Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 584 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Następne życie - Atticus Lish

Nowy Jork. Zou Lei żyje na marginesie społecznym jako nielegalna imigrantka. Próbuje przetrwać, pracując ponad siły w podrzędnych chińskich restauracjach w niebezpiecznej okolicy. Każdego dnia zasypia na brudnym materacu w przeludnionym pensjonacie. Brad Skinner zmaga się z niestabilnością, traumą i zniszczoną psychiką po trzykrotnym pobycie w Iraku. Podróżując autostopem do miasta, ma nadzieję na wypędzenie z siebie demonów przeszłości. Gdy pewnego razu spotykają się na skraju Queens, oboje znajdują w tej drugiej osobie coś, czego od dawna szukali i pragnęli.

Z tej nieprawdopodobnej historii powstaje jedna z najmocniejszych i najbardziej cenionych powieści ostatnich lat.

 

„Oszałamiająca, znakomita... jedna z najlepszych przeczytanych powieści od lat” The Observer

 

„Literatura pozbawiająca tchu” Guardian

Opinie o ebooku Następne życie - Atticus Lish

Fragment ebooka Następne życie - Atticus Lish

Tytuł ‌oryginału: Preparation ‌for the Next ‌Life

Copyright © 2014 ‌by Atticus Lish

Copyright ‌© Wydawnictwo ‌Poznańskie ‌sp. z o.o., ‌2018

Copyright © ‌for ‌the ‌Polish translation ‌by ‌Wydawnictwo Poznańskie ‌sp. z ‌o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Monika ‌Długa

Redakcja: Karolina ‌Borowiec

Korekta: ‌Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, ‌skład i łamanie: Stanisław ‌Tuchołka / ‌panbook.pl

Projekt okładki: ‌Katarzyna ‌Borkowska

Fotografia na ‌okładce: ‌www.gettyimages.com/Matt Mawson

Konwersja publikacji ‌do ‌wersji elektronicznej: Dariusz ‌Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki ‌książki w internecie.

Wydanie ‌elektroniczne 2018

eISBN ‌978-83-7976-456-3

Wydawnictwo Poznańskie sp. ‌z o.o.

ul. ‌Fredry ‌8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: ‌61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Dla Beth,

w tym ‌życiu i następnym

Od tłumacza

Następne ‌życieto powieściopisarski debiut ‌Atticusa Lisha, ‌urodzonego w 1972 roku w Nowym ‌Jorku. ‌Wydana w 2014 roku ‌książka od ‌razu odniosła ‌znaczny ‌sukces i otrzymała kilka ‌nagród literackich, ‌w tym Plimpton Prize ‌for ‌Fiction, Carla ‌Furstenberg Cohen Literary Prize, ‌New York City ‌Book Award, Grand Prix ‌de littérature américaine, przyznawaną ‌przez „The ‌Paris Review”, oraz ‌PEN/Faulkner Award, którą wyróżniano ‌przedtem autorów takich ‌jak E. L. ‌Doctorow, E. A. ‌Proulx, P. Roth, M. ‌Cunningham ‌czy J. Updike. ‌Książkę chwalono jako ‌bezkompromisową i niesentymentalną współczesną ‌opowieść o miłości w mieście, ‌które ‌nie sprzyja ‌parze zakochanych ‌bohaterów. Podkreślano ‌też ‌„szorstki ‌liryzm” języka powieści. ‌

Akcja Następnego życiarozgrywa się ‌w prawdziwych miejscach – ‌w Stanach Zjednoczonych, na ‌Bliskim ‌i Dalekim Wschodzie – i nawiązuje do rzeczywistej topografii, historii oraz kultury tych okolic. W swojej prozie autor łączy jednak elementy faktograficzne z literacką fantazją, a odbywa się to głównie na płaszczyźnie języka. Lish studiował mandaryński, a wśród bohaterów jego książki nie brak przybyszów z Azji; mimo to – jak autor sam stwierdza w obszernym komentarzu skierowanym do tłumaczy jego utworu – odniesienia do języka i kultury szeroko pojętego Wschodu cechuje u niego pewna licentia poetica. Lish przyznaje, że czasem „all this is made-up language. I was going for the sounds of words” – chodziło mu bardziej o brzmienie słów niż wierność realiom lingwistycznym. Nazwy miejscowości, dialektów i obiektów występujących w powieści mają raczej oddawać ducha języków i kultur niż być tłumaczeniem autentycznych wyrażeń; podobnie niektóre wtręty obcojęzyczne, głównie dalekowschodnie i bliskowschodnie, nie odzwierciedlają rzeczywistego kształtu wyrazów z konkretnych języków, lecz mają przekazać ogólne wrażenie, pełnią funkcje stylizacyjne.

Analogicznie dzieje się z kulturą arabską, islamską, co widać chociażby w używanych przez bohaterów nieortodoksyjnych, jakby skontaminowanych formułach czy w kazaniu mułły (rozdział 43), przypominającym raczej natchniony strumień świadomości niż wykładnię teologiczną. Narracja również przypomina rwący potok – bywa urywana, repetycyjna, wyboista; raz oschła, raz niespodziewanie poetycka. Gmatwaninę tę wzmaga przeplatanie się mowy zależnej i niezależnej, niekiedy zupełnie nieoczekiwane, oraz rozszczepienie języka bohaterów – także na poziomie czysto gramatycznym. Dotyczy to zwłaszcza Zou Lei, która innym językiem myśli, innym rozmawia z kolegami z pracy, a innym ze Skinnerem; innym posługuje się, kiedy jest spokojna, innym zaś w sytuacjach pełnych napięcia.

Wszystkie te zabiegi można postrzegać jako próbę uniwersalizacji przekazu poprzez wyrwanie go z ograniczających ram konkretnego uniwersum. Mogą też one służyć wzmożeniu poczucia, że akcja powieści osadzona jest w tyglu kultur i subkultur w obrębie grup etnicznych, religijnych i społeczno-ekonomicznych, a także indywidualnych opowieści, dla których stały wspólny mianownik po prostu nie istnieje, a co najwyżej na chwilę się wyłania i zaraz znika. Zdaje się, że w świecie bohaterów Lisha wierne tłumaczenie w szerokim sensie to mrzonka, a komunikacja sprowadza się do mniej lub bardziej rozpaczliwego poszukiwania kolejnych przybliżeń i zbliżeń.

Część I

1

Po drodze zaliczyła Archer, Bridgeport i Nanuet; pracowała w różnych miejscach wzdłuż dziewięćdziesiątej piątej międzystanowej, w dżinsowych spodniach, klapkach pod prysznic i kurtce, ściskając reklamówkę i kartkę z numerem telefonu, czekając obok przejścia podziemnego, z pustą od dawna torebką po chipsach, oszołomiona.

Zgarnęli ją z autostrady, sprzed prostej białej szopy obok znaku Army-Navy oraz drzew obwieszonych huśtawkami z opon. Chevrolet caravan z naklejką z Małpiego króla na desce rozdzielczej zatrzymał się, a ona wsiadła. Zabrali ją do Motelu 8 i umieścili w pokoju z kilkoma innymi kobietami z Fujian oraz litrową butelką oranżady. Całą noc słuchała przyjeżdżających ciężarówek i szumu klimatyzacji.

Dali jej daszek i koszulkę z identyfikatorem, przesiąkniętą tłustymi oparami. Wszyscy jej powtarzali: musisz być szybka, bo szefunio ma cię na oku. Nie znali nawzajem swoich dialektów, więc mówili ze sobą po angielsku. Pierwszego dnia przez zużyte podeszwy adidasów poślizgnęła się na tłuszczu i upuściła zamówienie, niteczki makaronu rozsypały się jak larwy. Tej nocy, zaciskając szczęki i mrugając, leżała twarzą do ściany.

Amerykanie parkowali od frontu; ich pick-upy lśniły w słońcu, a oni wchodzili do środka powoli i cicho, w bandanach i koszulkach na ramiączkach. Kładli łokieć na ladzie, pokazywali grubym palcem na menu i mówili: porcję tego. Czarni od razu trzymali w rękach to, co zamierzali wydać – zmięte banknoty i drobne.

Jest opcja, że dostanę skrzydełka? Gadaj, co do nich podajecie.

Wiedziała, jak powiedzieć „okej”. Kiedy pokazywali na menu, wszystko rozumiała. W Nanuet zamawiali „jesz, ile chcesz”. Było to dla niej jasne, ale potrzeba wprawy. Okej. Umiała się śpieszyć i dopiąć swego, pracowała, bo musiała, pracowała czternaście godzin, a co dziesiąty lub jedenasty dzień miały wolne, przerwę na fajkę, jak mówił szef, ponieważ i tak było to lepsze niż sortowanie śmieci w brygadzie produkcyjnej na południe od rzeki.

W motelu nie wyłączały telewizora, żeby wciąż ćwiczyć angielski. Przycupnięte na dywanie, poruszały ustami w niebieskim świetle, patrząc na półki sklepowe z jedzeniem i szybkie samochody. Niewiarygodne, mówiły. W najbliższy wtorek na kanale Fox. Smutny dzień w Iraku. Przyglądała się żołnierzom w goglach i antenom radiowym przejeżdżającym obok glinianych domków na pustyni, na której kiedyś mieszkała.

Wielbłąd, pokazywała. To zwierzę, bardzo dobre.

Za trudne, odpowiadały. Nie da się strawić. Mózg kołkowacieje.

Ktoś ziewnął.

Całe życie trzeba to ćwiczyć.

W nocy, kiedy kończyły pracę, przechodziły przez parking do jedynego samochodu, który czekał tam, żeby zabrać je do motelu. Podawały kierowcy jego zamówienie na wynos, a on kładł je na gazecie otwartej na informacjach z Hongkongu. Podczas podróży do domu patrzyła, jak przelatują długie odcinki nocy, czarne plamy lasu, ciemna szosa i niebo. On miał złoty łańcuch i zieloną kartę i jechał z wyłączonymi światłami, bo bał się glin.

