Nawiedzenia. Historie prawdziwe - Ed Warren, Lorraine Warren, Robert David Chase - ebook

31 osób właśnie czyta

Opis

Ktoś kiedyś powiedział, że duchy są zawsze głodne, a nikt nie wie tego lepiej niż Ed i Lorraine Warrenowie, najbardziej znani badacze zjawisk paranormalnych na świecie.

Przez dziesięciolecia Ed i Lorraine poznawali prawdę kryjącą się za najbardziej przerażającymi zjawiskami nadprzyrodzonymi. Badali niezwykłe sprawy nawiedzeń i opętań. Od osławionego domu uwiecznionego w The Amityville Horror po mrożące krew w żyłach wydarzenia, które zainspirowały twórców takich kinowych hitów jak Obecność czy Annabelle.

Nawiedzenia. Historie prawdziwe przedstawiają wiele najbardziej wstrząsających, opartych na faktach przypadków upiornych nawiedzeń, demonicznych prześladowań i przerażających spotkań z duchami.

Ed i Lorraine Warrenowie przebadali wspólnie tysiące spraw związanych ze zjawiskami nadnaturalnymi. Napisali razem wiele artykułów i książek, prowadzili też wykłady na uczelniach. Oboje idealnie się uzupełniali, wykorzystując wiedzę i umiejętności. Domeną Eda – jedynego świeckiego egzorcysty zaakceptowanego przez Watykan – były przypadki nawiedzeń i opętań, Lorraine natomiast była niezwykle wrażliwym medium. Ed zmarł w roku 2016. Jego żona Lorraine odeszła w roku 2019.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 168

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

HISTORIA CMENTARZA UNION

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

Ed Warren

 

Wiele lat temu, gdy Lorraine i ja dopiero zaczynaliśmy badać zjawiska nadnaturalne i okultystyczne, zajęliśmy się historią stanu, który tak bardzo kochamy, stanu, który z radością nazywamy domem – Connecticut.

Bardzo szybko zaczyna się tutaj wyczuwać niesamowitą historię tej okolicy – niesamowitą w dwóch aspektach.

Podczas rewolucji amerykańskiej Connecticut dostarczało nie tylko silnych i zdeterminowanych żołnierzy, ale także ogromne ilości jedzenia, odzieży i uzbrojenia. Connecticut spełniało tak ważną rolę w zaopatrywaniu armii amerykańskiej, że sam George Washington nazwał nas „Stanem Zaopatrzeniowym”.

Connecticut jest niesamowite także w innym sensie. Od swojego powstania na początku XVII w.,gdy koloniści walczyli z odważnymi i zajadłymi Indianami Pequot, nasz stan przesiąknięty był nadprzyrodzonymi i paranormalnymi tradycjami.

Pewien człowiek donosił, że jego córka została „opętana” i że w wieku dziewięciu lat była w stanie spojrzeniem „spopielać” przedmioty. Dziś taką umiejętność nazywa się psychokinezą.

Wkrótce potem pewna kobieta wyznała sąsiadom, że jej dom został zajęty przez „istoty”. Kobieta ciągle słyszała walenie w ściany, dzwonki odzywające się w innym pokoju, a w nocy ciężkie kroki obok jej łóżka – jednak gdy sprawdzała, nikogo nie było. To ewidentnie wczesna (i stosunkowo łagodna) manifestacja poltergeistów.

Kilka dziesięcioleci później pewien nastolatek wyznał purytańskiemu pastorowi, że często widuje się i rozmawia z młodą dziewczyną – mimo że owa dziewczyna dwa lata wcześniej popełniła samobójstwo, topiąc się. Chłopca uznano za szaleńca.

Potem były czarownice. Żaden region Stanów Zjednoczonych nie dorównywał Nowej Anglii w kwestii obsesji na punkcie czarownic i czarów.

Czarownica to osoba, która rzekomo miała otrzymać magiczne moce od złych duchów.

