Nasze ciało kocha prawdę - David Servan Schreiber - ebook + książka

Nasze ciało kocha prawdę ebook

David Servan Schreiber

4,5

Opis

Autor bestsellerowego "Antyraka" i "Zdrowiej" tym razem pisze o zdrowiu psychicznym. Książka zbiera teksty powstałe na przestrzeni 12 lat, dokumentujące holistyczne podejście do zdrowia doktora Davida Servana-Schreibera neuropsychiatry, profesora psychiatrii klinicznej w Szkole Medycznej University of Pittsburgh, wykładowcy Akademii Medycznej w Lyonie, który zajmował się terapią osób cierpiących na nowotwory i inne ciężkie choroby.

Servan-Schreiber był zwolennikiem niekonwencjonalnych metod leczenia, nie odrzucał też sposobów tradycyjnych. Zmarł na raka w 2011 roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




O książce

Czy możemy uleczyć się z traum przeszłości?Uwolnić się od cierpienia psychicznego i depresji bez stosowania leków obciążających organizm?Czy możemy pokonać stres?Pomóc ciału obronić się przed przewlekłymi chorobami?

Doktor David Servan-Schreiber odpowiadał na te pytania w setkach artykułów, przywołując szokujące przypadki swoich pacjentów. W książce Nasze ciało kocha prawdę zebrano te najważniejsze, których Servan-Schreiber daje rady, jak w prosty sposób i bez skutków ubocznych osiągnąć spektakularne efekty.

Doktor David Servan-Schreiber w Nasze ciało kocha prawdę przypomina o znaczeniu dobrych relacji międzyludzkich, oczyszczającym komunikowaniu emocji, nieocenionej wartości medytacji, zdrowego odżywiania i uprawiania sportu. Są to nawyki przyczyniające się do pobudzenia organizmu do obrony przed rakiem, chorobami serca i depresją.

Dr Servan-Schreiber zajmował się terapią osób cierpiących na nowotwory i inne ciężkie schorzenia. Jego ważnym wkładem w rozwój medycyny jest stworzenie nowej koncepcji walki z nowotworami, opartej na stymulacji (przy pomocy odpowiednio dobranych diet oraz stylu życia) naturalnych mechanizmów obronnych organizmu.

DAVID SERVAN-SCHREIBER

Lekarz i badacz zajmujący się neurochirurgią, studiował w Stanach Zjednoczonych. Na uniwersytecie w Pittsburgu, gdzie był profesorem i wykładowcą psychiatrii klinicznej, utworzył ośrodek medycyny alternatywnej, którym przez lata kierował. Miał 31 lat, kiedy wykryto u niego guza mózgu. Wbrew wszelkim medycznym prognozom udało mu się przeżyć z chorobą prawie dwadzieścia lat. Jest autorem książek Zdrowiej! (2003) oraz Antyrak (2007), sprzedanych w milionach egzemplarzy i przetłumaczonych na czterdzieści języków. W ostatniej książce, Można żegnać się wiele razy, relacjonuje własną walkę z chorobą i zachęca do stosowania „metody antyrakowej”. W 2016 po raz pierwszy do rąk polskich czytelników trafia wybór jego najlepszych artykułów dotyczących naturalnych metod zapobiegania i leczenia depresji i chorób przewlekłych.

Tego autora

ANTYRAK. NOWY STYL ŻYCIAZDROWIEJ! POKONAJ LĘK, STRES I DEPRESJĘMOŻNA ŻEGNAĆ SIĘ WIELE RAZYNASZE CIAŁO KOCHA PRAWDĘ

Tytuł oryginału:NOTRE CORPS AIME LA VÉRITÉ

Copyright © Éditions Robert Laffont 2012All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Polish translation copyright © Oskar Hedemann 2016

Redakcja: Ewa Pawłowska

Konsultacja: neurochirurg i anatom, prof. dr hab. n. med. Bogdan Ciszek

Zdjęcie na okładce: logo/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-310-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em.eu

