Nauka świata dysku II: Glob - Terry Pratchett, Jack Cohen, Ian Stewart - ebook
Opis

Na planecie Ziemia zalękła się pasożytnicza forma życia - elfy. Przenikają wszędzie. I wolą, żeby ludzie byli zabobonni, strachliwi, i bali się piorunów. Chcą zapanować nad naszą przyszłością i trzeba je powstrzymać... Ale kto tego dokona?

Na scenę wkraczają magowie z Niewidocznego Uniwersytetu, którzy - w znakomitej Nauce Świata Dysku - niechcący stworzyli Ziemię i nasz wszechświat. Wtedy jakoś nie zdołali zauważyć ludzkości (cóż, w końcu istniejemy tylko jakiś milion lat, więc łatwo nas przeoczyć). Ale teraz w końcu nas znaleźli.

W Nauce Świata Dysku II dwóch naukowców, Ian Stewart i Jack Cohen, łączą siły z autorem fantasy, Terrym Pratchettem, by pokazać, co się dzieje, gdy magowie toczą walkę z elfami. Na przykład Renesans zostaje pchnięty do przodu, a w miejscu Londynu pojawia się senna neandertalska wioska. Grube kobiety zaczynają odgrywać ważną rolę w malarstwie. Pewien bardzo sławny dramatopisarz przychodzi na świat i pisze Sztukę.

To wyjątkowa książka, łącząca szybką akcję noweli ze Świata Dysku z naukowym komentarzem na temat ewolucji, rozwoju myśli ludzkiej, kultury, języka, sztuki i nauki. Rezultatem jest - gdy magowie mocują się z naturą Dobra i Zła, a historia zostaje kilka razy napisana od nowa - fascynujące, błyskotliwe i oryginalne spojrzenie na świat, w którym żyjemy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 501

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



TerryPratchett

IanStewart

JackCohen

Nauka Świata Dysku II Glob

Fragment

Przełożył Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Precz, z dwudzielnym żądłem węże!

Niech jeż, co się w kolcach lęże,

Niech padalec i niech żmija

Łoże królowej omija.

Miałem sen, ale przechodzi rozum człowieka powiedzieć, co to był za sen. Człowiek zostałby osłem, gdyby się ośmielił taki sen wykładać. Zdało mi się, żem był... żaden człowiek nie zgadnie, czym byłem. Zdało mi się, żem był, zdało mi się, że miałem... lecz człowiek byłby pstrym pajacem, gdyby się podjął wyrazić, co mi się zdało, żem miał. Oko ludzkie nie słyszało, ucho ludzkie nie widziało, ręka ludzka nie jest zdolna posmakować, język pojąć ani serce wyrzec, czym był mój sen.

Nigdym większego głupstwa nie słyszała.

William Shakespeare, Sen nocy letniej

(przeł. Stanisław Koźmian)

Nie słucham ich! Kurzajki mają!!

Arthur J. Nightingale, The Short Comedy of Macbeth

PRZEPROSINY: książka ta stanowi prawdziwy opis wydarzeń życia Williama Shakespeare’a, jednak tylko dla danej wartości „prawdy”.

Uwaga: Mogą się trafić czubki.

1 Wiadomość w butelce

W wietrznej, czujnej ciszy lasu magia polowała na magię, bieżąc na cichych stopach.

Maga można bezpiecznie zdefiniować jako wielkie ego, które zwęża się w szpic u góry. Dlatego magowie niezbyt dobrze przyjmują towarzystwo innych. To by przecież znaczyło, że powinni się do tych innych dostosować. A magowie nie chcą się stosować do innych. Nie są jak inni.

A zatem wśród leśnych gąszczy, pełnych cieni nakrapianych słonecznymi plamkami, nowych pędów i ptasich treli, magowie, którzy teoretycznie wtapiali się w tło, w rzeczywistości wyróżniali się z tła. Zrozumieli teorię kamuflażu – a przynajmniej kiwali głowami, kiedy im ją tłumaczono – ale potem wszystko pomylili.

Weźmy na przykład to oto drzewo. Jest niskie i ma wielkie, poskręcane korzenie. Ma też w pniu kilka interesujących otworów. Liście są jaskrawozielone, a z konarów zwisa mech. W szczególności jedna z kosmatych pętli tego szarozielonego mchu wygląda całkiem jak broda. Co jest dziwne, ponieważ wypukłość pnia nieco wyżej bardzo przypomina nos. Jest też plama na korze, która mogłaby być oczami...

Ale ogólnie biorąc, stanowczo jest to drzewo. Właściwie jest o wiele bardziej podobne do drzewa niż zwykłe drzewa. Żadne inne drzewo w lesie nie wygląda tak drzewiaście, nie budzi wrażenia tej wyjątkowej korowatości, nie emanuje ulistwieniem. Gołębie i wiewiórki ustawiają się w kolejce, by zająć miejsce na jego gałęziach. Zjawiła się nawet sowa. Inne drzewa to zwykłe kije z zielenią na końcu w porównaniu z tym właśnie...

...które uniosło gałąź i strzeliło do innego drzewa. Wirująca pomarańczowa kula przemknęła w powietrzu i rozplasnęła się na niewielkim dębie.

Coś zaczęło się dziać z trafionym dębem. Gałązki, plamy cienia i kora, które wyraźnie tworzyły wizerunek starego, sękatego drzewa, teraz równie wyraźnie stały się twarzą nadrektora Mustruma Ridcully’ego, włodarza Niewidocznego Uniwersytetu (dla nadzwyczajnie magicznych) – twarzą ociekającą pomarańczową farbą.

– Mam cię! – krzyknął dziekan, a wystraszona sowa sfrunęła mu z kapelusza.

Miał szczęście ów ptak, gdyż w następnej chwili strąciła kapelusz pędząca kula niebieskiej farby.

– Aha! Oberwałeś, dziekanie! – huknął stary buk.

Zmienił się – wcale się nie zmieniając – i stał się postacią wykładowcy run współczesnych.

Dziekan odwrócił się, a wtedy trafiła go w pierś kula pomarańczowej farby.

– Naszpikuję cię dozwolonym barwnikiem! – wrzasnął podniecony mag.

Dziekan spojrzał gniewnie na drugi koniec polany, na dziką jabłoń, która teraz stała się kierownikiem Katedry Studiów Nieokreślonych.

– Co? Przecież jestem po twojej stronie, ty durniu! – powiedział dziekan.

– Niemożliwe! Byłeś takim świetnym celem[1]!

Dziekan wzniósł laskę. I natychmiast pół tuzina pomarańczowych i niebieskich bąbli trafiło go ze wszystkich stron, gdy pozostali magowie wystrzelili.

Nadrektor Ridcully wytarł farbę z oczu.

– No dobra, chłopcy – powiedział i westchnął. – Wystarczy na dzisiaj. Pora na herbatkę, co?

Bardzo trudno, jak sobie uświadomił, skłonić magów do zrozumienia koncepcji gry zespołowej. Zwyczajnie nie mieściła się w magowym systemie myślenia. Mag mógł pojąć układ, powiedzmy, magów przeciwko jakiejś innej grupie, ale całkiem się gubił, gdy przychodziło do układu magów przeciwko magom. Mag przeciwko magom, proszę bardzo, z tym nie było problemów. Zaczynali jako dwa zespoły, ale gdy tylko dochodziło do starcia, natychmiast ogarniało ich podniecenie, nerwowość – i strzelali do wszystkich bez różnicy. Jeśli ktoś był magiem, to wiedział w głębi serca, że każdy inny mag jest jego wrogiem. Gdyby pozostawić im odbezpieczone laski, zamiast blokować je tak, by wystrzeliwały tylko zaklęcia farbujące – Ridcully dopilnował tego osobiście – las stałby już w ogniu.

W każdym razie świeże powietrze na pewno im nie zaszkodzi. Ridcully zawsze uważał, że na uniwersytecie jest za duszno. A tu, w lesie, świeci słońce, śpiewają ptaki, dmucha ciepły wietrzyk...

...zimny wietrzyk. Temperatura szybko spadała.

Ridcully spojrzał na swoją laskę. Tworzyły się na niej kryształki lodu.

– Jakoś tak chłodno się zrobiło całkiem nagle, co? – powiedział.

Skóra mrowiła w mroźnym powietrzu.

I wtedy świat się zmienił.

* * *

Rincewind, profesor nadzwyczajny okrutnej i niezwykłej geografii, katalogował swoją kolekcję kamieni. Ostatnio było to podstawowym stanem jego istnienia. Kiedy nie miał nic innego do roboty, sortował kamienie. Jego poprzednicy na tym stanowisku przez wiele lat przywozili ze sobą niewielkie próbki okrutnej i niezwykłej geografii, ale nigdy nie mieli czasu, żeby je skatalogować. Rincewind uznał więc to za swój obowiązek. Poza tym było to cudownie nudne zajęcie, a uważał, że na świecie wyraźnie brakuje nudy.

Rincewind był najmniej ważnym członkiem grona profesorskiego. Nadrektor dał nawet wyraźnie do zrozumienia, że jeśli idzie o ważność, to jego ranga jest nieco niższa od tych rzeczy, które chrzęszczą w drewnie. Nie otrzymywał pensji i miał zagwarantowany całkowity brak stabilności stałego kontraktu. Z drugiej strony jednak miał zapewniony darmowy opierunek, miejsce przy stole w czasie posiłków oraz wiadro węgla dziennie. Przysługiwał mu też gabinet, nikt go nigdy nie odwiedzał, a także otrzymał ścisły zakaz nauczania kogokolwiek czegokolwiek. W sensie akademickim mógł się zatem uważać za szczęściarza.

Dodatkowym powodem tego był fakt, że w rzeczywistości otrzymywał siedem wiader węgla dziennie i tyle czystego prania, że nawet skarpety miał wykrochmalone. To dlatego, że nikt nie zauważył, iż Blunk, woźny węglowy, zbyt opryskliwy, żeby cokolwiek czytać, roznosił węgiel ściśle według tabliczek na drzwiach gabinetów.

