Wydawca: Świat Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 308 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Naziści? Jeńcy niemieccy w Ameryce - Daniel Costelle

Jedna z najmniej znanych kart drugiej wojny światowej. Dokument historyczny, który czyta się niemal jak powieść. Dzięki wykorzystaniu licznych źródeł niemieckich i amerykańskich, Daniel Costelle wydobył z zapomnienia wydarzenia długo pozostawione w cieniu.

Ponad 380000 jeńców niemieckich, których Amerykanie wzięli do niewoli w czasie wojny, zostało wysłanych do obozów internowania w Stanach Zjednoczonych. To, co się tam wydarzyło, dziś wydaje się niewyobrażalne, a jednak...

Najbardziej fanatyczni żołnierze niemieccy do końca chcieli wierzyć w zwycięstwo Trzeciej Rzeszy, toteż karali śmiercią zdrajców - tych, którzy zachowywali się jak pokonani. Aby położyć kres serii zabójstw, należało oddzielić jednych od drugich.

Opinie o ebooku Naziści? Jeńcy niemieccy w Ameryce - Daniel Costelle

Fragment ebooka Naziści? Jeńcy niemieccy w Ameryce - Daniel Costelle

Tytuł oryginału: PRISONNIERS NAZIS EN AMÉRIQUE
Wydawca: DARIA KIELAN
Redaktor prowadzący: TOMASZ JENDRYCZKO
Redakcja: RYSZARDA WITKOWSKA-KRZESKA
Korekta: JUSTYNA KIELNIACZ
Skład: PIOTR TRZEBIECKI
Copyright © Acropole, un département de Place des Editeurs, 2012 Copyright © for the Polish translation by Maria Żurowska, 2014
ISBN 978-83-7943-972-0
Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Księgarnia internetowa: Fabryka.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Przedmowa

Znamy Daniela Costelle’a, który początkowo z Henri de Turenne’m, a następnie z Isabelle Clarke nakręcił wiele filmów dokumentalnych o tematyce historycznej; zyskały one uznanie publiczności. Niezmordowany autor wywiadów, niezaspokojony poszukiwacz niepublikowanych dokumentów fotograficznych i filmowych, Costelle stworzył dzieło olbrzymie, mające obecnie zasięg międzynarodowy. Literacki wymiar tego dzieła jest może mniej znany. Jeńcy niemieccy (naziści?) w Ameryce należą do tej kategorii. Daniel Costelle posłużył się tutaj tą samą metodą, co w swoich filmach, tyle że obraz zastąpiły świadectwa ustne. Wykorzystanie ich przez historyka oczywiście wywołało spór. Stwierdzenie oparte na tylko jednym świadectwie może zostać podważone; oparte na wielu staje się wiarygodne. Przygotowując się do napisania tej książki, Daniel Costelle zastosował sprawdzoną metodę i w 1970 roku spotkał się z wieloma dawnymi więźniami niemieckich obozów jenieckich w Stanach Zjednoczonych, dzięki czemu zgromadził wiele źródeł. W twórczości Costelle’a książka ta nie stanowi wyjątku, lecz wpisuje się w obszerną serię Apokalipsy[1] jako jej kolejny rozdział.

Książka porusza temat mało znany we Francji, nawet jeśli dla wielu jeńców niemieckich właśnie Francja była ostatnim etapem niewoli. Mimo że Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny w grudniu 1941 roku, los tych jeńców stał się dla nich rzeczywistym problemem do rozwiązania dopiero w maju 1943 roku, w związku z kapitulacją – na przylądku Bon w Tunezji – Afrikakorps, liczącego wówczas 150 000 żołnierzy. Następnie dołączyli do nich jeńcy wzięci do niewoli we Włoszech, około 20 000 na miesiąc. Po lądowaniu w Normandii liczba ich wzrosła do 30 000 miesięcznie, zwiększając się jeszcze w ciągu ostatnich miesięcy wojny, kiedy niemiecki system wojskowy wkroczył w fazę rozkładu. Władze amerykańskie zmuszone stawić czoło masom jeńców od razu odrzuciły możliwość przetrzymywania ich in situ, choćby ze względu na niebezpieczeństwo, jakie stanowiłaby obecność jeńców w strefach mogących jeszcze sąsiadować z terenem działań wojennych. Zdecydowano się więc na radykalne posunięcie: jeńcy niemieccy, a także włoscy zostaną przetransportowani do Stanów Zjednoczonych. W tym celu miały być wykorzystane „Liberty Ships”, które wcześniej niejednokrotnie wracały puste ze swoich rejsów do Europy. Pod koniec wojny Stany Zjednoczone przetrzymywały na swoim terytorium 425 000 jeńców, w tym większość Niemców. To znaczna liczba, która jednak wydaje się względna, jeśli wziąć pod uwagę, jak wielu jeńców dostało się w ręce Armii Czerwonej. W samej tylko bitwie o Berlin do niewoli sowieckiej trafiło 500 000 niemieckich oficerów i żołnierzy.

