Nasz dom płonie - Bonnie Kistler - ebook

44 osoby właśnie czytają

Opis

Tej poruszającej powieści długo nie zapomnisz! Zaskakująca i pełna emocji historia o skomplikowanych relacjach i sile rodzinnych więzi.

To tylko nastoletni wybryk. Chociaż Kip wypił na imprezie trochę za dużo i spowodował wypadek samochodowy, wydaje się, że ujdzie mu to na sucho. Jednak nagle umiera jego przyrodnia siostra. Tamtego dnia Chrissy jechała razem z bratem, więc policja szybko łączy fakty, ale Kip zarzeka się, że to wszystko wyglądało inaczej. Czy wzajemne oskarżenia sprawią, że rodzina rozsypie się na kawałki?
Wstrząsająca i głęboka opowieść. – „Kirkus Reviews”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 573

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: House on Fire

Copyright © 2019 by Bonnie Kistler

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Magdalena Wiśniowska

Projekt okładki: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © Magdalena Wasiczek / Trevillion Images, © Megasja / Shutterstock

ISBN 978-83-66381-32-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Moim córkom

Kłamca woła, że jego dom płonie. Nikt mu nie wierzy.

— przysłowie tureckie

— Wolę jego kłamstwo od twojej prawdy — powiedział król do wezyra. — Twoja prawda wypływa z serca skłonnego do intryg. Jego kłamstwo z dobra się zrodziło i dobro przyniosło.

— Sadi z Szirazu

…mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.

— przysięga składana przez świadków w amerykańskich sądach

Rozdział pierwszy

Najwspanialszy dzień w życiu Kipa Conleya zakończył się pół godziny przed północą.

Dzień tak czy inaczej dobiegłby końca. Kip liczył jednak, że jego wspaniałość będzie trwała wiecznie. Po południu dostał się na wymarzone studia, za trzydzieści minut stanie się pełnoletni i będzie mógł robić, co tylko zechce — z wyjątkiem picia alkoholu i kandydowania do Kongresu, a tymczasem był na imprezie u Atwooda, gdzie piwo lało się strumieniami, zioło było doskonałe, a na kolanach miał dziewczynę, która dawała zielone światło na dotykanie każdej części swojego seksownego ciała.

— To najwspanialszy dzień mojego życia! — zawołał, a dziewczyna spuchła z dumy, sądząc, że mówi tak z jej powodu. Impreza w ładnie urządzonym, podmiejskim domu Atwoodów rozkręciła się już na dobre. Salon zalewała muzyka z Jamboxa, a jej dudnienie słychać było na całym parterze i schodach na piętro. Tłumy wciskały się do bocznych pomieszczeń, by po chwili dać się z nich wypchnąć, niczym powietrze w miechu respiratora.

Przyszła większość uczniów ostatniej klasy liceum w St. Alban, a w każdym razie ci, którzy się liczyli, przynajmniej w oczach obecnych. W tym tygodniu wszyscy dostali się na jakieś studia i byli w nastroju do świętowania. Skakali w rytm muzyki, z butelkami przy ustach, ramię przy spoconym ramieniu. Z Jamboxa dobiegał głos Taylor Swift, śpiewającej Shake it off, a oni brali sobie jej słowa do serca. Strząsali z siebie tygodnie sprawdzania maili, miesiące zakuwania i pisania esejów, lata pracy nad tym, by zmienić się w idealnego kandydata — ucieleśnienie marzeń każdej uczelni. Shake it off. Shake it off. Wiosną 2015 roku ta piosenka była hymnem liceów. Identyczne imprezy odbywały się we wszystkich zamożnych dzielnicach w kraju, wszędzie tam, gdzie abiturienci dostali zawiadomienia o przyjęciu na studia i gdzie rodzice choć jednego z nich wyjechali akurat za miasto.

Kiedy piosenka się skończyła, Ryan Atwood wskoczył na granitową wyspę w kuchni swojej matki i ściszył Jamboxa.

— Za nas wszystkich! — zakrzyknął, wznosząc butelkę w stronę kolegów z klasy. — I za jeszcze większe i fajniejsze imprezy w przyszłym roku!

Rozległ się ryk poparcia. Ktoś włączył na powrót muzykę, ludzie znowu zaczęli tańczyć, ale Atwood wyłączył ją raz jeszcze, zatrzymując wszystkich w połowie ruchu, całkiem jakby grali we Freeze Tag.

— Jedno chcę wiedzieć! — zawołał. — Jakim, kurwa, cudem Conley dostał się na Duke’a?

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a najgłośniej śmiał się Kip. Oparł się wygodnie, gotowy napawać się tym, jak po nim jadą.

— To znaczy, okej — mówił Atwood. — Może miał niezłe wyniki, ale poza tym? Sport? Całym jego wkładem do drużyny futbolowej było przyjmowanie zakładów. Teatr? Prawie wywalili go z kółka aktorskiego, pamiętacie? Dorzucił od siebie parę linijek, żeby Hamlet przestał wychodzić na taką pizdę! Praca społeczna? Wolontariat? Nic z tego. Czyli zero dobrych uczynków i masa złych. Złapali go, kiedy prowadził pod wpływem w sylwestra. Zabrali mu wtedy nawet prawo jazdy. Zgadnijcie, jak się tu dzisiaj dostał? Przyjechał samochodem! — Rozległ się śmiech i gwizdy. — A w zeszłym roku aresztowano go za kradzież w sklepie.

— Hej, złapali mnie, ale nie siedziałem — zaprotestował Kip. Nadal się śmiał. Czasami, na przykład dzisiaj, bawiła go reputacja niegrzecznego chłopca. Wreszcie trafił do niego skręt, zaciągnął się i z przymkniętymi oczami i uśmiechem na twarzy podał go dziewczynie.

— Ma najgrubszą kartotekę w historii liceum St. Alban.

— Tylko dlatego, że pisałem po dwadzieścia stron odpowiedzi na każdy zarzut.

— Chłopie. Wciągnąłeś kozę na dach sali gimnastycznej.

— A tak — ucieszył się Kip. — Stare, dobre czasy.

Jego koledzy z klasy też to pamiętali, zaśmiali się więc z aprobatą.

— Dobra, nieważne — powiedział Atwood. — Twoje zdrowie, Conley. Gratki i takie tam.

Kip wziął swoją pustą butelkę i wzniósł ją w jego stronę, a Atwood podkręcił muzykę i znowu zaczęły się tańce.

W najwspanialszym dniu życia najbardziej podobało mu się to, że od tej chwili miało być już tylko lepiej. Za jakąś godzinę zaciągnie dziewczynę do pustej sypialni, a kiedy ona, słaniając się na nogach, zejdzie i złapie podwózkę do domu, on uderzy w kimono. Rano obudzi się trzeźwy i zaspokojony, gotowy do startu — do wyjazdu z Podunk w Wirginii w szeroki świat. Przemknie przez studia i doktorat, spędzi kilka lat na Wall Street, kolejne kilka w think tanku, a potem zajmie się polityką. Wydawało mu się, że zdobył dzisiaj jakiś szczyt. Wyraźnie widział ścieżkę, którą miał podążyć, rozciągała się przed nim jak pełna obietnic wstęga.

Ale pół godziny przed północą jego najlepszy dzień zmienił się w najgorszy.

— Kto to? — spytała dziewczyna, gwałtownie się prostując.

Podążył za jej wzrokiem i wśród kłębów dymu dostrzegł jasne, lśniące loki. Jego czternastoletnia siostra przepychała się przez tłum, z desperacją przyglądając się kolejnym twarzom. Była za mała, żeby chodzić na imprezy, zresztą wbijanie bez zaproszenia nie było w jej stylu. Istniało tylko jedno wyjaśnienie.

— O cholera — jęknął i zerwał się na równe nogi.

Chrissy ruszyła w inną stronę, kontynuując poszukiwania. Poszedł za nią przez kuchnię do holu, nie odrywając oczu od jej jasnych włosów. Miała na sobie piżamę, kurtkę przeciwdeszczową i gumiaki, a na łydkach opaski odblaskowe. Trochę mu ulżyło. Jeśli przyjechała tu rowerem, to znaczy, że ojciec nie czeka na podjeździe, kipiąc ze złości. Wyciągnął rękę nad wtuloną w siebie parą i złapał ją za ramię.

Odwróciła się.

— Kip!

— Wrócili?

— Jadą. Mama zadzwoniła, że są w drodze.

— Szlag. — Miał mieć jeszcze dwa dni laby. — Czemu nie zadzwoniłaś?

— Próbowałam!

— Och. — Błędnie zinterpretował wibracje w okolicy krocza.

— Mamy jeszcze czas. Zdążymy wrócić przed nimi. — Pociągnęła go za rękaw. — Dalej, pospiesz się!

Złapał kurtkę i wybiegł za nią.

Peter Conley był typem człowieka, który nie potrafi siedzieć po stronie pasażera. W samochodzie musiał prowadzić. ­Leigh potrzebowała czasu, żeby się do tego przyzwyczaić. Jej ojciec taki nie był, Ted też nie. Zaczęła to postrzegać jako jedną z korzyści związanych z drugim małżeństwem. Nauczyła się wykorzystywać czas spędzany w samochodzie na pracę, zaś w deszczowe noce, takie jak dziś, odchylała fotel, a rytmiczne szuranie wycieraczek kołysało ją do snu.

Peter lubił jednak słuchać wiadomości, a dzisiaj brzmiały zbyt okropnie, żeby dało się przy nich zasnąć. Kolejna strzelanina w szkole. Gdzieś indziej atak terrorystyczny. Nie chciała, żeby ich rocznicowa podróż tak się skończyła. Już sam fakt, że musieli wyjechać dwa dni przed czasem był wystarczająco nieprzyjemny. Właśnie wznieśli toast szampanem („Najlepsze pięć lat mojego życia” — powiedział. „Za kolejne pięćdziesiąt” — odparła, ponieważ miłość bywa chciwa), kiedy poczuła, że dzwoni jej telefon. Rodzice nastolatków nie mogą ignorować telefonu, zwłaszcza jeśli po raz pierwszy zostawili ich samych w domu. Ale to nie dzieci dzwoniły. Richard Lowry z Nowego Jorku miał dla niej nową klientkę, która mogła się spotkać tylko w sobotę rano. Czy zgodziłaby się przyjechać?