Kobiety były z Dnia Świątecznego, Czterech Spotkań, Połączonych Gór i Szczerości Uwielbionej. Powiedziała im, że jest z miejsca na południe od rzeki.

Ale jesteś skądinąd, odparły.

Jestem z Chin, jak wy.

Nie wyglądasz.

W słońcu widać było, że włosy Zou Lei są brązowe, a nie czarne. Układały się jakby w fale. Miała lekko zakrzywiony nos i syberyjskie oczy.

Nasze Chiny to wielki kraj, stwierdziła.

Brzmisz jak ktoś z północy.

Północnego zachodu.

Jest z mniejszości, powiedziała jedna z kobiet.

Możecie nauczyć mnie swojego języka.

To bez sensu. Mamy dialekty Tarasu Ludu, Spokojnego Strumienia, Pogodnego Jeziora, Serpentyn Południa, Bawełnianego Muru, Zhangpu, Spotkania w Pokoju, Swatow, Powszechnego Ukojenia, Samyap, Jungcan, Pokoju Świata, Trzech Prowincji, Rodziny Zhang i setkę innych. Którego mamy cię nauczyć?

Zou Lei zastanowiła się przez chwilę. No to powiedzcie, jak się mówi „niebo jest w górze”. Uśmiechnęła się i pokazała palcem na brudny sufit. Niebo jest w górze, a ziemia jest szeroka. Niektóre kiwały głowami, kilka odsłoniło w uśmiechu popsute zęby. Prawda, prawda, potakiwały, a jedna z kobiet westchnęła.

Nauczyła się za to, jak przyjmować zamówienie. Ciasteczka z wróżbą są w pudełku pod kalendarzem z Rokiem Kozy i plastikową świątynką. Serwetki, słomki i pałeczki na półce. Plastikowy widelec dawać każdemu, bez wyjątków. Kiedy klient wchodzi, pytać: Co pan zamawiać? A następnie krzyknąć treść zamówienia do tyłu: kurczak-brokuły, wołowina-brokuły, wołowina-groszek, trzy w jednym, w ten sposób, żeby było szybciej.

Nikt nie musiał uczyć jej myć podłogi ani wynosić śmieci, ani przebierać warzyw, usuwać ich niejadalnych części. Widzieli, że ciężko pracuje. Większość tych zajęć znała już wcześniej. Prała swoje ubrania w wannie, siedząc w kucki, wyżymała je spękanymi, chłopskimi, czerwonymi dłońmi i wywieszała na zasłonce prysznicowej obok innego ociekającego prania, mokrych dżinsów z cekinami i spranych postaci z kreskówek.

Gdy obsługiwała za ladą, kładła kawałek kartonu na dnie torby, spinała krawędzie styropianowego pudełka zszywaczem i umieszczała je na kartonowej podkładce. Kolejne pudełka stały jedno na drugim, przedzielone kartonem. Przypinała do torby menu i podawała całość przez ladę szczupłemu facetowi z długimi blond włosami wystającymi spod czerwonej bejsbolówki. Dodatkowe menu, powiedział, no, robisz się coraz lepsza. Zmierzyłem ci czas.

Szef mówił, że kobiety potrzebują kogoś, kto o nie zadba, starszej siostry, która będzie go informować. Kazał im się nauczyć na pamięć zdania: To nie kwestia czasu – to kwestia pieniędzy, żeby powtarzały je tysiąc razy dziennie, najszybciej jak tylko zdołają.

Co to znaczy? – spytała.

To nie ma znaczenia. Znaczenie niewiadome.

Jedna z kobiet była niezrównoważona psychicznie, na zmianę milczała albo opowiadała, że policja w Guangxi zmusiła ją do aborcji.

Gdy się ochładzało, niektóre z nich spały razem. Rozwiesiwszy mokre ubrania pod prysznicem, kucały naprzeciwko grzejnika, wszystkie chore; kaszlały i spluwały do kosza na śmieci.

W telewizji pokazywali dziewczyny, które surfują, prowadzą ciężarówki, trenują boks i biegają maratony w słońcu. Kiedy przychodziła dostawa, wylatywała na zewnątrz i przenosiła na plecach worki ryżu. Innym kobietom się to nie podobało, mówiły, że to robota dla mężczyzn, dla kucharza i jego kuzyna. Nie podlizuj się szefowi. Zou Lei odpowiadała, że lubi rozprostować nogi. Nocą robiła przysiady. Brała z vana gazetę i czytała ogłoszenia drobne z ofertami pracy w innych stanach.

Wyjechała do Riverhead i przepracowała tam resztę zimy w La Quinta z grupą kobiet, które mówiły dialektem Trzech Świateł i prowincjonalnym mandaryńskim. Wspólnie korzystały z jednopalnikowej kuchenki elektrycznej.

Ameryka to dobry kraj, mówiła starsza kobieta. Wypłynęłyśmy łodzią rybacką na ocean. Straż przybrzeżna złapała nas i zamknęła na wyspie niedaleko San Francisco. I to mnie ocaliło – podczas rejsu prawie umarłam. Miałam szczęście. Innych zmuszono do powrotu do domu, ale mnie nie. Kuzyn złożył podanie o azyl. Niektóre siostry raz już przedtem deportowano. Ale wracają. Z jednego razu robią się dwa, a z dwóch trzy. Docierają do półwyspu Jukatan, przekraczają granicę w Arizonie. Oczywiście, to trudne. To pustynia, nie dla nas, ludzi znad rzeki. Język mojej wsi to Trawa Wodna. Jesteśmy pięćdziesiąt kilometrów od dialektu Starego Pola i tamci nie rozumieją słowa z tego, co mówimy.

Zou spędziła rok w Archer i sześć miesięcy w Riverhead. Skończył się sezon świńskiej grypy, a w Nowym Świecie media huczały na temat wojny z terroryzmem i problemów z dostaniem zielonej karty. Przewróciła stronę gazety i zobaczyła czarno-białe zdjęcie nagiego więźnia leżącego na podłodze z workiem na głowie. Przewróciła kolejną i studiowała wyrazy takie jak: „budowla”, „szwaczka”, „restauracja”, „uroda”, „co łaska”.

Pojechała do Nanuet i dostała następną koszulkę z identyfikatorem i kolejny daszek. Kobiety mieszkały w przyczepie ustawionej na pustakach, które z kolei leżały wprost na sosnowych igłach, i wywieszały pranie na sznurze. W czasie „przerwy na fajka” szła wzdłuż autostrady i przeskakiwała barierkę, by dostać się do supermarketu i podziwiać przez szybę adidasy produkowane w Chinach.

Szef nosił nefrytową bransoletkę i jeździł brudnym astrovanem. Kazał Zou Lei myć samochód z tyłu, gdzie znajdował się podjazd dla dostawców. Dalej były śmietniki i płot, a za nim las. Puszczała wodę z węża i patrząc ponad śmietnikami, wyobrażała sobie, jak biega wśród drzew.

W następnym roku, w kolejnym stanie, mieszkała w pokoju motelowym z ośmioma kobietami, które używały szyfru, nawet mówiąc w swoim dialekcie. Kiedy zapytała, z jakiej są wioski, jedna z nich odparła, że z Cynamonowego Drzewa. Inne naskoczyły na nią, pytając: dlaczego zdradzasz nasze tajemnice komuś z zewnątrz?

Miały wielką siostrę o imieniu Sophia, która decydowała, kiedy mogą oglądać telewizję. Jeśli ktoś pukał, nie wolno było otwierać drzwi, chyba że Sophia była na miejscu i wyraziła zgodę.

Po jakimś czasie Zou Lei zrozumiała, że w rymowanym slangu tych kobiet „żaglówka” oznaczała pieniądze, które wysyłają do domu w Chinach. „Krzyk” to był telefon, „kruk” – nielegalny imigrant, a „Andy” – policja.

Jakiś mężczyzna w pilotkach i ze smokiem na przegubie przyniósł im paczkę podpasek Stayfree. Szef kocha muzykę, powiedział. Everything I do, I do it for you. Znacie tę piosenkę?

Pewnego razu, kiedy Sophii nie było, Zou Lei wpuściła do pokoju sprzątaczkę i zapytała ją o pochodzenie oraz pracę.

Honduras, odpowiedziała kobieta z krzyżem wytatuowanym na dłoni. Były mniej więcej w tym samym wieku.

Zou Lei pobiegła do łazienki i wróciła z mokrymi ręcznikami w rękach, żeby włożyć je do pojemnika. Honduranka uśmiechnęła się i powiedziała: gracias.

A jak praca, praca pieniądze? – spytała Zou Lei.

Nie, niedużo pieniądze. Poquito pieniądze. Ma papiery do pracy?

Zou Lei odparła: Zgadnij. Jak myślisz?

Nie. Obie się roześmiały.

Maria nauczyła ją uścisku dłoni. Zou Lei pokazała jej ogłoszenie w „Sing Tao”, w którym ktoś oferował pomoc w kupnie numeru ubezpieczenia społecznego.

Zapukała do stalowych drzwi i dostała pracę na osiem godzin dziennie przy pakowaniu tarcz sprzęgieł do kartonowych pudełek, za najlepszą stawkę w życiu: dziewięć dolarów za godzinę minus podatek. Podczas lunchu jadła indyka z ryżem z pojemnika Tupperware, podczas gdy Amerykanie w ciuchach Dickies i bandanach stali w kolejce do bufetu na kółkach. Cały czas nosiła w nerce u pasa wszystkie swoje pieniądze oraz telefon komórkowy i fałszywe dokumenty – rzeczy, których nie wolno jej było zgubić.

Któregoś dnia w środku jesieni poszła do sklepu spożywczego i została zatrzymana przy wyjściu.

