Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 271 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nasze olśnienie - Sandi Lynn

Nazywam się Jack Sutton. Jestem dyrektorem „Sutton Fashion Magazine”. Miałem świat u stóp. Kariera, góry pieniędzy i piękne kobiety na zawołanie. Sześć małżeństw mojej matki kompletnie zniechęciło mnie do związków. Kobiety to tylko zabawki – takie było moje motto. Wtedy spotkałem Lorelei Flynn - piękną i zupełnie dla mnie nieodpowiednią. Była moją osobistą asystentką i kobietą zamkniętą w sobie. Musiałem odkryć, co kryje się za jej urodą. To było coś, czego nie umiałem wytłumaczyć. Coś wyjątkowego.

Nazywam się Lorelei Flynn. Byłam piętnastą asystentką Jacka Suttona w ciągu roku. Mój chłopak zginął siedem lat temu. Przed śmiercią zostawił mi dar: córeczkę Hope. Moje życie kręciło się tylko wokół niej. Wtedy pojawił się Jack Sutton. Cholernie seksowny kobieciarz. I mój szef. Ta granica nie powinna zostać przekroczona. Ale została przekroczona i mój świat nagle się zmienił. I to mnie przeraża…

Opinie o ebooku Nasze olśnienie - Sandi Lynn

Fragment ebooka Nasze olśnienie - Sandi Lynn

Korekta

Halina Lisińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

©kiuikson/Shutterstock

Tytuł oryginału

Something About Lorelei

Something About Lorelei

Copyright © 2015 by Sandi Lynn.

Published by arrangement with Browne & Miller Literary Associates, LLC.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6128-7

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Rozdział 1

JACK

Znalazłeś już kogoś? – spytałem Garretta, mojego przyjaciela i dyrektora kadr.

Usiadł po drugiej stronie mojego biurka i westchnął.

– Jeszcze nie. Masz beznadziejną reputację, Jack. Zmieniasz asystentki szybciej niż ja bieliznę.

Wzruszyłem ramionami.

– To nie moja wina, że zatrudniasz niekompetentne kobiety, które nie są w stanie wykonać prostych zadań.

Garrett przewrócił oczami.

– Kobiety, które zatrudniam, są odpowiednio kompetentne, żeby sprostać wszystkim poleceniom. To ty je odstraszasz. Kilka dni temu Amber wypłakiwała się w moim biurze, bo byłeś dla niej niedobry. Powiedziałeś jej, że jeśli nie naprawi swojego błędu, to spalisz ją żywcem. Nie możesz tak gadać, Jack. Chcesz, żeby cię zaskarżyły?

Podniosłem kubek z kawą, wziąłem łyk i zaśmiałem się.

– Mam na myśli to, że jeśli nie jesteś w stanie pracować pod presją, to wylatujesz. Jestem perfekcjonistą i chcę, żeby wykonywano obowiązki porządnie. Jeśli te kobiety nie potrafią zrobić dokładnie tego, co chcę, to do diabła z nimi. Czy to takie trudne zrozumieć proste zadanie?

– Ludzie popełniają błędy, Jack. Ile razy mam ci to powtarzać?

– W tym biznesie nie ma miejsca na wpadki. Moja matka nigdy tego nie tolerowała. Tak samo jak ja. A teraz znajdź mi szybko kogoś kompetentnego. Nie znoszę, gdy muszę korzystać z sekretarki Coco, bo nie jest wcale lepsza od tych, które ostatnio dla mnie pracowały. Płacę tym ludziom dobrze. Więcej niż przeciętnie w tej branży, więc wymagam, żeby wykonywali swoją pracę porządnie.

Potrząsnął głową, wstając z krzesła.

– Czy ktoś kiedykolwiek będzie w stanie cię zadowolić?

Wzruszyłem ramionami.

– Prawdopodobnie nie.

– Okej. W takim razie idę znaleźć ci kolejną ofiarę – westchnął i wyszedł z mojego gabinetu.

Roześmiałem się – wszystkie moje dotychczasowe asystentki były właśnie takimi ofiarami. Za każdym razem, gdy przechodziłem obok ich biurek, kuliły się ze strachu i przerażone spuszczały wzrok. Uwielbiałem tę kontrolę nad nimi. Ale gdyby wykonywały swoje zadania jak trzeba, nie musiałbym być taki wredny.

Gdy przeglądałem rozkład magazynu do zatwierdzenia, weszła moja siostra Coco.

– Franny mówi mi, że każesz jej biegać po mieście w swoich prywatnych sprawach – powiedziała z irytacją.

– Dzień dobry, siostrzyczko.

