Nawyk osiągania. Odrzuć myślenie życzeniowe. Zacznij działać i przejmować kontrolę nad swoim życiem - Bernard Roth - ebook
Opis

Bernie Roth, współzałożyciel instytutu d.school na Uniwersytecie Stanforda, pokazuje, jak potęga myślenia projektowego może pomagać w realizacji pozornie nieosiągalnych celów.

Osiągania da się wyuczyć. Jest jak mięsień, a gdy nauczysz się go napinać, będziesz mógł sprostać życiowym wyzwaniom i skutecznie realizować obrane cele – twierdzi Bernard Roth, dyrektor naukowy instytutu d.school na Uniwersytecie Stanforda.

W książce Nawyk osiągania Roth wykorzystuje fascynujące, opracowane na gruncie myślenia projektowego koncepcje – dotychczas służące do rozwiązywania problemów dużego kalibru – by przekonać cię, że każdy posiada zdolność wprowadzania pozytywnych zmian. Roth przedstawia rozważania, opowieści, sugestie i ćwiczenia opracowane po to, by pomagać ci w odmienianiu własnego życia. Dzieli się bezcennymi wskazówkami, dzięki którym możesz nabrać pewności siebie i podjąć się czegoś, co zawsze chciałeś zrobić oraz pokonać przeszkody utrudniające ci osiągnięcie pełnego potencjału.

Oto przykłady:

• nie próbuj – działaj,

• na nic wymówki,

• aby stać się człowiekiem czynu i sukcesu, musisz uwierzyć, że nim jesteś,

• umacniaj hart ducha poprzez położenie nacisku na działanie, nie na osiągnięcia,

• ucz się niezwracania uwagi na rzeczy utrudniające osiąganie celów,

• bądź otwarty na uczenie się na podstawie doświadczenia własnego i innych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

ROZDZIAŁ 7

Rozmowa podczas jazdy samochodem w Nowym Jorku, z moim przyjacielem Haroldem za kierownicą:Ja: Haroldzie, dlaczego nie używasz kierunkowskazów?Harold: Nie chcę, żeby obcy ludzie wiedzieli, co zamierzam!

 

Przynależność do grup stanowi ważny przejaw naszego człowieczeństwa. Większość z nas jest powiązana z wieloma grupami: oprócz rodziny mamy przyjaciół, stowarzyszenia zawodowe i polityczne, organizacje zdrowotne, oświatowe i tak dalej. Metody komunikowania się w obrębie tych grup mogą wpłynąć na twoje postrzeganie różnych sytuacji oraz wzbogacić (lub zatruć) ci życie.

W tym rozdziale porozmawiamy o wprowadzaniu produktywnych zmian w pracy zespołowej, otaczającej cię przestrzeni, mowie ciała oraz komunikacji werbalnej, z myślą o czerpaniu większych korzyści z udziału w grupach.

 

PRACA W ZESPOŁACH

Większość mojego dnia pracy jako dyrektora naukowego d.school, pełniącego funkcję wykładowcy i administratora, jest wypełniona kontaktowaniem się z rozmaitymi grupami. W instytucie d.school wszystkie zajęcia są prowadzone zespołowo. Nasza metoda kolektywnego prowadzenia zajęć różni się od wielu innych tego typu na Uniwersytecie Stanforda: oczekujemy, że całe grono wykładowców będzie obecne na każdych zajęciach i zawsze będzie gotowe do wzięcia w nich udziału. Z pewnymi chlubnymi wyjątkami, w większości jednostek organizacyjnych na naszej uczelni zajęcia z udziałem kilku prelegentów są traktowane jak sztafeta: każdy przemierza swój odcinek, a potem przekazuje pałeczkę następnej osobie i kończy bieg.

W naszym odczuciu studenci więcej wynoszą z zajęć, w których każdy wykładowca bierze czynny udział. Mój kolega Jim Adams uwielbia tę formę nauczania. „Lubię wspólne prowadzenie zajęć, bo wykładowcy mogą gadać ze sobą o wszystkim, dając w ten sposób studentom lepsze wyobrażenie o profesorach jako o zwykłych ludziach, a także o specyfice ich świata” – mówi. Niestety, większość moich kolegów nie podchodzi do kwestii zalet „gadania o wszystkim” z równie otwartym umysłem. Niemniej spotkanie w jednej sali różnych punktów widzenia przynosi korzyści każdemu.

Jako charakterystyczny przykład pożytków płynących z zespołowego nauczania przytoczę pewną wieczorną rozmowę telefoniczną z Billem, jaką przeprowadziliśmy w dniu naszych pierwszych wspólnych zajęć. Obaj należeliśmy do zespołu wykładowców prowadzących kurs o nazwie „Projektowanie transformacyjne”. Byłem zafascynowany współpracą z Billem – jednym z moich najbliższych przyjaciół, światowej klasy projektantem, autorem pierwszego na świecie laptopa, a także jednym z trzech założycieli firmy konsultingowo-projektowej IDEO. Nasza rozmowa telefoniczna miała następujący przebieg:

BILL: Ciekawi mnie, co sądzisz o naszych dzisiejszych zajęciach.