Tylko spokojnie. Masz coś w kieszeniach? Coś ostrego? W porządku. Tylko spokojnie. Latynos w koszulce futbolowej podniósł jej ramiona, przyglądał się, kiedy wywracała kieszenie na lewą stronę. Odpiął saszetkę z jej bioder i podał ją facetowi z pistoletem wystającym spod bluzy. Właśnie zrealizowała w sklepie swój czek z wypłatą i nie spuszczała saszetki z oczu. Potrzebujesz tłumacza? Czuję, jak ci wali serce. Po prostu cálmate. Tranquilo, dobra? Mówisz po hiszpańsku? Kto ty jesteś, Chinita? Chinka?

Czemu nie uciekłam?

Obmacali ją pod ubraniami, zabrali jej pieniądze, skrępowali opaską zaciskową i wsadzili do vana z zatrzymanym Salwadorczykiem. Trwało to całe popołudnie. Hej, mama, nieśmiała jesteś? Mieli ludzi z Fujian, Kambodży, Gwatemali. Zabrali ją do przeszklonego pomieszczenia z ławką ze stali nierdzewnej, betonową podłogą i włączoną świetlówką, a inne dziewczyny pojawiały się i znikały całą noc, aż została przeniesiona. Rozcierała nadgarstki obolałe od plastikowych więzów.

Jakaś biała dziewczyna z tuszem rozmazanym po policzkach powiedziała: Niech te czarnuchy lepiej wypuszczą mnie na urodziny mojego chłopaka.

Zabrali ją w środku nocy. W odbiciu w lustrze zobaczyła, że ktoś jej się przygląda, wąsaty Amerykanin. Odezwał się interkom. Tak, ty. Wstawaj. Zrobiła, co jej kazano. Otworzyły się drzwi. Kiwnął na nią palcem. Wyszła z pomieszczenia. Korytarze w całym więzieniu były ciemne i nie wiedziała, dokąd idą. Byli tam jedynie ona i funkcjonariusz, tylko w głębi jakaś rozczochrana postać myła podłogę z dziwnie ofiarną cierpliwością, jakby nieobecna, a do Zou Lei dotarło, że ma przed sobą więźnia.

Bierz. Funkcjonariusz wskazał na kosz pełen wystrzępionych pomarańczowych kombinezonów. Musiała go zapytać, gdzie może się przebrać, sam z siebie nie powiedział. Zamknęła się w łazience i przez chwilę była sam na sam z umywalką, lustrem, ceramicznym sedesem i kafelkami. W radiu na jego biurku leciała reklama. Pośpiesznie zdjęła dżinsy, nie patrząc w lustro, wciągnęła kombinezon – zauważyła, że nie ma rękawów – zasunęła suwak i od razu wyszła, z ramionami chłodniejszymi od reszty ciała, wyciągając dżinsy do funkcjonariusza niczym podarunek. Zabrał je.

Wziął ją za ramię i zaprowadził w głąb obiektu – buty uginały się pod jego ciężarem, gdy stąpał po nawoskowanej podłodze, a pięty jej klapek stukały za nim pośpiesznie. Po raz kolejny skręcili. Nie słyszała już radia. Zapanowała ciemność i czuć było zwierzęcy zapach. Weszli w wielkie czarne okno i funkcjonariusz się zatrzymał. Otworzył drzwi. Wewnątrz było duże pomieszczenie. Chwycił ją za ramię i pchnął do środka. Przypominało to zadaszone boisko do koszykówki. Dostrzegała tylko ponumerowane cele po drugiej stronie podłogi z betonu. Odwróciła się, by spytać, co ma robić. Tam. Siedemnaście, odpowiedział i zamknął ją na klucz. Poczuła, że strażnik się oddala. Z kocem w rękach wytężała wzrok, aż rozpoznała swój numer i ruszyła w jego kierunku. Nad nim był kolejny rząd. W swojej malutkiej, numerowanej celi, za ciężkimi drewnianymi drzwiami pomalowanymi farbą olejną, wyczuła dłońmi coś stalowego. To była prycza. Położyła się. Jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Zobaczyła graffiti na betonowej ścianie. Wstała i zamknęła drzwi. Nie było zasuwki. Położyła się i nasłuchiwała z zamkniętymi oczyma.

Wytrzymam, powiedziała, kiedy zapaliło się światło i zobaczyła, gdzie jest – ta metalowa rzecz na ścianie to była toaleta. W Chinach warunki byłyby gorsze.

Wyszła z celi i zobaczyła, jak wyłażą też inne: grube, nalane, wrogie, pryszczate, z postawionym afro, przenoszą stolik turystyczny na środek sali, włóczą się wokół schodów, podchodzą do szklanej szyby i wracają. Bawiły się nawzajem swoimi włosami. Czarna dziewczyna pierdnęła i spytała: Słyszałaś? Były tam wiejskie kobiety z indiańską krwią w żyłach i z krzyżykami na dłoniach, które trzymały się razem. Można było określić, która zaliczyła wpadkę z imigracyjnymi. Było oczywiste, że i ona do nich należy. Kuliła się w sobie tak jak wszyscy migranci.

Przyszedł funkcjonariusz i wpuścił zaufaną więźniarkę pchającą wózek z jedzeniem. Wszystkie wstały. Zou przycupnęła na uboczu i puściła przodem Murzynki oraz Amerykanki. Kiedy dostała swoją tackę, zabrała ją do celi i zjadła kanapkę z mortadelą i serem, celowo omijając wzrokiem toaletę.

Spędziła dzień na chodzeniu w tę i we w tę, do okna w dużej sali, wzdłuż ściany, aż w budynku pogaszono światła.

Była tam już od dwóch lub trzech dni, kiedy uświadomiła sobie, że nie jest pewna, ile dokładnie minęło. Tyle albo tyle, a może więcej. Starała się liczyć dni, ale nie miała jak ich odróżnić. Nie było zegarów. Przyszło jej do głowy, że powinna założyć kalendarz, jednak brakowało jej czegoś do pisania. Nie było tam niczego poza nimi samymi, nią i innymi kobietami, w gwarnym, brudnym, zatrzaśniętym pomieszczeniu.

Próbowała dowiedzieć się od jakiejś białej kobiety ze złamanym nosem, czy kiedykolwiek mogą pooglądać telewizję.

Telewizję? Się wie, telewizor jest zaraz obok jacuzzi.

Przy szybie był płatny telefon, a obok niego przyklejono wizytówkę z bezpłatnym numerem poręczyciela za kaucją. Patrzyła, jak niektóre z niego dzwonią. Silvio, odezwał się głos w słuchawce, kiedy wybrała numer i uzyskała połączenie. Z całych sił starała się wytłumaczyć mu, kim jest. Zapytał, skąd dzwoni, ale nawet tego nie wiedziała. Dobrze, żaden problem, może podzwonić w tej sprawie. Skoro złapali ją w Bridgeport, w grę wchodzi jedno lub dwa miejsca. Czy wie pani, o co jest oskarżona? Nie? Chyba po głosie poznał, o co chodzi: Jeśli trafiła pani do kraju, że tak powiem, poza radarem, nie przysługuje pani wyjście za kaucją. Tak stanowi ustawa Patriot Act. Powtórzył to jeszcze raz. Tak, pokiwała głową. Wiem o tym.

Czy ma pani kogoś, kto może za panią poręczyć?

Nie, odpowiedziała. Jestem w tym kraju sama. Będę pracować dla pana, kiedy wyjdę, jak mnie pan wyciąga – robiła, co w jej mocy, żeby zrozumiał. Uczciwa. Wszystko płacę, powiedziała z na wpół pochyloną głową do ściskanej w ręce słuchawki.

Och, odparł. Nie wątpię. Ale w takiej sytuacji mam związane ręce.

Słuchała.

Tak to już jest.

Musiał kończyć.

Żeby nie upaść na duchu, wróciła do chodzenia w tę i z powrotem wzdłuż ściany i zajęła się liczeniem kilometrów.

Zaczęła robić wypady nogą co trzeci krok, licząc w myślach. Usłyszała krzyk, ale nie pomyślała, że to na nią. Zdziwiła się, kiedy ktoś wstał od stolika turystycznego i podszedł do niej. Starała się wyminąć tę osobę, ale ona podążyła za nią. Zbliżała się i była coraz głośniejsza. Krzyczała, że Zou Lei ma przestać. Spasuj z tym, laska. Powaga, to nie jaja. Zou przestała robić wypady. Wrzask ustał. Było słychać ciężki oddech krzykaczki.

Pierdolone suki ściemniają, że nie rozumią, co do nich gadasz.

Coś niepokoiło Zou, ale wypychała to ze świadomości. Nikt jej nic nie powiedział. Nie było prawników. Później w nocy śniło się jej, że ojciec przyszedł do więzienia, wyrazisty, niski, śniady, umundurowany, milczący. Amerykanie ukorzyli się przed nim. Zabrał ją z posłania i musieli ją wypuścić. Sen powtórzył się w drugiej wersji, w której popełniła straszny błąd, sama weszła za kraty, a potem nie mogła wyjść. Usiadła na pryczy pełna wątpliwości.

Patrzyła na kobietę, która została zwolniona i z jedną ręką wolną dumnie kroczyła za funkcjonariuszem po drugiej stronie szyby, ku przedniej części budynku, gdzie zaraz miała dostać z powrotem ubrania i wyjść na zimową ulicę.

Zou Lei zjadła kanapkę z mortadelą i robiła przysiady w celi, przy toalecie.

Stały w kolejce do pracownika socjalnego, który spytał ją, czy ma jakieś choroby weneryczne. Wyjaśnił, o co mu chodzi. Myślała, że o AIDS. Nie, odpowiedziała.

Czy jest pani w ciąży?

Pokręciła głową.

Czy wie pani, jaki dziś mamy dzień?

Pokręciła głową.

Wtorek. Czy mówi pani po angielsku?

Pokiwała, a potem pokręciła głową.

Czy należy pani do jakiegoś gangu?

Nie wiedziała. Nie.

