Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 612 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nasza wojna. Tom I. Imperia 1912-1916 - Włodzimierz Borodziej, Maciej Górny

Odkrywcza historia frontów wschodnich I wojny światowej.


Chyba każdy słyszał o Sommie, Verdun czy Marnie, miejscach najważniejszych bitew frontu zachodniego I wojny światowej. Niewiele osób pamięta jednak o co najmniej równie ważnych miejscach na mapach frontu wschodniego – Gorlicach, Przasnyszu czy Przemyślu. Ta książka przywraca pamięć o tych jakże przecież istotnych dla naszych dziejów wydarzeniach.

Nasza wojna. Imperia nie jest typową publikacją historyczną. Chociaż jej autorzy z wielką skrupulatnością przedstawiają dyplomatyczne przyczyny i okoliczności wybuchu I wojny światowej oraz dokładnie opisują towarzyszące jej działania militarne, to nie polityka międzynarodowa jest przedmiotem tej książki. O jej wyjątkowości stanowi fakt, że koncentruje się ona przede wszystkim na historiach ludzi, zarówno jednostek, jak i społeczeństw, i wpływie, jaki wywarły na nich wojenne doświadczenia.

Dwaj historycy, Włodzimierz Borodziej i Maciej Górny, wykonali olbrzymią pracę, by w przystępny sposób przybliżyć czytelnikowi ten fragment dziejów. Książka zawiera liczne fragmenty listów i wspomnień uczestników działań na froncie wschodnim oraz cytaty z dzieł literackich z okresu wojny, które służą za ilustrację ówczesnego sposobu postrzegania rzeczywistości. Dzięki żywemu językowi i plastycznym opisom publikacja jest interesująca nie tylko dla specjalistów.

Opinie o ebooku Nasza wojna. Tom I. Imperia 1912-1916 - Włodzimierz Borodziej, Maciej Górny

Fragment ebooka Nasza wojna. Tom I. Imperia 1912-1916 - Włodzimierz Borodziej, Maciej Górny

Włod­zi­mierz Bo­ro­dziejMa­ciej Górny

Na­sza woj­na

Tom IIm­pe­ria 1912–1916

Co­py­ri­ght © by Włod­zi­mierz Bo­ro­dziej, MMXIV

Co­py­ri­ght © by Ma­ciej Górny, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

WSTĘP

Kto słyszał o Prza­sny­szu? Pew­nie nie­wie­lu. W 1914 roku była to ma­zo­wiec­ka mieścina bli­sko południo­wej gra­ni­cy Prus Wschod­nich, na jed­nej z głównych dróg pro­wadzących do War­sza­wy – patrząc ocza­mi Niemców, Ro­sjan zaś – w głąb Prus Wschod­nich.

Właśnie tu w trzech wiel­kich bi­twach starły się łącznie set­ki tysięcy Ro­sjan i Niemców: w li­sto­pa­dzie i grud­niu 1914 roku oraz w lu­tym i lip­cu roku następne­go. W bi­twie lip­co­wej Niem­cy stra­ci­li 16 tysięcy za­bi­tych i ran­nych, Ro­sjanie pra­wie 40 tysięcy żołnie­rzy. Łączna licz­ba ofiar śmier­tel­nych, ran­nych i za­gi­nio­nych nie jest zna­na, ale na pew­no znacz­nie prze­kro­czyła 100 tysięcy. Dla­cze­go więc mało kto zna Prza­snysz?

Od­po­wie­dzi są trzy i każda przy­czy­niła się do po­wsta­nia tej książki.

Wbrew wrażeniu, ja­kie może od­nieść miesz­ka­niec Eu­ro­py Środ­kowo- i Południo­wo-Wschod­niej albo Ro­sja­nin, pierw­sza woj­na świa­to­wa zo­stała za­po­mnia­na tyl­ko na wschód i południo­wy wschód od Nie­miec. W sa­mych Niem­czech często spo­ty­ka się ta­blicz­ki upa­miętniające żołnie­rzy z da­nej wsi czy dziel­ni­cy mia­sta, pozo­stały też w obie­gu – choć nie tak licz­ne – słowa-sym­bo­le, tytuły po­wieści, na­zwy pól bi­tew­nych. Niem­cy są tym sa­mym – jak często w swo­jej hi­sto­rii – strefą przejściową między Wscho­dem a Za­cho­dem, w tym wy­pad­ku między amnezją a upa­miętnie­niem Wiel­kiej Woj­ny. Taka bo­wiem pozo­staje w pamięci Fran­cuzów i Bry­tyj­czyków, gdzie 11 li­sto­pa­da jest do dziś ważną datą – dla Fran­cuzów to dzień wol­ny od pra­cy, dla Bry­tyj­czyków – wciąż uro­czy­sty Dzień Pamięci i We­te­ranów. Kto wi­dział mu­zea w Ypres czy Péron­ne, nie będzie się dzi­wił. Tu ginęli młodzi Bel­go­wie, Bry­tyj­czy­cy, Fran­cuzi i Niem­cy. Da­le­ko stąd, pod Gal­li­po­li, wy­krwa­wił się kor­pus au­stra­lij­sko-no­wo­ze­landz­ki. Dzień jego lądo­wa­nia – 25 kwiet­nia (AN­ZAC-Day) – jest nie­ofi­cjal­nym świętem na­ro­do­wym w obu byłych ko­lo­niach bry­tyj­skich. To eu­ro­pej­skie, a właści­wie świa­to­we miej­sca pamięci, których nie zasłoniła dru­ga woj­na świa­to­wa. Całkiem in­a­czej – wra­ca­my do stre­fy przejścio­wej – wygląda zna­jo­mość skrom­ne­go mu­zeum w słoweńskim Ko­ba­rid. Upa­miętnia ono jedną z naj­większych rze­zi pierw­szej woj­ny, czy­li 12 bi­tew nad Soczą (Ison­zo), które to­czo­no nie­mal nie­prze­rwa­nie w ciągu 29 mie­sięcy. Mało kto o nim słyszał, lecz przy­najm­niej jest. Mu­zeum w Ko­ba­rid od­wie­dza ostat­nio nie­spełna 50 tysięcy osób rocz­nie (ten­den­cja spad­ko­wa), w Ypres od­no­to­wa­no w ostat­nim roku nie­mal 300 tysięcy zwie­dzających (ten­den­cja wzros­towa).

W miej­scach, gdzie ro­ze­grały się naj­większe bi­twy fron­tu wschod­nie­go, i tam gdzie najdłużej to­czyły się wal­ki po­zy­cyj­ne – na dzi­siej­szym te­re­nie Pol­ski, Ukra­iny, Białoru­si, Li­twy, Łotwy i Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej – na ogół je­dy­nym śla­dem są cmen­ta­rze wo­jen­ne (jeśli się za­cho­wały). W świa­do­mości miesz­kańców zaś pierw­sza woj­na to pre­hi­sto­ria, po­zba­wio­na związku z teraźniej­szością. Różnica sięga więc pod­staw: dla Fran­cuzów i Bry­tyj­czyków to część ich tożsamości, dla­te­go ob­chodzą 11 li­sto­pa­da, zwie­dzają mu­zea i czy­tają książki o tej woj­nie. Dla miesz­kańców na­szej części Eu­ro­py słynne zda­nie Geo­r­ge’a F. Ken­na­na – zgod­nie z którym Wiel­ka Woj­na to ka­ta­stro­fa stu­le­cia – brzmi, jak­by coś się Ame­ry­ka­ni­no­wi po pro­stu po­my­liło.

Fun­da­men­tal­ne różnice w pamięci znaj­dują swój od­po­wied­nik w hi­sto­rio­gra­fii. Bar­dziej szczegółowo o na­szych lek­tu­rach pi­sze­my w bi­blio­gra­fii, lecz o jed­nej spra­wie należy wspo­mnieć już tu­taj: o ist­nie­niu fron­tu wschod­nie­go wówczas, czy­li w la­tach 1914–1917, jak naj­bar­dziej w Eu­ro­pie się wie­działo. W okre­sie między­wo­jen­nym też nie zo­stał całkiem za­po­mnia­ny. Gdzieś po Au­strii błąkało się wspo­mnienie twier­dzy o nie­wy­ma­wial­nej na­zwie Prze­myśl, Niem­cy ko­ja­rzy­li Tan­nen­berg, wszy­scy pamiętali głód i kart­ki żywnościo­we. Do­pie­ro w następnym po­ko­le­niu woj­na na wscho­dzie wy­pa­ro­wała ze świa­do­mości zarówno czy­tel­ników, jak i hi­sto­ryków. Stała się „nie­zna­nym fron­tem” gdzieś da­le­ko, gdzie – z wyjątkiem re­wo­lu­cji ro­syj­skich – nic ważnego dla wy­ni­ku woj­ny się nie zda­rzyło. Tym sa­mym o fron­cie ro­syj­skim, nie mówiąc o serb­skim, rumuńskim i grec­kim, przez kil­ka­dzie­siąt lat prak­tycz­nie hi­sto­ry­cy za­chod­ni nie wspo­mi­na­li. Kie­dy w la­tach dzie­więćdzie­siątych XX wie­ku roz­począł się roz­kwit no­wo­cze­snych badań nad pierwszą wojną świa­tową, Wschód w dal­szym ciągu pozo­stawał trochę eg­zo­tycz­ny, trochę zmar­gi­na­li­zo­wa­ny i w grun­cie rze­czy wciąż nie­obec­ny. W ostat­nich la­tach za­in­te­re­so­wał sporą grupę przede wszyst­kim Ame­ry­kanów i Niemców, jed­nak o gęstości badań choćby zbliżonej do za­chod­niej w dal­szym ciągu nie ma mowy. W Pol­sce, naj­większym po Ro­sji kra­ju re­gio­nu, ba­da­czy pierw­szej woj­ny można po­li­czyć – bez wiel­kiej prze­sa­dy – na pal­cach obu rąk, po­dob­nie jak książki na ten te­mat na­pi­sa­ne w ciągu ostat­nich czter­dzie­stu lat. Cha­rak­te­ry­stycz­ny wyjątek sta­no­wią dzien­ni­ki i wspo­mnienia, z reguły po­wstałe w ćwierćwie­czu 1914–1939, często wy­da­ne w okre­sie między­wo­jen­nym, które później aż do 1989 roku z tych czy in­nych przy­czyn stały się nie­cen­zu­ral­ne.

Cen­zu­ra jako in­stru­ment kre­owa­nia so­cja­li­stycz­nej po­li­ty­ki hi­sto­rycz­nej zbliża nas do trze­ciej przy­czy­ny na­pi­sa­nia tej książki. Już w okre­sie między­wo­jen­nym in­ter­pre­ta­cje bli­skiej przeszłości ciążyły w kie­run­ku ahi­sto­rycz­nym: co działo się przed je­sie­nią 1918 roku, było co praw­da opi­sy­wa­ne m.in. przez hi­sto­ryków woj­sko­wości, nie­mniej au­to­rzy dość kur­czo­wo trzy­ma­li się rze­ko­mej lo­gi­ki wy­da­rzeń – także nie­omyl­ności swo­ich bo­ha­terów – która od początku pro­wa­dziła do fi­nal­ne­go zwy­cięstwa Ru­mu­nii i po­wsta­nia Króle­stwa Serbów, Chor­watów i Słoweńców, do spełnie­nia na­ro­do­wych aspi­ra­cji Finów, Estończyków, Łoty­szy, Li­twinów, Po­laków, Czechów i Słowaków. Już przed 1939 ro­kiem pierw­sza woj­na świa­to­wa stała się więc w re­gio­nie ro­dza­jem przydługie­go pro­lo­gu do pierw­sze­go aktu dziejów państwa na­ro­do­we­go. Dzie­ci uczyły się w szkołach o bo­ha­terach wal­ki o nie­pod­ległość, choć poza ich mu­ra­mi spo­ty­kały głównie we­te­ranów im­pe­rial­nych ar­mii. Cze­chosłowac­cy i pol­scy le­gio­niści byli nie­liczną, eli­tarną grupą o nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kich wpływach nie tyl­ko na po­li­tykę, ale i na ob­raz nie­daw­nej przeszłości. W połowie lat trzy­dzie­stych XX wie­ku 80 pro­cent pol­skich in­wa­lidów wo­jen­nych sta­no­wi­li byli żołnie­rze ro­syj­scy, au­stro-węgier­scy i nie­miec­cy, po­zo­stałe 20 pro­cent – uczest­ni­cy walk le­gio­no­wych i woj­ny pol­sko-bol­sze­wic­kiej. Gdy­by dało się pre­cy­zyj­nie zmie­rzyć miej­sce zaj­mo­wa­ne przez obie te gru­py w prze­strze­ni pu­blicz­nej, pro­por­cje byłyby pew­nie od­wrot­ne1.

Z ko­lei po przejęciu przez ZSRR w 1945 roku pośred­niej lub bez­pośred­niej władzy nad Eu­ropą Środ­ko­wo- i sporą częścią Południo­wo-Wschod­niej, pierw­sza woj­na ze­pchnięta zo­stała w za­po­mnie­nie jako epi­zod po­prze­dzający re­wo­lucję paździer­ni­kową, a rok 1918 – jako wy­pa­dek dro­go­wy sprzecz­ny z lo­giką dziejów, bo prze­cież w Bu­ka­resz­cie, Ry­dze czy War­sza­wie (a przede wszyst­kim w Pra­dze) już wówczas ko­mu­niści po­win­ni byli przejąć władzę. Na dro­dze tego pro­jek­tu stanął zgub­ny wpływ na­cjo­na­li­stycz­nych elit, które wzbu­dziły, a następnie wy­ko­rzy­stały dążenie do nie­pod­ległości, spy­chając rosz­cze­nia pro­le­ta­ria­tu na mar­gi­nes. Po 1945 roku na tym właśnie po­le­gała rola zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­nej cen­zu­ry, która zastąpiła au­to­cen­zurę z okre­su między­wo­jen­ne­go. Taka per­spek­ty­wa wy­dat­nie wpływała na ogra­ni­cze­nie wi­zji pierw­szej woj­ny świa­to­wej do dziejów zdra­dy wsze­la­kich nieko­mu­nistycznych nurtów po­li­tycz­nych, re­for­mi­stycz­nych i kle­ry­kal­nych, fa­szy­stow­skich i na­cjo­na­li­stycz­nych, burżuazyj­nych i chłopskich, które złożyły się na fa­tal­ne opóźnie­nie początków bu­dow­nic­twa so­cja­li­stycz­ne­go na zachód od Kra­ju Rad.

W roku 1989 rok 1918 wrócił do roli, jaką od­gry­wał przed drugą wojną, lecz pro­ces od­zy­ski­wa­nia pamięci – jesz­cze wyraźniej niż w okre­sie między­wo­jen­nym – wca­le nie objął całej woj­ny. Od­wrot­nie: im bar­dziej de­mo­kra­cje post­ko­mu­ni­stycz­ne bu­do­wały swoją tożsamość na idei kon­ty­nu­acji państwo­wości przed­wo­jen­nej, tym mniej ważne sta­wało się wszyst­ko, co nie pa­so­wało do opo­wieści o bo­ha­ter­skim na­ro­dzie, przez czte­ry lata kon­se­kwent­nie dążącym do wskrze­sze­nia lub stwo­rze­nia państwa na­ro­do­we­go.

Jed­nak za­po­mnie­nie Wiel­kiej nie­gdyś Woj­ny nie wy­ni­kało wyłącznie z ma­ni­pu­la­cji po­li­tycz­nych. Pro­ces ten trud­no so­bie wy­obra­zić bez doświad­cze­nia ko­lej­ne­go kosz­ma­ru, czy­li dru­giej woj­ny świa­to­wej. Ta zaś dla większości krajów re­gio­nu oka­zała się traumą większą od po­przed­nicz­ki, jej skut­ki – jesz­cze bar­dziej dra­ma­tycz­ne. Mor­der­stwa popełnio­ne na serb­skich chłopach w la­tach 1914 i 1915 małe miały szan­se na po­zo­sta­nie w pamięci w ze­sta­wie­niu z mo­rzem krwi, prze­la­nym w oku­po­wa­nej Ju­gosławii w la­tach 1941–1945; po­gro­my pierw­szo­wo­jen­ne na tle Ho­lo­cau­stu wyglądały bla­do. Gre­kom przeżycia lat 1914–1918 mu­siały się wy­da­wać od­ległe już po pierw­szej oku­pa­cyj­nej zi­mie (1941/1942).