JA: Moim zdaniem poszło świetnie. A twoim?

BILL: Tak, podobało mi się.

JA: Cieszę się!

BILL: Mam do ciebie prośbę. Następnym razem przed zajęciami prześlij mi twoją prezentację w PowerPoincie.

JA: Przecież wiesz, o czym będę mówił. Do czego jej potrzebujesz?

BILL: Nie chodzi mi o treść. Chcę poprawić typografię.

JA: Żartujesz, prawda?

BILL: Nie.

Wieczorem dwa dni później Bill i jego żona Karin przyszli do nas na kolację. Pokazałem moją prezentację w PowerPoincie naszym małżonkom – obydwie są projektantkami i mają świetne poczucie estetyki. Pocieszyły mnie, zgodnie twierdząc, że mój dobór krojów pisma wcale nie jest zły. Wiedziałem jednak, że Bill ma rację; zgrzeszyłem na kilka sposobów. On sam zresztą wymienił dostrzeżone mankamenty: za dużo stylów tekstu, za duża różnorodność rozmiarów, niespójność wizualna oraz – najgorsze ze wszystkiego – nieużycie oficjalnego kroju pisma d.school. Kiedy skończył, Karin nazwała Billa „typograficznym kapo”. Wszyscy zdrowo się ubawiliśmy.

Tydzień później oczywiście zrelacjonowałem tę historię słuchaczom. Na podstawie tego incydentu ukułem powiedzonko na resztę semestru: „Zabierz się do typografii, bo inaczej Bill zabierze się do ciebie”. Było naprawdę zabawnie.

Z tego wydarzenia płynie jednak ważny morał. Mam wykształcenie inżynierskie; troszczę się głównie o treść. Bill jest z wykształcenia projektantem – niedostatki estetyczne budzą w nim odruchowy sprzeciw. Jeśli prowadziłbym zajęcia sam, studenci nigdy nie mieliby styczności z wrażliwością estetyczną Billa. Łączenie różnych predyspozycji i odmiennych punktów widzenia wzbogaca walory edukacyjne zajęć i dla słuchaczy, i dla prowadzących, a dzieje się tak wtedy, gdy w jednej sali zgromadzi się nauczycieli z różnych dziedzin.

Nie muszę chyba dodawać, że to Bill przygotowywał kolejne slajdy w PowerPoincie, konspekty oraz informacje na stronie internetowej zajęć. Wszystko było elegancko zaprojektowane w jednolitym stylu, z użyciem oficjalnego kroju pisma instytutu d.school. Już nigdy nie mogłem pracować tak jak wcześniej. Wspominam Billa z sympatią za każdym razem, gdy przeglądam kroje pisma. A zarazem przeklinam go za dodatkowy nakład pracy i czas, jaki teraz muszę poświęcać, by doprowadzić wygląd moich prezentacji do stanu, który zyskałby jego aprobatę.

 

ZESPOŁY STUDENCKIE

Pracy zespołowej wymagamy także od studentów. Większość naszych zajęć polega na realizowaniu projektów przeznaczonych dla interdyscyplinarnych grup studentów. Na ogół nie narzucamy im żadnej struktury organizacyjnej.

To także jest czymś nieszablonowym. W wielu innych uczelniach struktura grupy jest narzucona, a poszczególnym członkom zespołu przypisywane są różne zadania. Ta akademicka mentalność zakładająca, że należy studentom przydzielać role, kojarzy mi się głównie z tym, czego sam doświadczyłem w trzeciej klasie – kiedy nauczyciel decydował o strukturze grup z nadzieją, że przygotuje nas to do funkcjonowania w świecie. W istocie zaś powodowało to zanik inicjatywy, zniechęcało do opanowywania umiejętności koniecznych do bycia dostatecznie odpowiedzialnym i elastycznym, by umieć znaleźć strukturę odpowiednią do każdej konkretnej sytuacji.

Współpraca nad projektem wymaga zbioru umiejętności odmiennych od tych, które przydają się podczas samodzielnych przedsięwzięć. Wszystko to, co zostało omówione w części Rozmowy, odnosi się do pracy zespołowej.

Ponadto w grę wchodzi dynamika relacji między uczestnikami. Na ogół studenci tworzą grupy liczące cztery osoby, co w razie wystąpienia konfliktów stwarza różne możliwości podziału. Czasami mamy do czynienia z sytuacją „trzech na jednego” (albo „jeden na trzech”!). Kiedy indziej tworzą się dwie pary albo jedna para wobec dwóch indywidualistów, zaś w najgorszym przypadku powstają cztery niezależne stanowiska. Warto podkreślić, że większość zespołów dobrze sobie radzi, a konflikty zazwyczaj są rozwiązywane produktywnie. Mamy wśród prowadzących zawodowego psychologa, który opowiada się za koncepcją otwartej komunikacji jako sposobem na osiągnięcie znacznie lepszych efektów w pracy zespołowej.