Leigh nie mogła tego zignorować — jej dochody spadały, a czesne rosło. Ale była ich rocznica i tak bardzo chciała, żeby wszystko wypadło doskonale. Była prawniczką specjalizującą się w prawie rodzinnym, nie wspominając zresztą o tym, że sama była rozwódką, szczęśliwie zamężną po raz drugi, wiedziała więc doskonale, że aby związek się udał, trzeba dołożyć wielu starań. Poustawiać właściwie priorytety. Związek powinien być na pierwszym miejscu. Dwie trzecie powtórnych małżeństw kończyło się rozwodem, ale ona zamierzała wygrać ze statystyką. Nie znosiła, kiedy praca wchodziła jej przy tym w paradę.

Peter nie miał jednak nic przeciwko. Po południu zadzwonił Kip z fantastyczną wiadomością o Duke, Peter ucieszył się więc z wcześniejszego powrotu i okazji do świętowania. Wprawdzie kiedy dotrą do domu, dzieci będą już spały, ale zamierzał zabrać je rano do restauracji na uroczyste śniadanie.

Radio poinformowało, że w nocy przestanie padać. Jutro będzie słonecznie, osiemnaście stopni. Kiedy jednak na antenie ponownie zajęto się strzelaniną w Missouri, Leigh nie wytrzymała.

— Chcesz, żebym trochę poprowadziła?

Peter pokręcił głową.

— Dobrze się czuję.

— Jesteś pewny? — Przesunęła koniuszkami palców po jego ramieniu. — Musisz być wykończony.

Zaśmiał się i ścisnął jej dłoń. Jego gra w golfa została odwołana z powodu deszczu, podobnie jak jazda konna w terenie, na którą wybierała się Leigh. Zrezygnowali też z wycieczki w góry, zamówili za to kolację do pokoju i uprawiali seks tak długo, jak pozwolił im na to wiek — oboje zbliżali się do pięćdziesiątki. Od czasu miesiąca miodowego kochali się tylko pod dachem, który dzielili z obdarzonymi doskonałym słuchem nastolatkami. Teraz dzieci podrosły i można je było zostawić na kilka dni, Leigh i Peter skorzystali więc z okazji. Wyjechali i mogli zapomnieć o wszelkich ograniczeniach. Zwierzęce odgłosy, do których wciąż byli zdolni, były ekscytujące, choć nieco szokujące.

— Och. — Coś jej się przypomniało. — Zapomnieliśmy posłuchać składanki od dzieci.

— Składanki? — zaśmiał się Peter. — Który mamy rok? 1985?

— Hej, jesteś do tyłu, dziadku. Wersja cyfrowa też się tak nazywa. Tak mówią wszystkie fajne dzieciaki.

— Powiedziała ta, która nadal używa iPoda.

Zaśmiała się, szperając w torebce. Chrissy włożyła do niej starego iPoda, kiedy w środę wieczorem wyjeżdżali. „Zgraliśmy wam kilka piosenek o podróżowaniu, żebyście mieli czego słuchać w drodze”, powiedziała, a Kip chował się za jej plecami, próbując ukryć uśmiech.

Peter wyłączył radio i zabrzmiała pierwsza piosenka. Po kilku taktach Leigh rozpoznała wstęp do Highway to Hell.

— Ha. Bardzo śmieszne — powiedziała. Ale to nie było nagranie AC/DC, a kiedy włączył się wokal, zrozumiała, że to nawet nie cover. — To dzieci! — zawołała i zgłośniła. Rozpoznawała wszystkie pięć głosów — grzmiące basy bliźniaków, teatralny tenor Kipa przechodzący w rapowy beatbox. Nad wszystkimi górował czysty sopran Chrissy, a w tle słychać było cichutki głosik Mii. Leigh i Peter spojrzeli na siebie, po czym wybuchnęli śmiechem. Najwyraźniej dzieci pożyczyły urządzenie do karaoke w zeszłym miesiącu, kiedy cała piątka była w domu, bo Zack i Dylan przyjechali na ferie, a Peter miał Mię na weekend. Nagrali z tuzin piosenek — King of the Road, Life in the Fast Lane, Get Outta My Dreams, Get Into My Car. Leigh śmiała się aż do łez. — Nie wierzę, że to zrobili!

Peter z czułością kręcił głową.

— Ale to jest wariat.

Leigh się uśmiechnęła. Zdawała sobie sprawę, że ten szalony pomysł musiał powstać w umyśle Kipa, ale wiedziała też, że to szczególne moce Chrissy wpłynęły na takie zaangażowanie wszystkich. To ona była spoiwem łączącym całą rodzinę. Kochała wszystkich, a wszyscy kochali ją, rozumiało się samo przez się, że musieli też kochać siebie nawzajem.

Ostatnia piosenka nie miała podkładu. Dzieci zaśpiewały a capella We Are Family. Tym razem Leigh na serio się rozpłakała. Sześć lat temu czuła się jak wysuszona łupina — miała czterdzieści lat, nagle została sama z trójką dzieci na utrzymaniu. Teraz miała dobrego męża, była matką i macochą dla gromadki wspaniałych dzieciaków. Nigdy nie zetknęła się z bardziej udaną rodziną patchworkową — ani w życiu prywatnym, ani w pracy. Drugie małżeństwo było zwycięstwem nadziei nad doświadczeniem, tak przynajmniej twierdzili cynicy. Im się jednak udało odnieść prawdziwe zwycięstwo, dzięki szczęściu, miłości i umiejętności patrzenia w przyszłość, a nie za siebie. Słowo „błogosławieństwo” nie należało do jej słownika, ale nie mogła zaprzeczyć, że fortuna się do nich uśmiechnęła, pozwalając im zacząć nowe życie.

Składanka się skończyła, kiedy zadzwonił jej telefon. Było już po północy, nie wyobrażała sobie, kto… Rzuciła Peterowi pytające spojrzenie, sięgając po torebkę, a wtedy jego aparat również zaczął dzwonić. Odebrał go przez zestaw głośnomówiący w tej samej chwili, w której ona odebrała swój.

— Mamo! — Chrissy krzyknęła jej do ucha, podczas gdy z głośnika rozległ się głos Kipa: — Eee, tato?

Peter nacisnął hamulec i zjechał na pobocze. Patrzyli na siebie, wysłuchując tego samego z dwóch telefonów. Wyglądało na to, że dzieci nie spały spokojnie w domu. Były na posterunku policji.

Rozdział drugi

Peter był spokojnym człowiekiem. Nie wściekał się, nie walił w ściany, nie rozbijał mebli. Nawet gdy coś szło nie tak w pracy — podwykonawca się nie zjawił, wysyłka była opóźniona albo stopy procentowe szybowały w górę — złościł się, ale z umiarem. Nawet spokojny płomień może się jednak rozpalić, Peter był więc już naprawdę zły, zanim dotarli na posterunek w St. Alban.

— Jak można być tak głupim?! — krzyczał.

Leigh znała odpowiedź. W ostatnich miesiącach, a nawet latach, Kip naprawdę ciężko pracował. Walczył o lepszą średnią, o oceny na teście SAT, o dobry wynik egzaminów wstępnych. Ślęczał nad książkami, a mimo to wszyscy oczekiwali, że będzie wszechstronny, wysportowany i zaangażowany w życie społeczne. Udało mu się, dostał się na swoją wymarzoną uczelnię i zapewne uważał, że eksploduje, jeśli nie zrobi dzisiaj czegoś głupiego. Ugryzła się jednak w język. Nauczyła się nie wtrącać, kiedy chodziło o syna Petera. Także i w tej kwestii mąż czuł, że musi prowadzić.

St. Alban było małym miasteczkiem, niewiele większym od wsi, większość spraw urzędowych załatwiało się więc w Arwen. Był tu jednak niewielki posterunek policji. Mieścił się w starym budynku z cegły, stojącym przy obsadzonej drzewami ulicy. Parking był prawie pusty. Stały na nim dwa radiowozy, w części dla pracowników parkowały trzy samochody, a w sektorze dla gości nie było nikogo.

Zaraz za drzwiami wejściowymi, na twardej ławce w korytarzu, siedziała skulona Chrissy. W blasku świetlówek wydawała się popielatobiała. Zerwała się i rzuciła matce w ramiona.

— Kochanie, nic ci nie jest? — Leigh odsunęła ją i zaczęła uważnie oglądać. Córka dorównywała jej już prawie wzrostem, ale wciąż była chuda jak patyk. — Jesteś ranna?

— Nic mi nie jest. Mamo, nie złość się na Kipa!

— Nie…

— Nie pozwól, żeby Peter się na niego wściekał, proszę!

Peter był już w połowie korytarza. Ściszonym, pełnym napięcia głosem rozmawiał z umundurowanym policjantem. Inny funkcjonariusz w mundurze siedział przy stojącym za nimi biurku, wpatrując się w ekran i pisząc dwoma palcami na klawiaturze. Gdzieś zza zamkniętych drzwi dobiegał szum drukarki i szmer głosów. Poza tym budynek sprawiał wrażenie wymarłego.

— Może mógłby nam pan pomóc — mówił mężczyzna, kiedy Leigh do nich podeszła. — Pana syn nie chce współpracować.

Policjant był w średnim wieku, miał lekko zaokrąglony brzuch i szeroką, sympatyczną twarz. Wyglądał jak jeden z ojców, którzy pomagali Peterowi prowadzić drużynę softballową, albo jak jeden z jego zaufanych podwykonawców. W innych okolicznościach mogliby się polubić. Teraz jednak Peter się najeżył.

— Co ma pan na myśli, mówiąc, że nie współpracuje?

— Nie chce nam powiedzieć, skąd wziął alkohol.

— Był pijany?

Leigh się skrzywiła. Kip nie wspomniał o tym przez telefon.

Gliniarz wzruszył ramionami.

— Miał pół promila we krwi. Z tym że poniżej dwudziestego pierwszego roku życia dopuszczalna zawartość alkoholu we krwi wynosi zero, zresztą oblał test na trzeźwość.

Peter zacisnął szczęki.

— Chodzi o to — mówił policjant — że jeśli gdzieś w mieście trwa właśnie impreza i dzieciaki piją alkohol, musimy o tym wiedzieć. — Zerknął na Chrissy, która przytulała się do Leigh. — Nie przesłuchaliśmy jeszcze tej młodej damy. Czekaliśmy na rodziców, ponieważ jest małoletnia. — Zastukał w drzwi i przekręcił gałkę, a głosy natychmiast ucichły.