Dziekan dostawał zatem jedno wiadro dziennie. Podobnie kwestor.

Rincewind dostawał siedem, ponieważ nadrektor uznał go za użytecznego odbiorcę wszystkich tytułów, katedr i stanowisk, które (wskutek dawnych zapisów, paktów oraz – przynajmniej w jednym przypadku – klątwy) uniwersytet obowiązkowo musiał obsadzać. W większości nikt nie miał bladego pojęcia, czym one są, i nie chciał mieć z nimi nic wspólnego, na wypadek gdyby jakiś przepis nakazywał wtedy kontakty ze studentami; wszystkie więc zostały przyznane Rincewindowi.

Codziennie rano Blunk ze stoickim spokojem dostarczał siedem wiader węgla pod drzwi wspólnego gabinetu profesora okrutnej i niezwykłej geografii, kierownika Katedry Eksperymentalnej Sprzyjalności Szczęścia, wykładowcy dynamiki spamowodzi, nauczyciela metaloplastyki[2], kierownika Katedry Publicznych Nieporozumień, profesora antropologii wirtualnej i wykładowcy przybliżonej precyzji...

...który zwykle otwierał drzwi w kalesonach – to znaczy otwierał drzwi w murze, ubrany w kalesony – i z zadowoleniem odbierał węgiel, nawet jeśli dzień był upalny. Na Niewidocznym Uniwersytecie stanowiska miały swój budżet. Jeśli ktoś nie wykorzystał wszystkiego, co dostawał, to następnym razem dostawał mniej. Nawet jeśli oznaczało to pieczenie się przez całe lato, żeby mieć w miarę ciepło zimą, to przecież niewysoka cena do zapłacenia za właściwe procedury finansowe.

Tego dnia Rincewind wniósł wiadra do środka i wysypał je na stos w kącie.

Coś za nim brzęknęło.

Był to dźwięk niegłośny, subtelny, ale dziwnie drażniący. Towarzyszył pojawieniu się – na półce nad biurkiem Rincewinda – butelki po piwie w miejscu, gdzie do tej chwili żadnej butelki po piwie nie było!

Zdjął ją i obejrzał. Całkiem niedawno zawierała pół kwarty Specjalnie Warzonego Winkle’a. Nie miała w sobie absolutnie nic eterycznego – tyle że była niebieska. Etykieta miała niewłaściwy kolor, a tekst mnóstwo błędów, ale praktycznie cały znajdował się na miejscu, łącznie z ostrzeżeniem drobnym, wręcz bardzo drobnym drukiem: „Może zawierać czubki”[3].

Teraz zawierała karteczkę.

Rincewind wyjął ją ostrożnie, rozwinął i przeczytał.

A potem przyjrzał się obiektowi, który stał obok butelki. Była to szklana kula średnicy mniej więcej stopy; w jej wnętrzu unosiła się mniejsza kula, niebieska z białymi kłaczkami.

Ta mniejsza kula była światem, a przestrzeń wewnątrz większej była nieskończenie wielka. Świat, a także cały wszechświat, którego ów świat był elementem, został stworzony przez magów Niewidocznego Uniwersytetu właściwie przypadkiem. Fakt, że skończył na półce w malutkim gabinecie Rincewinda, był precyzyjną wskazówką, jak bardzo się nim interesowali, kiedy minęła już początkowa ekscytacja.

Rincewind zaglądał czasem do niego przez omniskop. Świat miewał głównie zlodowacenia i był mniej interesujący od hodowli mrówek. Czasami Rincewind potrząsał nim w nadziei, że zrobi się ciekawszy, ale jakoś nie wywoływało to większych skutków.

Raz jeszcze spojrzał na karteczkę.

List był niezwykle wręcz zagadkowy. A uniwersytet miał kogoś odpowiedniego do zajęcia się taką sprawą.

* * *

Myślak Stibbons, podobnie jak Rincewind, także pełnił kilka funkcji. Zamiast jednak aspiracji do siedmiu, okazał permanencję przy trzech. Od dawna był już czytelnikiem niewidzialnych tekstów, potem zdryfował w stronę funkcji kierownika niewskazanych zastosowań magii, a następnie z całą swą naiwnością wkroczył na stanowisko prelektora, co jest tytułem akademickim oznaczającym osobę, której powierza się irytujące zadania.

W szczególności na niego spadało zarządzanie uczelnią pod nieobecność starszych członków grona profesorskiego. A że trwała akurat wiosenna przerwa w zajęciach, rzeczywiście byli nieobecni. Podobnie jak studenci. Uniwersytet zatem działał z niemal szczytową wydajnością.

Myślak rozprostował pachnącą piwem kartkę i przeczytał:

POWIEDZ STIBBONSOWI NIECH SIĘ TU ZJAWI NATYCHMIAST. ZABIERZE BIBLIOTEKARZA. BYŁEM W LESIE, JESTEM W ŚWIECIE KULI. JEDZENIE NIEZŁE, PIWO FATALNE. MAGOWIE BEZUŻYTECZNI. SĄ TEŻ ELFY. BRZYDKIE CZYNY SIĘ SZYKUJĄ.

RIDCULLY

Spojrzał na brzęczącą, stukającą, a przede wszystkim zapracowaną konstrukcję HEX-a, uniwersyteckiej magicznej maszyny myślącej, i bardzo starannie ułożył kartkę na tacy będącej częścią tej chaotycznej struktury.

Mechaniczne oko, mające stopę średnicy, opuściło się wolno z sufitu. Myślak nie wiedział, jak działa; wiedział tylko, że składało się z ogromnej liczby cieniutkich rurek. Pewnej nocy HEX narysował plany, a Myślak zabrał je do gnomów-jubilerów. Już dawno stracił orientację w działaniach HEX-a. Maszyna zmieniała się prawie codziennie.

Szczęknęła pisarka i pojawiła się wiadomość.

+++ Elfy Wkroczyły Do Świata Kuli. Tego Należało Oczekiwać +++

– Oczekiwać? – zdziwił się Myślak.

+++ Żyją We Wszechświecie Pasożytniczym. Potrzebuje Nosiciela +++

Myślak spojrzał na Rincewinda.

– Rozumiesz coś z tego? – zapytał.

– Nie – odparł Rincewind. – Ale spotykałem już elfy.

– I...?

– I uciekałem od nich. Nie należy kręcić się za blisko elfów. Zresztą to nie moja dziedzina, chyba że zaczną kuć metaloplastykę. A poza tym w tej chwili na świecie Kuli nie ma niczego.

– Zdaje się, że donosiłeś o różnych gatunkach, które się tam pojawiają.

– Czytałeś to?

– Czytam wszystkie dokumenty, które trafiają do obiegu.

– Poważnie?

– Pisałeś, że co jakiś czas rozwija się jakiś typ inteligentnego życia, które wytrzymuje przez parę milionów lat, a potem wymiera, bo powietrze zamarza albo kontynenty eksplodują, albo wielgachny kamień spada do morza.

– Zgadza się – przyznał Rincewind. – W tej chwili glob znowu jest śnieżną kulą.

– W takim razie co tam robią profesorowie?

– Najwyraźniej piją piwo.

– Kiedy cały świat jest zamarznięty?

– Może to lager.

– Ale przecież powinni teraz biegać po lesie, integrować się, rozwiązywać problemy i strzelać w siebie nawzajem zaklęciami farbującymi – przypomniał Myślak.

– A po co?

– Nie czytałeś komunikatu, który rozsyłał nadrektor?

Rincewind zatrząsł się tylko.

– Nigdy ich nie czytam – oświadczył.

– Zabrał wszystkich do lasu, żeby budować dynamiczny etos grupy – wyjaśnił Myślak. – Miał jeden z tych swoich Wspaniałych Pomysłów. Twierdzi, że jeśli grono wykładowcze lepiej się pozna, będą zadowolonym i bardziej wydajnym zespołem.

– Ale przecież oni się znają. Znają się już od wieków! I właśnie dlatego specjalnie się nie lubią. Nigdy się nie zgodzą, żeby ich zmienić w zadowolony i wydajny zespół.

– Zwłaszcza na lodowej kuli – przyznał Myślak. – W każdym razie powinni teraz być w lesie, pięćdziesiąt mil stąd, a nie w szklanej kuli w twoim gabinecie. Nie istnieje sposób przedostania się do świata Kuli bez użycia znaczących ilości magii, a nadrektor zakazał mi uruchamiania reaktora thaumicznego z mocą choćby zbliżoną do maksymalnej.

Rincewind raz jeszcze spojrzał na list z butelki.

– A jak wydostała się butelka? – zapytał.

+++ Ja To Zrobiłem +++ wypisał HEX. +++ Nadal Prowadzę Obserwację Świata Kuli. I Rozwijałem Całkiem Interesujące Procedury. W Tej Chwili Nie Sprawia Mi Trudności Reprodukcja Artefaktu W Świecie Rzeczywistym +++

– Dlaczego sam nie powiedziałeś, że nadrektor potrzebuje pomocy? – westchnął Myślak.

+++ Tak Świetnie Się Bawili, Próbując Przesłać Butelkę +++

– A możesz ich tu przenieść?

+++ Tak +++

– W takim razie...

– Jedną chwileczkę – przerwał mu Rincewind, pamiętając niebieską butelkę i błędy w pisowni. – Czy potrafisz ich tu sprowadzić żywych?

HEX wydawał się urażony.

+++ Oczywiście. Z Prawdopodobieństwem 94,37% +++

– Nie taka wielka szansa – uznał Myślak. – Ale może...

– Drugą chwileczkę – wtrącił znowu Rincewind, wciąż myśląc o butelce. – Ludzie to nie butelki. Co powiesz na żywych, z normalnie funkcjonującymi mózgami oraz wszystkimi kończynami i organami na właściwych miejscach?