We wczesnej Nowej Anglii czarownic bano się z wielu powodów. Wierzono na przykład, że czarownica może rzucić klątwę nie tylko na danego człowieka czy członka jego rodziny, ale może też zniszczyć plony albo spowodować, że krowy nagle stracą mleko. Niektóre akuszerki zaklinały się, że widziały, jak czarownice rodzą potwory. W tych czasach wierzono również powszechnie, że czarownice latają na miotłach. Trzeba było tylko poczekać na wybicie północy i popatrzeć na księżyc, aby na jego tle ujrzeć sylwetkę czarownicy.

Dziś uważamy to za niedorzeczne. Podczas gdy złe duchy faktycznie istnieją, a ludzie faktycznie bywają opętywani przez demony, stare wyobrażenia czarownic dla większości ludzi nie są specjalnie interesujące.

Być może czarownice byłyby dla nas nieco bardziej przerażające, gdyby ludzie wiedzieli, w jaki sposób z nimi postępowano.

W Europie wiedźmy były sądzone i tracone tysiącami. W niektórych najsłynniejszych procesach czarownic dzieci zeznawały przeciwko swoim rodzicom – a później nadzorowały ich egzekucje. Był także przypadek, że jeden wpływowy człowiek pożądał pewnej nieosiągalnej kobiety, więc po prostu powiedział w sądzie, że jej mąż to czarownik. Mąż wkrótce został skazany i spalony na stosie.

W Nowej Anglii sprawy nie miały się wiele lepiej. Ludzie uważnie obserwowali swoich sąsiadów w poszukiwaniu „diabelskiego piętna”. To mogło być cokolwiek, od pieprzyka, który nakłuwany igłą nie bolał, po znamię o dziwnym kształcie. Na podstawie takich „dowodów” sąsiedzi donosili na sąsiadów, że ci są czarownicami i czarownikami.

W roku 1692 tylko w Massachusetts za czary stracono dziewiętnaście osób.

Na początku XVIII w. wprowadzono nowy test na czarostwo. Jeśli podejrzana kobieta, ciśnięta w silny nurt rzeki Connecticut, utonęła, to najwyraźniej nie była czarownicą. Jeśli przeżyła – czyli jeśli umiała pływać – musiała nią być.

 

 

Od samego początku mieszkańcy Nowej Anglii fascynowali się zjawiskami paranormalnymi.

W burzowe noce zbierali się przy ciepłym palenisku i z upodobaniem opowiadali historie o duchach, sprawdzając, jak bardzo uda im się przerazić swoich przyjaciół. Cienie się wydłużały, a ogień przygasał, zanim się tym znużyli.

Niektórzy purytańscy pastorzy, jak Cotton Mather, potępiali tę fascynację, uważając ją za „diabelski podszept” i twierdząc, że prowadzi ona prosto do „największej możliwej utraty, utraty duszy”. W późniejszym czasie Mather odegrał kluczową rolę w amerykańskich procesach czarownic.

Jednakże, pomimo wszelkich ostrzeżeń, mieszkańcy Nowej Anglii nigdy nie przestali się interesować zakazanym i nieznanym.

 

 

Z takim właśnie zapleczem Lorraine i ja zabraliśmy się, już kilka dekad temu, za badanie stanu Connecticut, a w szczególności obszaru wokół Monroe, gdzie mieszkamy.

Wielu ludzi sądzi, że nasz stan jest w dużej mierze uprzemysłowiony, i mają rację. Jesteśmy znani także z firm ubezpieczeniowych, z których tylko w Hartford ponad pięćdziesiąt ma swoje siedziby główne.

Ale istnieje jeszcze inne Connecticut, Connecticut starsze i bardziej szacowne – kraina krytych mostów, architektury kolonialnej i małych miasteczek. W tym starszym Connecticut miasta mają parki, sale spotkań i klasyczne, białe kościoły, których wieże wydają się dotykać nieba.

Takie właśnie Connecticut Lorraine i ja kochamy, zwłaszcza miasto Monroe.