– Nie mam dobrego dnia i wyjaśnijmy sobie pewne kwestie. Nie masz prawa wykorzystywać mojej sekretarki dla swojego osobistego zadowolenia tylko dlatego, że jesteś kutasem, przez którego odchodzą wszystkie asystentki. Franny jest jedną z moich najlepszych sekretarek od dłuższego czasu i nie mam zamiaru jej stracić z powodu twojego nadętego tyłka.

– Uspokój się. Nie pozwolę jej odejść. Jestem naprawdę zajęty i potrzebuję, żeby odebrała dla mnie kilka rzeczy. Obiecuję, że jeśli pozwolisz mi korzystać z niej do czasu, aż Garrett nie znajdzie mi nowej, to będę słodki jak mód. A więc, czy ten zły poranek ma coś wspólnego z Joshuą? – spytałem. Miałem nadzieję, że zerwała z tym dupkiem.

– Może. – Opuściła wzrok. – Nie wrócił na noc.

– Gdzie, do cholery, był? – spytałem, opierając się na krześle.

– Spytałam go o to rano, gdy w końcu się pojawił. Powiedział, że zasnął na kanapie w gabinecie.

– Wierzysz mu? – spytałem z irytacją.

– Trochę tak. Ostatnio bardzo długo pracuje i wiem, że jest naprawdę zestresowany całą tą spółką z firmą prawniczą.

Pomachałem dłonią przed twarzą.

– Wierz, w co chcesz, siostrzyczko. Ale wiesz, co o nim sądzę już od pierwszego dnia. Nie jest dla ciebie odpowiedni. To oszust. Jest gównianym kretynem, który ciągle cię rani.

– Hm… Znam jeszcze kogoś takiego. – Spojrzała na mnie ze złością.

– To nie było miłe. Ja nigdy cię nie skrzywdziłem. Mówię ci, co widzę, żebyś oprzytomniała i zdała sobie sprawę, że popełniasz błąd, zostając z nim.

– Przyznaj, Jack. Nigdy nie zaakceptujesz żadnego mojego partnera. I nigdy nie akceptowałeś.

– To prawda. W takim razie musisz przestać wybierać nieodpowiednich kolesiów – uśmiechnąłem się ironicznie.

Przewróciła oczami i wyszła z mojego gabinetu.

Kochałem swoją siostrę i chciałem dla niej szczęścia, a z Joshuą nie była szczęśliwa, mimo że bardzo starał się siebie o tym przekonać. Była piękną kobietą. Wysoka z długimi brązowymi włosami i dużymi oczami w tym samym kolorze. Była smukła i wysportowana i mogła mieć każdego, kogo tylko zapragnęła. Więc dlaczego, do cholery, zadowalała się Joshuą? Gość był prawnikiem i, jak na prawników przystało, oszustem. Wiedziałem, że ją zdradza, bo raz widziałem go, jak wychodzi z hotelu z inną kobietą. Zagroziłem, że go zabiję i przywaliłem mu, a on błagał mnie, żebym nie mówił Coco. Powiedział mi, że ją kocha, ale mieli problemy i popełnił błąd. Dałem mu ostatnią szansę. Wiedział, że lepiej nie wchodzić mi w drogę.

Jeśli chodzi o mnie, to nie angażowałem się w związki. Nigdy nie wychodziły i nie były warte zawracania sobie głowy kłótniami, zazdrością i gniewem. Moja matka była najlepszym tego dowodem, gdy wyszła za mąż po raz szósty i potem się rozwiodła. Traktowałem kobiety jak zabawki. Bawiłem się nimi, a gdy miałem już dość, to wyrzucałem je. Dobrze wiedziały, w co się pakują, idąc ze mną do łóżka. Niektórym zależało, a innym nie. Te ostatnie pieprzyłem więcej razy.

Rozdział 2

LORELEI

A teraz czas do łóżka. Masz rano szkołę – uśmiechnęłam się, pstrykając Hope w nos.

– Jeszcze jedna bajka, mamo. Proszę – jęczała.

– Koniec na dzisiaj z bajkami, kochanie – pochyliłam się i pocałowałam ją w głowę. – Idź spadź, a kiedy się obudzisz, będą czekały na ciebie naleśniki z czekoladą.

– Okej – uśmiechnęła się. – Kocham cię. Dobranoc.

– Też cię kocham, skarbie. Dobranoc.

Wstałam z jej łóżka, zgasiłam światło i pociągnęłam za drzwi, zostawiając je nieznacznie uchylone. Nalałam sobie kieliszek wina i usiadłam z nim na kanapie. Otworzyłam laptopa i znowu zaczęłam poszukiwania pracy.