Oznajmiła, że chciałaby wiedzieć, czy spotka się z nią prawnik. Nikt nie wyjaśnił, o co jest oskarżona ani na jakiej podstawie jest przetrzymywana. Kiedy próbowała zapytać, co ją czeka, funkcjonariusz kazał jej się cofnąć i wrócić na swoje miejsce w pokoju.

Latynoski zawiązały dla wzajemnej ochrony gang, który nazywał się Niñas Malas[1]. A ty kto jesteś? – dopytywała biała kobieta z włosami w strąkach. Ktoś rzucił: Al-Kaida. Jestem Chinką, wyjaśniła Zou Lei. Zmoczyła włosy w umywalce i związała w kitkę, żeby nieco zmienić swój wygląd.

Nie lubiła ćwiczeń w celi. Kiedy była sama, jej umysł wywracał się na drugą stronę jak rękawiczka. Kręciła się w tę i we w tę, a godziny mijały. Pewnego razu wróciła myślami do fabryki tarczy do sprzęgieł, gdzie przedtem pracowała – miała przed oczyma oraz w uszach tamtejsze rozmowy o tym i owym. Mówili: pamiętasz tę dziewczynę? Co się z nią stało? I wiedziała, że to ją mają na myśli. W jej wyobrażeniu niebo było tego dnia niebieskie i czuć było asfalt i pole, i wózek z jedzeniem.

Któraś z latynoskich dziewczyn zapytała: Ogarniasz? Ej ty, ogarniasz? A Zou, zamiast je zignorować, spojrzała w ich kierunku i powiedziała: Nic nie ogarniam. Udawała, że ich nie widzi, ale była przerażona. Strach narastał i zanikał jak sygnał radiowy. Kiedy całkiem minął, wróciły mdłości. Podniosła słuchawkę telefonu, posłuchała sygnału, odłożyła ją z powrotem, wyjrzała przez szybę i czekała, aż ktoś przed nią przejdzie. Jej nudności brały się z ograniczonej przestrzeni sali. Nie wytrzymam, pomyślała. Od czasu do czasu pojawiały się funkcjonariuszki w zielonych mundurach. Niekiedy przechodził funkcyjny z bródką, a jego twarz wyrażała pewność siebie. Kobiety odskakiwały wtedy od stolika turystycznego i śpieszyły do szyby, waliły w nią i pokazywały mu coś na migi.

Od samotności bolały ją oczy. Kiedy je zamykała, po twarzy spływały jej łzy.

Później tego samego sztucznego dnia stała z innymi więźniarkami, które rozmawiały na schodach, zgromadzone wokół zdecydowanej młodej dziewczyny podkreślającej znaczenie swoich słów uderzeniami pięści o dłoń. Zou podeszła na tyle blisko, na ile mogła, i starała się słuchać. Dziewczyna opowiadała, że dostała trzydzieści lat za napad z bronią w ręku.

On miał broń, a ja byłam z nim.

99 problems.

Powaga. Samo życie.

Zostajesz tu? – odezwała się Zou Lei.

Pozostałe spojrzały na nią, a potem na tę od napadu, czekając na jej reakcję.

Czy zostaję? Nie, przeniosą mnie do więzienia stanowego.

Po chwili dziewczyna, jakby naburmuszona, zeszła ze schodka, na którym siedziała, i oddaliła się od reszty. Zou Lei zbliżyła się do niej i zadała pytanie, które ją męczyło.

Deportują cię, oceniła dziewczyna. Nie wiem, może posadzą cię w Uncasville.

W końcu Zou Lei dostała swoją odpowiedź: Nikt nie wie, co z tobą zrobią.

Co mogło ją czekać?

Pewnie posiedzisz z rok. Na dźwięk tych słów Zou Lei skupiła uwagę.

Rok, a dalej?

A dalej zdecydują, co z tobą zrobić.

Okej, odpowiedziała. A co ze mną zrobią?

W tym rzecz. Mogą zrobić, co chcą, przez twój status.

Mogę siedzieć tam całe życie?

Sporą część. Weź na przykład Guantánamo.

Jak się dowiedziała, to nie było wszystko. Dopiero początek. Każdy funkcjonariusz może pociągnąć cię za ramię na długi spacer na drugą stronę więzienia. Może wprowadzić cię do pralni pełnej funkcyjnych, mężczyzn. To wasza nowa pomocnica. Zostawić wam ją? Poczeka, aż obleje cię zimny pot. Żartowałem! Posrałaś się w gacie? Masz ochotę się przekonać? I odprowadzi cię do skrzydła dla kobiet. Po drodze powie: Założę się, że teraz będziesz grzeczna. Może zamknąć cię w łazience i wrócić po ciebie później. Jak będziesz stawiać opór, wolno mu rzucić się na ciebie, złapać jak mężczyznę, walnąć twoją głową o podłogę, porazić cię paralizatorem, a jak się będziesz czołgać, powlec za nogę, mimo twoich krzyków, pod okiem kamer rejestrujących wszystko czarno na białym, przywiązać pasami do krzesła, założyć płócienną torbę na głowę i zostawić cię tak nawet na dwanaście godzin, błagającą o wodę. A może liczyć te godziny, jak mu się spodoba. Pracownik socjalny spojrzy na śliwy pod twoimi oczami i spyta: I po co było się stawiać strażnikom? A w formularzu wpisze „postawa aspołeczna”. Dołożą ci odsiadkę do wyroku, kiedy go wreszcie dostaniesz, żeby mogli się poczęstować większym kawałkiem twojego życia. Potrzebują tylko pretekstu. Będą cię gwałcić, aż zaczniesz zachowywać się w określony sposób, a nawet wtedy mogą w każdej chwili przydybać cię w pralni. Robili to małym pół-Indiankom z gangów meksykańskich. Jeśli będziesz za dużo potem płakać, dostaniesz trazodon. Zawiozą cię na górę przywiązaną do noszy i postawią na korytarzu.

Każda osoba złapana przez imigracyjnych jest winna pogwałcenia Patriot Act. W wypadku podejrzenia o terroryzm robi się naprawdę ciekawie. Na górze jest cela, z której nikt nigdy nie wrócił. Chyba że coś przeoczyła?

Pokazali jej, co się działo na górze, w celi, z której nikt nigdy nie wrócił. Pracowali tam nad pewnym projektem. Na pryczy leżała kobieta. Funkcjonariusze nam ją zostawili, a myśmy się nią zajęły. Tuż po jedenastym września umieścili ją w celi z jakąś piętnastką kolesi. Naprawdę była z Al-Kaidy. Nie wiem, jak mogli dać radę, bo jest paskudna. Popatrz na nią. Jest stara. Zou Lei spojrzała na kobietę. Nie umiała stwierdzić, czy tamta oddycha. Powiedzieli, że jest Libanką, matką. Zabrali jej męża samolotem z New Haven na przesłuchanie w Syrii. Na ścianach – wyschnięte odchody. Miała czarne stopy, twarz okalały splątane, siwiejące włosy. Kobiety rzucały w nią papierem toaletowym. Zużytymi tamponami. Jakaś czarna dziewczyna krzyknęła: Ohyda. Ale cuchniesz! – i wybiegła, rechocząc.

Kobieta nie mogła się ruszać ani mówić. Amerykanie odsłonili jej głowę, leżała z twarzą zakrytą rękami.

Zou Lei chciała iść.

Boisz się? – spytała współosadzona. Nie mam ci tego za złe.

Na północnym zachodzie widziała mężczyzn leżących pod młodymi drzewkami na starej jak świat ulicy w pustynnym mieście, gdzie dorastała. Ponad domami z gliny wznosiła się kopuła meczetu. Leżeli bezpośrednio na kamieniach, przodem do krawężnika, z twarzami spalonymi słońcem. Wciąż mieli na głowach czapeczki – kufi. Niektórym sandały zsunęły się ze stóp i leżały metr dalej. Ulica prowadziła pod górę, do meczetu, i kiedy Zou była mała, zanim dowiedziała się, co to heroina, myślała, że ci mężczyźni wspinali się na wzgórze do świątyni, ale zmęczyli się po drodze i ułożyli do snu.

Bóg z tobą, powiedziała do kobiety.

[1] Hiszp. „złe dziewczyny” (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

2

Jeśli – stojąc pod meczetem – obejrzało się i spojrzało w dół, można było zobaczyć koniec miasta, ostatnie kamienie muru, a dalej żwir, czerwony piasek i zaczynającą się w oddali pustynię. Ziemia uciekała spod nóg i nagle otwierał się widok na ośnieżone szczyty gór na widnokręgu. Aż chciałoby się rzucić w tę przepaść i pofrunąć ku górom, wyraźnie widocznym w przejrzystym powietrzu.

Zanim z meczetu rozbrzmiało wezwanie do wieczornej modlitwy, słychać było tylko pustynny wiatr. W sadach było cicho. Wózek zaprzężony w osła przetoczył się obok, klap-klap-klap, lejce trzymał opalony staruszek, który woził z tyłu arbuzy, brzoskwinie albo swoje córki. Z niektórych części miasteczka dochodziły odgłosy młotków druciarzy. Na zachód od sadów stały kamienne szopy, na palenisku trzaskał ogień, a chłopak w białym kufi, nagi od pasa w górę, dął w miechy i uśmiechał się, a zęby błyszczały mu z przyprószonej węglem twarzy.

Jej matka zbierała arbuzy w sadzie przy kanale nieopodal budującego się odcinka szosy. Było tak cicho, że dało się słyszeć brzęczenie muchy, uderzenie owocu o wózek, skrzypienie pojazdu, kiedy ruszał długouchy osioł. Kobiety pracowały w kolczykach i kwiecistych chustach na głowie. W południe modliły się na dywanikach. Pracowały powoli w pustynnym skwarze, a ich pot błyskawicznie wysychał. Chodziły do kranu przy błocie, piły wodę z cynowego kubka i śmiały się podczas rozmów, jeśli zgromadziło się ich więcej.