Dla jeńców przybycie do Stanów Zjednoczonych okazało się silnym wstrząsem. Dzielącą ich od tego kraju odległość wyznaczył nie tylko ocean. Propaganda Goebbelsa wzniosła istny mur między ludnością niemiecką a Stanami Zjednoczonymi, systematycznie i nieustannie piętnowanymi jako plutokracja, której prezydent był smętną marionetką w rękach Żydów. Jeńcy odkryli nie tylko nowe horyzonty. Oczywiście nikt nie zamierzał dopuścić ich do udziału w American way of life. A przecież wielu zdołało go zakosztować, choćby trochę, gdy opuszczali obozy, by pracować na farmach. Ich oczom objawiło się społeczeństwo obfitości, o którym nie mieli pojęcia w Niemczech – kraju planu czteroletniego, ukierunkowanego na przemysł zbrojeniowy, a nie na dobra konsumpcyjne. Wielu tak bardzo się zafascynowało Stanami Zjednoczonymi, że pragnęli tam zostać, na co jednak nie uzyskali zgody.

Liczba obozów jenieckich rosła w miarę upływu czasu. W szczytowym okresie napływu jeńców w Stanach Zjednoczonych znajdowało się 55 obozów głównych i 511 obozów dodatkowych. Władze wojskowe rozmieściły je na dużej części amerykańskiego terytorium, od Nowego Meksyku po Massachusetts, szczególnie na obszarach rolniczych i w pobliżu niewielkich czy średnich miast, wykluczając jednak bliskość wielkich aglomeracji. Spośród wszystkich stanów amerykańskich Teksas ze swoimi 79 000 jeńców z pewnością był tym, w którym znajdowało się ich najwięcej. Sposób zorganizowania obozu najczęściej wyznaczały określone standardy. Obóz składał się więc z wojskowych baraków krytych smołowaną tekturą lub blachą falistą, wewnątrz których stały rzędami łóżka polowe. Gdyby pominąć budki strażnicze, podwójne ogrodzenia z drutu kolczastego i reflektory, obozy jenieckie do złudzenia przypominałyby wojskowe ośrodki szkoleniowe.

Większość jeńców nie spędzała czasu bezczynnie. Najczęściej byli wykorzystywani do prac rolnych, gdyż z powodu wojny w rolnictwie brakowało siły roboczej. Okoliczność ta wyjaśnia rozmieszczenie licznych obozów w stanach południowych, gdzie jeńcy pracowali na polach bawełny i tytoniu, a także przy zbiorach owoców. Ponieważ wszelki trud wymaga zapłaty, za pracę swoją otrzymywali niewielkie wynagrodzenie.

A oto najdziwniejsze zjawisko, związane z obozami dla jeńców niemieckich w Stanach Zjednoczonych. Jak w każdym wojennym obozie jenieckim, tak samo w tych obozach organizacja wewnętrzna spoczywała w rękach oficerów. W rzeczywistości jednak obozy były podporządkowane zwierzchności hierarchii równoległej, która zdołała sobie nawet przywłaszczyć władzę sądowniczą – oczywiście w odniesieniu do przewinień bieżących. Naziści przejęli kontrolę nad sądownictwem i wprowadzili swoje prawo. Przede wszystkim chodziło o wątpliwości dotyczące okoliczności, w jakich niektórzy więźniowie wpadli w ręce wroga. Czy rzeczywiście zostali zmuszeni do kapitulacji? A może wzięcie ich do niewoli skrywało zakamuflowaną dezercję? Regularny wzrost liczby jeńców w miarę pogarszania się sytuacji wojskowej budził wątpliwości tych, którzy nie godzili się na kapitulację.

