bo­wać mi wy­ja­śnić, jak roz­gry­zasz róż­ne rze­czy... jak roz­gry­zasz lu­dzi. Ale wiesz co, Cas­sie? Róż­ni­ca mię­dzy tobą a resz­tą świa­ta po­le­ga na tym, że aby wy­tłu­ma­czyć, jak wła­śnie wy­wnio­sko­wa­łaś, że wolę roz­bić so­bie nos na bo­isku, niż wy­ma­chi­wać ki­jem w to­wa­rzy­stwie sze­fa, mu­sia­ła­byś zro­bić krok w tył. Mu­sia­ła­byś się cof­nąć, żeby usta­lić, ja­kie wska­zów­ki do­strze­głaś i jak po­łą­czy­łaś je w ca­łość, bo wła­śnie tak dzia­łasz. Na­wet nie mu­sisz tego ana­li­zo­wać, przy­naj­mniej nie w taki spo­sób, jak mu­siał­bym to zro­bić ja ze swo­im ze­spo­łem. Pew­nie na­wet nie mo­gła­byś się po­wstrzy­mać, gdy­byś chcia­ła.

Ni­g­dy o tym nie roz­ma­wia­łam, na­wet z mamą, któ­ra na­uczy­ła mnie wszyst­kie­go, co się dało w tym za­kre­sie. Pa­trzy­łam na lu­dzi jak na za­gad­ki. Ła­twe ukła­dan­ki, skom­pli­ko­wa­ne puz­zle, krzy­żów­ki, ła­mi­głów­ki, su­do­ku. Każ­dą z nich dało się roz­wią­zać, a ja nie usta­wa­łam w wy­sił­kach, żeby to osią­gnąć.

– Skąd pan to wie? – za­py­ta­łam męż­czy­znę przede mną. – I na­wet je­śli to praw­da, na­wet je­śli na­praw­dę mam in­stynkt, co to pana ob­cho­dzi?

Po­chy­lił się do przo­du.

– Wiem o tym, bo to mój in­te­res. Bo to ja prze­ko­na­łem FBI, że mu­si­my szu­kać ta­kich lu­dzi jak ty.

– Cze­go pan ode mnie chce?

Oparł się na krze­śle.

– A jak są­dzisz, Cas­sie? Cze­go mogę od cie­bie chcieć?

Za­schło mi w ustach.

– Mam sie­dem­na­ście lat.

– Na­tu­ral­ne zdol­no­ści, ta­kie jak two­je, osią­ga­ją apo­geum w okre­sie doj­rze­wa­nia. Edu­ka­cja for­mal­na, szkol­nic­two wyż­sze, zły wpływ oto­cze­nia mogą za­bu­rzyć ten nie­wia­ry­god­ny po­ten­cjał, któ­rym dys­po­nu­jesz. – Skrzy­żo­wał ręce na pier­si. – Chcę do­pil­no­wać, żeby od­dzia­ły­wa­ły na cie­bie wy­łącz­nie do­bre bodź­ce, żeby twój dar roz­wi­jał się i prze­kształ­cił w coś nie­zwy­kłe­go, coś, co bę­dziesz mo­gła wy­ko­rzy­stać do czy­nie­nia do­bra na tym świe­cie.

Z jed­nej stro­ny mia­łam ocho­tę ro­ze­śmiać się mu w twarz, wyjść z tego ga­bi­ne­tu i za­po­mnieć o wszyst­kim, co się tam wy­da­rzy­ło, ale z dru­giej nie mo­głam prze­stać my­śleć o tym, że przez ostat­nie pięć lat ży­łam w sta­nie za­wie­sze­nia, jak­bym cze­ka­ła na coś bli­żej nie­okre­ślo­ne­go.

– Nie mu­sisz de­cy­do­wać już te­raz, ale daję ci wy­jąt­ko­wą szan­sę, Cas­sie. Nasz pro­gram jest je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju i może prze­kształ­cić na­zna­czo­nych, lu­dzi ta­kich jak ty, w coś na­praw­dę wspa­nia­łe­go.

– Ta­kich jak ja – po­wtó­rzy­łam, pod­czas gdy mój mózg wrzu­cał wła­śnie szó­sty bieg. – I Mi­cha­el.