Jak pisze Edward Nicholas Coffey w swojej świetnej książce A Glimpse of Old Monroe:„Miasteczko pierwotnie było częścią kolonii Stratford i przez wiele lat pozostawało pod jej jurysdykcją. Dlatego też jest spadkobiercą korzeni Stratford, sięgających osadnictwa w roku 1636, mniej niż dwa dziesięciolecia po tym, jak ojcowie założyciele po raz pierwszy stanęli na wybrzeżu Nowej Anglii”.

Jeszcze zanim założono kolonię Stratford, na tych terenach istniał problem z wilkami.

Ze względu na stada wilków, które przemierzały knieje i zabijały wielkie ilości zwierząt hodowlanych, ojcowie założyciele długo zastanawiali się, czy ta ziemia nadaje się do zasiedlenia.

Jakkolwiek wilki rzadko atakują osady, te watahy wciąż prześladowały ludzi próbujących uprawiać tam ziemię.

Coffey napisał: „Nawet człowiek nie był bezpieczny. Pewnego razu Joseph Curtiss poprowadził kilku ludzi do Newton, na żniwa. Gdy wracali do domu, przechodząc przez tereny północne, zostali zaatakowani przez agresywne wilki, tak że rzucili worki z ziarnem i popędzili konie do pełnego galopu, by ocalić siebie i swoje wierzchowce”.

W późniejszych latach badacze tajemnic zastanawiali się nad naturą tych wilków – dlaczego zachowywały się tak agresywnie, tak niepodobnie do „normalnych” zwierząt?

Zgodnie z tym, co twierdzi Coffey, Monroe w swoich początkach miało własną czarownicę, „wiedźmę” znaną jako Hannah Cranna (chociaż jej prawdziwe nazwisko prawdopodobnie brzmiało Hovey).

Coffey nie przykładał większej wagi do jej rzekomych nadprzyrodzonych zdolności, w przeciwieństwie do wielu ludzi z miasteczka.

Wierzyli, że jej walący się, stary dom był strzeżony przez „węże wszystkich rodzajów i wielkości”. Niewielu się do niego zbliżało.

Hannah nie miała żadnego oczywistego źródła dochodów, jednak nie musiała się martwić. Ziomkowie tak bardzo bali się jej klątw, że ochoczo obdarowywali ją jedzeniem, drewnem na opał i praktycznie wszystkim, o co poprosiła.

Grupka farmerów, którzy ją rozgniewali, straciła plony w wyniku suszy – i obwinili Hannah o to, że rzuciła na nich przekleństwo.

Pewna kobieta, znana ze swoich ciast, straciła talent do wypieków po tym, jak – pewnie się domyślacie – Hannah postanowiła ją przekląć.

Hannah skończyła w bardzo niezwykły sposób.

Jak opisuje to Coffey: „Pewnego styczniowego poranka, po najcięższych opadach śniegu tej zimy, przechodzący sąsiad usłyszał cichy lament dobiegający z domu czarownicy. Przebrnął przez potężne zaspy i dostał się do drzwi. Dźwięk ucichł, a drzwi się otworzyły. Stanęła w nich Hannah z pobladłą twarzą. Zapraszając go do środka, powiedziała: »Usłyszałam wezwanie duchów i wkrótce znajdę się po drugiej stronie. Mam życzenie, które musi zostać spełnione. Niech mnie pochowają dopiero po zachodzie słońca, i musi być dostatecznie wielu ludzi, by przenieść moją trumnę z domu do grobu«”.

Skończyła, dodając złowrogo: „Jeśli nie chcecie mieć kłopotów ani nieprzyjemności, spełnicie moje życzenia”.

Po śmierci spotkała się z takim samym traktowaniem jak za życia – ziomkowie pochowali ją dokładnie tak, jak sobie życzyła.

Po pogrzebie dom Hannah z niewiadomych przyczyn spłonął do gołej ziemi.

Nawet współcześnie niektórzy mieszkańcy utrzymują, że późno w nocy słyszą jęki i wycie dobiegające z miejsca, gdzie stał dom Hannah.