Minęły dwa miesiące, odkąd straciłam pracę w Praline Inc. Firma bankrutowała, więc musieli ciąć koszty. I ja byłam jednym z tych kosztów. Moje konto w banku świeciło pustkami i musiałam pożyczać pieniądze na czynsz od mamy i Nicka. Źle się z tym czułam, bo już tyle dla mnie zrobili w ciągu tych siedmiu lat, odkąd urodziła się Hope. Przez ostatnich parę lat radziłam sobie sama, dopóki nagle nie zwolnili mnie z pracy. Nie mogłam odtąd nic znaleźć, bo przemysł modowy był przepełniony ludźmi, którzy mieli takie same jak ja pomysły. Gdy tak przeglądałam ogłoszenia w Internecie, zadzwonił mój telefon. To była moja najlepsza przyjaciółka, Stella.

– Cześć – odebrałam.

– Znalazłam coś, co mogłoby cię zainteresować – powiedziała podekscytowana.

– Och? Co?

– Dziewczyna, z którą pracuję, mówiła, że w Sutton Magazine szukają asystentki.

– Naprawdę? Dlaczego nie ma tego w Internecie?

– To wyszło dopiero parę dni temu. Może jeszcze nie umieścili ogłoszenia.

– A skąd ona to wie? – spytałam.

– Jej przyjaciółka pracuje tam jako jedna z sekretarek i powiedziała jej, że ostatnia asystentka po prostu wstała i wyszła bez słowa. Myślę, że ten koleś to prawdziwy dupek.

– Nie obchodzi mnie to. Potrzebuję pracy na już. Musiałam poprosić mamę i Nicka o pieniądze na czynsz.

– Cholera. Na pewno ci ciężko. Powinnaś poprosić mnie. Pożyczyłabym ci.

– Dzięki. Wiem, ale nie chciałam. Wiesz, że staram się polegać wyłącznie na sobie.

– Wiem, kochanie. Masz tutaj numer do Sutton Magazine. Zadzwoń do ich kadr jutro, a potem zobaczymy.

– Zadzwonię. Dziękuję, Stella.

– Nie ma za co, a jeśli czegoś potrzebujesz, to zadzwoń do mnie.

– Obiecuję. Pogadamy później.

Przyjaźnimy się ze Stellą Bay, odkąd miałyśmy dziesięć lat i ciągnęłyśmy się za włosy na podwórku w podstawówce. To była nienawiść od pierwszego wejrzenia. Ale nie rozstajemy się ze sobą od momentu, w którym dyrektor szkoły posadził nas obok siebie i kazał ze sobą porozmawiać. Stella była dla mojej mamy jak druga córka i spędzała dużo czasu w naszym domu, bo jej ojciec był alkoholikiem. Umarł kilka lat temu na niewydolność wątroby, ale Stella nawet nie pojawiła się na pogrzebie. Powiedziała, że gdyby przyszła, to naplułaby na jego grób. Jak tylko skończyłyśmy liceum, poszła na uniwersytet w Nowym Jorku, miała dwie prace, sama płaciła swoje czesne, mieszkała w kampusie studenckim i żyła od tamtej pory na własną rękę. Dopóki nie poznała Sebastiana, miłości swojego życia, która pojawiła się trzy lata temu i ją ocaliła. To był ten rodzaj miłości, której i ja kiedyś doświadczyłam, zanim została mi szybko odebrana, gdy miałam osiemnaście lat. A potem pojawiła się nowa miłość mojego życia: moja córeczka, Hope. Była dla mnie wszystkim, a moje życie obracało się tylko wokół niej.

Następnego ranka, gdy podrzuciłam Hope do szkoły, postanowiłam, że pojadę do Sutton Magazine osobiście, zamiast do nich dzwonić. Gdy weszłam do olbrzymiego budynku, przy wejściu uśmiechnął się do mnie miły mężczyzna.

– Czy mogę w czymś pani pomóc?

– Szukam Sutton Magazine. A dokładnie ich działu kadr.

– Proszę pojechać windą na dziesiąte piętro. Tam są kadry.

– Dziękuję – uśmiechnęłam się i podeszłam do windy.

Wysiadłam na dziesiątym piętrze i otworzyłam drzwi z tabliczką „Kadry”. Weszłam do środka. Rudowłosa kobieta uśmiechnęła się do mnie, gdy do niej podeszłam.

– Mogę w czymś pomóc?

– Chciałabym się dowiedzieć o stanowisko osobistego asystenta.

– Jest pani umówiona? – spytała.

– Nie. Przyjaciółka powiedziała mi, że szukacie kogoś, więc pomyślałam, że złożę aplikację osobiście.

