Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Bajka dla dzieci - Nasza gryząca Brukselka
Poznaj Olę, jej młodszego brata Henia oraz Brukselkę – uroczą, choć nieco zwariowaną suczkę rasy buldog francuski. Każdego dnia wspólnie odkrywają świat, który pełen jest przygód, śmiechu i drobnych kłopotów.
Brukselka potrafi chrapać jak traktor, wpada w nagłe „głupawki”, czasem coś pogryzie, a czasem narobi niemałego zamieszania. Razem z Olą przeżywa niezwykłe chwile. Spotyka tajemniczego psa w lustrze, poznaje Panią Kotkę, wyjeżdża na wakacje nad jezioro i uczy się, że nie wszystkie smakołyki są dobre dla psów.
To ciepła i pełna humoru opowieść o przyjaźni dziecka i zwierzęcia, która pokazuje, czym jest odpowiedzialność, troska i codzienne życie z pupilem.
Idealna historia dla najmłodszych miłośników zwierząt – bawi, wzrusza i uczy.
Czyta autorka: Ewa Wyszyńska
Montaż i udźwiękowienie: Dariusz Januszewski
Wydawca: AudioTeatr
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 35
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ewa Wyszyńska
Nasza gryząca Brukselka
2026
Spis treści
Ola źle się czuje
Brukselka chrapie!
Nowe przebranie Brukselki
Ola, Brukselka i smycz
Drugi psiak w lustrze
Odwiedziny Pani Kotki
Pogryziona zabawka Henia
Brukselka musi zostać u dziadków
Ola i Brukselka jedzą winogrona
Wspólne biwakowanie
Zwierzak w domu
Zdjęcia z dawnych lat
Brukselka kocha jeść!
Brukselkowa głupawka
Nie, nie bójcie się. To nie będzie historia rodem ze strasznych filmów, które rodzice oglądają za zamkniętymi drzwiami, żebyśmy nie słyszeli. My i tak raz podsłuchaliśmy. I powiem wam, że niewiele tam było ze straszności, więcej dziwnych monologów o życiu, bogactwie i biedzie. Cokolwiek to znaczy… W sumie mało co z tego wszystkiego rozumiałam. Nasza historia będzie o czymś, co znam bardzo dobrze i jest o wiele ciekawszym tematem niż te dorosłe tematy. O mojej rodzinie, mamie i tacie, o moim młodszym braciszku Heniu, o mnie oczywiście, a ja mam na imię Ola, i o naszej Brukselce.
Nie, nie o warzywie, którego tak wszyscy nie znoszą. Ja lubię brukselki i te zielone, i tę naszą, włochatą Brukselkę. Już wyjaśniam. Brukselka jest psem. Małym, zabawnym, z okrągłą głową, stąd też tak ją nazwaliśmy. Lubi łobuzować, szczekać i szaleć, jak każda mała brukselka. Ponoć jej rodzice to psy rasowe, buldogi, ale ja nawet nie wiem, do czego taka informacja miałaby się nam przydać. To trochę tak, jakby stwierdzić, że nasi rodzice to rasowi ludzie. Pies to pies, jego pochodzenie dla mnie zupełnie nie ma znaczenia. Gdyby Brukselka nie była buldogiem, tylko owczarkiem, pewnie gubiłaby więcej sierści, ale i tak byśmy ją kochali tak samo mocno.
Brukselka czasami gryzie. Wtedy nazywamy ją gryzącą Brukselką. Tata zawsze pyta nas, czy to, że Brukselka gryzie, jest powodem, by ją oddać. Nie widzę żadnego sensu ani w pytaniu taty, ani w opcji pozbycia się Brukselki. Czy jeśli Henio chodzi od rana ze skwaszoną miną, bo ma najwyraźniej gorszy dzień, to powód, by się na niego gniewać? Moja babcia zawsze twierdzi, że każdy miewa gorsze i lepsze chwile, a już Henio, to powiem wam, że ostatnio przechodzi sam siebie. Tak mówi mama, chociaż ja tam nie widziałam, żeby gdzieś szedł. Krzyczy i rzuca zabawkami. Niezłą aferę rozkręca. Wystarczy jedna mała sytuacja, w której Henio nie dostanie od razu tego, czego chce, a już awantura na cały dom.
Brukselka też zawsze się włącza do tych kłótni i biega za Heniusiem, szczekając i machając ogonem. Chce go uspokoić. Tak przynajmniej mówi tatuś. Ale Henio zupełnie nie daje się uspokoić, nie słyszy, co do niego mówimy, nie zauważa biegającej Brukselki i jeszcze głośniej się drze. W końcu zaczyna płakać, woła mamę i zasypia w jej ramionach. Pani z przedszkola stwierdziła, że to taki skok rozwojowy i niedługo przejdzie. Wtedy Henio znów będzie zachowywał się normalnie. Mam tylko nadzieję, że mnie nie dopadnie ta dziwna choroba. Nie lubię płakać ani się burmuszyć. Wolę się śmiać!
Ostatnio obudziłam się w tak złym humorze, że po wstaniu z łóżka od razu zakręciło mi się w głowie. Pomyślałam, że to musi być ten skok. Pewnie zaraźliwy, to i się od Henia zaraziłam. Potem przyszła mama z syropem i termometrem. Trzydzieści osiem i pięć. To chyba jakiś tajny kod. W każdym razie kazała mi zostać w łóżku i czekać na śniadanie.
Podano mi je jak prawdziwej królowej. Połówka bułeczki z pachnącą szyneczką, którą mama własnoręcznie upiekła dwa dni wcześniej, kolorowe warzywa i sok, świeży z dwóch pomarańczy. Ucieszyłam się, bo lubię jeść smaczne rzeczy, o wiele bardziej niż te niesmaczne. Tylko że mój brzuszek chyba nie miał ochoty. Nie słuchałam go, kto by słuchał, mając przed sobą królewskie śniadanie, i skończyło się kiepsko. Coś w środku zabulgotało, ścisnęło się i wszystko, co zjadłam, wylądowało z powrotem na talerzu, szkoda tylko, że w zupełnie zmienionej formie.
Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się. Przybiegła mama, posprzątała cały bałagan i zmieniła pościel. Ja leżałam i trzymałam się za bolący brzuszek. Naprawdę kiepsko się czułam. Po jakimś czasie przyjechał do nas pan doktor. Nazywają go panem doktorem zapewne dlatego, że leczy ludzi. Jak szliśmy z Brukselką na szczepienie, to udaliśmy się do pana lekarza weterynarii. Nie był doktorem, bo leczył zwierzęta. Czy lekarz może zostać doktorem? Mama mówi, że tak i że na studiach miała zajęcia z doktorem weterynarii, ale ponoć rzadko kiedy leczył zwierzęta, częściej uczył innych jak to robić.