— Chwileczkę — ostro powiedział Peter. — Przesłuchaliście mojego syna bez obecności rodzica?

W pokoju siedział Kip. Wzrok wbijał w dziurę, która powstała w zniszczonym, laminowanym blacie niedużego stołu konferencyjnego. Naprzeciw niego siedziała kolejna osoba w mundurze, tym razem była to młoda policjantka o surowym wyrazie twarzy. Włosy miała ściągnięte w ciasny koczek, niczym baletnica. Spojrzała na nich z rozdrażnieniem, niezadowolona, że jej przeszkodzono.

Kip nie podniósł wzroku. Leigh pomyślała, że jest naprawdę przystojny — nic dziwnego, był przecież podobny do ojca, z tym że Peter nieco się już zaokrąglił, a Kip był idealnie umięśniony. Gdyby magazyn „GQ” wychodził w wersji studenckiej, Kip mógłby się znaleźć na okładce. W tej ­chwili nie wyglądał jednak tak dobrze jak zazwyczaj. Ciemne kosmyki, zawsze starannie ułożone, teraz zwisały smętnie nad jego wąską, zarumienioną twarzą, wilgotne i poplątane. Nie był tak wysoki jak Peter ani tak napakowany jak bliźniacy, a w tej chwili siedział przygarbiony i wydawał się jeszcze drobniejszy.

— Przyjechali państwo Conley, pani inspektor — odezwał się przypominający trenera softballu glina. — Może zabierze pani tę młodą damę i jej matkę do drugiego pokoju, a ja porozmawiam z chłopcem i jego ojcem.

Baletnica w koczku skinęła głową i wstała.

— Chwileczkę. — Głos Petera zabrzmiał nieco za głośno w tym niewielkim pomieszczeniu. — O co tu chodzi? Nie mieliście prawa przesłuchiwać mojego syna, zanim przyjechałem. A co więcej, pobraliście mu krew?

— Panie Conley, proszę się uspokoić…

— Tato — odezwał się Kip.

— Peter…

— Na litość boską, on jest niepełnoletni! Co się tu właściwie dzieje?

— Tato…

— W porządku, panie Conley. Proszę nie podnosić głosu.

— Nasz prawnik już tu jedzie. Zobaczymy, co na to wszystko powie.

— Tato!

— Co?! — wybuchł Peter.

Kip zwiesił głowę.

— Nie jestem — wymamrotał.

— Co nie jesteś?

— Niepełnoletni. Jest już jutro, tato. Mam osiemnaście lat.

Leigh położyła dłoń na ustach. Byli tak podekscytowani wieścią o Duke, że zapomnieli o urodzinach Kipa. Na strychu leżał zapakowany zestaw kijów do golfa, a na niedzielę zarezerwowali stolik w restauracji, zamówili tort i ekipę grającą na kazoo — mimo to zapomnieli, że jego urodziny przypadają tak naprawdę w sobotę. Był już oficjalnie dorosły, a policja miała prawo przesłuchać go bez obecności rodziców.

— Proszę posłuchać — powiedział Trener Softballa. — Panie Conley, usiądźmy i porozmawiajmy. Diane, może zabierzesz panie? — Wskazał na drzwi, a Baletnica machnęła sztywno ręką, wyganiając Leigh i Chrissy na korytarz.

Przez frontowe drzwi do budynku wkroczyła imponująca kobieta. Była wysoka, czarnoskóra, ubrana w szpilki i krótką, wyszywaną cekinami sukienkę, na którą narzuciła bolerko z szynszyli. Zauważyła Leigh i skierowała w jej stronę zamaszyste kroki.

— Shelby! — Leigh podeszła i ją objęła. — Dziękuję, że przyjechałaś.

Kobieta odwróciła się do przypominającej baletnicę policjantki.

— Shelby Randolph, prawniczka Christophera Conleya. — Miała dystyngowany głos, ale mówił ostro i stanowczo. — Gdzie jest mój klient? Tutaj? — Wyminęła policjantkę. — Cześć, laleczko — wyszeptała do Chrissy, otwierając drzwi do pokoju przesłuchań.

— Cześć, ciociu Shelby — równie cicho odpowiedziała Chrissy.

— Koniec przesłuchania — ogłosiła Shelby. — Proszę wyjść, sierżancie. — Spojrzała przez ramię na Leigh. — Domyślam się, że jesteś teraz reprezentantką twojej córki?

— A, tak. — Formalność zwrotu „twoja córka” zaniepokoiła Leigh. — Tak, zgadza się.

— Powinnaś jej doradzić, żeby nie odpowiadała w tej chwili na żadne pytania.

— Tak, jasne. Oczywiście.

Trener Softballa wyszedł z pokoju i spojrzał znacząco na koleżankę, która podniosła bezradnie ręce i odeszła.

Leigh objęła córkę i pociągnęła ją z powrotem na ławkę w korytarzu. Chrissy usiadła koło niej ze złożonymi rękami. Każdy paznokieć pomalowała innym kolorem lakieru. Wyglądało to tak, jakby wysypała sobie na kolana paczkę Skittles. Dotknij tęczy — mówiły jej palce, ale twarz wyrażała coś zupełnie innego.

— Na pewno nic ci nie jest, kochanie? Może powinnyśmy pojechać do szpitala i cię zbadać?

— Prawie nie uderzyliśmy w to drzewo. Nic mi nie jest, naprawdę.

Oparła policzek o ramię Leigh, którą ją uścisnęła. Kochała wszystkie swoje dzieci i uwielbiała swoich pasierbów, ale od Chrissy bił szczególny blask. Nazywała ją swoim elfikiem. Od chwili, w której przyszła na świat z główką pokrytą szokująco rudymi loczkami, było w niej coś magicznego. Kolor później zbladł. Kiedy dorośnie, jej włosy staną się prawdopodobnie jasnorude. Magia jednak pozostanie — w lśniących oczach, promiennym uśmiechu i wielkim sercu. Będzie też miała głowę na karku. Chociaż to Kip miał się wszystkim zająć w tym tygodniu, najbardziej polegali na Chrissy. Zawsze była odpowiedzialna, w przeciwieństwie do Kipa, który właśnie dowiódł, że nie można na nim polegać.

— Ciocia Shelby jest niesamowita — powiedziała Chrissy.

— To prawda.

— Czy na studiach prawniczych też taka była?

— Zawsze.

— Chyba była dzisiaj na jakimś przyjęciu.

— Hmm. Tak sądzę. — Leigh spojrzała uważnie na córkę. — Wydaje mi się, że Kip też?

Chrissy spojrzała na nią ze łzami w oczach.

— Przepraszam. Nie chciałam, żeby wpakował się w kłopoty.

— Gdzie to było?

— U Ryana Atwooda.

— Pojechał tam, a ty? Co? Dotarłaś tam rowerem, żeby go ostrzec?

Chrissy przytaknęła.

— W piżamie. Pięć mil w deszczu. Wiem, przepraszam! Ja tylko…

— Och, słonko. — Leigh pocałowała ją w czubek pokrytej lokami głowy. — Nie możesz chronić wszystkich przed złymi decyzjami, które sami podejmują. To problem Kipa, a nie twój.

— Ale mamo, to naprawdę nie była jego wina! Pies wyskoczył na jezdnię, prosto pod koła. Nie mogliśmy nic zrobić!

— Słonko. — Leigh podłożyła palec pod brodę córki i uniosła do góry bladą buzię. — Kip poszedł na imprezę, o której nam nie powiedział. Prowadził bez pozwolenia, chociaż ma prawo jazdy w zawieszeniu. I jakby tego było mało, prowadził po alkoholu. To jest jego wina, a Peter ma prawo się gniewać. Nie powinnaś się w to mieszać.

Łzy napłynęły Chrissy do oczu. Nie znosiła konfliktów. Rozwód Leigh i Teda był głośniejszy i brzydszy, niż powinien. Od tego czasu jedyne, czego chciała Chrissy, to żeby wszyscy żyli ze sobą w zgodzie.

— Jesteśmy rodziną, prawda? — broniła się. — Troszczymy się o siebie nawzajem.

Leigh wpatrywała się w swoje elfie dziecko. Mieli w domu dwa koty, które nazywała Dobroć i Łaska, ponieważ chodziły za nią krok w krok przez całe życie. Znowu usłyszała te słowa. Dobroć i łaska.

— Tak, to prawda — powiedziała wreszcie. — Ale to sprawa Kipa i jego taty, tak? Nie możemy się wtrącać.

Shelby nazywała to przygotowywaniem gruntu. Tak zabierała się do każdego zadania — sprawy w sądzie, negocjowania warunków ugody czy organizacji konferencji prasowej na schodach sądu. Dziś w nocy musiała przygotować grunt w trzech pomieszczeniach i w ciągu następnej godziny zajęła się wszystkimi. Chodziła w swoich szpilkach od pokoju, w którym byli nadal zamknięci Peter i Kip, do boksu, w którym policjanci pochylali się nad jednorazowymi kubkami z kawą, a także na korytarz, gdzie delikatnie obudziła Chrissy, żeby zadać jej dwa pytania. Na pierwsze dziewczynka odpowiedziała bez wahania. Impreza była u Ryana Atwooda. Chrissy wyrecytowała też adres, była lojalna wobec Kipa, a nie wobec jego znajomych, jeśli więc policja chciała tych informacji, z przyjemnością ich udzieliła. Nie umiała jednak odpowiedzieć na drugie pytanie Shelby. Nie miała pojęcia, o której zjechali z drogi.

— A jeśli to było przed północą? — spytała Leigh. — Czy to by pomogło? Jeśli był wtedy niepełnoletni?

Shelby wymijająco wzruszyła ramionami i wróciła do pokoju przesłuchań. Chwilę później trzeci policjant wstał zza biurka, wcisnął na głowę czapkę i wyszedł z budynku, zatrzymując się tylko, żeby potwierdzić u Leigh adres Atwoodów.

Minęło kolejne pół godziny, nim w drzwiach stanęła znowu Shelby, tym razem prowadząc za sobą Petera i Kipa. Leigh złapała chłopca, gdy ten ją mijał i mocno go uścisnęła. Stał sztywno, ale na moment położył głowę na jej ramieniu.