Nietypowo dla siebie, HEX milczał chwilę, nim odpowiedział:

+++ Nieuniknione Są Pewne Drobne Zmiany +++

– Jak drobne, dokładnie?

+++ Nie Mogę Zagwarantować Odzyskania Więcej Niż Jednego Egzemplarza Każdego Organu +++

Obaj magowie milczeli, zmrożeni informacją.

+++ Czy To Jakiś Problem? +++

– Może jest inny sposób? – zastanowił się Rincewind.

– Dlaczego tak sądzisz?

– W tym liście proszą o bibliotekarza.

* * *

Wśród nocy magia sunęła na cichych stopach.

Po jednej stronie zachodzące słońce barwiło horyzont czerwienią. Świat krążył wokół gwiazdy centralnej. Elfy nie wiedziały o tym, a gdyby nawet wiedziały, nie przejęłyby się specjalnie. Nigdy nie przejmowały się tego rodzaju szczegółami. Ten wszechświat pozwolił życiu rozwinąć się w wielu dziwnych miejscach, ale elfów to również nie interesowało.

Powstało tu wiele żywych istot. Jak dotąd żadna z nich nie miała tego, co elfy uważały za potencjał. Ale tym razem pojawiło się coś obiecującego.

Oczywiście, świat ten miał również żelazo. Elfy nienawidziły żelaza. Jednak tym razem sukces wart był ryzyka. Tym razem...

Jeden z nich dał sygnał. Zdobycz była już blisko, bardzo blisko. Teraz ją widziały – skupiona w drzewach dookoła polanki: ciemne plamy na tle zachodzącego słońca.

Elfy się zebrały. A potem – w tonacji tak niezwykłej, że głos trafiał do mózgu, nie korzystając po drodze z uszu – zaczęły śpiewać.

[1] I w tym krótkim zdaniu można odczytać samą istotę bycia magiem.

[2] Ta funkcja jest najwyraźniej skutkiem pewnej interpretacji klątwy sprzed około tysiąca dwustu lat, rzuconej przez konającego nadrektora. Brzmiała ona bardzo podobnie do „Obyś zawsze tych młotów uczył!”.

[3] Lord Vetinari, Patrycjusz i najwyższy władca miasta, bardzo poważnie traktował opisy produktów żywnościowych. Niestety, w tej kwestii zwrócił się o radę do magów z Niewidocznego Uniwersytetu, a pytanie sformułował następująco: „Czy można, biorąc pod uwagę wielowymiarową przestrzeń fazową, anomalie metastatystyczne oraz zasady prawdopodobieństwa, zagwarantować z absolutną pewnością, że cokolwiek wcale nie zawiera czubków?”. Po kilku dniach magowie musieli przyznać, że odpowiedź brzmi „nie”.

Vetinari nie zgodził się na wersję: „Prawdopodobnie nie zawiera czubków”, gdyż uznał ją za mało przydatną.

2 Umpdziesiąty umpty pierwiastek

Działanie Świata Dysku opiera się na magii, działanie świata Kuli opiera się na regułach. I chociaż magia potrzebuje reguł, a niektórzy uważają reguły za magiczne, są to dwie zupełnie inne rzeczy. Przynajmniej pod nieobecność interferencji magicznej. Takie było główne przesłanie poprzedniej książki, Nauki Świata Dysku. Nakreśliliśmy tam historię wszechświata od Wielkiego Wybuchu, poprzez stworzenie Ziemi, do ewolucji niezbyt obiecującego gatunku małp. Opowieść kończyła się dalekim przeskokiem w przyszłość, do katastrofy windy kosmicznej, za pomocą której tajemniczy gatunek (który przecież w żaden sposób nie mógł powstać z tych małp, zainteresowanych jedynie seksem i niepoważnymi wygłupami) opuścił planetę. Uciekł z Ziemi, gdyż planeta jest zbyt niebezpiecznym miejscem do życia; wyruszył w głąb Galaktyki w poszukiwaniu bezpieczeństwa i długoterminowej szansy na kufel przyzwoitego piwa.

Magowie ze Świata Dysku nigdy nie odkryli, kim byli budowniczowie windy kosmicznej w świecie Kuli. My wiemy, że byliśmy nimi my – potomkowie owych małp, które doprowadziły seks i wygłupy na wysokie poziomy wyrafinowania. Magowie to przeoczyli, chociaż trzeba im oddać sprawiedliwość: Ziemia istnieje od ponad czterech miliardów lat, a małpy i ludzie są na niej obecni przez niewielki tylko ułamek tego czasu. Gdyby całą historię wszechświata wyobrazić sobie jako jeden dzień, występujemy w niej tylko przez końcowe dwadzieścia sekund.

Sporo ciekawych rzeczy wydarzyło się na świecie Kuli w czasie pominiętym przez magów. Teraz, w kolejnej książce, przekonają się, co takiego. Oczywiście będą się wtrącać i niechcący stworzą świat, w jakim żyjemy dzisiaj, podobnie jak ich interwencje w Projekt Świata Kuli mimowolnie stworzyły cały nasz wszechświat. To przecież musi tak działać, prawda?

Oto cała historia.

* * *

Widziany z zewnątrz, kiedy stoi w gabinecie Rincewinda, cały ludzki wszechświat jest niewielką sferą. Wielkich ilości magii użyto do jego wytworzenia i – paradoksalnie – do zachowania jego najbardziej interesującej właściwości. Tej mianowicie, że świat Kuli jest jedynym miejscem na Dysku, gdzie nie działa magia. Silne pole magiczne osłania go przed szalejącą na zewnątrz energią thaumiczną. Wewnątrz Kuli rzeczy nie zdarzają się dlatego, że ludzie chcą, by się zdarzyły, ani dlatego, że stworzą dobrą narrację – zdarzają się dlatego, że zasady funkcjonowania wszechświata, tak zwane prawa natury, im to nakazują.

Taki przynajmniej był rozsądny sposób opisu zdarzeń... dopóki nie wyewoluowały istoty ludzkie. Wtedy to w świecie Kuli nastąpiło coś bardzo dziwnego: zaczął pod wieloma względami przypominać Świat Dysku. Małpy zyskały umysły, a te umysły zaczęły się wtrącać w normalne działanie wszechświata. Rzeczy zaczęły się zdarzać, ponieważ chciały tego ludzkie umysły. I nagle prawa natury, do tej chwili będące ślepymi, bezdusznymi regułami, okazały się natchnione celem i intencją. Rzeczy zaczęły się zdarzać z określonych przyczyn, a wśród nich było też rozumowanie. Mimo to owa dramatyczna zmiana zaszła bez najdrobniejszego nawet naruszenia tych samych reguł, które – do tej chwili – czyniły wszechświat miejscem niemającym celu. Zresztą, na poziomie owych reguł, wciąż nim pozostaje.

Wydaje się to paradoksem. Główną treścią naszego naukowego komentarza, wplecionego między kolejne epizody opowieści ze Świata Dysku, będzie wyjaśnienie tego paradoksu: jak Myśl (przez duże M, od metafizyki) zaistniała na naszej planecie? W jaki sposób bezmyślny wszechświat stworzył Myśl? Jak można pogodzić ludzką wolną wolę (czy też jej podobieństwo) z nieuchronnością praw natury? Jaki jest związek między „wewnętrznym światem” umysłu a rzekomo obiektywnym „zewnętrznym światem” rzeczywistości fizycznej?

Filozof René Descartes (zwany Kartezjuszem) uważał, że myśl musi być zbudowana z jakiegoś specjalnego materiału, odmiennego od zwykłej materii, a wręcz niewykrywalnego przy użyciu zwykłej materii. Myśl – świadomość – była niewidzialną duchową esencją, ożywiającą bezmyślną materię. To całkiem ładna idea i od razu tłumaczy, dlaczego Myśl jest tak niezwykła; przez długi czas tak właśnie brzmiał konwencjonalny pogląd. Jednakże dzisiaj koncepcja dualizmu kartezjańskiego wypadła z łask. Współcześnie tylko kosmologom i fizykom cząsteczkowym wolno wymyślać nowe rodzaje materii, kiedy próbują wyjaśnić, dlaczego ich teorie nijak nie chcą się zgadzać z obserwowaną rzeczywistością. Kiedy kosmologowie odkrywają, że galaktyki wirują z niewłaściwymi prędkościami i w niewłaściwych miejscach, nie odrzucają swoich teorii grawitacji. Aby zapełnić czymś 90% brakującej masy wszechświata, wymyślają „zimną ciemną materię”. Gdyby zrobił to inny naukowiec, ludzie załamywaliby ręce i oskarżali go o ratowanie teorii za wszelką cenę. Kosmologom jednak jakoś to uchodzi.

Jednym z powodów jest fakt, że taki pomysł ma wiele zalet. Zimna ciemna materia jest zimna, ciemna i materialna. Zimna oznacza, że nie można jej wykryć przez promieniowanie cieplne, które emituje, ponieważ go nie emituje. Ciemna oznacza, że nie można jej wykryć przez obserwację światła, które wysyła, ponieważ go nie wysyła. Materia oznacza, że to całkiem zwyczajna, materialna „rzecz” (a nie jakiś niemądry wynalazek, taki jak niematerialny myślowy budulec Descartes’a). Co powiedziawszy, warto dodać, że zimna ciemna materia jest całkowicie niewidzialna i zdecydowanie różna od typowej materii, która ani ciemna, ani zimna nie jest.