Istnieją rozmaite teorie poświęcone metodom budowania zespołów pod kątem dopasowywania różnych osobowości i predyspozycji[1]. Najważniejszą moim zdaniem umiejętnością, jaką należy wynieść z nauki o różnych typach osobowości, jest wewnętrzna akceptacja faktu, że ludzie różnią się między sobą. Jesteśmy inni za sprawą różnego wykształcenia akademickiego, ale także przez to, że w swoisty sposób podchodzimy do nauki i wykonywania pewnych zadań. Każdy człowiek powinien zdawać sobie sprawę, że jego metoda wcale nie musi być jedyną słuszną. Przyniesie mu to korzyści i w życiu zawodowym, i w osobistym.

Pewnie już wiesz, że lubię dowcipy. A zatem...

 

Podczas rozprawy sądowej, po wysłuchaniu powoda, sędzia mówi „Masz rację”.

Wzburzony obrońca mówi sędziemu: „Ależ wysoki sądzie, w rzeczywistości było to tak, że...”.

„Masz rację” – zwraca się sędzia do obrońcy po jego wystąpieniu.

Słysząc to, jeden z obecnych na sali sądowej świadków mówi: „Chwileczkę, wysoki sądzie, przecież oni nie mogą mieć obaj racji”.

„Masz rację” – odpowiada sędzia.

 

Chodzi o to, że wszystkie pozornie sprzeczne stanowiska mogą być słuszne. Większość realnych działań nie jest grami o sumie zerowej. Można znaleźć takie metody, by wszyscy, a zwłaszcza zespół jako całość, posuwali się do przodu. Kontrowersje, jeśli zaistnieją na gruncie wzajemnego poszanowania i życzliwości, nie są złe. Mogą być nawet korzystne. Ważne, by spory nie nabierały osobistego charakteru i nie zakłócały poczucia wzajemnego wsparcia i zrozumienia w zespole.

Istotne jest też, by intencją każdego członka grupy było dążenie do wspólnego sukcesu. Jeśli każdy upatruje w działaniu zespołowym innego celu, a ludzie są zaangażowani w różnym stopniu, dochodzi do komplikacji. A kiedy coś idzie nie tak, niektórzy członkowie zespołu łatwo nabierają przekonania o własnej nieomylności. Dobrze znać prawdę, ale dobrze jest też wiedzieć, że prawda jako taka nie narzuca żadnego konkretnego sposobu postępowania. Jak wspomniałem w pierwszym rozdziale, to ty nadajesz wszystkiemu znaczenie. Nie spinaj się więc i pomóż zespołowi w osiągnięciu celu!

 

KONSTRUKTYWNA KRYTYKA

Na naszych warsztatach przyjąłem system krytykowania, którego nauczyłem się od nieżyjącego już George’a M. Prince’a na zajęciach z synektyki[2]. Chodzi o to, by krytykować w sposób zachęcający studentów do doskonalenia swojej pracy, poprzedzając zdanie dobrze byłoby dwoma stwierdzeniami podoba mi się. Mogę powiedzieć na przykład: „Podoba mi się uwzględnienie kwestii bezpieczeństwa oraz wygląd, jaki temu nadaliście”. Potem zaś, po krótkiej przerwie, dodaję: „Dobrze byłoby znaleźć jakiś sposób, by to zmniejszyć”.

Pierwsza rzecz, na jaką warto zwrócić uwagę w tej opinii, to brak spójnika ale między zdaniami „Podoba mi się...” i „Dobrze byłoby...”. Są rozdzielone tylko krótką pauzą, niczym więcej. Druga rzecz to to, że zdanie „Dobrze byłoby...” zostało powiedziane w sposób, który pozytywnie motywuje do dalszego ulepszania pomysłu. Zachęca ono wszystkich, którzy wysłuchali opinii (włącznie z komentującym), do pracy nad znalezieniem rozwiązania. Nie powinno się natomiast ujmować tego tak: „To nie zadziała; zrobiliście to za duże”. Tego rodzaju sformułowanie wpływa deprymująco, podczas gdy wariant „Dobrze byłoby...” mówi: „Tak, i...”.

Ten system krytykowania prac studentów był przez wiele lat stosowany na naszych zajęciach z projektowania użytkowego. Teraz jest jednym z filarów postępowania w d.school, używanym do zbierania opinii zarówno przez, jak i od studentów. W teorii tego rodzaju audyt jest przeprowadzany po każdych zajęciach przez zespół prowadzący i przez tych studentów, którzy chcą brać w nim udział. Ponadto co kilka tygodni odbywają się sesje z udziałem całej grupy i zespołu prowadzącego. Na tej podstawie wdrażane są zmiany w kolejnych zajęciach oraz programach następnych kursów.

Bieżący wariant systemu podoba mi się/dobrze byłoby nie narzuca kolejności ani liczby stwierdzeń. Czasami grupa najpierw wymienia wszystkie podoba mi się, a po nich wszystkie dobrze byłoby. Ci, którzy nie postępują zgodnie z oryginalną koncepcją omawianego systemu, stosują jego zmodyfikowaną wersję. Używają oni określenia dobrze byłoby tylko do wskazania, że chcieliby coś zmienić, ale bez sugerowania kierunku zmian. Rozszerzają ponadto krytykę o trzeci zbiór sformułowań – w postaci pytań a gdyby tak? Pytania te pełnią funkcję tego aspektu oryginalnego pomysłu z dobrze byłoby, który ma na celu rozwiązywanie problemów. W tej nowszej wersji możemy usłyszeć na przykład taką opinię: „Podobała mi się praca w zespole”, „Dobrze byłoby spędzać więcej czasu w naszym zespole”, a potem „A gdyby tak spotykać się po zajęciach?”.