Tym­cza­sem Prza­sny­szy jest wie­le. Po­nie­waż pra­wie nikt ich nie zna, nie składają się na­wet na zalążki wspólnej pamięci re­gio­nal­nej. Prze­myśl i Tan­nen­berg to dziś dla au­striac­kie­go czy nie­miec­kie­go ma­tu­rzy­sty miej­sca nie­zna­ne, pod­czas gdy Fran­cu­zom czy Ro­sja­nom na­zwy te nig­dy nic nie mówiły. Pol­ski ma­tu­rzy­sta z ko­lei ra­czej na pew­no nie wie, że miej­sca naj­ważniej­szych bi­tew fron­tu wschod­nie­go w la­tach 1914 i 1915 znaj­dują się w za­sa­dzie bez wyjątku na te­ry­to­rium dzi­siej­szej Pol­ski.

I stąd po­mysł książki przy­wra­cającej pamięć o kosz­ma­rze, ja­kim była pierw­sza woj­na świa­to­wa od Rygi po Sko­pje. Ro­sja­nie, Niem­cy, Fi­no­wie, Estończy­cy, Łoty­sze, Li­twi­ni, Żydzi, Po­la­cy, Białoru­si­ni i Ukraińcy wal­czy­li w mun­du­rach ar­mii car­skiej, Niem­cy i Po­la­cy w mun­du­rach pru­skich. W dy­wi­zjach au­stro-węgier­skich stanęli do boju Słoweńcy, Chor­wa­ci, Bośnia­cy, Ser­bo­wie, Au­stria­cy, Niem­cy cze­scy, Cze­si, Mo­ra­wia­nie, Ślązacy, Po­la­cy, Żydzi, Ukraińcy, Słowa­cy, Węgrzy i Ru­mu­ni.

To była na­sza woj­na.

Wbrew le­gen­dom na fron­cie wschod­nim wal­ki były co naj­mniej równie krwa­we jak na Za­cho­dzie. Tu wzięto naj­więcej jeńców, a ich śmier­tel­ność w obo­zach była naj­wyższa. Za­bi­ja­li się na­wza­jem żołnie­rze im­pe­riów i państw na­ro­do­wych, których cza­sa­mi różnił tyl­ko mun­dur, a nie język, wy­zna­nie czy przy­na­leżność et­nicz­na. Jest w tej opo­wieści miej­sce na he­ro­izm – bo żołnie­rze cza­sa­mi są na­prawdę nie­wia­ry­god­nie wa­lecz­ni. Na ogół jed­nak pi­sze­my o sy­tu­acjach i przeżyciach, których pa­trio­tycz­na opo­wieść nie obej­mu­je – żołnie­rze ginęli bez sen­su i bez prze­ko­na­nia, że umie­rają za słuszną sprawę. Szli do boju, bo tak im po­rucz­nik czy ka­pral kazał; sta­ty­stycz­nie obaj mie­li zresztą niższe szan­se przeżycia woj­ny niż ich podwładni.

Oma­wiając losy tych mężczyzn na fron­cie, ko­rzy­sta­liśmy z dys­ku­sji, które przed 20 laty zdo­mi­no­wały hi­sto­rio­gra­fię, przede wszyst­kim fran­cuską. Hi­sto­ry­cy i psy­cho­lo­go­wie po­sta­wi­li wówczas py­ta­nie, dla­cze­go żołnie­rze zdołali przez czte­ry lata wy­trzy­mać piekło, w którym zna­leźli się już je­sie­nią 1914 roku? W jaki sposób da­wa­li so­bie radę z nie­wy­obrażal­nym dla dzi­siej­sze­go Eu­ro­pej­czy­ka stre­sem? Kla­sycz­na od­po­wiedź wska­zy­wała na rolę państwa na­ro­do­we­go i tożsamości na­ro­do­wej: idea wspólno­ty ge­ne­ro­wała en­tu­zjazm, który umożli­wiał prze­trwa­nie lat w oko­pach. W in­ter­pre­ta­cji tej łatwo było wytłuma­czyć roz­pad Ro­sji w 1917 roku, gdzie tożsamość na­ro­do­wa za­ko­rze­nio­na była punk­to­wo i po­wierz­chow­nie, a jesz­cze łatwiej – Au­stro-Węgier, gdzie lo­jal­ność wo­bec własnej wspólno­ty na­ro­do­wej w dru­giej połowie woj­ny oka­zała się bar­dziej wy­trzy­małym spo­iwem niż przy­wiąza­nie do ponadna­ro­do­we­go im­pe­rium.

Wszyst­ko to nie­praw­da, od­po­wia­da­li re­wi­zjo­niści, sku­pie­ni wokół mu­zeum pierw­szej woj­ny w Péron­ne: na­wet żołnie­rze fran­cu­scy, skądinąd w służbie no­wo­cze­sne­go państwa na­ro­do­we­go, po­szli­by do domu na­tych­miast, gdy­by nie przy­mus, pod którym przez czte­ry lata się znaj­do­wa­li. Ten spór trwa do dziś. Do­mi­nujące obec­nie ujęcie do­wo­dzi, że praw­da rze­czy­wiście leży – cza­sa­mi – pośrod­ku. En­du­ran­ce, ter­min, który przekłada­my na pol­ski jako wy­trzy­małość, wy­trwałość, cier­pli­wość, wy­da­je się naj­bliższy oko­po­wej rze­czy­wi­stości. Żołnie­rze na wszyst­kich fron­tach by­wa­li pełni en­tu­zja­zmu, by­wa­li także pod­da­ni ter­ro­ro­wi dowódców, żan­dar­me­rii i sądów po­lo­wych. Na ogół jed­nak go­dzi­li się po pro­stu z no­wy­mi wa­run­ka­mi życia. Wie­dzie­li, że al­ter­na­ty­wy brak i z grub­sza su­mien­nie wy­ko­ny­wa­li swo­je obo­wiązki – bez en­tu­zja­zmu, ale także bez bez­pośred­nie­go przy­mu­su2.

Cy­wi­le też umie­ra­li, straj­ko­wa­li, cho­ro­wa­li i głodo­wa­li nie dla spra­wy na­ro­do­wej – jak często tłuma­czyły ich ge­hennę hi­sto­rio­gra­fie po 1918 roku – tyl­ko po pro­stu dla­te­go, że za­brakło im je­dze­nia, opału, środków hi­gie­nicz­nych i le­karstw. Co za­zwy­czaj nie wy­ni­kało ze szczególnie krwiożer­czej po­li­ty­ki oku­pan­ta, bo nie­do­sta­tek i ry­zy­ko rozkładały się za­dzi­wiająco równo­mier­nie na lud­ność te­renów pod­bi­tych i współoby­wa­te­li na za­ple­czu fron­tu. To też aspekt za­po­mnia­ny, bo od 1918 roku wszyst­kie hi­sto­rio­gra­fie sta­rały się udo­wad­niać wyjątko­wość własnych strat, po­nie­sio­nych wsku­tek szczególnie de­struk­cyj­nej, ra­bun­ko­wej i bez­względnej po­li­ty­ki oku­pan­ta.

Au­to­rzy ostrożnie ope­rują licz­ba­mi. Sta­ty­sty­ki są często roz­bieżne. Wie­le da­nych po­ja­wiających się w li­te­ra­tu­rze jest ewi­dent­nie nie­praw­dzi­wych, a mimo to są prze­dru­ko­wy­wa­ne z pu­bli­ka­cji star­szych tyl­ko dla­te­go, że ni­ko­mu nie chciało się (lub nie udało, co rzad­sze) ich spraw­dzić. W in­nych wy­pad­kach ska­za­ni je­steśmy na sza­cun­ki, bo współcześnie wia­ry­god­ne ze­sta­wie­nia nie po­wstały. Jesz­cze inne licz­by wy­wodzą się z pro­pa­gan­dy i od początku miały prze­ko­ny­wać, nie in­for­mo­wać. Sta­ra­my się wy­bie­rać dane naj­bar­dziej wia­ry­god­ne, gdzie tyl­ko możliwe – zwe­ry­fi­ko­wa­ne, oraz po­da­wać je w kon­tekście, bez którego często po­zo­stałyby nie­zro­zu­miałe.

Już jakiś czas temu w od­nie­sie­niu do pierw­szej woj­ny mod­ne stało się pi­sa­nie o woj­nie to­tal­nej. Cza­sa­mi można od­nieść pa­ra­dok­sal­ne wrażenie, jak­by dowód na jej „to­tal­ny” cha­rak­ter miał uwznioślać lata 1914–1918, awan­sując je do ran­gi ka­ta­stro­fy równie wiel­kiej jak okres 1939–1945. Au­to­rzy ni­niej­szej książki nie od­czu­wają po­trze­by ta­kie­go do­war­tościo­wa­nia te­ma­tu swych badań. Nie odwołuje­my się do pojęcia to­tal­ności bez­pośred­nio, cho­ciaż wrócimy doń w pod­su­mo­wa­niu obu tomów. Czy­tel­ni­ko­wi jed­nak już te­raz win­ni je­steśmy wska­za­nie naj­bar­dziej po­wszech­nie sto­so­wa­nych ele­mentów tej de­fi­ni­cji. Otóż woj­na to­tal­na swoją in­ten­syw­nością i zasięgiem geo­gra­ficz­nym przyćmie­wa po­przed­nie. Po dru­gie, jej ak­to­rzy nie czują się ogra­ni­cze­ni przez mo­ral­ność, pra­wo zwy­cza­jo­we czy między­na­ro­do­we. Kie­rują się nie­na­wiścią, która uza­sad­nia zbrod­nie i przy­mus na do­tych­czas nie­wy­obrażalną skalę. Po trze­cie, za­cie­rają się gra­ni­ce między kom­ba­tan­ta­mi a lud­nością cy­wilną. Cy­wi­le trak­to­wa­ni są jako bez­względnie eks­plo­ato­wa­ny re­zer­wu­ar siły ro­bo­czej, do­staw­ca su­rowców i wy­robów. Ich los porówny­wal­ny jest z lo­sem re­kru­ta, z którego też wy­ci­ska się ostat­nie soki, ale po­do­bieństwa idą da­lej: otóż cy­wi­le zo­stają narażeni na nie­bez­pie­czeństwa wo­jen­ne, tam gdzie tyl­ko woj­sko­wi uznają to za wska­za­ne. Grożą im bom­by i ostrzał ar­ty­le­ryj­ski, re­pre­sje, włącznie z karą śmier­ci, głód i epi­de­mie. Następuje więc da­le­ko idące zrówna­nie ry­zy­ka – in­a­czej mówiąc: szans przeżycia – i żołnie­rzy, i cy­wilów. Wresz­cie, po czwar­te, w woj­nie to­tal­nej nie cho­dzi o po­ko­na­nie prze­ciw­ni­ka, lecz o jego uni­ce­stwie­nie. Czy­tel­nik sam oce­ni, czy na­sza hi­sto­ria po­twier­dza taki ob­raz frontów wschod­nich i ich za­ple­cza na zachód i wschód od nich.

Tym, którzy lek­turę zaczęli od wstępu, a nie w in­nym do­wol­nie wy­bra­nym miej­scu, win­ni je­steśmy ostrzeżenie: ni­niej­sza książka nie jest kla­sycz­nym dziełem z hi­sto­rii woj­sko­wości. Sta­ra­my się zna­leźć złoty śro­dek między – nie­ko­niecz­nie tra­dy­cyjną – hi­sto­rią mi­li­tarną a społeczną, próbując jed­no­cześnie uwzględnić wo­jen­ne dzie­je sze­ro­ko ro­zu­mia­nej kul­tu­ry i na­uki. Hi­sto­rię pierw­szych lat walk opo­wia­da­my więc z grub­sza zgod­nie z chro­no­lo­gią, lecz znacz­nie cie­kaw­sze niż kro­ni­ka wy­da­rzeń wy­dają nam się pro­ce­sy i po­sta­wy lu­dzi. W obu następnych roz­działach nar­ra­cja od­cho­dzi od kry­te­rium ko­lej­ności wy­da­rzeń, kon­cen­tru­je się właśnie na pro­ce­sach i po­sta­wach. Na woj­nie lu­dzie za­bi­jają i cier­pią, ale każde przeżycie zmie­nia zarówno ich sa­mych, jak i sposób po­strze­ga­nia świa­ta. Cie­ka­wi nas, jak przeżyli i jak zmie­ni­li się nasi pra­dziad­ko­wie i pra­bab­cie pod wpływem woj­ny czy przeżyć poza te­re­nem walk. Cza­sa­mi od­no­si­my wrażenie, że pi­sze­my o rze­czach no­wych, dokład­niej rzecz biorąc: za­po­mnia­nych. Gdzie tyl­ko możliwe, sta­ra­my się cy­to­wać świadków i uczest­ników wy­da­rzeń, trak­tując ich głos jako przykład doświad­cze­nia po­ko­le­nia, gru­py społecz­nej, wspólno­ty kul­tu­ro­wej czy na­ro­do­wej. Próbu­je­my po­ka­zać, że przez długie lata owo doświad­cze­nie uzna­wa­no za po­zba­wio­ne sen­su, od­bie­ra­no ni­czym kosz­mar, wręcz apo­ka­lipsę. Fakt, że w 1918 roku po­ja­wiła się nie­prze­wi­dy­wal­na wcześniej po­in­ta, na­dająca wcześniej­szym cier­pieniom i wy­rze­cze­niom sens, nie ma z tej per­spek­ty­wy zna­cze­nia. Zresztą prze­cież właśnie owa pu­en­ta do­pro­wa­dziła do zafałszo­wa­nia wspo­mnień o woj­nie, a prze­ciw temu pi­sze­my.

Inne od tra­dy­cyj­nych są także punk­ty ciężkości na­szej opo­wieści i jej ramy cza­so­we. Nie in­te­re­su­je nas hi­sto­ria sto­sunków między­na­ro­do­wych. Dla­cze­go? Posłużmy się przykładem naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nym. Roz­praw o kry­zy­sie lip­co­wym 1914 roku są set­ki. Większość z nich przez dzie­sięcio­le­cia wo­dziła czy­tel­ni­ka na ma­now­ce, próbując mu wmówić, że woj­na była nie­uchron­na. W ujęciu mark­si­stow­skim cho­dziło o kon­flik­ty roz­sa­dzające im­pe­ria­lizm, napędza­ne chci­wością, ego­izmem i stra­chem (przed ru­chem ro­bot­ni­czym) im­pe­rial­nych elit go­spo­dar­czych i fi­nan­so­wych. W in­nej, bo­daj naj­bar­dziej wpływo­wej kon­cep­cji, de­cy­dujące oka­zy­wało się nie­miec­kie dążenie do he­ge­mo­nii nad świa­tem („miej­sce pod słońcem”). Cza­sa­mi przy­czy­ny – tym sa­mym winy – szu­ka­no w od­wiecz­nym ro­syj­skim dążeniu do zdo­by­cia Kon­stan­ty­no­po­la czy w wie­deńskiej wi­zji opa­no­wa­nia Bałkanów Za­chod­nich, kie­dy in­dziej po­wia­da­no, że wojnę świa­do­mie spro­wo­ko­wa­li Ser­bo­wie. Każdą teo­rię o jed­nym win­nym można pod­bu­do­wać dzie­siątka­mi, cza­sa­mi tysiącami do­ku­mentów, także tych z lip­ca 1914 roku, na których opar­te są hi­sto­rycz­ne opi­sy tych ty­go­dni. Żadna nie ostała się w świe­tle kry­ty­ki. Żadna na­wet nie sta­ra się wyjaśnić związku między ge­nezą woj­ny a jej prze­bie­giem. Nie sta­ra się, bo związku ta­kie­go brak. Dla­te­go kry­zys lip­co­wy i inne wy­da­rze­nia dy­plo­ma­tycz­ne z na­szej per­spek­ty­wy są mało istot­ne.