Trzeba kosmologom przyznać, że bardzo się starają znaleźć sposób obserwacji zimnej ciemnej materii. Jak dotąd odkryli, że zakrzywia światło, więc można zlokalizować „bryły” zimnej ciemnej materii dzięki efektowi, jaki wywierają na obrazy odległych galaktyk. Zimna ciemna materia wywołuje mirażowe zniekształcenia światła z tych galaktyk, zakrzywiając je w łuki o środkach w tych właśnie bryłach brakującej masy. Dzięki tym zniekształceniom astronomowie potrafią odtworzyć rozkład niewidzialnej poza tym zimnej ciemnej materii. Pierwsze wyniki właśnie się pojawiają. Za kilka lat uda się zapewne dokonać pomiarów wszechświata i przekonać się, czy 90% masy rzeczywiście tam jest, zimnej i ciemnej zgodnie z oczekiwaniami, czy cały ten pomysł jest bzdurą.

Podobnie niewidzialny i niewykrywalny budulec myśli Descartes’a ma za sobą całkiem inną historię. Najpierw jego istnienie wydawało się oczywiste, gdyż myśli i umysły nie zachowują się tak jak reszta materialnego świata. Potem jego istnienie wydawało się oczywistym nonsensem, ponieważ można pociąć mózg na kawałki (najlepiej upewniwszy się wcześniej, że jego właściciel odszedł już z tego świata) i zbadać jego materialne składniki. Nie odkryjemy w nim wówczas niczego niezwykłego. Znajdziemy wiele skomplikowanych protein, poukładanych w misterny sposób, ale ani jednego atomu tej myślowej materii[4].

Na razie nie potrafimy rozkroić galaktyki, więc kosmologom uchodzi jakoś ten absurdalny, służący wyłącznie zachowaniu twarzy wynalazek nowej materii. Neurobiolodzy, starający się wyjaśnić działanie umysłu, nie mają tak wygodnej sytuacji – mózgi o wiele łatwiej pokawałkować.

* * *

Mimo zmian we współczesnej mądrości konwencjonalnej wciąż pozostało kilku zatwardziałych dualistów, wierzących w wyjątkową materię myśli. Jednak neurolodzy uważają dzisiaj powszechnie, że sekret umysłu leży w strukturze mózgu, a co ważniejsze, w procesach, jakie w mózgu przebiegają. Kiedy czytacie te słowa, doświadczacie silnego wrażenia Siebie. Istniejecie jacyś Wy, którzy czytają ten tekst, którzy myślą o słowach i ideach przez nie wyrażanych. Żaden naukowiec nie dokonał jeszcze sekcji tego fragmentu mózgu, który zawiera wrażenie Siebie. Większość podejrzewa, że taki fragment nie istnieje; czujecie się jak Wy dzięki ogólnej aktywności mózgu i włókien nerwowych, które są z nim połączone, dostarczając mu wrażeń z zewnętrznego świata i pozwalając kontrolować ruchy rąk, nóg i palców. Czujecie się jak Wy, ponieważ w samej rzeczy pilnie jesteście Sobą.

Myśl czy świadomość to proces dziejący się w mózgu zbudowanym z całkiem zwyczajnej materii, zgodnie z prawami fizyki. Jest to jednak bardzo niezwykły proces. Istnieje pewnego rodzaju dualność, ale to dualność interpretacji, nie fizycznego budulca. Kiedy myślicie jakąś myśl – powiedzmy o Piątym Słoniu, który zsunął się z grzbietu Wielkiego A’Tuina, okrążył go po kołowej orbicie i runął na Dysk – ten sam fizyczny akt myślenia ma dwa różne znaczenia.

Jedno z nich jest zwykłą fizyką. W waszym mózgu rozmaite elektrony płyną we wszystkich kierunkach różnymi włóknami nerwowymi. Chemiczne molekuły łączą się lub rozpadają, tworząc nowe. Współczesna aparatura, choćby skanery PET[5], może zrekonstruować trójwymiarowy obraz mózgu i wykryć, które jego regiony są aktywne, kiedy myślicie o owym słoniu. W sensie fizycznym wasz mózg brzęczy w dość skomplikowany sposób. Nauka może obserwować to brzęczenie, choć – na razie – nie potrafi wydobyć z niego słonia.

Jest też druga interpretacja. Od wewnątrz, jeśli można tak powiedzieć, nie wyczuwacie tych pędzących elektronów ani reakcji chemicznych. Zamiast tego widzicie obraz wielkiego szarego zwierzęcia z kłapiącymi uszami i trąbą, które w nieprawdopodobnym stylu płynie przez kosmos i z katastrofalnym skutkiem uderza o grunt. Świadomość jest tym właśnie uczuciem „bycia mózgiem”. Te same fizyczne zjawiska zyskują całkiem nowe znaczenie, kiedy doświadcza się ich z wnętrza. Jednym z zadań nauki jest połączenie obu interpretacji. A pierwszy krok na tej drodze to ustalenie, co robią które części mózgu, kiedy zajmuje was konkretna myśl. Zadanie polega właściwie na rekonstrukcji słonia z elektronów. Na razie to niemożliwe, ale każdy dzień przybliża nas do celu. Jednak nawet gdy nauka ten cel osiągnie, zapewne nie zdoła wyjaśnić, dlaczego wrażenie słonia jest tak żywe ani dlaczego przybiera właśnie taką formę, jaką przybiera.

W badaniach nad świadomością występuje techniczny termin na to, jak „odczuwa się” percepcję: to qualium, coś, co nasze umysły malują na modelu wszechświata, tak jak artysta nakłada farbę na portret. Takie qualia (liczba mnoga) malują świat w jaskrawe barwy, żebyśmy mogli szybciej na niego reagować, a w szczególności reagować na oznaki zagrożenia, jedzenie, możliwych partnerów seksualnych... Nauka nie potrafi wyjaśnić, dlaczego qualia tak właśnie odczuwamy – i raczej nie odkryje tego wyjaśnienia. To żaden wstyd: w końcu fizycy potrafią wyjaśnić, jak funkcjonuje elektron, ale nie jak to jest być elektronem. Niektóre pytania wykraczają poza jej granice. Podejrzewamy też, że wykraczają poza wszystko inne: łatwo sformułować jakieś wyjaśnienie problemów metafizycznych, ale niemożliwe jest wykazanie, że ma się rację. Nauka przyznaje, że nie radzi sobie z takimi problemami, więc jest przynajmniej uczciwa.

W każdym razie nauka o myśli (tutaj przez małe „m”, bo nie mówimy o metafizyce) zajmuje się tym, jak działa umysł, jak wyewoluował – ale nie tym, jakie to uczucie, kiedy się nim jest. Nawet przy tym ograniczeniu nauka o mózgu to jeszcze nie cała historia. W problemie Myśli jest jeszcze jedno ważne pytanie. Nie o to, jak umysł funkcjonuje i co robi, ale jak doszło do tego, że jest właśnie taki.

Jak – w świecie Kuli, wśród bezmyślnych istot – zrodziła się Myśl?

Odpowiedź w znacznej części znaleźć można nie wewnątrz mózgu, ale w jego interakcjach z resztą wszechświata. Zwłaszcza z innymi mózgami. Istoty ludzkie są zwierzętami społecznymi i komunikują się między sobą. Sztuczka z komunikacją doprowadziła do potężnej, jakościowej zmiany w ewolucji mózgu i jego umiejętności wykorzystywania umysłu. Przyspieszyła proces ewolucyjny, ponieważ przekazywanie myśli następuje o wiele szybciej niż przekazywanie genów.

W jaki sposób się komunikujemy? Opowiadamy historie. I to, jak będziemy tutaj przekonywać, jest prawdziwą tajemnicą Myśli. Co prowadzi nas znowu na Dysk, ponieważ na Dysku rzeczy naprawdę działają tak, jak ludzki umysł sądzi, że to robią w świecie Kuli. Zwłaszcza jeśli chodzi o historie...

* * *

Świat Dysku działa dzięki magii, a magia jest nierozerwalnie związana z przyczynowością narracyjną, potęgą opowieści. Zaklęcie to opowieść o tym, co dana osoba chce, by się zdarzyło; magia jest tym, co zmienia tę opowieść w rzeczywistość. W Świecie Dysku rzeczy zdarzają się, ponieważ tego ludzie się po nich spodziewają. Słońce wschodzi codziennie, gdyż takie ma zadanie: umieszczono je, by dostarczało światła, umożliwiającego ludziom widzenie; pojawia się w dzień, kiedy jest potrzebne. Tak się zachowują słońca; po to właśnie są. W dodatku słońce Świata Dysku jest odpowiednim, rozsądnym słońcem: niedużą ognistą kulą, niezbyt odległą, która krąży ponad i poniżej Dysku, przypadkowo, ale całkiem logicznie zmuszając jednego ze słoni do podniesienia nogi, by je przepuścić. Nie jest ono tym śmiesznym, żałosnym słońcem, jakie mamy na Ziemi: bezsensownie gigantycznym, piekielnie gorącym i oddalonym o prawie dwieście milionów kilometrów, bo jest zbyt niebezpieczne, żeby je trzymać w pobliżu. I to my wokół niego krążymy, zamiast żeby ono krążyło wokół nas, co jest bez sensu – zwłaszcza że każda ludzka istota na planecie, z wyjątkiem niewidomych, wyraźnie widzi, że ma miejsce to drugie zjawisko. Straszne marnotrawstwo materiału dla uzyskania zwykłego światła dziennego.

