Nauczycielka z wyboru - Barbara Cartland - ebook

Nauczycielka z wyboru ebook

Barbara Cartland

0,0
9,99 zł

lub
Opis

Arletta Cherrington – Weir, piękna dwudziestolatka, skromna i nieświadoma własnego uroku opiekowała się swoim ojcem, hrabią Weir, który w końcowych latach życia stał się kłótliwym, nieprzyjemnym staruszkiem. Nie życzył sobie, aby zajmował się nim ktokolwiek poza Arlettą, chociaż lekarze i wszyscy wokół byli pewni, że pielęgniarki nie ośmieliłby się traktować w taki sposób bliskich, w jaki obchodził się z własną córką. Twierdził, że Arletta jest tępa i ospała. Był bardzo rozczarowany, że nie doczekał się syna, który odziedziczyłby po nim hrabstwo. Jednak gdy miał lepszy nastrój, widać było, jak bardzo kocha swoje jedyne dziecko. Dzięki opiekuńczości córki hrabia żył dłużej niż przewidziano. Arletta zdecydowała, że musi wyjechać z rodzinnego domu. Wyjeżdża do Francji. Tam zostaje zatrudniona jako guwernantka dwojga dzieci w dawnym i wspaniałym zamku Duc de Sauterre.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 160

Oceny
0,0
0
0
0
0
0


Podobne


Barbara Cartland

Nauczycielka z wyboru

SAGA Egmont

Nauczycielka z wyboru

tytuł oryginału Temptation for a Teacher

przełożyła Bernadeta Minakowska-Koca

Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen ([email protected]), with Reserved Font Name ‘Playfair’

Copyright © 1985, 2018 Barbara Cartland i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711726440

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

Rok 1886

Bardzo mi przykro, panno Arletto. Obawiam się, że zostało bardzo mało czasu.

– Bardzo mało, panie Metcalfe.

Arletta Cherrington-Weir westchnęła ciężko i zamyślona patrzyła w dal.

Pan Metcalfe, skrupulatny prawnik w średnim wieku, uczyniłby wszystko, żeby odpędzić od niej wszelkie troski. Znał ją od dziecka, widział jak dorastała i ładniała z każdym dniem. Był przekonany, że nie ma na świecie piękniejszej dwudziestolatki, tak skromnej i nieświadomej własnego uroku.

Przez ostatnie dwa lata Arletta opiekowała się swoim ojcem, hrabią Weir, który w końcowych latach życia stał się kłótliwym, nieprzyjemnym staruszkiem. Nie życzył sobie, aby zajmował się nim ktokolwiek poza Arlettą, chociaż lekarze i wszyscy wokół byli pewni, że pielęgniarki nie ośmieliłby się traktować w taki sposób, w jaki obchodził się z własną córką.

Z drugiej strony, w spokojnych hrabstwach Anglii trudno było znaleźć wykwalifikowaną pielęgniarkę, szczególnie we wsiach, gdzie nie było warunków do wykonywania tego zawodu. Jedynymi opiekunkami były wiejskie akuszerki, najczęściej stare i otyłe, nie żałujące sobie dżinu podczas długich godzin nocnych, aby odgonić sen w oczekiwaniu na przyjęcie dziecka.

Ojciec Arletty cierpiał nie tylko z powodu niezwykle bolesnych ataków serca, lecz także z powodu artretyzmu. Pił przy tym, pomimo zakazu lekarzy, zbyt duże ilości wina.

– Skoro już mam umrzeć – mawiał czasami ze złością – mogę sobie chyba pozwolić na odrobinę przyjemności, która da mi zapomnieć o moim podłym stanie.