Ramy cza­so­we obu tomów to lata 1912–1923: od wo­jen bałkańskich do trak­ta­tu w Lo­zan­nie. Kon­cen­tru­je­my się na okre­sie 1914–1918, ale czy­tel­nik być może da się prze­ko­nać, iż star­cie im­pe­rium osmańskie­go, Ser­bii, Czar­nogóry, Gre­cji, Bułga­rii i Ru­mu­nii to pro­log, z na­sze­go punk­tu wi­dze­nia ważniej­szy niż gra dy­plo­ma­tycz­na z lata 1914 roku. Że woj­na w tej części Eu­ro­py nie skończyła się ani ro­zej­mem w li­sto­pa­dzie 1918 roku, ani układem wer­sal­skim, ani na­wet in­ny­mi „trak­ta­ta­mi przed­miej­ski­mi” z lat 1919–1920, wy­da­je się oczy­wi­ste. Na tym m.in. po­le­ga me­cha­nizm wy­pchnięcia z pamięci na­ro­do­wych lat 1914–1918, że po nich zda­rzyły się dla Ro­sjan, Bałtów, Węgrów, Ukraińców, Po­laków, Greków i Turków rze­czy w znacz­nie większym stop­niu kształtujące okres międzywo­jenny niż Gor­li­ce czy Gal­li­po­li. Po­dział wy­daw­nic­twa mniej więcej na okres do końca kam­pa­nii rumuńskiej i lata następne to oczy­wiście za­bieg ar­bi­tral­ny, po­dob­nie jak tytuły obu tomów. Jest jed­no­cześnie mniej ory­gi­nal­ny, niż mogłoby się wy­da­wać: do końca roku 1916 im­pe­ria przeżywają ciężkie chwi­le, ale to one do­mi­nują. Mo­car­stwa cen­tral­ne wy­dają się wręcz bli­skie zwy­cięstwa, przy­najm­niej na wscho­dzie. W 1917 roku roz­pad­nie się pierw­sze im­pe­rium wschod­nie, na scenę wejdą nowi ak­to­rzy.

Je­den z au­torów za naj­lepszą książkę o Wiel­kiej Woj­nie na wscho­dzie uważa Losy do­bre­go żołnie­rza Szwej­ka Ja­ro­sla­va Haška, dru­gi – Ostat­nie dni ludz­kości Kar­la Krau­sa. Na­sze pre­fe­ren­cje li­te­rac­kie mają pe­wien związek z kon­strukcją ni­niej­sze­go tomu. Losy i Dni należą do różnych kul­tur na­ro­do­wych, po­zo­stając jed­no­cześnie częścią spuści­zny mo­nar­chii Habs­burgów. Sta­ra­my się co praw­da trak­to­wać północ­ne im­pe­ria wschod­nie mniej więcej jed­na­ko­wo (w wy­pad­ku Wy­so­kiej Por­ty nie mamy ta­kiej am­bi­cji ani możliwości), lecz mo­nar­chia nad­du­naj­ska in­te­re­su­je nas naj­bar­dziej, jako że od dzie­sięcio­le­ci sku­pia w so­bie pro­blem wie­lo­na­ro­do­we­go mo­car­stwa, próbującego utrzy­mać pry­mat po­nad­na­ro­do­wej idei im­pe­rialnej nad rosnącymi aspi­ra­cja­mi na­ro­do­wy­mi ludów je tworzących. Haška i Krau­sa łączy świa­do­mość tego napięcia, lecz ich dzieła weszły do skarb­ca kul­tury Eu­ro­py nie z po­wo­du tego fak­tu, ale z przy­czy­ny od­wrot­nej. U obu au­torów be­stial­stwo Wiel­kiej Woj­ny mie­wa co praw­da wca­le często ob­li­cze et­nicz­ne, mimo to czy­tel­nik prze­ko­nu­je się, że nie o cha­rak­te­ry na­ro­do­we tu cho­dzi. To są książki o kosz­ma­rze na­szej woj­ny, a zgoła różne per­spek­ty­wy – nie­miec­ko-au­striac­ka i cze­ska, sto­li­ca im­pe­rium i główne mia­sto jed­nej z jego pro­win­cji, front – po­zwa­lają od­two­rzyć wie­lo­barw­ność jej za­po­mnia­ne­go okru­cieństwa.

Uwa­ga języ­ko­wa: kie­dy pi­sze­my o „Ro­sja­nach”, pamiętamy oczy­wiście, że mniej­szość żołnie­rzy w mun­du­rach ar­mii car­skiej należała do in­nych na­ro­do­wości. Pojęcia „ro­syj­ski” czy „Ro­sja­nie” używa­my wy­mien­nie z „car­skim”, mając świa­do­mość ich ułomności, z bra­ku lep­szych określeń. Kie­dy pi­sze­my o „mo­nar­chii”, mamy na myśli ce­sar­stwo-króle­stwo Fran­cisz­ka Józefa.

***

Po­mysł na­pi­sa­nia książki na­ro­dził się w Je­nie wiosną 2012 roku. Dokład­niej: po dru­giej stro­nie Soławy, w We­ni­gen­je­na, w ogro­dzie domu gościn­ne­go Frie­drich Schil­ler Uni­ver­sität przy Char­lot­ten­straße 23. Przy sto­le sie­dzie­li trzej sty­pen­dyści Imre Kertész Kol­leg – niżej pod­pi­sa­ni oraz młod­szy od nich obu serb­ski ko­le­ga Ale­xan­dar Mi­le­tić.

Ale­xan­dar, zna­ko­mi­ty znaw­ca okre­su między­wo­jen­ne­go, po pro­stu nie mógł uwie­rzyć, że jego kraj w pierw­szej woj­nie świa­to­wej poniósł aż tak wiel­kie stra­ty. Ma­ciej Górny właśnie kończył pierwszą wersję ha­bi­li­ta­cji o po­sta­wach in­te­lek­tu­alistów w Eu­ro­pie nie­za­chod­niej w tym sa­mym okre­sie. Włod­zi­mierz Bo­ro­dziej pisał ar­ty­kuł o doświad­cze­niu pierw­szej woj­ny w Eu­ro­pie Środ­ko­wo- i Południo­wo-Wschod­niej. Wie­czor­na roz­mo­wa z serb­skim ko­legą uświa­do­miła nam, że nie tyl­ko w Pol­sce te­mat cze­ka na au­to­ra i póki ko­rzy­sta­my z przy­wi­le­ju po­zo­sta­wa­nia sty­pen­dy­sta­mi Ko­le­gium, war­to się za­brać do pra­cy. Pierw­sze par­tie książki po­wstały za­tem w Je­nie, następne w War­sza­wie.

Obaj wie­le sko­rzy­sta­liśmy z rozmów z in­ny­mi sty­pen­dy­sta­mi i pra­cow­ni­ka­mi Imre Kertész Kol­leg. Szczególne po­dzięko­wa­nia należą się Vio­re­lo­wi Achi­mo­wi, Jo­che­no­wi Böhle­ro­wi, Sta­ni­sla­vo­wi Ho­lub­co­wi, Jur­ko­wi Ko­cha­now­skie­mu, Fe­ren­co­wi Laczó, Ele­nie Man­no­vej, Lut­zo­wi Nie­tham­me­ro­wi, Jo­achi­mo­wi von Put­t­ka­me­ro­wi, Ste­fa­no­wi Tro­eb­sto­wi, Ra­pha­elo­wi Utzo­wi i The­odo­ro­wi We­ek­so­wi. W cza­sie po­by­tu w Je­nie Da­nie­la Gru­ber i Dia­na Jo­seph zro­biły wszyst­ko, byśmy nie za­wra­ca­li so­bie głowy spra­wa­mi or­ga­ni­za­cyj­ny­mi i tech­nicz­ny­mi. Nie­oce­nio­na oka­zała się wresz­cie po­moc najmłod­szych asy­stentów Ko­le­gium w spro­wa­dza­niu książek i kse­ro­ko­pii. Dzi­siej­si dok­to­ran­ci Ka­ta­ri­na Ha­ver­kamp i Immo Re­bit­schek pro­sze­ni są o prze­ka­za­nie po­dziękowań młod­szym koleżan­kom i ko­le­gom.

Po­mogły nam również spo­tka­nia i dys­ku­sje z koleżan­ka­mi i ko­le­ga­mi po­zna­ny­mi dzięki nie­stru­dzo­nej działalności dwóch sto­wa­rzy­szeń, zaj­mujących się pierwszą wojną świa­tową. In­ter­na­tio­nal So­cie­ty for First World War Stu­dies oraz Fo­rum Öster­re­ich-Ungarn im Er­sten We­lt­krieg mają tę niewątpliwą za­letę, że po­zo­stają swo­im za­in­te­re­so­wa­niom wier­ne także wówczas, gdy żadna okrągła rocz­ni­ca nie ma­ja­czy na ho­ry­zon­cie.

Część ma­te­riałów, zwłasz­cza ilu­stra­cji, za­wdzięcza­my bez­in­te­re­sow­nej po­mo­cy Grze­go­rza Bąbia­ka i Ma­riu­sza Ku­li­ka, którzy po­dzie­li­li się z nami owo­ca­mi swo­ich pa­ry­skich i mo­skiew­skich pe­re­gry­na­cji.

Pierw­szy­mi czy­tel­ni­ka­mi frag­mentów tek­stu byli Jo­achim von Put­t­ka­mer, Ti­mo­thy Sny­der i Phi­lipp Ther. Za re­cen­zje dzięku­je­my Pio­tro­wi Szlan­cie i The­odo­ro­wi We­ek­so­wi. Wszyst­kim dzięku­je­my za ko­men­ta­rze i uwa­gi. Za wszel­kie słabości książki od­po­wia­dają wyłącznie au­to­rzy.

CZĘŚĆ PIERW­SZA FRON­TY

Roz­dział pierw­szy: Dro­ga do woj­ny

Im­pe­ria przeżyły wiek XIX różnie, na ogół źle. Je­dy­ne, które po­wstało w tym cza­sie w na­szej części Eu­ro­py – Rze­sza Nie­miec­ka – było równo­cześnie je­dy­nym, które ostat­nie de­ka­dy przed 1914 ro­kiem mogło za­li­czyć do uda­nych.

Na ma­pie Eu­ro­py Środ­ko­wo- i Południo­wo-Wschod­niej z roku 1815 wi­dzi­my czte­ry mo­car­stwa: Pru­sy, Rosję, Au­strię i państwo Osmanów. W chwi­li wy­bu­chu woj­ny pra­wie sto lat później gra­ni­ce na północy wy­ka­zują się zdu­mie­wającą sta­bil­nością. Niem­cy gra­niczą z Rosją na te­ry­to­rium Pol­ski. Au­stria prze­kształciła się w Au­stro-Węgry, ale jej północ­na gra­ni­ca zmie­niła się mi­ni­mal­nie; tyl­ko na południu, po anek­sji Bośni-Her­ce­go­wi­ny w 1908 roku, sięga zde­cy­do­wa­nie da­lej. I właśnie tu, na Bałka­nach, zmia­ny są naj­większe: im­pe­rium osmańskie utra­ciło swo­je eu­ro­pej­skie przed­po­le. Na ma­pie z 1914 roku wi­dzi­my Ser­bię, Czar­nogórę, Grecję, Bułgarię, Ru­mu­nię i po­wstałą le­d­wie rok wcześniej Al­ba­nię: w su­mie sześć państw teo­re­tycz­nie no­wo­cze­snych, czy­li na­ro­do­wych. Wzdłuż ich gra­nic mamy mniej­szości et­nicz­ne i re­li­gij­ne, te­ry­to­ria po dru­giej stro­nie uzna­wa­ne z ta­kich czy in­nych przy­czyn za własne, mnóstwo wza­jem­nych pre­ten­sji. Każde z bałkańskich państw na­ro­do­wych ucho­dzi w Eu­ro­pie Za­chod­niej za za­co­fa­ne, ich wskaźniki cy­wi­li­za­cyj­ne – długość życia i śmier­tel­ność nie­mowląt, al­fa­be­ty­za­cja, in­du­stria­li­za­cja i urba­ni­za­cja – rze­czy­wiście są dość od­ległe od od­po­wied­nich da­nych dla Ho­lan­dii czy Da­nii.

Porówny­wal­ne kłopo­ty ma tyl­ko jed­no z mo­carstw: Ro­sja. Od daw­na jest naj­większym państwem na świe­cie, sięga od Łodzi, „Man­che­ste­ru Wscho­du”, po Pa­cy­fik. Od daw­na też należy do eks­klu­zyw­nej ro­dzi­ny im­pe­riów. Jed­no­cześnie bo­ry­ka się z pro­ble­ma­mi wyjątko­wy­mi w tym gro­nie: nie zna obo­wiązku szkol­ne­go, nie­roz­wiązany po­zo­sta­je pro­blem własności zie­mi, uprze­mysłowie­nie ogra­ni­cza się do wysp w cen­trum, na południu i na za­cho­dzie państwa. Teo­re­tycz­nie jest potęgą mi­li­tarną, ale po­tra­fi po­nieść klęskę w wal­ce z kor­pu­sem eks­pe­dy­cyj­nym mo­carstw za­chod­nich na własnym te­ry­to­rium (woj­na krym­ska 1855/56 r.). W la­tach 1904–1905 zo­sta­je pierw­szym mo­carstwem eu­ro­pej­skim („białym”), nie tyle po­ko­na­nym, ile po pro­stu upo­ko­rzo­nym przez Azjatów („żółtych”, czy­li Japończyków). W la­tach 1905 i 1906 kra­jem wstrząsa re­wo­lu­cja, chwie­je się gmach sa­mo­dzierżawia, czy­li nie­ogra­ni­czo­nej kon­sty­tucją władzy cara. Wszy­scy wiedzą, że pro­blem za­czy­na się na sa­mej górze – głowie państwa da­le­ko do nie­omyl­ności, a nie od­po­wia­da przed kim­kol­wiek – ale rak bezwładu, ko­rup­cji, nie­kom­pe­ten­cji i głupo­ty to­czy całą ad­mi­ni­strację państwową; po klęsce w woj­nie z Ja­po­nią i po­ko­na­niu re­wo­lu­cji roz­po­czy­na się ko­lej­ny etap in­ten­syw­nych re­form wewnętrznych. Do­bra ko­niunk­tu­ra go­spo­dar­cza rzad­ko komu przesłania fakt, że państwo po­zo­sta­je nie­spraw­ne, par­la­ment jest fa­sadą, a napięcia społecz­ne w cza­sie trans­for­ma­cji części społeczeństwa wiej­skie­go w miej­skie, czy­li uprze­mysłowio­ne – rosną. Po­dob­nie na­ra­sta pro­blem na­ro­do­wościo­wy. Tyl­ko w jed­nej, sto­sun­ko­wo nie­wiel­kiej za­chod­niej części Ro­sji eska­lują kon­flik­ty wokół uprzy­wi­le­jo­wa­nych dotąd Niemców bałtyc­kich, sąsia­dujących z nimi Łoty­szy i Estów, da­lej Li­twinów, Żydów i Ukraińców: nie tyl­ko na Bałka­nach idea na­ro­do­wa sta­je się na przełomie XIX i XX w. na­tchnie­niem księży, pa­storów i popów, na­uczy­cie­li czy re­fe­ren­da­rzy, którzy do tej pory ucho­dzi­li za posłuszny kościec im­pe­rium; o sta­rym pro­blemie pol­skim, którym Ro­sja zapłaciła za prze­su­nięcie swo­jej gra­ni­cy nad Wisłę w wy­ni­ku roz­biorów w końcu XVIII wie­ku, nie wspo­mi­nając.

In­a­czej na początku XX stu­le­cia wygląda sy­tu­acja Nie­miec. Rze­sza – w odróżnie­niu od Ro­sji – łączy ce­chy im­pe­rium i państwa na­ro­do­we­go. Niem­cy sta­no­wią po­nad 90 pro­cent lud­ności. Różnice między miesz­kańcami Prus Wschod­nich i Ba­de­nii po­zo­stają spo­re, ale miesz­kańcy Królew­ca i Fry­bur­ga wyrażają je w tym sa­mym języku, odwołując się do wspólnych lek­tur i po­dob­nych war­tości. Są człon­ka­mi na­ro­du, który sta­no­wi dla wie­lu wzór no­wo­cze­sności. Nie­mieckie uni­wer­sy­te­ty uchodzą za naj­lep­sze na kon­ty­nen­cie, po­dob­nie naj­bar­dziej in­no­wa­cyj­ne gałęzie prze­mysłu, jak che­micz­ny, czy zna­ko­mi­ta ad­mi­ni­stra­cja państwo­wa i sa­morządowa. Ar­mia, od za­wsze uważana za spe­cjal­ność Pru­saków, wy­grała wszyst­kie ostat­nio pro­wa­dzo­ne woj­ny. Go­rzej wygląda spra­wa ko­lo­nii: nie­miec­kie ge­ne­rują de­fi­cyt, przede wszyst­kim zaś są trze­ciorzędne – nie do­star­czają ani właści­we­go pre­stiżu, ani sa­tys­fak­cji. Am­bi­cje im­pe­rial­ne kon­cen­trują się w tej sy­tu­acji ra­czej na południo­wym wscho­dzie niż na te­ry­to­riach za­mor­skich. Pro­jekt ko­lei do Bag­da­du, otwie­rający Niem­com pole eks­pan­sji go­spo­dar­czej na Bałka­nach i w im­pe­rium osmańskim aż po Bli­ski i Środ­ko­wy Wschód, ucho­dzi za naj­ważniej­szy.