Wska­zu­jąc na nie­go, nie mia­łam stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, ale w cią­gu dwóch mi­nut, któ­re spę­dzi­li­śmy ra­zem, zmie­rza­jąc do tego ga­bi­ne­tu, Mi­cha­el zaj­rzał do mo­jej gło­wy i zo­ba­czył tam znacz­nie wię­cej niż kto­kol­wiek inny.

– I Mi­cha­el. – Twarz agen­ta Brig­g­sa za­czę­ła się zmie­niać. Opa­dła z niej ma­ska nie­wzru­szo­ne­go pro­fe­sjo­na­li­sty. On trak­to­wał tę spra­wę oso­bi­ście. Na­praw­dę wie­rzył w ten pro­gram.

I mu­siał coś udo­wod­nić.

– Co mnie cze­ka, je­śli przy­stą­pię do pro­gra­mu? – za­py­ta­łam, oce­nia­jąc jego re­ak­cję. En­tu­zjazm wi­docz­ny na jego twa­rzy prze­mie­nił się w coś znacz­nie bar­dziej in­ten­syw­ne­go. Wbił we mnie wzrok, jak­by pró­bo­wał prze­wier­cić mnie na wy­lot.

– Chcia­ła­byś się prze­pro­wa­dzić do Wa­szyng­to­nu?

Rozdział 4

Czy chcia­ła­bym się prze­pro­wa­dzić do Wa­szyng­to­nu?

– Mam sie­dem­na­ście lat – po­wtó­rzy­łam jak ka­ta­ryn­ka. – Le­piej za­py­tać o to mo­ich opie­ku­nów praw­nych.

– Nie by­ła­byś pierw­szą zre­kru­to­wa­ną prze­ze mnie na­sto­lat­ką, Cas­sie. Mam swo­je spo­so­by.

Naj­wy­raź­niej nie po­znał Non­ny.

– Pięć lat temu pra­wo do opie­ki nad Cas­san­drą Hob­bes zo­sta­ło przy­zna­ne jej bio­lo­gicz­ne­mu ojcu, Vin­cen­to­wi Bat­ta­glia, słu­żą­ce­mu w Si­łach Po­wietrz­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych. – Agent Briggs zro­bił pau­zę. – Czter­na­ście mie­się­cy po tym, jak po­ja­wi­łaś się w jego ży­ciu, twój oj­ciec do­stał prze­nie­sie­nie za gra­ni­cę. Ty po­sta­no­wi­łaś zo­stać tu­taj z jego mat­ką.

Nie za­py­ta­łam, gdzie agent Briggs zdo­był te in­for­ma­cje. Pra­co­wał w FBI. Pew­nie znał na­wet ko­lor mo­jej szczo­tecz­ki do zę­bów.

– Zmie­rzam do tego, Cas­sie, że z praw­ne­go punk­tu wi­dze­nia ku­ra­te­lę nad tobą na­dal spra­wu­je twój oj­ciec. Je­stem pe­wien, że je­śli przyj­miesz moją ofer­tę, będę w sta­nie wszyst­ko z nim za­ła­twić. – Agent Briggs po­now­nie za­milkł. – W re­la­cjach ze świa­tem ze­wnętrz­nym nasz pro­gram ko­rzy­sta z pew­nych przy­wi­le­jów. Jest eli­tar­ny i ma wspar­cie kil­ku bar­dzo waż­nych lu­dzi. Twój oj­ciec to za­wo­do­wy żoł­nierz. Mar­twi go, że izo­lu­jesz się od świa­ta. Wła­śnie dla­te­go bę­dzie mi go ła­twiej prze­ko­nać.

Już za­czę­łam otwie­rać usta, żeby za­py­tać, jak usta­lił, że mój oj­ciec się mar­twi, ale Briggs uniósł rękę.

– Nie dzia­łam na śle­po, Cas­sie. Gdy tyl­ko zo­sta­łaś wy­ty­po­wa­na jako po­ten­cjal­na re­krut­ka, od­ro­bi­łem pra­cę do­mo­wą.

– Wy­ty­po­wa­na? – za­py­ta­łam, uno­sząc brwi. – Z ja­kie­go po­wo­du?