W Świecie Dysku ósmy syn ósmego syna musi zostać magiem. Nie ma ucieczki przed mocą opowieści: rezultat jest nieunikniony. Nawet jeśli – jak w Równoumagicznieniu – ósmy syn ósmego syna jest dziewczynką. Wielki A’Tuin, żółw, musi płynąć przez kosmos z czterema słoniami na grzbiecie i całym Światem Dysku na nich, ponieważ to właśnie robią żółwie noszące światy. Tego wymaga struktura narracji. Poza tym na Dysku wszystko, co jest, istnieje jako rzecz[6]. By użyć języka filozofów: koncepcje są reifikowane – uczynione realnymi. Śmierć nie jest tylko procesem zaniku i rozpadu; jest także osobą, szkieletem w płaszczu i z kosą, i MÓWI W TAKI SPOSÓB. Na Dysku imperatyw narracyjny jest reifikowany w substancję, narrativum. Narrativum jest pierwiastkiem, jak siarka, wodór czy uran. Powinien mieć symbol Na, ale dzięki gromadzie starożytnych Włochów Na jest już zarezerwowane dla sodu (to tyle, jeśli chodzi o So). Pewnie więc będzie to Nv, albo i Zq, jeśli wziąć pod uwagę, co zrobili z sodem. Niezależnie od symbolu, narrativum jest na Dysku pierwiastkiem, więc tkwi gdzieś w dyskowym odpowiedniku tablicy okresowej Dymitra Mendelejewa. Gdzie? Kwestor Niewidocznego Uniwersytetu, jedyny mag dostatecznie szalony, by rozumieć liczby urojone, bez wątpienia uznałby, że nie jest to trudne pytanie: to pierwiastek umpdziesiąty umpty.

Dyskowe narrativum jest substancją. Odpowiada za imperatywy narracyjne i pilnuje, by były przestrzegane. W świecie Kuli – naszym świecie – ludzie zachowują się tak, jakby i tutaj występowało narrativum. Spodziewamy się, że nie będzie padać, bo planowany jest wiejski festyn i byłoby nie fair, gdyby deszcz popsuł zabawę.

Albo też – częściej, wobec pesymistycznego nastawienia mieszkańców wsi – spodziewamy się, że właśnie będzie padać, ponieważ odbywa się wiejski festyn. Większość ludzi oczekuje od wszechświata lekkiej wrogości, ale ma nadzieję, że akurat będzie w dobrym humorze. Naukowcy spodziewają się, że wszechświat będzie obojętny. Rolnicy dotknięci suszą modlą się o deszcz, z wyraźną nadzieją, że wszechświat (lub jego właściciel) wysłucha ich słów i dla ich korzyści zawiesi działanie praw meteorologii. Niektórzy, naturalnie, rzeczywiście w to wierzą i w zasadzie mogą mieć rację; w każdym razie trudno udowodnić, że nie. To niełatwe pytanie i raczej delikatnej natury; powiedzmy tyle, że żaden uznany naukowy obserwator nie przyłapał dotąd Boga na łamaniu praw fizyki (choć oczywiście może On być dla nich za sprytny). Na tym na razie poprzestańmy.

W tym miejscu Myśl wkracza na scenę.

Ciekawą cechą ludzkiej wiary w narrativum jest to, że kiedy istoty ludzkie wyewoluowały już na planecie, ich wierzenia zaczęły być prawdziwe. W pewnym sensie stworzyliśmy sobie własne narrativum. Istnieje w naszych umysłach i jest tam procesem, nie rzeczą. Na poziomie wszechświata materialnego jest kolejnym systemem ruchliwych elektronów. Ale na poziomie tego, jakie to uczucie być umysłem, działa dokładnie tak jak narrativum. Na ogół nasze umysły sterują naszymi ciałami (choć czasami wcale nie, a czasami nawet odwrotnie, zwłaszcza w okresie dojrzewania), a ciała sprawiają różne rzeczy w świecie materialnym. W każdym człowieku istnieje „dziwne sprzężenie”, które myli psychiczny i fizyczny poziom egzystencji.

To dziwne sprzężenie wywiera interesujący wpływ na przyczynowość. Wstajemy rano o 7.15 i wychodzimy z domu, ponieważ musimy dotrzeć do pracy na dziewiątą. Naukowo sprawę rozpatrując, mamy tu do czynienia z wyjątkowo niezwykłą formą przyczynowości: przyszłość oddziałuje na przeszłość. Coś takiego zwykle nie zdarza się w fizyce (z wyjątkiem bardzo ezoterycznych zjawisk kwantowych, ale nie rozpraszajmy się). W tym przypadku nauka znalazła wyjaśnienie. Tym, co skłania nas do wstawania o 7.15, nie jest tak naprawdę nasze przyszłe zdążenie do pracy na dziewiątą. Gdybyśmy na przykład wpadli pod autobus i w ogóle do pracy nie dotarli, i tak przecież wstalibyśmy o 7.15. Zamiast wstecznego ciągu przyczynowo-skutkowego, mamy w mózgu myślowy model, będący naszą najlepszą próbą przewidzenia wydarzeń danego dnia. W tym modelu, realizowanym ruchliwością elektronów, myślimy, że powinniśmy być w pracy na dziewiątą. Model oraz przewidywania dotyczące przyszłości istnieją „teraz”, a dokładniej w bardzo bliskiej przeszłości. Te właśnie przewidywania skłaniają nas, by wstać, zamiast leżeć dalej i korzystać z zasłużonej drzemki. Przyczynowość działa więc całkiem normalnie: od przeszłości w przyszłość, poprzez działania mające miejsce w teraźniejszości.

Czyli jak dotąd w porządku. Tyle że jeśli się dobrze zastanowić, przyczynowość nadal wydaje się dziwaczna. Parę elektronów, kręcących się w miejscach całkiem nieistotnych z zewnątrz mózgu, w którym przebywają, prowadzi do rozumnego działania 70-kilogramowej bryły białka. No, może o tak wczesnej godzinie nie jest to przesadnie rozumna bryła, ale wiecie, o co chodzi. Dlatego właśnie to kreatywne zamieszanie nazywamy dziwnym sprzężeniem.

Wspomniane wyżej myślowe modele to opowieści, uproszczone narracje, z grubsza odpowiadające tym aspektom świata rzeczywistego, które uznaliśmy za ważne. Warto podkreślić to „my”: wszystkie myślowe modele skażone są ludzkimi uprzedzeniami. Nasze umysły opowiadają nam historie o świecie rzeczywistym i bardzo wiele naszych działań opieramy na treści tych historii. W powyższym przykładzie historia mówi: „Osoba, która spóźniła się do pracy, została zwolniona”. To wystarczy, żeby wyrzucić nas z łóżka o nieprzytomnej godzinie, nawet jeśli mamy dobre układy z szefem i żywimy błogą nadzieję, że nas to nie dotyczy. Inaczej mówiąc, kreujemy nasz świat zgodnie z historiami, które opowiadamy samym sobie i sobie nawzajem.

W podobny sposób budujemy umysły naszych dzieci. Dziecko kultury zachodniej wychowywane jest na historii o tym, jak Kubuś Puchatek odwiedził Królika, zjadł za dużo miodu i przy wyjściu utknął w otworze, którym wszedł[7]. Opowieść ta uczy, żeby nie być zbyt zachłannym; że jeśli będziemy, przydarzą się nam straszne rzeczy. Nawet dziecko wie, że Kubuś Puchatek to fikcja, ale rozumie, o czym mówi ta historia. Nie każe mu unikać obżerania się miodem, nie budzi lęku, że utknie w drzwiach pokoju, jeśli zjadło za dużo na kolację. Nie chodzi w niej o dosłowne interpretacje. Opowieść jest metaforą, a mózg to maszyna metafor.

* * *

Siła narrativum w świecie Kuli jest ogromna. Z jego powodu zdarzają się rzeczy, których trudno by się spodziewać po samych prawach natury. Na przykład: prawa natury właściwie zakazują, by ziemski obiekt nagle wzniósł się w przestrzeń i wylądował na Księżycu. Nie mówią, że to niemożliwe, ale sugerują, że trzeba by czekać naprawdę bardzo długo, zanim coś takiego by nastąpiło. A mimo to na Księżycu znajduje się maszyna. Nawet kilka. Wszystkie były kiedyś tutaj, na dole. Są tam, ponieważ przed wiekami ludzie opowiadali sobie romantyczne historie o Księżycu. Księżyc był boginią, która spoglądała na nas z góry. W pełni sprawiała, że wilkołaki zmieniały się z istot ludzkich w zwierzęta. Już wtedy ludzie całkiem dobrze radzili sobie z podwójnym myśleniem: Księżyc był wyraźnie dużym srebrzystym dyskiem – ale równocześnie był boginią.

Opowieści się zmieniały. Później Księżyc był innym światem, a wykorzystując skrzydła łabędzi, można było dolecieć tam w rydwanie. Potem (jak zasugerował Juliusz Verne) mogliśmy się tam dostać w pustym wewnątrz cylindrze, wystrzelonym z gigantycznego działa umieszczonego na Florydzie. Wreszcie, w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku, odkryliśmy odpowiedni gatunek łabędzia (ciekły tlen i wodór) oraz odpowiedni typ rydwanu (kilka tysięcy ton metalu) – i polecieliśmy na Księżyc. W pustym wewnątrz cylindrze, wystrzelonym z Florydy. Nie było to dokładnie działo. No, właściwie było, w podstawowym sensie fizycznym: to rakieta była tym działem, i poleciała ze statkiem, wystrzeliwując paliwo zamiast pocisku.

Gdybyśmy nie opowiadali sobie o Księżycu, nie warto byłoby tam lecieć. Owszem, ciekawy widok... ale „wiedzieliśmy” o tym widoku tylko dlatego, że opowiadaliśmy sobie naukowe historie o obrazach przesyłanych przez sondy kosmiczne. Dlaczego polecieliśmy? Ponieważ od kilkuset lat opowiadaliśmy sobie, że pewnego dnia polecimy. Ponieważ sprawiliśmy, że było to nieuniknione, że fakt ten wprowadziliśmy do „historii o przyszłości” bardzo wielu ludzi. Ponieważ zaspokajało to naszą ciekawość i ponieważ Księżyc tam był. Księżyc był opowieścią czekającą na dokończenie („Pierwszy człowiek ląduje na Księżycu!”) i polecieliśmy tam, ponieważ tego wymagała opowieść.

