Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Opowieści, które nieustannie inspirują mistrzów kina grozy, takich jak Mike Flanagan
Mistrz subtelnej grozy, badacz ludzkiej świadomości i jeden z najwybitniejszych stylistów literatury anglojęzycznej – Henry James – prowadzi czytelnika w głąb świata, gdzie to, co niewidzialne, bywa bardziej przerażające niż to, co dostrzegalne.
Zebrane w tym tomie utwory, ukazują pełnię jego niezwykłego talentu: od historii o nawiedzonych miejscach i niepokojących zjawach, po przejmujące studia obsesji, tajemnicy i nieuchronnego losu. To groza utknięta między niedopowiedzeniem a sugestią, rodząca się nie w ciemności, lecz w ludzkim umyśle.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 349
W serii „Klasyka Grozy”
Wydawnictwo Replika poleca także:
Joseph Sheridan Le Fanu
Carmilla
Mary Shelley
Frankenstein
Oscar Wilde
Portret Doriana Graya
Edgar Allan Poe
Zagłada domu Usherów
Shirley Jackson
Nawiedzony dom na wzgórzu
Shirley Jackson
Zawsze mieszkałyśmy w zamku
Henry James
Nawiedzony dwór w Bly
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2026
Copyright © for the Polish translation by Piotr Kuś
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Dagmara Michalak
Korekta
Magdalena Paluch
Skład i łamanie
Dariusz Nowacki
Projekt okładki
Urszula Gireń
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68923-43-8
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań
www.replika.eu
W KLESZCZACH LĘKU
Kiedy zgromadzeni przy kominku słuchaliśmy tej opowieści, niemal wstrzymaliśmy oddechy, ale poza oczywistą uwagą, że jest okrutna, a więc w gruncie rzeczy taka, jaką powinna być historia opowiedziana w wigilijny wieczór w starym domu, nie pamiętam innych komentarzy na jej temat, dopóki ktoś nie zauważył od niechcenia, że po raz pierwszy spotkał się z przypadkiem, że taka zjawa ukazała się dziecku. Opowiedziana historia, pozwólcie że wspomnę, traktowała o duchu, który pojawił się w niemal takim samym starym domostwie jak budynek, w którym spotkaliśmysię tego wieczoru – o strasznym duchu, który ukazał sięchłopcu, śpiącemu w pokoju wraz ze swoją matką. Przerażony chłopiec obudził ją, ale wcale nie chciał, żeby go utuliła i pomogła mu ponownie zasnąć, lecz pragnął, żeby i ona ujrzała ten sam widok, który głęboko nim wstrząsnął. Właśnie ta uwaga spowodowała, że Douglas – nie natychmiast, niemniej jeszcze tego wieczoru – zareagował na nią w sposób, który wywołał ciekawe następstwa i właśnie na nie chciałbym zwrócić uwagę. Wystąpił kolejny narrator, tym razem z niezbyt zajmującą opowieścią, a ja zauważyłem, że Douglas w ogóle jej nie słucha. Zrozumiałem, że on także chce nam coś powiedzieć i wystarczy tylko cierpliwie poczekać, aż będzie gotowy. W rzeczy samej, czekaliśmy przez kolejne dwie doby i drugiego wieczoru, zanim rozstaliśmy się na noc, wyjaśnił, co mu leży na sercu.
– Zgadzam się w odniesieniu do ducha, czy co tam wystąpiło w opowieści Griffina, że jego ukazanie się najpierw młodziutkiemu chłopcu, bardzo wrażliwemu, nadaje tej historii szczególnego znaczenia. Ale znam inne nawiedzenie tego typu, które dotyczy dziecka. Jeżeli dziecko występujące w opowieści dodaje narracji porcję grozy, jak by się wam spodobała historyjka z dwojgiem dzieci?
– Uznalibyśmy, oczywiście – ktoś zawołał – że drugie dziecko to druga porcja grozy w opowieści. I koniecznie chcielibyśmy ją usłyszeć.
Wciąż pamiętam Douglasa, jak stoi odwrócony plecami do kominka i z rękami w kieszeni patrzy z góry na swojego rozmówcę.
– Aż do tej pory nie słyszał jej nikt, oprócz mnie. Jest naprawdę straszliwa.
Rzecz jasna, kilka osób od razu stwierdziło, że dzięki temu jest bardziej wartościowa, a nasz przyjaciel z czystym wyrachowaniem od razu przygotowywał się do triumfu, w milczeniu spoglądając na nas wszystkich po kolei, aż wreszcie kontynuował:
– Ta opowieść jest sumą wszystkich strachów. Pod tym względem żadna inne jej nie dorównuje.
Pamiętam, że przerwałem mu pytaniem:
– Więc to jest naprawdę czysta groza?
Prawdopodobnie chciał odpowiedzieć, że kwestia jest znacznie bardziej skomplikowana. Robił wrażenie, jakby miał kłopoty z odpowiednim doborem słów. Przesunął ręką przed oczami i zrobił krzywą minę.
– To jest straszliwa… straszliwość.
– Cudownie! – zawołała jedna z kobiet.
Nawet na nią nie spojrzał; patrzył na mnie, ale takim wzrokiem, jakby wcale nie widział mnie, ale to, o czym mówił.
– To jest w swojej istocie przedziwna brzydota, horror i ból.
– No więc – powiedziałem – siadaj i zacznij wreszcie opowiadać.
Odwrócił się w stronę ognia, kopnął jedno z bierwion i wpatrywał się w nie przez moment. Po chwili znowu stanął przodem do nas.
– Nie mogę zacząć. Chyba muszę najpierw posłać kogoś do miasta. – Zareagowaliśmy zgodnym pomrukiem niezadowolenia. Kiedy przebrzmiał, zamyślonym głosem, który dobrze znaliśmy, wyjaśnił: – Ta opowieść została spisana. Spoczywa w szufladzie zamkniętej na klucz i od lat nikt jej stamtąd nie wyjmował. Mógłbym napisać prośbę do służącego i załączyć klucz do szuflady, a on przekaże nam paczuszkę, kiedy tylko ją tam znajdzie.