Wielu spośród tych ludzi nie kryło zresztą zadowolenia z takiego obrotu sprawy, a nawet pozwalało sobie na wypowiedzi zawierające dużą dozę pesymizmu. Inni, na przykład porucznik von Arnim, adiutant ostatniego komendanta Paryża, zostali oskarżeni o nieposłuszeństwo wobec Führera. Wbrew rozkazom Hitlera Paryż nie spłonął. Nie zapomniano również o owych malgré--nous („wbrew naszej woli”), Alzatczykach i Lotaryńczykach siłą wcielonych do Wehrmachtu, których odyseja sięgnęła nawet Stanów Zjednoczonych. Niewielu udało się przedstawić swoją szczególną sytuację żołnierzom amerykańskim, nie do końca wprowadzonym w europejskie subtelności. Pozostawali ci, których podejrzewano o przekazanie wrogowi informacji mogących zaszkodzić interesom Rzeszy, choćby do wyznaczenia celów bombardowań. Los tych podejrzanych szybko został rozstrzygnięty. Tajne sądy kapturowe wydawały wyroki. Następnie znajdowano zwłoki ofiar w okolicznościach, wyraźnie wskazujących na morderstwo. Każdy musiał wiedzieć, co go czeka, kiedy okaże się nielojalny wobec Rzeszy. Nie wszystkie te zbrodnie pozostały bezkarne. W jednym z obozów w Oklahomie, w następstwie zamordowania jeńca, podejrzanego o udostępnienie wrogowi informacji o systemie maskowania w Hamburgu, mającym zmylić pilotów bombowców alianckich, pięciu współwięźniów oskarżonych o wymierzenie kary i dokonanie morderstwa zginęło na szubienicy.

W innych obozach władze postanowiły przymykać oczy. Często posuwały się bardzo daleko w swojej trosce o niemieszanie się w wewnętrzne sprawy jeńców. Podczas defilad organizowanych z okazji świąt nazistowskich, jak urodziny Führera czy upamiętnienie puczu monachijskiego z 9 listopada 1923 roku, jeńcy mogli śpiewać Horst-Wessel-Lied i nikogo to nie wzruszało. Obraz stał się wręcz surrealistyczny, kiedy swastyka mogła bezkarnie powiewać nad obozami, na oczach i za zgodą wszystkich.

Aby jednak uniknąć kolejnych zabójstw, administracja amerykańska postanowiła utworzyć obozy, w których mogliby znaleźć schronienie antynaziści. Przy tej okazji należy zaznaczyć, że tylko mniejszość niemieckich jeńców wojennych skorzystała z takiej możliwości. Inni pozostali do końca pod władzą reżimu nazistowskiego i jego ideologii. Świadczy to również o znikomych rezultatach programów reedukacyjnych, jakie władze amerykańskie usiłowały realizować, by oczyścić jeńców z nazistowskich miazmatów, a zaszczepić im cnoty demokratyczne.

Po zaprzestaniu działań wojennych na Zachodzie w maju 1945 roku niemieccy jeńcy wojenni przestali jeść biały chleb w sensie dosłownym i przenośnym. Władze amerykańskie nie musiały już się obawiać środków odwetowych ze strony państwa, które przestało istnieć. Lecz jeńcy może w większym stopniu padli ofiarami wstrząsu, jaki w kwietniu i maju 1945 roku wywołało wśród Amerykanów odkrycie koszmaru nazistowskich obozów śmierci. W tamtym okresie przeważał pogląd o zbiorowej odpowiedzialności. Wszyscy Niemcy, kimkolwiek by byli i gdziekolwiek by się znajdowali, powinni ponieść winę za te okrucieństwa. Od tej pory władze amerykańskie niewątpliwie zaprzestały łagodnego traktowania, z którego jeńcy korzystali od chwili przybycia do Stanów Zjednoczonych. Nowy stan amerykańskiego ducha wyraził się w natychmiastowym i drastycznym zmniejszeniu codziennych racji żywnościowych. W opinii, którą zgodnie podzielali jeńcy obozów nazistowskich i antynazistowskich, ostatnie miesiące niewoli były wyjątkowo ciężkie.