PrzedmowaŻyczliwy przyjaciel

David bardzo lubił ludzi, ale czy nie taki właśnie powinien być najważniejszy atut wielkich terapeutów? Kiedy w 1999 roku zaproponowałem mu pisanie felietonów w każdym kolejnym numerze czasopisma „Psychologies Magazine”, nie miał żadnego doświadczenia w pisarstwie poza tym, jakie zdobył, publikując teksty naukowe. Miał jednak ochotę podzielić się swoimi odkryciami z tymi, którzy, nawet o tym nie wiedząc, bardzo ich potrzebowali.

Jeśli chodzi o styl, skorzystał z przychylnych mu atawistycznych genów rodzinnych. Wyczułem to już w jego pierwszych „próbach”, pisał w przejrzysty, przekonujący sposób i od razu instynktownie zrozumiał dwie podstawowe zasady dobrze napisanego felietonu: przekazanie prawdziwej informacji lub idei oraz uczynienie tego w taki sposób, aby czytelnik mógł tę wiedzę wykorzystać z pożytkiem dla siebie.

Sukces okazał się natychmiastowy i trwały. David prowadził tę rubrykę przez dwanaście lat, niemalże do samej śmierci, która nastąpiła w lipcu 2011 roku. Poświęcając pod koniec życia wszystkie siły na walkę z chorobą, stale myślał o kolejnym felietonie, będąc przekonanym, że gdyby przyszło mu nie dotrzymać wyznaczonego terminu, oznaczałoby to, że poddał się fatalizmowi.

David był też prawdziwym badaczem nie tylko ze względu na swoje dokonania naukowe, ale również dzięki dociekliwości i ciekawości okazywanej temu wszystkiemu, co nowe i co mogłoby poprawić nasz sposób życia, nasze zdrowie i po prostu nasze samopoczucie. Kiedy przychodził na kolację, przynosił nam często jakiś nowy naturalny produkt, który mógłby wzmocnić nasz układ odpornościowy. Albo też opowiadał o swoim ostatnim spotkaniu z jakimś terapeutą, który pokazał mu nową metodę leczenia zapobiegawczego. Wierzył, że tak jak się działo w starożytnych Chinach, należy wynagradzać swojego lekarza tak długo, jak cieszymy się dobrym zdrowiem, i trzeba przestać mu płacić, kiedy zachorujemy, gdyż świadczy to o jego porażce.

Przez dwanaście lat David prowadził bezpośredni dialog z naszymi czytelnikami. Wyczuwaliśmy to dzięki jego staraniom, wyraźnie dostrzegalnym w większości artykułów. Zawsze znajdowały się w nich: przejmująca lub budująca historia, do tego zalecenia dotyczące postępowania leczniczego lub porada, którą każdy mógł natychmiast zastosować do siebie. Dzięki temu na ostatniej stronie pisma, na jego ulubionym miejscu, uczyliśmy się, jak żyć lepiej, poprzez dialog z tym, kto stał się naszym życzliwym przyjacielem.

Pomysł wydania zbioru jego felietonów pojawił się, gdy uświadomiliśmy sobie, że z upływem lat większość tych tekstów nic nie straciła na aktualności. Pominęliśmy jedynie około dwudziestu jego tekstów, które były ściśle związane z ówczesnymi bieżącymi wydarzeniami. Pozostałe, i na tym polega ich doniosłe znaczenie, są nadal inspirujące i pożyteczne, tak jak wciąż aktualne jest przesłanie nadziei, jakie zostawił nam David. Te felietony można czytać w porządku chronologicznym, aby w ten sposób urozmaicić sobie lekturę, ale można również korzystać ze spisu treści.

Nie jest raczej wskazane, aby udzielać rad czytelniczych, ale opierając się na moim własnym doświadczeniu, sugerowałbym tym, którzy będą czytać tę książkę, aby czytali jeden jego tekst dziennie. To dobry sposób, aby dobrze wniknąć w jego humanistyczne i przepełnione tolerancją przesłanie.