Do Ro­sji są Niem­cy po­dob­ne pod dwo­ma względami. Po pierw­sze, na przełomie wieków XIX i XX wzbie­ra fala na­cjo­na­li­zmu. W Rze­szy tego sym­bo­lem jest ar­mia, par­tie, związki i ga­ze­ty pra­wi­co­we, przede wszyst­kim Wil­helm II. Długo­let­nie­go kanc­le­rza Ot­to­na von Bi­smarc­ka, zdy­mi­sjo­no­wa­ne­go przez młode­go ce­sa­rza w 1890 roku, bano się w Eu­ro­pie jako po­li­ty­ka przysłowio­wo zręczne­go i skuteczne­go. Jego następcy nie mają już tej cha­ry­zmy. Zresztą po­li­tyką za­gra­niczną co­raz chętniej para się sam ce­sarz. Wil­helm lubi po­zo­wać do zdjęć w pi­kiel­hau­bie. Nie­mal wszędzie bu­dzi iry­tację jako zner­wi­co­wa­ny nie­udacz­nik. Co chwi­la jątrzy, obraża wszyst­kich na­około i pro­wo­ku­je kry­zy­sy. W hi­sto­rii no­wo­cze­snej Eu­ro­py za­pi­sze się jako bo­daj naj­mniej udol­ny spośród mo­narchów, którzy mie­li siłę sprawczą. Rządzący w Ro­sji od 1894 roku Mikołaj II sta­no­wi cha­rak­te­ro­lo­gicz­nie prze­ci­wieństwo swo­je­go ber­lińskie­go ku­zy­na: nie­udol­ność cara bie­rze się z jego słabości. Ro­syj­ski na­cjo­na­lizm roz­kwi­ta bez większe­go udziału władcy.

Po dru­gie, Ro­sja i Niem­cy przy­ciągają cu­dzo­ziemców swoją kul­turą wy­soką, przede wszyst­kim li­te­ra­turą piękną i mu­zyką, Niem­cy – wspo­mnia­ny­mi uni­wer­sy­te­ta­mi. Za god­ne naśla­do­wa­nia uzna­je się także świet­nie zor­ga­ni­zo­wa­ne przed­sta­wi­ciel­stwa nie­miec­kiej kla­sy ro­bot­ni­czej: par­tia so­cjal­de­mo­kra­tycz­na (So­zial­de­mo­kra­ti­sche Par­tei Deutsch­lands, SPD), która w wy­bo­rach 1912 roku zdo­by­wa pra­wie 35 pro­cent głosów i two­rzy naj­większy klub par­la­men­tar­ny, gęsta tkan­ka związków za­wo­do­wych, oświa­to­wych czy sa­mo­po­mo­co­wych, czołowi na skalę eu­ro­pejską (co wówczas zna­czy: świa­tową) myśli­cie­le le­wi­cy. Ale także Rze­szy, o ca­ra­cie nie wspo­mi­nając, da­le­ko do soft po­wer Wiel­kiej Bry­ta­nii czy Fran­cji – nie­miec­ki styl życia, od ary­sto­kra­cji po drob­no­miesz­czaństwo, nie sta­no­wi wzo­ru, do którego inni chcie­li­by aspi­ro­wać. W cza­sie Wiel­kiej Woj­ny kry­te­rium, we­dle którego roz­po­zna­wać się będą lu­dzie kul­tu­ral­ni – jak bur­mistrz oku­po­wa­ne­go mia­sta i jego nowy ko­men­dant – po­zo­sta­nie zna­jo­mość języka fran­cu­skie­go.

Do­dat­ko­wo od­py­chają przysłowio­wa nie­miec­ka buta i równie przysłowio­we ro­syj­skie za­co­fa­nie. Co tyl­ko utwier­dza na­cjo­na­listów w obu kra­jach w prze­ko­na­niu, że ich państwa są nie­do­ce­nia­ne i szy­ka­no­wa­ne przez opi­nię pu­bliczną in­nych krajów.

Naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­na jest sy­tu­acja Au­stro-Węgier. Mo­nar­chia habs­bur­ska prze­isto­czyła się w 1867 roku w państwo du­ali­stycz­ne. Wspólne są oso­ba pa­nującego (na Węgrzech Fran­ci­szek Józef rządzi jako król, w po­zo­stałej części jako ce­sarz), po­li­ty­ka za­gra­nicz­na, ar­mia i (częścio­wo) fi­nan­se. W 48-mi­lio­no­wej mo­nar­chii habs­bur­skiej Niem­cy au­striac­cy i Węgrzy sta­no­wią łącznie mniej niż połowę lud­ności (44 pro­cent; różne na­ro­dy słowiańskie wspólnie liczą 47 pro­cent). Inne na­ro­dy teo­re­tycz­nie ko­rzy­stają z gwa­ran­to­wa­nych kon­sty­tucją praw, umożli­wiających rozwój sa­morządności, szkol­nic­twa i kul­tu­ry; prak­ty­ka wygląda różnie, znacz­nie go­rzej w węgier­skiej niż w au­striac­kiej części państwa, po­tocz­nie zwa­nej Przed­li­ta­wią. W par­la­men­tach w Wied­niu i Bu­da­pesz­cie nie­do­brze się dzie­je: kon­flik­ty eska­lują, se­sje par­la­mentów są od­ra­cza­ne, od­po­wie­dzial­ność rządu przed izbą sta­je się fikcją. Le­wi­ca żąda po­wszech­ne­go pra­wa wy­bor­cze­go, które w Przed­li­ta­wii wpro­wa­dzo­ne zosta­je dla mężczyzn w 1907 roku. Węgry po­zo­stają przy sta­rym sys­te­mie wy­bor­czym, dającym prze­wagę na­ro­do­wi państwo­we­mu i war­stwom po­sia­dającym, co mniej więcej na jed­no wy­cho­dzi. Niem­cy au­striac­cy w Cze­chach i na Mo­ra­wach czują się po­zo­stawieni sam na sam z rosnącym w siłę cze­skim ru­chem na­ro­do­wym i co­raz częściej zer­kają na prężną Rzeszę Nie­miecką jako możli­we­go, w grun­cie rze­czy wy­ma­rzo­ne­go, opie­ku­na.

Ce­ka­nia

Tam, w Ce­ka­nii, państwie nie do­ce­nia­nym, które od tego cza­su prze­stało ist­nieć, choć było pod wie­lu względami wzo­ro­we, pul­so­wało także pew­ne piętno, ale nie za duże. Ile razy myślało się na ob­czyźnie o tym kra­ju, prze­su­wał się przed ocza­mi ob­raz białych, sze­ro­kich i oka­załych traktów z epo­ki pie­szych marszów i eks­tra­pocz­ty, które prze­ci­nały kraj we wszyst­kich kie­run­kach jak rze­ki porządku, wstęgi z ja­sne­go żołnie­rskie­go dre­li­chu, obej­mując pro­win­cje pa­pie­ro­wo białymi ra­mio­na­mi ad­mi­ni­stra­cji. A co to były za pro­win­cje! Lo­dow­ce i mo­rze, skały Kra­su i cze­skie psze­nicz­ne łany, noce nad Ad­ria­ty­kiem, zmącone ćwier­ka­niem świersz­czy, słowac­kie wio­ski, gdzie dym wy­cho­dził z ko­minów ni­czym z za­dar­tych do góry noz­drzy, wio­ski przy­cup­nięte pomiędzy dwo­ma pagórka­mi, jak gdy­by zie­mia roz­chy­liła war­gi, aby ogrzać między nimi swe dzie­cię. Na­tu­ral­nie to­czyły się po tych trak­tach i sa­mo­cho­dy, ale nie było ich za wie­le. Przy­go­to­wa­no się i tu także do zdo­by­cia prze­stwo­rzy, ale nie­zbyt in­ten­syw­nie. Od cza­su do cza­su wysyłano okręt do Ame­ry­ki Południo­wej lub Azji Wschod­niej, ale nie­zbyt często. Nie mia­no żad­nych am­bi­cji eko­no­micz­nych czy mo­car­stwo­wych. Znaj­do­wa­no się w sa­mym cen­trum Eu­ro­py, gdzie krzyżują się sta­re osie świa­ta. Ta­kie słowa jak ko­lo­nie czy za­mor­skie włada­nia brzmiały tu jak coś zupełnie jesz­cze nie wypróbo­wa­ne­go i da­le­kie­go. Roz­ta­cza­no luk­sus, ale broń Boże nie tak wy­ra­fi­no­wa­ny jak u Fran­cuzów. Upra­wia­no spo­ry, ale nie tak po ma­niac­ku jak u An­glo­sasów. Wy­da­wa­no ogrom­ne pie­niądze na woj­sko, ale aku­rat tyle, by nie stra­cić ran­gi mo­car­stwa pod względem mi­li­tar­nym przed­ostat­nie­go. Sto­li­ca też była trochę mniej­sza niż inne naj­większe mia­sta świa­ta, ale jed­nak znacz­nie większa od prze­ciętnych wiel­kich miast. A rządzo­ny był ten kraj w sposób światły i bez­bo­le­sny, z ostrożnym usu­wa­niem wszel­kich ostrych kantów przez naj­lepszą w Eu­ro­pie biu­ro­krację, której można było za­rzu­cić tyl­ko je­den man­ka­ment: uważała ge­nial­ność, a zwłasz­cza ge­nialną przed­siębior­czość osób pry­wat­nych, nie uprzy­wi­le­jo­wa­nych wy­so­kim uro­dze­niem lub zle­ce­niem państwo­wym, za aro­gancję i za­ro­zu­miałość. Ale bo i komu może się po­do­bać wtrąca­nie się w jego spra­wy osób nie­po­wołanych! Zresztą w Ce­ka­nii ge­niu­szy uważano za łobuzów, ale też nig­dy, jak zda­rzało się to gdzie in­dziej, nie uważano pierw­sze­go lep­sze­go łobu­za za ge­niu­sza.

W ogóle ileż dziw­nych rze­czy można by o tej nie­ist­niejącej już dzi­siaj Ce­ka­nii po­wie­dzieć! Była ona, na przykład, ce­sar­sko-królew­ska, ale poza tym zarówno ce­sar­ska, jak i królew­ska. Jed­nym z tych obu określeń: „c. k.” lub „c. i k.” ozna­czo­na tam była każda rzecz i każda oso­ba, lecz mimo to po­trze­ba było wie­dzy ta­jem­nej, aby móc nie­za­wod­nie odróżnić, ja­kie in­sty­tu­cje i ja­kich lu­dzi należy określać „c. k.”, a ja­kie i ja­kich „c. i k.”. Pisało się o niej mo­nar­chia au­stro-węgier­ska, ale w po­tocz­nej mo­wie na­zy­wa­no ją po pro­stu Au­strią, to zna­czy mia­nem, którego wy­rze­czo­no się w uro­czy­stej przy­siędze państwo­wej, lecz które we wszyst­kich spra­wach sen­ty­men­tu za­cho­wa­no na znak, że uczu­cia są nie mniej ważne niż usta­wy państwo­we, a prze­pi­sy nie nor­mują isto­ty życia. Ce­ka­nia miała kon­sty­tucję li­be­ralną, ale rządy kle­ry­kal­ne. Rządzo­no nią kle­ry­kal­nie, ale żyło się wol­no­myślnie. Wo­bec pra­wa wszy­scy oby­wa­te­le byli równi, ale nie­ko­niecz­nie wszy­scy czu­li się oby­wa­te­la­mi. Był par­la­ment, który tak gwałtow­nie ko­rzy­stał ze swo­jej wol­ności, że prze­ważnie trzy­ma­no go za­mkniętym. Ist­niał również spe­cjal­ny pa­ra­graf na wy­pa­dek wyższej ko­niecz­ności, z którego po­mocą oby­wa­no się bez par­la­mentu, lecz za każdym ra­zem, kie­dy wszy­scy cie­szy­li się już z ab­so­lu­ty­zmu, mo­nar­cha wydał zarządze­nie, aby wrócono do rządów par­la­mentarnych. Ta­kie wy­pad­ki zda­rzały się w tym państwie często i do nich za­li­czyć można również owe wal­ki pomiędzy po­szczególny­mi na­ro­do­wościa­mi, nie bez słuszności pa­sjo­nujące w swo­im cza­sie całą Eu­ropę, a dziś całkiem fałszy­wie naświe­tla­ne. Były one tak gwałtow­ne, że z ich po­wo­du ma­chi­na państwo­wa kil­ka razy do roku się za­trzy­my­wała i stała w miej­scu, ale w tych an­trak­tach lub in­ter­wałach w rządze­niu państwem zga­dza­no się ze sobą do­sko­na­le i uda­wa­no, że nic nie zaszło. Bo też nic istot­ne­go nie za­cho­dziło. Tyl­ko niechęć każdego człowie­ka do dążeń każdego in­ne­go, którą dziś wszy­scy od­czu­wa­my, roz­winęła się w owym państwie wcześniej, jeśli można tak po­wie­dzieć, wy­su­bli­mo­wała w ce­re­mo­niał, który mógłby mieć ważne następstwa, gdy­by jego dal­szy rozwój nie zo­stał przed­wcześnie przez ka­ta­strofę prze­rwa­ny.

Gdyż nie tyl­ko niechęć do oby­wa­te­la była tam pod­nie­sio­na do ran­gi uczu­cia ze­społowe­go, ale i nie­uf­ność wo­bec własnej oso­by i jej losu zmie­niła się w głęboką pew­ność sie­bie. Działano w tym kra­ju – i to nie­kie­dy aż do naj­wyższe­go stop­nia roz­na­miętnie­nia lub jego następstw – za­wsze in­a­czej, niż myślano, a myślano in­a­czej, niż działano. Nieświa­do­mi rze­czy ob­ser­wa­to­rzy uważali to za dowód uprzej­mości lub na­wet słabości cha­rak­te­ru, na­zy­wa­ne­go przez nich au­striac­kim. Ale to nie od­po­wia­da praw­dzie, bo nig­dy nie od­po­wia­dają praw­dzie zja­wi­ska za­chodzące w ja­kimś kra­ju, jeśli tłuma­czy się je po pro­stu cha­rak­te­rem jego miesz­kańców. Każdy miesz­kaniec każdego kra­ju bo­wiem ma co naj­mniej dzie­więć cha­rak­terów: za­wo­do­wy, na­ro­do­wy, państwo­wy, kla­so­wy, geo­gra­ficz­ny, płcio­wy, świa­do­my i nieświa­do­my, a może po­nad­to jesz­cze je­den ściśle pry­wat­ny. Łączy on je w so­bie, ale one roz­luźniają jego spo­istość, tak że w końcu nie jest on ni­czym in­nym, jak tyl­ko małą, wy­mytą tymi wszyst­ki­mi stru­ga­mi niecką, w którą one wsiąkają, aby następnie z niej zno­wu wypłynąć i wraz z in­nymi stru­my­ka­mi wypełnić inną. Dla­te­go też każdy miesz­kaniec Zie­mi po­sia­da jesz­cze dzie­siąty cha­rak­ter, który jest tyl­ko bier­nym wy­two­rem wy­obraźni nie wypełnio­nych ni­czym prze­strze­ni. Po­zwa­la on człowie­ko­wi na wszyst­ko, z wyjątkiem jed­ne­go: bra­nia na se­rio tego, co jego przynaj­mniej dzie­więć po­zo­stałych cha­rak­terów czy­ni i co się z nim dzie­je. Czy­li in­nymi słowy, nie po­zwa­la właści­wie na to, co po­win­no go wypełniać. Ta, jak trze­ba przy­znać, trud­na do opi­sa­nia pu­sta prze­strzeń jest we Włoszech in­nej bar­wy i kształtu niż w An­glii, po­nie­waż to, co się od niej od­ci­na, ma inny ko­lor i formę, choć jest wszędzie tak samo pustą i nie­wi­doczną prze­strze­nią, w której rze­czywistość stoi jak opusz­czo­ne przez wy­obraźnię mia­stecz­ko zbu­do­wa­ne z dzie­cin­nych klocków.