Dzień wyjazdu zbliżał się nieuchronnie. Stany Zjednoczone nie miały żadnego powodu, by na swoim terytorium przetrzymywać setki tysięcy jeńców. W przeciwieństwie do swoich europejskich sprzymierzeńców Amerykanie nie musieli zajmować się programem odbudowy, do którego realizacji jeńcy mogliby zostać użyci. Transport setek tysięcy ludzi był trudnym przedsięwzięciem logistycznym, operacją rozłożoną na wiele miesięcy. Dla wielu jeńców opuszczenie Stanów Zjednoczonych nie oznaczało natychmiastowego powrotu do Niemiec. Dołączyli do setek tysięcy jeńców we Francji, odesłanych do odbudowy kraju, a także do oczyszczania z min dawnych terenów walk, pracy wyjątkowo niebezpiecznej, podczas której ponad 2500 jeńców straciło życie.

Książkę Daniela Costelle’a czyta się jak powieść, ale jest ona czymś więcej niż powieścią. Ma podwójną siłę dokumentu historycznego. Po pierwsze, wyjaśnia zjawisko z okresu drugiej wojny światowej, najczęściej pozostawiane w cieniu. Po drugie, ukazuje, w jaki sposób fanatyczna ideologia może utrzymać w kręgu swej władzy zindoktrynowane umysły. To lekcja z przeszłości do rozważenia teraz bardziej niż kiedykolwiek!

Jean-Paul Bled,historyk, emerytowany wykładowcahistorii współczesnej na Sorbonie

1

Preludium (i fuga)

Piąty września 1940 roku. Porucznik baron Franz von Werra, wygodnie rozparty w swoim messerschmitcie 109, niczym sęp obserwował angielską wieś z wysokości trzech tysięcy metrów. Po swoich trzynastu zwycięstwach powietrznych słusznie uchodził za siódmego z kolei asa Luftwaffe. Inni niemieccy piloci myśliwscy mieli więcej zwycięstw na koncie, choćby Werner Mölders (29) czy Adolf Galland (24), lecz von Werra przysiągł sobie ich doścignąć. Wsławił się tym, że w kampanii francuskiej, podczas pierwszego lotu bojowego, strącił dwa potezy. Trafił na pierwsze strony niemieckich magazynów: nieco zbyt niski jak na swój gust, lecz mocno zbudowany opalony blondyn, paradował ze swoją maskotką, oswojonym lwiątkiem o imieniu Simba, nazywającym się tak samo jak ulubiony pupil jego idola, marszałka Hermanna Göringa, naczelnego dowódcy lotnictwa Rzeszy. Był wyborowym pilotem niemieckiego lotnictwa myśliwskiego, kiedy odnosiło ono największe sukcesy. Po swoich wspaniałych zwycięstwach we Francji całe grupy bombowców: stukasów i heinkli, znikły podczas bitwy o Anglię. Trzynastego sierpnia 1940 roku Göring zmobilizował wszystkie jednostki, by unicestwić Royal Air Force. Kolejna porażka. Myśliwce spitfire i hurricane trwały na stanowiskach, gotowe odpierać niemieckie ataki. Lecz na twarzy Franza von Werry ciągle gościł niezniszczalny uśmiech. I wówczas dostał serię 20-milimetrowych pocisków, po czym oszołomiony, lecz cudem ocalony, znalazł się pośród szczątków swego samolotu, rozbitego na wsi angielskiej. Jego pogromca, porucznik John Webster, właśnie wykonał nad nim triumfalną beczkę, po czym ponownie włączył się w zaciekłą walkę na niebie. Wkrótce został zabity.