Przy ocenianiu prac studentów ja sam bardziej przywykłem do stosowania oryginalnego systemu podoba mi się/dobrze byłoby. Wariant z dobrze byłoby zdaje egzamin podczas wskazywania obszarów wymagających usprawnienia. Ma on pozytywny wydźwięk, podobny do pytania: „Jak moglibyśmy...?”. Obie wersje: „Dobrze byłoby znaleźć sposób na uzyskanie _____” oraz „Jak moglibyśmy uzyskać _____?” stanowią skuteczny sposób na zachęcenie ludzi do działania z nastawieniem na aktywne rozwiązywanie problemów.

Opisywany mechanizm oceniania sprawdza się niezależnie od zastosowanej wersji systemu. W instytucie d.school oddaje on nieocenione usługi w ciągłym doskonaleniu procesów nauczania. Lubią go i studenci, i grono profesorskie, a poza tym przyczynia się on do zbudowania poczucia wspólnoty w grupie. Tego samego narzędzia można z korzyścią użyć do konstruktywnej krytyki w wielu sytuacjach; oczywiście jego zastosowanie nie ogranicza się do pracy studentów czy uczelni. Można z pożytkiem posługiwać się nim zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym.

Do naszej kadry naukowej dołączył kiedyś starszy profesor, który nigdy przedtem nie uczył w d.school i przywykł do tradycyjnych metod dydaktycznych na europejskich uczelniach. Pod koniec jego pierwszych zajęć jeden z wykładowców z Uniwersytetu Stanforda wyjaśnił mu, że naszym zwyczajem jest gromadzenie opinii w formie sesji podoba mi się/dobrze byłoby – i ów profesor zgodził się wziąć w niej udział. Zniechęcił się jednak, kiedy się dowiedział, że w sesji uczestniczą także studenci. Idea, że studenci mówią, co się im nie podoba, wydała mu się zbyt śmiała. W końcu podjął jednak wyzwanie i sprostał mu. Po kilku takich sesjach stał się tak zagorzałym zwolennikiem naszych metod, że gdy zajęcia trochę się przedłużyły i pozostali członkowie zespołu prowadzącego chcieli sobie odpuścić audyt, nie kto inny jak właśnie on obstawał przy jego przeprowadzeniu.

 

STYLE I KULTURY

Klub miłośników książek, do którego należy moja żona Ruth, zgodził się zapoznać z wczesną wersją manuskryptu tej pracy. Jedna z członkiń tego klubu, Marcia, wysłała mi e-mail z podziękowaniami oraz przychylną opinią na temat lektury. Przeraziła ją jednak koncepcja ćwiczeń pod nazwą „Twoja kolej”. To mnie zaskoczyło. „A co z nieśmiałymi ludźmi?” – spytała.

Poruszyło to we mnie czułą strunę i zarazem odświeżyło niemiłe wspomnienie bodaj największego mojego błędu w karierze nauczycielskiej, które wyrugowałem z pamięci.

Prowadziłem ze studentami ostatniego roku zajęcia z projektowania urządzeń mechanicznych. Tego dnia omawialiśmy pewien modelowy zbiór elementów zwany czworobokiem przegubowym. Moi studenci mieli za zadanie wyszukanie w swoim otoczeniu urządzeń mechanicznych i wygłoszenie przed grupą prezentacji, w których analizowali związki między tymi urządzeniami a informacjami podawanymi na zajęciach. Prezentacje wychodziły dobrze, do chwili gdy jedna ze studentek przedstawiła swoje spostrzeżenia bez użycia słownictwa, którym posługiwaliśmy się podczas zajęć. Wskazałem na przygotowany przez nią slajd, który przedstawiał zbudowany na bazie czworoboku przegubowego mechanizm usterzenia ogonowego samolotu i spytałem, jak to coś się nazywa. Nie udzieliła odpowiedzi.

Zdenerwowałem się. „Mamy piąty tydzień zajęć. To dla mnie niepojęte, że nie potrafisz nazwać czworoboku przegubowego. Wałkujemy ten temat dwa razy w tygodniu, od pierwszego wykładu. Gdzie się przez ten czas podziewałaś?!” – wypaliłem.

Kobieta nie wyrzekła ani słowa. Ze łzami w oczach wyszła z sali i już nie wróciła. Pochodziła z Chin i zawstydzenie jej przy wszystkich było dla niej wyjątkowo upokarzające. Uświadomiwszy sobie swój błąd, poczułem się strasznie. Tydzień po tygodniu miałem nadzieję, że wróci. Do dziś żałuję, że sam się z nią nie skontaktowałem.