Kiedy na Ziemi wyewoluowały umysły, wraz z nimi ewoluował pewien rodzaj narrativum. Inny niż dyskowe narrativum, które na Dysku jest równie realne jak miedź czy prazeodym; nasze narrativum jest czysto myślowe. To imperatyw, ale imperatyw, który nie został reifikowany w rzecz. Jednak ludzie posiadają umysły, które reagują na imperatywy oraz wiele innych nierzeczy. A zatem odnosimy wrażenie, jakby działanie naszego wszechświata opierało się na narrativum.

* * *

Występuje tu pewien interesujący rezonans – a „rezonans” jest bardzo odpowiednim określeniem. Istnieje historia, opowiadana przez fizyków, o tym, jak we wszechświecie powstaje węgiel. W niektórych gwiazdach zachodzi szczególna reakcja jądrowa, „rezonans” między sąsiednimi poziomami energetycznymi, który daje naturze kładkę, by mogła przejść od lżejszych pierwiastków do węgla. Bez tego rezonansu, jak głosi opowieść, węgiel nie mógłby powstać. Otóż prawa fizyki, tak jak je dzisiaj rozumiemy, uwzględniają kilka „stałych fundamentalnych”, takich jak prędkość światła, stałą Plancka w fizyce kwantowej czy ładunek elektronu. Te liczby określają ilościowe implikacje praw fizycznych; jednak każdy dobór stałych definiuje potencjalny wszechświat. Sposób zachowania wszechświata zależy od konkretnych liczb występujących w jego prawach. Tak się składa, że węgiel jest kluczowym składnikiem wszelkiego znanego życia. Wszystko to prowadzi do ładnej opowiastki, zwanej zasadą antropiczną: bez sensu jest pytać, dlaczego żyjemy we wszechświecie, gdzie stałe fizyczne czynią ów jądrowy rezonans możliwym – bo gdybyśmy żyli w innym, nie byłoby węgla, a zatem i nas, byśmy mogli zadawać to pytanie.

Opowieść o rezonansie węglowym można znaleźć w wielu książkach naukowych, ponieważ budzi ona silne wrażenie ukrytego porządku wszechświata i wydaje się wiele tłumaczyć. Ale jeśli przyjrzymy się tej historii nieco bliżej, przekonamy się, że jest piękną ilustracją kuszącej siły porywającej, ale fałszywej narracji. Kiedy wydaje się, że opowieść ma sens, nawet świadomie samokrytyczni naukowcy często nie zadają pytania, które powoduje rozpad całej historii.

Oto jak brzmi ta opowieść. Węgiel powstaje w czerwonych olbrzymach poprzez dość delikatny proces syntezy jądrowej, zwany potrójnym procesem alfa. Polega on na połączeniu trzech jąder helu[8]. Jądro helu zawiera dwa protony i dwa neutrony. Łącząc razem trzy takie jądra, dostajemy sześć protonów i sześć neutronów. Tak się składa, że jest to jądro atomu węgla.

Wszystko świetnie, ale szansa na takie – zachodzące wewnątrz gwiazdy – potrójne zderzenie jest bardzo mała. Zderzenia dwóch jąder helu występują o wiele częściej, choć wciąż są stosunkowo rzadkie. A już bardzo rzadko zdarza się, żeby trzecie jądro helu uderzyło w dwa inne akurat wtedy, kiedy zachodzi kolizja. To tak jak z kulkami w paintballu i z magami. Od czasu do czasu paintballowy pocisk rozpryśnie się na jakimś magu. Ale raczej trudno obstawiać, że drugi trafi go dokładnie w tym samym momencie. To znaczy, że synteza węgla musi zachodzić etapami, a nie naraz. Oczywista droga to najpierw fuzja dwóch jąder helu, a potem fuzja trzeciego z tym, co powstało.

Pierwszy etap jest łatwy, a powstające jądro zawiera cztery protony i cztery neutrony – jest to jedna z form innego pierwiastka, berylu. Jednakże czas życia tej szczególnej postaci berylu wynosi zaledwie 10-16 sekundy, co daje trzeciemu jądru helu bardzo mało czasu. Szansa trafienia celu w tak krótkim okresie jest niesamowicie mała; okazuje się, że wszechświat nie istnieje dość długo, by choćby maleńka część węgla mogła powstać w taki sposób. Czyli potrójne kolizje skreślamy, a węgiel pozostaje zagadką.

Chyba że... chyba że w tej argumentacji jest luka. I rzeczywiście, fuzja berylu z helem, prowadząca do węgla, zachodziłaby o wiele szybciej, produkując o wiele więcej węgla w czasie o wiele krótszym, gdyby energia węgla była bliska połączonym energiom helu i berylu. Taka prawie równość energii nazywana jest właśnie rezonansem. W latach pięćdziesiątych zeszłego wieku Fred Hoyle upierał się, że węgiel musiał się skądś wziąć, i przewidział, że musi w takim razie istnieć rezonujący stan atomu węgla. Taki atom musiałby posiadać dość ściśle określoną energię, którą Hoyle wyliczył na około 7,6 MeV[9].

W ciągu dziesięciu lat odkryto, że rzeczywiście istnieje taki stan – o energii 7,6549 MeV. Niestety, okazało się, że połączone energie berylu i helu dają w sumie o 4% więcej. W fizyce jądrowej to bardzo duży błąd.

I kłopot...

Ale, w cudowny sposób, ta pozorna niezgodność okazała się właśnie tym, czego nam trzeba. Dlaczego? Ponieważ dodatkowa energia, przekazana dzięki temperaturom panującym we wnętrzu czerwonego olbrzyma, akurat wystarcza, by pchnąć połączone energie jąder berylu i helu o te brakujące 4% w górę.

Niezły numer...

To wspaniała opowieść i słusznie zyskała Hoyle’owi całe mnóstwo naukowych punktów. W jej świetle nasze istnienie wydaje się zależeć od delikatnej równowagi. Gdyby fundamentalne stałe wszechświata uległy zmianie, wraz z nimi zmieniłoby się to kluczowe 7,6549. Kusząca jest konkluzja, że stałe w naszym wszechświecie są subtelnie dostrojone do węgla – a zatem jest to bardzo szczególny wszechświat. Równie kusząca jest teza, że powodem tego zestrojenia jest doprowadzenie do powstania złożonego życia. Hoyle tak nie twierdził, ale wielu innych fizyków uległo tej pokusie.

Brzmi nieźle; gdzie jest błąd? Fizyk Victor Stenger nazywa taki typ argumentacji „kosmitologią”. Inny fizyk, Craig Hogan, zwrócił uwagę na jeden ze słabych punktów. Argumentacja traktuje temperaturę czerwonego olbrzyma i te 4% odchylenia w poziomach energii tak, jakby były niezależne. To znaczy zakłada, że można zmienić wartości fundamentalnych stałych, nie zmieniając sposobu działania czerwonego olbrzyma. To jednak oczywisty nonsens. Hogan stwierdził, że „struktura gwiazd zawiera wbudowany termostat, który automatycznie dopasowuje temperaturę do właśnie takiego poziomu, jaki jest potrzebny, by reakcja zachodziła we właściwym tempie”. To trochę tak jakby dziwić się, że temperatura w ognisku jest akurat odpowiednia do spalania drewna, gdy tymczasem temperatura jest właśnie skutkiem reakcji spalania drewna. Tego rodzaju przeoczenie, odstąpienie od zbadania współzależności zjawisk naturalnych jest typowym i dość powszechnym błędem w rozumowaniu antropicznym.

W świecie ludzi ważny jest nie węgiel, ale narrativum. W tym kontekście chcielibyśmy sformułować nową zasadę antropiczną. Tak się składa, że żyjemy we wszechświecie, którego stałe fizyczne są akurat odpowiednie, by oparte na węglu mózgi wyewoluowały do punktu, w którym tworzą narrativum, tak jak gwiazda tworzy węgiel. A narrativum dokonuje szalonych wyczynów, takich jak umieszczanie różnych maszyn na Księżycu. Co więcej, gdyby węgiel (jeszcze) nie istniał, każda oparta na narrativum forma życia mogłaby znaleźć sposób jego wytwarzania, opowiadając sobie naprawdę porywającą historię o potrzebie węgla. Tak więc przyczynowość w tym wszechświecie jest nieodwracalnie dziwaczna. Fizycy zwykle sprowadzają to wszystko do stałych fundamentalnych, gdy tymczasem mamy raczej do czynienia z przykładem działania praw Murphy’ego.

Ale to już całkiem inna historia...

* * *

Im częściej zastanawiamy się nad narracją w sprawach ludzkich, tym bardziej dochodzimy do wniosku, że nasz świat obraca się wokół siły historii. Nasze umysły budujemy, opowiadając historie. Gazety selekcjonują informacje pod względem ich wartości jako historii, a nie pod względem tego, jak istotna jest konkretna informacja sama w sobie. „Anglia przegrywa w krykieta z Australią” to dobra historia (choć niezbyt zaskakująca), trafia więc na pierwszą stronę. „Lekarze sądzą, że udało się poprawić trafność diagnozowania chorób wątroby o 1%” nie jest dobrą historią, chociaż nauka zwykle tak właśnie funkcjonuje (a w przyszłości, zależnie od stanu waszej wątroby, możecie uznać, że to historia o wiele ważniejsza od wyniku meczu krykieta).

„Naukowcy odkryli lekarstwo na raka” to już jest historia, nawet jeśli rzekome lekarstwo jest bzdurą. Historią jest też „Medium spirytystyczne twierdzi, że odkryło lekarstwo na raka”, a także „Zaszyfrowane przepowiednie ukryte w tekście Biblii”. Niestety.