Franz von Werra był pierwszym asem Luftwaffe, który dostał się do niewoli brytyjskiej. Został więc szczególnie potraktowany: trzy tygodnie bezustannych przesłuchań w sławnym budynku przy Kensington Place 8 w Londynie, gdzie najlepsi specjaliści wywiadu wszelkimi sposobami usiłowali uzyskać informacje od tak ważnych jeńców. Lecz nieustępliwy ptaszek zręcznie wymykał się z zastawionych sideł. Oficerowie wywiadu RAF-u niczego się nie dowiedzieli, on natomiast wiele się dowiedział o brytyjskich metodach śledczych, co później miało się okazać bardzo istotne. Uwagę Werry zwróciły długie i zręczne przesłuchania, podczas których Anglicy doszukiwali się szczegółów pozornie bez znaczenia, lecz mogących udzielić wskazówek na temat choćby rozmieszczenia jednostek. Od tamtej pory Werra obsesyjnie powtarzał sobie, że Luftwaffe w ogóle nie przygotowuje swoich pilotów do tego rodzaju przesłuchań, i poczuł się obarczony misją: ostrzec swoich przywódców. Jego żywy temperament i niesłabnąca energia oraz obserwacje, które poczynił, bardzo szybko kazały mu myśleć tylko o jednym: o ucieczce.

Na początku października 1940 roku porucznik von Werra został przeniesiony do obozu jeńców niemieckich Grizedale Hall, w Lake District na północnym zachodzie Anglii – krainie między Szkocją a Morzem Irlandzkim, uznawanej za piękną przez turystów, miłośników zielonej i różnorodnej przyrody, ze wspaniałymi jeziorami, rozciągającymi się pośrodku dolin.

Werra miał okazję zapoznać się z pierwszym obozem niemieckich jeńców wojennych. Obóz nr 1 znajdował się wówczas w typowym angielskim zamku, w którym kamień kłócił się o lepsze z bluszczem, stając się doskonałym tłem dla filmu Hitchcocka.

W roku 1940 w zamku jeszcze nie było tłoku: przebywali tam przede wszystkim oficerowie Kriegsmarine – w większości z okrętów podwodnych – i strąceni lotnicy. Zgodnie z obyczajem na najwyższym rangą oficerze niemieckim spoczywała odpowiedzialność przed brytyjskimi władzami obozu za jego właściwe funkcjonowanie i dyscyplinę, podobnie jak we wszystkich obozach jenieckich państw, które podpisały Konwencję Genewską[2]. Lecz pod pozorami ścisłego przestrzegania tej międzynarodowej konwencji, zakładającej wzajemność (wasi jeńcy będą traktowani tak, jak wy traktujecie naszych), Niemcy natychmiast utworzyli w zamku coś w rodzaju stałego sądu, ukrytego pod nazwą Ältestenrat (Rada Starszych), czuwającego nad tym, by nikt nigdy nie zapomniał właściwych nazistowskich wytycznych. Grupa wyższych oficerów – dwaj dowódcy Luftwaffe i dwaj dowódcy okrętów podwodnych – cenzurowała pocztę i każdego nowo przybyłego jeńca pytała o możliwość zdrady, jakiej mógłby się dopuścić podczas brytyjskich przesłuchań. Stosowano również kary, które specjalne „komando” wymierzało zgodnie z rozkazami Ältestenrat – od wykluczenia z grupy po karę śmierci.

Tak wyglądał przypadek porucznika marynarki Bernharda Berndta, który oddał się do niewoli razem z całą załogą okrętu podwodnego już podczas pierwszego wypłynięcia w morze, w 1941 roku. Zginął on podczas „próby ucieczki”.

Bez wątpienia nie tak wyglądał przypadek Franza von Werry, którego cały obóz i jego tajni zwierzchnicy nosili na rękach. W każdym razie miał on swój niepowtarzalny sposób pozdrawiania, trzaskał obcasami, wrzeszcząc „Heil Hitler”, co rozwiewało wszelkie wątpliwości.

Siódmego października 1940 roku, zaledwie tydzień po przybyciu do obozu, Werra, który myślał wyłącznie o ucieczce, przeskoczył przez okalający mur i pobiegł przez wieś. Była to próba szaleńcza: w jenieckim stroju, bez zapasów żywności, w lodowatym deszczu północnej Anglii, wkrótce miał za sobą tłum ścigających. Kilka dni później został złapany, wymknął się ponownie i biegł dalej. Dokąd? Czy w stronę Morza Irlandzkiego, którego jednak nie zdołałby przebyć wpław? Został schwytany po sześciu dniach szalonej ucieczki przez wsie, nawet nie bardzo wyczerpany. Oczywiście dostał za karę dwadzieścia jeden dni karceru, co w Grizedale nie było bardzo ciężką karą.