Pisząc tę przedmowę, czuję jeszcze bardziej, jak ogromnie brakuje nam Davida. Nie tylko dlatego, że szalenie go lubiłem, ale także dlatego, że jego osąd był bardzo pewny, a on sam był ostrożny i skromny. David rozumiał, że medycyna, podobnie, a może i w większym stopniu niż inne dziedziny naukowe, bazuje na relacjach z innym człowiekiem. Był przekonany, że połowa szans na wyleczenie wynika z zaufania, jakie tworzy się między pacjentem i lekarzem. Czytając jego teksty, rozumiemy, jak bardzo ci, którym pomógł, a ja również do nich należę, mieli szczęście, że spotkali go na swojej drodze.

Jean-Louis Servan-Schreiber

Dzięki przytulaniu dojrzewamy

Profesor Schonberg jest poważnym człowiekiem. Z trybuny, z której zwraca się do swoich szacownych kolegów, nie słychać najmniejszych nawet oznak ironii czy zdziwienia. Troska o szczegół wzmacnia jego siłę przekonywania, kiedy mówi o tym, co uważa za szalenie istotne odkrycie: „Kontakt fizyczny stanowi czynnik konieczny dla rozwoju dziecka”. Siedząc na sali jako słuchacz, czuję, że po plecach przebiegają mi dreszcze. Co się z nami stało? Na koniec XX wieku potrzebowaliśmy milionów franków i pięciu lat badań przeprowadzonych w jednym z najbardziej renomowanych ośrodków medycznych na świecie, żeby „odkryć” to, o czym wszystkie matki – a także wielu ojców – oraz wszystkie gatunki ssaków wiedziały od chwili pojawienia się na Ziemi. A ściśle mówiąc, stwierdzono to, że nowo narodzone dzieci, należące do naszego gatunku, potrzebują fizycznego kontaktu z matką, aby móc się rozwijać. Kto jednakże naprowadził profesora Schonberga i jego zespół z Uniwersytetu Duke’a na ten niespodziewany trop? Otóż była to kobieta, która poszła za głosem serca. W latach osiemdziesiątych postępy w zakresie reanimacji noworodków pozwalają utrzymać przy życiu coraz młodsze przedwcześnie urodzone dzieci: w hermetycznych inkubatorach pod ultrafioletowymi promieniami warunki do sztucznego podtrzymywania życia są wyregulowane z precyzją konieczną dla przeżycia tych „małych krewetek”, jak mówią o nich czule opiekujący się nimi lekarze. Tymczasem w tym samym okresie możemy odkryć również, że ich system nerwowy, jakże wciąż delikatny, nie znosi zwykłych czynności higienicznych wykonywanych przez personel medyczny. Dlatego pielęgniarki uczą się przewijać noworodki, nie dotykając ich, a nad inkubatorami widnieje napis „Nie dotykać”. Rozpaczliwy płacz niemowląt ścina wprawdzie krew w żyłach najbardziej nawet zatwardziałych pielęgniarek, ale ponieważ muszą zachować dyscyplinę, płacz ten starają się po prostu ignorować. Tyle że, pomimo idealnej temperatury, dopracowanych do perfekcji warunków dostarczania tlenu i zapewnienia odpowiedniej wilgotności, pomimo dozowanego co do miligrama pożywienia i wreszcie pomimo fioletowego światła… wcześniaki nie chcą rosnąć! Z naukowego punktu widzenia wygląda to tajemniczo, ba, brzmi to wręcz jak zniewaga. Dlaczego bowiem w warunkach tak doskonałych natura odmawia współpracy? Lekarze i badacze zadają sobie to pytanie i starają się uspokoić, tak jak potrafią: czyż dzieci, które opuściły inkubator – a więc, które przeżyły – nie przybierają błyskawicznie na wadze? Tak się dzieje aż do dnia, w którym niektóre noworodki, chociaż wciąż pozostają w inkubatorze, zaczynają się rozwijać. A przecież nic nie zmieniło się w procedurach opieki nad nimi. Nic? No, prawie nic… Zaczyna się więc dochodzenie, po którym lekarze stwierdzają ze zdziwieniem, że noworodki przybierające na wadze znajdują się pod opieką tej samej, niedawno temu przyjętej do pracy pielęgniarki, która opiekuje się dziećmi w nocy. Kiedy ją zapytano, młoda kobieta najpierw się zawahała, po czym przyznała, że nie była w stanie się powstrzymać i musiała jakoś zareagować na płacz malutkich pacjentów. I że od kilku tygodni, aby uspokoić niemowlęta, zaczęła głaskać je po plecach. Najpierw robiła to z pewnym lękiem, ponieważ było to zakazane, a potem, kiedy stwierdziła, że nie pojawiają się jakiekolwiek negatywne reakcje, czyniła to z rosnącym przekonaniem. Od tego czasu profesor Schonberg i jego zespół potwierdzili te wyniki dzięki eksperymentom przeprowadzonym na nowo narodzonych szczurach. Wykazali, że każda z komórek organizmu dosłownie odrzucała możliwość rozwoju, jeśli nie towarzyszył temu kontakt fizyczny: w każdej z komórek część genomu odpowiedzialna za ekspresję enzymów wzrostu przestaje działać, a całe ciało przechodzi w stan swoistej hibernacji. Z kolei po pogłaskaniu grzbietu szczurka i spowodowaniu wytwarzania enzymów – wzrost jest ponownie inicjowany.