O ile coś ta­kie­go może być w ogóle wi­docz­ne, stało się to w Ce­ka­nii, i pod tym względem była Ce­ka­nia, choć świat o tym nie wie­dział, państwem naj­bar­dziej postępo­wym. Było to państwo, które z sa­mym sobą jakoś się jesz­cze parało, w którym było się ne­ga­tyw­nie wol­nym, sta­le z po­czu­ciem nie­wy­star­czających po­wodów do własne­go ist­nie­nia i owia­nym wiel­ki­mi ma­rze­nia­mi o tym, co się nie stało lub na­wet stało, ale nie w sposób nie­odwołalny, jak gdy­by tchnie­niem oce­anów, z których wyłoniła się ludz­kość.

„Coś się przy­da­rzyło” – mówio­no w Ce­ka­nii, pod­czas gdy inni lu­dzie myśleli, że stało się Bóg wie co. Był to swo­isty, nie używa­ny gdzie in­dziej ani w nie­miec­kim, ani w ja­kimś in­nym języku sposób wyrażania się, dzięki któremu fak­ty i wy­pad­ki lo­so­we sta­wały się lek­kie jak puch lub prze­lot­na myśl. Mimo wszyst­ko, co prze­ciw­ko temu prze­ma­wia, Ce­ka­nia była chy­ba jed­nak kra­jem wy­ma­rzo­nym dla ge­niu­szy. I praw­do­po­dob­nie właśnie dla­te­go zginęła3.

Po­szczególne kra­je mo­nar­chii roz­wi­jają się w nierównym tem­pie. Obie sto­li­ce należą do naj­no­wo­cześniej­szych miast eu­ro­pej­skich. W Bu­da­pesz­cie pierw­szy od­ci­nek me­tra po­wsta­je w 1896 roku, w Wied­niu dwa lata później. Cze­chy i Mo­ra­wy spo­koj­nie mogą się mie­rzyć z wy­so­ko roz­wi­niętymi re­gio­na­mi Eu­ro­py Za­chod­niej, pod­czas kie­dy Ga­li­cji i Bu­ko­wi­nie bliżej do wschod­nich czy południo­wo-wschod­nich sąsiadów niż do no­wo­cze­sności.

Na­stro­je, lo­jal­ność wo­bec mo­nar­chii, świa­do­mość na­ro­do­wa nie mają jed­nak większe­go związku z nierówno­cze­snością roz­wo­ju. Au­stro-Węgry to państwo, w którym wszy­scy są mniej lub bar­dziej nie­za­do­wo­le­ni. Co­raz częściej oby­wa­te­le myślą w ka­te­go­riach na­ro­do­wych – nie chcą wspólno­ty z sąsia­da­mi mówiącymi in­nym języ­kiem. Han­nah Arendt na­pi­sze później, że „na­cjo­na­lizm ple­mien­ny za­wsze ob­sta­je przy tym, że jego własny naród jest oto­czo­ny przez «świat wrogów», że jest «je­den prze­ciw wszyst­kim», że ist­nie­je za­sad­ni­cza różnica między nim a in­nymi na­ro­da­mi”4, ale na ra­zie et­ni­cy­za­cja sto­sunków w mo­nar­chii na ogół nie opie­ra się na prze­mo­cy, państwo trwa. Jego sym­bo­lem jest ce­sarz, od 1867 roku także król Węgier. Nie­mal nikt nie pamięta mo­nar­chy in­ne­go niż rządzący od 1848 roku Fran­ci­szek Józef. Wia­ra w spra­wie­dli­we­go władcę, pa­nującego z od­da­li, wy­so­ko nad wszel­ki­mi spo­ra­mi i kłótnia­mi po­li­tyków czy stu­dentów, daje na­dzieję: sko­ro od dzie­sięcio­le­ci za­pew­nia pokój i jaki taki spokój – może mo­nar­chii uda się przejść przez ko­lej­ne za­wi­ro­wa­nia i kry­zy­sy, w które ob­fi­tu­je po­li­tyka eu­ro­pej­ska na początku XX wie­ku?

Im­pe­ria nie byłyby im­pe­ria­mi, gdy­by nie dążyły do uzy­ska­nia prze­wa­gi nad in­ny­mi. Naj­mniej szans ma w tym wyścigu Ro­sja: mimo ogrom­ne­go postępu po­zo­sta­je najsłab­sza. Na Da­le­kim Wscho­dzie prze­grała, w Azji Środ­ko­wej prze­stała za­grażać Wiel­kiej Bry­ta­nii. Jej najsłab­szy prze­ciw­nik to państwo Osmanów. Pe­ters­burg wspie­ra de­kom­po­zycję eu­ro­pej­skie­go przed­po­la im­pe­rium osmańskie­go. Za­wie­ra so­ju­sze z państwa­mi bałkański­mi. Naj­ważniej­sze są bli­skie związki z Bułgarią i Ser­bią, która od 1903 roku prze­cho­dzi z obo­zu au­stro-węgierskie­go do rosyjskie­go i sta­je się ostoją bałkańskiej po­li­ty­ki Ro­sji jako pro­tek­to­ra Słowian południo­wych i pra­wosławia.

Związek Pe­ters­bur­ga z Bel­gra­dem w naj­wyższym stop­niu iry­tu­je po­li­tyków mo­nar­chii habs­bur­skiej. Po pierw­sze, Ser­bia jako rzecz­nik zjed­no­cze­nia Słowian południo­wych za­graża południo­wym gra­ni­com Au­stro-Węgier, gdzie miesz­kają głównie Chor­wa­ci, Słoweńcy, Bośnia­cy i Ser­bo­wie. Po dru­gie, so­jusz Bel­gra­du z Pe­ters­bur­giem ma swo­je przedłużenie w tzw. en­ten­te, czy­li układzie so­jusz­ni­czym Ro­sji z Francją i Wielką Bry­ta­nią. Au­striac­cy woj­sko­wi widzą w związkach ca­ra­tu z Ser­bią eg­zy­sten­cjal­ne za­grożenie mo­nar­chii i prą do szyb­kiej roz­pra­wy z Bel­gra­dem: wpływo­wy szef szta­bu Franz Con­rad von Hötzen­dorf od 1906 roku żąda woj­ny z Ser­bią. Tyl­ko w 1913 roku, liczą hi­sto­ry­cy, Con­rad von Hötzen­dorf dwu­dzie­sto­pięcio­krot­nie pro­po­nu­je atak na Bel­grad. W maju 1914 roku po­na­wia pro­po­zycję. Ce­sarz i po­li­ty­cy nie słuchają feld­mar­szałka. Na ra­zie.

Spra­wa Frie­djun­ga

Kie­dy w 1908 roku Au­stro-Węgry zde­cy­do­wały się na aneksję Bośni i Her­ce­go­wi­ny, Eu­ro­pa stanęła na krawędzi woj­ny. Co praw­da re­gion od 1878 roku znaj­do­wał się już pod oku­pacją mo­nar­chii habs­bur­skiej, ale po przejściu Ser­bii w or­bitę wpływów ro­syj­skich for­mal­ne przyłącze­nie pro­win­cji stało się ma­ni­fe­stacją po­li­tyczną. Ro­sja uznała aneksję za akt wro­gi i na­ru­sze­nie jej in­te­resów na Bałka­nach. Osta­tecz­nie ustąpiła, ale przy­ja­zne sto­sun­ki między mo­nar­chia­mi już nie wróciły. Wzrosły na­to­miast wpływy Pe­ters­bur­ga w Bel­gra­dzie, co w ciągu kil­ku lat za­owo­co­wało zawiąza­niem ko­ali­cji an­ty­tu­rec­kiej.

For­mal­na anek­sja pro­win­cji, w której au­stro-węgier­skie mi­ni­ster­stwo fi­nansów i tak już od kil­ku­dzie­sięciu lat pro­wa­dziło su­we­renną po­li­tykę, wca­le nie mu­siała od­by­wać się w tak dra­ma­tycz­nych oko­licz­nościach. Za­ostrze­nie sy­tu­acji leżało jed­nak w in­te­re­sie mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych mo­nar­chii, ba­ro­na Aloy­sa Lexy von Aeh­ren­tha­la, główne­go spraw­cy tak zwa­ne­go kry­zy­su bośniac­kie­go. Mi­ni­ster był zde­cy­do­wa­nym zwo­len­ni­kiem po­li­tyki agre­syw­nej i mo­car­stwo­wej. Ku jego za­sko­cze­niu, za­chod­nio­eu­ro­pej­skiej opi­nii pu­blicz­nej anek­sja wca­le się nie spodo­bała. Aeh­ren­thal uznał więc, że trze­ba ten krok post fac­tum uza­sad­nić.

Jego po­mysł wy­da­wał się ide­al­ny, ale osta­tecz­nie do­pro­wa­dził do kom­pro­mi­ta­cji władz au­stro-węgier­skich. W 1909 roku kil­ku­dzie­sięciu serb­skich po­li­tyków z Chor­wa­cji stanęło przed sądem pod za­rzu­tem zdra­dy sta­nu. Oskarżono ich o to, że jako serb­scy agen­ci spi­sko­wa­li na szkodę mo­nar­chii. Pro­ces nie tyl­ko miał uza­sad­niać agre­sywną po­li­tykę Aeh­ren­tha­la, ale też od­po­wia­dał in­te­re­som Węgrów, dążących do li­kwi­da­cji chor­wac­kiej au­to­no­mii. Je­dyną jego słabą stroną były bar­dzo wątpli­we do­wo­dy rze­ko­mej zdra­dy. Bry­tyj­ski spe­cja­li­sta od Eu­ro­py Środ­ko­wo-Wschod­niej i Bałkanów, Ro­bert W. Se­ton-Wat­son, który pod­czas roz­pra­wy w Za­grze­biu za­siadł na wi­dow­ni, pisał w ko­re­spon­den­cji do „Mor­ning Post”: „Cały ten pro­ces jest pa­ro­dią spra­wie­dli­wości, za­in­spi­ro­waną i kie­ro­waną przez coś, co zgod­nie z an­gielską normą języ­kową należałoby na­zwać rządem de­spo­tycz­nym”5. W pry­wat­nym liście do in­ne­go bry­tyj­skie­go eks­per­ta, przyszłego re­dak­to­ra na­czel­ne­go „Ti­me­sa” Hen­ry’ego Wic­kha­ma Ste­eda do­da­wał, że sędzio­wie wy­zna­cze­ni do pro­wa­dze­nia tego po­ka­zo­we­go pro­ce­su spra­wia­li wrażenie, jak­by sami le­d­wo opuścili ko­lo­nię karną. Se­ton-Wat­son nie był w swo­im wrażeniu od­osob­nio­ny i ba­ron Aeh­ren­thal uznał, że pora na nową porcję obciążających do­wodów.

W tej właśnie chwi­li na arenę wiel­kiej po­li­ty­ki wkro­czył He­in­rich Frie­djung. Uro­dził się na Mo­ra­wach w ro­dzi­nie żydow­skiej. Stał się jed­nym z pio­nierów no­wo­cze­snej hi­sto­rii po­li­tycz­nej i nie­miec­kim na­cjo­na­listą. Jego am­bi­cje sięgały jed­nak da­lej – pragnął stać się li­de­rem Niemców au­striac­kich. Z Aeh­ren­tha­lem łączyła go zbieżność poglądów po­li­tycz­nych i kil­ku­let­nia współpra­ca. Je­sie­nią 1909 roku Frie­djung opu­bli­ko­wał na łamach li­be­ral­nej „Neue Fre­ie Pres­se” ar­ty­kuł opar­ty na do­ku­men­tach, rze­ko­mo do­star­czo­nych do au­stro-węgier­skiej am­ba­sa­dy w Bel­gra­dzie. Pa­pie­ry miały do­wo­dzić, że Ser­bia szy­ku­je zbrojną napaść na mo­nar­chię habs­burską oraz że po­li­ty­cy ko­ali­cji chor­wac­ko-serb­skiej są przez nią opłaca­ni. Jak się wkrótce oka­zało, były to fałszyw­ki. Pod ko­niec tego sa­me­go roku kil­ku­dzie­sięciu chor­wac­kich po­li­tyków po­zwało Frie­djunga o zniesławie­nie. W wie­deńskim par­la­men­cie (Re­ich­srat) głos w tej spra­wie za­brał Tomáš Gar­ri­gue Ma­sa­ryk, nie po­zo­sta­wiając su­chej nit­ki na mi­ni­strze spraw za­gra­nicz­nych, który po­su­wa się do tak nie­czy­stych za­gry­wek.

Cała in­try­ga zakończyła się kom­pro­mi­tacją Frie­djun­ga i władz au­stro-węgier­skich. Jej psy­cho­lo­gicz­ne skut­ki oka­zały się jed­nak da­le­ko poważniej­sze. Po pierw­sze, państwo pra­wa, za ja­kie słusznie dotąd ucho­dziły Au­stro-Węgry, za­chwiało się pod wpływem oso­bi­stych am­bi­cji im­pe­rial­nych niektórych po­li­tyków. Po dru­gie, hi­ste­rycz­na re­ak­cja władz na całko­wi­cie lo­jalną dotąd współpracę po­li­tyków serb­skich, chor­wac­kich i słoweńskich w gra­ni­cach mo­nar­chii w rze­czy­wi­stości pchała tych ostat­nich w ra­mio­na Ser­bii. Po trze­cie, spra­wa Frie­djun­ga po­sta­wiła pod zna­kiem za­py­ta­nia zdol­ność Au­stro-Węgier do pa­cy­fi­ka­cji sto­sunków między zwaśnio­ny­mi na­ro­da­mi Eu­ro­py Środ­ko­wo-Wschod­niej i Bałkanów.

Stały kon­flikt Wied­nia z Pe­ters­bur­giem w spra­wie Ser­bii ma swój od­po­wied­nik na północy. W Ga­li­cji rządzą Po­la­cy. Ogrom­na ich większość czu­je się związana z mo­nar­chią, ale pil­nie bu­du­je in­sty­tu­cje na­ro­do­we, po­ma­ga emi­gran­tom z Króle­stwa Pol­skie­go, or­ga­ni­zu­je młodzież w związki pa­ra­mi­li­tar­ne. Trochę in­a­czej wygląda sy­tu­acja Ukraińców, zwa­nych wte­dy na ogół Ru­si­na­mi: też tworzą swo­je związki i in­sty­tu­cje, też w większości są pro­habs­bur­scy, ale działa również ak­tyw­na mniej­szość pro­ro­syj­ska („mo­ska­lo­fi­le”). Różnica między ak­tyw­ny­mi po­li­tycz­nie Po­la­ka­mi a Ukraińcami po­le­ga na tym, że pierw­si mają władzę, eli­ty i ja­sne po­czu­cie tożsamości na­ro­do­wej. Dru­dzy or­ga­ni­zują się od­dol­nie, eli­ty mają skrom­ne; jed­ni in­te­lek­tu­aliści ukraińscy wierzą w po­wsta­nie związa­ne­go z mo­nar­chią na­ro­du ukraińskie­go, dru­dzy trak­tują Ru­sinów jako część wiel­kie­go na­ro­du rosyjskie­go. Pe­ters­burg oskarża Wie­deń o po­pie­ra­nie Po­laków i „na­ro­do­wych” Ukraińców, Wie­deń oskarża Pe­ters­burg o podżega­nie „mo­ska­lo­fi­li”. Pro­ce­som po­li­tycz­nym, a już zwłasz­cza po­le­mi­kom pra­so­wym nie ma końca.

Ser­bia jest bez porówna­nia ważniej­sza od Ga­li­cji. O południo­wym po­gra­ni­czu Au­stro-Węgier pra­sa eu­ro­pej­ska od 1903 roku pi­sze nie­mal bez prze­rwy, nie tyl­ko Con­rad von Hötzen­dorf właśnie tu wi­dzi za­rze­wie przyszłej woj­ny. Nie­trud­no przewi­dzieć, że ogra­ni­czo­ne do tego te­ry­to­rium star­cie Wied­nia z Bel­gra­dem to tyl­ko je­den z możli­wych – i zde­cy­do­wa­nie naj­mniej groźny – sce­na­riu­szy. Au­stro-Węgry związane są so­ju­szem z Rzeszą od 1879 roku. Do alian­su, zwa­ne­go odtąd trójprzy­mie­rzem, należą od 1882 roku Włochy, ale to part­ner nie­pew­ny, nie bar­dzo można nań li­czyć. Fran­cja i Wiel­ka Bry­ta­nia zakończyły w 1904 roku spo­ry ko­lo­nial­ne (En­ten­te cor­dia­le). W 1907 roku dołącza do po­wstającego so­ju­szu (dotąd związana tyl­ko z Francją) Ro­sja – pro­mo­tor Ser­bii. Pe­ters­burg po klęsce na Da­le­kim Wscho­dzie w la­tach 1904–1905 na jed­no nie może so­bie po­zwo­lić na pew­no: na upo­ko­rze­nie w oczach Eu­ro­py.