Miasto znajdowało się przy drodze, która prowadziła z pustyni na zachód. Ciężarówki przyjeżdżały z Aksu i wracały załadowane owczymi skórami. Pamiętała zapach tych zwierząt, ich nawozu, dymu z ogniska, ludzi wykładających na poboczu to, co mieli na sprzedaż, różowe sandały z plastiku, które kupiła jej matka, oraz brudne stopy. Grę w piłkę nożną na gliniastej ziemi obok przystanku autobusowego.

Kiedy przyjeżdżały ciężarówki, wybiegała na skraj drogi, żeby zobaczyć, kto ich odwiedził. Pewnego dnia to będzie on, wiedziała – miała nadzieję i o to się modliła – bo tak jej powiedziała matka. Jak Bóg da. Czasem na pace samochodu z niebieską szoferką jechały żywe owce. Czasem jakiś żołnierz albo Mongoł w znoszonych wojskowych ciuchach lub dzwonach schodził w dół albo przykucał w półcieniu, żeby zjeść szaszłyk jagnięcy, a Zou Lei kręciła się w okolicy i obserwowała.

Czy jesteś z daleka?

Jakiś dorosły mężczyzna; ignoruje ją, zezując tylko z ukosa. Czasem mruczy coś i podnosi utłuszczony podbródek, patrząc w dal. Odgania muchy albo nie zwraca na nie uwagi. Słońce odbijające się od glinianych domów wzdłuż drogi, jedynej rzeczy wzniesionej ludzką ręką, a wszędzie wokół olbrzymia ziejąca przestrzeń.

Północny zachód był terytorium wędrownych plemion pasterskich, które nie uznawały granic międzypaństwowych. Handlowały owcami i końmi i znały nawzajem swoje języki. W winnicach hodowali owoce. Ich określeniem na człowieka było słowo adam. Na jabłko – alma. Jedwab, jurta, wielbłąd i chan brzmiały tak samo po uzbecku i ujgursku. Tybetanki w czarnych kapeluszach kowbojskich i z finkami opuszczały Qinghai pieszo, dźwigając koce i wyroby ze srebra na sprzedaż. Nie dawały się tknąć. Zmarli z rodziny jej matki leżeli na Syberii.

Piosenki również były te same. Dziewczyny z łańcuszkami monet na głowach śpiewały, tańcząc dokoła, oglądając się przez ramię.

Słońce odbite od złotej ziemi, śnieżne szczyty gór – Afganistan w rozpalonym powietrzu – ani chmurki – muzyka baranów – cudownie czysty błękit nad tą częścią świata. Bóg jej matki w górze, nakazujący strumieniom spływać z ośnieżonych gór, by łąki i winnice mogły się zielenić – pasące się kazachskie konie!

Rosyjskie budownictwo w Kuldży miało europejski charakter – białe kolumny jak pałace we Francji, ale nad czubkami drzew iglastych jaśniała kopuła meczetu. Lud jej matki przybył ze stepów, zanim Chińczycy, którzy nadeszli ze wschodu, wszystko skolektywizowali.

Chińczycy zamknęli granicę. Dla dobra ogółu wybrukowali szosę i zawiesili czerwone sztandary oraz plakaty. W prowincji Ałtaj założyli plantacje bawełny. Nomadzi zostali zmuszeni do ograniczenia handlu. Na życzenie Chińczyków stali się chłopami i pracowali przy zbieraniu bawełny. Wszystko to dla ich własnego dobra. Jesteśmy jedną wielką rodziną. Aby udowodnić, że to prawda, nomadzkie dziewczyny mogły liczyć na sto dolarów, jeśli rozwiodą się ze swoimi mężami i poślubią Chińczyków. Nowe głośniki zamontowane na prastarych budowlach w pustynnych miastach oznajmiały, że jesteśmy bardzo szczęśliwi. Zostaną wydane kartki na różne towary. Separatyzm jest poważnym przestępstwem.

Pustynią przejechał konwój. W środku przemieszczała się duża platforma z jakimś elementem do budowy rurociągu naftowego. Reszta pojazdów była w barwach maskujących, z tyłu siedzieli w nich żołnierze. Konwój jechał prędko, wzniecając tumany kurzu, nadjeżdżał ku osadzie, nie zwalniając. Ludzie sprzedający przy szosie pieczywo i wodę zeszli mu z drogi. Zou Lei, wówczas pięcioletnia, rozdziawiła usta, z których wyrwało jej się „och”, i zbliżyła się, wypatrując żołnierzy w metalowych hełmach, mknących wśród warkotu silników.

Starsza dziewczynka podbiegła do Zou, odciągnęła ją od drogi i przytrzymała, aż kawalkada przejedzie. Pył dotarł do nich i opadł. Dziewczynka wzięła ją za rękę i zaprowadziła do jednego z glinianych domów z szarego pustynnego drewna, krytych strzechą.

Bawiła się za blisko drogi, więc ją skarciłam. Przejeżdżała wielka ciężarówka.

Słyszałam ją, odparła matka Zou. Stała przy stole w częściowo oświetlonym wejściu i robiła lagman. Słońce w plasterkach kładło się na blacie. Wyrabiała ciasto, zwilżając ręce wodą z niebieskiego plastikowego kubka.

To była największa ciężarówka na świecie. A ona chciała pod nią wpaść.

Jak to?

Chciała do niej wsiąść. Leciała do niej i gdybym jej nie złapała, wbiegłaby prosto pod koła.

Matka Zou Lei spojrzała na córkę.

Coś ty zrobiła? – spytała ją, po czym zwróciła się do dziewczyny: Przylałaś jej?

Dałam jej po nodze.

To zrób to jeszcze raz tak, żebym widziała. Nie w ucho, tylko po nodze.

Dziewczyna uderzyła Zou Lei w nogę w wyblakłych pomarańczowych spodniach.

Musisz się bardziej postarać. Tego to nawet nie poczuła.

Dziewczyna wymierzyła Zou mocnego klapsa w pośladki, aż ta podskoczyła, zrobiła dwa kroki i wyciągnęła rękę do tyłu, żeby się osłonić.

Więcej tak nie rób! – przykazała dziewczyna.

Zapamiętaj to sobie! – potwierdziła matka.

Powiedziałam jej, że ojciec jest na stepie, z wojskiem. Nie na ciężarówce. Gdyby był na ciężarówce, toby zszedł. Poza tym musiałby poprosić swojego przełożonego o przepustkę na spotkanie z rodziną. Gdyby nie mógł dostać przepustki, pomachałby chociaż, żebyś mogła to zobaczyć. Na tyle pozwoliliby mu w wojsku: na pomachanie.

Matka zmoczyła dłonie i zaczęła formować ciasto w wałek.

Pobawisz się z nią, dobrze? Albo pośpiewaj jej może. Umiesz już coś zaśpiewać?

Śpiewać nie umiem, ale potrafię trochę tańczyć, odpowiedziała dziewczyna.

Poruszała rękami, złączywszy czubki palców, obracała przegubami, jej dłonie falowały.

Tylko tyle potrafię.

Próbowała nauczyć Zou Lei, ale ona nie miała na to ochoty.

Pobawmy się, że jestem wilkiem, zaproponowała Zou.

Po południu dziewczyna sobie poszła, a matka Zou Lei odpoczywała na dywanach. Były same w mieszkaniu, na ogniu gotowały się kluski. Zou Lei podczołgała się do matki, żeby pobawić się jej włosami. Matka odgoniła od nich muchę. Przez pewien czas grały w wymyśloną grę: trzymały się za ręce, matka pytała: Gdzie jest chleb i sól? Jest w górach. Jest w rzece. Jest z końmi na pastwisku.

Światło zrobiło się pomarańczowozłote, a upał zelżał. Obie wsłuchiwały się w warkot kolejnej ciężarówki, która przejechała drogą. Matka odsączyła kluski, żeby przestygły, zanim zjedzą je z zieloną papryką i cebulą.

Zrobiło się ciemno, a przez szpary w dachu prześwitywało niebo. W przedpokoju widać było słońce zachodzące nad górami, jego promienie godziły prosto w oczy, przebiegłszy krańce pustyni spowitej granatowym mrokiem.

Kiedy zbierałam bawełnę, do jedzenia mieliśmy tylko zupę, powiedziała matka. To było, zanim się urodziłaś. Wtedy wciąż jeszcze byłaś ukryta w torbie na bawełnę twojego taty. Zapytał, czy chciałabym cię urodzić. Powiedziałam, że tak, i dał mi ciebie. Chodź, zjedz kawałek – matka miała brzoskwinie, które zebrała przy drodze – dobrze je wyszorujmy. Nie jedz z piachem. Siadaj no tu. On niedługo wróci. Jak Bóg da. Opowiedzieć ci coś? To słuchaj.

Czy wiedziałaś, że jest miejsce lepsze od wszystkich innych? Dobrze, opowiem ci o nim. Po pierwsze jest daleko, z dala od bandytów i wilków. Szmat drogi stąd, dobre trzy miesiące jazdy konno. Urzędnicy nikomu o nim nie mówią, ponieważ chcą je mieć dla siebie. Ale ludzie i tak wiedzą, że istnieje. I tam wszyscy się cieszą. Spędzają całe życie na zabawie i śpiewie, więc dlaczego by nie mieli się cieszyć? Nikomu nic nie brak, każdy ma to, czego potrzebuje, buty, ubrania i ładną czapkę. To miejsce błogosławione przez Boga, w zielonej dolinie za górami i rzekami. Stada się pasą, winogrona rosną w winnicach, a latem ludzie jadą do modrzewiowego lasu, gdzie panuje chłód. Polują, ile chcą, a potem wracają na dół, gdzie słońce świeci na zieloną trawę. Wystarczy, że wyciągniesz dłonie, a jeżyny same ci w nie wpadną. Powietrze przepełnia słodka muzyka zięb siedzących na drzewach. Każdy dostaje jogurt, śmietanę, mleko, chleb i mięso – ile dusza zapragnie. Ogień strzela, tłuszcz skwierczy, a na garnkach podskakują pokrywki. Nie trzeba tam być bogatym. Jeśli ktoś czegoś chce, to zaraz to dostaje. Wystarczy powiedzieć: Życzę sobie chleba! – a bochenek wyskakuje wprost z pieca. Tak się tam ma sprawa z jedzeniem.