Wniosek: fizyczny kontakt jest zatem koniecznym warunkiem wzrostu!

Moglibyśmy jednak zadać sobie pytanie co do konsekwencji owego „odkrycia”. Czy już niebawem zobaczymy inkubatory wyposażone w sterowane elektronicznie ramię, które będzie głaskało pacjenta o ściśle wyznaczonej porze? No, chyba że jakiś inny zespół badaczy wpadnie na równie istotne i niezwykłe odkrycie. Już dzisiaj możemy sobie wyobrazić wielkie tytuły w gazetach w rodzaju: „Miłość matczyna jest czynnikiem koniecznym…”.

Marzec 1999

EMDR, nowa „turboterapia”

Jennifer, z pełnym zaufaniem, podąża wzrokiem za przesuwającym się przed jej twarzą patyczkiem, który trzyma w dłoni terapeuta. Kobieta koncentruje się na uczuciu duszności odczuwanym w gardle i w klatce piersiowej, w tej bowiem sprawie przyszła na konsultację. Jej gałki oczne wykonują szybki ruch z prawej strony do lewej. Tak właśnie wygląda ich naturalny ruch w trakcie snu paradoksalnego, tego, w którym pojawiają się nasze sny i który nazywamy również fazą snu REM (skrót od angielskiego rapid eye movements) lub fazą, w której występują szybkie ruchy gałek ocznych. Po dziesięciu sekundach Jennifer zagłębia się w fotelu tak, jakby chciała się w nim ukryć, wpijając palce w oparcie. Jej oddech gwałtownie przyspiesza, a rysy twarzy są zniekształcone niemal dziecięcym przerażeniem. Krzyczy: „Odejdź, tato, odejdź! Zostaw mnie!”. Jej wzrok wciąż podąża za patyczkiem. Pochylona do przodu, widać, że oddycha z trudem. Jeszcze dziesięć sekund, dwadzieścia, trzydzieści! Jej serce musi teraz bić w rytmie ponad stu pięćdziesięciu uderzeń na minutę! Czy jest w stanie wytrzymać ten wysiłek? Nagle jednak zaczyna oddychać znacznie lżej. Lęk wydaje się oddalać. Na jej ustach pojawia się delikatny uśmiech. Jeszcze pięć sekund i patyczek się zatrzymuje.

– Proszę oddychać głęboko… A teraz, niech mi pani powie, co pani widziała…

– Mój ojciec zbliżał się do mnie, żeby mnie uderzyć. Schowałam się pod łóżkiem i widziałam tylko jego wielkie buty. Krzyczałam do niego, żeby zostawił mnie w spokoju. Trwało to bez końca. Potem siedzimy razem na ławce w parku, ojciec mówi do mnie, rozśmiesza mnie. Przez moją głowę przebiega nagle pewna myśl: zapewne nie wiedział, w jaki sposób nas ukarać, nas, jego dzieci. On jedynie powtarzał gesty, których nauczono go, kiedy był małym chłopcem. Właściwie cierpiał tak samo jak my, tak samo jak ja.

– A jak się pani teraz czuje?

– Lepiej, a nawet czuję się dobrze. Nie mam już tego uczucia duszności. Koniec z tym. Nie wiem, jak mogłam dopuścić, żeby zatruwało mi to całe moje życie!

EMDR (skrót od angielskiego eye movement desensitization and reprocessing) albo odwrażliwianie z zastosowaniem ruchu gałek ocznych oraz przeformułowanie negatywnych schematów poznawczych jest terapią najbardziej kontrowersyjną od czasu rewolucji, jaka dokonała się dzięki psychoanalizie, oraz w czasach nam bliższych, od wynalezienia antydepresantów. W latach osiemdziesiątych doktorantka z Menlo Park, Francine Shapiro, odkryła, że szybkie ruchy gałek ocznych pozwalają zredukować traumatyczne wspomnienie poprzez zastąpienie ich nowymi obrazami i myślami. Po piętnastu latach badań wyniki stosowania EMDR w leczeniu poważnych zaburzeń po przeżytej traumie okazały się skuteczniejsze aniżeli stosowanie środków farmakologicznych i jednocześnie uzyskiwane są one znacznie szybciej niż w klasycznej albo behawioralnej psychoterapii. W przypadku nerwic spowodowanych wojną, w konsekwencji gwałtu, trzęsienia ziemi albo wypadku osiemdziesiąt procent pacjentów twierdzi, że wyleczyli się po zaledwie trzech sesjach. Co więcej, piętnastomiesięczne monitorowanie stanu zdrowia pacjentów wykazało, że pozytywne skutki odczuwane są długo po zakończeniu terapii.

Jak to możliwe? Gwałtowna trauma powoduje pojawianie się wspomnień określanych jako „anormalne” (obrazy, dźwięki albo odczucia fizyczne), z którymi mózg nie potrafi sobie poradzić. Zakodowane raczej w formie sensorycznej niż kognitywnej, mogą się one w każdej chwili uaktywnić. Często nie towarzyszą temu słowa, które pozwoliłyby usytuować wydarzenie w ludzkich wymiarach, w przeszłości lub w przyszłości. Synchronizując funkcjonowanie obu półkul mózgowych – obszarów sensorycznych i kognitywnych – szybkie ruchy gałek ocznych mogą połączyć na nowo pierwotne emocje związane z traumą (tak zwana pamięć fotograficzna) z mądrością refleksji i języka. Ułatwiając ten kontakt, EMDR wykazywałby więc podobieństwo do przyspieszonej formy „leczenia słowem”. Byłoby to coś w rodzaju „turboterapii”, a jednocześnie spełnienie – wreszcie! – proroctw Pierre’a Janeta i Sigmunda Freuda. To oni, jako pierwsi, dopatrywali się w traumie przyczyny wielu symptomów psychiatrycznych i zastanawiali się nad ich neurologicznym podłożem. Spodobałoby się to na pewno Freudowi. Skoro bowiem sny są „królewską drogą do nieświadomości”, cóż bardziej naturalnego od doszukiwania się w ich fizjologii klucza do przeobrażenia?

Maj 1999