Propozycję kierował w szczególności w moją stronę, jakby jednocześnie prosił mnie o aktywne wsparcie. Właśnie przebił grubą warstwę lodu, kształtującą się przez wiele zim; jego długie milczenie miało ważne powody. Inni zaczęli sarkać, wcale się nie ciesząc z nieuniknionego opóźnienia, ale mnie ujęły właśnie jego skrupuły. Doradziłem mu, żeby wysłał list pierwszą pocztą, a później zebrał nas w celu wysłuchania opowieści, kiedy to tylko będzie możliwe. Z kolei zapytałem go, czy opisane doświadczenie jest jegowłasnym. Odpowiedź była błyskawiczna:
– Och, dzięki Bogu, nie!
– A sam tekst opowieści? To ty ją spisałeś?
– Do mnie należą tylko odczucia. Noszę je tutaj. – Douglas kilkakrotnie dotknął dłonią serca. – I do tej pory ich nie uroniłem.
– Zatem twój rękopis…?
– Spisany został dawno, najpiękniejszym charakterem pisma, ale atrament na papierze jest już wyblakły. – Znowu na chwilę zamilkł. – To pisała kobieta, która już od dwudziestu lat nie żyje. Wysłała do mnie te stronice niedługo przed śmiercią. – Teraz wszyscy już go słuchali, ale, oczywiście, znalazł się ktoś, kto chciał być dowcipny i rzucił jakąś niestosowną sugestię. On jednak udał, że jej nie usłyszał i nie zareagował ani uśmiechem, ani złością. – Była nadzwyczaj sympatyczną osobą, starszą ode mnie o dziesięć lat, i była guwernantką mojej siostry – powiedział cichym głosem. – Naprawdę nigdy nie znałem milszej kobiety w jej zawodzie, zresztą sprawdziłaby się w każdej pracy. Ale to są moje dawne wspomnienia, a wydarzenie, o którym zamierzam opowiedzieć, jest jeszcze starsze. Byłem wówczas studentem Trinity College, a tę kobietę poznałem, kiedy po raz drugi spędzałem w domu letnie wakacje. Cieszyliśmy się tego roku piękną pogodą i ja także ochoczo korzystałem z uroków lata. Razem spędzaliśmy czas w ogrodzie, kiedy miała wolne godziny, spacerując i rozmawiając. Okazała się niezwykle mądrą i miłą osobą. Nie szczerzcie się, ogromnie ją polubiłem i aż do dzisiaj rozpiera mnie radość, że ona również mnie polubiła. Gdyby tak się nie stało, przecież nigdy by mi tego nie zdradziła. I nigdy czegoś takiego nie powiedziała nikomu innemu. Mnie także nie powiedziała tego wprost, ale przecież nie musiała. Ja po prostu byłem tego pewien, wiedziałem. Z łatwością sami wydacie osąd na ten temat, kiedy wysłuchacie mojej opowieści.
– Dlatego że jest taka straszna?
Douglas znowu patrzył tylko na mnie.
– Z łatwością wydacie osąd – powtórzył. – Ty to osądzisz.
Teraz i ja wbiłem w niego spojrzenie.
– Rozumiem. Ona była zakochana.
Po raz pierwszy wybuchnął śmiechem.
– Jesteś bystry. Tak, była zakochana. To znaczy, wcześniej i nie we mnie. To wyniknęło z opowieści; nie mogłaby przekazać mi swojej historii, nie ujawniając tego. Dostrzegłem to, ona wiedziała, że ja wiem, ale żadne z nas nie poruszało tego tematu. Pamiętam czas i miejsce: narożnik trawnika, cień rozłożystych buków oraz długie, gorące letnie popołudnie. Nie była to sceneria dla opowieści z dreszczykiem, ale… och!
Odszedł od kominka i padł na krzesło.
– Jest szansa, że otrzymasz przesyłkę już w czwartek rano? – Chciałem wiedzieć.
– Prawdopodobnie dotrze do mnie dopiero drugą pocztą.
– A więc po kolacji…
– Moglibyśmy się tutaj spotkać? – Znów popatrzył na nas wszystkich po kolei. – Nikt do tego czasu nie wyjedzie? – W jego glosie zabrzmiał niemal ton nadziei.
– Wszyscy zostaniemy!
– Ja zostanę… ja też…! – krzyknęły panie, które już wcześniej ustaliły termin wyjazdu.
Pani Griffin zapragnęła jednak wysłuchać dodatkowych wyjaśnień.
– W kim ona była zakochana?
– Wszystko wyjaśni opowieść Douglasa – odpowiedziałem w jego imieniu.
– Nie mogę się doczekać!
– Opowieść tego nie wyjaśni – odezwał się Douglas. – W każdym razie nie w dosłowny, prostacki sposób.
– Wielka szkoda. Jeżeli będzie inaczej, niczego nie zrozumiem.
– Niczego więcej nie zdradzisz? – zapytał ktoś inny.
Douglas znów zerwał się na nogi.
– Zdradzę… ale jutro. Teraz już muszę pójść spać. Dobranoc.
Złapał świecznik i szybkim krokiem wyszedł, pozostawiając nas w pewnej konsternacji. Ale kiedy w naszym wielkim brązowym salonie usłyszeliśmy jego kroki na schodach, odezwała się pani Griffin:
– Cóż, nawet jeśli teraz nie wiem, w kim ona się zakochała, to wiem, w kim kochał się Douglas.
– Była od niego starsza o dziesięć lat – zauważył jej mąż.
– Raison de plus… w tym wieku! Ale jego długoletnie milczenie jest raczej miłe.
– Czterdzieści lat! – wtrącił Griffin.
– Lecz w końcu wybuchnął.
– Ten wybuch – stwierdziłem – zapowiada dla nas ucztę w czwartkowy wieczór.