Dwa lata później pojawiła się na zajęciach prowadzonych przeze mnie wspólnie z Sheri Sheppard, opracowanych specjalnie z myślą o absolwentkach. Sheri była wtedy jedyną profesorką na Wydziale Mechaniki na Stanfordzie. Podczas zajęć posługiwaliśmy się niektórymi spośród technik opisanych w tej książce i wszystko przebiegało bez zakłóceń. Po raz pierwszy zauważyłem wówczas, jak nieśmiałą osobą jest ta studentka. Dopiero to uświadomiło mi, jak bardzo musiała się obawiać wystąpienia przed grupą.

Podczas ostatniego wspólnego audytu powiedziała mi: „Był pan znacznie milszy na tych zajęciach niż na poprzednich”. Przynajmniej w pewnym stopniu złagodziło to moje poczucie winy za to, jak się wobec niej zachowałem wcześniej.

Na Uniwersytecie Stanforda uczy się wielu zagranicznych studentów. Niektórzy pochodzą z kultur o stosunkowo „agresywnym” nastawieniu i ci na ogół czują się tam jak u siebie. Wielu innych wywodzi się jednak ze środowisk, w których uczeń tradycyjnie jest traktowany jak bierny odbiorca wiedzy, zaś nauczyciel – jako ktoś nieprzystępny, o niemal boskim statusie. Dla takich studentów, jak również dla Amerykanów o wrodzonej nieśmiałości, kultura Doliny Krzemowej może być szczególnie uciążliwa. Z trudem mogą się oni adaptować do czegoś takiego jak autopromocja, praca zespołowa, otwartość na obcych, szukanie pomocy, spotykanie się z wykładowcami podczas dyżurów czy zabieranie głosu przed grupą.

Obecnie ludzie pracują, studiują i mieszkają w krajach dalekich od miejsca swojego pochodzenia, podobne bariery cywilizacyjne pojawiają się więc w wielu punktach świata. Należy na to zwrócić uwagę zwłaszcza w przypadku ludzi z odmiennego kręgu kulturowego, którzy urodzili się w twoim kraju albo mówią twoim językiem. Nie możesz tylko na podstawie płynnej znajomości języka zakładać, że dana osoba będzie się swobodnie czuła w twoim środowisku. Podczas kontaktów z innymi należy wychwytywać „odmieńców” i wziąć pod uwagę fakt, że coś, co dla ciebie jest bardzo naturalne, im może przeszkadzać.

Outsiderzy mogą się pojawiać na obu krańcach spektrum. Miałem kiedyś absolutnie wyjątkowego doktoranta z Szanghaju. W owych czasach, jeszcze przed gospodarczym boomem, większość studentów z Chińskiej Republiki Ludowej była wspierana przez tamtejszy rząd, żyła skromnie, pracowała pilnie i chodziła na piechotę bądź jeździła rowerami. Oszczędzali, ile tylko mogli, by po powrocie do domu było ich stać na więcej. Ów młody człowiek odstawał od tego schematu. Po kilku miesiącach kupił samochód. Potem zaczął opuszczać nasze cotygodniowe spotkania. A jeśli już się pojawiał, nie byłem zachwycony jego postępami.

Kilkakrotnie udzielałem mu łagodnej reprymendy, ale nie miało to większego wpływu na jego postępowanie. Wreszcie miarka się przebrała. Choć wstawiał się za nim mój bliski kolega z Szanghaju, uznałem, że pora zakończyć tę znajomość. Powiedziałem studentowi, że nie zamierzam dalej z nim pracować i powinien poszukać sobie innego promotora. Ku mojemu zdumieniu odparł, że nieuczciwie z mojej strony jest pozbywać się go w ten sposób. Spytałem zatem, co uznałby za uczciwe. Zasugerował system punktowy podobny do stosowanego w ruchu drogowym: każde wykroczenie wiąże się z karą w wysokości pewnej liczby punktów, a dopiero przekroczenie jakiegoś progu skutkuje utratą prawa jazdy.

Propozycja była zbyt zabawna, by na nią nie przystać. Zgodziliśmy się na system punktowy. O dziwo, tuż po zawarciu umowy wziął się w garść i nigdy nawet nie zbliżył się do granicy „odebrania prawa jazdy”. Obronił się w rozsądnym czasie i napisał niezłą pracę. Po obronie znalazł etat na Wschodnim Wybrzeżu, ożenił się, ma dziecko i już nigdy nie wrócił do rodzinnych Chin.

Z drugiej strony tego spektrum na własnej skórze przekonałem się, że za granicą sam bywam outsiderem. Czasami pewnej śmiałości wymaga wdrożenie szczypty bezpośredniego, kalifornijskiego stylu nauczania. Któregoś razu prowadziłem zajęcia ze studentami w college’u niedaleko Bombaju. Po czterdziestu minutach starań o przełamanie lodów udało mi się zachęcić słuchaczy do otwarcia się i zaczęliśmy ze sobą całkiem sympatycznie rozmawiać. Wtedy wszedł dyrektor placówki i po kilku minutach przypatrywania się sali postanowił mi „pomóc”. – Proszę nie przerywać panu profesorowi aż do zakończenia wykładu – polecił stanowczo.