Arletta już dawno zrezygnowała z prób wyperswadowania mu czegokolwiek. Zgadzała się ze wszystkim co mówił. Ale taka postawa również mu nie odpowiadała – twierdził, że Arletta jest tępa i ospała. Był bardzo rozczarowany, że nie doczekał się syna, który odziedziczyłby po nim hrabstwo. Jednak gdy miał lepszy nastrój, widać było, jak bardzo kocha swoje jedyne dziecko. Posiadłość miała przypaść w spadku bratankowi, którego nie lubił. Kuzyn Hugo nie przypadł do gustu także Arletcie. Według niej był młodzieńcem pyszałkowatym, uważającym, że świetnie sobie poradziz zarządzaniem hrabstwem, nie słuchającym żadnych sugestii ze strony stryja ani jego córki.

Minęły dwa tygodnie od śmierci ojca i Arletta dowiedziała się właśnie, że jej stryjeczny brat ma zamiar natychmiast wprowadzić się do Weir House, a ona razem ze swoimi rzeczami powinna opuścić posiadłość jak najszybciej.

To był problem, ponieważ, jak powiedziała panu Metcalfe’owi, nie wiedziała, dokąd pójść.

– Ależ musi znaleźć się jakiś krewny, u którego mogłaby pani zamieszkać – powiedział z wymówką w głosie. – Może też pani mieszkać w domu posagowym.

– Wiem o tym – odpowiedziała. – To bardzo miło ze strony kuzyna Hugo, że mi go zaproponował, ale dobrze pan wie, że nie mogłabym zamieszkać tam sama – westchnęła. – Poza tym nie wiem, czy zniosłabym widok Weir House pod jego rządami.

– Jestem pewien, że podejmie pani mądrą decyzję i wyprowadzi się stąd – powiedział cicho pan Metcalfe. – Szkoda tylko, że nie została pani przedstawiona na dworze, jak należało rok temu. No i nigdy nie odbył się bal na pani cześć, na który czekała pani z niecierpliwością jeszcze podczas nauki.

Arletta uśmiechnęła się.

– Zawsze marzyłam o wspaniałym balu w Weir House. Mama opowiadała mi o nim jeszcze w dzieciństwie. Mówiła, że będzie najokazalszy w całym hrabstwie, podobny do tych, które kiedyś urządzał mój dziadek.

Dziadek Arletty, trzeci hrabia Weir, znany był z hulaszczego trybu życia, podczas którego roztrwonił majątek i popadł w długi. Ojciec Arletty usiłował przywrócić dawną świetność posiadłości, dbał o grunty, pilnował, aby farmerzy płacili podatki i karał rozrzutność. Jednak nie był w stanie odzyskać funduszów płynących z podatków od ulic i placów londyńskich, które kiedyś zostały lekkomyślnie sprzedane za nędzne pieniądze, nie wspominając o innym roztrwonionym kapitale, ulokowanym w inwestycjach, które w krótkim czasie miały dać duże dochody. Nie trzeba dodawać, że nigdy nie przyniosły żadnych zysków.

Tymczasem ojciec Arletty poważnie się rozchorował. Zbiegło się to z ukończeniem przez nią nauki. Wszelkie rozrywki i planowane przyjemności zostały odłożone na później. Schorowany ojciec nie był miły dla gości, którzy współczuli jemu i jego córce. Z dnia ńa dzień stawali się coraz bardziej osamotnieni. Mieszkali w ogromnym domu, pamiętającym czasy wspaniałych zabaw, komnat wypełnionych gośćmi, gdzie każdy mógł znaleźć dla siebie coś interesującego.

Gdy hrabia nie mógł już o własnych siłach utrzymać się na koniu, przestały też być potrzebne wyżły myśliwskie. Oddano je innemu właścicielowi ziemskiemu w hrabstwie. Uroczystą letnią fetę – jedną z większych atrakcji w majątku – przeniesiono gdzie indziej, podobnie jak zawody łucznicze, których nie organizowano już na zielonych, rozległych trawnikach Weir House.

Wydawało się, że w oczekiwaniu na śmierć hrabiego, cały majątek spowiła mgła przygnębiającego smutku.