Wszyscy chętnie przyznali mi rację, a mając przed sobą tak doskonałą perspektywę, straciliśmy zainteresowanie innymi opowieściami. Usłyszeliśmy jednak ostatnią historię – odebraliśmy ją jako niekompletną, jakby był to dopiero początek powieści w odcinkach – a następnie rozeszliśmy się do łóżek, podawszy sobie dłonie i na dobranoc „stuknąwszy się lichtarzami”, jak zauważył ktoś z nas.
Wiedziałem, że następnego dnia list z załączonym kluczem pognał pierwszą pocztą do londyńskich apartamentów Douglasa. Mimo że wieść o tym szybko rozeszła się pomiędzy nami – a może właśnie dlatego – nie podchodziliśmy do niego aż do kolacji i otoczyliśmy go ciasnym kręgiem, dopiero kiedy nadeszły późne godziny wieczorne, najlepiej pasujące do emocji, których mieliśmy nadzieję zakosztować. Douglas stał się nagle bardzo rozmowny i od razu chętnie nam wyjaśnił, jakie są tego powody. Mówił do nas sprzed kominka w salonie, podobnie jak poprzedniego wieczoru, kiedy pobudził naszą ciekawość. Okazało się, że opowieść, którą obiecał nam przeczytać, wymagała kilku słów wstępu, żebyśmy mogli ją lepiej zrozumieć. Pozwólcie więc, że wyrażę to teraz jasno, chcąc mieć tę konieczną formalność za sobą: wszystko, co wam dalej przekażę, pochodzi z dokładnego zapisu, który osobiście sporządziłem znacznie później. Biedny Douglas przed śmiercią – gdy zbliżała się już do niego wielkimi krokami – powierzył mi rękopis, który dotarł do niego w trzecim dniu naszego spotkania i który przeczytał nam czwartego dnia późnym wieczorem, wywierając na naszym wyciszonym małym kręgu wielkie wrażenie. Panie, które koniecznie chciały na ten wieczór pozostać z nami, dzięki Bogu jednak zostać nie mogły i wyjechały z powodu wcześniejszych zobowiązań. Opuszczały nas, nie kryjąc ogromnej ciekawości, wywołanej głównie przez Douglasa, który świadomie podkręcał nasze zainteresowanie, ujawniając z wyprzedzeniem drobne szczegóły swej historii. Wyjazd pań spowodował, że ostatecznie grupa zgromadzona wokół płonącego kominka zrobiła się niewielka i jakby elitarna, gotowa na wspólne emocje.
Douglas najpierw ujawnił, że jego spisana opowieść rozpoczyna się później, niż składające się na nią wydarzenia. Musieliśmy przyjąć do wiadomości, że dobra znajoma Douglasa, najmłodsza spośród kilku córek biednego wiejskiego pastora, chcąc podjąć w wieku dwudziestu lat pierwszą pracę w szkole, nie bez obaw przybyła do Londynu, aby osobiście odpowiedzieć na ofertę pracy, którą oferent zaproponował jej w krótkiej korespondencji. Ta osoba stawiła się więc na rozmowę w domu przy Harley Street. Budynek onieśmielił ją swoim ogromem, a przyszły pracodawca okazał się dżentelmenem w słusznym wieku, mężczyzną, z jakim ta młoda, nieśmiała, płocha kobieta, pochodząca z plebanii w Hampshire, jeszcze nigdy nie miała do czynienia, chyba że w snach czy starych powieściach. Łatwo sobie kogoś takiego wyobrazić; szczęśliwie nie jest to typ mężczyzny na wymarciu. Był przystojny, elokwentny, miły, bezpośredni, pełen pozytywnej energii i uprzejmy. Bez trudu oczarował ją urokiem osobistym, ale najbardziej ją ujął – i tchnął w nią odwagę, którą później okazywała – sposobem, w jaki przedstawił swoją ofertę, wskazując, że pragnie, aby oddała mu swego rodzaju przysługę, żeby zobowiązała się do realizacji zadania, które z przyjemnością jej powierzy. Odebrała go jako człowieka bogatego, lecz straszliwie ekstrawaganckiego, a jego obraz uzupełniał blask nadzwyczajnej elegancji, urody, kosztownych obyczajów i ogromnej klasy w relacjach z kobietami. Dysponował w mieście wspaniałą rezydencją, wielkim domem pełnym bezcennych pamiątek z licznych podróży oraz trofeów myśliwskich. Kobieta, według jego życzenia, miała jednak zamieszkać, i to jak najprędzej, wcale nie w Londynie, lecz w jego starym domu rodzinnym w Essex.