– Przykro mi… – spojrzała na mnie obojętnie.

– Lorelei Flynn.

– Przykro mi, Lorelei, ale musisz umówić się na spotkanie telefonicznie. Nie przyjmujemy kandydatów z ulicy.

Nagle pojawił się mężczyzna, który niedbale wrzucił teczkę do szafki na dokumenty.

– Co tu się dzieje, Amando? – spytał.

– Ta pani chciała dowiedzieć się o stanowisko asystenta. Powiedziałam jej, że musi zadzwonić i umówić się na spotkanie.

– Rozumiem – uśmiechnął się, przypatrując mi się. – Właśnie tak po prostu weszłaś?

– Tak. Pomyślałam, że mogłabym aplikować osobiście. Przepraszam, że zabrałam wam czas – zaczęłam odchodzić, gdy on mnie zatrzymał.

– Czekaj. Lorelei, tak?

– Tak – odwróciłam się.

– Chodź ze mną. Dam ci do wypełnienia nasz formularz, a potem porozmawiam z tobą. Skoro już tu jesteś, to po co miałabyś znowu przychodzić? – Puścił do mnie oko.

– Dziękuję panu.

Wyciągnął dłoń. Uścisnęłam ją.

– Garrett Sullivan. Amando, weź formularz i przynieś go do mojego gabinetu. Chodź za mną, Lorelei.

Szłam za nim wzdłuż długiego przejścia do jego gabinetu.

– Usiądź, proszę, przy stole i gdy tylko Amanda przyniesie formularz, możesz go wypełnić.

– Doceniam to, panie Sullivan. To naprawdę dużo dla mnie znaczy.

– Nie ma sprawy. Mów do mnie Garrett.

Ruda Amanda weszła i wręczyła mi formularz i długopis. Garrett usiadł za biurkiem, a ja wypełniałam dokument. Gdy tylko skończyłam, wstałam z krzesła i podałam mu go.

– Usiądź, proszę. – Wskazał krzesło naprzeciw siebie.

Zanim się odezwał, czytał mój formularz przez kilka chwil. Garrett Sullivan wyglądał na przystojnego mężczyznę. Miał ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, krótkie blond włosy i zielone oczy. Wyglądał na nieco ponad trzydzieści lat. Miał na sobie dobrze skrojony granatowy garnitur. Było w nim coś, co sprawiało, że dobrze się czułam.

– Czym dokładnie zajmowałaś się w Praline? – spytał z uśmiechem.

– Byłam pracownikiem działu administracyjnego. Rozbiłam w sumie wszystko.

– Jak bardzo jesteś zorganizowana?

– Mam trochę świra na punkcie organizacji.

– Jesteś perfekcjonistką? – uśmiechnął się ironicznie.

– Mama mówi, że tak. Nie nazwałabym się perfekcjonistką – mówiłam, sięgając po przycisk do papieru w kształcie Statui Wolności, który znajdował się na jego biurku, i prostując go.

Jego szeroki uśmiech jeszcze bardziej się rozszerzył.

– Studiowałaś modę w Parsons?

– Tak. Kocham modę i uwielbiam projektować.

– I pracowałaś w dziale administracyjnym. Dlaczego?

– Musiałam zrezygnować z Parsons, bo moja córka zachorowała i chciałam być z nią przez cały czas.

– Masz córkę?

– Tak. Ma siedem lat. Hope.

– Mam nadzieję, że już z nią lepiej – powiedział.

– Pewnie. To było kilka lat temu. Chciałam wrócić do Parsons, ale gdy odeszłam to straciłam stypendium. Jestem samotną matką, a kiedy wychowujesz dziecko, to liczy się każdy grosz.

– Rozumiem. Masz dwadzieścia pięć lat, prawda?

– Tak.

– Będę z tobą szczery, Lorelei. Na tym stanowisku pracuje się dla Jacka Suttona, generalnego dyrektora Sutton Magazine. Wydajesz się być wspaniałą kobietą z głową na karku, która musiała szybko dorosnąć. Nie jestem pewien, czy pan Sutton to szef odpowiedni dla ciebie.

– Panie… Garrett, słyszałam o panu Suttonie i, szczerze, nie boję się go. Nie jestem słabą i kruchą dziewczynką. Tak jak powiedziałeś, mając córkę w wieku osiemnastu lat, musiałam szybko dorosnąć. Chcę tylko tego, co dla niej najlepsze. Bardzo potrzebuję pracy. Minęły dwa miesiące, a moje konto jest puste.

– Mieszkasz w Harlemie. Czterdzieści pięć minut drogi stąd. Będziesz musiała być tutaj przed ósmą i będziesz kończyć o piątej z godzinną przerwą na lunch. Dasz radę, mając córkę?