 

 

Obecnie Monroe liczy około 17,5 tysiąca mieszkańców i stanowi sypialnię dla Bridgeport i Nowego Jorku, jednak ze swoją „małomiasteczkową” przestrzenią handlową emanuje charakterystyczną aurą Nowej Anglii.

Jeśli będziesz jechał dostatecznie długo, to prędzej czy później natkniesz się na cmentarz. Szacuje się, że w okolicy są ponad trzy tysiące oznaczonych grobów, niektóre z nich datowane nawet na 1765 r. Ogółem na tym obszarze jest sześć cmentarzy.

Jako badacze zjawisk nadprzyrodzonych Lorraine i ja szczególnie interesujemy się cmentarzami. Wiemy, jak nasłuchiwać – i czego – w świecie duchowym. Oboje kilkakrotnie rozmawialiśmy ze zmarłymi.

Często „odwiedzamy” cmentarze z aparatami i dyktafonami, bo czasami udaje nam się zrobić zdjęcia i nagrać głosy duchów.

Istnieje wiele błędnych wyobrażeń co do robienia zdjęć i nagrań parapsychicznych. Przede wszystkim, gdy większość „okultystycznych” programów telewizyjnych zajmuje się tą kwestią, nieuchronnie pokazują zdjęcia zrobione w nocy. Nie ma w tym nic złego – my także często pracujemy nocami – ale faktycznie powstaje wrażenie, że robienie zdjęć parapsychicznych to poniekąd upiorna sprawa.

Zazwyczaj nie.

Wybierając się na cmentarz, zabieramy zwykłe aparaty i zwykłe dyktafony. Żadnego specjalnego wyposażenia. I często pracujemy w środku dnia – z bardzo konkretnego powodu: praca w świetle dnia jest łatwiejsza.

Gdy przyjrzeć się starym nagrobkom, często można dostrzec, jak porosty i odbarwienia poplamiły kamień. Gdy bliżej przyjrzeć się tym plamom, czasem widać wzory, tak samo jak czasem dostrzega się wzory czy kształty w chmurach na niebie albo gdy uważnie przygląda się plamom atramentu. A więc kiedy zrobi się zdjęcia i je wywoła, często można zauważyć, że te „wzory” na kamieniach nagrobnych to tak naprawdę twarze i stroje pochowanych pod nimi ludzi. Przez lata nauczyliśmy się, że duchy projektują swoje wizerunki na nagrobki i pomagają nam je sfotografować. Wiele duchów pragnie się komunikować z żywymi.

To jedna forma fotografii parapsychicznej. Druga jest bardziej przypadkowa i nieprzewidywalna.

W 1893 roku kalifornijski fotograf wywoływał zdjęcia, gdy na negatywie zauważył coś osobliwego. Była na niej podobizna krępej matrony z towarzystwa, która najęła go do zrobienia zdjęć, ale był tam jeszcze jeden obraz, bardzo blady, młodej i ładnej dziewczyny. Nie miał pojęcia, kim była.

Zaciekawiony fotograf szybko wywołał pozostałe zdjęcia. Na wszystkich była owa matrona – i ta młoda dziewczyna.

Tak się zdarzyło, że ów fotograf tego wieczora jadł kolację ze swoimi przyjaciółmi i przyjaciółkami z bohemy, z których jedna interesowała się sprawami nadprzyrodzonymi. Zapytała, czy mogłaby obejrzeć te zdjęcia z „widmową” dziewczyną. Fotograf był rozbawiony. Nie wierzył w nadprzyrodzone manifestacje, ale lubił o nich myśleć.

Po tym, jak jego przyjaciółka obejrzała zdjęcia, stwierdziła, że ta młoda dziewczyna faktycznie była duchem osoby, która zginęła gwałtowną śmiercią właśnie w tamtym domu.

Następnego dnia, który fotograf spędził z paniami z towarzystwa, oczekującymi, że na zdjęciach będą wyglądać smukło i pociągająco, kobieta zaczęła sprawdzać historię sfotografowanego budynku.