Z powodu śmierci, która spadła na jego rodziców w Indiach, został opiekunem bratanicy i bratanka, dwojga małych dzieci swego młodszego brata, wojskowego, którego utracił dwa lata wcześniej. Dzieci te były wielce kłopotliwym wyzwaniem dla osoby w jego sytuacji – samotnego mężczyzny bez stosownego doświadczenia i chociażby szczypty cierpliwości wobec dzieci – a jednocześnie poważnym obciążeniem. Miał z ich powodu wiele zmartwień, popełnił też bez wątpienia mnóstwo błędów, jednak ogromnie współczuł obojgu dzieciakom i robił dla nich wszystko, co tylko mógł. Wysłał je do swojego drugiego domu, ponieważ wieś była dla nich najbardziej odpowiednim miejscem. Tam od początku opiekowali się nimi najlepsi ludzie, jakich potrafił dla nich znaleźć. Wysłał na wieś nawet swoich służących, aby im usługiwali, i jeździł do Essex, kiedy tylko mógł, żeby sprawdzać, jak obojgu się wiedzie. Niestety, dzieci w gruncie rzeczy nie miały poza nim innych krewnych, a on musiał poświęcać niemal cały czas własnym sprawom. Wkrótce przeniósł je do posiadłości w Bly, zdrowego i bezpiecznego miejsca, a władzę nad dwuosobową gromadką bratanków przekazał – chociaż w ograniczonym zakresie – pani Grose. Nie wątpił, że jego gość się z nią polubi, była to bowiem wspaniała kobieta, która wcześniej pracowała jako pokojówka jego matki. Obecnie była ona gosposią i tymczasowo sprawowała opiekę nad małą dziewczynką, którą dobrym zrządzeniem losu, nie mając własnych dzieci, nadzwyczajnie polubiła. W Bly pracowało wiele osób, lecz oczywiście młoda dama, która przybyłaby tam jako guwernantka, zyskałaby władzę nad całą służbą. Jej obowiązkiem byłaby także opieka w czasie wakacji nad chłopcem, który został posłany do szkoły z internatem – może trochę za wcześnie, ale cóż innego można było zrobić? – i który, ponieważ zbliżały się wakacje, w najbliższym czasie miał tam przyjechać. Inna młoda dama, która na samym początku zajęła się opieką nad dwojgiem dzieci, wkrótce niefortunnie straciła życie. Zajmowała się nimi wręcz doskonale – była osobą opanowaną i taktowną – aż do swojej śmierci, wielce przykrego zdarzenia, po którym jedynym rozwiązaniem dla małego Milesa okazało się wysłanie go do szkoły. I to od tego czasu pani Grose zajmowała się, najlepiej jak potrafiła, jedynie sprawami małej Flory. W posiadłości mieszkał także kucharz, mleczarka, pokojówka, stary kucyk, stary stajenny oraz stary ogrodnik – wszyscy, oczywiście, o nienagannej reputacji.
Gdy tylko Douglas zaprezentował nam tę wizję, ktoś wystąpił z pytaniem:
– A z jakiego powodu zmarła ta poprzednia guwernantka? Może zabiła ją zbyt dobra reputacja?
Odpowiedź naszego przyjaciela padła natychmiast:
– To się wkrótce okaże. Nie będę uprzedzał wypadków.
– Przepraszam, ale mam wrażenie, że przez cały czas właśnie to robisz.
– Na miejscu jej następczyni – zasugerowałem – bardzo chciałbym się dowiedzieć, czy funkcja, którą ma objąć, nie wiąże się z…
– Oczywistym zagrożeniem życia? – dokończył moją myśl Douglas. – Tak, chciała się dowiedzieć i się dowiedziała. Ale o tym usłyszycie jutro. Tymczasem, oczywiście, wizja pierwszej pracy zarysowała się w jej głowie dość ponuro. Była młoda, niedoświadczona, zalękniona, a mogła się spodziewać poważnych obowiązków i nielicznego towarzystwa, a tak naprawdę wielkiej samotności. Wahała się, przez kilka dni zasięgała rad i rozważała otrzymaną propozycję. Ale zaoferowana pensja znacznie przekraczała jej skromne oczekiwania, więc podczas drugiej rozmowy zebrała się na odwagę i przyjęła propozycję pracy.
W tym momencie Douglas urwał, a ja rzuciłem, chcąc rozweselić towarzystwo:
– Oczywiście, wynika z tego morał, że młody, elegancki, bogaty mężczyzna, skutecznie ją uwiódł. No i zadziałały jego argumenty.
Douglas podniósł się z krzesła i podszedł do kominka, jak poprzedniego wieczoru. Znów trącił nogą jedno z bierwion i przez chwilę stał nieruchomo, odwrócony do nas plecami.
– Widziała go tylko dwa razy.
– I właśnie na tym polegało piękno jej fascynacji.
Usłyszawszy te słowa, Douglas zaskoczył mnie.
– Właśnie na tym polegało – powiedział i odwrócił się do mnie. – Ale – kontynuował – on rozmawiał także z innymi kandydatkami, które mu nie uległy. Szczerze jej o tym opowiedział; kilka pań, które zgłosiły się przed nią, nie przyjęło warunków, jakie im zaproponował. Po prostu się wystraszyły. Wyjawił to ponurym, dziwnym głosem. I dodał kolejny, główny warunek zatrudnienia, którego wcześniej nie zdradził.
– Jaki warunek?
– Że zatrudniona kobieta nigdy nie będzie mu w żaden sposób zawracać głowy… absolutnie nigdy. Żadnymi błaganiami, narzekaniami, listami w jakiejkolwiek kwestii. Samodzielnie miała rozwiązywać wszystkie problemy, opłaty pobierać wyłącznie od jego prawnika, brać wszystko na swoje barki, a z pracodawcą w ogóle się nie kontaktować. Obiecała mu, że tak się stanie, a mnie wspomniała, że kiedy mężczyzna na moment ujął jej dłoń, uradowany i szczęśliwy, dziękując za poświęcenie, odniosła wrażenie, że już w tej chwili otrzymała od niego sowitą nagrodę.
– I to była cała jej nagroda? – zapytała jedna z pań.
– Już nigdy więcej go nie spotkała.
– Och! – westchnęła kobieta.
Ponieważ nasz przyjaciel znowu opuścił nas w pośpiechu, było to ostatnie znaczące słowo, jakie padło w związku z jego opowieścią aż do następnego wieczora, kiedy, zasiadłszy przy ogniu na najlepszym krześle, uniósł wyblakłą czerwoną okładkę cienkiego zeszytu z kartkami o złoconych brzegach. Jego opowieść zajęła w rzeczywistości więcej niż jeden wieczór, ale za pierwszym razem ta sama kobieta rzuciła kolejne pytanie:
– Jaki jest tytuł opowiadania?
– Ono nie ma tytułu.
– A ja już go wymyśliłem – odezwałem się.
Lecz Douglas nie zareagował na moje słowa i już zaczął czytać, wyraźnie, pięknie i głośno, tak jakby pragnął, żeby do naszych uszu dotarł także piękny charakter pisma autorki.