— Przepraszam — wymamrotał.

— Nie martw się — szepnęła. — Wszystko będzie dobrze.

— Porozmawiajmy na zewnątrz — powiedziała Shelby i wyprzedziła ich w drodze do drzwi.

Przestało padać, a nocne powietrze pachniało mokrą trawą i zgniecionymi pączkami forsycji. Peter otworzył volvo, a Kip wskoczył na tylne siedzenie. Chrissy poszła w jego ślady. Na parkingu dla gości stał jeszcze jeden samochód — czerwony chevrolet corvette. Za jego kółkiem siedział rozparty przystojny mężczyzna. Shelby podniosła dłoń w jego stronę, pokazując, że potrzebuje jeszcze pięciu minut, po czym odwróciła się do Leigh.

— A więc tak. Złapali go na prowadzeniu pod wpływem, więc będzie twierdził, że był niepełnoletni.

Zgodnie z prawem nieletnich obowiązywał zerowy próg tolerancji, jeśli chodzi o prowadzenie po alkoholu. Kip został już za to złapany w zeszłym roku w styczniu. Dopuszczalny poziom alkoholu we krwi to osiem dziesiątych promila w przypadku osób dorosłych, ale kierowców poniżej dwudziestego pierwszego roku życia obowiązuje niższy próg, dwie dziesiąte promila.

— Ale — mówiła dalej — nie oskarżą go za nieostrożną jazdę albo za jazdę pod wpływem z nieletnim pasażerem, nie postawią mu też tuzina innych zarzutów, które mogliby dołożyć, gdyby był dorosły.

Leigh odetchnęła.

— Czyli było przed północą?

— Któż to może wiedzieć? Sąsiad zadzwonił na 112 sześć minut po północy. Ile czasu zajęło mu wstanie z łóżka, zapalenie światła i wzięcie do ręki telefonu? Może pięć minut, a może dziesięć. Sześć minut to mało, nie będą więc marnować czasu na stawianie zarzutów, skoro sprawa i tak może trafić do sądu dla nieletnich. Oczywiście w poniedziałek prokurator może zdecydować, że jednak to zrobi. — Shelby uśmiechnęła się ironicznie do Leigh. — Pamiętasz go? Prokuratora okręgowego, Boyda Harrisona?

— Och! — Leigh pamiętała go aż za dobrze. Był to prawdziwy służbista, który trzymał się zasad i harmonogramu, a także próbował wymusić podobną, niemalże wojskową dyscyplinę na rodzinie i współpracownikach.

— Nic się nie martw — powiedziała Shelby. — Nie będzie wiedział, że oskarżony Christopher Conley i pasażerka Christine Porter mają coś wspólnego z mecenas Leigh Nuyett.

— O co chodzi? — Peter przenosił wzrok z jednej na drugą. — Kim jest dla ciebie ten Harrison?

— Nie mówiła ci? — spytała Shelby. — Leigh reprezentowała jego żonę podczas ich rozwodu. Puściła go z torbami.

Leigh zacisnęła usta.

— To była uczciwa ugoda.

— I on ma ci to za złe?

Wzruszyła ramionami. Zawsze tak jest, nieważne, czy wyrok jest sprawiedliwy.

— To nie ma znaczenia — stwierdziła Shelby. — Nazwisko Huyett nie pojawia się w raporcie policyjnym. Chyba że twoim zdaniem Harrison miał cię przez te wszystkie lata na oku…

— Oczywiście, że nie.

— W takim razie nie ma się czym martwić. Podpisze się pod zaleceniami gliniarzy, waszemu synowi zawieszą prawo jazdy na kolejny rok i dostanie pięćset dolarów mandatu.

— A jeśli nie podpisze?

— Zawieszenie na rok, wyższy mandat i rok więzienia.

— Boże — powiedziała Leigh, a Peter zacisnął szczękę i odwrócił wzrok.

— Spróbujcie się nie martwić. — Shelby otworzyła drzwi chevroleta po stronie pasażera. — Nawet taki twardy gnojek jak Harrison nie będzie wnioskował o najwyższy wymiar kary dla miłego, białego chłopaka. Ale pogadam z nim w poniedziałek i dam wam znać. — Wsunęła swoje długie nogi do samochodu i pochyliła się, pozwalając, by mężczyzna ją pocałował, zanim zatrzasnęła za sobą drzwi.

Peter nie odzywał się przez pełne pięć minut. Wszyscy milczeli, a atmosfera zrobiła się taka napięta, że kiedy wreszcie zaczął krzyczeć na Kipa, poczuli coś w rodzaju ulgi. Jak mógł być taki głupi. Już po stażu, a jeśli dowiedzą się o tym na uniwersytecie, może stracić miejsce, a przynajmniej stypendium. I po ostatnim obiecał, przecież obiecał.

Przez całą tę tyradę Chrissy pociągała nosem, siedząc w kącie tylnego siedzenia, ale kiedy Peter zaczął krzyczeć, że nigdy już nie zaufa Kipowi, zaszlochała.

— Przestań! Przestań! — zawołała. — Nie krzycz na niego! To nie była jego wina!

— Zamknij się, głupia! — zasyczał Kip.

— Hej! — ostro przerwała Leigh. Jej słabość do Kipa miała swoje granice. Nie mogła mu pozwolić na wyżywanie się na Chrissy.

— Przepraszam — wymamrotał. Nikt się już nie odezwał, kiedy jechali po ciemnych i pustych ulicach.

*

Technicznie rzecz biorąc, hrabstwo Hampshire należało do obszaru metropolitalnego Waszyngtonu, ale ta część Wirginii obfitowała w otwarte przestrzenie. Wzdłuż wąskich dróg rosły drzewa, a za drewnianymi płotami rozciągały się całe hektary pokrytych pastwiskami pagórków. Były to pozostałości po dawnych plantacjach i farmach, których zamożni mieszkańcy nosili dziewiętnastowieczne stroje i jeździli na polowania, udając, że uprawiają sport, a nie biorą udział w balu kostiumowym. Na zboczach wzgórz wciąż stały niektóre z tych posiadłości. Pozostałe podzielono na mieszkania, w których zwyczajniejsi ludzie sypiali między swoimi długimi podróżami do stolicy i z powrotem. Leigh dorastała w jednym z pierwszych takich mieszkań, później zaś dołączyła do dojeżdżających, którzy byli skłonni spędzać dwie godziny dziennie w samochodzie, czasem nawet więcej, by w wolnych chwilach, których nie było wiele, cieszyć się urokami wiejskiego życia.

Auto Petera wciąż leżało w rowie przy ośmiokilometrowym odcinku asfaltu, zwanym Hollow Road. Była to droga donikąd — odchodziła od autostrady, by po kilku kilometrach do niej wrócić. Nie było sensu tędy jechać, o ile się tu nie mieszkało, albo, jak Peter i jego ekipa, nie pracowało w okolicy. Chyba że się chciało uniknąć policji na autostradzie, tak jak Kip. Wzdłuż drogi wił się strumień, a wszystkie domy położone po jednej stronie szosy miały na końcu podjazdu niewielkie mostki, prawie jak zamki otoczone fosą. Po drugiej stronie leżało kilka starych farm i posiadłości, w tym obecna budowa Petera — trzypiętrowy dom na szczycie wzgórza. Leigh nazywała go Hollow House, Pustym Domem. W mroku widać było zarys jego nieukończonej sylwetki, kiedy przejeżdżali obok.

Nadal nic nie mówiąc, Peter przejechał w ciemności jeszcze półtora kilometra, a wtedy Kip wymamrotał z tylnego siedzenia:

— Tam po lewej.

Kiedy w świetle reflektorów pojawił się kształt pik­apa, Leigh poczuła ulgę. Nie był przewrócony ani zmiażdżony, nie owinął się wokół drzewa. Stał na czterech kołach w rowie, lekko tylko dotykając pnia, niczym koń trącający kogoś nosem, bo chce kostkę cukru. Jakieś piętnaście metrów dalej stał jeden z mostków. Dom był pogrążony w ciemnościach, ale to prawdopodobnie stąd zadzwoniono na 112.

Peter zaparkował i dźgnął Kipa palcem.

— Ty. Za mną.

Jednocześnie otworzyli drzwi. Leigh również wysiadła i obeszła samochód, by usiąść za kółkiem. Peter zatrzymał ją, kiedy mijali się w świetle reflektorów.

— Przepraszam — wymamrotał.

Przycisnęła policzek do jego piersi.

— Wszystko będzie w porządku — powiedziała. — Nie martw się.

— Jedź do domu i idź spać. To może trochę potrwać.

— Powinnam tu poczekać. Co, jeśli utkniecie?

— Hej, budowlaniec umie przynajmniej jedno. Prowadzić w błocie. Jedź do domu. Chrissy powinna się położyć, ty też. Masz jutro to spotkanie.

Skinęła głową i go pocałowała. Miał zaciśnięte wargi, a kiedy odchyliła głowę, zobaczyła, że ma posępny wzrok.

— Peter, wszystko będzie dobrze. To tylko mały garb na drodze, prawda?

Wydusił z siebie krótki śmiech i znowu ją pocałował, mocniej, chociaż dzieci patrzyły — Chrissy z tylnego siedzenia, a Kip z kabiny pikapa.

— Kocham cię — powiedział.

Uśmiechnęła się.

— Zawsze i wszędzie.

Skierowali się w przeciwne strony, ona do samochodu, a on do pikapa. Ona do swojego dziecka, a on do swojego.

Rozdział trzeci

Pete Conley miał w głowie folder, który zawsze trzymał otwarty, coś w rodzaju tekstu przewijającego się nieustannie po ekranie. Cyfrową wersję wszystkich lęków. Listę rzeczy, którymi powinien się zająć, spis tego, co mogło pójść nie tak. Zbliżających się terminów, rachunków do zapłacenia, pozwoleń do zdobycia, inspekcji do przejścia.

Kiedy obudził się w sobotę wczesnym rankiem, na ekranie pojawiło się kilka nowych linijek. Ile policzy sobie przyjaciółka Leigh za pomoc, której udzieliła w nocy? Co, jeśli Uniwersytet Duke’a dowie się o całej sprawie? Czy sprawdzali kryminalną przeszłość osób po tym, jak wysłali listy informujące o ich przyjęciu? Na pewno zrobią to władze stanu, więc Kipowi najprawdopodobniej przepadnie letni staż w biurze gubernatora stanu.