– Zrobię wszystko, co trzeba, żeby moja córka miała opiekę. Więc odpowiedź na twoje pytanie brzmi: tak, dam radę. W idealnym świecie chciałabym móc zostać w domu i poświęcić każdą minutę córce, ale taka jest rzeczywistość, prawda? Więc zrobię wszystko, co tylko będę musiała, żeby dać Hope to, czego potrzebuje.

Patrzył na mnie badawczo przez kilka chwil, zanim się odezwał.

– Jestem pewien, że ojciec Hope płaci alimenty. To powinno trochę pomóc.

Delikatnie uśmiechnęłam się do niego.

– Hope nie ma ojca. Zginął w wypadku samochodowym, zanim się urodziła.

Spojrzał w dół, a potem z powrotem na mnie ze współczuciem.

– Tak mi przykro z powodu twojej straty.

– Dziękuję. – Spojrzałam na swoje spocone dłonie.

– Dostałaś pracę, Lorelei.

Rzuciłam mu szybkie spojrzenie pełne ekscytacji.

– Dziękuję. Bardzo dziękuję, Garrett! – wykrzyknęłam.

– Nie ma za co. Słuchaj, dam ci osobny czek na taksówkę na miesiąc. Zaufaj mi, to dla twojego dobra. Jeśli będziesz jeździć metrem, to pewnie się spóźnisz. To tylko między nami. Mr. Sutton ma o tym nie wiedzieć.

– Obiecuję, że nic mu nie powiem. To bardzo miłe.

– Dobrze. Możesz zacząć od jutra? On nie może się doczekać nowej asystentki.

– Tak. Oczywiście. – Uśmiechnęłam się, wstając z siedzenia i uścisnęłam jego rękę.

Rozdział 3

JACK

Spotkałem się z Garrettem w Ai Fiori przy Piątej Alei na obiad. Siedział już przy naszym stoliku, gdy wszedłem.

– Więc w jakiej sprawie ten pilny obiad? – spytałem, siadając.

– Znalazłem ci asystentkę. Zaczyna jutro.

– Doskonale. A może, zanim ją zatrudniłeś, to najpierw powinienem ją poznać. Ostatnio nie trafiasz z wyborami – uśmiechnąłem się ironicznie.

Podeszła do nas kelnerka. Miała na sobie głęboko wyciętą czarną koszulkę, spod której sterczały cycki.

– Mogę zaproponować wam drinka na początek? – uśmiechnęła się.

Mogła zaproponować mi coś innego. Na pewno nie myślałem teraz o drinku.

– Tak, poproszę szkocką z lodem.

– Już się robi, proszę pana.

Spojrzałem na Garretta, a on zaczął mówić.

– Moje wybory są odpowiednie. To ty masz problem, Jack.

Westchnąłem.

– Wiesz, że gdyby nie to, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi od studiów to już bym cię zwolnił.

Przewrócił oczami i parsknął.

– Jestem o tym przekonany. Ale wiedz, że gdybyśmy nie byli najlepszymi przyjaciółmi, to sam bym odszedł.

– W rzeczy samej, przyjacielu!

Kelnerka ze sterczącymi cyckami postawiła przede mną drinka i przyjęła nasze zamówienie.

– Więc opowiedz mi o mojej kolejnej ofierze – uśmiechnąłem się.

– Nazywa się Lorelei Flynn i ma wyjątkowo dobre umiejętności organizacyjne. Poprawiła nawet przycisk do papieru na moim biurku.

– Och. Sądzę, że już ją lubię. Jest gorąca?

Przekrzywił głowę w moim kierunku i spojrzał gniewnie. Uśmiechnąłem się.

– Jest bardzo atrakcyjną kobietą.

– Ile ma lat?

– Dwadzieścia pięć. A co?

Wzruszyłem ramionami.

– Nic. Pasuje mi dwadzieścia pięć. Mąż albo chłopak?

– Wiem, że nie jest zamężna. A co do chłopaka to nie mam pojęcia. Dlaczego pytasz?

– Bo nie chcę, żeby jakiś dupek ganiał za mną, gdy odeślę ją do domu we łzach jak dwie poprzednie.

– W takim razie może nie powinieneś być takim kutasem – uśmiechnął się ironicznie.

– Nic na to nie poradzę. Taką mam naturę. – Podniosłem kieliszek.

– Właściwie, to nie jest twoja natura. Pamiętam cię z czasów, gdy nie byłeś takim kretynem.

Po obiedzie z Garrettem pojechałem do swojego penthouse’u i nalałem sobie drinka. Wyciągnąłem telefon i wysłałem SMS-a do Adriane.