I
Pamiętam cały początek jako serię wzlotów i upadków, małą huśtawkę dobrych i złych myśli. Po uniesieniu w mieście, kiedy się okazało, że otrzymałam pracę, później miałam jednak kilka bardzo złych dni – znowu ogarniały mnie wątpliwości i naprawdę czułam, że popełniłam błąd. W takim stanie umysłu spędziłam długie godziny w podskakującym na nierównej drodze, kołyszącym się dyliżansie, którym dojechałam na stację przesiadkową, gdzie miał na mnie czekać pojazd z majątku. Rzeczywiście, zapewniono mi tę wygodę i pod koniec pewnego czerwcowego popołudnia zobaczyłam czekający na mnie przestronny odkryty powóz. Przemierzając tego uroczego dnia krainę, w której zdawała się przyjaźnie mnie witać letnia wiejska słodycz, poczułam przypływ sił, a kiedy powóz skręcił w aleję, ogarnęła mnie ulga, prawdopodobnie nie będąca niczym innym jak dowodem mojego głębokiego wahania. Chyba spodziewałam się, albo obawiałam, że trafię do bardzo przygnębiającego domostwa, dlatego to, co zobaczyłam, okazało się miłą niespodzianką. Pamiętam przyjemne wrażenie, jakie wywarł na mnie szeroki, jasny fronton posiadłości, pootwierane okna i świeże firanki oraz wypatrujące w moim kierunku dwie pokojówki. Pamiętam trawnik, kolorowe kwiaty i chrzęst kół mojego powozu na żwirze, a także zachodzące na siebie korony drzew, ponad którymi na tle złocistego nieba krążyły i krakały gawrony. Ta scena zawierała w sobie wielkość jakże odmienną od widoków, z jakimi miałam do czynienia w moim skromnym domu. Gdy tylko powóz się zatrzymał, w drzwiach stanęłaelegancka kobieta z dziewczynką na rękach i dygnęła przede mną tak wytwornie, jakbym była co najmniej panią tej posiadłości albo bardzo ważnym gościem. W rezydencji przy Harley Street zyskałam przekonanie, że to miejsce jest znacznie skromniejsze, a wrażenie z chwili przyjazdu, jak sobie przypominam, kazało mi przypuszczać, że właściciel, dżentelmen w każdym calu, nie ujawnił mi wszystkich szczegółów nowej pracy, abym mogła się nią jeszcze bardziej cieszyć.
Do następnego dnia nie nawiedziły mnie ponowne załamania, ponieważ najbliższe godziny radośnie spędziłam w towarzystwie młodszej z dwojga moich podopiecznych. Dziewczynka, która towarzyszyła pani Grose, natychmiast wydała mi się stworzeniem tak urzekającym, że opiekę nad nią uznałam za cudowny dar od losu. Była najpiękniejszym dzieckiem, jakie do tej pory poznałam. Później zastanawiałam się, dlaczego mój pracodawca opowiedział mi o niej tak mało. W nocy spałam niewiele, ponieważ byłam zbyt rozemocjonowana; ten stan ducha także mnie zaskoczył i był kolejnym dodatkiem do wrażenia, że ugoszczono mnie nadzwyczaj szczodrze. Otrzymałam ogromny, wspaniały pokój, jeden z najlepszych w domu, z podwójnym, bardzo wygodnym łóżkiem, ciężkimi wzorzystymi zasłonami i wysokimi lustrami, w których po raz pierwszy w życiu mogłam się obejrzeć od stóp po czubek głowy. Uderzyło mnie jednak to, że wspaniałe wygody, które mi udostępniono, są jednak nadmierne wobec raczej skromnej roli, jaką miałam odgrywać w posiadłości. Już na samym początku zostałam poinstruowana, że powinnam jak najlepiej ułożyć sobie relacje z panią Grose; w trakcie podróży dyliżansem niepokoiłam się tą kwestią. Mój niepokój na samym początku mogła wzbudzić jedynie jej autentyczna radość ze spotkania ze mną. Wystarczyło mi pół godziny, by dostrzec, że ta krępa, prosta, zwyczajna, schludna i poczciwa kobieta bardzo się pilnuje, aby nie okazywać nadmiernego zadowolenia z mojego przybycia. Zastanawiałam się nawet przez chwilę, co jest tego powodem. Gdybym zdobyła się wówczas na głębszą refleksję, mogło to wzbudzić we mnie zaniepokojenie i nawet jakieś podejrzenia.
Ale uspokajałam się, tłumacząc sobie, że nie powinnam odczuwać żadnego niepokoju wobec czegoś tak pięknego jak promienne oblicze mojej dziewczynki. Uznałam, że właśnie wizję jej anielskiej urody – bardziej niż cokolwiek innego – powinnam obwiniać o bezsenność, która jeszcze przed świtem kazała mi kilkakrotnie wstawać z łóżka, spacerować po pokoju i chłonąć pełen obraz nowego miejsca oraz zastanawiać się nad perspektywą kolejnych dni. Obserwowałam przez otwarte okno blady letni świt, przyglądałam się widocznym stąd zabudowaniom, a gdy wraz z ustępowaniem mroku zaczęły świergotać ptaki, nasłuchiwałam, czy nie powtórzą się dźwięki, które chyba wcześniej złowiłam uchem – znacznie mniej naturalne, za to dobiegające nie z zewnątrz, ale z wnętrza domu. Przez moment byłam pewna, że rozpoznałam przytłumiony i odległy płacz dziecka, a trochę później aż podskoczyłam, usłyszawszy w korytarzu, niemal sprzed moich drzwi, lekkie kroki. Te wrażenia były jednak na tyle słabe, że wówczas się nimi nie przejęłam. Powróciły do mnie dopiero w świetle, a w gruncie rzeczy powinnam powiedzieć „w mroku” innych, późniejszych wydarzeń. Pilnowanie, uczenie, „kształtowanie” małej Flory było teraz aż nazbyt oczywistym sposobem na szczęśliwe i pożyteczne życie. W gronie służby uzgodniliśmy, że od następnej nocy dziewczynka będzie sypiała u mnie, dlatego w moim pokoju ustawiono już małe, białe łóżeczko. Roztoczyłam nad nią pełną opiekę i tylko na tę ostatnią noc Flora pozostała jeszcze z panią Grose, bo przecież byłam dla niej obcą osobą, a ona bardzo nieśmiałym dzieckiem. Mimo jej nieśmiałości – o której sama dziewczynka mówiła w najdziwniejszy sposób, absolutnie szczerze i z odwagą, przyznając się do niej bez skrępowania, z głębokim, słodkim spokojem świętego dzieciątka Rafaela, pozwalając o niej dyskutować, traktować jako zarzut i kształtować w jej obliczu nasze zachowanie – byłam głęboko przekonana, że Flora mnie polubi. Za podobną otwartość polubiłam już samą panią Grose: za zadowolenie, z jakim przyjmowała mój zachwyt i podziw, kiedy zasiadałam do kolacji przy czterech wysokich świecach naprzeciwko mojej rozpromienionej podopiecznej, usadowionej na dziecięcym krzesełku, z serwetką pod szyją, spoglądającej na mnie znad chleba i mleka. Oczywiście, pewne kwestie w obecności Flory mogły padać pomiędzy mną a panią Grose jedynie w formie znaczących i zachwyconych spojrzeń, a także ukrytych lub zawoalowanych aluzji.