Następnie przeniesiono go na południe, do Swanwick w regionie Midlands, obozu łatwiejszego do nadzorowania, bardziej oddalonego od morza. Natychmiast razem z czterema innymi więźniami, także pilotami, zaczął kopać tunel o długości piętnastu metrów, na trzy metry głęboki. Jeńcy wojenni kopiący tunel w celu zorganizowania ucieczki to nie było nic nadzwyczajnego. O wiele bardziej nadzwyczajne było to, co twórczy umysł Werry wymyślił później. Pierwsza wyprawa posłużyła mu za lekcję: nie wystarczyło uciec, należało wrócić do Niemiec, a to już była inna sprawa. Werra wymyślił, że przejmie jeden z samolotów znajdujących się w bazie RAF-u. W jaki sposób? W jakiej bazie? Kopiąc tunel razem z kolegami, opracował swój plan z maniakalną dokładnością. I kiedy rankiem 20 grudnia 1940 roku tunel był gotów, Werra także był gotów. Pięciu Niemców uciekło tego samego wieczora, podczas nalotu Luftwaffe, pośród potwornego zgiełku strzelającego opodal działka przeciwlotniczego. I jakby tego nie było dosyć, obozowy chór, mający zagłuszać hałasy i skupiać na sobie uwagę, pełnym głosem wyśpiewywał kolędy...

Na pięciu uciekinierów dwóch nie miało podstawowej znajomości języka angielskiego, co stanowiło szczegół niepokojący. Nie mogli zajść daleko. Dwóch pozostałych schwytano nieco później.

Po wyjściu z tunelu Franz von Werra pozbył się więziennego stroju. Dzięki pomocy tajnej organizacji obozu miał pod spodem wspaniały lotniczy kombinezon, wysokie buty na futrze, szkocką chustę na szyi dla zadania szyku i dla określenia swojej nowej tożsamości: stał się kapitanem van Lottem, holenderskim pilotem w służbie RAF-u. Miało to tłumaczyć jego lekko niemiecki akcent. Werra doskonale mówił po angielsku. Miał twierdzić, że zmuszony do nagłego lądowania, próbuje się dostać do bazy RAF-u. Tam chciał wskoczyć w pierwszy samolot i dolecieć do Calais. Ten plan po dokładnym przeanalizowaniu nie miał szans powodzenia, gdyż w panującej wówczas w Anglii atmosferze ostrej szpiegomanii Werra musiałby przejść przez liczne kontrole, nie ma też pewności, czy jego okupujący Francję rodacy dopuściliby tak blisko angielski samolot.

Najbardziej szalone plany udawały się najlepiej, a urok i siła przekonywania, dwa mocne atuty von Werry, okazały się tak wielkie, że zawiadowca stacji w Codnor Park niedaleko Derby oraz zaalarmowani przez niego żandarmi kolejno mu uwierzyli. Oczywiście nie zabrakło chwili wahania, która sprawiła, że strużka zimnego potu spłynęła po plecach Werry. Lecz poza wszystkim innym jego historyjka miała ręce i nogi. Uzyskał więc pozwolenie, by zatelefonować do bazy RAF-u w Hucknall, gdzie trafił na zastępcę dowódcy, który w pierwszej chwili również dał się nabrać i wysłał po niego samochód. W rzeczywistości oficer ten, podpułkownik Boniface, miał się jednak na baczności. Przede wszystkim dlatego, że ów „Holender” tak dobrze mówił po angielsku. W 1940 roku Francuzi, Belgowie, Polacy itd., pozostający w służbie RAF-u, zazwyczaj karygodnie kaleczyli język angielski. Toteż najlepszym sposobem sprawdzenia historii „Holendra” było przywiezienie go do biura. I oto Franz von Werra siedział w samochodzie łączności RAF-u, pod eskortą niewzruszonego strażnika, by następnie znaleźć się na terenie bazy w Hucknall. Odczuwał wielką radość. Na pasach ćwiczyły samoloty, dalej stały nowe hurricane’y. „Proszę się tu zatrzymać”, zwrócił się Werra do strażnika. Lecz samochód jechał dalej, aż do biura podpułkownika. Ten przyjrzał mu się uważnie: dziwny kombinezon lotniczy, nieregulaminowy... ale w tych czasach! Poza tym ów Holender wydawał się sympatyczny. Dlatego też po wysłuchaniu jego historii zezwolił mu pójść do toalety i poprosił centralę o numer eskadry, do której Werra miał jakoby należeć. Werra pobiegł do toalety, wypadł z niej i rzucił się w stronę hangaru. Przesłanie komunikatu zajęło trochę czasu jeszcze zaspanej telefonistce. O 8.50 rano Franz von Werra stanął przed hurricanem z silnikiem Rolls-Royce’a i spróbował go uruchomić. Nie udało się. Przez ten czas, kiedy z wysiłkiem szarpał się z dźwigniami, podpułkownik Boniface otrzymał odpowiedź. Syreny, przerażenie, krzyki, i cała baza rzuciła się ku samolotowi, w którym Werra straciwszy głowę, uruchamiał wszystkie przyciski i rozpaczliwie manewrował wszystkimi sterami. Za późno. Podpułkownik Boniface z rewolwerem w dłoni kazał mu wysiąść z samolotu, który w żaden sposób nie mógł ruszyć bez swojej jednostki startowej, zewnętrznego rozrusznika.