„Wpadniesz?”

„Pewnie. Będę za piętnaście minut”.

„Nie mogę się doczekać”.

„Ja też”.

Spotykałem się z Adriane, gdy nagle potrzebowałem seksu. Należała do tych kobiet, którym nie zależało i zawsze lubiła się zabawić. Poszedłem na górę do sypialni i otworzyłem szufladę w stoliku nocnym, żeby się upewnić, że mam prezerwatywy. Miałem tylko dwie. Musiałem uzupełnić braki jak najszybciej. Usłyszałem windę, więc zszedłem na dół, a ona właśnie wchodziła do apartamentu.

– Dobry wieczór. Dzięki, że przyszłaś tak szybko – uśmiechnąłem się.

– Przyjemność po mojej stronie, Jack. Ale będziemy musieli porozmawiać po wszystkim.

Och, nie. Takie teksty nigdy nie brzmią dobrze. Natychmiast zniszczyła nastrój.

– Właśnie zepsułaś atmosferę, Adriane. O co chodzi?

Podeszła do mnie i zaczęła rozpinać mi koszulę, przebiegając palcem po mojej piersi.

– Najpierw seks – otarła się ustami o moje.

Musiałem wiedzieć, o czym chciała porozmawiać, bo bałem się, że chce czegoś ode mnie. Moje ciało przeszył strach, uniemożliwiając erekcję.

– Sorry, Adriane. Zniszczyłaś nastrój. Musisz mi powiedzieć, o czym chcesz porozmawiać.

Westchnęła.

– Dobra. Zaczęłam się z kimś spotykać i myślę, że on mi się naprawdę podoba. Więc po dzisiejszej nocy nie możemy już tego robić. Dopóki jestem z nim.

Potrząsnąłem głową.

– Czekaj. Poznałaś kogoś i mimo wszystko tu przyszłaś? Dlaczego?

– Nie wiem. Jedno ostatnie dobre pieprzenie ze względu na stare czasy.

Miałem jedną zasadę, której zawsze się trzymałem. Nigdy nie pieprzyć zajętej kobiety. I jeśli przeleciałbym dzisiaj Adriane, to złamałbym tę zasadę, a nie miałem zamiaru tego robić bez względu na to, jak bardzo potrzebowałem seksu.

– Przykro mi, Adriane, ale jeśli spotykasz się z kimś, to nie możemy tego zrobić. Myślałem, że nie jesteś zainteresowana związkami – powiedziałem i podszedłem do baru, gdzie nalałem nam obojgu szkockiej.

Gdy podałem jej szklankę, odrzekła.

– Bo nie jestem. To znaczy nie byłam, ale pojawił się Riley i tak jakby zawrócił mi w głowie. To dobry człowiek i naprawdę go lubię.

– Jeśli naprawdę byś go lubiła, to nie przyszłabyś tutaj, żeby się ze mną pieprzyć, prawda?

– Pogubiłam się, Jack. Może musiałam się przekonać, co naprawdę czuję do Rileya.

– Dzięki, Adriane – uśmiechnąłem się z ironią.

Wychyliła drinka i oddała mi szklankę.

– Dobrej nocy, Jack. Kiedyś się jeszcze zobaczymy.

– Nawzajem. Mam nadzieję, że wam wyjdzie.

– Dzięki – uśmiechnęła się do mnie i weszła do windy.

Westchnąłem i wychyliłem swoją szkocką.

– Wygląda na to, że czeka nas porno – powiedziałem, spoglądając w dół na swojego kutasa.

LORELEI

Gdy wyszłam z Sutton Magazine, od razu pojechałam do mamy, żeby opowiedzieć jej o pracy.

– Cześć, kochanie – uśmiechnęła się i pocałowała mnie w policzek. – Właśnie zaparzyłam kawę i upiekłam szarlotkę.

– Brzmi świetnie, mamo.

Poszłam za nią do kuchni i usiadłam przy stole.

– Więc co cię sprowadza?

– Dostałam pracę.

– Och, Lorelei! To wspaniale! Gdzie?

– W Sutton Magazine. Pełen etat, pensja wyższa niż w Praline i mam nawet opiekę medyczną.

– Gratulacje! Tak się cieszę. Będziesz potrzebować pomocy z Hope?

Spojrzałam w dół, bo ciężko było mi prosić ich o pomoc.

– Tak myślę. W pracy muszę być o ósmej, a wyjdę dopiero o piątej. Rano może chodzić do świetlicy, ale zastanawiałam się, czy nie mogłabyś jej odbierać po szkole.