Inne, głębiej skrywane lęki pojawiły się na ekranie. Czy to tylko wygłupy nastolatków, czy jego syn miał problem z alkoholem? To już drugi raz, a przecież liczył tylko te przypadki, kiedy go złapano. Ojciec Petera był alkoholikiem, a przynajmniej tak tłumaczono to, że latami przebywał na bezrobociu i nadużywał przemocy, zanim wreszcie zniknął. Niektórzy ludzie wierzyli, że istnieje gen alkoholizmu, a chociaż Pete pił co najwyżej jedno piwko dziennie, choroba mogła ominąć jedno pokolenie i dotknąć Kipa.

Obarczenie winą staruszka było kuszące, ale co, jeśli to nie kwestia genów, a wychowania? Wtedy wszystko byłoby winą Petera.

Jak większość rozwiedzionych ojców, czuł się winny, ponieważ wyprowadził się i zostawił dzieci. Nie żeby miał jakiś wybór — Gary praktycznie czekał na podjeździe z walizkami, żeby zająć jego miejsce — ale musiało im być ciężko. Obojgu, ale zwłaszcza chłopcu, który właśnie wkraczał w wiek dojrzewania. Natychmiast zaczął się źle zachowywać — popisywał się w szkole, pyskował w domu i wytoczył otwartą wojnę Gary’emu. W końcu Karen się poddała i pozwoliła mu przenieść się do Petera. Przez kolejny rok mieszkali sami w dwupokojowym mieszkaniu, jedząc pizzę, oglądając sport i grając w gry wideo. Dla dwunastolatka było to całkiem fajne, ale pod koniec roku Pete się znowu przeprowadził, tym razem do domu Leigh. Po raz drugi w ciągu dwóch lat chłopiec musiał zmienić szkołę, w dodatku musiał poniekąd zmienić imię. Mylące było mieć pod jednym dachem Chrisa i Chrissy, dlatego powrócono do jego dawnego przezwiska i zaczął być znowu Kipem.

W ciągu dwóch lat życie chłopca zmieniło się diametralnie — najpierw miał zwyczajną rodzinę, składającą się z dwojga rodziców i dwójki dzieci, potem żył jak kawaler z samotnym ojcem, aż wreszcie trafił w obecny, chaotyczny układ dwojga przybranych rodziców i dwóch zestawów przyrodniego rodzeństwa, nie wspominając o przybranych dziadkach, ciotkach, wujkach i kuzynach. Wszyscy oczekiwali, że jakoś się z nimi wszystkimi dogada. Pete musiał przyznać, że było to trochę nie w porządku, zważywszy, że przyczyną wszystkich zmian był fakt, że to on i matka Kipa nie potrafili się dogadać.

Kolejny powód do lęku, który świecił jasno na ekranie, leżał obok niego, z brązowymi włosami rozsypanymi na poduszce. W rodzinie Leigh nic takiego się nigdy nie wydarzyło. Była prawniczką z dyplomem jednej z uczelni należących do Ligi Bluszczowej. Wychowali ją dobrzy, kochający rodzice, którzy chodzili z nią do kościoła i nauczyli pisać liściki z podziękowaniami. Pete zaś pracował na budowie, od szesnastego roku życia płacił matce za utrzymanie i przez sześć lat studiował wieczorowo, ale do uzyskania dyplomu architekta zabrakło mu czterech zaliczeń. Dobrze wiedział, że gra w innej lidze, kiedy się z nią żenił, chociaż ona nie chciała tego przyznać. „Na tym polega związek” — twierdziła. „Teraz jesteśmy tacy sami”. Ani przez chwilę jej nie wierzył, ale miał przynajmniej nadzieję, że dzięki niej wzbije się na wyższy poziom, a nie ściągnie ją w dół.

Nie mógł zasnąć — tekst na ekranie za szybko się zmieniał. Wyślizgnął się z łóżka, ubrał po ciemku i zszedł tylnymi schodami do kuchni. To jej przebudowa sprowadziła go tu po raz pierwszy. Było to duże pomieszczenie, prawdziwe serce domu, modnie wykończone i nowocześnie wyposażone, ale też przytulne, dzięki obudowanemu kominkowi i ulokowanemu między regałami na książki oknu, na parapecie którego urządzono wygodne siedzisko. Początkowo był to typowy, stary dom jednorodzinny, a jego pierwsi mieszkańcy uprawiali ziemię należącą do nieistniejącej już posiadłości. W kolejnych dziesięcioleciach rozbudowywano go jednak i przerabiano. W miejsce drewnianej fasady pojawiły się kamienne ściany pokryte tynkiem, a blaszany dach zastąpiono cedrowym gontem. Z tyłu pojawiła się dobudówka, a po bokach dodatkowe skrzydła. W efekcie powstał szalony, patchworkowy dom. Kilka lat temu Pete wyremontował fasadę, z zewnątrz wszystko wyglądało więc dobrze, ale w środku nic do siebie nie pasowało. Z holu ze sklepieniem łukowym wchodziło się do kilku kwadratowych pokoi o niskich sufitach, a po dwóch schodkach w dół do wysokiego salonu. Dwie pary schodów prowadziły do sypialni. Rozkład był tak mylący, że kiedy się wprowadzili, Kip ciągle się gubił. Zack i Dylan śmiali się, nazywając go Zagubionym Chłopczykiem, dopóki Leigh nie kazała im przestać.

Najnowszą zmianą była nowa kuchnia na dole i nowa, duża sypialnia na górze. Pomysł był Teda, który jednak wyprowadził się, zanim wylano fundamenty, zostawiając wszystko Leigh, zarówno sfinansowanie budowy, jak i przygotowanie projektu. Sporządziła ogólny szkic tego, czego oczekiwała, a Pete zrobił, co w jego mocy, żeby to dla niej wybudować. Był w niej już wtedy zakochany, w tej odważnej, pięknej kobiecie, która radziła sobie sama, ciężko pracując w tygodniu i spędzając całe weekendy z dziećmi. Nie wiedziałby, że jest nieszczęśliwa, gdyby któregoś dnia nie zaskoczył jej, kiedy zalewała się łzami. Oboje poczuli się wtedy zawstydzeni, ale ta chwila zmieniła wszystko.

Shepherd zeskoczył z parapetu i zamerdał ogonem na dzień dobry, a Pete napełnił mu miskę i podrapał go za uszami, kiedy ten chłeptał i jadł. Był to owczarek szkocki, dostali go, kiedy był szczeniakiem, a oni niedawno się pobrali — był „ich”, a nie „mój” czy „twój”. Peter nastawił ekspres do kawy i wyszedł na dwór, a Shep porzucił niedojedzone śniadanie i popędził za nim do stodoły, w której mieszkał Romeo, duży, gniady koń Chrissy, i Licorice, jej stary, czarny kucyk. Licorice miał teraz należeć do Mii, ale dziewczynka bała się jeszcze koni i nie zbliżała się nawet do stodoły.

Na jego widok konie zaczęły rżeć i parskać. Dał im ziarno i wodę, po czym wypuścił na pastwisko, zanim zdążyły nabrudzić w boksach. Był to obowiązek Chrissy, ale późno się położyła i nie chciał jej budzić. Nie żeby nie był na nią zły. Nie powinna była wyjeżdżać rowerem w deszczową noc. Mogła się wywrócić, mógł ją dorwać jakiś zboczeniec. I chociaż miała dobre intencje, jej misja ratunkowa tylko pogorszyła sytuację. Okazało się, że Kip planował zostać na noc u kolegi, gdyby więc Chrissy nie pojechała go ostrzec, nie byłoby żadnego wypadku i nikt by go nie aresztował. Wciąż miałby problem, ale tylko z ojcem, a nie z całym cholernym stanem Wirginia.

Kiedy wrócił do środka, kawa była już gotowa. Napełnił kubek na wynos i poszedł obejrzeć pikapa. Przedni zderzak był wgnieciony. Wpatrywał się w niego przez minutę, marszcząc brwi, po czym otworzył z szarpnięciem drzwi. Shep wskoczył do środka i usiadł na swoim stałym miejscu obok kierowcy. Kiedy tylko ktoś ruszał spod domu, pies koniecznie chciał z nim jechać. Owczarki szkockie to rasa wyhodowana w konkretnym celu — mają nie dopuścić do rozproszenia stada. Shep robił się niespokojny, kiedy jego ludzkie stado co rano się rozjeżdżało. Mógł tylko wskakiwać do samochodu w nadziei, że wieczorem wszyscy się zbiorą.

Po włączeniu silnika uruchomiło się radio. Dzisiejsze wiadomości nie różniły się od wczorajszych. Mówiono o ataku terrorystycznym w Kenii i o strzelaninie w szkole w Missouri. Pete zdążył już skatalogować oba te zdarzenia i dodać je do swojej listy zmartwień. Leigh podśmiewała się z niego, mówiąc, że nie musi przejmować się całym światem, ale miał dziwne wrażenie, że powinien. Bezpieczeństwo całej rodziny zależało od niego.

Był o tym głęboko przekonany od czasów, kiedy był młodym ojcem, a w okolicach Waszyngtonu działał tak zwany Snajper z Beltway, który strzelał ze szczytu odległego wzgórza do przypadkowych ludzi na stacjach benzynowych i parkingach. Karen niedawno poroniła i była bardziej bojaźliwa niż zwykle, więc przez trzy tygodnie nie chciała wychodzić z domu. Peter musiał robić zakupy i wozić Kipa do przedszkola. Dobrze pamiętał wpatrywanie się w okno podczas jazdy, przyglądanie się okolicznym wzgórzom w poszukiwaniu refleksu światła, które mogłoby się odbić od lufy. Pamiętał, jak starannie osłaniał Kipa własnym ciałem, wyciągając go z samochodu i z powrotem do niego wkładając, pamiętał olbrzymią ulgę, którą czuł, gdy bezpiecznie dostarczył go do przedszkola. Wreszcie złapali tego gościa — okazało się, że było ich dwóch — ale Pete nigdy się całkiem nie otrząsnął. Nie opuściło go przekonanie, że jego rodzinie coś zagraża i cały czas miał poczucie, że musi być nieustannie czujny i gotowy do stawienia mu czoła. To było zawsze jego Główne Zadanie.