– To nie ja cię wska­za­łem i wła­ści­wie nie za­mie­rzam ci zdra­dzić, jak prze­bie­ga re­kru­ta­cja, do­pó­ki nie przyj­miesz mo­jej ofer­ty. Je­śli zre­zy­gnu­jesz, wy­ja­dę z De­nver jesz­cze tej nocy.

Nie mo­głam tego zro­bić i agent Briggs praw­do­po­dob­nie o tym wie­dział, jesz­cze za­nim zło­żył mi pro­po­zy­cję.

Chwy­cił dłu­go­pis bez skuw­ki i za­no­to­wał coś na brze­gu jed­nej z kar­tek.

– Je­śli masz py­ta­nia, mo­żesz po­roz­ma­wiać z Mi­cha­elem. Je­stem pe­wien, że z doj­mu­ją­cą szcze­ro­ścią opo­wie ci o swo­ich do­świad­cze­niach w pro­gra­mie. – Briggs wzniósł oczy do nie­ba w ge­ście de­spe­ra­cji tak uni­wer­sal­nym, że nie­mal za­po­mnia­łam o jego od­zna­ce i gar­ni­tu­rze. – A je­śli masz ja­kie­kol­wiek py­ta­nia do mnie...

Za­wie­sił głos i zo­sta­wił mi pole do po­pi­su. Chwy­ci­łam przy­nę­tę i za­czę­łam wy­py­ty­wać o szcze­gó­ły. Pięt­na­ście mi­nut póź­niej mój umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Pro­gram – Briggs po­wta­rzał tę na­zwę do znu­dze­nia – do­pie­ro racz­ko­wał. Skła­dał się z dwóch eta­pów: pierw­szy po­le­gał na szko­le­niu wy­bra­nych uczest­ni­ków i roz­wi­ja­niu ich na­tu­ral­nych zdol­no­ści, a dru­gi na wy­ko­rzy­sty­wa­niu tych umie­jęt­no­ści, aby po­ma­gać FBI zza ku­lis. Mo­głam zre­zy­gno­wać z pro­gra­mu w do­wol­nym mo­men­cie. Mu­sia­łam tyl­ko pod­pi­sać umo­wę o po­uf­no­ści.

– Zo­sta­je jesz­cze jed­no py­ta­nie, któ­re­go nie za­da­łaś, Cas­sie. – Agent Briggs po­now­nie skrzy­żo­wał ręce na pier­si. – Dla­te­go zro­bię to za cie­bie i od razu na nie od­po­wiem. Znam two­ją hi­sto­rię. Wiem o two­jej mat­ce. I cho­ciaż nie mam dla cie­bie żad­nych no­wych in­for­ma­cji w tej spra­wie, mogę po­wie­dzieć, że po tym, co prze­szłaś, masz wię­cej po­wo­dów niż inni, żeby ro­bić to, co my.

– A kon­kret­nie? – za­py­ta­łam zdu­szo­nym gło­sem. Na samo wspo­mnie­nie sło­wa na m czu­łam ucisk w gar­dle. – Po­wie­dział pan, że za­pew­ni­cie mi szko­le­nie, a w za­mian ja zo­sta­nę wa­szą kon­sul­tant­ką. Ale co do­kład­nie będę kon­sul­to­wać? I cze­go bę­dzie do­ty­czy­ło to szko­le­nie?

Nie od­po­wie­dział od razu, a ja…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Podziękowania

Na­zna­cze­ni to naj­bar­dziej wy­ma­ga­ją­ca książ­ka, jaką na­pi­sa­łam, i to wła­śnie ona przy­nio­sła mi naj­wię­cej sa­tys­fak­cji. Je­stem wdzięcz­na za to, że do­sta­łam szan­sę, aby po­łą­czyć moją mi­łość do psy­cho­lo­gii i wie­dzę z za­kre­su ko­gni­ty­wi­sty­ki z za­mi­ło­wa­niem do li­te­ra­tu­ry mło­dzie­żo­wej. Mam dług wdzięcz­no­ści wo­bec wie­lu lu­dzi, któ­rzy mi w tym po­mo­gli.