Gdyby wzrok mógł zabijać!

W każdym gronie należy mieć świadomość, że nie wszyscy myślą tak jak ty – czy to ze względu na różnice kulturowe, czy po prostu na odmienny styl bycia. Miej na celu zrozumienie preferencji komunikacyjnych innych ludzi i uczenie się od siebie nawzajem.

 

KIEDY PO RAZ OSTATNI...?

Często zdarzało mi się, że jeśli jakiś student opuścił zajęcia, przychodził do mnie po materiały z wykładu. Ja zaś lubię na wykładach improwizować, tak naprawdę nie mam więc gotowego zestawu materiałów, który mógłbym dać studentowi. Zamiast tego zawsze proponowałem coś, co z mojego punktu widzenia było absolutnie racjonalną alternatywą. Sugerowałem, by student skopiował notatki od kolegi z grupy, przeanalizował je, a potem przyszedł do mnie i zapytał o wszystko, co wyda mu się niejasne. Niejednokrotnie okazywało się jednak, że studenci nie znają na roku nikogo, kogo mogliby poprosić o notatki z zajęć. Było to tak, jakby każdy z nich był płynącym nocą statkiem, mijającym inne statki z zachowaniem jedynie minimum kontaktu, pozwalającego uniknąć zderzenia.

Chęć wspierania studentów w przedzieraniu się przez tę zasłonę anonimowości była jedną z motywacji do opracowania kursów, w których studenci współpracują ze sobą. W tym celu opracowałem ćwiczenie, które okazało się bardzo skutecznym narzędziem do nawiązywania kontaktów między ludźmi. Takie kontakty zaś pomagają w przezwyciężeniu zjawiska „statków mijających się nocą” – ludzi znajdujących się we wspólnym środowisku, ale niemających o sobie pojęcia. Klasycznym przykładem sytuacji, w której ludzie spędzają ze sobą wiele godzin, a nawet śpią obok siebie, lecz nie nawiązują kontaktów, są podróże samolotem.

Skuteczna metoda przełamywania lodów w grupie polega na podzieleniu studentów na pary, w których jedna osoba opowiada drugiej o tym, jakim jest człowiekiem. To dobra wprawka zarówno w mówieniu, jak i słuchaniu. Studenci są następnie proszeni o opowiedzenie innej grupie tego, co usłyszeli o partnerze. To znakomity sposób, by się przekonać, jak marnymi jesteśmy słuchaczami i jak niewiele zapamiętujemy.

Świetną metodą nawiązywania kontaktów w większej grupie po wstępnym zapoznaniu się jest uformowanie kręgów liczących od sześciu do ośmiu osób i poproszeniu, by każda z nich dokończyła to samo zdanie. Ja zawsze posługuję się zdaniami zaczynającymi się od: „Po raz ostatni...”. Kiedy wszyscy dokończą już podane zdanie, proponuję grupie kolejne. Tym razem jako pierwsza mówi inna osoba niż poprzednio, zaś po ukończeniu tej rundy następną, z innym zdaniem, inicjuje kolejna osoba. W każdej rundzie wstawiam w zdaniu nazwę innego przeżycia. W rezultacie studenci kończą zdania, takie jak:

Po raz ostatni śmiałem się...

Po raz ostatni płakałem...

Po raz ostatni miałem problemy z zaśnięciem...

Po raz ostatni zrobiłem dobry uczynek...

Po raz ostatni rozzłościłem się...

Po raz ostatni zrobiłem coś genialnego...

Po raz ostatni zrobiłem coś głupiego...

Po raz ostatni doznałem mistycznego przeżycia...

Po raz ostatni ukradłem coś...

Po raz ostatni skłamałem...

Po raz ostatni myślałem o samobójstwie...

Po raz ostatni zakochałem się...

Przekonałem się, że ćwiczenie to sprawdza się także w grupach spoza środowiska akademickiego.

Jest ono bardzo skuteczne pod kilkoma względami. Pozwala ludziom dowiedzieć się czegoś o sobie nawzajem i zacząć nawiązywać kontakty z innymi osobami z grupy. Przy okazji ludzie przekonują się, że wszyscy mamy pewną wspólną bazę doświadczeń. Wszyscy się śmiejemy, płaczemy, cierpimy na bezsenność, robimy rzeczy, z których jesteśmy dumni i z których dumni nie jesteśmy, których żałujemy i których się wstydzimy. Wszystko to składa się na całość ludzkiego doświadczenia.

Często ukrywamy niektóre swoje uczynki w obawie, że inni nas nie zrozumieją albo nie zaakceptują; jesteśmy pewni, że nie postępują tak jak my. Tymczasem z mojego doświadczenia wynika, że studenci z całego świata mają podobny bagaż emocjonalny – w końcu wszyscy jesteśmy ludźmi.

Skłonienie studentów do opowiedzenia czegoś o sobie w dużej mierze przyczynia się do zbudowania między nimi zaufania. Organizuję przestrzeń w sali tak, by nie słyszeć tego, co sobie odpowiadają. Chcę w ten sposób podkreślić, że ideą tego ćwiczenia jest dzielenie się doświadczeniami tylko między nimi.