Wieczorem, przy kolacji, przedstawiła mu ciekawą opowieść o piętnastoletniej dziewczynie, która została zgwałcona, a następnie zamordowana przez swojego dwudziestoletniego kuzyna, który później się przyznał i obecnie przebywał w więzieniu. Kobiecie udało się zdobyćzdjęcie dziewczyny, zrobione niedługo przed jejśmiercią.

Był to jeden z pierwszych przypadków ducha pojawiającego się na negatywie fotograficznym.

Kilka lat temu, po to tylko, by pokazać, że takie rzeczy zdarzają się współcześnie, pewien znany aktor zdradził podczas występu w talk-show, że gdy kręcił film, na ukończonym filmie ciągle pojawiała się jakaś kobieta – kobieta, której nikt nie widział, gdy pracowała kamera. Innymi słowy – duch.

To samo odnosi się do nagrań dźwiękowych.

Wielokrotnie zabieramy ze sobą na cmentarze dyktafony i pozwalamy im pracować przez wiele godzin. Wyjeżdżamy, sądząc, że nic nie mamy. Ale w domu, gdy odsłuchujemy taśmę, słyszymy głosy duchów, które zamieszkują cmentarz.

Większość badań prowadzimy wraz z innymi członkami Stowarzyszenia ds. Badań Parapsychicznych w Nowej Anglii, któremu prezesujemy od wielu lat. Stowarzyszenie zbiera się często w Hawley Mannor Inn w New Town.

Podczas ostatniego występu w telewizji ktoś z publiczności zadał Lorraine szydercze pytanie, czy jest to stowarzyszenie dla „świrów”.

Kobieta wydawała się być zaskoczona, gdy Lorraine odpowiedziała: „Bynajmniej. Chyba że za świrów uznać funkcjonariuszy policji, psychologów klinicznych, nauczycieli i katolickich księży”.

Publiczność była pod wrażeniem odpowiedzi Lorraine i nagrodziła ją brawami.

Lorraine z pewnością mówiła prawdę. Przez lata w naszej zwartej grupie pojawili się przedstawiciele niemal każdego zawodu.

Zdarzało się nawet, że dołączali do nas ludzie, których nazywam „zawodowymi sceptykami”, ludzie, którzy nie wierzą w nic, chyba że udowodni im się coś kilka razy. Jak pośrednik obrotu nieruchomościami, którego zabrałem do domu opanowanego przez demony. Nie tylko powątpiewał w istnienie demonów, wątpił nawet, by przerażony człowiek, który nas wezwał, w ogóle mówił prawdę. „Po prostu chce zwrócić na siebie uwagę”, oświadczył mój sceptyczny przyjaciel ze stowarzyszenia.

Cóż, sceptycyzmu wystarczyło mu do chwili, gdy talerze, szklanki i sztućce w kuchni zaczęły latać w powietrzu, przy okazji niemal odcinając mu ucho. Uciekł przez tylne drzwi, pognał prosto do naszego samochodu i zamknął się w środku.

Przez lata stowarzyszenie przyciągnęło wielu różnych ludzi, od lekarzy po gospodynie domowe.

I to właśnie członkowie stowarzyszenia jako pierwsi usłyszeli pogłoski o cmentarzu Union.

Jak Lorraine i ja wspominamy w naszych wystąpieniach, cmentarze Nowej Anglii często są „nawiedzone” w tym sensie, że spotykamy na nich wiele duchów.

Co dziwne, nigdy specjalnie nie interesowaliśmy się cmentarzem Union, który leży tylko o kilka minut drogi od naszego domu w Monroe.

Cmentarz Union to piękny, pofalowany teren położony wzdłuż szosy. Mimo że przez lata wielokrotnie koło niego przejeżdżaliśmy, nigdy nie przyjrzeliśmy się jego historii.

Jednakże kilkoro członków stowarzyszenia zaczęło spisywać zasłyszane opowieści o tym cmentarzu i wkrótce prawie wszyscy byli zaangażowani w badanie jego historii.