– A chłopczyk… jest podobny do niej? Czy również jest taki nietuzinkowy?
Tego dziecka nie dało się zakłopotać.
– Och, panienko, absolutnie nietuzinkowy. Jeżeli i to dziecko uważa panienka za nietuzinkowe…
Pani Grose zatrzymała się z talerzem w ręce i popatrzyła promiennym spojrzeniem na naszą małą towarzyszkę, która spoglądała spokojnymi, niebiańskimi oczyma to na jedną, to na drugą z nas, nie okazując najmniejszego zaniepokojenia.
– A jeśli tak uważam…?
– To ten mały dżentelmen wprost panią uwiedzie!
– Ha, więc chyba przybyłam tutaj, żeby ktoś mnie uwiódł. Jednak obawiam się… – Pamiętam, że w tamtej chwili poczułam potrzebę, żeby dodać: – Obawiam się, że bardzo łatwo jest mnie uwieść. To się stało już w Londynie!
Wciąż widzę szeroką twarz pani Grose w momencie, w którym dotarło do niej znaczenie tych słów.
– Na Harley Street?
– Na Harley Street.
– Cóż, panienko, nie byłaś pierwszą i nie będziesz ostatnią.
– Wcale nie mam ambicji – niemalże się roześmiałam – żeby być jedyną. Niemniej, mój drugi podopieczny, jak rozumiem, wróci tutaj jutro?
– Nie jutro, lecz w piątek, panienko. On także przyjedzie dyliżansem, pod opieką strażnika, i wyjedzie po niego na stację ten sam odkryty powóz.
Po tej informacji wyraziłam przekonanie, że byłoby rzeczą właściwą a zarazem miłą i przyjazną, gdybym to ja czekała na niego na stacji dyliżansu wraz z jego siostrzyczką. Pomysł ten pani Grose poparła z takim entuzjazmem, że uznałam jej reakcję za swego rodzaju krzepiącą zapowiedź – dzięki Bogu, nigdy fałszywej – iż także w przyszłości będziemy w każdej sprawie jednomyślne. Och, ona się naprawdę cieszyła z mojego przybycia do Bly.
Następnego dnia nie mogłabym uczciwie nazwać mojego samopoczucia szczerą reakcją na radość, jaką okazywano mi po przyjeździe. Prawdopodobnie było to najwyżej lekkie przygnębienie, które we mnie powstało, kiedy znacznie staranniej oceniłam sytuację, w jakiej się znalazłam. Obejrzałam teren posiadłości, poznałam zamieszkujących ją ludzi i dzięki temu lepiej zrozumiałam, w jakich warunkach będę teraz funkcjonować. Okazało się, że spadł na mnie ogrom zadań, na które nie byłam jeszcze przygotowana i które jednocześnie wzbudziły mój strach oraz trochę dumy z siebie samej. Z powodu mojego poruszenia planowe lekcje nieznacznie się opóźniły. Doszłam do wniosku, że moim pierwszym obowiązkiem będzie przekonanie do siebie dziecka i że powinnam użyć do tego jak najbardziej subtelnych metod. Spędziłam z dziewczynką prawie cały dzień na długiej wyprawie, bowiem szybko uzgodniłam z nią – ku jej ogromnemu zadowoleniu – że to ona i tylko ona oprowadzi mnie po całym domu. Pokazywała mi go krok po kroku i pokój po pokoju, zdradzała ich kolejne sekrety, zabawnie i przesympatycznie szczebiocząc, i dzięki temu praktycznie w ciągu pół godziny zostałyśmy serdecznymi przyjaciółkami. Byłam zaskoczona, że chociaż Flora jest młodziutka, kroczy naprzód z wielką pewnością siebie i odwagą. Czuła się doskonale w pustych izbach i ponurych korytarzach, na krętych schodach, na których ja musiałam co chwilę przystawać, a nawet na szczycie starej kwadratowej wieży z machikułami, które przyprawiały mnie o zawroty głowy. Wiodła mnie do przodu jej poranna radość i nastawienie, żeby raczej słuchać opowieści niż o cokolwiek ją pytać. Nie widziałam Bly od dnia, kiedy na dobre opuściłam posiadłość, ale ośmielę się powiedzieć, że moim starszym i znacznie bardziej doświadczonym oczom ta posiadłość wydawałaby się dzisiaj znacznie skromniejszą. Ale gdy moja mała przewodniczka o złotych włosach i w niebieskiej sukience tańczyła przede mną w zakamarkach i biegała wąskimi przesmykami, widziałam posiadłość jako romantyczny zamek, zamieszkany przez różowego chochlika, jako miejsce, które w nieznany sposób, dla zachowania świeżych barw, skradło najlepsze kolory najbardziej fantastycznym opowieściom i baśniom. Czy przypadkiem nie wpadłam, pogrążona w sennych marzeniach, do jakiejś książki z bajkami? Otóż nie; znajdowałam się w dużym, brzydkim, starym, lecz wygodnym domu, zawierającym pewne elementy jeszcze starszej budowli – usunięto tylko ich część – w którym wszyscy mieszkańcy wydawali się zagubieni niczym gromadka pasażerów na ogromnym, dryfującym statku. I, co dziwne, stałam za jego sterem!