– Oczywiście, kochanie. To właśnie jedna z wielu korzyści pracy w domu. Mogę sama ustalać godziny – uśmiechnęła się.

– Też bym tak chciała.

Postawiła przede mną kawę i kawałek szarlotki.

– Pewnego dnia też będziesz tak miała.

Czułam, jak emocje buzują we mnie nieustannie, bo ostatnie dwa miesiące z Hope były najlepszymi do tej pory i ciężko mi będzie znowu być z dala od niej.

– Posłuchaj, Lorelei. – Mama położyła mi na ręce swoją dłoń. – Jesteś wspaniałą matką i Hope to wie. Rozumie, że musisz ciężko pracować, żeby zapewnić jej wszystko, czego potrzebuje.

– Wiem, ale nadal czuję się winna.

– Rozumiem, bo ja też tak się czułam, zostawiając cię, gdy musiałam pracować. Ale radziłaś sobie świetnie. I Hope też sobie poradzi. Ma kochającą rodzinę, która się nią zaopiekuje.

Gdy skończyłam kawę i ciasto, musiałam jechać odebrać Hope ze szkoły.

– Może z taką pensją mogłabym znaleźć mieszkanie bliżej pracy i was.

– Nadal chciałabym, żebyście wprowadziły się do mnie i Nicka.

– Nie mogę, mamo. Potrzebujemy z Hope własnego kąta.

Podeszła do mnie i przytuliła mnie.

– Wiem. Jestem z ciebie bardzo dumna.

Stałam przed drzwiami do klasy Hope, czekając na koniec lekcji. Jak tylko zadzwonił dzwonek, otworzyły się drzwi, z których wybiegł tłum dzieci. Hope zauważyła mnie i przybiegła prosto w moje ramiona.

– Hej, skarbie – pocałowałam ją w czubek głowy. – Jak w szkole?

– Dobrze. A jak tobie minął dzień?

– W porządku. Opowiem ci o wszystkim przy pizzy – uśmiechnęłam się.

– Tak! – wykrzyknęła.

Trzymając się za ręce, poszłyśmy do naszej ulubionej pizzerii i usiadłyśmy przy małym okrągłym stoliku. Złożyłyśmy zamówienie, a ja spojrzałam Hope w jej pełne szczęścia oczy.

– Dostałam dzisiaj pracę.

– Naprawdę?!

– Tak. Zaczynam jutro. Rano będziesz musiała chodzić do świetlicy, ale babcia będzie odbierać cię codziennie po lekcjach. Co o tym sądzisz, kochanie?

Wzruszyła ramionami.

– Nie przeszkadza mi to. Addison chodzi rano do świetlicy i mówi, że jest fajnie.

– Musisz zacząć wstawać wcześniej, bo nie mogę się spóźniać do tej pracy. Nie mam takich elastycznych godzin jak w Praline.

– Nie martw się tyle, mamusiu. Poradzę sobie – uśmiechnęła się szeroko.

Hope, jak na swój wiek, była naprawdę bystra. Ale nadal była dzieckiem i nie chciałam, żeby się martwiła albo zbyt szybko dorastała. Usłyszałam, jak mój telefon dzwoni w torebce. To była Stella, więc odebrałam.

– Halo.

– Wybacz, że nie odebrałam wcześniej, ale cały dzień byłam na zebraniach odnośnie do nowej linii butów.

– W porządku. Wpadniesz później?

– Jasne. Będę po szóstej. Okej?

– Świetnie. To do zobaczenia.

– Cześć, ciociu Stello! – Hope krzyknęła przez stół.

– Pozdrów to ciasteczko ode mnie i powiedz, że niedługo się zobaczymy.

– Pewnie. Do zobaczenia.

W końcu przyniesiono nam pizzę. Odkroiłam kawałek i położyłam na talerzu Hope.

– Dlaczego nie znajdziesz sobie chłopaka? – spytała mnie zupełnie niespodziewanie.

Popatrzyłam na nią zaskoczona, bo nigdy jeszcze nie zadała mi takiego pytania.

– Dlaczego mnie o to pytasz?

– Nie wiem. Mama Addison spotyka się z kimś i Addison bardzo go lubi. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że nie będę miała nic przeciwko, jak zaczniesz się z kimś umawiać.

Poczułam się tak, jakby huragan przedarł się przeze mnie. Sama myśl o randkach przerażała mnie. Nawet o tym nie myślałam, odkąd poznałam Bretta. Był miłością mojego życia i nie mogłam wyobrazić sobie, że ktoś mógłby go zastąpić.

– Myślę, że nie spotkałam jeszcze nikogo wartego uwagi – powiedziałam, wpatrując się w jej dziecięce niebieskie oczy.