Ogrom­ne po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się re­dak­tor Ca­the­ri­ne On­der. Bez jej za­an­ga­żo­wa­nia i czuj­ne­go oka ni­g­dy nie na­pi­sa­ła­bym tej książ­ki. Moja agent­ka, Eli­za­beth Har­ding, to­wa­rzy­szy­ła mi na każ­dym kro­ku w trak­cie pra­cy przy kil­ku­na­stu pro­jek­tach, a ja nie­ustan­nie się cie­szę, że ją mam. Moja bry­tyj­ska agent­ka, Gin­ger Clark, i wszy­scy z Qu­er­cus Bo­oks oka­zy­wa­li mi wiel­kie wspar­cie od sa­me­go po­cząt­ku tego pro­jek­tu. Je­stem ogrom­nie wdzięcz­na za ta­kie wspa­nia­łe ze­spo­ły po obu stro­nach wiel­kiej wody. I oczy­wi­ście wiel­kie dzię­ki na­le­żą się lu­dziom z Di­sney-Hy­pe­rion, w tym Di­nie Sher­man (mię­dzy in­ny­mi za two-step). Dzię­ku­ję tak­że mo­jej agent­ce fil­mo­wej, Hol­ly Fre­de­rick, oraz Lo­ren­zo­wi De Maio za za­da­wa­nie py­tań, któ­re po­mo­gły mi za­głę­bić się w ten świat.

Na­pi­sa­nie tej książ­ki wy­ma­ga­ło ode mnie zgro­ma­dze­nia wie­lu in­for­ma­cji. Szcze­gól­nie przy­słu­ży­ły mi się pa­mięt­ni­ki pro­fi­le­ra FBI, Joh­na Do­ugla­sa, a tak­że ba­da­nia em­pi­rycz­ne Pau­la Ek­ma­na, Mau­re­en O’Sul­li­van, Si­mo­na Ba­ro­na-Co­he­na i wie­lu in­nych.

Wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia dla Ally Car­ter, mo­jej nie­zwy­kłej przy­ja­ciół­ki, za wie­lo­krot­ne spro­wa­dze­nie mnie znad prze­pa­ści i prze­czy­ta­nie pier­wot­nej wer­sji tej książ­ki. Dzię­ku­ję tak­że Sa­rah Cross, Sa­rah Rees Bren­nan, Me­lis­sie Marr, Ra­chel Vin­cent, BOB oraz wie­lu in­nym za ich przy­jaźń i wspar­cie pod­czas wzlo­tów i upad­ków w trak­cie pro­ce­su twór­cze­go i wy­daw­ni­cze­go.

Pi­sa­nie i po­pra­wia­nie tej książ­ki po­kry­wa­ło się z ostat­nim ro­kiem mo­ich stu­diów dok­to­ranc­kich, a tak­że z moim pierw­szym ro­kiem pra­cy jako wy­kła­dow­cy w col­le­ge’u. Dzię­ku­ję moim do­rad­com w Yale, a tak­że wszyst­kim z wy­dzia­łu psy­cho­lo­gii na Uni­ver­si­ty of Okla­ho­ma za cie­płe przy­ję­cie pod­czas pierw­sze­go roku pra­cy na eta­cie wy­kła­dow­cy – i za oka­za­nie tyle ser­ca moim książ­kom. Chcia­ła­bym po­dzię­ko­wać tak­że moim nie­wia­ry­god­nym stu­den­tom, zwłasz­cza tym uczęsz­cza­ją­cym ze­szłej wio­sny na za­ję­cia za­ty­tu­ło­wa­ne: Co­gni­ti­ve Scien­ce of Fic­tion and Wri­ting Young Adult Fic­tion. Ucze­nie was oka­za­ło się fan­ta­stycz­nym do­świad­cze­niem, dzię­ki któ­re­mu sta­łam się lep­szą pi­sar­ką!

Na ko­niec, jak za­wsze, dzię­ku­ję mo­jej cu­dow­nej ro­dzi­nie. Ma­mie, ta­cie, Ju­sti­no­wi, Al­li­son i Con­no­ro­wi. Ko­cham was bar­dziej, niż po­tra­fię to wy­ra­zić sło­wa­mi.