Teraz cieszymy się, że tyle dni i nocy poświęciliśmy na pracę przy projekcie cmentarnym. Z pewnością dało to wiele nowych refleksji co do zjawisk paranormalnych i dostarczyło nam kolejnych dowodów na to, że większość cmentarzy to fascynujące miejsca… zwłaszcza jeżeli ktoś interesuje się rzeczami nadprzyrodzonymi.

 

 

Lorraine Warren

 

Wszystko, co słyszeliście o jesieni w Nowej Anglii,jest prawdą. To najpiękniejsze okolice, jakie widziałam, zwłaszcza gdy kwitną takie kwiaty jak białe astry rozkrzewione, żywokost i astry wrzosolistne. Wzgórza w ciepłym, jesiennym słońcu są przydymione i melancholijne, i jaskrawe od ognistych liści topoli, buków, jesionów i klonów.

Podczas jesiennych miesięcy naprawdę czuje się historię, zwłaszcza gdy kontempluje się utracone indiańskie szlaki wiodące przez głębokie, olśniewające lasy.

Jedną z moich ulubionych książek o tym stanie jest klasyczna pozycja Odella Sheparda, Connecticut, Past and Present,w której mówi:

„Należy pamiętać, że pierwsi biali osadnicy przybyli tutaj właśnie po to, by uciec od drzew. Dla nich las był wrogiem, którego należało podbić za wszelką cenę. Tym przybyszom z ich żelaznymi siekierami musiał się wydawać niemal niezwyciężony, niezmordowany; i tak, postrzegając go jako kryjówkę dzikich zwierząt, dzikich ludzi i diabelskich kohort, czuli, że wygraną będzie, jeśli nie dadzą się zepchnąć z powrotem do morza… Nieco później z lasu wykroili swoje farmy i wycięli drogi. To z lasu pochodziło to, co jedli, ich meble, ich kołyski i trumny”.

Oraz, jak w tej samej książce wskazuje Odell, ci sami ludzie byli zafascynowani nagrobkami i cmentarzami:

„Powszechne niegdyś przekonanie, że purytanie z Nowej Anglii nie mieli poczucia piękna, jest oczywiście absurdem w świetle tego, co dziś wiemy o ich kościołach, domach, meblach, czy nawet o ich nieokrzesanej muzyce; ale dotąd nie pojawił się najmocniejszy argument na odparcie tych zarzutów. Jest nim praca kamieniarzy, którzy wycięli postacie symboliczne niemal na każdym nagrobku, który został postawiony w ciągu pierwszych dwóch stuleci Nowej Anglii”.

Stowarzyszenie podziela zainteresowanie Odella cmentarzami. Wraz z ich walorami estetycznymi – łagodne wzgórza, żelazne ogrodzenia i białe pomniki rozświetlone jesiennym słońcem – cmentarze ludziom takim jak my dają również wgląd w tajemną historię Nowej Anglii.

Dowiedział się tego jeden z członków naszego stowarzyszenia, gdy kilka miesięcy po tym, jak opowiedział nam o cmentarzu Union, odebrał telefon od dwóch braci, którzy chcieli z nim porozmawiać o spotkaniu ze słynną „Białą Damą”, o której wielu miejscowych słyszało od dziecka.

To był pierwszy prawdziwy trop prowadzący do rozwikłania tajemnic cmentarza Union.

Wkrótce potem do Eda i do mnie zaczęły docierać historie o różnych tragicznych wydarzeniach, które spotykały ludzi mieszkających przy cmentarzu i w jego okolicach.

W ciągu kolejnych miesięcy stowarzyszenie zaczęło dostrzegać, że cmentarz w Union ma wiele wspólnego z  „negatywnymi aspektami ziemi”, na które natykaliśmy się w różnych częściach świata – okolicami, w których do tragedii dochodzi tak często, że przeczy to prawdopodobieństwu statystycznemu.

Obecnie wierzymy, że cmentarz Union od dawna wywiera mroczny wpływ na życie wielu ludzi mieszkających w promieniu sześciu mil od niego.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej