Nasza wojna. Tom II. Narody 1917-1923 - Włodzimierz Borodziej, Maciej Górny - ebook
Opis

Drugi tom fascynującej monografii I wojny światowej, która otworzyła Polsce drogę do odzyskania niepodległości w 1918 roku.

Wielką Wojnę na wschodzie Europy wywołały imperia, biły się w niej narody a ginęli zwykli ludzie. Im dłużej trwała, tym trudniej było wyobrazić sobie, jak się skończy i czy w ogóle kiedyś nastanie pokój. Tego, że zmianie ulegnie prawie wszystko, nie przewidział nikt.

Drugi tom Naszej wojny opisuje tę wielką zmianę na wielu polach. Opowiada o nowej taktyce prowadzenia działań zbrojnych, o strajkach i buntach robotniczych, prawach kobiet, kulturze, polityce i walce o niepodległość narodów Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów. Wszystko to w porywającym stylu przystępnie, czasem dowcipnie, zawsze w oparciu o źródła, w tym dotychczas rzadko wykorzystywane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 835

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Włodzimierz BorodziejMaciej Górny

Nasza wojna

Tom IINarody 1917–1923

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, 2018

Wydanie I 

Warszawa MMXVIII

Wstęp: Rewolucja lutowa (trzy rewolucje)

Gavrilo Princip umierał długo i w mękach. Przed cesarsko-królewskim sądem zabójca Franciszka Ferdynanda nie okazał skruchy. Żałował jedynie śmierci małżonki arcyksięcia. Mimo to sąd uznał go za niepełnoletniego i skazał na „tylko” 20 lat ciężkich prac przymusowych. Princip trafił do twierdzy w Terezínie. Karę odbywał w wilgotnej izolatce, przykuty do ściany, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Rychło gruźlica, którą prawdopodobnie był zarażony od dawna, zaczęła galopować. Amputowano mu ramię. Umarł w wieku 24 lat jeszcze przed końcem wojny, 28 kwietnia 1918 roku. Nie wiedział, że podpalił lont, który wysadził w powietrze pół Europy.

21 listopada 1916 roku zmarł osiemdziesięciosiedmioletni cesarz Franciszek Józef. Jego panowanie trwało 68 lat. 30 listopada kondukt żałobny przewiózł zwłoki do katedry Świętego Szczepana, następnie do pobliskiego grobowca Habsburgów, czyli krypty kapucynów. Osieroceni czuli się nie tylko zwolennicy monarchii. Przyszły socjaldemokratyczny kanclerz Austrii Bruno Kreisky (zostanie nim w 1970 roku), w 1916 roku pięciolatek, z pogrzebu wyniósł wspomnienie osamotnienia i pustki.

Nikt nie pamiętał innego panującego. Przed śmiercią cesarz rzekomo zwierzył się kamerdynerowi z obawy, że dzwony żałobne będą biły nie tylko jemu, lecz także cesarstwu. W istocie nowy cesarz i król Węgier Karol I (złośliwi dodawali: „i ostatni”), nawet gdyby był geniuszem, miałby marne szanse na uratowanie monarchii habsburskiej.

W Berlinie Wilhelm II przez 28 lat na tronie zdążył popsuć wszystko, czego się dotknął. Hohenzollern znajdował sięod początku wojny w cieniu popularnego marsz. Paula von Hindenburga (od sierpnia 1916 roku szefa sztabu) i jego zastępcy gen. Ericha Ludendorffa. Wilhelm wiedział, że składając co jakiś czas wizytę w kwaterze głównej, jest tam „tylko adiutantem Hindenburga” i nie ma nic do powiedzenia.

W momencie śmierci swego wiedeńskiego partnera cesarz musiał ustąpić na polu polityki symbolicznej w kwestii, w której przez ponad 20 lat stawiał – jak w wielu innych sprawach – równie nieprzejednany, co bezsensowny opór. Otóż na zachodniej fasadzie otwartego w 1894 roku gmachu Reichstagu od początku planowano wielką inskrypcję „Dem deutschen Volke” („Narodowi niemieckiemu”). Wilhelm skutecznie uniemożliwiał wykucie napisu, ponieważ symboliczne dowartościowanie suwerena odczytywał jako uszczuplenie prerogatyw monarszych. Teraz, po ponad dwóch latach wojny i marginalizacji swojej osoby, uchylił sprzeciw. Wierzył mylnie, że w ten sposób ugłaska lewicę i centrum1.

Montaż napisu na fasadzie Reichstagu.

Jeszcze gorzej wiodło się imperatorowi Rosji. Mikołaj II rządził krajem niemal równie długo jak jego berliński kuzyn, od 1894 roku. W czasie moskiewskich uroczystości koronacyjnych dwa lata później – idąc z duchem czasu, carowie starali się wciągnąć lud do uświęconego religią obrzędu – doszło do wybuchu masowej paniki; zginęło prawie 1400 ludzi. Potem było już tylko gorzej. Rosja przegrała wojnę z Japonią, w rewolucji lat 1905–1907 zginęły dziesiątki tysięcy. W odpowiedzi car namalował fasadę monarchii prawie konstytucyjnej, lecz parlament (Duma) nie miał realnego wpływu na państwo. Po klęsce gorlickiej w 1915 roku Mikołaj II wpadł na jeszcze gorszy pomysł: wbrew dobrym radom ministrów i generałów ogłosił się naczelnym dowódcą. Odtąd kojarzył się nie tylko z nieudolnością pomazańca, lecz także z klęskami na froncie.

W pierwszych latach wojny Rosja zdobyła się na gigantyczny wysiłek, zwielokrotniając produkcję zbrojeniową. Jednocześnie o 1/5 spadła produkcja rolnicza – pod broń powołano mniej więcej połowę chłopów i robotników rolnych, którzy stanowili ogromną większość szeregowych. Do końca 1916 roku zginęło oraz zmarło wskutek ran i chorób 1,7 miliona żołnierzy, 8 milionów zostało rannych lub zachorowało, 2,5 miliona (w tym co najmniej kilkaset tysięcy dezerterów) trafiło do niewoli. Kraj musiał przyjąć 6 milionów uchodźców i deportowanych z zachodnich części cesarstwa. W 1916 roku system aprowizacji ludności miejskiej działał coraz gorzej, robotnicy obojga płci czuli się bezlitośnie wyzyskiwani – zwłaszcza widząc wokół siebie 4 miliony zatrudnionych pośrednio i bezpośrednio przez administrację wojskową, wiodących bezpieczne i niegłodne życie w rosyjskim Hinterlandzie. Nieskuteczność administracji, przysłowiowa korupcja, inflacja i brak jedzenia zaostrzały konflikt społeczny, na który nakładał się równie fundamentalny spór o carat i tym samym o kształt państwa.

Trudno stwierdzić, czy największe szkody wyrządziły imperium archaiczny ustrój, nieudolna administracja, osobowość władcy, czy jego żona. Mikołaj II jako głównodowodzący przebywał zazwyczaj w sztabie generalnym w Mohylewie. W Piotrogrodzie pozostała caryca Aleksandra Fiodorowna, urodzona jako Alix von Hessen-Darmstadt. Pobożna, prawdziwie kochana przez małżonka Niemka urodziła cztery córki i carewicza chorego na dziedziczną wśród krewnych Battenbergów hemofilię. Każde skaleczenie następcy tronu zagrażało jego życiu. Lekarze okazali się bezradni. Pomógł Grigorij Jefimowicz Rasputin, przybyły z Syberii kaznodzieja i cudotwórca, oszust obdarzony charyzmą świętego. Plotki o intymnym związku żony cara z szarlatanem krążyły od momentu pojawienia się Rasputina na dworze. Po przeprowadzce Mikołaja do Mohylewa stały się obiegową prawdą, wyjaśniającą klęski na froncie. Winni byli wysłannik szatana i Niemka, a car stał się ich pionkiem2. 1 listopada 1916 roku w Dumie wystąpił przywódca Partii Konstytucyjno-Demokratycznej Pawieł Milukow. Przemówienie przygotował nadzwyczaj starannie. Rzucał przykładami niekompetencji i skorumpowania administracji, zaniechania i równie niezrozumiałych działań rządu, dziwnych stosunków na dworze. Każdy casus pointował pytaniem: „Głupota to czy zdrada?”. Liberałowie nie byli osamotnieni w krytycznym spojrzeniu na panujące porządki. Także generalicja, dwór i konserwatywni politycy ubolewali nad nieudolnością władcy. Równo miesiąc po pogrzebie Franciszka Józefa wzięli sprawy w swoje ręce – zamordowali Rasputina. Spóźnili się. Na głodujących robotnikach Piotrogrodu i Moskwy, na milionach uchodźców i kolejnych milionach żołnierzy porachunki na dworze nie robiły już wrażenia.

Car właściwie nie zareagował na zamordowanie ulubieńca żony i znowu stracił część autorytetu, a raczej: resztek autorytetu. 23 lutego 1917 roku pochód z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet przerodził się w potężną demonstrację. Na ulicę wyszły tysiące głodnych robotnic, głównie z piotrogrodzkiej dzielnicy przemysłowej, protestując przeciw drożyźnie i skandalicznym brakom w zaopatrzeniu. Zaczęło się od żądania przysłowiowego chleba, ale tym razem nie był to zwykły „babski bunt”, jakich wiele przetoczyło się przez rosyjskie miasta w poprzednim roku. Manifestantki zaczęły wznosić okrzyki: „Precz z caratem!”. Dalej sprawy potoczyły się szybko: policja okazała się bezradna, wojsko albo stało z bronią u nogi, albo – rzadko – strzelało, co tylko pogarszało sytuację. 27 lutego część oddziałów w Piotrogrodzie przeszła na stronę protestujących. Rano buntowników – „chłopów w szynelach” – było kilka tysięcy, wieczorem prawie 70 tysięcy. Następnego dnia niemal cały garnizon piotrogrodzki wymówił posłuszeństwo. Po pięciu dniach demonstracji, strajków i zamieszek rząd podał się do dymisji. Władzę przejął tymczasowy komitet wyłoniony z Dumy, równolegle powstała Piotrogrodzka Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, zdominowana przez działaczy partii lewicy i skrajnej lewicy.

W innych ośrodkach przemysłowych też strajkowano coraz częściej. Robotnicy żądali chleba (i brali go sobie sami, rabując piekarnie), politycy liberalni i lewicowi – demokratyzacji, wszyscy – pokoju. Car próbował zdławić rosnący opór siłą, lecz wojsko, nie tylko w Piotrogrodzie, odmawiało strzelania do demonstrantów. Nawet w doborowych pułkach – a raczej w tym, co z nich zostało w trzecim roku wojny – oficerowie musieli się lękać o własne życie, jeśli narazili się żołnierzom. W pierwszych dniach marca car błądził po kraju pociągiem. Nagle Rosja okazała się nieprzejezdna dla swojego władcy. Abdykował 15 marca nowego stylu, kiedy zrozumiał, że generalicja ani nie chce, ani nie jest w stanie wykonywać jego rozkazów. Brat, wielki książę Michał Aleksandrowicz, odmówił przyjęcia korony. Tym samym – po ponad 300 latach panowania Romanowów – monarchia w Rosji się skończyła.

Nie piszemy tu historii rewolucji rosyjskich 1917 roku. Nasi starsi koledzy wymyślili kilka przekonujących teorii na temat tego, skąd się wzięły. Po pierwsze, carska Rosja nie padła pod ciężarem klęsk militarnych. Na froncie tureckim – a Turcy nie byli łatwym przeciwnikiem, o czym przekonali się zachodni alianci pod Gallipoli – armia rosyjska odnosiła zwycięstwa także w 1916 roku. Po drugie, zawiniła dystrybucja żywności (o czym piszemy więcej w niniejszym tomie), a nie jej brak. Po trzecie, carat upadł za sprawą wojny nie tylko w przenośni. Wojna podkopała także wierność poddanych. Miliony chłopów (jakieś 85 procent mieszkańców Rosji ciągle mieszkało na wsi) poznały jako żołnierze świat inny niż własna parafia, z której ich przodkowie nigdy nie wychylili nosa. Takie przeżycie otwierało nowe horyzonty. Możliwe stało się wiele rzeczy dotąd niewyobrażalnych, także świat bez panów, oficerów, w końcu również bez cara. Po czwarte, politolog mógłby opisać sytuację Rosji na przełomie lat 1916 i 1917 w kategorii podwójnej polaryzacji: z jednej strony między caratem a Dumą jako platformą liberalnej opozycji, z drugiej – między tą właśnie liberalną opozycją (reprezentującą zapewne kilka procent dorosłych mężczyzn i kobiet) a resztą kraju, wygłodniałą, chłopską, żołnierską i proletariacką, żyjącą w poczuciu krzywdy i egzystencjalnego zagrożenia.

Na razie władzę przejęli ci drudzy, czyli republikańscy posłowie do Dumy. Ich twarzą stał się na kilka miesięcy lewicowo-liberalny adwokat Aleksander Kiereński, świetny mówca, wsławiony jako obrońca w procesach uczestników rewolucji 1905 roku. Pierwsza rewolucja rosyjska została przyjęta w kraju z nadzieją, która na ogół towarzyszy politycznym przewrotom. Ludzie liczyli, że w Rosji wreszcie zapanuje porządek. Ale przywrócenie elementarnego zaufania do państwa nie było jedynym zadaniem, przed którym stanęli rosyjscy liberałowie. Przede wszystkim wciąż jeszcze toczyła się wojna. Kiereński miał do rozwiązania problemy tak samo nierozwiązywalne jak te, które trapiły cesarza Karola w Wiedniu. Rosja była skazana na pomoc aliantów, a ci nie chcieli słyszeć o jakimkolwiek porozumieniu z państwami centralnymi. W czerwcu 1917 roku Kiereński jako minister wojny nakazał atak na froncie zachodnim. Cel stanowił Lwów. Tak zwana ofensywa Kiereńskiego po kilkunastu dniach skończyła się przewidywalną klęską, tym razem mierzoną nie liczbą zabitych, rannych i jeńców, lecz masową odmową wykonania rozkazów i dezercjami.

Najlepiej biła się po rosyjskiej stronie brygada czechosłowackich ochotników. W bitwie pod Zborowem na Ukrainie, walcząc przeciw rodakom w mundurach armii cesarsko-królewskiej, wykazała się motywacją charakterystyczną właśnie dla świadomych celu ochotników, a nie znużonych wojną poborowych. Przyszły prezydent komunistycznej Czechosłowacji Klement Gottwald zaliczał się wówczas do habsburskich poborowych, jeden z jego następców, Ludvík Svoboda, do zwycięskich legionistów. Bitwa pod Zborowem, mimo niezbyt imponującej skali, to być może najważniejszy element ofensywy Kiereńskiego: dla przyszłej Czechosłowacji – jeden z mitów założycielskich, dla monarchii Habsburgów – ostateczne potwierdzenie wiarołomności Czechów.

Dla Rosji ofensywa Kiereńskiego stała się jednym z kilku gwoździ do trumny. Armia się rozsypywała. W lipcu antyrządowy pucz zorganizowała lewica. Liberałowie resztką sił obronili swoją władzę: kazali strzelać do demonstrantów. 21 lipca Kiereński został premierem już tylko teoretycznie istniejącego państwa. Naczelnym dowódcą mianował gen. Ławra Korniłowa. Ten pięć tygodni później spróbował bezskutecznie obalić rząd.

Ruszyło coś, co najchętniej nazwalibyśmy diabelskim młynem, gdyby to określenie nie było w języku polskim zarezerwowane dla niewinnej rozrywki w wesołym miasteczku – gigantyczna kruszarka ludzkich istnień. Od lata 1917 roku generałowie będą się wyprawiać przeciw zbuntowanemu ludowi, siejąc śmierć i spustoszenie. Zmobilizują mniejsze lub większe armie; zawsze przegrają. Żadna generalicja, nawet tak krucha psychicznie jak austro-węgierski korpus oficerski, nie zna wyższego procentu śmierci samobójczych niż rosyjska w tym okresie. A ich podwładni, na ogół świeżo upieczeni porucznicy, bez autorytetu wśród podoficerów i szeregowych, też pewnie będą ginąć częściej od strzału w plecy niż od kuli wroga.

Z dala od Piotrogrodu, gdzie wojna domowa docierała później albo znacznie później, rzeczy wyglądały oczywiście inaczej. Na prowincji do początku marca życie toczyło się normalnie. Stolica wydawała się nieskończenie odległa. W gubernialnej Penzie pewien gimnazjalista dopiero rankiem 4 marca w drodze do szkoły zorientował się,

[…] że coś nie jest tu jak co dzień. Przystanąłem, rozglądając się, i zrozumiałem: znikł Muganow. Ten Muganow […] stał tu zawsze, odkąd pamiętam, stał niewzruszenie i dostojnie, jak godło, jak znak porządku, mordziasty, czujny gorodowoj z szaszką w czarnej pochwie i świstawką na czerwonym sznurku. Wkomponowany między bank a róg Sadowej stanowił całość krajobrazu, brak jego był zaskakujący, jak gdyby zniknął bank państwa albo wybrzuszyła się ulica.

Zastanawiając się nad tym, co się stało z naszym stupajką, ruszyłem dalej, lecz i na następnym rogu nie było policjanta. To już przechodziło wszelkie pojęcie, nie mogli przecież wszyscy spić się lub pochorować3.

Gimnazjalista powędrował pustymi ulicami dalej, pod pałac gubernatora.

A tam stał tłum, jakiego dotąd nigdy nie widziałem, żołnierze, uczniowie, kolejarze, straganiarze, robotnicy, urzędnicy, kobiety i dziewczynki, młodzi i starzy, wszyscy się stłoczyli przed białym domem gubernatora i stali, nie poruszając się, w jakimś urzeczeniu, milcząc, słuchali człowieka w rozpiętym palcie. Przemawiał do nich z balkonu, a gdy skończył, wyrzucając ręce, jakby brał w ramiona ogrom czegoś – buchnął krzyk nie z tej ziemi. Poleciały w górę czapki i ludzie zaczęli się ściskać, całować, ale nie jak na Wielkanoc, z ową stateczną solennością – całowali się bez pamięci, gdzie popadło i z kim popadło w żywiołowym opętańczym uniesieniu4.

Eksplozja wolności w wielu miastach wyglądała podobnie jak w Penzie; nagle pojawiło się mnóstwo gazet:

[…] mogłem czytać a czytać – zapamiętał gimnazjalista – ludzie zachłystywali się wolnym słowem, pławili w niezależnej prasie, kto chciał, a miał na papier i druk, wydawał pismo, wychodziły więc pisma polityczne, społeczne, literackie, robotnicze, ludowe, młodzieżowe, regionalne, elitarne, apolityczne, mistyczne i sprośne jak Wieniera, którą zaczął wydawać Szukszyn, bo miał trzy budki z kwasem i papierosami […] wiosną siedemnastego roku była sama radość, obchodzona niczym nieskalane święto wyzwolenia, olśniewające zwycięstwo nowego życia bez walk i ofiar, bez terroru, bez rozpasania niskich instynktów – jak świat światem, mówiono, nie było jeszcze takiej rewolucji!5

Igor Newerly – skądinąd wnuk wysokiego carskiego urzędnika –któremu zawdzięczamy bodaj najlepsze polskojęzyczne wspomnienie o rosyjskim 1917 roku, opisuje obszernie dramatyczne dyskusje między młodymi lewicowcami. Chodziło w nich o legitymizację przemocy, czyli o najkrótszą drogę do wolności. Za taką właśnie drogą agitowali od lat bolszewicy, w 1917 roku coraz bardziej widoczni w radach robotniczych i żołnierskich, stających się alternatywą dla rządów liberałów pokroju Kiereńskiego.

By zrozumieć rosnące znaczenie najbardziej radykalnego odłamu rosyjskiej lewicy, warto przypomnieć rolę terroru politycznego, wymierzonego w szczególnie eksponowanych przeciwników. Wojna zaczęła się, jak wiadomo, od zamachu Gavrila Principa na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie. Powszechnie uważano, że akcję zorganizował płk Dragutin Dimitrijević (z powodu potężnej postury nazywany „Apis”, czyli w mitologii egipskiej święty byk), szef wywiadu Serbii, bardziej jednak znany jako przywódca organizacji Ujedinjenje ili smrt (Zjednoczenie albo Śmierć), tajnego stowarzyszenia serbskich oficerów, odpowiedzialnego za zabójstwo króla Aleksandara Obrenovicia i jego żony w 1903 roku. Czarna Ręka, jak nazywano stowarzyszenie, nawet w czasie wojny pielęgnowała rytuały typowe dla tajnych sprzysiężeń: sekretne spotkania i symbole nie do odczytania dla niewtajemniczonych. Nie to jednak stało się przyczyną zguby Apisa. Poszło o władzę, a właściwie o lęk przed jej utratą. Stronnikami Apisa byli najzdolniejsi generałowie, tacy jak Stepa Stepanović, szef sztabu wojewody Putnika i reżyser najważniejszych serbskich zwycięstw w kampaniach 1914 roku. Regent Aleksandar Karadjordjević po klęsce Serbii w 1915 roku nie zamierzał tolerować czegoś, co dziś nazwalibyśmy deep state. Już przed wojną zaczął tworzyć w armii własną organizację nazwaną, jakżeby inaczej, Białą Ręką6. W 1917 roku nagle znalazły się dokumenty świadczące o rzekomych przygotowaniach do kolejnego spisku Czarnej Ręki, tym razem przeciw regentowi. Apis i dwóch innych oficerów zostali skazani w Salonikach na karę śmierci. Wyrok wykonano natychmiast. Członek plutonu egzekucyjnego zapamiętał godną postawę ofiar mordu politycznego. Według własnej relacji, zażądał od dowódcy, by nigdy więcej nie wyznaczano go do wykonania takiego zadania. Dowódca miał odpowiedzieć, że jemu samemu też było z tym ciężko7.

Inna scena rozegrała się w restauracji wiedeńskiego hotelu Meissl & Schadn miesiąc przed śmiercią Franciszka Józefa, 21 października 1916 roku. Urzędujący od 1911 roku przedlitawski premier Karl hrabia Stürgkh, jeden z kilkudziesięciu starszych panów odpowiedzialnych za samobójstwo imperiów latem 1914 roku, właśnie spożywał obiad. Do stolika podszedł socjalista Friedrich Adler – syn Victora Adlera, legendy austriackiej socjaldemokracji – i zastrzelił premiera. Friedrich Adler był utalentowanym fizykiem, do 1911 roku mieszkał w Szwajcarii; Albert Einstein widział w nim swojego następcę na katedrze fizyki teoretycznej uniwersytetu w Zurychu. Adler wolał jednak wrócić do Austrii i działać w partii socjalistycznej. Jako radykalny pacyfista czuł się w niej od momentu wybuchu wojny osamotniony, odrzucał bowiem wszelkie kompromisy z prowadzącym bezsensowną wojnę państwem, którego wymiar sprawiedliwości uważał za instrument przemocy panujących wobec ludu. Stając przed sądem, atakował monarchię równie ostro jak partię socjaldemokratyczną. Mówił o hańbie, jaką stało się bycie Austriakiem. Wojnę określił jako stan „podludzkości”, podobnie jak rewolucję: „Jak długo jest konieczne zabijanie […], tak długo żyjemy w świecie barbarzyństwa, podludzkości”. Młody Adler miał więcej szczęścia niż Gavrilo Princip. Został skazany na karę śmierci, ale rychło go ułaskawiono. Z 18 lat więzienia do końca wojny odsiedział dwa.

Prokurator nie omieszkał wspomnieć o latach w Szwajcarii, gdzie oskarżony „od początku znalazł się w stałym i ścisłym związku z wywrotowcami wszelkiej maści partyjnej z wszystkich państw europejskich. Z kręgów rosyjskich socjalistów pochodzi jego partnerka życiowa”8. Prokurator błądził. Rosjanka była procesowo zbędnym, choć pasującym do realiów propagandy wojennej rekwizytem. Natomiast związki Adlera „z wywrotowcami wszelkiej maści partyjnej z wszystkich państw europejskich” były faktem.

Nie jest to książka o radykalnej europejskiej lewicy przed Wielką Wojną i w jej trakcie, lecz warto przypomnieć o związkach zapomnianych, niejako unieważnionych przez późniejsze zwycięstwo bolszewików w Rosji. Równie ważna jak Szwajcaria była w tej nienapisanej do dziś historii Galicja. Feliks Dzierżyński i Józef Piłsudski, synowie ziemian litewskich, znaleźli w tym samym czasie – jako ścigani przez carat socjaliści – azyl w cesarsko-królewskim Krakowie. Dzieliło ich tylko kilka ulic. Włodzimierz Lenin – jak Kiereński syn wysokiego urzędnika oświaty rosyjskiej – spacerował wówczas po Tatrach w towarzystwie Kazimierza Dłuskiego, socjalisty, lekarza i społecznika zakopiańskiego, męża siostry Marii Skłodowskiej-Curie. Dodajmy, że Dłuski był starym znajomym ideologa polskiej prawicy Romana Dmowskiego – Dmowskiemu 25 lat wcześniej do socjalizmu było całkiem blisko – a otrzymamy w miarę czytelny obraz niespójnej rzeczywistości lat przedwojennych. Gdzieś w tle przewinął się niejaki Józef Wissarionowicz Stalin – używał wówczas innych nazwisk – który rzekomo regularnie ogrywał Lenina w szachy.

Poza kontekstem polsko-rosyjskim sytuuje się Lew Trocki (urodzony na Ukrainie jako Lew Dawidowicz Bronstein). W momencie wybuchu wojny uciekł z Wiednia, gdzie w kawiarniach, oczywiście podsłuchiwany przez tajniaków, przyjmował gości. Skierował się do Szwajcarii. Podobno, kiedy szefa sztabu generalnego monarchii Franza Conrada von Hötzendorfa ostrzegano przed rosyjskimi rewolucjonistami, miał prychnąć w odpowiedzi: „A kto tę rewolucję ma zrobić? Może ten pan Bronstein z Café Central?”.

W ciągu niewielu dni wiosny 1917 roku zmieniło się wszystko. 6 kwietnia USA w odpowiedzi na ataki niemieckich łodzi podwodnych na Atlantyku wypowiedziały Niemcom wojnę. 9 kwietnia do pociągu w Zurychu wsiedli Lenin i 31 innych rosyjskich emigrantów politycznych. Wagon został zaplombowany. Niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych uznało, że powrót rewolucjonistów do ojczyzny co najmniej utrudni Rosji pozostanie w obozie koalicji; albo wręcz wypchnie ją poza ententę. Tak się stało. Lenin dotarł do Piotrogrodu przez Niemcy, Szwecję i Finlandię. W pociągu sformułował myśli najbardziej wówczas nośne: robotnicy mają przejąć władzę w fabrykach, chłopi – ziemię, a Rosja ma wyjść z koalicji, czyli zakończyć udział w nikomu niepotrzebnej wojnie. Niemieckie MSZ miało powody do zadowolenia.

Po fiasku ofensywy Kiereńskiego w lipcu bolszewicy przecenili swoje wpływy. Wspomniany pucz zakończył się klęską. Lenin musiał uciekać do Finlandii. Brodę rzekomo zgolił mu Stalin. Wrócił w październiku, gdy władza leżała na ulicy. Po półroczu bałaganu, głodu, dwuwładzy Rządu Tymczasowego i rad robotniczo-żołnierskich nikt już nie wierzył Kiereńskiemu. W nocy z 25 na 26 października (7–8 listopada) bolszewicy przejęli władzę w Piotrogrodzie. Zajęli Pałac Zimowy i aresztowali ministrów Rządu Tymczasowego. Kiereński uciekł chwilę wcześniej.

Bolszewicy po przejęciu władzy uchwalali kolejne dekrety: o pokoju bez aneksji i kontrybucji, o ziemi (legalizujący przejęcie majątków ziemskich przez komitety wiejskie), o prawie do samostanowienia wszystkich narodów Rosji, o przejęciu zarządu nad fabrykami przez komitety robotnicze, o zniesieniu rang oficerskich i cywilnych, o konfiskacie majątku Kościoła i o zamianie kalendarza juliańskiego (za którego sprawą wciąż mówimy o rewolucji październikowej, choć przecież odbyła się w listopadzie) na gregoriański. W jedynych wolnych wyborach w Rosji pod koniec listopada wygrali co prawda socjaliści-rewolucjoniści, uzyskując ponad połowę mandatów (partia Lenina niespełna 1/4), ale wynik nie był ważny. Rosja wyszła z wojny, a bolszewicy nie zamierzali oddawać raz zdobytej władzy. 15 grudnia 1917 roku weszło w życie zawieszenie broni na froncie rosyjsko-niemieckim; żołnierze i tak nie strzelali do przeciwnika już od wielu tygodni. Trocki jako przewodniczący delegacji bolszewickiej podczas rokowań pokojowych w Brześciu próbował wmanewrować Berlin i Wiedeń w sytuację „ani wojny, ani pokoju”, odmawiając podpisania czegokolwiek, lecz mocarstwa centralne zdawały sobie sprawę ze słabości przeciwnika. 17 lutego 1918 roku uznały zawieszenie broni za wygasłe, a ich wojska ruszyły na wschód.

W Brześciu obie strony przerzucały się argumentem o prawie do samostanowienia narodów. Prezydent USA Woodrow Wilson 8 stycznia 1918 roku w mowie przed obu izbami Kongresu uczynił je podstawą pokoju w Europie. Bolszewicy głosili prawo do samostanowienia od początku wojny. Słusznie podczas rokowań brzeskich widzieli w nim instrument do rozsadzenia monarchii Habsburgów, Niemcy – równie zasadnie – do unicestwienia imperium Romanowów.

W mikroskali prawo do samostanowienia dawało się kształtować równie elastycznie. Mniej więcej w momencie powrotu Piłsudskiego do Warszawy pewien polski porucznik z garstką żołnierzy zajął wieś Sucha Góra na Orawie, czyli na Górnych Węgrzech. Po tygodniu przybyli do wsi,

[…] w otoczeniu pięciu żandarmów, starosta i major komendant miejscowego oddziału węgierskiej straży pogranicznej. Panowie ci zapytali w języku niemieckim por. Legockiego, po co przybył na Orawę. Por. Legocki odpowiedział, że zgodnie z rozkazem, w myśl zasady stanowienia narodów o sobie, zajął polskie miejscowości na Orawie9.

Gdzie indziej rzeczy nie wyglądały inaczej: to państwo, a konkretnie: jego wojsko, decydowało, gdzie, jak i kiedy będzie stosowane prawo do samostanowienia.

***

W połowie lat osiemdziesiątych XX wieku węgierski historyk Tibor Hajdu opisał specyficzną wersję rewolucji, charakterystyczną dla Europy Wschodniej i Środkowo-Wschodniej10. W jego ujęciu był to smok o wielu głowach. Na rewolucję składały się symultaniczne rewolty: pacyfistyczna, socjalistyczna, chłopska i nacjonalistyczna. Początki wszystkich tych ruchów sytuowały się właśnie u progu „drugiej połowy” wojny. Co równie istotne, wszystkie one nie ustały z chwilą jej zakończenia.

Adler był w tym samym stopniu anarchistą co pacyfistą. Anarchiści w naszej części Europy nigdy nie cieszyli się ani nie mieli się w przyszłości cieszyć szczególną popularnością. Pacyfizm miał się niewiele lepiej, ale wspomnienie hekatomby Wielkiej Wojny przynajmniej zapewniało mu odruch sympatii.

Franciszek Józef I, Wilhelm II i Mikołaj II w różnych okolicznościach osierocili ideę monarchii. Król ma dwa ciała, pisał w 1957 roku urodzony w Poznaniu Ernst Kantorowicz, to doczesne i to symbolizujące królestwo11. Z tej trójki tylko Franciszek Józef nie zdążył skompromitować monarchii, choć i tu zdania były podzielone.

Jej miejsce musiał zająć nowy ustrój. Rozsądny historyk nie lubi tego typu określeń, lecz tu wydaje się ono stosowne: chociaż „nasza wojna” toczyła się dzięki rozmaitym ersatzom – od chleba z trocinami po zdeprawowany wymiar sprawiedliwości – nie mogła się na nich skończyć. W wymiarze międzynarodowym coś radykalnie nowego zaproponował światu Wilson. Austro-Węgry i Niemcy w Brześciu sprowadziły ideę samostanowienia do karykatury, podporządkowując sobie 1/4 terytorium pokonanego wroga, ale ludzie nie pogrzebali myśli o nowej, uczciwszej polityce międzynarodowej.

W wymiarze wewnętrznym powszechne stało się żądanie równego prawa wyborczego. Idea demokracji, opartej na równości obywateli niezależnie od wykształcenia, płci i majątku, dość nagle okazała się bezkonkurencyjna, przynajmniej na papierze. Głos w postaci kartki wyborczej od 1918 roku jest nie ważony, tylko liczony. Chyba że akurat żyjemy w dyktaturze, gdzie wszystko jedno.

Dlaczego idea demokracji w Europie Środkowo-Wschodniej objęła również i natychmiast kobiety, na dobrą sprawę nie wiemy. Próbujemy to wytłumaczyć w rozdziale Transformacja, pisząc przede wszystkim o politycznym wymiarze procesu. Na pewno wojna, czyniąc z dotychczasowych służących, żon zamkniętych w kuchni czy pracujących w oborze (i córek, którym prócz kłopotliwego posagu nic się nie należy) podmioty na rynku pracy, przyspieszyła proces, który w innych warunkach dokonałby się znacznie wolniej. Wdzięczne pole badań, choć trudno dostępne, bo w źródłach dominują relacje mężczyzn.

Bolszewicy, unieważniając dotychczasowy porządek w największym państwie świata, podejmowali operację na skalę globalną. Stworzyli wzór niewielkiej mniejszości, która dzięki swej determinacji, charyzmatycznym przywódcom i radykalnemu zerwaniu ze starym porządkiem może objąć władzę wszędzie.

Apis padł ofiarą mordu w majestacie prawa; ten model także okazał się popularny, nie tylko w okresie międzywojennym.

Wreszcie nasze tytułowe „narody”. To one zastąpiły imperia w bolesnym i dramatycznym procesie, który staramy się opisać. Pozostają podstawą Europy także w XXI wieku. I trudno sobie wyobrazić, by za naszego życia Stary Kontynent przybrał zupełnie inny kształt.

W drugim tomieNaszej wojny postawiliśmy sobie za zadanie opisać i uporządkować splot rewolucyjnych fenomenów, które wyliczył Tibor Hajdu. Pierwsza część opowiada o nowym sposobie prowadzenia wojny, który zaczął się kształtować w Europie Środkowo-Wschodniej w 1917 roku, a następnie zdominował wszystkie lokalne wojny, wojenki i drobniejsze utarczki. W części drugiej opisaliśmy konflikty społeczne, próby ich politycznej instrumentalizacji, a także wysiłki zmierzające ku ich uśmierzeniu. Elementy te składają się na obraz regionalnej transformacji ustrojowej, nie mniej dramatycznej niż ta, która przeorała Europę Środkowo-Wschodnią i Bałkany po 1989 roku. Część trzecia koncentruje się na działaniach (na ogół samozwańczych) reprezentacji politycznych narodów tej części Europy w czasie wojny i po jej zakończeniu, w dobie ustalania nowych granic. Epilog wkracza już w okres międzywojenny, a zwłaszcza w te jego sfery, w których piętno wojny wydało nam się najbardziej wyraźne.

Część pierwsza: Giganci i Pigmeje

Rozdział pierwszy: Razem i osobno – etnicyzacja armii

Narastanie frustracji i zmęczenia w szeregach rosyjskiej armii to temat, któremu dużo uwagi poświęcała swego czasu historiografia radziecka. Droga wiodąca do rewolucji socjalistycznej stanowiła dla niej główną treść tego okresu. Zresztą nie tylko dla niej – historycy w ogóle mają tendencję do poszukiwania przyczyn i początków wielkich przewrotów najwcześniej, jak się da. Skoro doszło do wybuchu, coś musiało się wcześniej tlić. W wypadku rewolucji lutowej takie podejście narzucało się właściwie samo. Zaogniający się konflikt pomiędzy „reakcyjnymi” oficerami a szeregowymi żołnierzami znakomicie dopełniał obrazu buntu klasy robotniczej i chłopstwa na tyłach. Jedno i drugie, jak się wydawało, wiodło prostą drogą ku obu rosyjskim rewolucjom. Ilustrujące ten mechanizm źródła, listy, dzienniki i wspomnienia z frontu z lat 1916–1917, na pierwszy rzut oka zdają się potwierdzać taką interpretację wydarzeń. Na Wielkanoc 1916 roku dochodziło na froncie wschodnim do podobnych wypadków bratania się żołnierzy wrogich armii jak rok wcześniej nad Nidą, z tym że były jeszcze częstsze. Tam, gdzie udało się pokonać barierę języka, wymianie towarów niejednokrotnie towarzyszyła z gruntu pacyfistyczna refleksja. „Strzelamy jeden do drugiego już trzeci rok. Może pora z tym skończyć?” – słowa wypowiedziane podczas jednego z takich spotkań przez pewnego Rosjanina wydają się oddawać gęstniejącą atmosferę niezgody na kolejne lata walki. Nic dziwnego, że carscy oficerowie starali się zapobiegać takim pogawędkom12.

Przy uważniejszej lekturze świadectwa podobne do przytoczonego powyżej skłaniają jednak do pewnego sceptycyzmu. Owszem, zmęczenie wojną w szeregach ponoszącej olbrzymie straty armii rosyjskiej narastało podobnie jak frustracja na tyłach. Pytanie jednak, czy ów wzrost niezadowolenia naprawdę był stały, równomierny i prostą drogą prowadził do wybuchu. O czymś innym świadczą falujące nastroje żołnierzy przebywających na froncie, raz bardziej, a kiedy indziej mniej skłonnych do buntu. Chociaż ich liczba wzrosła w stosunku do początków wojny, w 1916 roku do załamania rosyjskiego frontu było jeszcze bardzo daleko. Dalszy ciąg relacji wspomnianego powyżej rosyjskiego żołnierza pokazuje dlaczego:

– Wracać, bo każę strzelać…! – krzyczy z wściekłością oficer wychylający się z okopu.

Zgarbieni szybko rozbiegają się w przeciwne strony… Znowu martwa cisza, jakby nic się nie stało. I tylko rośnie wściekłość na oficera, który przerwał tak ciekawe spotkanie […]13.

To tylko jeden z przykładów pokazujących, że aż do wiosny 1917 roku oficerowie rosyjscy wciąż jeszcze panowali nad swoimi podkomendnymi. W opinii wielu dowódców różnych szczebli sytuacja nawet trochę się poprawiała. Niezmienny od początku wojny, wysoki w porównaniu z innymi armiami poziom dezercji przestał wzrastać, a kroki poczynione w celu uporządkowania sytuacji i przyspieszenia powrotów schwytanych dezerterów na front zaczęły przynosić pożądane skutki14. Stan zaopatrzenia, odczuwalnie podreperowany już przed ofensywą Brusiłowa, utrzymywał się na dużo lepszym poziomie niż w dwóch pierwszych latach wojny. Sam Brusiłow, odwiedzający na przełomie lat 1916 i 1917 wiele jednostek frontowych, zauważał:

[…] dyscyplina wciąż była znakomita i gdybyśmy tylko podjęli ofensywę, bez wątpienia żołnierze wykonaliby swój obowiązek tak samo, jak uczynili to w 1916 roku15.

Obserwujący armię z dużo niższego pułapu kapitan Łobanow-Rostowski z perspektywy kilkunastu lat potwierdzał tę ocenę:

Mogę kategorycznie stwierdzić, że chociaż do wybuchu rewolucji brakowało już tylko sześciu miesięcy, armia jeszcze nigdy nie znajdowała się w lepszym stanie. Nareszcie mieliśmy mnóstwo technicznego wyposażenia i amunicji. W pułkach, które odwiedziłem, dyscyplina była dobra […], a oficerowie pełni optymizmu. […]. Z całą pewnością nie było depresji, defetyzmu ani żadnych oznak zbliżającej się rewolucji16.

Czyżby rosyjscy oficerowie nazbyt ekscytowali się poprawą zaopatrzenia i nową bronią, by dostrzec oznaki psychicznego wyczerpania i niesubordynacji wśród podkomendnych? Psychologia i psychiatria wojskowa rozwijały się wówczas niezwykle dynamicznie, nie ograniczając swoich zainteresowań wyłącznie do faradyzacji pacjentów. Mimo to żadnego załamania czy kryzysu psychicznego przed rewolucją nie zarejestrowano. Alexander Watson w błyskotliwej książce Enduring the Great War: Combat, Morale and Collapse in the German and British Armies [Jak wytrzymać Wielką Wojnę. Walka, morale i załamanie w armii niemieckiej i brytyjskiej], poświęconej kwestii utrzymania i upadku żołnierskiego morale na froncie zachodnim, skłania się do wniosku, pod którym podpisaliby się pewnie Brusiłow i Łobanow: masowa niesubordynacja to na ogół skutek wymiernych deficytów ludzi, sprzętu, zaopatrzenia i odpoczynku. Ani chwilowe nastroje, ani zbiorowa psychoza nie pojawiają się bez solidnych podstaw, a w rezultacie o zwycięstwie decydują „nie »mocniejsze nerwy«, lecz lepsze zaopatrzenie”17.

Wniosek z takich obserwacji może być tylko jeden: rewolucja dotarła na front wschodni z zaplecza. W wymarzonym świecie generałów armia całkowicie odseparowana od głodujących i biedujących rodzin w kraju zapewne zachowałaby dyscyplinę znacznie dłużej, może nawet aż „do ostatniego żołnierza”. Brak groźnych dla morale wiadomości z domu stałby się rękojmią wytrwałości i wierności obrońców ojczyzny. Czy w takim razie Rosjanie i pozostałe imperialne armie (a także narodowe siły zbrojne Bułgarii, Serbii, Grecji i Rumunii) rzeczywiście były w stanie utrzymać spoistość aż do końca, aż do upadku dynastii Romanowów i Habsburgów? Czy potrafiły powstrzymać narastającą niechęć żołnierzy do umierania na wojnie, której cel wcale nie stawał się z czasem coraz jaśniejszy i bardziej przekonujący? Odpowiedź na te pytania zbliży nas do istoty przemiany wojny imperiów w wojnę narodów. I jak to bywa z wyjaśnieniami wielkich zmian, będzie to odpowiedź złożona.

Etnicyzacja armii przed rewolucją lutową

Zacznijmy od tego, że nawet na długo przed rewolucją imperialne armie wcale nie były tak monolityczne, jak chcieliby tego Brusiłow i Łobanow-Rostowski. Chociaż nie ma powodu wątpić w ich ocenę morale i zaopatrzenia w przeddzień katastrofalnych dla wojsk carskich wiosny i lata 1917 roku, zarówno po ich stronie frontu, jak i w armii habsburskiej rosły w siłę ruchy odśrodkowe. Z początku nie budziły większych obaw, jednak w czasie obu wielkich kampanii 1916 roku zaczęły gwałtownie nabierać niebezpiecznej dla imperiów dynamiki. Swą siłę zademonstrują w całej pełni w stosownej chwili.

Historie narodowych jednostek formowanych w ramach armii rosyjskiej i austro-węgierskiej często bywają bardzo podobne. Pierwsze spotkanie polskich legionistów z rodakami pod zaborem rosyjskim było dla młodych idealistów olbrzymim rozczarowaniem. Narodowe powstanie, które pragnęli wywołać, nie wybuchło, a walki toczone z Rosjanami, jakkolwiek bohaterskie, były na ogół starciami w odwrocie. Dzieje powstałego w tym samym czasie Legionu Ukraińskich Strzelców Siczowych (USS) sprawiają wrażenie dokładnej, choć w nieco mniejszej skali, kopii polskich doświadczeń, nawet w takich szczegółach jak demonstracyjna niechęć do składania przysięgi na wierność Franciszkowi Józefowi I18. Żołnierze USS, podobnie jak polscy legioniści, zżymali się na okrucieństwo austro-węgierskich wojskowych wobec własnych rodaków, poddanych rosyjskich, wchodzili w konflikty z regularnymi oddziałami i kradli im wyposażenie, ponieważ były lepiej zaopatrzone, starali się też zachowywać demokrację wewnątrz własnych szeregów. Dzielili z Polakami również rozczarowania i frustracje, typowe dla bardzo młodych, niedoświadczonych żołnierzy, których rzucono w wir prawdziwej Wielkiej Wojny. Jedną z pierwszych przygód ukraińskich legionistów była źle przygotowana i po amatorsku przeprowadzona wyprawa kilkudziesięcioosobowych patroli na tyły rosyjskie w okolicy Stryja:

Strzelcy, bez map i kompasów, wędrują przez ośnieżone lesiste góry […]. W trakcie dalszej wędrówki nie spotykają ani wojsk rosyjskich, ani austriackich. Nie wiedzą, czy już są za, czy przed linią frontu. W wiosce kupują świnię, zarzynają, pieką i zjadają. 19 października 1914 r. wchodzą do opuszczonego przez Rosjan Stryja, ludność wita ich kwiatami i częstuje papierosami, zaraz potem jednak dwudziestka wskutek własnej nieostrożności zostaje wzięta do niewoli przez tylną straż Rosjan. Chorąży rosyjski częstuje ich papierosami, komentując, że z Austrią musi być źle, skoro mobilizuje już nastoletnich chłopców19.

Kolejne próby wywołania powstania wśród współplemieńców po drugiej, zajętej przez Rosjan stronie Karpat spełzły na niczym. Miesiące ciężkich walk w Galicji przyniosły ukraińskim legionistom zarówno momenty chwały (krwawy bój o górę Makiwka, uwieczniony w patriotycznej piosence „Hej na górze, na Makiwce, bojowali Siczowi Strzelcy”), jak i bardzo ciężkie straty. Pod Złotą Lipą w trakcie ofensywy Brusiłowa legion właściwie przestał istnieć. Akcja werbunkowa prowadzona wśród rosyjskich Ukraińców po ofensywie Mackensena w 1915 roku nie spełniała pokładanych w niej nadziei (nawiasem mówiąc, znowu podobnie do równoległych wysiłków oficerów werbunkowych Legionów Polskich). Tymczasem wśród legionistów i ich politycznego zaplecza narastało rozczarowanie polityką mocarstw centralnych. Ukraińcy czuli się niedoceniani zarówno w wymiarze geopolitycznym (akt 5 listopada i zapowiedź utworzenia państwa polskiego odebrali jako groźbę utraty części terytorium, które uważali za należne Ukrainie), jak i w sprawach drobnych, lecz symbolicznych; gdy niedobitki USS skierowano do budowy okopów i innych prac pomocniczych na froncie, zadanie to określono w ukraińskich szeregach pogardliwym terminem „łopatencug”20.

Polscy legioniści, liczniejsi i nieco bardziej doświadczeni od ukraińskich towarzyszy broni, żywili podobne uczucia. Wprawdzie od samego początku wojny nie identyfikowali się w pełni z interesami monarchii, jednak momentem przełomowym wydaje się ofensywa Brusiłowa. Po niej słowo „nasi” traci swoje dotychczasowe znaczenie i przestaje opisywać armię monarchii jako całość. W tym wypadku możemy się nawet pokusić o mikrohistoryczną analizę najważniejszego momentu dla owej zmiany nastrojów. Zawdzięczamy to wyjątkowemu składowi społecznemu legionistów, jednej z najbardziej literackich formacji w dziejach wojskowości. Dzięki ich skłonności do opisywania swojej służby możemy obserwować rozpad imperialnego konsensusu jakby klatka po klatce.

Pierwsze ujęcie wymaga cofnięcia się w czasie właśnie do ofensywy Brusiłowa na Wołyniu i nakreślenia tła legionowej historii. Relacje spisane przez żołnierzy strony austro-węgierskiej z czerwca i lipca 1916 roku należą do specyficznego gatunku: egzegezy klęski, która była tak dotkliwa, że domagała się wyjaśnień. Co zrozumiałe, w centrum zainteresowania opinii publicznej w kraju znalazły się te jednostki wojskowe, które w największym stopniu ucierpiały na samym początku ofensywy, zwłaszcza 1. Wiedeński Pułk Piechoty pod dowództwem Maxa Schönowskiego-Schönwiesa. W 1919 roku, niedługo po oficjalnej rehabilitacji oficera, ukazała się historia walk jego pułku w okolicach Ołyki pióra Schönowskiego i Augusta Angenettera, oficera rezerwy, a w cywilu dziennikarza. W nakreślonym obrazie krytycznych dni czerwca 1916 roku autorzy nie stronią od patetycznych tonów. Pułk z niezrównaną odwagą i pogardą dla śmierci walczył z „potężnym brunatnoziemistym potworem, który parł naprzód, rycząc, wyjąc i strzelając”21. W poszukiwaniu alternatywnych przyczyn klęski obaj autorzy wskazywali na niedostateczne zaopatrzenie, trudności w komunikacji i chaos decyzyjny, ale zaskakująco wiele krytycznych uwag poświęcili także własnym nielojalnym żołnierzom. Ten motyw pojawia się w ich książce już we fragmentach o sytuacji przed bitwą, gdzie nie brak złośliwości pod adresem Węgrów bezlitośnie łupiących ludność cywilną. Autorzy przechodzą następnie do opisu reakcji żołnierzy na huraganowy ogień rosyjskiej artylerii:

Z boku sformowała się grupa złożona z wielu Czechów i dwóch Rusinów – niegodnych zaufania rezerwistów skierowanych do naszego pułku. Ich twarze wyrażały mixtum compositum tchórzostwa, fałszu, chytrości, strachu, Schadenfreude i tajemnej, a niskiej nadziei. Obrzydzenie ogarniało na widok tych pysków. Kilku Polaków zbiło się w grupkę w załomie okopu i wytrzeszczało oczy tak, że widać było same białka. Drżące, poszarzałe usta mamrotały modlitwy22.

Jak już wiemy, insynuacja, jakoby to Czesi i Rusini ponosili odpowiedzialność za porażki armii habsburskiej, stała się osią sporu pomiędzy niemiecko-austriackimi i czeskimi politykami w Wiedniu. Zarzuty te umocniły się na wieść o pierwszych sukcesach sformowanych w Rosji czechosłowackich oddziałów, zwłaszcza o bitwie pod Zborowem w 1917 roku. Punktem kulminacyjnym owej kampanii stał się obszerny akt oskarżenia wobec Czechów, wygłoszony przez grupę niemieckich posłów z trybuny parlamentarnej pod koniec 1917 roku (wystąpienia posłów nie podlegały cenzurze, która w przeciwnym razie po prostu zdjęłaby publikację podkopującą spójność monarchii)23.

Lektura czeskich wspomnień wojennych i prac historyków wojskowości komplikuje ten obraz. Międzywojenna Czechosłowacja budowała swoją legitymizację międzynarodową na udziale legionistów w walce przeciw mocarstwom centralnym w Rosji, Francji i Włoszech. Uzupełnieniem tej narracji był mit konsekwentnego oporu czeskich i słowackich żołnierzy monarchii habsburskiej, których przedstawiano jako niechętnie służących sprawie sprzecznej z ich interesami, a nawet sabotujących służbę. Mimo to historie masowych dezercji i przechodzenia na stronę wroga nie znajdują potwierdzenia w źródłach. Austro-węgierscy żołnierze narodowości czeskiej opisują natomiast lato 1916 roku jako pasmo wyczerpujących odwrotów i źle przygotowanych kontrataków. Co istotniejsze, w ich optyce zarówno panika, jak i heroizm nie są uwarunkowane narodowością, dotyczą na równi Czechów i innych narodowości monarchii. Jak zauważał szeregowy František Černý, w tym odwrocie nie było nic takiego, co pozwoliłoby na ujęcie sytuacji w kategoriach etnicznych:

Raz po raz doganiałem pułki, których żołnierze odpoczywali na poboczu traktu, i było jasne, że swoje pozycje musieli opuścić już przed północą. Gdy tylko droga stawała się równiejsza, nie mogłem uwierzyć własnym oczom, patrząc na te masy wojska! Tłum nie miał początku ani końca. W odwrocie znajdowało się wszystko: piechota, kawaleria, treny. Pomyślałem: „Ileż nas tu jest! Gdzie tu uciekać?”. Ale skoro uciekali wszyscy, to i ja24.

Bez względu na to, jaką rolę w opowieści o kampanii letniej 1916 roku odgrywały konflikty etniczne pomiędzy Niemcami a Czechami, dla jednych i drugich była to niewątpliwie historia klęski. Zupełnie inny sens tym samym wydarzeniom nadają wspomnienia polskich legionistów. W ich opowieści, a co za tym idzie, także w polskiej historii wojskowości, kampania wołyńska, a szczególnie stoczona w lipcu 1916 roku bitwa pod Kostiuchnówką, zajmuje poczesne miejsce jako niemal zwycięstwo odniesione w walce z przeważającymi siłami wroga25. Powszechnie przyjmuje się także, naszym zdaniem raczej niesłusznie, że decyzja o rozpoczęciu werbunku do Polnische Wehrmacht w niemieckiej strefie okupacyjnej Królestwa Polskiego została podjęta właśnie pod wrażeniem bohaterstwa legionistów26. Bitwa pod Kostiuchnówką obfituje w relacje z pierwszej ręki, co wynika ze wspomnianego już specyficznego składu społecznego polskich jednostek ochotniczych. W dodatku legendarny wódz Legionów Józef Piłsudski nie tylko wziął udział w walkach na Wołyniu, lecz także pojawiał się tam na pierwszej linii frontu27. Naprawdę fascynujący wydaje się jednak sposób, w jaki polscy uczestnicy bitwy pod Kostiuchnówką pisali o swoich niepolskich towarzyszach broni.

Rosjanie polegli podczas ataku na pozycje niemieckie na Wołyniu latem 1916 roku.

Sam obraz walk z Rosjanami zachowuje nieco podobieństw z narracją austriacką. Przeważające siły wroga porównywano do żywiołu, podobnie jak on niepowstrzymane i bezmyślne. Pewną różnicę stanowi pojawiająca się tylko w polskich relacjach „stanowa” interpretacja walki jako starcia „polskich panów” z masą „ruskiego chłopstwa”. Najdalej w tę metaforę zapuścił się chyba Wacław Lipiński, żołnierz i historyk:

Wyczekiwali z jakąś bezmyślną biernością kilka chwil, aż ręczny granat rzucony w kupę zawrócił ich z miejsca. […] A jest ich jak mrowia. W krzakach Kostiuchnówki, pod drutami, w zbożu rzadkiem, gdzie tylko okiem sięgnąć – jasnozielone bluzy i czerwone, spocone twarze. Bijemy im wprost w pyski, celnie, niezawodnie, z chłodnem okrucieństwem. Oni zaś odpowiadają mało, rzucają natomiast granatami w okop. I umierają – umierają bez słowa, z jakąś tępą, bezmyślną obojętnością28.

Lipiński opisuje następnie epizod z późniejszej fazy bitwy, toczący się na mostku nad strumieniem:

[…] na mostku krzyk straszliwy. Tam w mig, piorunem powybijano kolbami, porozdzierano bagnetami sołdatów, co już zaszedłszy z boku, zastąpili drogę. Ciśnięto w bagno wielkich ruskich chłopów, zasłano nimi most. […] Wyniosła postać Narbutta z błyszczącym niklowym browningiem rzuca mi się w oczy, gdym dopadł linii. Walka na śmierć i życie. Chamska, zacięta pasja. […] Tam Hajec porucznik, szpicrutą na wołanie „zdajsia” siecze po twarzach chłopów. Kolbami po łbach, po ramionach, strzałami, ogniem prosto w twarz. Aż odepchnęliśmy tłum29.

Nim damy się uwieść ekspresjonistycznej stylizacji tych opisów, warto uświadomić sobie, że ostatecznie również Polacy byli zmuszeni się wycofać wraz z austriackimi i węgierskimi towarzyszami broni. Na tych ostatnich najchętniej zrzucano odpowiedzialność za załamanie obrony. Honwedzi zajmujący pozycję na Polenbergu (nazwa upamiętniała wkład Legionów w kampanię wołyńską w 1915 roku) mieli być przez Polaków wielokrotnie powstrzymywani w trakcie ucieczki i zapędzani na powrót do okopów. „Sakramenckie tam dziady, jakieś obrośnięte trepy” – zauważał krytycznie Lipiński30. Ten sam autor dodawał, że trzy tygodnie po bitwie pod Kostiuchnówką, pod nieobecność Polaków, zajmujące pozycje w tej okolicy pułki 99. i 93. „załamują się od razu”31. Ogólnie, jak ujął to inny legionista, Marian Dąbrowski:

Powszechnie mówiono w szeregach legionowych, iż my zawsze wstrzymujemy panikę oddziałów austro-węgierskiej armii aż do przyjścia posiłków bawarskich lub pruskich na zagrożone pozycje32.

W wielu polskich wspomnieniach o Kostiuchnówce powraca pewna konkretna scena, nadająca powyższym twierdzeniom szczególny posmak. Podczas odwrotu rozmaite oddziały armii habsburskiej wpadły w panikę, kawaleria, piechota i treny wpadały na siebie, uniemożliwiając przemieszczanie się innym jednostkom. W takiej właśnie chwili na bitewnej scenie pojawia się niewielki oddział legionistów pod dowództwem wspomnianego powyżej Aleksandra Narbuta-Łuczyńskiego:

Wnet ostra komenda Narbutta rozległa się w kolumnie: „Bagnet na broń”, wnet lufy karabinów zwrócone na oficerów austriackich i pruskich zaczęły nieco hamować ucieczkę. Odgrodziliśmy się murem bagnetów i kolb, by za nic w świecie nie pozwolić rozbić sobie kolumny. […] Zaczęliśmy śpiewać. Spokojna, zwarta kolumna, najeżona bagnetami, śpiew tęgi, rozgłośny robi wreszcie swoje. Artylerzyści, kawaleria poczynają zadzierać, hamować konie, popłoch ustaje. Do jadącego na przedzie Narbutta, sadząc krótkiego galopa, dopada jakiś pruski oficer. Coś mówi, coś gratuluje, wreszcie wyciąga dłoń. A Narbutt powoli kładzie rękę do kieszeni33.

Inne relacje wzbogacają ten obraz w ciekawe szczegóły. Maszerujący Polacy mieli śpiewać Hej strzelcy wraz, pieśń powstańczą z 1863 roku, będącą pamiątką najważniejszej tradycji patriotycznej międzywojennej Polski, czyli powstania styczniowego. Niektórzy świadkowie twierdzili, chyba nieco przeceniając zdolności wokalne legionistów, że już sam śpiew uspokoił uciekające wojsko34. Biorąc pod uwagę charakter przytoczonych tu źródeł, często powstałych bezpośrednio po walce albo w niezbyt długim odstępie czasu, należy je uznać za zapis jeśli nie faktów, to na pewno nastrojów panujących w polskich jednostkach. Kostiuchnówka, ostatnia większa bitwa stoczona w czasie Wielkiej Wojny przez Legiony, przyspieszyła proces kształtowania świadomości młodych polskich patriotów. Dwa, wspomniane wcześniej, aspekty tego procesu wydają się szczególnie ciekawe.

Zacznijmy od specyficznego obrazu wroga, wskazującego, jak sądzimy, na zmianę klasowej tożsamości legionistów. Mimo że wielu z nich sympatyzowało raczej z lewicą, a także mimo podkreślanego na każdym kroku demokratyzmu Legionów, rosyjska ofensywa najwyraźniej ożywiła stereotyp wiążący polskość na Wschodzie ze szlacheckością, natomiast rosyjskość (a także ukraińskość i białoruskość) z chłopstwem. Już wkrótce, podczas wojen o granice odrodzonego państwa w latach 1918–1921, do stereotypów tych zaczną się odwoływać wszystkie strony konfliktu. Nie tylko bolszewicy będą postrzegać swych polskich wrogów jako „panów”; tę samą strategię zastosują także Ukraińcy i Litwini, starający się zmobilizować chłopów do walki z Polakami.

Drugi, istotniejszy proces dostrzegalny w polskich źródłach (co wyróżnia je na tle relacji czeskich czy austriackich) to utrata legitymizacji sojuszu, w którego ramach Legiony stanęły do walki. Powracający obraz polskiej jednostki przebijającej się przez spanikowany tłum z pieśnią narodową na ustach ma znaczenie symboliczne. Biorąc pod uwagę to, co nastąpiło potem, scenę ową można traktować jako metaforę rozbratu z imperialną lojalnością i początku nowej, czysto narodowej walki. Wojownicy tak hojnie obdarzeni zarówno odwagą, jak i zimną krwią, jak ci spod Kostiuchnówki bez wątpienia byli zdolni do osiągnięcia celów polskiego ruchu narodowego.

Delikatnym cieniem na tym monumentalnym obrazie kładzie się fakt, który w polskich relacjach o bitwie pojawia się marginalnie lub nie gości w nich wcale. Jeden z weteranów opisujących scenę z Narbutem sięga wstecz aż do chwili wybuchu paniki wśród austriackich i niemieckich żołnierzy. Jak pisze, wszystko zaczęło się od nieszczęśliwego zbiegu okoliczności: cofająca się w nieładzie jednostka polskiej kawalerii wpadła na austro-węgierskie tabory. To uruchomiło lawinę wydarzeń, którą zatrzymał dopiero Narbut, oficer pojawiający się jeszcze na kartach tej książki w znacznie mniej chwalebnej roli. Polacy powstrzymali zatem wybuch paniki, którą wywołali inni Polacy. Swoją drogą sens owej dramatycznej sceny wydaje się tkwić nie w precyzyjnym odwzorowaniu rzeczywistego przebiegu wypadków, lecz w jej symbolicznym znaczeniu. Dzięki zamiłowaniu tak wielu legionistów do zapisywania i komentowania swych przeżyć historycy uzyskali dostęp do sfery, do której na ogół niezwykle trudno im przeniknąć: do serc i głów uczestników Wielkiej Wojny.

Jesienią 1916 roku w tych sercach zaczynało już brakować miejsca dla dotychczasowych sojuszników, nawet jeśli rozsądek wciąż nakazywał zachowanie lojalności. Sytuacja zaostrzyła się jeszcze bardziej na początku następnego roku, kiedy wykrwawione w walkach na Wołyniu Legiony skierowano na odpoczynek do Królestwa. Pułki stacjonujące w Zegrzu sąsiadowały tam z jednostkami niemieckimi. Nie upłynęło wiele czasu, nim jedni i drudzy zaczęli toczyć niewypowiedzianą wojnę podjazdową. Ostatecznie przyczyną otwartego wybuchu wrogości w stosunku do sojuszników stała się kradzież (lub nielegalny zakup, tu relacje świadków nie są zgodne) chleba przez jednego z legionistów. Powracając do koszar, zignorował wezwanie niemieckiej warty do zatrzymania się i został zastrzelony na miejscu. Jeden z uczestników zegrzyńskich wypadków wspominał, co stało się potem:

Rozwścieczone bractwo rzuciło się na wartownika, zamieniając go w jednej minucie w krwawy strzęp. Przed śmiercią jednak zdążył krzyknąć na ratunek. Trzydziestu Niemców w pozycji gotuj broń ruszyło na nas, ale w jednej chwili zostali rozbici. Kolbami roztrzaskano łby itp. Zaalarmowano garnizon niemiecki w koszarach nad Wisłą. Brakowało nam amunicji, więc rzuciliśmy się na magazyny z bronią i amunicją. Ku kolumnie niemieckiej wypadł na koniu dowódca 4 pp mjr A. Galica. Zjawia się w charakterze dowódcy brygady płk Roja, który zwołuje odprawę. W napiętej sytuacji nie możemy przebywać w swoich kwaterach. Musimy stąd odejść co najmniej 30 km. Tak samo robią Niemcy, którzy odejdą stąd w innym niż my kierunku. Ta profilaktyczna izolacja potrwa około 3 tygodni, dopóki namiętności po obu stronach nie przygasną35.

Przywrócenie porządku wymagało w tym wypadku naprawdę radykalnych kroków. Legioniści uspokoili się dopiero pod groźbą karabinów maszynowych, rozstawionych na moście na Narwi i wycelowanych w ich koszary. Trochę trwało też, nim wypuścili przetrzymywanych i dotkliwie pobitych niemieckich wartowników. Dla zabójcy legionisty pomoc przyszła za późno – zmarł niedługo potem w szpitalu. Mimo wysiłków dowódców atmosfera się nie poprawiała. W czerwcu doszło do kolejnej utarczki, w której wyniku jeden z legionistów został przebity bagnetem i wrzucony do Narwi36.

Poza koszarami stosunki polsko-niemieckie wcale nie układały się lepiej. Legioniści narzekali na fatalne wyżywienie, słusznie uważając się za pokrzywdzonych (przez dłuższy czas otrzymywali austriacki żołd, niższy od niemieckiego, oraz niemieckie racje żywnościowe, które z kolei ustępowały austriackim). Szerzyły się dezercje, samowolne przedłużenia urlopów, kradzieże, choroby weneryczne i – naturalnie – bójki z Niemcami, szczególnie po knajpach i domach publicznych. Co więcej, legioniści zaczęli czynnie przeszkadzać niemieckim oddziałom rekwizycyjnym, po prostu przeganiając je z polskich wsi. Czasem czynili to zresztą w majestacie prawa wojennego, wymagającego pisemnego nakazu, częściej jednak dochodziło do bójek bez żadnego formalnego uzasadnienia. Rozkaz gen. Stanisława Szeptyckiego ze stycznia 1917 roku wiele mówi o nastrojach panujących wówczas w polskich szeregach:

Od czasu przejścia Legionów Polskich na teren Królestwa Polskiego zdarzyło się kilka już wypadków zajść pomiędzy oficerami Legionów Polskich a żołnierzami armii niemieckiej. Niektóre z tych zajść miały bardzo ostry przebieg, robiono bowiem użytek z broni, a co specjalnie podkreślam, terenem zajść były zakłady, w których obecność oficerów niczym usprawiedliwić się nie da. Nie wchodząc w to, kto w poszczególnych tych wypadkach miał słuszność, skonstatować i podnieść z naciskiem muszę, że zajścia te niezwykle szkodzą i utrudniają zgodne współżycie obu wojsk. […] Polecam stanowczo unikanie jakichkolwiek starć i scysji z niemieckimi oficerami i żołnierzami37.

Pogarda dla Austriaków i niechęć do Niemców miały oczywiście swoje własne przyczyny, zarówno racjonalne, jak i psychologiczne. Błędem byłoby jednak przypuszczać, że to zjawisko charakterystyczne tylko dla polskiego doświadczenia wojny. Wspomnieliśmy już o zniechęceniu, jakie ogarniało w tym samym czasie szeregi zachodnioukraińskich patriotów. Także po drugiej stronie frontu „zgodne współżycie wojsk” coraz częściej okazywało się pustym frazesem. Historia rosyjsko-rumuńskiej współpracy w latach 1916 i 1917 może być świetną ilustracją owego mechanizmu.

Kampania rumuńska stanowiła pasmo sukcesów sprzymierzonych armii: niemieckiej, austro-węgierskiej i bułgarskiej. Utrzymanie ostatnich skrawków rumuńskiego terytorium wzdłuż granicy rosyjskiej wymagało nie tylko olbrzymiego wysiłku obrońców, ale i zaangażowania armii rosyjskiej. Historycy szacują, że samo wsparcie rumuńskiego frontu wymagało skierowania tam 1/4–1/5 rosyjskich sił, czyli wraz z zapleczem, zaopatrzeniem, ze szpitalami i temu podobnymi grubo ponad miliona ludzi38. Liczby te jednak wprowadzają w błąd. Rosjanie zaangażowali poważniejsze siły dopiero wówczas, gdy losy kampanii rumuńskiej zostały już przesądzone. Zamiast w porę wesprzeć ofensywę sojusznika, z największym trudem zdążyli uratować go przed całkowitą klęską.

Początki rumuńsko-rosyjskiej współpracy w kampanii 1916 roku dostarczają mnóstwo przykładów wzajemnej niechęci i braku zaufania. Ze strony rumuńskiej taka postawa miała historyczne uzasadnienie. Poprzednia rosyjska „pomoc” w czasie wojny z Turcją w latach 1877–1879 skończyła się odebraniem państwu rumuńskiemu Besarabii. Nastroje antyrosyjskie w społeczeństwie rumuńskim nie wygasły nigdy. Z kolei rosyjscy wojskowi otwarcie i konsekwentnie lekceważyli sojuszników. W sierpniu 1916 roku, na usilne prośby Bukaresztu, do Dobrudży udał się korpus ekspedycyjny złożony z jednostek tak słabych i/lub niedoświadczonych, że żaden z rosyjskich generałów nie chciał objąć nad nim dowództwa. Adriej Zajonczkowskij, który ostatecznie przyjął ten wątpliwy zaszczyt, okazał się wyjątkowo nieudolny, konsekwentnie odmawiając pomocy walczącym Rumunom i hamletyzując. W Dobrudży czuł się źle, opisywał ją w listach jako dziką krainę zamieszkaną przez dzikich ludzi39. Ostatecznie ten rosyjski Owidiusz w generalskim mundurze został odwołany ze stanowiska, co jednak tylko minimalnie poprawiło sytuację. Gen. Henri Mathias Berthelot, francuski wysłannik przy rumuńskim naczelnym dowództwie, pisał w grudniu 1916 roku z goryczą do gen. Josepha Joffre’a: „z przyczyn, których nie jestem w stanie zrozumieć, Rosjanie chcieli, żeby Rumunia padła”40.

Chodziło o coś więcej niż zwykłe nieporozumienia pomiędzy sojusznikami. „Boję się Rosjan, […] są teraz w Dobrudży, […] ale nie mają dobrych intencji. […] Droga do Sofii i Konstantynopola prowadzi nie tędy, lecz przez Bukareszt” – notował wkrótce po przybyciu korpusu Zajonczkowskiego jeden z najbardziej cenionych (był komendantem bukareszteńskiej akademii wojskowej) i najlepiej ustosunkowanych (pochodził z arystokratycznej rodziny, a jego ojciec kilkakrotnie piastował urząd premiera kraju) rumuńskich oficerów, płk Alexandru D. Sturdza41. Dla niego i wielu jego podwładnych ostatnim dzwonkiem ostrzegawczym stał się rosyjski plan, by pozostałych pod bronią Rumunów ewakuować na terytorium rosyjskie, pozostawiając w rękach wroga całe terytorium państwa. Na początku lutego 1917 roku Sturdza przekroczył linię frontu i wydał z pomocą Niemców odezwę do jeszcze pozostających w Mołdawii rumuńskich żołnierzy:

Mówię do was ja, płk Sturdza, z którym walczyliście ramię w ramię. Pragnę stworzyć nową armię, wyposażoną w najnowszą broń i dowodzoną przez oddanych sprawie oficerów. Chcę, abyśmy porzucili sprawę przegraną, abyśmy wygnali rosyjskiego rabusia z naszego kraju i jak najszybciej powrócili do naszych domów. Pomoże nam 200 tysięcy rumuńskich jeńców wojennych, których uwolnię42.

Energiczna i bezwzględna interwencja rumuńskiego kontrwywiadu wojskowego zapobiegła masowym dezercjom. Wspólnicy Sturdzy pozostający w szeregach armii zostali wykryci i straceni. Ambitna operacja skończyła się na kilkuset uciekinierach, liczbie zbyt małej, by urzeczywistnić plan Sturdzy i stworzyć konkurencyjną, proniemiecką armię rumuńską.

Rumuński policjant wraz z niemieckimi żołnierzami patroluje ulice Bukaresztu, 1917 rok.

Z kampanią rumuńską miał związek jeszcze jeden przypadek konfliktu między sojusznikami. W 1916 roku z wizytą do Piotrogrodu udał się serbski premier Nikola Pašić. Jednym ze skutków przeprowadzonych przezeń negocjacji była decyzja o rozpoczęciu werbunku do ochotniczej serbskiej dywizji w Odessie. Naturalnym rezerwuarem kadr dla tej formacji stali się austro-węgierscy jeńcy narodowości serbskiej. Kilka tysięcy zwerbowanych w ten sposób, na ogół niedoświadczonych Serbów wzięło udział w wyprawie gen. Zajonczkowskiego, kilka kolejnych uczestniczyło w późniejszych walkach na terenie Rumunii. Bili się dzielnie, ponosząc znaczne straty. Około połowa z kilkunastu tysięcy ochotników zginęła lub odniosła rany. Być może właśnie pod wrażeniem tych strat ktoś – nie do końca wiadomo, czy po stronie serbskiej, czy rosyjskiej – uznał, że przymus będzie najlepszym sposobem na szybkie uzupełnienie przetrzebionych szeregów. Wśród jeńców austro-węgierskich w południowych guberniach Rosji zaczął się regularny, choć zupełnie bezprawny pobór. Co więcej, w oryginalny sposób nawiązując do porozumień pomiędzy rządem Serbii a działaczami Komitetu Jugosłowiańskiego, reprezentującego południowych Słowian z monarchii habsburskiej, poborem tym objęto także jeńców narodowości chorwackiej i słoweńskiej. Co zrozumiałe, ich ochota na powrót na front i walkę przeciw własnemu państwu okazała się znikoma:

Ochotnicy zmobilizowani pod przymusem, na których mówiło się „przymuśnicy”, zareagowali na przemoc w ten sposób, że odmawiali podania nazwiska i włożenia munduru. Zgodnie z relacją dr. Potočnjaka, później powiedziano im, że muszą walczyć w imię i na rozkaz cara, a za nieposłuszeństwo będą karani głodem. Wywołało to rozgoryczenie; „przymuśnicy” stanowili materiał nowy, bezimienny i na wskroś niezadowolony, w którym bardzo łatwo szerzyła się i przyjmowała destrukcyjna robota43.

23 listopada 1916 roku w koszarach na Kulikowym Polu wybuchł bunt „przymuśników”. Wezwani na miejsce żołnierze rosyjscy zobaczyli wzburzony tłum, wznoszący okrzyki na cześć cesarza wrogiego państwa: „Živio Franjo Josip!”. Odizolowani od świata i wiadomości z kraju, przymusowo zmobilizowani austro-węgierscy jeńcy nie zdawali sobie sprawy, że jest już za późno na życzenie monarsze zdrowia. Franciszek Józef I zmarł dwa dni wcześniej.

Podczas tłumienia buntu Chorwatów i Słoweńców zginęło 13 „przymuśników”. Napięta sytuacja w „ochotniczym” jugosłowiańskim korpusie zaczęła się uspokajać dopiero po rewolucji lutowej. W nowych, swobodniejszych okolicznościach przedstawiciele Chorwatów i Słoweńców zażądali wyjaśnienia, według jakich to zasad ma się rządzić ich przyszła ojczyzna. Od odpowiedzi na to pytanie uzależniali zgodę na uczestnictwo w wojnie. Oczywiście nikt nie był w stanie udzielić im konkretnej i wyczerpującej odpowiedzi. Jakąś jej namiastką stała się oficjalna zmiana nazwy korpusu z serbskiego na Ochotniczy Korpus Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Ostatecznie tylko część tej formacji została przetransportowana na front salonicki i wzięła udział w akcji bojowej.

Żołnierze ententy na froncie salonickim w 1917 roku.

Obserwując narodowy partykularyzm drążący imperialne armie już przed rewolucją, łatwo ulec pokusie teleologii i – podobnie jak niegdyś historycy radzieccy – odnajdywać oznaki nadchodzącego kryzysu wszędzie tam, gdzie ostatecznie rzeczywiście nadszedł. Mając świadomość tej pułapki, nie posuniemy się do twierdzenia, że już w drugiej połowie 1916 roku los imperiów i ich armii był przesądzony. Niemniej w tym właśnie momencie dostrzegamy początek procesu, na którego końcu dotychczasowi sojusznicy staną się wrogami, a żołnierze, jeszcze niedawno walczący ramię w ramię, skierują broń przeciwko towarzyszom broni. Czy taki finał owej wewnętrznej, czasem symbolicznej, etnicyzacji był z góry przesądzony? Z pewnością nie. Bardziej profesjonalne dowództwo może byłoby w stanie w porę powstrzymać tendencje odśrodkowe i zachować spoistość wojska. Mniej więcej w tym samym czasie działania takie podjęli Niemcy, zaniepokojeni stosunkowo dużą liczbą dezercji wśród żołnierzy narodowości polskiej na froncie zachodnim. Reakcja była zdecydowana i skuteczna: Poznaniacy (czyli główni podejrzani; do lojalności polskojęzycznych Ślązaków niemieccy oficerowie nie mieli krytycznych uwag) zaczęli być od 1916 roku rozsyłani po jednostkach składających się w większości z niemieckich poborowych. Tu oficerowie zwracali na nich baczną uwagę. Jednocześnie zaostrzono represje wobec dezerterów. W wypadku uciekinierów należących do mniejszości (czyli Polaków i Alzatczyków) zaczęto także represjonować rodziny. Te kroki okazały się wystarczające, żeby utrzymać lojalność polskich poddanych Hohenzollernów do końca wojny. Miarą powodzenia niemieckiej odpowiedzi na „kwestię polską” w armii była zaskakująca statystyka jeńców schwytanych przez Brytyjczyków i Francuzów w ostatnich dniach walk, kiedy niemiecki front ostatecznie się załamał. Odsetek poddających się Polaków okazał się wówczas znacznie mniejszy, niżby to wynikało z ich obecności w niemieckich szeregach44. Wielu z tych wiernych do ostatka zamieni po 11 listopada 1918 roku mundur niemiecki na polski bądź włoży biało-czerwone opaski, by lepiej odróżnić się od dawnych niemieckich kolegów, dzisiejszych przeciwników. Wszystko to jednak nie będzie już zmartwieniem ich byłych dowódców.

Krótko po zakończeniu ofensywy Brusiłowa pewien niemiecki oficer doszedł do wniosku, że w tym właśnie momencie, w sierpniu 1916 roku, wojna na wschodzie ostatecznie upodobniła się do walk na froncie zachodnim. Tu i tam obie strony trzymały się w szachu wzdłuż długiej i umocnionej linii frontu45. Niezbyt dociekliwemu obserwatorowi, służącemu do tego w armii, która stosunkowo najlepiej radziła sobie z etniczną różnorodnością w swych szeregach, rzeczywiście mogło się tak wydawać. Jednak pod w miarę uporządkowaną powierzchnią kipiał już konflikt, dzielący sojuszników, a nawet żołnierzy jednej i tej samej armii, na coraz bardziej niechętne sobie obozy. Nadchodzący polityczny przewrót w Piotrogrodzie miał nadać temu konfliktowi znacznie ostrzejszy charakter.

Eksperyment z demokracją w armii

Zanim jeszcze rewolucja lutowa przewróciła do góry nogami dotychczasowe hierarchie wojskowe i utarte zwyczaje, nieprecyzyjne wieści z Piotrogrodu wywołały dezorientację, panikę i chaos w wielu rosyjskich jednostkach frontowych. To, co rozegrało się w nich u schyłku zimy i na wiosnę 1917 roku, trudno uznać za starcie konkretnych politycznych sił. Ani przełożeni, ani podkomendni tak naprawdę nie wiedzieli, co się właściwie dzieje. Jak wiele razy podczas tej wojny, o życiu bądź śmierci decydowały plotka, zbieg okoliczności albo splot lokalnych interesów, sympatii i animozji. To one przesądziły o losie adm. Adriana Iwanowicza Nepenina, dowódcy rosyjskiej Floty Bałtyckiej, stacjonującej w Helsingforsie. Niepewny, kto właściwie dzierży władzę i co należy zrobić, admirał zwlekał z wydaniem rozkazów dla floty. Tymczasem wśród marynarzy huczało od plotek. Słyszeli, że w Piotrogrodzie zbuntowali się robotnicy, i podejrzewali, że dowódca zechce skierować ich do tłumienia tego buntu. Owe przypuszczenia były nie tylko błędne (Nepenin, zdaje się, był zupełnie zdezorientowany), ale i absurdalne: drogę do stolicy przegradzał lód, a na statkach nie prowadzono przygotowań koniecznych do wyjścia w morze. Mimo to marynarze zaoponowali. Wieczorem 3 marca na okręcie Impierator Pawieł I wybuchł bunt. Marynarze zabili kilku oficerów, a na maszcie zawisła czerwona flaga. Następnie skierowali armaty w stronę Andrieja Pierwozwannego, co skłoniło jego załogę do przyłączenia się do buntowników. Rychło dołączyły kolejne okręty. Nepenin utracił kontrolę nad sytuacją, wkrótce jednak udało mu się nawiązać kontakt z ministrem spraw wojskowych Rządu Tymczasowego Kiereńskim, który potwierdził jego dowództwo nad flotą. Marynarze powinni mu się podporządkować.

Zwycięstwo admirała okazało się jednak pyrrusowe. Marynarze uwolnili zaaresztowanych oficerów, a załogi zaczęły się zbierać na wiec, na którym autorytet Nepenina mieli potwierdzić przybyli ze stolicy członkowie Dumy. Takie zakończenie buntu w Helsingforsie oznaczałoby jednak, że jego prowodyrzy staną przed sądem wojennym. Na to żaden z nich nie miał ochoty. Rozwiązanie okazało się niezwykle proste. Adm. Nepenin został zamordowany przez eskortę, która towarzyszyła mu w drodze na ów wiec. Nie zdążył się więc dowiedzieć, że rewolucyjny Rząd Tymczasowy powołał go na stanowisko wiceministra odpowiedzialnego za rosyjską flotę46.

Wypadki w Finlandii nie były typowe. Gdzie indziej z reguły nie dochodziło do mordowania oficerów, nawet jeśli chwilowe bunty w pojedynczych jednostkach nie należały do rzadkości. Częściej oficerowie spotykali się z szykanami, tak jak pewien dowódca pułku, którego podkomendni zażądali na Wielkanoc 1917 roku jajek i ciasta, a ponieważ nie potrafił im zapewnić odpowiednich dostaw, zagrozili mu śmiercią. Choć dowódca ten ostatecznie wybłagał sobie życie na klęczkach, należy wątpić, czy zachował wśród swoich żołnierzy jakikolwiek autorytet47.

W marcu i kwietniu dyscyplina w jednostkach frontowych zaczęła pikować. Żołnierze odmawiali wykonywania rozkazów, coraz częściej mówiło się też o pokoju. Przypadki fraternizacji z nieprzyjacielem stały się na tyle niebezpieczne dla spójności własnych szeregów, że bratających się coraz częściej ostrzeliwano ogniem lekkiej artylerii48. Jak donosiła „Prawda”, 1 Maja (wciąż jeszcze według przedrewolucyjnego kalendarza) obchodzono uroczyście, a w pierwszej linii okopów wywieszono czerwone sztandary. Takie same flagi pojawiły się w niemieckich okopach. „Na większości odcinków zupełna cisza. Całe dni mijają bez jednego wystrzału”49.

Rumuńska bateria w polu kukurydzy.

Z perspektywy żołnierzy obu stron życie w okopach stało się nieco znośniejsze. Odczucia piechurów po obu stronach frontu były przy tym bardzo podobne. Rosyjski żołnierz pisał w liście do domu:

Jak tylko dotarliśmy na pozycje, na drugi dzień wybraliśmy się z okopów do Niemców, a oni do nas. Karabiny zostawili w swoich okopach, my nasze też, i podeszliśmy do siebie, żeby porozmawiać. Częstowali papierosami, a niektórzy cygarami. Było to 23 kwietnia, wówczas powiedzieli: „Rus, nie strzelaj”, a nasi powiedzieli im: „I wy nie strzelajcie”, i wychodziliśmy na sam szczyt okopów, oni i my, a ich i nasze baterie strzelają50.

Ten sam obraz utkwił w pamięci Františka Stanislava Petra, czeskiego podoficera w armii Austro-Węgier. Wiosna 1917 roku to czas spokojny, tylko niekiedy zakłócany przez hałas, jednak nie taki, do jakiego przywykły uszy wojaka przeniesionego na front wschodni znad Soczy:

Pięknie nam się gospodarowało. Front był spokojny, nie tak żywy jak nad Czeremoszem. Niekiedy zagrzmiały działa, ale przez cały okres mojego pobytu na froncie nie doszło do poważnego ataku. Najgorsze w moim schronieniu były żaby, których w wodzie wokół kłębiły się tysiące. Ktoś, kto tego nie słyszał, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak irytujący może być rzechot takiej żabiej armii, kiedy trwa bez ustanku od rana do wieczora i głęboko w noc. Czasem już mi ręce opadały51.

Petr opisywał ten nowy rodzaj wojny jako starcie, w którym z obu stron brali udział właściwie wyłącznie artylerzyści. Ponieważ na ogół ostrzeliwali artylerię i dowództwo przeciwnika, a więc pozycje w głębi linii obrony, żołnierze z czołowych okopów mogli z nich wyjść i zgodnie z niepisanym porozumieniem, pospołu z postępującymi podobnie Rosjanami, podziwiać niezwykłe widoki:

Pociski i szrapnele tworzyły nad nami tak jakby solidną ścianę lub raczej sufit, coś jak to, kiedy baron Münchhausen podczas deszczu tak szybko machał nad głową szablą, że nie spadła mu na nos ani jedna kropla52.

Niemieckie i austro-węgierskie dowództwo z życzliwym zainteresowaniem obserwowało upadek dyscypliny w rosyjskiej armii. Habsburskim jednostkom liniowym zakazano prowokować nieprzyjaciela, aby w miarę możliwości unikać strat. Wysunięte pozycje utrzymywały coraz szczuplejsze siły, podczas gdy pozostałe oddziały można było przerzucić na front włoski, z czasem coraz ważniejszy dla egzystencji monarchii. Józef Iwicki, Polak w niemieckim mundurze, który dotarł na front wschodni pod koniec kwietnia, zastał tam stosunki niemal pokojowe:

Przez dłuższy czas strzelać w ogóle nikt nie strzelał. Żołnierze tej i tamtej strony obcowali ze sobą, ożywiony ruch handlowy panował między obydwoma rowami. Niemcy zanosili do rowów rosyjskich papierosy i przede wszystkim wódkę (rum) i dostawali w zamian mydło, chleb i inne rzeczy, przede wszystkim jednak chleb. Doszło to tak daleko, że uważano chleb rosyjski za stałe ukompletowanie dziennej racji chleba. […] Jeden z naszych oficerów dał się nawet fotografować w chwili, jak stoi z kilku żołnierzami rosyjskimi i z nimi rozmawia. Panowało więc istotne zawieszenie broni53.

Tymczasem oddolna demokratyzacja armii rosyjskiej zyskała rządową sankcję. Panująca w Rosji dwuwładza oznaczała, że piotrogrodzka Rada i Rząd Tymczasowy prześcigały się, by zdobyć przychylność żołnierskich mas. W maju oficjalnie wprowadzono w armii demokrację. Najważniejsze decyzje na poziomie poszczególnych jednostek mieli podejmować wybierani delegaci żołnierzy. Decydowali między innymi o podziale zaopatrzenia i zatwierdzali (bądź nie, jak to w systemie demokratycznym) rozkazy wyższego dowództwa. Wprowadzono wybory oficerów, co samo w sobie nie było jeszcze katastrofą, nawet zanarchizowani żołnierze cenili sobie bowiem raczej profesjonalistów. Nowe przepisy dotyczące oddawania honorów wojskowych uwzględniały zmianę statusu szeregowych – już nie poddanych, ale obywateli.

Baron Münchhausen na rumuńskim odcinku frontu, 1917 rok.

Wszystkie te nowinki nie musiały koniecznie oznaczać dekompozycji armii, gdyby nie okoliczności towarzyszące ich wprowadzeniu. Demokratyzacja wojska nastąpiła bowiem właściwie wbrew woli rządu, dowodząc w rezultacie jego słabości, a nie wspaniałomyślności. Wolnościowy rozkaz pierwotnie dotyczył wyłącznie piotrogrodzkiego okręgu wojskowego. Władza wyszła z rozsądnego założenia, że demokratyzacja bliżej linii frontu mogłaby się okazać zabójcza dla dyscypliny. Jednak wiadomość o reformie rozeszła się błyskawicznie. Żołnierze w całym kraju zaczęli wymawiać posłuszeństwo szarży i tworzyć własny samorząd. W tej sytuacji rządowi nie pozostało nic innego, jak uznać fakty dokonane i rozszerzyć działanie rozkazu na wszystkie fronty54. Nie tylko zatem treść rozkazu, ale i forma jego wprowadzenia niosły ze sobą poważne następstwa dla funkcjonowania armii. Żołnierze rosyjscy zyskali, a właściwie wywalczyli sobie sami prawo demokratycznej decyzji, komu się podporządkują oraz czy wezmą udział w danej akcji militarnej, czy nie.

Obserwacja linii frontu, rok 1917, Rumunia.

Jak brzemienna w skutki okazała się ta decyzja, stało się jasne już na początku lipca. Rząd Tymczasowy pod naciskiem sprzymierzeńców zgodził się przeprowadzić jeszcze jedną ofensywę na zachód, która osiągnęłaby cele stawiane przed rokiem ofensywie Brusiłowa. Wspominamy o niej we wstępie, tu poświęcimy jej anatomii nieco więcej uwagi.

Dowództwo nad armią objął sam Brusiłow. W czasie, gdy wzdłuż całego frontu dochodziło do coraz bezczelniejszych przejawów niesubordynacji w rosyjskich szeregach i fraternizacji z wrogiem, minister Kiereński sumiennie objeżdżał jednostki, zachęcając żołnierzy do wysiłku. Pod koniec czerwca wydawało się, że odniósł sukces – wielkie jednostki głosowały za ofensywą. Wobec tego 1 lipca na frontach galicyjskim, bukowińskim i rumuńskim Rosjanie ruszyli do przodu, w ciągu pierwszych dni kampanii odpychając Austriaków na zachód. Tym razem jednak Brusiłowowi nie udało się ani rozbić większych oddziałów nieprzyjaciela, ani wywołać paniki wśród cofających się. 19 lipca Niemcy przeprowadzili kontrofensywę, która ostatecznie zatrzymała główne siły rosyjskie. Kolejnej ofensywy już nie było. Był tylko zgubny dla ludności cywilnej odwrót, a następnie, już na początku września, utrata Rygi, którą zajęli Niemcy.

Winą za klęskę ofensywy Kiereńskiego zwykło się obarczać już to agentów państw centralnych, już to wywrotową akcję bolszewików (którzy zresztą w trakcie kampanii podjęli nieudaną próbę puczu w Piotrogrodzie). Bez wątpienia i jedni, i drudzy robili, co w ich mocy, żeby osłabić ducha bojowego rosyjskich żołnierzy. W armii austro-węgierskiej jednostkom na pierwszej linii frontu towarzyszyli oficerowie wywiadu (nierzadko Ukraińcy), żywo uczestniczący w kontaktach towarzyskich z wrogiem. Bolszewicy z kolei z natychmiastowego pokoju uczynili swe główne hasło. Zarazem wiele wskazuje na to, że ich działania co najwyżej wzmacniały nastroje i emocje obecne w rosyjskich szeregach już wcześniej. Szczególnie wydajnym katalizatorem rozpadu armii okazały się wiadomości z domu oraz nieuczciwość i niezręczność propagandowej akcji Kiereńskiego na szczeblu mniejszych jednostek wojskowych.

Przeważającą większość żołnierzy rosyjskich