Dzięki troskliwości córki żył dłużej niż przewidywano. A teraz kiedy odszedł, uwolnił od siebie Arlettę. Miała wreszcie szansę rozpocząć nowe życie, jak optymistycznie przewidywał pan Metcalfe.

– Przemyślmy to rozsądnie – zaczął praktycznym tonem. – Znam wszystkich pani krewnych i myślę, że nie weźmie mi pani za niegrzeczność, jeśli ośmielę się zaproponować któregoś z nich. Mam nadzieję, że wybrana osoba zapewni pani troskliwą opiekę i uczyni panią szczęśliwą.

– Ależ oczywiście, drogi panie Metcalfe, będę bardzo wdzięczna za wszelkie sugestie – odrzekła Arletta. – Ale wie pan dobrze, że w Anglii mam niewielu krewnych.

Najmłodszy brat hrabiego sprawował funkcję gubernatora Chartumu. Nie był żonaty i wydawało się nieprawdopodobne, aby zgodził się zamieszkać z bratanicą, nie wiadomo jak długo w odosobnionym i niespokojnym miejscu.

Jedyna ciotka Arletty została żoną gubernatora północno-zachodnich prowincji Indii. Miała trzy córki i własne problemy z nimi związane. Na pewno nie zechce wziąć na siebie odpowiedzialności także za Arlettę.

– Co pani sądzi o kuzynce Emily? – zapytał pan Metcalfe po dłuższym zastanowieniu.

Arletta krzyknęła przerażona.

– Nie będę mieszkać z kuzynką Emily, panie Metcalfe! To byłaby bardzo niewłaściwa decyzja. Przecież pan wie, że ona akceptuje jedynie zajęcia poważne, doniosłe. Nienawidzi takich przyjemności jak taniec, śpiew czy nawet cudze szczęście. Nie wyobrażam sobie nic bardziej przygnębiającego niż przymus zamieszkaniąz kuzynką Emily!

Pan Metcalfe zaśmiał się.

– Zgadzam się z panią, panno Ąrletto, musimy w takim razie poszukać kogoś innego.

– Ale kogo? – westchnęła – Zawsze żałowałam, że nie poznałam żadnych krewnych ze strony babci. Byli Francuzami i chyba nie przyjeżdżali do Anglii. A ja, choć noszę jej imię, też nigdy nie byłam we Francji.

– Zapomniałem o tym – przyznał cicho pan Metcalfe. – Oczywiście, Arletta to francuskie imię.

– Wszyscy mi mówili, że tak miała na imię matka Wilhelma Zdobywcy – ciągnęła Arletta. – Babcia pochodziła z Normandii, dlatego miała jasne włosy i niebieskie oczy. A ja wyglądam trochę jak Angielka i trochę jak Francuzka.

Pan Metcalfe roześmiał się.

– Muszę pani wierzyć na słowo, panno Arletto. Zawsze myślałem, że Francuzki mają ciemne oczy i włosy.

– Nie, jeśli tylko pochodzą z Normandii – odpowiedziała z dumą Arletta. – Kogo, oprócz nie znanych mi krewnych babci z Francji, mamy tu, w Anglii?

– Panią Travers – zaproponował pan Metcalfe.

Arletta zrobiła kwaśną minę.

Pani Travers rzadko odwiedzała Weir House i sama wyznaczając czas wizyt, nie respektując przy tym zaproszeń. Była w średnim wieku i nieustannie uskarżała się na jakieś dziwne dolegliwości, nad którymi głowili się lekarze. Arletta już dawno doszła do wniosku, że kuzynka Alicja po prostu nie ma co robić. Miała dość pieniędzy, aby zapewnić sobie wszelkie wygody, ale nie miała dzieci i dlatego całą uwagę poświęcała własnej osobie. Mogła spędzać wiele miesięcy w Harrogate, potem w Cheltenham, by wreszcie stwierdzić, że żaden z kurortów nie przyniósł oczekiwanej poprawy. Jechała więc dla odmiany do gorących źródeł w Bath lub Baden-Baden albo do wód mineralnych w Aix-les-Bains.