Porucznika Franza von Werrę dostarczono z powrotem do obozu. Smutnego... Być przez pięć minut w kokpicie hurricane’a...

Dwa tygodnie celi. Kara zdumiewająca, gdyż lżejsza od poprzedniej. Werra nie rozumiał. Tym razem zrobiło się gorąco, a jego przygoda obiegła brytyjskie sztaby, prasę i rząd. Instrukcje bezpieczeństwa w odniesieniu do baz zostały zaostrzone, straże obozowe podwojone, lecz rzadki ptaszek otrzymał tylko dwa tygodnie celi, gdyż najmniej tyle czasu potrzebowała wojskowa administracja, by przygotować jego przeniesienie do Kanady. Tam, nawet gdyby poleciał bombowcem, nie zaleci daleko. I Franz von Werra z rozpaczą w sercu dowiedział się, że wyrusza do Kanady. Nie tylko on. Dziesiątego stycznia 1941 roku 1000 jeńców, w tym 200 oficerów wsiadło na pokład zarekwirowanego na potrzeby wojska statku pasażerskiego.

Tak rozpoczęła się wielka migracja jeńców niemieckich do Ameryki. Z punktu widzenia Brytyjczyków, jedynych zaangażowanych w wojnę w tym czasie, był to najlepszy sposób przeciwdziałania ucieczkom, a także znalezienia miejsca, gdyż odniesione zwycięstwa, przede wszystkim w Afryce Północnej, zwiększyły liczbę jeńców, głównie włoskich.

Na statku Franz von Werra z ponurym zainteresowaniem obserwował nienagannie sformowany konwój okrętów wojennych, mających stanowić ochronę przed atakami nieprzyjacielskich U-Bootów. Rozmawiał z innymi jeńcami o trudnościach, jakich to nowe rozmieszczenie angielskich okrętów może przysporzyć dowódcom U-Bootów. Wciąż obsesyjnie myśląc o ucieczce, bezskutecznie usiłował ich przekonać do uprowadzenia jednego z okrętów i konwojowania go aż do Bordeaux. Cóż można zrobić, mówili zrezygnowani jeńcy, dowódcy okrętów podwodnych, przeciwko tej całej skoncentrowanej wokół nas sile, tym pancernikom, krążownikom, niszczycielom?...

Po bezsensownych marzeniach o uprowadzeniu statku pasażerskiego Werra zaczął myśleć o ucieczce z Kanady, lecz jego towarzysze z ładowni przez długie godziny czuwania podczas rejsu powtarzali, że nawet nie ma co marzyć o ucieczce z tego wielkiego i pokrytego śniegiem kraju.

Dwudziestego pierwszego stycznia 1941 roku konwój wpłynął do kanadyjskiego portu Halifax. Było potwornie zimno. Jeńcy otrzymali cywilne płaszcze, wszystkie małych rozmiarów, toteż wyglądali w nich bardzo zabawnie – z wyjątkiem Werry, który był niewysoki. Po wyjściu z ładowni, dziwacznie wyglądający w tych płaszczach, obarczeni paczkami i kartonami, jeńcy przedefilowali przed grupą dość wrogo do nich nastawionych gapiów i operatorów z kamerami. Szybko wsiedli do pociągu, który ruszył pośród prawdziwej burzy śnieżnej wzdłuż Rzeki Świętego Wawrzyńca, kierując się ku granicy amerykańskiej. Franz von Werra wyskoczył przez okno.

