"Następcy żywego ciała" - Alice Munro - ebook
Opis

Opowiadanie z tomu "Dziewczęta i kobiety"

Jedyna powieść Munro, „autobiograficzna w formie, choć nie w treści”.

Lata czterdzieste, kanadyjska prowincja. Del Jordan, dziewczynka, później dziewczyna, mieszka na farmie swojego ojca, gdzie jej najczęstszymi towarzyszami są ekscentryczny przyjaciel rodziny i szorstki młodszy brat. Kiedy Del zacznie spędzać więcej czasu w mieście, pojawią się też kobiety: matka agnostyczka sprzedająca farmerom encyklopedie, lubieżna Fern Dogherty i najlepsza przyjaciółka, Naomi.

Dzięki tym nauczycielom i nauczycielkom, a także dzięki własnym doświadczeniom z seksem, narodzinami i śmiercią, Del odkrywa jasne i mroczne strony kobiecości.

Munro ma nieprawdopodobną umiejętność odkrywania niezwykłego w zwyczajnym.

„Newsweek”

To jedna z najzdolniejszych i najbardziej elokwentnych współczesnych pisarek.

„New York Times”

W jej opowiadaniach pełno kipiących emocji, pryskają przesądy, mnożą się niespodzianki, dziwne plotki, skrywane ekscesy seksualne i drastyczne zbrodnie. Lektura Munro nieodmiennie wprawia w zachwyt i zdumienie.

Margaret Atwood, „The Guardian”

Bohaterowie tej książki zostali pokazani ze współczuciem, które czyni ich wstrząsająco prawdziwymi.

„New Yorker”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 53

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Alice Munro

„NASTĘPCY ŻYWEGO CIAŁA”

Przełożył Paweł Łopatka

Opowiadanie ze zbioru Dziewczęta i kobiety

Wydano z pomocą finansową Canada Council for the Arts (Conseil des arts du Canada)

Tytuł oryginału: Lives of Girls and Women

Copyright © Alice Munro 1971

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Wydanie I

Warszawa

„Następcy żywego ciała”

Nazwa ta – namalowana przez wujka Craiga – widniała na tabliczce domu przy Zakręcie Jenkina, wiszącej na werandzie, pomiędzy czerwoną banderą a flagą Wielkiej Brytanii. Dom przypominał posterunek rekrutacyjny albo przejście graniczne. Kiedyś mieściła się tam poczta i budynek nadal sprawiał wrażenie oficjalnego, półpublicznego, zwłaszcza że wujek Craig był urzędnikiem okręgu Fairmile i ludzie przychodzili do niego po zezwolenia na ślub i inne ważne papiery. Radni Społeczności Miejskiej spotykali się w jego gabinecie, lub też biurze, którego umeblowanie stanowiły szafy na dokumenty, czarna skórzana kanapa i wielki sekretarzyk z żaluzjowym zamknięciem. Były tam też rozmaite flagi, zdjęcie Ojców Konfederacji i drugie, przedstawiające ubraną w stroje koronacyjne parę królewską i małe księżniczki. Jak również oprawiona w ramkę fotografia chaty z bali, która stała w obrębie zwyczajnego, acz obszernego i okazałego domu z cegły. To zdjęcie zrobiono chyba w innym kraju, gdzie wszystko było znacznie niższe, pokryte grubszą warstwą błota i bardziej mroczne niż u nas. Budynki otaczały brudne krzewy gęsto poprzetykane roślinami, wiecznie zielonymi, o poczerniałych wierzchołkach, a na pierwszym planie widniała droga z kawałków pociętego pnia.

– U nich nazywało się to „ścieżka z plastrów” – objaśnił mi wujek Craig.

Wokół wozu z koniem stało kilku wąsatych mężczyzn w samych koszulach, z groźnym, ale dziwnie bezradnym wyrazem twarzy. Popełniłam błąd, pytając wujka, czy jest na zdjęciu.

– Myślałem, że umiesz czytać – odpowiedział i wskazał nagryzmoloną pod kołami wozu datę: 10 czerwca 1860. – Mój ojciec był wtedy jeszcze niedorostkiem. Ożenił się dopiero w tysiąc osiemset siedemdziesiątym piątym roku. Ja przyszedłem na świat w osiemdziesiątym drugim. Odpowiedziałem ci wystarczająco?

Zdenerwował się nie z próżności, myśląc o swoim wieku, lecz dlatego, że miałam nieścisłe pojęcie o czasie i historii.

– Kiedy się urodziłem – ciągnął surowo – już dawno nie było tych wszystkich krzewów, które widzisz na zdjęciu. Nie było też tej drogi. Została zastąpiona żwirowaną.