Arletta czuła, że po dwóch latach cierpień z uciążliwym, chorym ojcem nie miałaby już sił ani ochoty borykać się z podobnymi problemami, gdy zamieszka z kuzynką Alicją.

Pan Metcalfe uważnie obserwował twarz Arletty.

– Widzę, że wykluczamy także panią Travers – powiedział zdecydowanie.-W takim razie kogo jeszcze możemy brać pod uwagę? – rozmyślał głośno.

– Zastanawiałam się nad tym, zanim pan tu przyjechał – powiedziała Arletta. – Aż trudno uwierzyć, że w tak szanowanej rodzinie jak nasza, zostało nam tak niewiele możliwości.

– Musi ktoś być – pań Metcalfe był wyraźnie zdesperowany.

– Mamy jeszcze rodzinę w północnej Szkocji – rozmyślała Arletta – i podobno dalszych krewnych mieszkających w Irlandii, ale wątpię, żeby chcieli mnie widzieć u siebie, skoro papa ignorował ich tak długo.

Arletta miała rację, w takiej sytuacji nie było sensu zaprzątać sobie nimi głowy.

Pan Metcalfe rysował coś machinalnie nie odzywając się. Usiłował odtworzyć w myślach imponujące drzewo genealogiczne, które wisiało w korytarzu wiodącym do biblioteki.

Nagle Arletta podniosła się z krzesła.

– Nie ma sensu zamartwiać się w tej chwili – rzekła. – Przeniosę swoje rzeczy do domu posagowego do czasu, gdy zdecyduję, dokąd się udać.

– Moim zdaniem, powinna pani zostać w Londynie – zasugerował pan Metcalfe. – Mamy początek lata i chociaż jest pani w żałobie, ludzie powinni widzieć, że umie się pani znaleźć w towarzystwie.

– Uważa pan, że jestem w żałobie – odrzekła Arletta – ale proszę sobie przypomnieć, że papa podpisując testament zaznaczył wyraźnie, iż nie życzy sobie, aby ktokolwiek nosił po nim żałobę i ubierał się na czarno. Twierdził, że największą przyjemność sprawi mu jedynie rychła śmierć!

Pan Metcalfe własnoręcznie podpisywał testament. Znał hrabiego i wiedział, że coś takiego istotnie mogło paść z jego ust, choć było raczej w złym guście. Teraz, w ustach jego pięknej córki, zabrzmiało niemal okrutnie.

– Nikt nie pracowałby dla niego ciężej niż pani – powiedział cicho. – Wiem, że chciała mu pani ofiarować jak najwięcej w ostatnim roku życia, i wiem też, że był dość nieznośnym pacjentem.

– To prawda – przytaknęła Arletta i niespodziewanie roześmiała się. – Lekarze nie mogli sobie z nim poradzić, ja zresztą też. Wydaje mi się, że jedyną przyjemnością w jego wielkim cierpieniu było przeciwstawianie się nam. Robił dokładnie coś przeciwnego niż mu się kazało.

– Mnie się wydaje, że ś.p. hrabia w ogóle miał buntowniczą naturę – westchnął pan Metcalfe.

– Mam nadzieję, że ja także ją mam – zauważyła Arletta.

Pan Metcalfe spojrzał na nią zdumiony.

– Nie zamierzam pogrążyć się w depresji i użalać nad sobą. Teraz, gdy jestem już wolna, mam zamiar rozpocząć normalne życie.

Nie musiała wyjaśniać panu Metcalfe, że opieka nad ojcem w ogromnym, pustym, ponurym domu, gdzie nie miała do kogo ust otworzyć, to dla młodej dziewczyny stracony czas.