Do woj­ny każde z mo­carstw przy­go­to­wa­ne jest in­a­czej. Ro­sja, świa­do­ma swo­ich ogra­ni­czeń, in­we­stu­je w ostat­nich la­tach w siły zbroj­ne pro­por­cjo­nal­nie naj­więcej, aż 30 pro­cent budżetu. W ciągu sześciu lat wy­dat­ki na cele woj­sko­we rosną o do­bre 40 pro­cent, budżet ma­ry­nar­ki wo­jen­nej po­tra­ja się i prze­wyższa nie­miec­ki; do 1917 roku ar­mia lądowa ma być trzy razy większa od ar­mii za­chod­nie­go sąsia­da.

Ale wszyst­ko to nie wy­star­czy: ar­mia nie na­uczy chłopów pisać, nie zbu­du­je wy­daj­ne­go prze­mysłu zbro­je­nio­we­go i nie wyrówna struk­tu­ral­ne­go zapóźnie­nia państwa carów.

Od daw­na wia­do­mo, że w no­wo­cze­snej woj­nie klu­czo­we stało się zna­cze­nie ko­lei. W paździer­ni­ku 1850 roku, kie­dy na­stał kry­zys w sto­sun­kach au­striac­ko-pru­skich, mo­nar­chia habs­bur­ska po­tra­fiła prze­trans­por­to­wać nad swoją północną gra­nicę 75 tysięcy żołnie­rzy i 8 tysięcy koni w ciągu nie­spełna czte­rech ty­go­dni. Pru­sy ustąpiły. 16 lat później po­trze­bo­wały tyl­ko trzech ty­go­dni na prze­wie­zie­nie na front pra­wie 200 tysięcy żołnie­rzy i 55 tysięcy koni. Tym ra­zem prze­grała Au­stria. Czte­ry lata później Fran­cu­zi nie po­tra­fili właści­wie wy­ko­rzy­stać swo­jej skądinąd no­wo­cze­snej sie­ci ko­le­jo­wej: dwu­dzie­ste­go trze­cie­go dnia mo­bi­li­za­cji mie­li pod bro­nią 270 tysięcy żołnie­rzy, pod­czas kie­dy Niem­cy zmo­bi­li­zo­wa­li w tym cza­sie po­nad 460 tysięcy. Wszyst­kie szta­by ge­ne­ral­ne stu­diują doświad­cze­nia z wo­jen roku 1866 i 1870. Wnio­sek jest je­den – bez gęstej i wy­daj­nej sie­ci ko­le­jo­wej przyszłej woj­ny nie da się wy­grać.

W następnych de­ka­dach Rze­sza roz­bu­do­wu­je ko­le­je na potęgę. Jej kraj związko­wy Pru­sy zo­sta­je naj­większym pra­co­dawcą w Niem­czech; w przeded­niu woj­ny za­trud­nia na ko­le­jach ok. 700 tysięcy pra­cow­ników. Ro­sja ma naj­rzadszą sieć ko­le­jową. Na gra­ni­cy z Au­stro-Węgra­mi i Niem­ca­mi, w porówna­niu z obu sąsia­da­mi, różnicę zmie­rzyć najłatwiej: na jed­ne­go miesz­kańca w Króle­stwie Pol­skim przy­pa­da 25 metrów toru, na Ga­li­cja­ni­na – dwu­krot­nie więcej, na miesz­kańca wschod­nich pro­win­cji Rze­szy – sześcio­krot­nie6.

Au­stro-Węgrom też da­le­ko do sta­nu zbro­jeń, którego od lat do­ma­gają się woj­sko­wi. Sieć ko­le­jo­wa na gra­ni­cach z Ser­bią i z Rosją po­win­na wy­star­czyć. Ale mo­nar­chia na pew­no nie jest przy­go­to­wa­na na jed­no: na szyb­ki, mak­sy­mal­ny wysiłek na obu fron­tach jed­nocześnie. Choć wie, że kie­dy Ro­sja wystąpi w obro­nie Ser­bii, tak właśnie wyglądać będzie naj­gor­szy sce­na­riusz. Wówczas Wie­deń od początku działań wo­jen­nych ska­za­ny będzie na ścisłą współpracę z Ber­li­nem – nie może prze­cież pro­wa­dzić woj­ny na dwu fron­tach jed­nocześnie, jeśli Niem­cy od początku nie zwiążą części sił ro­syj­skich. I tyl­ko Rze­sza na wscho­dzie przy­go­to­wa­na jest do woj­ny na­prawdę. Szef szta­bu ge­ne­ral­ne­go (Obe­rste He­ere­sle­itung, OHL) Hel­muth von Molt­ke oba­wia się jed­nak, że to ostat­nie chwi­le, kie­dy Niem­cy mają prze­wagę. Woj­na pre­wen­cyj­na te­raz albo nig­dy, na­le­ga na sze­fa dy­plo­ma­cji w maju 1914 roku. „Później” zna­czyć może po pro­stu „za późno”. Sko­ro ro­syj­ski pro­gram zbro­jeniowy już ru­szył, do 1917 roku Niem­cy utracą na wscho­dzie atu­ty, które dziś po­zwa­lają na trak­to­wa­nie Ro­sji jako prze­ciw­ni­ka dru­gorzędne­go.

O de­cy­den­tach w mun­du­rach sądzi się do dziś, że kom­plet­nie za­wie­dli. Rze­czy­wiście wie­lu z nich obie­cu­je po­li­ty­kom i opi­nii pu­blicz­nej wojnę krótką i zwy­cięską. Nie sposób określić, czy pier­wot­ny jest w tym wy­pad­ku brak wy­obraźni, czy brak kom­pe­ten­cji. W aka­de­miach woj­sko­wych uczy się pla­no­wa­nia kon­flik­tu na przykładach XIX-wiecz­nych; trud­no w tej sy­tu­acji przyszłym ofi­ce­rom sztabów ge­ne­ral­nych za­rzu­cać, że myślą w ka­te­go­riach woj­ny krym­skiej czy fran­cu­sko-pru­skiej z 1870 roku. Ciągle roz­bu­do­wy­wa­ne są – co­raz większe, co­raz gęściej najeżone ar­ty­le­rią – twier­dze, które w 1914 roku okażą się równie bezużytecz­ne na Wscho­dzie jak i na Za­cho­dzie. Na przyszłym północ­nym od­cin­ku fron­tu wschod­nie­go Ro­sja­nie bu­dują potężne kom­plek­sy umoc­nień w Osow­cu, Mo­dli­nie (No­wo­ge­or­gi­jewsk), Dębli­nie (Iwa­nogród) i Kow­nie. Niem­cy na potęgę for­ty­fi­kują pola na przed­mieściach Królew­ca. Au­stria­cy zbu­do­wa­li twierdzę nie do zdo­by­cia w Prze­myślu, Kraków też chro­nio­ny jest wiel­kim pa­sem fortów i bunkrów.

Nie­jed­ne­go ge­ne­rała tra­pią wątpli­wości nie tyl­ko co do se­tek mi­lionów ton ce­men­tu i sta­li zużytych na bu­dowę twierdz. Woj­sko dys­po­nu­je dziś fan­ta­stycz­ny­mi środ­ka­mi za­bi­ja­nia prze­ciw­ni­ka; ciężki ka­ra­bin ma­szy­no­wy to tyl­ko naj­no­wo­cześniej­szy z nich. Ale dokład­nie tym sa­mym dys­po­nu­je prze­ciw­nik. Mo­car­stwo kon­ty­nen­tal­ne może powołać pod broń mi­liony re­zer­wistów; ale obo­wiązko­wa służba woj­sko­wa wpro­wa­dzo­na jest w każdym z nich, czy­li mi­liony staną prze­ciw mi­lionom. Wresz­cie – każdy ma potężnych so­jusz­ników. No właśnie, każdy.

Mimo wątpli­wości ge­ne­rałowie kon­cy­pują pla­ny przyszłej woj­ny. Że ko­lej ode­gra klu­czową rolę, wiedzą wszy­scy, ale na in­we­sty­cje w dro­gi żela­zne mają wpływ tyl­ko ogra­ni­czo­ny. Żądają więc wszędzie więcej pie­niędzy i wydłużenia obo­wiązko­wej służby woj­sko­wej. W ostat­niej dużej woj­nie, czy­li w star­ciu Ja­po­nii z Rosją w la­tach 1904–1905, Ro­sja­nom za­brakło (prócz wszyst­kie­go in­ne­go) amu­ni­cji ar­ty­le­ryj­skiej – mu­sie­li ją spro­wa­dzać z za­gra­ni­cy, bo miej­sco­we fa­bry­ki nie były zdol­ne zwiększyć pro­duk­cji zgod­nie z zamówie­nia­mi. Szta­by ge­ne­ralne prze­wi­dują więc zwie­lo­krot­nio­ne zużycie amu­ni­cji ar­ty­le­ryj­skiej do wiel­kości do tej pory nie­wy­obrażal­nych i zakładają wiel­kie ma­ga­zy­ny do jej prze­cho­wy­wa­nia. Au­stro-Węgry i Ro­sja umiesz­czają spo­re części ar­ty­le­rii i za­pasów amu­ni­cji w swo­ich twier­dzach. Kie­dy Niem­cy la­tem 1915 roku bez większe­go wysiłku zdobędą Kow­no i No­wo­ge­or­gi­jewsk, w ich ręce wpadną 3 tysiące dział i 2 mi­lio­ny sztuk po­cisków ar­ty­le­ryj­skich. W roku po­przed­nim ro­syj­ski prze­mysł zbro­je­nio­wy wy­pro­du­ko­wał za­le­d­wie 285 dział i 660 tysięcy po­cisków7.

W Rze­szy mimo sprze­ci­wu SPD, czy­li naj­większej frak­cji par­la­men­tar­nej, rządowi uda­je się la­tem 1913 roku prze­pchnąć przez par­la­ment pro­jekt usta­wy zwiększającej stan li­czeb­ny woj­ska na sto­pie po­ko­jo­wej z 754 do 890 tysięcy, czy­li 1,3 pro­cent lud­ności. Ob­ser­wa­to­rzy za­gra­nicz­ni czują się utwier­dze­ni w swo­jej opi­nii o złowróżbnym, wiszącym nad Eu­ropą „pru­skim mi­li­ta­ry­zmie”. W rze­czy­wi­stości we Fran­cji od­se­tek mężczyzn pod bro­nią wy­no­si w tym cza­sie 2,3 pro­cent (w Ro­sji i Au­stro-Węgrzech oscy­lu­je wokół 0,8–0,85 pro­cent). Fran­cja i Ro­sja prze­zna­czają na woj­sko ok. 5 pro­cent swo­je­go PKB, Niem­cy – nie­całe 4 pro­cent, Au­stro-Węgry – nie­wie­le po­nad 3 pro­cent.

Żaden z planów, ułożonych przez im­pe­rial­ne szta­by ge­ne­ral­ne, nie prze­trwa pierw­szych ty­go­dni walk w sierp­niu 1914 roku. Bo też żaden ge­ne­rał czy feld­mar­szałek nie przy­znałby pu­blicz­nie, że po­dzie­la lęk ko­ry­fe­usza fa­chu, Hel­mu­tha von Molt­ke­go. Le­gen­dar­ny ar­chi­tekt szyb­kich, zwy­cięskich wo­jen z Au­strią i Francją, wystąpił w Re­ich­sta­gu po raz ostat­ni w maju 1890 roku. Izbę po­selską wpra­wił w osłupie­nie:

Czas wo­jen ga­bi­ne­to­wych minął. Te­raz mamy już tyl­ko wojnę lu­dową. W miarę rozsądny rząd będzie miał twar­dy orzech do zgry­zie­nia, czy dążyć do ta­ko­wej, ze wszyst­ki­mi jej nie­prze­wi­dy­wal­ny­mi skut­ka­mi. […] Pa­no­wie, jeśli woj­na – która od po­nad dzie­sięcio­le­cia wisi nad na­szy­mi głowa­mi ni­czym miecz Da­mo­kle­sa – wy­buch­nie, nie da się prze­wi­dzieć ani jej długości, ani jej wy­ni­ku. W szran­ki staną naj­większe mo­car­stwa Eu­ro­py, uzbro­jo­ne jak nig­dy przed­tem. […] Pa­no­wie, to może być woj­na sied­mio­let­nia, woj­na trzy­dzie­sto­let­nia – i bia­da temu, kto we­tknie lont w tę beczkę pro­chu8.

Dzie­więćdzie­sięcio­let­nie­mu star­co­wi chętnie wy­ba­czo­no ów wy­bryk, tak wyraźnie mi­jający się z du­chem cza­su. Wiek robi swo­je, mówio­no, jego czas prze­minął. In­nym de­fe­tyzm nie uszedłby na su­cho. Jego młod­szy o dwa po­ko­le­nia ku­zyn imien­nik, wspo­mnia­ny wyżej szef nie­miec­kie­go szta­bu ge­ne­ral­ne­go w 1914 roku, pry­wat­nie mie­wa po­dob­ne oba­wy. Lecz ani on, ani jego ko­le­dzy w in­nych sto­li­cach mo­carstw nie odważą się la­tem tego roku za­kwe­stio­no­wać po­wszech­nej wia­ry, że woj­na będzie krótka i zwy­cięska.

Wiarę tę kwe­stio­nują tyl­ko mniej­szości. Naj­większa z nich to par­tie so­cja­li­stycz­ne, zjed­no­czo­ne w II Między­na­rodówce i tej za­po­mnia­nej dziś tra­dy­cji war­to poświęcić nie­co uwa­gi. So­cja­liści boją się woj­ny: mi­lio­ny zmo­bi­li­zo­wa­nych ro­bot­ników, za­bi­jających swo­ich to­wa­rzy­szy w mun­du­rach wro­ga tyl­ko po to, żeby siedzący w swo­ich ga­bi­ne­tach ka­pi­ta­liści ge­ne­ro­wa­li zy­ski, to wi­zja kosz­mar­na. Na swo­ich kon­gre­sach de­ba­tują na ten te­mat często. Ra­dy­kałowie pro­po­nują po­wszech­ny, między­na­rodowy strajk pre­wen­cyj­ny w prze­mysłach zbro­je­nio­wych; większość uważa, że to nie­prak­tycz­ne i nie­ce­lo­we, gdyż między­na­rodowy strajk po­wszech­ny wy­buch­nie nie­chyb­nie na całym świe­cie, gdy tyl­ko wid­mo woj­ny za­cznie się ma­te­ria­li­zo­wać.

W lip­cu 1914 roku wszy­scy za­chod­ni posłowie so­cja­li­stycz­ni dołączą do większości par­la­men­tar­nej własne­go kra­ju i zagłosują za wojną. Mark­si­stow­skie ma­rze­nie o po­nadna­ro­do­wej so­li­dar­ności pro­le­ta­riu­szy nie po raz pierw­szy i nie po raz ostat­ni prze­gry­wa z na­cjo­na­li­zmem.

Od­mien­ny ro­dzaj pa­cy­fi­zmu re­pre­zen­tu­je uro­dzo­na jako hra­bian­ka Kin­sky Ber­tha von Sut­t­ner. Zna­na i po­czyt­na pi­sar­ka myśli o człowie­ku, o jego god­ności i bólu. Lau­re­at­ka Na­gro­dy No­bla w 1905 roku naj­ważniejszą swoją książkę opu­bli­ko­wała w 1889 roku. Die Waf­fen nie­der stała się be­st­sel­le­rem w nie­miec­kim ob­sza­rze języ­ko­wym. Pracę Sut­t­ner przetłuma­czo­no na wie­le języków (w Pol­sce książka uka­zała się wyjątko­wo późno, bo czter­dzieści lat po wy­da­niu nie­miec­kim, opa­trzo­na krzy­kli­wym tytułem Krzyk du­szy ko­bie­cej!: precz z orężem!). Bo­ha­terką po­wieści jest ko­bie­ta, która w okre­sie ciągłych kon­fliktów między eu­ro­pej­ski­mi mo­car­stwa­mi (po­czy­nając od woj­ny w 1859 roku między Au­strią, Pie­mon­tem i Francją, a kończąc na woj­nie fran­cu­sko-pru­skiej 1870–1871) tra­ci swo­ich bli­skich. Za­an­gażowa­nie Sut­t­ner w walkę o pokój zna­lazło wy­raz w jej udzia­le w między­na­ro­do­wych kon­fe­ren­cjach po­ko­jo­wych, m.in. w Ha­dze w 1899 roku. Zna­na i po­pu­lar­na pi­sar­ka z pew­nością bar­dziej przysłużyła się spra­wie pa­cy­fi­zmu niż ini­cja­tor ha­skiej kon­fe­ren­cji Mikołaj II.