Kobiety są piękne jak gwiazdy na niebie, według przysłowia – policzki mają jak rumiane jabłuszka, a cerę jasną jak mleko. Siostra i kuzynka ramię w ramię idą zbierać kwiatki, a chłopcy patrzą na nie tęsknie, słuchając ich śmiechu niczym głosu skowronka. Mężczyźni cały czas śpiewają i zalecają się do nich. Wystarczy, że dziewczyna upuści grzebyk na ziemię, a dwudziestu mężczyzn walczy o to, by móc go podnieść. Ledwo ziewnie, od razu dają jej cień i wzywają wiatr, żeby ją ochłodził, wołając: Wiej, wietrze, wiej! Cóż, wszystko pięknie, ale kto za mnie wypieli ziemniaki dla matki na kolację, kiedy ja tak sobie leżę? – mówi ona i zaraz mężczyźni padają na ziemię, żeby plewić.

Kiedy tak wszyscy jedzą i się bawią, gra muzyka, są tańce i śpiewy, wszystkim lekko na sercu. Przez cały dzień mężczyźni rywalizują w jeździe konnej, biegach i zapasach. Są tak ładni i dzielni, że każdy nadawałby się na księcia. Galopują po stepie w tę i z powrotem, jak błyskawice przemierzają go raz za razem, a ludzie wstają i wiwatują jak jeden mąż. Na całym stepie gości szczęście. Wyobraź sobie tylko ten donośny głos tysięcy ludzi naraz, jak niesie się po całym świecie. Sprawia, że na wszystkich zboczach gór zakwitają żółte i czerwone maki, a śnieg ze szczytów topi się z podziwu i spływa rzekami.

Jeśli jakiś urzędnik żąda zapłaty podatku, mówisz mu: za tydzień! – a on przyjmuje tę odpowiedź i notuje w księgach. Jeśli nie, to pokazujesz mu włos na swojej głowie i mówisz: Nawet tyle nie dostaniesz – a on odchodzi jak niepyszny. Bramy więzień są otwarte na oścież, a skazańcy wychodzą ze śpiewem i podziękowaniami na ustach, po czym wracają do swoich bliskich.

Matka Zou dotknęła jej twarzy w ciemnościach.

Śpisz?

Nie spała. Choć dostrzegały gwiazdy przez dach, siebie nawzajem już nie. Nocą znikały dywany, powierzchnia, na której siedziały. Łatwo było sobie wyobrazić, że znajdują się nad przepaścią i że niemądrze byłoby się poruszać, dopóki słońce nie wstanie i nie przyniesie znów ze sobą ziemi. W nocy Zou Lei budziła się i wydawało się jej, że dom jest pusty, a wtedy słyszała jakiś dźwięk, pojawiała się wstążka nocnego nieba, matka zaś wracała z drogi, na którą wyszła w przekonaniu, że podjechała ciężarówka.

Opowiedziała Zou Lei historię o dziewczynie, której ojca porwała wiedźma. Jedynym sposobem, by go odzyskać, było udanie się na zachód. Matka Zou zmieniła pozycję i mówiła rękami, opisywała nos czarownicy, długi jak kiełbaska. Na zewnątrz niebo zaciemniały chmury burzy piaskowej. Rano czyściły dywanik, wytrząsały piach z włosów, szły do kranu i myły stopy przed modlitwą, matka z rękami na twarzy poruszała ustami z zamkniętymi oczyma.

Matka powiedziała jej, że Mądra wzięła siedem nasion morwy i zasadziła po jednym na każdej z pustyń, które przemierzała. W ciemności Zou Lei widziała żwirowate wzgórza, wąwozy i jaskinie, miejsca takie jak księżyc, wyschła rzeka, bezkresne zarośla, złota pustynia. Mądrą polubili nawet bandyci. Jedna pustynia była ze szkła, inne z żelaza – matka gestykulowała. Mądra zdarła buty. Wędrówka trwała siedem lat. Skończyły jej się nasiona i woda w bukłaku z owczego pęcherza. Żelazna pustynia poraniła podeszwy jej stóp, aż popłynęła krew i zagotowała się na gorącym metalu. Ale Mądra szła dalej, ufna w Boga, aż oślepiło ją słońce. Poczuwszy zbliżającą się śmierć, położyła owczy pęcherz na kolanach i uderzała w niego jak w bębenek, śpiewając: Odtąd jestem duchem. Bębniła tak przez siedem dni. Na niebieściuchnym niebie pojawił się ptaszek i rzucił na nią swój cień. Dopóki śpiewała, leciał z nią i przemierzali step jak wilki. Dotarli do czystej błękitnej rzeki, do której Mądra wskoczyła, a kiedy z niej wyszła, odzyskała wzrok i ujrzała Kotlinę Fergańską.

Ojciec wrócił do domu. Nikt nie spostrzegł, że nadchodzi – usłyszeli jego głos przy drzwiach i oto on – jak nierzeczywisty. Wziął ją na ręce i przytulił. Mama upuściła kosz: O Boże! Wciągnęła go do domu. Pachniał benzyną. Coś ci ugotuję. Bogu niech będą dzięki! Złapała go za ramię i wytarła oczy brudnymi, ogorzałymi palcami.

Nie płacz. Nie masz się czym martwić. Patrz! Uśmiechnął się, wyjął z kieszeni wojskowej bluzy kartki i wręczył je matce. Mąka, olej, ziemniaki – wszystko dla nas, ha!

Wciągał do środka swój worek z bagażem, a Zou Lei patrzyła, jak pręży się jego ramię.

Wyprały jego rzeczy w kanale obok sadu. Zou Lei i jej mama wyżęły jego mokry zielony mundur.

Matka dała jej nóż i ziemniaka do obrania.

W ten sposób, powiedział spalony słońcem chiński tata i pokazał jej, jak usunąć skórę, żeby powstała jedna nieprzerwana spirala. Wykopał za domem dół saperką i zabił kozę.

Poproś mamę o miskę.

Powiesił purpurowo-białe mięso wysoko z tyłu domu; zawsze pracował, nawet kiedy miał wolne, z papierosem w ustach i z solą wysychającą na koszuli.

Na pustyni Takla Makan trwało lato. Zostawiali herbatę na noc w czajniku, żeby ostygła. W ciągu dnia niebo było czyste, powiększało jak lupa góry w oddali i wieczny śnieg na ich szczytach. Prędkie parowanie sprawiało, że pustynia wydawała się mniej gorąca. Dorośli przycupnęli na drewnianych stołeczkach przed drzwiami i pili herbatę zaparzoną poprzedniego popołudnia. Zerwał się wiatr i przyniósł tumany pyłu, które toczyły się drogą jak gigantyczne postacie w sukienkach.

Zou Lei porzuciła zabawę.

Wieje coraz mocniej.

Na to wygląda.

Ojciec zabrał swój stołeczek.

Chodź.

Weszli do domu i pomogła mu zamknąć drzwi.

Będzie burza! – zaśmiała się matka.

Drzwi stukały, ojciec podparł je stołem, ale nic to nie pomogło. Kiedy burza piaskowa smagała domy, zapadła ciemnogranatowa noc. Zapalili lampę i odsunęli jedzenie od dziur, przez które wdzierał się wiatr. Matka podzieliła chleb na trzy porcje.

Jedz, tylko się nie poparz.

Chleb był gorący. Zou Lei przytuliła się do opalonego ramienia ojca.

U nas w wojsku mówimy: nie guzdrz się. Guzdrała zmywa gary.

Jesteś powolny?

Ja? Nie. Czemu pytasz?

Sama nie wiem. Próbowałam sobie wyobrazić swojego męża myjącego gary.

Twoja mama lubi myśleć.

Tak, lubię. Myślę bez przerwy.

Ja za to niespecjalnie dużo.

Och, byłbyś pierwszym mężczyzną, który tak mało myśli.

Nie, ja po prostu wykonuję rozkazy.

Ach, jesteś jedyny w swoim rodzaju!

Drzwi przestały walić. Nadszedł późny wieczór. Lampa nadal rzucała czerwone światło zza kotary. Z krótkimi włosami żołnierza i z umięśnionymi kończynami ojciec wyglądał jak tygrys. Opowiadał im o swojej pracy. Nad górskim stawem było płasko i dziwnie. Jego pułk obozował tam, gdzie kończyła się Żółta Rzeka. Nosimy strzelby, ale łopaty również. Praca przy rurociągu jest jak praca w kopalni, ale choć niebezpieczna, przykładamy się do niej, żeby nasz kraj mógł iść naprzód. Pewien Kazach chciał oddać mu swojego konia, żeby zakończyć spór o trzodę, ale ojciec Zou, żołnierz, nie chciał go wziąć. Jesteśmy po to, żeby służyć ludziom. Nie wiedział, że był jednym z nas, ale był. W ludziach mieszczą się wszyscy. No więc potem przyprowadził swoją córkę w ładnej sukience, a wszyscy chłopcy śmiali się ku mojemu zakłopotaniu. Czy była bardzo ładna? – spytała Zou Lei. Ojciec wziął ją na kolana, a ona słuchała głosu rezonującego przez pierś. Matka półleżała z boku, łowiąc słowa męża, a kwiaty na jej sukience przechodziły w ptaki na dywaniku pod jej stopami.

Zou Lei poszła z ojcem pobiegać – klapała różowymi sandałami, a on odwrócił się i truchtał tyłem w dół wzgórza. Poważnie podchodził do uczenia córki. Za miejscem, gdzie zatrzymywał się autobus, teren robił się płaski.