– Ma pani absolutną rację – powiedział głośno. – Trzeba sobie teraz umilić życie. Moim zdaniem, przydałoby się kupić kilka nowych sukni, Moja żona twierdzi, że nic lepiej nie poprawia nastroju kobiecie jak nowy strój.

Arletta roześmiała się lekko, naturalnie. Była bardzo atrakcyjną, młodą dziewczyną.

– Pańska żona na pewno ma rację – powiedziała. – Zamierzam udać się do Londynu, gdy tylko uporządkuję tu wszystkie sprawy i choć może się to komuś nie spodobać, sprawię sobie kilka pięknych sukni, a ponieważ znam opinię papy – nie będą czarne!

Pan Metcalfe pozbierał ze stołu papiery i włożył je do skórzanej torby.

– Jest to chyba jedyna rozsądna decyzja, jaką podjęliśmy tego popołudnia – powiedział. – Obiecuję przemyśleć pani sytuację i, mam nadzieję, zjawię się z jakimś rozwiązaniem.

Mówił pewnym siebie tonem, aby dodać jej otuchy, lecz w głębi duszy wiedział, że w jej rodzinie nie znajdzie się nikt na tyle uprzejmy i wyrozumiały, żeby dać schronienie tej śliczniej, młodziutkiej dziewczynie.

Odprowadziła go długimi korytarzami do holu. Wyczuwał panującą w tym domu ponurą, przygnębiającą atmosferę. Panna Arletta powinna jak najszybciej opuścić jego nieprzytulne mury.

Muszę znaleźć jakieś rozwiązanie! – myślał siedząc w swym starym, niemodnym powozie, przeznaczonym dla kucyków, zaprzężonym teraz w młodego, rączego konia, który miał go dowieść do odległego o pięć mil miasteczka, gdzie pan Metcalfe mieszkał i pracował.

Kiedy Arletta zobaczyła, jak powóz znikał w dębowej alei – wróciła do holu. Podobnie, jak przed chwilą pan Metcalfe, myślała ze smutkiem o swoim domu. Przygnębiona popatrzyła na zabrudzone okna. Nie przepuszczały nawet tyle światła, aby rozjaśnić wiszące na ścianach portrety dostojnych przodków. Już dawno należało je umyć, a wytarty dywan na schodach wyrzucić.

Przyszły hrabia z pewnością uzna, że dom jest przygnębiający i staroświecki. Nadszedł czas, gdy będzie mógł wprowadzić w życie swoje plany ulepszenia tego domostwa. Zawsze uważał za śmieszne wielkie wyrzeczenia, jakie podjął jego poprzednik, aby przywrócić lekkomyślnie utraconą, dawną świetność Weir House.

– Po co zaprzątać sobie głowę długami, jeśli są małe? – przypomniała sobie jego słowa Arletta.

Być może nie mówił tego poważnie, ale Arletta zbyt dobrze znała kuzyna Hugo. Kierował się w życiu własnymi zasadami i nie zamierzał iść w ślady stryja, który starał się żyć bardzo skromnie brzydząc się zaciąganiem długów. Czynił też wysiłki, aby spłacić długi swojego ojca, ponieważ od dziecka widział, że jego rozrzutny tryb życia był powodem cierpień wielu ludzi.

A teraz, po tylu latach trudów i wyrzeczeń, miałaby patrzeć, jak za sprawą kuzyna wszystko idzie na marne?

– Muszę stąd wyjechać – zdecydowała, idąc powoli pustym korytarzem do pokoju, w którym spędzała czas z ojcem.

Pokój był ładny, jasny z oknami od południa. Kiedyś należał do jej matki. Zgromadziła w nim lekkie, zgrabne francuskie mebelki oraz obrazy, które stanowiły przeciwieństwo przyciężkich portretów rodziny Weirów. Zimą i latem pokój wypełniały zapachem piękne kwiaty, ożywiające barwną zielenią przybladłe boazerie pochodzące z czasów królowej Wiktorii.