Nie widział na jedno oko, które mimo operacji pozostało ciemne i zamglone; powieka nad nim opadała groźnie. Miał kwadratową i zapadniętą twarz. Był krępy. W innym pokoju, frontowym, po przeciwnej stronie korytarza, wisiało jeszcze jedno zdjęcie. Przedstawiało wujka – wyciągniętego na dywanie (przed siedzącymi na krzesłach starszymi rodzicami) pulchnego, jasnowłosego, zadowolonego z siebie nastolatka, z głową wspartą na łokciu. U jego stóp i przy głowie siedziały na pufach młodsze siostry, ciotki Grace i Elspeth, z poskręcanymi loczkami, w marynarskich ubrankach. Mój dziadek, który zmarł na grypę w tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym roku, stał wyprostowany za krzesłami rodziców, z ciotką Moirą (wtedy szczupłą!), która mieszkała w Porterfield, po jednej stronie – i ciotką Heleną, która poślubiła wdowca i objechała całą kulę ziemską, a teraz wiodła bogate życie w Kolumbii Brytyjskiej, po drugiej stronie. „Spójrz na wujka Craiga!”, mawiała ciotka Elspeth albo ciocia Grace, odkurzając zdjęcie. „Zobacz, jaki pewny siebie, jak kot, co wylizał śmietankę ze spodeczka!”. Wypowiadały to w taki sposób, jakby nadal był tamtym chłopcem, który, wyciągnięty na dywanie z rozbrajającą bezczelnością, czeka na ich pochlebstwa i żarty.

Wujek Craig opowiadał różne rzeczy. Część z nich interesowała mnie, a część – ani trochę. Chciałam się dowiedzieć, skąd wzięła się nazwa „Zakręt Jenkina”. Otóż nazwano go tak na cześć pewnego młodzieńca, który zginął na drodze, nieopodal, przywalony przez drzewo, a przyjechał do Kanady zaledwie miesiąc wcześniej. Dziadek wujka Craiga, czyli mój prapradziadek – który zbudował tutaj dom, otworzył pocztę i założył osadę w nadziei, że kiedyś stanie się ona ważnym miasteczkiem – nadał zakrętowi imię tego młodego kawalera, aby zachować pamięć o nim.

– Gdzie zginął?

– Na drodze, niecałe ćwierć mili dalej.

– Mogłabym pójść i zobaczyć?

– Nie ma tam żadnego znaku. Na ogół nie oznacza się takich miejsc.

Wujek Craig spojrzał na mnie z dezaprobatą, moja dociekliwość wcale go nie wzruszyła. Czasami dawał mi do zrozumienia, że jestem bezmyślna i głupia, ale nie przejmowałam się tym zbytnio. Jego sądy na mój temat brzmiały tak chłodno, beznamiętnie, że nigdy nie czułam się skrępowana. A jemu w żaden sposób nie sprawiała bólu, ani też go nie umniejszała moja niedoskonałość, chociaż mi ją wytykał. Na tym polegała wielka różnica między zawiedzeniem wujka a na przykład mojej matki czy nawet ciotek. Jego męski egocentryzm działał na mnie kojąco.

Opowiadał mi też o rzeczach związanych z politycznymi dziejami hrabstwa Wawanash, przywiązaniu tutejszych rodzin do ziemi, pokrewieństwie mieszkańców, o tym, jak wyglądały wybory. Był pierwszym znanym mi człowiekiem, którego naprawdę obchodziło, co dzieje się w kraju, polityka – i który zawsze z zapałem angażował się w tego typu sprawy. Mimo że rodzice codziennie słuchali wiadomości, reagując na nie z niechęcią lub ulgą (zazwyczaj z ulgą, bo było to na początku wojny), wydawało mi się, iż zarówno dla nich, jak i dla mnie wszystko, czym żyje świat, jest poza naszą kontrolą, nierzeczywiste, choć zgubne. Wujek Craig widział to bardziej konkretnie. Dostrzegał prosty związek pomiędzy sobą, zajmującym się – nieraz kłopotliwymi – sprawami okręgu, a premierem, który w Ottawie czuwał nad sprawami państwa. A do wojny, potężnej erupcji na tle politycznej normalności, podchodził z dystansem, twierdząc, że powinna wypalić się sama. Znacznie bardziej od przebiegu wojny interesował go jej wpływ na wybory i to, czy kwestia rekrutacji nie zaszkodzi liberałom. Niemniej był patriotą: wywieszał flagę, sprzedawał obligacje wojenne.

Poza pracą na rzecz okręgu wujka Craiga pochłaniały dwa przedsięwzięcia – dzieje hrabstwa Wawanash i rodowe drzewo genealogiczne datujące się od tysiąc sześćset siedemdziesiątego roku w Irlandii. Dotąd nikt z naszej rodziny nie zrobił niczego znaczącego. Wiązali się z innymi irlandzkimi protestantami i mieli dużo dzieci. Niektórzy nie zawierali związków małżeńskich. Część dzieci zmarła w młodym wieku. Cztery osoby pochłonął pożar. Pewien przodek stracił dwie żony podczas porodów. Inny ożenił się z katoliczką. Przyjeżdżając do Kanady, przebywali tę samą drogę; pobierali się ze szkockimi prezbiterianami. Wujek Craig uważał za konieczne, by nazwiska tych wszystkich ludzi, ich wzajemne koneksje, trzy ważne daty, narodzin, ślubu i śmierci, bądź tylko narodzin i śmierci, zostały odnalezione – nieraz z ogromnym trudem i poprzez niezliczoną ilość światowej korespondencji – chronologicznie utrwalone jego własnym, dużym i starannym pismem. Nie zapomniał nawet o gałęzi rodziny, która wyjechała do Australii. Aby nie psuć rejestru, nie szukał wśród antenatów nikogo, kto miałby na koncie jakiś skandal, coś ciekawszego niż związek z katoliczką, której wyznanie oznaczał czerwonym podkreśleniem. Istotne były nie pojedyncze nazwiska, lecz solidny splot rodzinnych związków, które wspierały nas z przeszłości.

Podobnie