W radiu mówiono teraz o sprawcy strzelaniny w Missouri. Nazywali go przedstawicielem trudnej młodzieży. Pete się dzisiaj martwił o swojego przedstawiciela trudnej młodzieży. Nie miał pojęcia, jak ukarać osiemnastolatka. Teoretycznie był już dorosły, chociaż to chyba jakiś żart. Miał tyle rozumu co dwunastolatek. Prawienie mu kazań nie miało sensu. Po tym, jak został aresztowany w Nowy Rok, toczyli niekończące się rozmowy, a Kip obiecał, że więcej tego nie zrobi. A jednak. Szlaban też nie miał sensu. Miał szlaban, odkąd w styczniu zawieszono mu prawo jazdy, i proszę, co z tego wynikło. Jeśli w menu zawierającym metody dyscyplinowania tak zwanych dorosłych było więcej pozycji, Pete ich nie znał.

Skręcił w Hollow Road, a kiedy mijał miejsce wczorajszej zbrodni, z drogi prowadzącej do stojącego tam domu wybiegł żółty pies. Ujadał z wściekłością, dopóki Peter nie minął granicy posiadłości. Szczeknął wtedy po raz ostatni, z satysfakcją — pokazałem mu! — i potruchtał w stronę budynku. Peter zastanawiał się, czy to przez tego psa Kip zjechał wczoraj z drogi. Ta myśl znowu go rozwścieczyła. Kip dobrze wiedział, że nie powinien gwałtownie skręcać na widok czegokolwiek mniejszego niż jeleń. Peter wbił to do głowy wszystkim trzem chłopcom, kiedy uczył ich prowadzić. Może będą smutni, kiedy przejadą wiewiórkę, ale ich rodzice poczują się dużo gorzej, jeśli ich dzieci skończą na wózku. Chłopcy to zrozumieli i zaakceptowali. Tylko Chrissy się z tym nie zgadzała. „Musi być jakiś sposób na to, żeby nikt nie ucierpiał” — upierała się, kiedy uczył ją jeździć na drodze gruntowej. Całe szczęście, że dopiero za dwa lata będzie musiał martwić się o to, jak poradzi sobie z tak miękkim sercem na prawdziwej szosie. Jednak Kip twierdził, że rozumie, ale najwyraźniej było to jego kolejne kłamstwo. Skręcił gwałtownie na mokrej, ciemnej szosie i skończył w rowie. To cud, że żadne z nich nie zostało ranne.

Z domu do pracy miał osiem kilometrów, dotarł tam po kolejnych dwóch minutach. Leigh nazywała to miejsce Pustym Domem, ale wkrótce budynek się zapełni. Dach był już prawie gotowy, a gdy tylko całość zostanie zadaszona, na miejsce wjadą ekipy montujące instalacje elektryczne, ogrzewanie i wentylację. Wreszcie. Zimowa aura sprawiła, że mieli miesiąc opóźnienia, a to znaczyło, że Millerowie płacili raty z takim samym poślizgiem. W tej branży zawsze było krucho z pieniędzmi, a ostatnio trzeba było naprawdę zacisnąć pasa.

Peter wypłacał pracownikom nadgodziny, żeby ich skłonić do pracy w sobotę, ale mieli się zjawić dopiero o ósmej, zaskoczył go więc widok samochodu na podjeździe. Był jeszcze bardziej zdziwiony, kiedy zobaczył, że to srebrne porsche Drew Millera. Zaparkował obok. Właściwie podjazd nie był jeszcze podjazdem, tylko mniej więcej wyrównaną drogą, na której rozsypano trochę żwiru, żeby nie utknąć w błocie. Po wczorajszym deszczu nie zdawało to egzaminu. Porsche było ochlapane aż do klamek.

Drew nie było nigdzie widać, ale na masce auta siedziała Jana, a jej spojrzenie było jak zwykle lekko nieprzytomne.

— Dzień dobry — zawołał Pete, wysiadając z pikapa. Shepherd wyskoczył za nim. — Co cię tu dzisiaj sprowadza?

Jana wzruszyła kościstymi ramionami. Wyglądała dość dziwacznie. Była wysoka i nieco zbyt chuda, oczy miała rozstawione tak szeroko, że przypominała trochę królika lub inną zwierzynę łowną. Leigh nazywała ją Łabądkiem, ponieważ wystarczyło, by obróciła lekko głowę albo żeby padło na nią inne światło, a wtedy Jana zmieniała się z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia. Była rosyjską żoną Drew Millera, ale nie taką, którą się zdobywa na odległość. Dawniej była słynną modelką, a Drew nigdy nie przepuścił okazji, by o tym nie wspomnieć. „Moja żona, dawniej supermodelka” — mówił, przedstawiając ją. Albo — „porwałem ją prosto z wybiegu”. Była od niego młodsza o dwadzieścia lat. Pobrali się niedawno. Miller prowadził fundusz hedgingowy, a gazety pisały, że był bajecznie bogaty. Leigh mówiła na niego Midas Miller, a czasem po prostu nazywała go Królem.

— Drew jest w środku?

Jana podniosła wąski podbródek, wskazując wzrokiem szczyt trzypiętrowego budynku. Miller, pulchny pięćdziesięciolatek, balansował na najwyższym punkcie dachu.

— Jezu! — Peter pobiegł na drugą stronę domu, a Shep popędził za nim. O okap niższego dachu oparta była drabina, a kolejna prowadziła stamtąd na wyższy poziom.

— Drew! — wrzasnął. — Zejdź. To niebezpieczne! — Zaczął się wspinać po drabinie, a cyfrowy ekran w jego głowie zaczął wyświetlać kolejne alarmy z informacjami o odpowiedzialności prawnej i ubezpieczeniu. Miller siedział na szczycie budynku z nogami po obu stronach i patrzył przez lornetkę. — Drew, musisz zejść. Dekarze noszą buty na kolcach, kiedy tam wchodzą. — Miller miał na sobie włoskie mokasyny o gładkich podeszwach.

— Zaraz. Tylko złapię ostrość.

Lornetka skierowana była w stronę sąsiedniego budynku — olbrzymiej, starej posiadłości, która została sprzedana krótko po tym, jak Miller nabył tę działkę. Nowy właściciel natychmiast ogrodził cały teren trzymetrowym murem i zamontował ogromną, stalową bramę wjazdową. Kip zaczął nazywać to miejsce Pustelnią, a Leigh wydało się to tak trafne, że poszła w jego ślady, naśladując nawet jego pretensjonalny akcent — „Pustelniaaa”. Peter nie przyłączył się do tych złośliwości. Jego zdaniem w tym, że ktoś ceni sobie prywatność, nie było nic złego.

— Co to za popaprańcy? — sarkał Miller. — O co im chodzi z tym murem?

Miał ostatnio obsesję na punkcie tożsamości swoich przyszłych sąsiadów. Zlecił prawnikowi przejrzenie ksiąg wieczystych, ale zawierały tylko informacje o spółkach holdingowych, z których ostatnia była zarejestrowana na Kajmanach. Często zatrzymywał się przy bramie, ale nikt nie odbierał domofonu. Peter pracował tu przez siedem dni w tygodniu, ale nie wiedział nic więcej. Posiadłość była dobrze osłonięta, nie było jej widać nawet z dachu, zwłaszcza teraz, kiedy drzewa miały liście i zasłaniały widok.

Miller opuścił lornetkę z grymasem niezadowolenia.

— No cóż, skoro nie mogę zobaczyć ich domu, nie ma mowy, żeby oni sobie oglądali mój. Też chcę mur na trzy metry. Albo nawet trzy i pół, i ma otaczać cały teren.

— Nie da rady, Drew. Warunki zabudowy dopuszczają maksymalnie dwa metry.

— Więc jak, do jasnej cholery, im się udało?

Pete wyjaśnił, że przez krótki okres warunki zabudowy nie obowiązywały, a właściciele sąsiedniej działki najwyraźniej się sprężyli i zdobyli zezwolenie, zanim przywrócono przepisy.

— Czyli co, mają ekipę prawników, którzy tylko czekają na takie luki? Kim, do diabła, są ci ludzie?

— Lubią prywatność. I tyle. A to znaczy, że nie będą zakłócać twojej.

Miller nie dawał się udobruchać. Przeklinał i narzekał, podczas gdy Peter instruował go, jak zejść. Gdy chwiejnie zeskoczył na ziemię, wyrzucił z siebie potok wulgaryzmów.

— To jeszcze nie koniec — oznajmił.

Kolejna linijka na liście zmartwień. Miller mógł się chcieć wycofać z umowy. Peter nie wiedział, czy to w ogóle możliwe, ale jednego był pewien — jego firma by zbankrutowała.

Jana dalej siedziała na masce, a kiedy rozwścieczony Drew wtoczył się do samochodu i zatrzasnął za sobą drzwi, wyprostowała swoje przywodzące na myśl flaminga nogi i bez słowa wsunęła się na miejsce pasażera.

Rozdział czwarty

Tego ranka Leigh założyła swój standardowy zestaw na pierwsze spotkanie z klientem — ciemny kostium i perły — po czym zeszła do kuchni, stukając głośno obcasami. W połowie schodów zdjęła buty i po cichu podeszła pod sypialnie dzieci. To było głupie, wiadomo, że są jeszcze w łóżkach, ale przycisnęła ucho do drzwi pokoju Chrissy i stała tak, dopóki nie usłyszała jej równego oddechu. Potem zrobiła to samo pod drzwiami Kipa i usłyszała, jak stuka palcami w klawiaturę. Nie spał, ale przynajmniej był tam, gdzie powinien. Oboje byli bezpieczni.

W kuchni zastała dzbanek świeżo zaparzonej kawy i liścik od Petera. Pojechałem na budowę. To jasne, że uroczystego śniadania nie będzie, ale podpisał się kilkoma xo, miała więc nadzieję, że kiedy wróci, będzie w dobrym nastroju. Może uda im się przenieść rezerwację stolika na dziś wieczór. Głośna restauracja, tort z jadalnym brokatem i zespół muzyczny na pewno pomogą rozładować napiętą atmosferę. W poniedziałek Shelby zadzwoni i powie, że Kipa uznano za nieletniego i postawiono mu tylko jeden zarzut prowadzenia pod wpływem, a wtedy w ogóle nie będzie się już czym martwić.