Zawsze jest tak, że im więcej zdradzasz na swój temat, tym bardziej cię ludzie lubią. My zaś, o ironio, zatajamy pewne informacje o sobie w obawie, że zostaniemy odtrąceni. Tymczasem to ukrywanie się, a nie odsłanianie prowadzi do odrzucenia.

 

TWOJA KOLEJ

Wykorzystaj opisane pomysły podczas prywatnej rozmowy. W trakcie najbliższej niezobowiązującej konwersacji powiedz znajomemu, za jakiego rodzaju osobę się uważasz, a potem poproś go, by w podobny sposób opowiedział o sobie. Następnie zwierz mu się, kiedy po raz ostatni nie przespałeś całej nocy, i spytaj rozmówcę o to samo. A później zacznijcie wymieniać się wspominkami o tym, kiedy po raz ostatni śmialiście się do rozpuku, kiedy popełniliście poważny błąd i tak dalej. Na koniec zwróć uwagę, jak zmieniły się twoje relacje z rozmówcą dzięki informacjom, którymi się podzieliłeś.

 

GRA W IMIONA

Niektórzy bardzo mocno identyfikują się ze swoimi imionami, inni nie cierpią własnego imienia, a wielu podchodzi do niego mniej lub bardziej neutralnie. Poprosiłem studentów, by w skali od 1 do 10 ocenili sympatię, jaką darzą swoje imiona. Otrzymałem oceny obejmujące całe spektrum wartości.

Kiedyś robiłem w grupie ćwiczenie polegające na tym, że prosiłem studentów o zamknięcie oczu i wymyślenie imienia, które najlepiej ich opisuje, a jeśli ich zdaniem noszą właśnie to najtrafniejsze, by wybrali inne, które także im się podoba. Następnie każdy miał porozmawiać z innymi, odgrywając osobę, jaką sugerowało mu nowe imię. Jest to ciekawy sposób na chwilową zmianę skóry.

Jeśli nie podoba ci się twoje imię, to dość łatwo temu zaradzisz – możesz to zrobić na drodze prawnej albo po prostu posługiwać się na co dzień imieniem innym, niż widnieje w dokumentach.

Niektórzy celowo zniekształcają wymowę własnego imienia, aby zakamuflować lub zbagatelizować swoje pochodzenie, inni zaś upierają się przy rdzennej wymowie, która dla osób z zewnątrz może się wydawać przesadzona. Wybór przydomka o mniej etnicznym brzmieniu jest częstą praktyką w show-businessie. Zdarza się to jednak także wśród zwykłych pracowników. Pewien mężczyzna nazywający się José Zamora stwierdził, że pomimo wysłania setek podań o pracę nie otrzymał żadnej odpowiedzi, aż usunął ze swojego imienia jedną literę i przemianował się na Joego. To strasznie nieuczciwe, ale przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych eksperymenty wielokrotnie pokazywały, że kandydaci o latynoskich albo „czarno” brzmiących imionach i nazwiskach (takich jak Lakisha Washington albo Jamal Jones) są zapraszani na rozmowy kwalifikacyjne znacznie rzadziej niż ci o „biało” brzmiących personaliach (takich jak Emily Walsh albo Brendan Baker).

Ludzie miewają skomplikowany stosunek do swojego imienia. Najlepiej niczego z góry nie zakładać. Jedno jest pewne: jeśli mówisz do kogoś po imieniu, przenosisz relację z tą osobą na inny poziom, niż gdy imienia nie używasz. Wielu ludzi mylnie twierdzi, iż ma problemy z zapamiętywaniem imion. Ja zaś utrzymuję, że to defetystyczne przekonanie jest tylko maską dla braku intencji i uwagi.

Jeśli naprawdę chcemy zapamiętać imiona ludzi z grupy, to metod jest wiele. Jedną z nich jest podzielenie się na dwuosobowe podgrupy i ich stopniowe konsolidowanie. Sztuczka polega na powiązaniu każdego partnera z czymś łatwym do zapamiętania. Najlepiej znaleźć coś nietypowego, co was łączy; będzie to wasze „skojarzenie”. Aby zapamiętać cokolwiek – w tym imię – trzeba się na tym skupić i powtarzać. W tym celu, kiedy ty i twój partner dołączycie do kolejnej pary, powinniście przedstawić się tej parze, podając wasze wspólne skojarzenie. W ten sposób możecie rozszerzać grupę, przy czym każdy powinien powtórzyć imiona pozostałych oraz związane z nimi skojarzenia.

W przypadku grup liczących trzydzieści osób lub mniej wolę zająć się bezpośrednio wszystkimi: proszę najpierw o ustawienie się w okrąg, a potem każdą osobę o podanie swojego imienia. W wersji mniej stresującej wszyscy studenci powtarzają chórem imię, które właśnie usłyszeli. W wariancie bardziej stresującym każda kolejna osoba podaje swoje imię oraz stara się wymienić imiona wszystkich, którzy przedstawiali się przed nią. W obu przypadkach ćwiczenie to staje się bardziej zabawne, a imiona same wchodzą do głowy, jeśli oprócz podania imienia student jednocześnie przedstawi się jakimś gestem całego ciała. Inni następnie powtarzają imię oraz gest. Gesty łatwo zapadają w pamięć, a przez to prościej zapamiętać imiona.