– Chyba nie próbowałaś.

– To dlatego, że ty jesteś dla mnie wszystkim – uśmiechnęłam się.

– Może powinnaś spróbować na portalu randkowym. Tam właśnie mama Addison znalazła swojego chłopaka.

Byłam zupełnie zbita z tropu rozmową, którą prowadziła ze mną siedmioletnia córka.

– Okej. Nie rozmawiajmy już o tym. Zabierajmy się do pizzy, żebyśmy zdążyły do domu, zanim przyjdzie ciocia Stella.

Rozdział 4

LORELEI

Jak tylko wróciłyśmy do domu, Hope wskoczyła do wanny, a ja sprzątałam kuchnię po śniadaniu. Stella miała klucz, więc weszła sama.

– Cześć wszystkim – uśmiechnęła się. – Mam nadzieję, że nadal masz tę butelkę wina, którą otworzyłyśmy kiedyś wieczorem, bo potrzebuję drinka.

Uśmiechnęłam się.

– Jest w lodówce.

Sięgnęłam do szafki po jedyne dwa kieliszki do wina, jakie miałam, a Stella wyciągnęła wino z lodówki.

– Dzwoniłaś do Sutton Magazine dzisiaj? – spytała, nalewając wina.

– Nawet więcej. Dostałam pracę! – pisnęłam.

– Co?! O Boże! Gratulacje! – Przytuliła mnie.

– Dziękuję. Jutro zaczynam.

– Wow. Szybko. Mrugałaś do niego tymi swoimi ślicznymi niebieskimi oczami, czy jak?

– Nie poznałam pana Suttona. Rozmawiałam tylko z managerem kadr, a on od razu mnie zatrudnił.

– Cudownie. Powiedziałaś już Hope?

– Tak. Rozmawiałyśmy o tym przy pizzy. Jest podekscytowana.

Hope wbiegła do pokoju i przytuliła Stellę.

– Ciocia Stella!

– Hej, Hopester. Jak się miewa moja laleczka?

– W porządku. Mama powiedziała ci, że dostała dzisiaj pracę?

– Jasne. Bardzo się cieszę.

– Ja też! – wykrzyknęła Hope. – Pogadamy później. Muszę zrobić zadanie domowe.

– W porządku, mała mądralo. – Stella klepnęła ją w pupę.

Wzięłyśmy wino i usiadłyśmy na kanapie.

– Słyszałam, że Jack Sutton to kompletny dupek i bardzo ciężko się z nim pracuje. Jesteś pewna, że dasz radę? – spytała z troską.

– Poradzę sobie z panem Suttonem. Nie mogę się jednak uporać z moją siedmioletnią córką, która proponuje mi, żebym dołączyła do portalu randkowego i poznała jakiegoś faceta.

– Co? – Stella się zaśmiała.

– Widocznie mama Addison, jej przyjaciółki, poznała kogoś na takim portalu i Addison naprawdę go lubi.

Stella wzruszyła ramionami.

– Może Hope ma rację. Ostatni raz byłaś na randce z Charliem trzy lata temu.

– To był jeden raz i zmusiłaś mnie, żebym poszła. To nie była nawet randka i nie zawracałabym sobie tym głowy, gdyby nie to, że mnie prześladowałaś.

– To był miły koleś.

– Był gejem!

– Cóż, nie wiedziałam o tym wtedy – uśmiechnęła się ironicznie.

Skończyłyśmy wino. Stella musiała iść. Była umówiona na kolację z Sebastianem.

– Hope, ciocia Stella wychodzi – krzyknęłam z salonu.

Wybiegła z pokoju i przytuliła Stellę na pożegnanie.

– Trzymaj się! – Stella uśmiechnęła się i wystawiła pięść.

– Pa! – Pięść Hope uderzyła o pięść Stelli. To było ich pożegnanie, które zawsze mnie rozśmieszało.

Podziękowałam Stelli za wizytę i przytuliłam ją, gdy byłyśmy przy drzwiach.

– Zadzwoń do mnie jutro i opowiedz, jak minął pierwszy dzień. Umieram z ciekawości, żeby usłyszeć o panu Dupku Suttonie.

Zaśmiałam się.

– Zadzwonię.

JACK

Obudziłem się w dobrym humorze. Od dzisiaj mam nową asystentkę i nie mógłbym być szczęśliwszy. Pierwszą rzeczą na liście będą prezerwatywy. Miałem nadzieję, że nie poczuje się obrażona. Ale nawet jeśli, to kogo to obchodzi. Włożyłem garnitur od Armaniego i zszedłem na dół, gdzie czekało na mnie śniadanie przygotowane przez Madeline, moją gosposię.