Inną drogą tra­fia do Hagi war­szaw­ski ban­kier Jan (Ivan; Jean de; Jo­hann von) Go­tlib Bloch. W 1893 roku za­czy­na ogłaszać po pol­sku cykl ar­ty­kułów Przyszła woj­na, jej eko­no­micz­ne przy­czy­ny i skut­ki. W ciągu pięciu lat roz­praw­ki urosną do roz­miarów pięcio­to­mo­we­go dzieła Przyszła woj­na pod względem tech­nicz­nym, po­li­tycz­nym i eko­no­micz­nym; opu­bli­ko­wa­ne­go w la­tach 1898–1900 po pol­sku, ro­syj­sku, an­giel­sku, fran­cu­sku, nie­miec­ku i ni­der­landz­ku9. Jest, można po­wie­dzieć, pseu­do­nau­kow­cem, traf­niej na­zwa­li­byśmy go hob­bystą; w odróżnie­niu od in­nych stać go na za­trud­nie­nie do swo­je­go ama­tor­skie­go pro­jek­tu szta­bu re­se­ar­cherów. Wojnę trak­tu­je z per­spek­ty­wy oświe­co­ne­go Eu­ro­pej­czy­ka, tro­skającego się o Sta­ry Kon­ty­nent. Powrót prze­mo­cy do sto­sunków między­państwo­wych uważa za zło ab­so­lut­ne, ele­men­tar­ne za­grożenie dla cy­wi­li­za­cji kończącego się wie­ku. W dość nud­nych, przełado­wa­nych sta­ty­sty­ka­mi wy­wo­dach Bloch na 3 tysiącach stron do­wo­dzi, że już dzi­siaj na­gro­ma­dzo­na przez mo­car­stwa broń po­zwa­la zgładzić całą Eu­ropę. Wywód uzu­pełnia ob­szerną ana­lizą nie­by­wałego roz­wo­ju środków de­struk­cji. To, że już na początku woj­na zruj­nu­je eu­ro­pejską go­spo­darkę, wy­da­je się z tej per­spek­ty­wy mniej ważne, nie­mniej wkrótce sta­nie się istot­ne dla jego ko­legów ban­kierów. W lip­co­wym mie­siącu hańby będą ostrze­ga­li przed apo­ka­lipsą bez­sku­tecz­nie.

Bloch ogląda świat z per­spek­ty­wy war­szaw­skiej. Miesz­ka w pul­sującym życiem mieście, zbliżającym się szyb­ki­mi kro­ka­mi do gra­ni­cy mi­lio­na miesz­kańców. Nowożytne ob­wa­ro­wa­nia daw­no już znie­sio­no. Po­sta­wio­no jed­nak nowe – zno­wu jak w wie­lu in­nych me­tro­po­liach re­gio­nu. W chwi­li zakończe­nia bu­do­wy umoc­nie­nia te były już prze­sta­rzałe, a w do­dat­ku ha­mo­wały rozwój miast. Do­praw­dy trud­no o lepszą ilu­strację bez­sen­su wyścigu zbro­jeń10. Jed­no­cześnie Bloch żyje w państwie, w którym – jak w większości państw eu­ro­pej­skich – od dzie­sięcio­le­ci obo­wiązuje po­wszech­na służba woj­sko­wa. Jako je­den z nie­wie­lu wyciąga lo­gicz­ne wnio­ski: woj­na między im­pe­ria­mi to nie tyl­ko śmierć se­tek tysięcy młodych mężczyzn, lecz wy­zwa­nie dla społeczeństwa i go­spo­dar­ki, któremu nie są w sta­nie spro­stać. Przyszła woj­na skończy się klęską wszyst­kich uczest­ników: rozwój tech­ni­ki za­bi­ja­nia czy­ni pole bi­twy rzeźnią, na którym żadne no­wo­cze­sne państwo nie może od­nieść zwy­cięstwa. Każde może rzu­cić w rze­ko­mo ostat­ni bój nie­wy­obrażalną dotąd liczbę środków i lu­dzi. Woj­na zruj­nu­je w równym stop­niu – ma­te­rial­nie, fi­zycz­nie i mo­ral­nie – zwy­cięzców i prze­gra­nych. W prak­ty­ce obie ka­te­go­rie należą więc do przeszłości.

Bloch stał się na przełomie wieków naj­bar­dziej zna­nym rzecz­ni­kiem nie­wiel­kiej mniej­szości wśród wiel­kiej burżuazji (nie wstydźmy się tego ter­mi­nu, cho­dzi prze­cież o jed­ne­go z naj­bo­gat­szych lu­dzi w Ro­sji), która uzna­wała Przyszłą wojnę między mo­car­stwa­mi za ka­ta­strofę dla wszyst­kich uczest­ników: praw­do­po­do­bieństwo zwy­cięstwa określa jako nikłe, jego kosz­ty ob­li­cza jako nie­współmier­ne. Współcześni Blo­cho­wi teo­re­ty­cy woj­sko­wości od­rzu­cają tezy war­szaw­skie­go hob­bi­sty z obrzy­dze­niem. Wiedzą le­piej. Ich od­razę do Blo­cha najle­piej może tłuma­czy oko­licz­ność, że w Przyszłej woj­nie nie tyl­ko o wojnę cho­dziło: w tle tomów znad Wisły łatwo do­czy­tać się fun­da­men­tal­nej wątpli­wości, czy cy­wi­li­zo­wa­ne społeczeństwa po­win­ny od­da­wać swój los w ręce woj­sko­wych. A tego py­ta­nia ge­ne­rałowie nie znoszą, nie­za­leżnie od mun­du­ru, cza­su i miej­sca.

Dok­try­na ofen­sy­wy

W pierw­szych mie­siącach Wiel­kiej Woj­ny dość nie­ocze­ki­wa­nie jed­nym z pi­sa­rzy nie­miec­kich najczęściej przy­woływa­nych po obu stro­nach fron­tu stał się Frie­drich von Bern­har­di. Ten ge­ne­rał ka­wa­le­rii i teo­re­tyk woj­sko­wości nie był co praw­da ob­da­rzo­ny szczególnie lek­kim piórem, od­po­wia­dał jed­nak ide­al­nie po­trze­bie chwi­li. Niem­cy i ich so­jusz­ni­cy czer­pa­li z jego dzieł krze­piące prze­ko­na­nie, że w toczącej się woj­nie są właści­wie ska­za­ni na suk­ces. Ich prze­ciw­ni­cy uczy­ni­li z Bern­har­diego sym­bol nie­miec­kie­go szo­wi­ni­zmu i mi­li­ta­ry­zmu. I to nie bez pod­staw. Oto na przykład, co au­tor sądził o wpływie wyścigu zbro­jeń na społeczeństwo przed­wo­jen­nej Rze­szy: „Przy­zwy­cza­iliśmy się uważać zbro­jenia za nie­wy­god­ny, niechętnie zno­szo­ny ciężar, za­po­mi­nając, że ar­mia to kry­ni­ca, z której naród nasz wciąż na nowo czer­pie siłę, ofiar­ność i pa­trio­tyzm”11. Mimo su­ro­wych na­po­mnień, których nie szczędził rze­ko­mo zbyt pa­cy­fi­stycz­nej nie­miec­kiej opi­nii pu­blicz­nej, Bern­har­di opty­mi­stycz­nie pa­trzył na, jego zda­niem nie­unik­nio­ny, przyszły kon­flikt eu­ro­pej­ski. Na­dzieję na zwy­cięstwo czer­pał z prze­ko­na­nia o prze­wa­dze wo­jen­ne­go mo­ra­le Niemców. Za naj­istot­niej­szy czyn­nik przyszłej wik­to­rii uważał ini­cja­tywę („za­sadę działania”, jak to uj­mo­wał).

Czy­tel­nik, który podjąłby trud oczysz­cze­nia poglądów ge­ne­rała z po­etycz­nych wy­kwitów wiel­ko­nie­miec­kie­go szo­wi­ni­zmu, mu­siałby przy­znać, że Bern­har­di wyrażał nie tyl­ko poglądy nie­miec­kich stra­tegów, ale prze­ko­na­nia roz­po­wszech­nio­ne we wszyst­kich eu­ro­pej­skich szta­bach. W naj­większym skrócie można je ująć w dwóch punk­tach: teza o prze­wa­dze du­cha nad ma­te­rią oraz ata­ku nad obroną. Opty­mizm Bern­har­diego co do nie­miec­kich szans na zwy­cięstwo opie­rał się na słusznej skądinąd ob­ser­wa­cji, że naj­spraw­niejszą jak dotąd re­ali­zacją owych za­sad była pru­ska kam­pa­nia prze­ciw Fran­cji w la­tach 1870–1871. W do­dat­ku okres po­prze­dzający wy­buch woj­ny zda­wał się do­star­czać no­wych ar­gu­mentów zwo­len­ni­kom dok­try­ny ofen­sy­wy. W la­tach 1904–1905 uwagę eu­ro­pej­skich szta­bowców przy­kuła woj­na ro­syj­sko-japońska. Ro­syj­ski główno­do­wodzący w Mandżurii, gen. Alek­siej Ku­ro­pat­kin, był zwo­len­ni­kiem dok­try­ny de­fen­syw­nej. Na­to­miast Japończy­cy – szko­le­ni przez nie­miec­kich in­struk­torów – dążyli do per­ma­nent­nej ofen­sy­wy. Cho­ciaż ro­syj­ska klęska miała wie­le różnych przy­czyn, uwa­ga ob­ser­wa­torów sku­piła się właśnie na tej różnicy w stra­tegii. Zresztą Ku­ro­pat­kin, szu­kając uspra­wie­dli­wie­nia dla swo­jej nie­udol­ności, także odwołał się do jed­nej z ma­gicz­nych for­muł:

Pod­czas ostat­niej woj­ny […] na­sza siła mo­ral­na była słab­sza niż Japończyków; i to nie błędy w do­wo­dze­niu, lecz właśnie ta słabość była przy­czyną na­szych porażek. […] Brak du­cha bo­jo­we­go, pa­trio­tycz­ne­go en­tu­zja­zmu i im­pul­su he­ro­izmu wpłynęły szczególnie na naszą wy­trzy­małość na polu wal­ki. Nie­rzad­ko bra­ko­wało nam zde­cy­do­wa­nia, by po­ko­nać prze­ciw­ni­ka ta­kie­go jak Japończy­cy12.

Woj­sko­wi ana­li­ty­cy zupełnie zi­gno­ro­wa­li kosz­ty japońskie­go zwy­cięstwa. Tym­cza­sem stra­ty Japończyków były znacz­nie wyższe niż po­ko­na­nych Ro­sjan. Obie stro­ny dys­po­no­wały już no­wo­czesną ar­ty­le­rią i ka­ra­bi­na­mi ma­szy­no­wy­mi. Japońscy pie­chu­rzy ginęli więc ma­sa­mi w upar­cie po­wta­rza­nych ata­kach na ba­gne­ty, zwłasz­cza pod­czas szturmów na Port Ar­tur. Ich fa­na­tyzm bu­dził za­chwyt szta­bowców, a stra­ta­mi nie zaprzątano so­bie zbyt­nio głowy. W końcu przyszła woj­na i tak miała być krótka. Pod wrażeniem Mandżurii w 1911 roku we Fran­cji przyjęto tzw. dok­trynę Grand­ma­iso­na, zakładającą per­ma­nent­ny atak. Pre­fe­ro­waną tak­tyką było pod­ciągnięcie sił jak naj­bliżej li­nii wro­ga i zma­so­wa­ny szturm na ba­gne­ty. Na­wet wy­so­kie stra­ty były mniej istot­ne niż do­mnie­ma­ny ko­rzyst­ny wpływ ta­kie­go na­tar­cia na mo­ra­le woj­ska.

W 1914 roku stanęły prze­ciw­ko so­bie ar­mie nie­mal bez wyjątku na­sta­wio­ne na ofen­sywę i to zarówno na po­zio­mie stra­te­gii, jak i tak­ty­ki. Je­dyną nauką, jaką wyciągnięto z woj­ny lat 1904–1905, było to, że atak, by od­nieść sku­tek, musi być ma­so­wy. Koszt dok­try­ny oka­zał się ma­ka­brycz­nie wy­so­ki.

Li­piec 1914 roku

Od za­mor­do­wa­nia Fran­cisz­ka Fer­dy­nan­da roz­po­czy­na się mie­siąc hańby im­pe­riów. Przez czte­ry ty­go­dnie nie­ustan­nie ob­ra­dują ga­bi­ne­ty, mi­ni­ster­stwa spraw za­gra­nicz­nych piszą me­mo­riały w tym sa­mym tem­pie co szta­by ge­ne­ral­ne. W mo­nar­chiach do­chodzą na­ra­dy z ce­sa­rzem. W tle po­ja­wiają się tu i ówdzie wpływo­wi ban­kie­rzy, prze­mysłowcy czy re­dak­to­rzy na­czel­ni, cza­sa­mi prze­wod­niczący klubów par­la­men­tar­nych. Pierw­si i dru­dzy liczą się w tej roz­gryw­ce mniej: tu nie cho­dzi o pie­niądze, lecz o pre­stiż, sta­tus Wiel­kie­go Mo­car­stwa. Wy­daw­cy wiel­kich tytułów pra­so­wych i po­li­ty­cy spo­za rządu tak na­prawdę też nie mają wie­le do po­wie­dze­nia, ale się liczą, bo to oni mo­bi­li­zują opi­nię pu­bliczną. A bez jej po­par­cia ani mo­nar­chia, ani re­pu­bli­ka nie wy­ruszą na wojnę.

W każdym kra­ju wszyst­ko roz­gry­wa się w gro­nie kil­ku­na­stu czy kil­ku­dzie­sięciu mężczyzn, ra­czej w wie­ku śred­nim niż eme­ry­tal­nym (choć star­si zda­rzają się wca­le często). Gro­no to jest znacz­nie uszczu­plo­ne z po­wo­du pory roku: dżen­tel­men w lip­cu prze­by­wa na urlo­pie, z reguły z małżonką. Wil­helm II spędza de­cy­dujące ty­go­dnie na jach­cie. Jego mi­ni­ster woj­ny gen. Erich von Fal­ken­hayn od­po­czy­wa w tym cza­sie na wy­spie na Mo­rzu Północ­nym. Hel­muth von Molt­ke młod­szy przy­by­wa do Karls­ba­du na co­rocz­ny urlop w dniu za­mor­do­wa­nia Fran­cisz­ka Fer­dy­nan­da. Naj­wy­raźniej śmierć ar­cy­księcia nie robi na nim wrażenia. Urlop prze­rwie do­pie­ro na wieść o au­stro-węgier­skim ul­ti­ma­tum wo­bec Ser­bii – wróci do Ber­li­na 25 lip­ca. Niem­cy nie są wyjątka­mi: mało bra­ko­wało, by serb­ski szef szta­bu, wo­je­wo­da Ra­do­mir Put­nik, w ogóle nie wziął udziału w woj­nie. Lato 1914 roku spędza w sa­na­to­rium w Bad Gle­ichen­berg we wro­giej Au­strii. W dro­dze do domu zo­sta­je za­trzy­ma­ny w Bu­da­pesz­cie przez węgierską żan­dar­me­rię. Zwol­nio­ny zo­sta­je na oso­bi­ste życze­nie ce­sa­rza Fran­cisz­ka Józefa; ce­sa­rzo­wi naj­wy­raźniej nie mieści się w głowie aresz­to­wa­nie wro­ga, który przy­był do mo­nar­chii jako ku­ra­cjusz.