Kiedy piszemy te słowa, głośno jest o niewielkiej grupie osób, która zamierza sklonować człowieka. To prawdziwa sensacja, choć bardzo nieliczne gazety piszą o tym, jaki będzie najbardziej prawdopodobny rezultat tych prób – całkowita porażka. Trzeba było 277 porażek, często bardzo paskudnych, zanim udało się sklonować owcę Dolly, a i tak okazało się, że biedne zwierzę ma poważne wady genetyczne.

Próba sklonowania istoty ludzkiej może istotnie być nieetyczna, ale nie to jest głównym powodem obiekcji wobec tej chybionej i niemądrej próby. Główny powód to ten, że eksperyment się nie uda, ponieważ nikt jeszcze nie wie, jak rozwiązać liczne problemy techniczne; co więcej, jeśli eksperymentatorom będzie wyjątkowo sprzyjać (nie)szczęście i próba się powiedzie, sklonowane dziecko będzie miało bardzo poważne wady genetyczne. Stworzenie takiego dziecka – to dopiero jest naprawdę nieetyczne.

„Kopiowanie” ludzkich istot, będące zwykle podstawą gazetowych historii o etyce, nie ma tu znaczenia. Przynajmniej nie o to chodzi w klonowaniu. Owca Dolly nie była genetycznie tożsama ze swoją matką, choć niewiele jej brakowało. Ale gdyby nawet, to i tak byłaby inną owcą, ukształtowaną przez odmienne doświadczenia. Z tych samych powodów sklonowanie martwego dziecka nie przywróci temu dziecku życia. Spora część medialnych dyskusji o etyce klonowania, podobnie jak spora część powszechnego rozumienia nauki, jest delikatnie skażona science fiction. Na tym polu, jak na wielu innych, potęga opowieści przeważa nad realnymi faktami.

Ludzie nie tylko opowiadają historie i nie tylko ich słuchają. Są bardziej podobni do babci Weatherwax, która jest świadoma mocy opowieści na Dysku i nie pozwala się schwytać w pułapkę narrativum. Zamiast tego sama wykorzystuje tę moc, by kształtować wydarzenia wedle swej woli. W świecie Kuli kapłani, politycy, naukowcy, nauczyciele i dziennikarze nauczyli się korzystać z mocy opowieści, żeby dotrzeć z przesłaniem do słuchających albo żeby manipulować lub przekonywać ludzi, aby zachowywali się w określony sposób. Metoda naukowa jest mechanizmem obronnym przed takimi manipulacjami. Mówi ona, by nie wierzyć w rozmaite stwierdzenia tylko dlatego, że chcielibyśmy, aby były prawdziwe. Właściwą naukową reakcją na nowe odkrycie czy teorię, zwłaszcza nasze własne, jest szukanie dróg ich obalenia. Inaczej mówiąc: szukanie innej opowieści, która wyjaśnia te same fakty.

Antropolodzy pomylili się, nazywając nasz gatunek Homo sapiens (człowiek rozumny). W każdym razie jest to określenie aroganckie i zarozumiałe, gdyż rozumność jest jedną z naszych najmniej widocznych cech. W rzeczywistości jesteśmy raczej Pan narrans, szympansami opowiadającymi historie.

W tym miejscu struktura Nauki Świata Dysku II zaczyna coraz bardziej traktować o samej sobie. Musimy o tym pamiętać w czasie lektury. Książka jest opowieścią, nie – dwoma przeplatającymi się opowieściami. Jedna, w rozdziałach o numerach nieparzystych, jest historią ze Świata Dysku. Druga, w rozdziałach o numerach parzystych, to historia o nauce o Myśli (znowu w sensie metafizycznym). Obie są ściśle związane i pasują do siebie jak rękawiczka do stopy[10]; historia naukowa zaprezentowana jest jako ciąg Bardzo Długich Przypisów do historii fantastycznej.

Jak dotąd w porządku... ale sprawa się komplikuje. Kiedy czytacie historię ze Świata Dysku, toczycie ciekawą grę myślową. Reagujecie, jakby ta historia była prawdziwa, jakby Dysk istniał naprawdę, jakby realni stali się Rincewind i Bagaż, a świat Kuli był tylko fragmentem dawno zapomnianego snu. (Nie przerywaj, Rincewindzie; wiemy, że z twojego punktu widzenia wygląda to całkiem inaczej. Tak, oczywiście, to właśnie my nie istniejemy, jesteśmy kłębkiem reguł, których konsekwencje dotyczą wyłącznie wnętrza niedużej kuli na zakurzonej półce w gmachu Niewidocznego Uniwersytetu. Tak, rozumiemy to doskonale, a teraz czy mógłbyś się zamknąć?). Przepraszamy za to zamieszanie.

Ludzie dobrze opanowali tę grę, a my wykorzystamy to, umieszczając Ziemię i Dysk na tym samym poziomie narracyjnym, by oświetlały się wzajemnie. W pierwszej książce, Nauce Świata Dysku, Dysk określał, co jest realne. Dlatego rzeczywistość była sensowna. Świat Kuli jest magicznym konstruktem, powstałym, by nie dopuszczać do wnętrza magii, i dlatego nie ma żadnego sensu (przynajmniej dla magów). W drugiej, niniejszej części, Ziemia zyskuje mieszkańców, mieszkańcy zyskują umysły, a umysły dokonują dziwnych rzeczy. Wprowadzają narrativum do bezopowieściowego wszechświata.

Komputer może dokonać miliarda sumowań w mgnieniu uderzenia klawisza i nie pomyli się ani razu, ale nie potrafi udawać, że jest tchórzliwym magiem, choćby taki podszedł do niego i walnął pięścią w pamięć. My za to bez trudu potrafimy wyobrazić sobie siebie wewnątrz umysłu tchórzliwego maga albo rozpoznać kogoś, kto odgrywa jego rolę, ale jesteśmy kompletnie zagubieni, kiedy przychodzi nam wykonać parę milionów prostych dodawań na sekundę. Nawet jeśli dla kogoś nie z tego wszechświata może się to wydawać łatwiejszym zadaniem.

Dlatego że działamy na narrativum, a komputery nie.

[4] Znajdziemy się wtedy na pozycji straszliwych Audytorów Świata Dysku, będących antropomorficzną reprezentacją reguł wszechświata, którzy w Thief of Time rozbijają obrazy i rzeźby na ich składowe atomy w bezowocnym poszukiwaniu „piękna”.

[5] PET oznacza Positron Emission Tomography; aparat wychwytuje maleńkie cząstki emitowane przez tkanki mózgu i tworzy mapę tego, co się dzieje wewnątrz.

[6] A także wiele z tego, czego nie ma, na przykład Ciemność.

[7] Powinien to być otwór, którym wychodził, ale jakoś nie.

[8] W najprostszym modelu atomu jądro to stosunkowo mała bryłka złożona z protonów i neutronów. Elektrony „orbitują” wokół jądra w pewnej odległości. Potrójny proces alfa zachodzi w plazmie, gdzie wszystkie atomy zostały pozbawione elektronów, dlatego biorą w nim udział tylko jądra. Później, kiedy plazma stygnie, jądra mogą uzyskać niezbędne elektrony.

[9] 1 MeV to milion elektronowoltów. Elektronowolt to jednostka energii, naturalnie, i dla naszej obecnej dyskusji nie ma znaczenia, czym ta jednostka naprawdę jest. Powiedzmy jednak, że to energia elektronu, kiedy jego potencjał zwiększy się o jeden wolt; jest równa 1,6 × 10-12 ergów. A energia, o której tu mówimy, to nadwyżka energii w porównaniu z najniższym stanem energetycznym atomu, jego „stanem podstawowym”.

Co to jest erg? Sprawdźcie, jeśli koniecznie chcecie wiedzieć.

[10] Nie jak rękawiczka do dłoni – nie są aż tak dobrze dopasowane.

3 Wyprawa do L-przestrzeni

W chłodzie Niewidocznego Uniwersytetu minęły trzy godziny. W budynku Magii Wysokich Energii niewiele się zmieniło. Tyle że rozciągnięto ekran, by ukazywał efekt działania projektora ikonograficznego Myślaka.

– Nie wiem, po co ci to potrzebne – zdziwił się Rincewind. – Przecież jesteśmy tu tylko we dwójkę.

– Uuk – zgodził się bibliotekarz.

Był trochę poirytowany, gdyż przerwano mu drzemkę w bibliotece. Było to bardzo delikatne budzenie, ponieważ nikt nie budzi brutalnie trzystufuntowego orangutana (przynajmniej nie dwukrotnie), ale i tak się zirytował.

– Nadrektor mówi, że takie sprawy trzeba właściwie organizować – wyjaśnił Myślak. – Uważa, że nie warto po prostu wrzeszczeć „Hej, mam kapitalny pomysł!”. Trzeba ten pomysł odpowiednio zaprezentować. Gotów?

Bardzo mały chochlik, który napędzał rzutnik, wystawił w górę malutki kciuk.

– Doskonale – rzekł zadowolony Myślak. – Pierwszy obrazek. Oto świat Kuli taki, jaki jest obecnie...

– Jest dołem do góry – wtrącił Rincewind.

Myślak spojrzał na obrazek.

– Przecież to kula – burknął. – Unosi się w przestrzeni. Jak może być odwrócona dołem do góry?

– Ten pomarszczony kontynent powinien być u góry.

– Chochlik, odwróć to. Teraz dobrze? Zadowolony?

– Góra i dół teraz są dobrze, ale kula jest odwró... – zaczął Rincewind.

Trzasnęło, kiedy Myślak wskazówką uderzył o ekran.

– To jest świat Kuli! – powtórzył z naciskiem. – Taki, jaki istnieje w chwili obecnej! Świat pokryty lodem! Ale czas w świecie Kuli jest podrzędny względem czasu w prawdziwym świecie! Wszystkie momenty na Kuli są nam dostępne w taki sam sposób jak stronice w książce. Choć następują po sobie, są jednocześnie dla nas dostępne! Ustaliłem, że profesorowie rzeczywiście przebywają na Kuli, ale nie w czasie, który wydaje się teraźniejszy! Znaleźli się miliony lat w przeszłości! Która to, z naszego punktu widzenia, całkiem dobrze może również być teraźniejszością! Nie wiem, jak się tam dostali! Nie powinno to być fizycznie możliwe! HEX ich zlokalizował! Musimy założyć, że nie potrafią wrócić drogą, którą tam dotarli! Jednakże... Poproszę następny slajd.