Ojciec podciągnął się na poręczach, pohuśtał się, wyprostował nogi, po czym zaczął unosić się i opadać na rękach. Zeskoczył. Pamiętała dźwięk uderzenia jego butów o ziemię. Wszystko wychodziło mu tak zgrabnie i łatwo. Otrzepał dłonie i podsadził ją na poręczy.

Gdy była w górze, widziała jego opaloną twarz, krótką żołnierską fryzurę, czuła zapach papierosów, potu wysuszonego przez pustynię – białe kryształki soli pośrodku jego klatki piersiowej. Różowy sandałek spadł jej z nogi. Spojrzała na majtającą się stopę. Nie patrz w dół, poradził, asekurując ją. Bała się, ale z jego pomocą dawała radę się utrzymać. Chustka zsunęła jej się z głowy. Trzymaj się rękami. Podnosił ją i opuszczał, a ona się podciągała. Ha, Ha! – zaśmiała się. Udało ci się. Postawił ją na ziemi. Przeskakiwała z nogi na nogę, żeby nie dotykać rozgrzanego betonu, i trzymała się taty. Założył sandał na jej brudną stópkę. Dobra robota, żołnierzu! – orzekł. Schylił się po chustkę.

Wszystko się układa, powiedział. Krok po kroku. Matka miała całe ręce w mące, piekła chleb w glinianym piecu, który ojciec własnoręcznie postawił przed ich domem.

Melony, brzoskwinie, jabłka, migdały, daktyle, czekający w cieniu Ujgurzy, czekający na pracę, czekający na odrobinę wody, a nad dachami – minarety. Zou Lei zmrużyła oczy. Miała pieczywo w reklamówce. Podjechał autobus, a chmura pyłu się rozwiała. Wysiadły opalone kobiety w chustach i z pieniędzmi w rękach. Po ile chleb? Zou Lei chowała do kieszeni ułamki dolarów.

Patrzyła, jak nad pradawną ulicą wieszają czerwone transparenty, żołnierze przejeżdżają przez wioskę, a bose dzieci wychodzą z powrotem na drogę. Chińscy aktywiści – w okularach, czapkach roboczych i butach z tworzywa, z rękami schowanymi za plecami – pozowali na pustyni do zdjęć robionych przez innych ludzi, którzy wyglądali dokładnie jak oni, za to ani trochę nie byli podobni do swoich ojców, na dowód, że są tu od dawna i odnieśli sukces.

Głośnik krzyczał: Zacofaniu powiedzmy nie! – i rozbrzmiewała triumfalna fanfara. Widziała walkę o zwierzęta hodowlane. Jakiś mężczyzna uderzył sąsiada, wrzucił jedną z owiec na ciężarówkę, a pozostałe doskoczyły do niej, zwabione beczeniem. Po ulicy rozszedł się zapach palonego drewna i kebabu jagnięcego. Pociekła jej ślinka. Sandały rozpadły się od kopania w piłkę i dostała za to lanie od mamy.

Po tamtej stronie jest Rosja, tłumaczył ojciec. Tam kraje muzułmańskie. A po drugiej stronie są Chiny. Zapalił papierosa. Rosyjscy żołnierze są dobrzy, mają nowoczesny sprzęt. My jesteśmy po to, żeby bronić tej granicy przed Rosjanami. Muzułmanie mają przestarzałą armię. Są z nich kiepscy żołnierze, bo czują się zbyt niezależni. Podczas wojny potrafią się wycofać i iść pilnować stada. Ameryka ma najlepsze wyposażenie, to najbogatszy kraj. W Ameryce każdy szeregowiec ma samochód. U nas na samochód stać tylko generała. Mamy sprzęt średniej jakości, ale niezbyt zaawansowany. Nasza siła tkwi w populacji. Warunki się powoli poprawiają. Żeby zwyciężyć, trzeba wszystko zrównoważyć. Jak w zapasach – jeśli jestem za słaby, daję się wypchnąć poza matę. Jeśli jestem za silny, sam z niej wypadam. Należy trzymać się środka. Chiny są w środku, czyli jak trzeba. Za trzydzieści, czterdzieści lat będziemy w stanie pobić Amerykę lub Rosję.

Autobusy zwoziły Ujgurów z zachodu, w tym także z Fergany. Fryzjer wystawiał krzesło niedaleko drogi. Zou Lei patrzyła, jak przesuwa otwartą brzytwą po tyle głowy jakiegoś mężczyzny, kępki włosów spadają na ziemię, a wiatr znosi je pod krawężnik. Panowie siedzieli w kółku. Podnosili opalone ramiona i rzucali jej monety. Jesteś z krainy mlekiem i miodem płynącej, mówiła do nich. W kufi na głowach, gładko ogoleni, zapatrzeni w nieskończoność, jedli chleb od jej matki. Kto ci tak powiedział? My wszyscy zbieramy bawełnę w Ferganie. Tak nam każą. Idź i powiedz to swojej matce.

Jak daleko umiesz pobiec, tato? – spytała ojca.

Biegiem czy truchtem? – dopytał. Bo jest różnica.

No, do tych gór.

W sensie: niekoniecznie biegiem, ale czy dam radę dojść tam piechotą?

A dasz? Ktokolwiek da?

Myślę, że tak. Jak się ma samozaparcie. I wystarczająco dużo wody.

Dekada dobiegła końca i nagle zaroiło się na ulicach. Ich sąsiedzi znikli. Alani nie przyszedł do szkoły. Piłkę nożną uznano za fundamentalistyczną, więc przestali grać. Rzucali nią do kosza. Ojca zmobilizowano i wyjechał.

–––––

Weź to, powiedziała matka i podała jej pilaw, żeby zaniosła go przed budynek, gdzie jedli ich klienci.

W bocznych uliczkach chłopcy bawili się w zapasy. Tyson! – krzyczeli. Cegły z gliny poznaczone były arabskimi graffiti. Rambo to ja!

Dziewczyna rzucała w nią kamieniami. Twoja matka ma za męża brudnego świniożercę.

Kierowcy ciężarówek przyjeżdżający z Gilgitu opowiadali o tym, co widzieli. Zamawiali kluski na zimno i piwo. Jakiś karamajczyk zerwał kapsel zębami. Przemytnikom ucinają tam głowy. Pastę z opium chowa się zwykle w piecach chlebowych. Po tej stronie wsadzają cię tylko do gułagu, nic więcej. Członków gangów i separatystów. Wyobraź sobie, że nie możesz się odzywać przez pięć lat. Nie widzieliście szybów naftowych na pustyni? Widziałem, jak ciągną kawał rurociągu, dość duży, żeby w nim zamieszkać. Wszędzie naokoło stacjonuje wojsko. Mają wszystko, czego zapragną. Dostają dziewczyny z wiosek. Mają dla siebie namiot i lekarza, który dba o ich zdrowie.

Przyniosła im więcej piwa. Zaczęła się burza piaskowa, więc weszli do środka i usiedli na dywanach. Zamówili jogurt i wódkę. Zawołali jej matkę.

Ile ma lat?

Idź do kuchni i nie wychodź.

Kiedy przyszło zawiadomienie z pułku, czekały na słońcu od jedenastej dwadzieścia do drugiej czterdzieści, kiedy to pracownicy poczty mają oficjalną przerwę. W tym czasie Chinka i jej koleżanki w pielęgniarskich czepkach jadły pierogi, wachlowały się i rozmawiały za zakratowanym oknem. Matka siedziała na krawężniku i trzymała się za głowę. Kiedy krata się podniosła, weszły do środka. Jedna z kobiet w czepku powiedziała, że zawiadomienie oznacza śmierć kogoś z pułku.

Ale tu nie ma nazwiska, proszę pani. Może to nie on.

Może i nie. Chodzi o kogoś z pułku, wrzasnęła kobieta. Jak masz kogoś w pułku, to chodzi o niego.

Matka zaczęła głośno płakać.

Zawiadomienie trzeba podstemplować, wyjaśniono im.

Gdzie mam je podstemplować?

Kobieta wyrwała jej dokument, przystawiła pieczątkę i schowała.

Dlaczego mi pani tego nie odda?! – krzyknęła matka.

A co zamierzasz z tym zrobić?

Ale matka waliła w kraty, szarpała je i krzyczała, aż kobieta oddała jej papier. Na ulicy ktoś powiedział im, że mają pójść do takiego a takiego biura. Nikt nie wyjaśnił, jak zginął jej ojciec. W biurze dowiedziały się, że zawiadomienie jest konieczne do odbioru zasiłku, małego pliku różowych banknotów z bohaterskimi profilami, w tym ludzi z mniejszości etnicznych. Matka zwinęła je i wsadziła w pończochę, a Zou Lei zwiesiła głowę.

Teraz mieszkały w dużym mieście na zachodzie, tym razem bez ciężarówek, przegrane, i nie dawały sobie rady po odejściu ojca. Banknoty się rozeszły. Miała piętnaście–szesnaście lat i była głodna. Pisała do niego. Nosiła taką samą fryzurę, żeby jej o nim przypominała. Żołnierka we wszystkim, co robi. Koniec ze szkołą. Nie było kartek żywnościowych, chyba że kupiło się je od dzieciaków w dresach, sierot, które handlowały haszyszem. Sprzedawała różne rzeczy z rozłożonego koca. Taśmy magnetofonowe. Zmatowiały róg z jakiegoś tadżyckiego wesela. Ulicę oplatała sieć latarni, żeby można było kupować po zmroku. Od kolejnego stołu czuć było kozę pieczoną w całości. Grała w piłkę nożną, kiedy tylko mogła. Prezydentem Stanów był Clinton. Na śmietnisku za bazarem znalazła ułamany nóż i rzucała nim, jak najdalej mogła.