Inni de­cy­den­ci nie do­znają emo­cji po­dob­nych do Put­ni­ka. Po­wo­li ściągają do ga­bi­netów w końcu mie­siąca. Mało ich ob­cho­dzi, że kur­sy na giełdach właśnie za­czy­nają pi­ko­wać w dół. Bloch już nie żyje, prze­wi­dzianą przez nie­go ka­ta­strofę eko­no­miczną od­czu­wają na własnej skórze jego ko­le­dzy fi­nan­siści; za chwilę sięgnie drob­nych ciułaczy. Mimo że ga­ze­ty emo­cjo­nują się groźbą woj­ny, woj­sko­wi nie są w tych dniach szczególnie wi­docz­ni. Po­li­ty­cy wierzą w ich złożone w ostat­nich la­tach obiet­ni­ce, że wojnę da się szyb­ko wy­grać. Tym bar­dziej wie­rzy opi­nia pu­blicz­na. De­cy­den­ci są z reguły mar­nie po­in­for­mo­wa­ni. Pod­sta­wo­wych wia­do­mości do­star­czają de­pe­sze pra­so­we i ra­por­ty dy­plo­ma­tycz­ne, czy­li środ­ki prze­ka­zu często opi­sujące wczo­raj­szy stan rze­czy. Wspo­mnia­na niżej de­le­ga­cja fran­cu­ska z pre­zy­den­tem i pre­mie­rem wra­ca z wi­zy­ty w Ro­sji stat­kiem. Podróż zaj­mie sześć dni. Niem­cy sku­tecz­nie zakłócają ko­mu­ni­kację, wy­mia­na de­pesz w klu­czo­wych dniach kry­zy­su trwa jesz­cze dłużej niż zwyk­le. Te­le­fo­ny ciągle od­gry­wają rolę podrzędną, łączą głównie rozmówców miej­sco­wych; początek wie­ku XX nie zna za­bez­pie­czo­nych łączy, ale za­pew­ne nie­wie­le by one zmie­niły.

W tej grze tyl­ko nie­wie­lu gra­czom wy­da­je się, że mają coś do wy­gra­nia. Wiel­ka Bry­ta­nia nie ma nic prócz uchro­nie­nia swo­jej po­zy­cji, której pod­sta­wa nie leży zresztą w Eu­ro­pie. Tu Lon­dyn zo­sta­nie zmu­szo­ny do in­ter­wen­cji do­pie­ro wówczas, kie­dy do ak­cji spro­wo­kują go Niem­cy, które od do­brych dwu­dzie­stu lat kwe­stio­nują jego wyjątkową po­zycję. Bu­do­wa potężnej ma­ry­nar­ki wo­jen­nej Rze­szy od daw­na jest kością nie­zgo­dy – nic nie po­psuło sto­sunków między mo­car­stwa­mi bar­dziej niż idio­tycz­ny wil­hel­miński pro­gram dorówna­nia Wiel­kiej Bry­ta­nii na mo­rzu. W cza­sie woj­ny flo­ta nie­miec­ka sto­czy jedną wielką bitwę z Bry­tyj­czy­ka­mi, na poły ją wy­gra, ale i tak nie będzie się w sta­nie wy­rwać ze swo­ich portów nad Mo­rzem Północ­nym i Bałty­kiem. Nie­miec­ka re­wo­lu­cja 1918 roku weźmie swój początek w ba­zach ma­ry­nar­ki wo­jen­nej.

Rze­sza jest rze­czy­wiście je­dy­nym mo­car­stwem, które kwe­stio­nu­je ład eu­ro­pej­ski. Hi­sto­ry­cy na­pi­sa­li na ten te­mat wie­le tysięcy stron, próbując po­go­dzić dwa od początku sprzecz­ne punk­ty wi­dze­nia: z jed­nej stro­ny Rze­sza od wie­lu lat roz­wi­ja się znacz­nie szyb­ciej niż Wiel­ka Bry­ta­nia. W 1913 roku nie ma wątpli­wości: jeśli pokój się utrzy­ma, z każdym ro­kiem jej po­zy­cja jako państwa naj­sil­niej­sze­go eko­no­micz­nie będzie się umac­niać. Niem­cy nie mają możliwości przy­ro­stu te­ry­to­rial­ne­go, ale go nie po­trze­bują: na za­cho­dzie byłby on możliwy tyl­ko kosz­tem Bel­gii, Ho­lan­dii albo Fran­cji, co ni­ko­mu nie mieści się w głowie. Na wscho­dzie – tyl­ko kosz­tem Ro­sji, co w prak­ty­ce ozna­czałoby wcie­le­nie do Rze­szy mi­lionów Po­laków. Nie jest to per­spek­ty­wa szczególnie pociągająca. „Cze­go możemy chcieć od Ro­sji?” – pyta w de­ba­cie par­la­men­tar­nej w maju 1914 roku li­be­rał, książę He­in­rich Schöna­ich-Ca­ro­lath: „Może War­sza­wy i Po­laków? Myślę, że mamy ich dość”13.

Z dru­giej stro­ny, właśnie Rze­sza – i to nie­za­leżnie od awan­tur­ni­czej oso­bo­wości ce­sa­rza – potrząsa sza­belką najchętniej i najczęściej. Różnie próbo­wa­no to współcześnie i później tłuma­czyć: Niem­cy jako „naród spóźnio­ny”, którzy zjed­no­czył się do­pie­ro w 1871 roku; tra­dy­cja pru­skie­go mi­li­ta­ry­zmu; in­te­re­sy wiel­kie­go ka­pi­tału (to aku­rat było wyjątko­wo bzdur­ne, bo prze­mysłowcy i ban­kie­rzy na­wet bez zna­jo­mości dzieła Blo­cha wie­dzie­li, że pokój służy im znacz­nie le­piej niż woj­na); chęć roz­wiąza­nia jed­nym ru­chem rze­ko­mo na­ra­stających napięć wewnętrznych; na­cjo­na­lizm. Wszyst­kie te ele­men­ty mają swo­je zna­cze­nie, ale nie tłumaczą, dla­cze­go Niem­cy w lip­cu 1914 roku wzmac­niają bar­dziej niż inne mo­car­stwa swą awan­tur­niczą i agre­sywną po­stawę. Opi­nia pu­blicz­na – wyłącza­my tu so­cjal­de­mo­krację, która do na­strojów pro­wo­jen­nych przyłącza się niechętnie – wie­rzy, że Niem­cy oto­czo­ne są przez wrogą ko­alicję. Syn­drom oblężonej twier­dzy ma potężną moc rażenia: nie­miec­cy stu­den­ci, którzy zgłaszają się do woj­ska jesz­cze bar­dziej ocho­czo niż ich bry­tyj­scy ko­le­dzy, naj­wy­raźniej wierzą, że będą wal­czyć w obro­nie oj­czy­zny, prze­ciw sprzy­mie­rzo­ne­mu bar­ba­rzyńskie­mu Wscho­do­wi i ma­te­ria­li­stycz­ne­mu Za­cho­do­wi, jako obrońcy je­dy­nej praw­dzi­wej, eu­ro­pej­skiej kul­tu­ry.

We własną prze­wagę mo­ralną wierzą też Bry­tyj­czy­cy, Fran­cu­zi i Ro­sja­nie: jed­ni bro­nią całej Eu­ro­py, dru­dzy – bra­ci Słowian przed pru­skim mi­li­ta­ry­zmem i nie­miecką butą. Bez ra­do­sne­go pod­nie­ce­nia tłumów na uli­cach, przed re­dak­cja­mi i w kościołach, bez po­par­cia par­tii so­cja­li­stycz­nych, wzy­wających swo­ich wy­borców do zajęcia miejsc w pierw­szym sze­re­gu obrońców oj­czy­zny trud­no so­bie ha­nieb­ny li­piec 1914 roku wy­obra­zić. Jed­no­cześnie wie­my, że mi­lio­ny chłopów – w Eu­ro­pie Środ­ko­wo- i Południo­wo-Wschod­niej sta­no­wią oni ogromną większość lud­ności – dają się, owszem, powołać do woj­ska i posłusznie ma­sze­rują na front, ale nie widać po nich en­tu­zja­zmu. W Ro­sji tu i ówdzie do­cho­dzi przy mo­bi­li­za­cji do za­mie­szek, często związa­nych z ma­so­wym spożyciem i nadużyciem al­ko­ho­lu. Pi­cie na umór to ry­tuał to­wa­rzyszący po­bo­ro­wi, a tym ra­zem młodzi sąsie­dzi idą nie do ko­szar, lecz na front. Wszyst­ko to na ra­zie wy­da­je się nie­ważne, po­dob­nie jak fakt, że tyl­ko w dwóch kra­jach par­tie Między­na­rodówki So­cja­li­stycz­nej po­zo­stają wier­ne głoszo­nym przez eu­ro­pej­skich so­cja­listów za­sa­dom i otwar­cie występują prze­ciw woj­nie – ro­syj­scy bol­sze­wi­cy i mien­sze­wi­cy oraz ich to­wa­rzysze w par­la­men­cie serb­skim.

W pamięci społeczeństw Eu­ro­py Za­chod­niej po­zo­stają roz­gorączko­wa­ne tłumy na uli­cach miast żądające woj­ny. Two­rzy się sprzężenie zwrot­ne: masy dają się łatwo pod­bu­rzyć, a po­li­ty­cy i dzien­ni­ka­rze, nawołujący do roz­pra­wy z wro­giem, wy­nik swo­ich sta­rań trak­tują jako ko­lej­ny dowód, że działają zgod­nie z in­te­re­sem i poglądami ludu. Zjed­no­cze­nie na­ro­du w ob­li­czu za­grożenia, mo­ral­na prze­wa­ga nad wro­giem, obro­na słusznej spra­wy i wia­ra w szyb­kie zwy­cięstwo – lato 1914 roku wy­da­je się piękne i wzniosłe.

De­cy­zje za­pa­dają jed­nak w ga­bi­ne­tach, nie na wie­cach. Hi­sto­rię tę do dziś czy­ta się ze zdu­mie­niem – ta­kim bra­kiem ro­zu­mu eu­ro­pej­skie eli­ty wy­ka­zy­wały się rzad­ko. 28 czerw­ca młode­mu au­stro-węgier­skie­mu oby­wa­te­lo­wi na­ro­do­wości serb­skiej uda­je się dość przy­pad­ko­wo za­strze­lić następcę tro­nu, ar­cy­księcia Fran­cisz­ka Fer­dy­nan­da i jego małżonkę.

Fran­ci­szek Fer­dy­nand d’Este

Od daw­na był naj­bar­dziej kon­tro­wer­syj­nym następcą wie­deńskie­go tro­nu. Bra­ta­nek Fran­cisz­ka Józefa słynął z ta­len­tu do zrażania lu­dzi, apo­dyk­tycz­ności i aro­gan­cji. Następcą tro­nu zo­stał w 1896 roku po śmier­ci ojca, młod­sze­go bra­ta ce­sa­rza. Miał za sobą porządne wy­kształce­nie woj­sko­we i prak­tykę ofi­cerską. Do­ce­niał no­wo­czesną tech­nikę mi­li­tarną i po­pie­rał myślących po­dob­nie szta­bowców. Z licz­nych eg­zo­tycz­nych podróży przy­wo­ził m.in. tro­fea myśliw­skie w ilościach hur­to­wych. W cze­skiej sie­dzi­bie rodu w Ko­no­piště można dziś obej­rzeć skrom­ny wybór resz­tek jego ofiar, ob­li­cza­nych na po­nad ćwierć mi­lio­na sztuk. Wbrew woli dwo­ru ożenił się z piękną Zofią hra­bianką Cho­tek. Jako oso­by niższe­go sta­nu (wszyst­ko jest względne…) nie za­pra­sza­no jej na ofi­cjal­ne uro­czy­stości. Ich dzie­ci zo­stały wy­klu­czo­ne z suk­ce­sji, czy­li nie mogły odzie­dzi­czyć po nim tro­nu. Dwo­ru i większości es­ta­bli­sh­men­tu po­li­tycz­ne­go nie zno­sił.

Po­zo­ry do pew­ne­go przy­najm­niej stop­nia myliły. Fran­ci­szek Fer­dy­nand był więcej niż ar­cy­książęcym aro­gan­tem, ja­kich w każdej ro­dzi­nie pa­nującej spo­ro. Stan państwa oce­niał jako kry­tycz­ny, wy­ma­gający ra­dy­kal­nych zmian. Za wrogów mo­nar­chii uważał „Żydów, wol­no­mu­la­rzy, so­cja­listów i Węgrów”14. Tych ostat­nich, bez­względnie i sku­tecz­nie wy­ko­rzy­stujących swoją – teo­re­tycz­nie słabszą – po­zycję w sys­te­mie du­ali­zmu, w którym żaden człon nie może ist­nieć bez dru­gie­go, trak­to­wał jako praw­dziwą zakałę im­pe­rium Habs­burgów. Miał także ory­gi­nal­ny po­mysł na roz­wiąza­nie pro­ble­mu Słowian południo­wych. Cho­dziło o wrogą od 1903 roku Ser­bię, za­anek­to­waną w 1908 roku Bośnię-Her­ce­go­winę, miesz­kających w Przed­li­ta­wii Słoweńców i należące do Węgier króle­stwo Chor­wa­cji. Ser­bia głosiła hasło zjed­no­cze­nia brat­nich na­rodów pod własnym prze­wod­nic­twem. Fran­ci­szek Fer­dy­nand for­so­wał inne roz­wiąza­nie: stwo­rze­nie króle­stwa Słowian południo­wych jako trze­cie­go członu mo­nar­chii habs­bur­skiej. Węgrzy nie chcie­li o tym słyszeć, Niem­cy au­striac­cy byli niechętni, tria­lizm w ta­kiej wer­sji od­rzu­ca­li także Po­la­cy i Cze­si, którzy dążyli do in­nej mo­nar­chii trójczłono­wej: ze sobą w roli trze­cie­go. Następca tro­nu snuł swo­je pla­ny w pięknym wie­deńskim Bel­we­de­rze, nie zważając na gniew­ne po­mru­ki nie­mal całej kla­sy po­li­tycz­nej mo­nar­chii. Fran­ci­szek Fer­dy­nand w Eu­ro­pie ucho­dził za przywódcę wie­deńskich „jastrzębi”. Niesłusznie, bo woj­nie pre­wen­cyj­nej był prze­ciw­ny. Choć ge­ne­ral­nie po­pie­rał dziar­skie­go Con­ra­da von Hötzen­dor­fa – łączyła ich m.in. wia­ra w armię jako ostoję mo­nar­chii – z sze­fem szta­bu kłócił się bez prze­rwy: następcy tro­nu kon­flikt mi­li­tar­ny wy­da­wał się zbyt ry­zy­kow­ny.

Zlek­ce­ważył wszyst­kie ostrzeżenia przed wi­zytą w Sa­ra­je­wie. Nig­dy się nie do­wie­my, czy 28 czerw­ca 1914 roku zginął po­li­tycz­ny wi­zjo­ner czy hochsz­ta­pler.

Eu­ro­pa jest obu­rzo­na. Wia­do­mo, że bez wie­lo­let­nie­go kon­flik­tu au­striac­ko-serb­skie­go do za­ma­chu by nie doszło. Dość po­wszech­ne sta­je się więc prze­ko­na­nie, że nici sprzy­siężenia wiodą do Bel­gra­du. Do­wo­du brak, ale po co do­wo­dy, kie­dy Wie­deń otrzy­mu­je na tacy pre­zent w po­sta­ci eu­ro­pej­skiej sym­pa­tii, so­li­dar­ności i współczu­cia, no i świet­ny pre­tekst, by wresz­cie roz­pra­wić się ze „świ­nio­pa­sa­mi” za południową gra­nicą.

Au­striac­cy woj­sko­wi prą do woj­ny. Bez tru­du zdo­by­wają bez­wa­run­ko­we po­par­cie Ber­li­na, gdzie ko­le­ga Con­ra­da, szef szta­bu ge­ne­ral­ne­go von Molt­ke, też od daw­na cze­ka na okazję. Co z tego, że pla­ny wo­jen­ne Nie­miec i Au­stro-Węgier są sprzecz­ne? Ber­lin chce rzu­cić 7/8 swe­go woj­ska prze­ciw Fran­cji. Po dro­dze za­mie­rza po­gwałcić neu­tral­ność Luk­sem­bur­ga i Bel­gii. Do­pie­ro po po­ko­na­niu za­chod­nie­go sąsia­da za­mie­rza przerzu­cić gros swo­ich sił lądo­wych na front ro­syj­ski. Mo­nar­chia habs­bur­ska pla­nu­je spek­ta­ku­lar­ne uka­ra­nie Ser­bii. Woj­na z Rosją przy nikłym w pierw­szych ty­go­dniach wspar­ciu Nie­miec nie ry­su­je się szczególnie pociągająco, ale Con­rad lubi ry­zy­ko i Ro­sjan (o Ser­bach nie mówiąc) lek­ce­waży. W ber­lińskich roz­mo­wach ty­dzień po za­ma­chu w Sa­ra­je­wie Niem­cy za­pew­niają, że udzielą Au­stro-Węgrom w ra­zie ata­ku na Ser­bię pełnego po­par­cia.

W Wied­niu trwa