II
To właśnie przyszło mi do głowy, kiedy dwa dni później jechałam z Florą na spotkanie, jak to określiła pani Grose, małego dżentelmena. Pomyślałam o tym także z powodu zdarzenia, które miało miejsce drugiego wieczoru i całkowicie wytrąciło mnie z równowagi. Pierwszy dzień był, jak już wspomniałam, bardzo miły, jednak szybko zaczął się rozwijać w złym kierunku. Późnym wieczorem przyszła poczta i znalazł się w niej list do mnie, składający się z zaledwie kilku słów napisanych ręką mojego pracodawcy. W środku znajdowała się kolejna koperta, zaadresowana do niego, z wciąż nierozerwaną pieczęcią. „Napisał go, jak rozpoznaję, dyrektor szkoły, a ten dyrektor jest straszliwym nudziarzem. Przeczytaj go, proszę, i zajmij się sprawą, jednak nie przekazuj mi żadnych informacji. Ani słowa. Czołem!” Dużo wysiłku kosztowało mnie złamanie pieczęci. Moja niechęć do otworzenia drugiego listu była tak wielka, że przez długi czas się wahałam. Wreszcie zabrałam zapieczętowaną kopertę do mojego pokoju i zajęłam się nią na krótko przed pójściem do łóżka. Lepiej zrobiłabym, gdybym zaczekała z tym do rana, ponieważ z powodu tego listu nie przespałam drugiej nocy z kolei. Nie mając od kogo uzyskać rady, następnego dnia byłam potwornie przygnębiona. Ale w końcu dałam za wygraną i postanowiłam otworzyć się przynajmniej przed panią Grose.
– Co to znaczy? Dziecko zostało odprawione ze szkoły.
Posłała mi spojrzenie, które na moment podchwyciłam, po chwili jednak popatrzyła gdzieś w bok z wyraźnym zakłopotaniem.
– Ale przecież one wszystkie…
– …wysyłane są teraz ze szkoły do domów. Owszem. Jednak Miles może już tam nie wrócić.
Pod wpływem mojego natarczywego wzroku pani Grose zaczerwieniła się.
– Nie przyjmą go po wakacjach?
– Z listu dyrektora wynika, że nie ma takiej możliwości.
Na te słowa pani Grose uniosła wzrok ku sufitowi. Dostrzegłam, że w jej oczach pojawiły się łzy.
– Co on złego zrobił?
Przez chwilę wahałam się, ale zaraz uznałam, że najlepiej postąpię, jeśli przekażę jej list do przeczytania. Lecz ona nie tylko go nie przyjęła, ale nawet schowała ręce za plecami. Ze smutkiem pokiwała głową.
– Takie rzeczy nie są dla mnie, panienko.
Moja powiernica nie potrafiła czytać! Skrzywiłam się, skonsternowana swoim błędem. Udałam, że nic się nie stało, po czym jeszcze raz otworzyłam list, żeby go przeczytać specjalnie dla pani Grose. Ale w ostatniej chwili zabrakło mi odwagi i schowałam list do kieszeni.
– On jest naprawdę złym dzieckiem? – zapytałam.
W jej oczach wciąż lśniły łzy.
– A piszą tak ci dżentelmeni ze szkoły?
– Nie wchodzą w szczegóły. Wyrażają po prostu ubolewanie, że nie mogą zatrzymać go w szkole. A to może oznaczać tylko jedno.
Pani Grose słuchała moich słów jakby w otępieniu. Nie zdecydowała się zapytać, co mogą oznaczać słowa listu, żeby więc trochę uporządkować tę kwestię, myśląc w miarę logicznie tylko dzięki jej obecności, kontynuowałam:
– Że chłopiec jest zagrożeniem dla innych dzieci.
Na te słowa, z oburzeniem właściwym prostej osobie, pani Grose zawołała płomiennie:
– Panicz Miles? Jakim zagrożeniem?
W tym okrzyku zabrzmiał taki ogrom wiary w chłopca, że chociaż do tej pory go przecież nie widziałam, to aż się uniosłam w przekonaniu o absurdalności takiego pomysłu. Chcąc dorównać wiarą mojej przyjaciółce, natychmiast rzuciłam z sarkazmem:
– Zagrożeniem dla swoich biednych, małych, niewinnych kolegów.
– To straszne – zawołała pani Grose – że ktoś pisze o nim takie okrutne rzeczy. On ma przecież zaledwie dziesięć lat!
– Tak, tak. To jest rzeczywiście niewiarygodne.
Była mi wyraźnie wdzięczna za to zapewnienie.
– Niech panienka najpierw sama go pozna. A dopiero potem spróbuje uwierzyć w te brednie.