Była opalona, zarumieniona, łuszczyła jej się skóra na twarzy; miała siedemnaście lat. Wszyscy byli spaleni słońcem, grali w piłkę na krańcu alei Wyzwolenia, aż im się kurzyło ze starych wojskowych ubrań. Tarik był przy piłce, a ona biegła łukiem, jakby jakaś cienka linia trzymała ją z dala. Kopnął, a ona podbiegła, żeby przejąć. Nie ustawała w ruchu. Trafiła łokciem w twarz chłopaka, po czym walczyli o piłkę nogami jak dwie żerujące modliszki. Słońce było pełne jasnego, oczyszczającego zimowego blasku. Wszystko pachniało skórą, czymś kwaśnym, pyłem węglowym i nawozem. To był skraj miasta. Mur miał czterysta lat, a za nim rozciągała się pustynia.

Na krawężniku w wąskim cieniu jałowca przycupnęła zdziczała kobieta z dzieckiem, małym umorusanym chłopczykiem, który grzebał palcami w wykruszającym się bruku. Próbował wyciągnąć jedną z kostek, by znaleźć pod nią skorpiona.

Droga biegła znikąd, z pustyni, i była na tyle szeroka, by pomieścić cztery czołgi obok siebie. Teraz Zou Lei szła nią, dryblując piłką. Coś budowano, coś burzono, kamienie do budowy leżały w stosach. Wielkie bloki betonu, z których sterczało zbrojenie, wyglądały jak zęby wyrwane z ziemi, wykopaliska w prochu. Brzegi drogi się kruszyły. Szosa strzelała pod górę i nagle się urywała. W głębokim rowie zalegało morze opon, wśród których ktoś buszował, lustrując bieżniki.

Przestrzeń była długa i szeroka, ciągnęła się aż do ruchliwej części miasta przy dworcu kolejowym, do zbiorowiska brązowych autobusów u wylotu tunelu, znaków po ujgursku i chińsku, gdzie migranci szukali pracy i spali, gdziekolwiek było trochę cienia. Wśród starych domów z wypalanej cegły stały budynek służby bezpieczeństwa i areszt, pokryte kafelkami niczym łazienka wywrócona na drugą stronę. Słońce skrzyło się na iglicy górującego nad placem budowy meczetu. Daleko w dole była kopuła, wyczuwalna jak rosnący bąbel.

Czekała je kolejna przeprowadzka, tym razem w głąb kraju, do jednej z fabryk w Shenzhen, która wciąż potrzebowała nowych migrantów. Na zachętę obiecano Ujgurkom wsparcie finansowe. Powiedziano im, że to fabryka soków owocowych, ale mało to miało wspólnego z rzeczywistością. Pierwszą niepokojącą oznaką tego, że wpakowały się w kłopoty, była wilgoć na polach ryżowych – upał zupełnie różny od skwaru pustyni. Wszechobecna parność, brak linii horyzontu, monotonne pola przechodzące w niebo. Fabryka wytwarzała pochodne polietylenu i nie zapewniała sprzętu ochronnego poza maskami chirurgicznymi. Kto tylko podniósł głowę, od razu dostawał po niej od tajwańskiego szefa. Szef nie musiał płacić. Okazało się, że jesteś nielegalnym imigrantem we własnym kraju. Takie wielkie są Chiny.

Było im niedobrze, mdliło ich od jedzenia, bakterii w wodzie, od mięsa nieznanego pochodzenia leżącego na stołach wzdłuż utwardzonych dróg, od much i krwi. Żadnych imamów w okolicy; były za to ptasia grypa, malaria i schistosomatoza. Krzyk nad uchem, kiedy się przysypiało. Cucenie się wymierzanym sobie policzkiem. Strupy od rozdrapywanych ugryzień. Matka nie chciała jeść wieprzowiny. Kucały w wilgotnych latrynach w wiosce, obok innych dziewczyn. Ryby w stawach pokrytych kożuchem. Jadły rybę, kiedy udało się ją zdobyć, bo rolnik zdeptał żywego leszcza, który wypadł na zabłoconą podłogę autobusu. Matka musiała wracać na motorze robiącym za taksówkę, obejmując w pasie motocyklistę. Na ulicy były psy, zdechła koza na stercie śmieci, skąd wygrzebywały papier i plastik. Czasem jadły jagnięcinę, ale głównie kapustę, gotowały na okrągłych brykietach węglowych, które udało się zebrać, na wpół wypalonych. Przyrządzały gorczycę sarepską, ziemniaki, ryż i kości wszystkiego, byle nie świni.

Od pracy w fabryce – gdzie z trudem znosiły zamknięcie dla ich własnego dobra – dzielił je mały krok od zostania bez niczego i życia w brygadzie produkcyjnej, zbierania papieru i śmieci do recyklingu. Nie było mowy o opłaceniu matce wizyty w przychodni. Wiele dziewczyn zatrudniało się w barach karaoke, żeby śpiewać i pić z partyjnymi kadrami. Tymczasem Zou Lei o drugiej w nocy, pod plastikowym zadaszeniem, w świetle jeszcze działających żarówek zawieszonych nad niewybrukowaną ulicą wybierała butelki po piwie spośród styropianowych pojemników ociekających olejem chili i pałeczek jednorazowych, po czym szła kilometr błotnistą drogą, ledwie wyczuwając w ciemności ściany i chaty, aż do miejsca, gdzie zaczynało się pole ryżowe. Stosy gówna wyrzuconego przez rolników. Okropny smród w mroku. Postój, żeby odłożyć brzęczący ładunek, ona sama wśród błota, które prowadziło do wielkich połaci wody.

Mówili, że jeśli chcesz nieba, to nie wybrałeś najlepiej. Zawsze zostaje Ameryka, jeśli myślisz, że zdołasz tam dojść.

Spotkała matkę w tłumie idącym z meczetu. Poszły na Bulwar Wyzwolenia, gdzie chłopi, synowie nomadów, ciągnęli przez zniszczoną ulicę ogromne drewniane wozy. Ludzie z pustyni – ze złotymi zębami, chropowatymi dłońmi i twarzami. Mężczyźni w białych kufi i czarnych marynarkach, trzymający przaśne pieczywo na sprzedaż. Miski daktyli i orzechów, poprzecinane arbuzy, wisząca w górze czerwona flaga zarżniętego jagnięcia, szprychy kół przemieszane z nogami ludzi idących przez plac, przemieszane i zazębione na setce skrzyżowań. W późnopopołudniowym słońcu coś błysnęło z boku fontanny ozdobionej mozaiką, gdzie mężczyźni myli stopy po jednej stronie, a kobiety po drugiej. To przechodziła dwójka policjantów z dużymi natłuszczonymi głowami, lśniącymi jak u fok.

Matka relacjonowała jej, co imam powiedział w kazaniu. Głośnik upominał: Jeśli dostrzegasz oznaki fundamentalizmu, powiedz przywódcom. Zou Lei wskazała na grupkę młodych mężczyzn i chłopaków w dresach. Jeden miał boa dusiciela zawieszonego na szyi i lustrzane okulary; nie nosił koszuli.

Kim oni są?

Dziećmi policji.

Dostrzegła żyletki i igły do strzykawek w wiadrze pod wózkiem, z którego jej matka kupowała jabłka. Podeszła do węża i dotknęła jego gładkiej, paciorkowatej skóry; przesuwała się pod jej palcami.

Na tym świecie nie można na nic liczyć, powiedziała matka.

Wróciły do miejsca, w którym mieszkały – śmierdzącego betonowego pokoju obok latryny – położyły się na wspólnym łóżku i nie mogły zasnąć. Miała nauczyć się maszerować. Miała poćwiczyć na polu.

Obudziła się w nocy. Goła żarówka była zapalona, a matka kręciła się w kółko. Zawodziła z twarzą ukrytą w dłoniach, cała rozczochrana, z włosami sterczącymi na boki, prawie dotykając ściany. Zou Lei patrzyła, jak matka wiruje, dostaje zawrotów głowy i się chwieje. Jestem na koniku. Jestem wśród modrzewi. Zou Lei próbowała zaciągnąć ją z powrotem do łóżka. Matka mówiła, że widzi jelenia. Zou Lei sięgnęła ręką do wyłącznika. Światło kosztuje.

Przebyłam tysiąc mil, powiedziała matka. Powinnam być zmęczona, ale nie jestem.

Położyła się do łóżka, odsuwając córkę grubą, silną ręką.

–––––

Pojechały do sądu. Była tam brązowa wykładzina. Ktoś kazał jej ruszyć dupę. Biała kobieta w spódnicy w prążki z aktami w ręce powiedziała: Nie postawiono zarzutów. Nikt jej nie wytłumaczył dlaczego. Potem po prostu stwierdzono, że wychodzi. Zabierz swoje rzeczy – poinstruowała ją funkcjonariuszka. Na ladzie leżała papierowa torebka z dżinsami. Wzięła ubrania i przebrała się pod świetlówką, a pieniądze przeliczyła dopiero, kiedy była na zewnątrz. Zabrzęczało, szklane drzwi się otworzyły i wyszła, mijając tablice z przyszpilonymi do nich instrukcjami z napisem „JAK ODWIEDZIĆ WIĘŹNIA” w czterech językach, aż dotarła do otwartej przestrzeni miasteczka – była siódma rano – trakcji kolejowej, drutu kolczastego i wody.

W autobusie oparła głowę o szybę i patrzyła, jak wyjeżdżają z miasta. Jechali wzdłuż obłażących farbą domów i Kościoła Uzdrowienia Chorych. Było tu taniej niż w MetroNorth. Kierowca spojrzał w lusterko wsteczne i obwieścił przez głośnik: Proszę nie palić, dziękuję. Włóczęga w czarnym kapeluszu kowbojskim i ze swastyką na karku spytał: Masz ogień? Na Roy Rogers wszyscy zabrali się do jedzenia – oprócz niej. Na dziewięćdziesiątej piątej międzystanowej zamknęła oczy i słuchała dźwięku z czyichś słuchawek. Kiedy je znów otworzyła, jechali przez osiedle pełne policjantów w kamizelkach i żołnierzy ze strzelbami z Port Authority.