Tego pokoju będzie mi brakowało – pomyślała Arletta i podniosła wzrok na portret matki wiszący nad kominkiem.

Spoglądała z niego niezwykle piękna kobieta o łagodnym uśmiechu i błyszczących oczach. Arletta pomyślała, że cechy te świadczyły nie tylko o jej charakterze, lecz także o francuskim pochodzeniu. Matka bardzo różniła się od rodziny Weirów, której korzenie sięgały czasów anglosaskich.

Swoją drogą to dziwne, że dziadek ożenił się z Francuzką. Prawdopodobnie był takim samym buntownikiem jak ojciec. Miał dość sił, aby przeciwstawić się woli swych wyniosłych krewnych i, przypuszczalnie, zasadom panującym w tym ponurym domu.

– Szkoda, że nigdy nie poznałam babci – żałowała Arletta.

– Jesteś bardzo do niej podobna, kochanie – powiedziała kiedyś matka. – Gdy słyszę twój śmiech, to tak jakbym ją słyszała i wydaje mi się, że znów jestem dzieckiem.

Arletta przyglądała się portretowi dłuższy czas.

– Czy umiałabyś mi pomóc, mamusiu? Zupełnie nie mam pojęcia, co ze sobą począć – westchnęła głośno.

Przede wszystkim powinna znaleźć sobie przyzwoitkę. Przez chwilę pomyślała też o opiekunce, która zajęłaby się przedstawieniem młodej dziewczyny na dworze królewskim i w towarzystwie. Nie miała jednak pojęcia, jak zabrać się do tego i, mimowolnie, żachnęła się na ten pomysł. Była bardzo wrażliwa, nie chciała zwracać na siebie uwagi. Wszyscy zaraz myśleliby, że chce wydać się za mąż. A przecież nie spotkała jeszcze mężczyzny, który przyprawiłby ją o przyspieszone bicie serca i istniało niewielkie prawdopodobieństwo, że kiedyś go spotka.

– Nie chcę jeszcze wychodzić za mąż – pomyślała. – Na razie pragnę zakosztować życia.

To była dość ryzykowna decyzja, ponieważ w jej kraju młode panny wydawano za mąż zaraz po szkole. I nie istniało dla nich żadne inne rozwiązanie. Jeśli któraś się zbuntowała, zostawała zwykle starą panną i zajmowała się opieką nad swoimi niedołężnymi, steranymi życiem rodzicami, podobnie jak ona robiła to do tej pory. A potem, jako kochana ciotunia, przydawała się do niańczenia bratanków lub siostrzeńców. Na szczęście Arletta nie miała rodzeństwa, więc tego nie musiała brać pod uwagę.

– Co powinnam robić?! Co robić? – nie umiała znaleźć rozwiązania.

Nagle drzwi się otworzyły i ktoś zajrzał do środka. Arletta odwróciła się spoglądając na gościa.

– Jane! Czy to naprawdę ty?! – wykrzyknęła zdumiona.

– Dzwoniłam, ale nikt nie wyszedł – wyjaśniła Jane wchodząc do pokoju – więc pomyślałam, że tu pewnie cię znajdę.

Arletta podbiegła do niej i ucałowała gorąco.

– Kochana Jane! Jaka niespodzianka! Nie miałam pojęcia, że jesteś w domu.

– Przyjechałam dziś po południu – wyjaśniła Jane Turner – a gdy dowiedziałam się, że twój ojciec nie żyje, natychmiast wybrałam się zobaczyć z tobą.

– Jesteś bardzo miła.

– Tak mi przykro z powodu jego śmerci.

– Myślę, że dobrze się stało – odpowiedziała wprost Arletta. – Ataki serca zdarzały się coraz częściej i bardzo cierpiał z powodu podagry. Żył tak długo, tylko dlatego, że był wyjątkowo silnym mężczyzną.