Warto ugruntować zapamiętane w ten sposób informacje, dając każdej osobie listę imion – jeśli to możliwe, ze zdjęciami – do zabrania do domu. Na kolejnych spotkaniach grupy zdjęcia oraz imiona wieszam w sali, tak by łatwo było je sprawdzić.

Niezależnie od formy zajęć w grupie, zawsze zadaję sobie pracę domową w postaci nauczenia się wszystkich imion najszybciej, jak to praktycznie możliwe – zwykle przed drugim spotkaniem. Wielu nauczycieli nigdy nie zapamiętuje imion uczniów. Kiedyś także tego nie robiłem. Bo i po co? Ale teraz zdaję sobie sprawę, że po prostu mi się nie chciało. Myślałem, że jeśli nie dzieje się to samorzutnie, to znaczy, że nie mam pamięci do imion. W rzeczywistości nie wymaga to żadnych szczególnych predyspozycji; był to klasyczny przypadek braku uwagi niezbędnej do zrealizowania intencji. To zaś jest niezawodny sposób na wypracowanie nawyku nieosiągania.

Ludzie wykazujący zdumiewające zdolności pamięciowe dokładają wielkich starań, by skupić się na tym, co mają do zapamiętania. Wiedzą, że nie da się czegoś zapamiętać, gdy nie zwraca się na to szczególnej uwagi. To raczej zdolność koncentracji, a nie indywidualna budowa mózgu odróżnia „ich” od „nas”.

Możesz jednak pomóc innym w zapamiętaniu twojego imienia. Jeśli podczas prezentacji zrobisz coś zapadającego w pamięć, twoje imię też łatwiej się utrwali. Ludzie o trudnych imionach mogą znakomicie ułatwić innym sprawę, literując je. Nawet proste imiona czy nazwiska bywają mylące. Na przykład kiedy się przedstawiam, moje nazwisko ludzie często słyszą jako Ross zamiast Roth. Zawsze literuję je więc obcym albo gdy rozmawiam przez telefon.

Zwracanie się do ludzi po imieniu zmienia postać rzeczy. Powinienem był sobie to uświadomić już lata temu, biorąc za wzór nauczyciela biologii mojej żony, który uczył się imion wszystkich uczniów jeszcze przed pierwszymi lekcjami. Moja żona zakochała się w nim natychmiast, jak zresztą wielu innych jego wychowanków. Choć minęło pięćdziesiąt dziewięć lat, do dziś wspomina go z sentymentem.

Znajomość imion łączy ludzi na znacznie bardziej satysfakcjonującym poziomie.

PRZYPISY

ROZDZIAŁ 7. ZWYCZAJE GRUPOWE

Epigraf. Jest to fragment prawdziwej rozmowy, w której brałem udział. Miała ona miejsce, na długo zanim pojawił się Facebook, Twitter i inne media społecznościowe. Ironia wynikająca z różnicy w postawie Harolda oraz współczesnego pokolenia nałogowych użytkowników wspomnianych mediów powinna być oczywista. Pod względem charakteru jestem po stronie Harolda: naprawdę nie chcę, żeby obcy (a także przyjaciele, w większości) wiedzieli o moich sprawach.

[1] Mój kolega, profesor Douglass Wilde, jest zwolennikiem tworzenia grup na podstawie typów osobowości. O swoich metodach postępowania napisał trzy książki, a ostatnia z nich to Teamology: The Construction and Organization of Effective Teams (Springer-Verlag, Londyn 2009).

[2] Więcej informacji na temat synektyki, zob. William J.J. Gordon, Synectics (Harper, Nowy Jork 1961) oraz George M. Prince, The Practice of Creativity (Collier, Nowy Jork 1970).

O AUTORZE

 

BERNARD ROTH jest profesorem inżynierem oraz dyrektorem naukowym Instytutu Projektowania Hasso Plattnera (instytutu d.school) na Uniwersytecie Stanforda. Roth to czołowy ekspert w dziedzinie kinematyki i jeden ze światowych pionierów robotyki. Programy nauczania jego autorstwa pozwalają słuchaczom zdobywać bezpośrednią wiedzę oraz doświadczenie w ważnych dla nich kwestiach osobistych. Bernie jest też głównym autorem koncepcji „twórczych warsztatów”. Przez ponad trzydzieści lat za pośrednictwem Creativity Workshops Bernie Roth posługiwał się opracowanymi na Uniwersytecie Stanforda, eksperymentalnymi technikami nauczania studentów, kadry naukowej i specjalistów z całego świata. Jest cenionym prelegentem, zapraszanym na zagraniczne konferencje oraz warsztaty w kraju i za granicą, pełnił funkcję dyrektora kilku korporacji oraz prezesa w samorządach zawodowych.