Podniósł się ogłuszony, obolały, przemarznięty, doszedł aż do drogi i po prostu dojechał autostopem do granicy. Należy dodać, że w tamtej części świata i o tej porze roku nikt nie brał pod uwagę możliwości spotkania jeńca-uciekiniera. Toteż historie, które opowiadał kierowcom ciężarówek, brzmiały wiarygodnie. Dla nich był po prostu włóczęgą, w tym swoim zbyt krótkim płaszczu, skostniały z zimna.

Cóż, niewątpliwie miał szczęście. Dotarł do Rzeki Świętego Wawrzyńca, ukradł barkę, przebył wąską niezamarzniętą część rzeki, i 23 stycznia 1941 roku znalazł się w Stanach Zjednoczonych, kraju neutralnym, a więc z ambasadą niemiecką i konsulatem w Nowym Jorku, który, uprzedzony przez policję, natychmiast wysłał swego urzędnika oraz adwokata, żeby sprowadzili pilota.

A ten, z odmrożonymi uszami, aż przytupywał z radości i niecierpliwości. W ciągu dwudziestu czterech godzin stał się sławny na cały świat, dzięki nagłówkom w gazetach amerykańskich – i angielskich – a także tłumowi wielbicieli i wielbicielek w Nowym Jorku, w którym akurat wyświetlano film Sieg im Westen (Zwycięstwo na Zachodzie), niemiecki film propagandowy o kampanii we Francji.

Po kilku tygodniach wahań ze strony władz amerykańskich – Kanadyjczycy z wściekłością domagali się ekstradycji jeńca – konsulat niemiecki uznał, że bezpieczniej będzie nakłonić Werrę, by uciekł do Meksyku, następnie do Peru, i wreszcie do Brazylii. Stamtąd włoski samolot dalekiego zasięgu zabrał go do Rzymu, skąd już samolotem Luftwaffe poleciał do Berlina.

Osiemnastego kwietnia 1941 roku porucznik Franz von Werra w radosnym nastroju wylądował w Berlinie. Zdołał uciec z Ameryki! Na początek był jednak trzymany w odosobnieniu i długo przesłuchiwany. Przez miesiąc opowiadał o wszystkim (co miało nieocenione znaczenie): o konwojach, Anglii, bazie i przede wszystkim o brytyjskich metodach przesłuchiwania.

Luftwaffe wydało podręcznik na użytek pilotów, Kriegsmarine zmieniła taktykę, a w Kancelarii Rzeszy Hitler osobiście odznaczył Franza von Werrę Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego. Potem wszystko potoczyło się z zawrotną szybkością: wieczory na cześć bohatera, prasa, kino, projekty wydania książek, robienia filmów, sława. Werra ożenił się i wyruszył w podróż poślubną do Polski: Hitler obiecał, że po zwycięstwie najwyżej odznaczeni otrzymają na własność ziemie w Polsce.

Nic więc dziwnego, że bohater ucieczki stulecia razem z młodą małżonką wyruszył w podróż, wybrać sobie posiadłość w podbitym kraju.

Chętnie przeprowadzilibyśmy wywiad z Franzem von Werrą na użytek naszej historii jeńców niemieckich, jako jedynym, który zdołał uciec i wrócić do Niemiec. Nie było to jednak możliwe. Sześć miesięcy po swojej niezwykłej odysei Werra ponownie podjął służbę w lotnictwie, wsiadł do swojego messerschmitta, poleciał walczyć do Rosji i zginął.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] Daniel Costelle jest autorem serii filmów Apokalipsa drugiej wojny światowej (przyp. red.).

[2] Konwencja Genewska z 27 stycznia 1929 roku odnosząca się do traktowania jeńców liczyła 97 artykułów. Ustanowiła ogólną zasadę, że jeńcy zawsze mają być traktowani humanitarnie. Por. cały tekst w Aneksie.