Zostawiła swój liścik, przypominając dzieciom, że ma ważne spotkanie, i poszła do garażu. Zapaliła silnik, włączyło się radio, wciąż nastawione na jedną ze stacji z wiadomościami, które lubił Peter. Przełączyła na kanał muzyczny i wyjechała na zalany słońcem podjazd.

Chwilę później nacisnęła gwałtownie na hamulec, bo zza samochodu nagle wyskoczyła jakaś postać.

Leigh poczuła ucisk w żołądku.

— Jenna! — Fakt, że rozpoznała dziewczynę, niespecjalnie złagodził jej gniew. Wysiadła szybko z auta. — Jenna! Co robisz? Mogłam cię przejechać!

Jenna wyzywająco oparła ręce na biodrach. Jej samochód stał zaraz za nią z zapalonym silnikiem i otwartymi na oścież drzwiami. Była niekompletnie ubrana — miała na sobie piżamę, na którą narzuciła rozpiętą kurtkę. Góra od piżamy nie sięgała spodni, odsłaniając jakieś piętnaście centymetrów dużego brzucha.

— Musisz mi załatwić zakaz zbliżania się! — krzyknęła. — Najlepiej dzisiaj!

— W porządku, tylko się uspokój. — Leigh objęła dziewczynę. Zwykle nie postępowała tak z klientkami, ale Jenna była córką jej starej znajomej, znała ją od małego. — Weź głęboki oddech i powiedz, co się stało.

— Powiem ci, co się stało, on mnie nachodzi! — Jenna odsunęła ją, miała rozbiegany wzrok. — Wiedziałam, że tak będzie! Czaił się pod moim oknem dzisiaj w nocy!

— Hunter? — Takie zachowanie nie było czymś niezwykłym w przypadku mężów w trakcie rozwodu, ale Leigh nie umiała sobie wyobrazić miliardera skradającego się przez zarośnięty rododendronami ogród teściów.

— On albo któryś z jego zbirów.

— Czyli go nie widziałaś.

Jenna potrząsnęła głową, ale usta jej drżały.

— Słyszałam go! A raczej go poczułam. — Spod przykrótkiej bluzy od piżamy wyglądał pępek, sterczący niczym przycisk minutnika, który sygnalizuje, że indyk się już upiekł. Dziecko nie było jednak jeszcze gotowe do przyjścia na świat, Jenna była dopiero w piątym miesiącu. — Czułam jego fale, rozumiesz? Tak jakby prąd w powietrzu. To jego wibracje. Zawsze je czułam, kiedy był blisko. Dawniej wydawało mi się to podniecające, wiesz? Ale teraz? Przypomina mi to jakieś złe moce. Totalnie mnie przeraził! Musisz przekonać sędziego, żeby zakazał mu zbliżania się do mnie. Dzisiaj!

Leigh znowu spróbowała ją objąć. Kiedyś Jenna nie była taka nerwowa, więc złożenie zmiany w jej zachowaniu na karb ciąży było kuszące, ale tak właśnie tłumaczył się Hunter Beck, który powiedział sędziemu, że ich małżeństwo było idealne, dopóki hormony nie doprowadziły jej do szaleństwa. Leigh była więc raczej skłonna obwiniać Huntera.

— Dzwoniłaś na policję?

Jenna znowu zaprzeczyła.

— Niby po co? Nie uwierzyliby mi. Nawet moi rodzice mi nie wierzą.

Jej rodzice mieszkali przy Hollow Road, kilometr od budowy Petera. Mieli farmę, którą przekształcili w schronisko dla starych koni. Jenna tam dorastała. Jako ładna dziewczynka cieszyła się w szkole popularnością — była cheerleaderką, królową balu, przewodniczącą studenckiego stowarzyszenia. Po studiach wyjechała do Nowego Jorku, gdzie dostała pracę na niższym szczeblu w firmie technologicznej. Popełniła klasyczny błąd i przespała się z szefem. Niektórzy uznaliby to za swoisty rytuał inicjacyjny, dzięki któremu powinna dojrzeć, zmądrzeć i zmienić pracę. Jej szef jednak wyłamał się z konwencji i wziął z nią ślub. Niecały rok później stała na podjeździe Leigh, półnaga i rozhisteryzowana.

— Rozumiem — powiedziała Leigh. — Ale musimy udowodnić, że tam był. Sąd nie wystawi zakazu zbliżania się, jeśli nie dojdzie do aktu przemocy albo do gróźb.

— Ale sędzia mnie lubi. Wiem o tym! Po każdym głupim wniosku Huntera stawał po mojej stronie.

Kiedy tylko ich małżeństwo się rozpadło, Beck wystąpił do sądu z dziwnymi żądaniami, które miały mu zjednać publikę. Domagał się prawa do uczestnictwa we wszystkich badaniach prenatalnych, dostępu do dokumentacji medycznej Jenny i regularnych wizyt u swojego nienarodzonego dziecka, żeby już w łonie mogło słuchać jego głosu. Dzięki Leigh wniosek ten został odrzucony — nie dlatego, że sędzia lubił Jennę, ale dlatego, że zgodnie z prawem ciało kobiety jest jej własnością, a ojciec nie ma praw do dziecka, dopóki ono nie przyjdzie na świat.

Hunter Beck nie był jednak typowym ojcem. Nieprzyzwyczajony do tego, że ktoś mu odmawia, nie był w stanie zaakceptować porażki. Zorganizował konferencję prasową na schodach budynku sądu i oznajmił, że naruszona została święta więź między ojcem a dzieckiem. Zapewnił reporterów, że żona do niego wróci, a ich małżeństwo się nie rozpadnie. Zanim jednak do tego dojdzie, chciał mieć tylko te same prawa co każdy ojciec, który spodziewa się dziecka. Orzeczenie sądu oznaczało, że bezpowrotnie straci ten bezcenny okres. Wniósł apelację, co było ruchem pomyślanym jeszcze bardziej pod publiczkę niż pierwszy wniosek, ponieważ oczywiste było, iż dziecko przyjdzie na świat, zanim sąd wyższej instancji zajmie się sprawą.

— Nie wiadomo, czy to będzie ten sam sędzia — powiedziała Leigh. — Zresztą niezależnie od tego, kto będzie rozpatrywał wniosek, nie może zasądzić zakazu zbliżania, jeśli nie doszło do przemocy i nie grożono ci.

Przez chwilę Jenna patrzyła na nią pustym wzorkiem. Potem zacisnęła powieki, a jej twarz pokryła się czerwonymi plamami.

— Wtedy będzie za późno! — krzyknęła i wybuchła pełnym gniewu płaczem.

— Jenna, kochanie…

Pod domem pojawił się trzeci pojazd. Leigh odetchnęła z ulgą, widzą starego pikapa Dietrichów. Zza kółka wyskoczyła Carrie — umięśniona blondynka, od stóp do szyi ubrana w dżinsowe ciuchy.

— Jenna, na Boga, jak ty wyglądasz! — powiedziała, podchodząc do córki. — Nie jesteś nawet ubrana i nachodzisz Leigh o takiej godzinie! — Wzięła dziewczynę pod rękę, a jej mąż Fred wysiadł z drugiej strony samochodu. — Chodź, jedźmy do domu, zanim się przeziębisz. Wyszłaś w tym stroju na taki ziąb!

Jenna się przez chwilę opierała, ale bez przekonania. Nie protestowała, kiedy rodzice zapakowali ją do auta. Carrie popatrzyła na Leigh, a jej usta ułożyły się w słowo Przepraszam, podczas gdy Fred szedł w stronę samochodu Jenny. Trochę się garbił. Miał na sobie okulary i szary sweter, a Leigh zawsze miała go za łagodną osobę. Teraz był jednak wściekły.

— Nic nie słyszałeś? — spytała go.

Potrząsnął głową.

— Nie znalazłem też odcisków stóp. Tyle wczoraj padało, powinny być jakieś ślady. — Zacisnął usta. — Ten skurwysyn coś jej zrobił, ale nie wiem co.

Nikt nie wiedział. Leigh pytała Jennę o to, czy mąż stosował względem niej przemoc i o wszystko, co pomogłoby jej dostać rozwód bez rocznej separacji, ale Jenna nie chciała mówić.

— Spróbuj się nie martwić — powiedziała Leigh. — Pozbiera się, kiedy będzie po wszystkim.

Wsiadł do samochodu Jenny.

— Wiesz, co jest najgorsze? To, że tak się cieszyliśmy, kiedy brali ślub. Wydawało nam się, że wygrała los na loterii. Że została właśnie Miss Ameryki. — Spojrzał posępnie na Leigh. — Tacy z nas rodzice…

— Fred, nie…

Machnął tylko ręką, nie pozwalając się podnieść na duchu, zatrzasnął drzwi i pojechał za rozklekotanym pikapem, który wiózł jego nieszczęśliwą rodzinę.

Dzisiejsze spotkanie miało się odbyć w dziwnym miejscu — sklepie Saks Fifth Avenue w galerii Tysons — i o dziwnej porze, jako że galerię otwierano dopiero za godzinę. Mimo to, kiedy podjechała pod wejście, zobaczyła czekającą na nią, dobrze ubraną, młodą kobietę.

— Leigh Huyett? — spytała przez okno. Miała przypiętą plakietkę, na której widniał napis: ASHLEY GREGG, OSOBISTA STYLISTKA. Położyła na desce rozdzielczej kartę parkingową i machnęła w kierunku strefy ograniczonego parkowania zaraz przy wejściu. Otworzyła drzwi swoją kartą i poprowadziła Leigh między ladami z kosmetykami i perfumami w stronę prywatnej windy.

Na piętrze przeszły pomiędzy wieszakami pełnymi pięknych ubrań, okrążyły bezgłowe manekiny poowijane w wytworne tkaniny i wreszcie dotarły do pokoju, w którym stały trzyskrzydłowe lustra i sofy obite fiołkowym jedwabiem. Był to salon projektanta mody. Leigh nawet nie marzyła, że znajdzie się kiedyś w takim miejscu. Na szklanym blacie stały srebrny serwis do herbaty i taca ciasteczek z bakaliami.

— Poczęstuj się, proszę — powiedziała młoda kobieta, kierując się do wyjścia. — Żona szejka zaraz tu będzie.