Pstryk!

– To ten sam – stwierdził Rincewind. – Tylko że na boku...

– Kula nie ma boków! – rzekł Myślak.

Od strony projektora dobiegł brzęk tłuczonego szkła i bardzo ciche przekleństwa.

– Myślałem tylko, że chcesz to zrobić, jak należy – mruczał Rincewind. – Zresztą i tak będzie o L-przestrzeni, prawda? Wiem, że będzie. I ty też wiesz.

– Tak, ale na razie o tym nie wspomniałem – syknął Myślak. – Mam jeszcze kilkanaście slajdów! I schemat!

– Ale będzie, prawda? Pisali przecież, że znaleźli innych magów. A to oznacza biblioteki. Czyli możesz się tam dostać przez L-przestrzeń.

– Chciałem powiedzieć, że tak właśnie my możemy się tam dostać.

– Tak, wiem. Dlatego pomyślałem, że już na tak wczesnym etapie skorzystam z okazji, żeby powiedzieć „ty”.

– Ale skąd mogli się wziąć magowie w świecie Kuli? – zastanowił się Myślak. – Przecież magia tam nie działa.

– Nie mam pojęcia – przyznał Rincewind. – Ridcully pisze, że są bezużyteczni.

– I właściwie dlaczego profesorowie nie wrócą tu samodzielnie? Udało im się przesłać butelkę! Musieli użyć do tego magii!

– Czemu ich samych nie zapytasz?

– Myślisz, że można kierować się na wyraźną biothaumiczną sygnaturę grupy magów?

– No, myślałem raczej, że można poczekać, aż stanie się coś strasznego, a potem ty będziesz musiał zbadać szczątki – odparł Rincewind. – Ale to drugie pewnie też się uda.

– Omniskop lokalizuje ich w przybliżeniu w 40 002 730 907 stuleciu – stwierdził Myślak, przyglądając się kuli. – Nie mogę uzyskać obrazu. Ale gdybyśmy znaleźli drogę do najbliższej biblioteki...

– Uuk! – powiedział bibliotekarz. Po czym uuknął jeszcze raz. Uukał zresztą dość długo, przerywając wypowiedź kilkoma iikami. Raz uderzył pięścią o stół. Drugi raz nie musiał, zresztą wtedy już niewiele stołu zostało do uderzania.

– Mówi, że tylko bardzo doświadczeni bibliotekarze mogą korzystać z L-przestrzeni – przetłumaczył Rincewind, kiedy bibliotekarz założył ręce na piersi. – Był bardzo stanowczy. Powiedział, że nie można tego traktować jak przejażdżki na festynie.

– Ale to przecież rozkaz nadrektora! – przypomniał Myślak. – Musimy się tam dostać!

Bibliotekarz zrobił niepewną minę. Rincewind wiedział dlaczego. Trudno być orangutanem na Niewidocznym Uniwersytecie, a jedynym sposobem, w jaki bibliotekarz mógł sobie z tym poradzić, było uznanie, że Mustrum Ridcully jest samcem alfa, chociaż nadrektor rzadko wspinał się wysoko na dach i krzyczał żałośnie na miasto o świcie. To oznaczało, że w przeciwieństwie do innych magów trudno mu było zlekceważyć nadrektorskie polecenia. Sytuacja przypominałaby bezpośrednie wyzwanie – z pełnym rytuałem odsłaniania kłów i walenia się w pierś.

Rincewind wpadł na pewien pomysł.

– Jeśli przeniesiemy Kulę do biblioteki – zwrócił się do małpoluda – to przecież nawet kiedy będziesz podróżował w L-przestrzeni, tak naprawdę nie wyprowadzisz pana Stibbonsa z biblioteki. No bo Kula tam będzie, więc jeśli traficie do Kuli, tak naprawdę nie odejdziecie daleko. Może na parę stóp. Wszechświat Kuli jest nieskończony tylko wewnątrz.

– Naprawdę, Rincewindzie, jestem pod wrażeniem – przyznał Myślak, kiedy bibliotekarz zrobił mocno zakłopotaną minę. – Zawsze uważałem cię za dość głupiego, ale tym razem zademonstrowałeś godną podziwu argumentację. Jeśli postawimy glob na biurku bibliotekarza, na przykład, to cała podróż będzie się odbywać w bibliotece. Tak?

– Właśnie – zgodził się Rincewind, skłonny zapomnieć o tym „dość głupim” wobec tak nieoczekiwanej pochwały.

– A w bibliotece jest całkiem bezpiecznie...

– Solidne, grube mury. Bardzo bezpieczne miejsce.

– Czyli, powiedzmy to wprost, żadna krzywda nam się nie stanie.

– Znowu zaczynasz z „nami”. – Rincewind cofnął się o krok.

– Znajdziemy ich i sprowadzimy z powrotem – stwierdził Myślak. – To nie może być trudne.

– To może być strasznie trudne! Tam są elfy! Znasz przecież elfy! Są groźne! Wystarczy, że na moment się rozluźnisz, a zapanują nad twoim umysłem.

– Raz goniły mnie przez las – wyznał Myślak. – Były przerażające. Pamiętam, że zapisałem to w dzienniku.

– Zapisałeś w swoim dzienniku, że byłeś wystraszony?

– Tak. Czemu nie? Ty nie zapisujesz?

– Nie mam takiego wielkiego dziennika. Ale to przecież nie ma sensu! W świecie Kuli nie ma dla elfów niczego ciekawego! One chcą... niewolników. A nigdy nie widzieliśmy, żeby wyewoluowało coś tak inteligentnego, by nadawało się na niewolnika.

– Mogłeś coś przeoczyć – zauważył Myślak.

– Nie, to ja mówię „ty”; ty mówisz „my” – przypomniał Rincewind.

Obaj spojrzeli na glob.

– Wiesz, to tak jak trzymać roślinę w doniczce – stwierdził Myślak. – Jeśli zalęgną się mszyce, trzeba je wytłuc.

– Nigdy tego nie robię – zapewnił Rincewind. – Mszyce są może małe, ale jest ich dużo...

– To była taka przenośnia, Rincewindzie... – wyjaśnił zniechęcony Myślak.

– I wiesz, przypuśćmy, że zbiorą się razem...

– Rincewindzie, jesteś jedynym człowiekiem, który wie cokolwiek na temat świata Kuli. Pójdziesz z nami albo... albo... Powiem nadrektorowi o tych siedmiu wiadrach.

– Skąd wiesz o siedmiu wiadrach?

– I jeszcze mu wytłumaczę, w jaki sposób wszystkie twoje obowiązki może wypełniać prosty zestaw instrukcji dla HEX-a. Zajmie mi to, no, powiedzmy, trzydzieści sekund. Zaraz...

#Rincewind

SUB WAIT

WAIT

RETURN

...Albo może

RUN RINCEWIND

– Nie zrobiłbyś tego – rzekł Rincewind. – Prawda?

– Oczywiście. To znaczy, idziesz z nami? Aha, zabierz ze sobą Bagaż.

* * *

Ciąg dalszy w wersji pełnej

4 Styczna możliwości

Dostępne w wersji pełnej

5 Zadziwiająco podobne do Ankh-Morpork

Dostępne w wersji pełnej

6 Filozofia szlifierza szkła

Dostępne w wersji pełnej

7 Magia kultu cargo

Dostępne w wersji pełnej

8 Planeta małp

Dostępne w wersji pełnej

9 Królowa elfów

Dostępne w wersji pełnej

10 Ślepiec z latarnią

Dostępne w wersji pełnej

11 Scena z małżami

Dostępne w wersji pełnej

12 Ludzie graniczni

Dostępne w wersji pełnej

13 Stasis quo

Dostępne w wersji pełnej

14 Puchatek i prorocy

Dostępne w wersji pełnej

15 Nogawka czasu

Dostępne w wersji pełnej

16 Wolny brak woli

Dostępne w wersji pełnej

17 Wolność informacji

Dostępne w wersji pełnej

18 Bit z bytu

Dostępne w wersji pełnej

19 List z Lancre

Dostępne w wersji pełnej

20 Pomniejsze bóstwa

Dostępne w wersji pełnej

21 Świat nauki

Dostępne w wersji pełnej

22 Świat narrativum

Dostępne w wersji pełnej

23 Arcytyp wszech jestestw

Dostępne w wersji pełnej

24 Rozszerzona teraźniejszość

Dostępne w wersji pełnej

25 Arcytyp wszech jarzyn

Dostępne w wersji pełnej

26 Kłamstwa dla szympansów

Dostępne w wersji pełnej

27 Brak Willa

Dostępne w wersji pełnej

28 Światy „a gdyby”

Dostępne w wersji pełnej

29 Cała Kula jest teatrem

Dostępne w wersji pełnej

30 Kłamstwa dla ludzi

Dostępne w wersji pełnej

31 Kobieta na cenie

Dostępne w wersji pełnej

32 Może zawierać czubki

Dostępne w wersji pełnej

Indeks

Dostępne w wersji pełnej

Wykorzystane materiały

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

THE SCIENCE OF DISCWORLD II: THE GLOBE

Copyright © 2002 Terry and Lyn Pratchett, Joat Enterprises, and Jack Cohen.

All rights reserved.

Ilustracja na okładce

Paul Kidby

Redakcja

Łucja Grudzińska

Redakcja techniczna

Małgorzata Kozub

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7648-876-9

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.woblink.com

Plik opracowany przez Woblink i eLib.pl