– Papa mi opowiadał, jak troskliwie się nim opiekowałaś – ciągnęła Jane. – Biedna Arletto! To musiało być okropne. Często myślałam o tobie.

– To rzeczywiście było okropne – zgodziła się Arletta. – Ale teraz jestem bardzo podekscytowana twoją obecnością. Dlaczego przyjechałaś?

Uśmiech rozjaśnił niezbyt urodziwą twarz dziewczyny i przez chwilę wyglądała prawie ładnie.

Arletta przyglądała się jej uważnie.

– Coś się stało! Czuję to! Powiedz mi, Jane! – niecierpliwiła się.

Jane Turner westchnęła głęboko.

– Pewnie nie uwierzysz, Arletto, ale ja wychodzę za mąż!

– To wspaniała nowina! – zawołała Arletta. – Za kogo?

– Nigdy nie zgadniesz – odpowiedziała przyjaciółka. – Za Simona Suttona!

Arletta trochę przybladła.

– To niewiarygodne … aż trudno uwierzyć …

– To prawda – zapewniała Jane. – Pamiętasz go pewnie z czasów, gdy był wikarym u papy, potem wyjechał na Jamajkę. Tam doceniono jego zasługi i teraz ma zostać biskupem!

– A ty będziesz jego żoną – dokończyła podekscytowana Arletta. – To wspaniale!

– Nigdy nawet o tym nie śniłam – wyznała Jane – ale on mnie pokochał. Pisał do mnie prawie co tydzień, wciąż gorąco zapewniając o swojej miłości i tęsknocie, więc ja też często o nim myślałam.

Zarumieniła się i spuściła oczy. Arletta wyciągnęła rękę.

– Jane, to prawie jak w bajce. Przez cały ten czas cię kochał!

– Od kiedy był tu, w Little Meldon – pospieszyła z wyjaśnieniem Jane. – Trochę czułam, że był nieszczęśliwy, gdy stąd wyjeżdżał, ale nie ośmieliłam się nawet pomyśleć, że to z mojego powodu!

– Ale to prawda – upierała się Arletta.

– Tak, przyjechał do Anglii dwa dni temu i powiedział mi, że może sobie pozwolić na małżeństwo. Pragnie, abym pojechała z nim natychmiast na Jamajkę i była obecna przy jego konsekracji.

Arletta splotła ręce.

– Nigdy nie słyszałam czegoś równie ekscytującego, Jane. Tak się cieszę, że jesteś szczęśliwa. Przypuszczam, że przyjechałaś do domu, aby wziąć ślub?

– Oczywiście, papa musi nam go udzielić – odpowiedziała Jane. – Simon ma coś do załatwienia w Londynie i przyjedzie dopiero jutro wieczorem.

– Kochana Jane, jak bardzo się cieszę, że będę na twoim ślubie.

– Nie ma czasu, aby zapraszać wiele ludzi – usprawiedliwiała się Jane – ale oczywiście ciebie zapraszam – popatrzyła trochę nieśmiało. – Czy zgadzasz się być moją jedyną druhną?

– Naturalnie – przytaknęła bez wahania Arletta. – Byłoby mi bardzo przykro, gdybyś mnie o to nie poprosiła.

– Chyba niedobrze, że będę miała tylko jedną druhnę, gdy jestem taka stara – zastanawiała się Jane. – Czy wiesz, że za miesiąc skończę dwadzieścia osiem lat?

– Jestem pewna, że jesteś w bardzo odpowiednim wieku, aby zostać żoną biskupa – zaśmiała się Arletta.

Jane także uśmiechnęła się lekko. Była córką pastora. Znały się od dziecka, i często razem się bawiły. Ojciec Jane zgodził się nawet uczyć Arlettę przedmiotów, na których nie znały się jej guwernantki, ponieważ czcigodny Adolphus Turner był z wykształcenia humanistą.