Żona szejka? Szeroko otwarte oczy Leigh odbiły się w dwunastu lustrach. Richard Lowry o tym nie wspomniał, kiedy zadzwonił z pytaniem, czy może ją polecić. Powiedział tylko, że chodzi o żonę zamożnego człowieka z Bliskiego Wschodu. Sprawę przekazał mu adwokat z Londynu, do którego trafiła za pośrednictwem radcy z Dubaju. Do Richarda trafiało wiele takich przypadków — był znany jako ekspert do spraw małżeńskich — ale rozwody przeprowadzało się lokalnie, dlatego często robił za pośrednika i przekazywał zlecenia dalej. Kiedy dowiedział się, że ta dotyczy Waszyngtonu, pomyślał o Leigh. Przypomniał sobie, że kilka lat wcześniej napisała artykuł o prawach religijnych i ich związku z amerykańskimi przepisami rozwodowymi, a dokładniej o tym, że żydowska ketuba i islamski mahr mogą stanowić podstawę roszczeń. Powiedział jej, że tego właśnie będzie dotyczyć ta sprawa. Leigh zawarła w artykule wszystko, co wiedziała na temat islamskich zwyczajów małżeńskich, ale temat ją zaintrygował. Zamożny klient ze skomplikowanym problemem był szczytem marzeń każdego prawnika.

Kiedy otwierała aktówkę, usłyszała dźwięk telefonu i skrzywiła się, kiedy na wyświetlaczu pojawiło się imię Kipa. Wiedziała, po co dzwoni. Chciał zapewnić sobie jej poparcie podczas starcia z ojcem. Miała stać się pierwszym przystankiem podczas jego powrotnego tournée. Zmiękczy ją swoim opatentowanym urokiem i pozwoli jej wziąć na siebie brzemię przekonania jego ojca. Leigh miała słabość do Kipa — był bystry i dowcipny, uwielbiała, kiedy ją rozśmieszał — ale wiedziała, że potrafi manipulować ludźmi. Kiedy łapała go na kolejnym przekręcie, nazywała go Chrisem Naciągaczem i żartowała, że albo czekają go dwie kadencje w Białym Domu, albo długa odsiadka. Teraz nie było jej jednak do śmiechu. Nie może pozwolić, by nią manipulował. Nie miała zamiaru sprzymierzać się z nim przeciwko Peterowi. Wyłączyła telefon i go schowała.

Wyjęła listę, którą przygotowała na okazję pierwszego spotkania z klientem. Przez większą część życia zawodowego zajmowała się prawem rodzinnym, choć nie z wyboru. Początkowo specjalizowała się w sprawach gospodarczych i marzyła o tym, że jej klientami zostaną duże korporacje — IBM, Microsoft, spółki paliwowe. Kiedy jednak jej pierwsze dziecko okazało się bliźniętami, odsunięto ją na boczny tor. Duże sprawy pochłaniały zbyt wiele czasu i energii, więc mężczyźni, którzy zasiadali w zarządzie, nie wierzyli, że będzie umiała pogodzić je z macierzyństwem. Skierowali ją do działu prawa rodzinnego, a ona nie miała siły z nimi walczyć, co prawdopodobnie dowodziło ich racji. Wycisnęła z tego jednak wszystko, co mogła. Zarobiła na wygodne życie, zdobywając przy tym niezłą reputację. Na tyle dobrą, że trafiła do niej dzisiejsza sprawa.

Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł mężczyzna w ciemnym garniturze bez wątpienia pochodzący z Bliskiego Wschodu. Zlustrował szybko pomieszczenie. Wyglądał jak agent służb specjalnych, brakowało mu tylko ciemnych okularów i słuchawki w uchu. Cofnął się z lekkim ukłonem, a obok niego prześliznęła się postać od stóp do głów spowita w czarny jedwab. Z rozcięcia nikabu widać było tylko oczy. Wymamrotała coś do mężczyzny, który wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Leigh wstała.

— Dzień dobry.

Kobieta nie odpowiedziała. Podeszła do jednego z luster i zaczęła powoli zdejmować okrycie. Mięciutki jedwab opadł na ziemię. Spod niego wyłoniła się piękna kobieta w eleganckim, jasnoczerwonym kostiumie od St. Johna. Nie przekroczyła czterdziestki, miała modnie wycieniowane włosy i oczy koloru mocnej kawy.

— Przepraszam za ten klimat rodem z filmu płaszcza i szpady — powiedziała. Wymawiając słowo „płaszcz”, rzuciła okiem na leżącą na podłodze abaję.

— Miło mi panią poznać… szejkini? — odparła niepewnie Leigh. — Jestem Leigh Huyett.

— Proszę mi mówić po imieniu. Devra. — Kobieta odstawiła torebkę, która wyglądała na autentyczną Birkin i spoczęła na sofie, elegancko krzyżując nogi. Skinęła na Leigh, sugerując, by i ona usiadła. — Bardzo mi cię polecano. Podobno specjalizujesz się w sprawach rozwodowych?

— To prawda. Myślisz o rozwodzie?

— Codziennie i bez przerwy.

Powiedziała to, jakby ogłaszała wyrok śmierci. Leigh reprezentowała już wiele kobiet, które były albo zrozpaczone, albo rozwścieczone i mściwe, ale w głosie szejkini pobrzmiewał wyjątkowy smutek.

— Jak mogę ci pomóc?

Kobieta nalała sobie filiżankę herbaty i upiła łyk.

— Chciałabym się dowiedzieć, jakie miałabym prawa, gdybym wystąpiła o rozwód do sądu w Ameryce. I czy w ogóle mogłabym się starać o rozwód.

— Oczywiście, że mogłabyś, o ile spełniasz wymóg stałego zamieszkania w Stanach.

— W mojej ojczyźnie nie mogłabym tego zrobić. Zgodnie z prawem szariatu nie mogę rozwieść się z mężem, jeśli nie wyrazi na to zgody.

— Twoim zdaniem nie ma na to szans?

Kobieta zaśmiała się w wymuszony sposób.

— Nigdy.

— Czy mogę zapytać, od jak dawna mieszkasz w Ameryce?

— Od ponad roku.

— Sądziłam, że dłużej, masz doskonały akcent. — Leigh zakładała, że większość dobrze urodzonych kobiet z Bliskiego Wschodu mówi z brytyjskim akcentem, ale szejkini brzmiała jak Amerykanka.

— Moja matka była Amerykanką. Przypuszczam, że to znaczy, że też nią jestem. Ale zamieszkałam tu dopiero w zeszłym roku, kiedy mój mąż zdecydował o przyjeździe.

Leigh wyjęła swój formularz.

— Czy możesz mi podać swój adres?

— Nie.

Podniosła głowę.

— Słucham?

— Obawiam się, że na razie nie mogę zdradzić swojego adresu. Zresztą prawdziwego imienia też nie. Przepraszam za tę tajemniczość, ale są pewne… okoliczności.

— Szejkini… Devro… Rozumiesz, że nasza rozmowa jest poufna? Nawet, jeśli mnie nie zatrudnisz, nie wolno mi ujawnić niczego, co powiesz.

Devra pokręciła głową.

— Może podczas następnego spotkania.

Leigh nie mogła tak pracować. Nie była w stanie doradzić tej kobiecie, dopóki nie pozna jej adresu, ponieważ w każdej jurysdykcji prawo było inne. Nie mogła jej reprezentować w sądzie, nie wiedząc, jak się nazywa. Biorąc nowego klienta, musiała potwierdzić, że nie istnieje konflikt interesów między nim a innymi klientami, których reprezentuje, a jedynym sposobem na to było wpisanie nazwiska do bazy danych.

— W takim razie… — Schowała bezużyteczną listę do aktówki.

— Och, ale…

— Porozmawiajmy czysto hipotetycznie, dobrze?

Szejkini opadła z powrotem na poduszki.

— Tak, dziękuję.

— Mogę cię reprezentować przed sądem stanu Wirginia, Maryland i Dystryktu Kolumbia. Czy mogę założyć, że mieszkasz na terenie jednej z tych jurysdykcji?

— Tak.

Leigh zwięźle przedstawiła warunki umożliwiające rozwód w Marylandzie i Wirginii. Bez orzekania o winie, jeśli obie strony są w separacji przynajmniej od roku, w przeciwnym razie strona występująca o rozwód musi udowodnić, że małżonek dopuścił się jednego z przewidzianych prawem przewinień. W Dystrykcie Kolumbii dopuszcza się tylko rozwody bez orzekania o winie, ale wymagane jest sześć miesięcy separacji lub rok tak zwanego rozdzielenia od stołu i łoża.

— Co to znaczy? Rozdzielenie od stołu i łoża?

— Mieszkanie pod jednym dachem, ale nie angażowanie się w pożycie małżeńskie. Czyli zasadniczo nieuprawianie seksu.

— Rozumiem. Czy w Marylandzie i w Wirginii też tak jest?

— Nie, tam trzeba mieszkać oddzielnie przez rok, żeby wystąpić o rozwód bez orzekania o winie.

— A jeśli to niemożliwe?

Leigh przechyliła głowę.

— Mieszkasz z mężem?

Devra przytaknęła.

— Cóż, jeżeli on się nie chce wyprowadzić, ty powinnaś to zrobić. Jeśli chodzi o pieniądze, możemy wystąpić o okresowy zasiłek.

— Pieniądze to nie problem.

— Trzeba więc uwzględnić kwestię dzieci…

— Nie mamy dzieci.

Leigh poczuła, że nie nadąża.

— Chcesz się z nim rozwieść, ale nie chcesz się wyprowadzić?

— Oczywiście, że chcę, ale on na to nie pozwoli. Musisz zrozumieć. W moim kraju, w naszej kulturze, żona nie może wyprowadzić się od męża, nie bez jego zgody.

— Ale teraz jesteś w Ameryce. Tu jest inaczej.

Devra westchnęła.

— Nie żyjemy w danym kraju. Żyjemy w małżeństwie, w rodzinie i w kulturze. — Złożyła dłonie. — Mówisz mi więc, że w mojej sytuacji rozwód jest wykluczony.

— Nie w Dystrykcie Kolumbii — odparła Leigh. — Chyba że będziesz w stanie udowodnić rozpad waszego pożycia małżeńskiego. Możesz jednak wystąpić o rozwód w stanie Maryland albo w Wirginii, nawet jeśli mieszkacie razem. Musisz tylko udowodnić, że popełnił jeden z czynów z listy.

— A co jest na liście?