Jeszcze raz ogarnęła mnie niecierpliwa ochota, żeby w końcu go zobaczyć. Był to początek wielkiego zainteresowania, które w trakcie kolejnych godzin pogłębiało się, niemal sprawiając mi ból. Miałam wrażenie, że pani Grose jest świadoma, jakie uczucia we mnie wywołała, bo po chwili zapewniła:
– Równie dobrze mogłaby pani w ten sposób pomyśleć o naszej młodej damie, niech Pan Bóg ją błogosławi – powiedziała. – Proszę tylko spojrzeć.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że Flora, którą przed dziesięcioma minutami zostawiłam w pokoju do nauki z kartką białego papieru, ołówkiem i wzorami różnej wielkości okrągłych kółeczek do przerysowania, stanęła w otwartych drzwiach. W dziecięcy sposób okazała nadzwyczajny brak zainteresowania nudnym zadaniem, patrzyła jednak na mnie dziecinnym spojrzeniem pełnym blasku, mającym źródło – takie odniosłam wrażenie – w uczuciu, którym mnie obdarzyła i które kazało jej mnie odszukać. Nie potrzebowałam niczego więcej, żeby odczuć pełną moc porównania pani Grose, objęłam więc moją uczennicę ramionami, obsypałam ją pocałunkami, w których zawarłam poczucie zadośćuczynienia.
Niemniej przez resztę dnia czekałam na kolejną okazję, żeby podejść do mojej koleżanki, tym bardziej że im bliżej było wieczoru, tym nabierałam większego przekonania, że próbuje mnie unikać. Pamiętam, że w końcu wyprzedziłam ją na schodach. Zeszłyśmy razem na parter i w końcu zatrzymałam ją, kładąc dłoń na jej ramieniu.
– To co usłyszałam od pani w południe, odbieram jako deklarację, że Miles nigdy nie bywa niegrzeczny – odezwałam się.
Potrząsnęła głową. Bez wątpienia do tej chwili przygotowała sobie przemyślaną i szczerą odpowiedź.
– Och, nigdy… Tego bym jednak nie powiedziała.
Rozzłościłam się.
– Więc jednak widziała pani jego złe zachowanie?
– Tak, owszem, panienko, dzięki Bogu!
Zastanawiałam się przez chwilę i w końcu pokiwałam głową.
– Chce pani przez to powiedzieć, że chłopiec, który nigdy…
– Taki, który nigdy nie zbroił, nie jest dla mnie chłopcem!
Przytrzymałam ją.
– Więc lubi pani chłopców, którzy mają ochotę na psoty? – zapytałam. A potem, chcąc się z nią zgodzić, rzuciłam: – Ja również. Ale nie takich, którzy deprawują…
– Deprawują? – powtórzyła nieznane sobie słowo, które ją skonsternowało.
– Psują – wyjaśniłam.
Wpatrywała się we mnie, próbując zrozumieć, co mam na myśli. W końcu niepewnie się roześmiała.
– Obawia się panienka, że on panienkę popsuje?
Rzuciła to pytanie jakby żartem, więc ja również zachichotałam niepewnie, podobnie jak ona, i na razie już nie drążyłam tematu, żeby pani Grose przypadkiem nie wyśmiała mnie na dobre.
Ale następnego dnia, kiedy zbliżała się godzina mojego wyjazdu na stację, zadałam jej pytanie z innej beczki.
– Jaka była ta kobieta, którą zastąpiłam?
– Ostatnia guwernantka? Ona też była młoda i śliczna… prawie tak młoda i prawie tak śliczna jak pani.
– Zatem, jak sądzę, jej także młodość i uroda pomogły w uzyskaniu posady – odparłam. – On chyba lubi zatrudniać młode i ładne guwernantki.
– Och, rzecz jasna – zgodziła się ze mną pani Grose. –Wszyscy muszą tacy być! – Dopiero wypowiedziawszy te słowa, ugryzła się w język. – To znaczy… nasz pan lubi młodość.
Zbulwersowała mnie.
– Zaraz, o kim mówiła pani przed chwilą?
Próbowała zachować spokój, ale się zaczerwieniła.
– Jak to o kim? O nim.
– O naszym pracodawcy?
– A o kim innym?
Było to tak oczywiste, że nie mogła mówić o kimkolwiek innym, że po chwili odrzuciłam myśl, iż przypadkowo powiedziała mi więcej, niż zamierzała. Przeszłam więc do sedna:
– Widziała w tym chłopcu coś…?
– Niewłaściwego? Nigdy mi o czymś takim nie wspominała.
Przez chwilę wahałam się, czy zadać następne pytanie, ale odrzuciłam na bok skrupuły.
– Była drobiazgowa… bardzo wymagająca?
Pani Grose bez wątpienia starała się odpowiadać zgodnie z tym, co podpowiadało jej sumienie.
– W niektórych sprawach rzeczywiście taka była.
– Lecz nie we wszystkich?
Znów starannie przemyślała odpowiedź.
– Panienko… ona odeszła z tego świata. Nie chcę powtarzać plotek.
– Oczywiście, rozumiem, co pani czuje – powiedziałam pośpiesznie i pokiwałam głową, ale natychmiast doszłam do wniosku, że jeszcze mogę ją docisnąć: – Zmarła tutaj?
– Nie, najpierw stąd wyjechała.
Nie wiem dlaczego, ale w powściągliwości pani Grose uderzyła mnie pewna wieloznaczność.
– Wyjechała, żeby umrzeć? – Pani Grose wyjrzała przez okno, ale ja nabrałam przekonania, że, przynajmniej hipotetycznie, mam prawo wiedzieć, jakie oczekiwania stawia się młodym osobom, zatrudnianym w Bly. – Chce pani powiedzieć, że zachorowała i wróciła do domu?
– Nie zachorowała, a przynajmniej nic na to nie wskazywało w tym domu. Wyjechała stąd pod koniec roku, na krótki wypoczynek, na który, biorąc pod uwagę wysiłek i czas poświęcony dzieciom, całkowicie sobie zasłużyła. Przebywała tu wtedy inna młoda kobieta, pielęgniarka. Była dobrą i bystrą dziewczyną i to ona zajęła się dziećmi na czas nieobecności guwernantki. Ale ta już nie wróciła. Akurat kiedy na dniach oczekiwałam jej przyjazdu, dowiedziałam się od naszego pana, że umarła.
– Co było przyczyną? – zapytałam natychmiast.
– Nie powiedział mi. Ale przepraszam, panienko – powiedziała pani Grose. – Muszę już wracać do pracy.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
