Naśladowca - Erica Spindler - ebook
Opis

Pięć lat temu w małym miasteczku w Illinois zostały zamordowane trzy dziewczynki - wszystkie we własnych sypialniach, wszystkie w tym samym wieku. Na miejscu zbrodni nie odnaleziono żadnych śladów...

Sprawa Mordercy Śpiących Aniołków, jak nazwała go prasa, stała się obsesją detektyw Kitt Lundgren. Dochodzenie zakończyło się klęską, co Kitt, dodatkowo przeżywająca osobistą tragedię, przypłaciła kryzysem nerwowym i załamaniem kariery zawodowej. Teraz morderca wraca, by kontynuować makabryczne dzieło. Śledztwo prowadzi ambitna pani detektyw Riggio, która niechętnie przystaje na pomoc Kitt. Jednak to właśnie ona jako pierwsza dostrzega subtelne niuanse, które różnią dzisiejszą zbrodnię od morderstw sprzed pięciu lat...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 413

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Erica Spindler

Naśladowca

Tłumaczenie: Krzysztof

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Rockford, Illinois

Wtorek, 5. marca 2001

godz. 1.00

Włosy dziewczynki połyskiwały jedwabiście. Chciał ich dotknąć i przeklinał w duchu to, że musi nosić gumowe rękawiczki. Kosmyki miały kolor żółtego, soczystego jedwabiu, co było niezwykłe u dziesięcioletniego dziecka. Zwykle wraz z upływem lat barwa ta szarzała, aż nabierała mysiego odcienia, któremu dawny blask można było przywrócić jedynie za pomocą farby.

Przekrzywił głowę, zadowolony z tego, że ją wybrał. Dziewczynka była nawet piękniejsza i doskonalsza od poprzedniej.

Pochylił się i pogłaskał ją po głowie. Patrzyła na niego pozbawionymi życia, niebieskimi oczami. Wciągnął głęboko w nozdrza jej miły, dziecięcy zapach.

Tylko ostrożnie...

Nie może po sobie zostawić żadnych śladów.

Ten Drugi wymagał od niego perfekcjonizmu. Wciąż chciał od niego więcej i więcej.

Ciągle go obserwował. Wystarczyło, że spojrzał przez ramię, a Ten Drugi już tam był.

Na jego czole pojawiły się zmarszczki i natychmiast zaczął myśleć o czymś innym, żeby nie było widać, co czuje.

Moja śliczna. Najcudowniejsza.

Śpiący Aniołek.

Śledcza Kitt Lundgren użyła kiedyś określenia Morderca Śpiących Aniołków, które media natychmiast podchwyciły.

To określenie bardzo mu się spodobało.

Jednak Ten Drugi kręcił na nie nosem. Wyglądało na to, że nic mu nie odpowiada.

Szybko skończył układanie ciała. Jej włosy... Koszulka nocna z różowymi kokardkami, którą wybrał specjalnie dla niej... Wszystko powinno być takie, jak sobie zaplanował.

Idealne.

A teraz finał. Wyjął z kieszeni różową pomadkę i delikatnie umalował dziewczynce usta. Starał się nie przesadzić z kolorem.

Gdy skończył, uśmiechnął się na widok swojego dzieła.

Dobranoc, mój mały aniołku. Śpij dobrze.

ROZDZIAŁ DRUGI

Wtorek, 5. marca 2001

godz. 8.25

Śledcza z wydziału do spraw zabójstw stanęła w drzwiach dziecięcej sypialni i poczuła, jak ściska się jej żołądek. Zginęła kolejna dziewczynka, a jej rodzice spokojnie spali przez całą noc na dole i nic nie słyszeli.

Najgorszy z możliwych koszmarów. Jednak dla tej rodziny stał się on brutalną rzeczywistością.

Ekipa techniczna przystąpiła do pracy, obfotografowując miejsce zbrodni. Jeden z policjantów rozmawiał przez komórkę.

Po prostu dobrze znane, a przez to banalne dźwięki. Kitt przyzwyczaiła się do nich już dawno temu i zwykle nie zwracała na nie uwagi.

Ale to była już druga dziewczynka w ciągu sześciu ostatnich tygodni. A poza tym też miała dziesięć lat.

Tak samo jak jej Sadie.

Na myśl o córce poczuła ukłucie w sercu. Kitt starała się odpędzić od siebie te myśli, próbowała skupić się na czekającym ją zadaniu. Musiała przecież złapać potwora, który to zrobił.

Niestety nie zostawił praktycznie żadnych śladów przy pierwszej ofierze. Może przynajmniej teraz coś spieprzył.

Kitt weszła do środka i rozejrzała się po sypialni. Jej ściany były pomalowane na pastelowy różowy kolor. W pokoju stały białe, rustykalne mebelki i łóżko z baldachimem. Koronkowe białe zasłonki pasowały do całości. Na półce siedziały lalki. Poznała Felicity, ponieważ Sadie miała taką samą.

Prawdę mówiąc, pokój bardzo przypominał sypialnię jej córki. Wystarczyło tylko przesunąć łóżko z prawej strony na lewą, postawić w kącie biurko i zmienić kolor ścian z różowego na brzoskwiniowy, a poczułaby się jak u siebie.

Skup się, Kitt. Tu nie chodzi o Sadie. Zajmij się pracą.

Spojrzała w bok. Jej partner, Brian Spillare, był tu już od jakiegoś czasu i właśnie rozmawiał z porucznikiem Scottem Snowe’em z wydziału gromadzenia danych. W wydziale pracowało dziewięciu śledczych, którzy w przeciwieństwie do swoich kolegów z wielkich miast mieli wszechstronne specjalistyczne przygotowanie i zajmowali się danymi wszelkiego rodzaju: odciskami palców, próbkami krwi, analizą śladów i opracowywaniem informacji balistycznych. Policjanci zbierali też owady i larwy, które zagnieździły się w ciałach ofiar, bo dzięki temu można było dokładniej określić czas zgonu. Poza tym fotografowali miejsce zbrodni i brali udział w sekcji zwłok, którą również dokumentowali fotograficznie.

I zawsze mieli pełne ręce roboty.

Po zabezpieczeniu śladów, policjanci z tego wydziału przesyłali materiał dowodowy do stanowego laboratorium kryminalnego, które znajdowało się niedaleko budynku Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, czyli UBP, w którym mieścił się nie tylko wydział policji w Rockford, ale także biuro szeryfa, urząd koronera i miejskie więzienie.

Zastępca szeryfa przysłał tu wszystkich pracowników wydziału gromadzenia danych, co wcale jej nie zdziwiło. Dwoje zabitych dzieci w ciągu sześciu tygodni to był prawdziwy wstrząs dla tego przemysłowego miasta, gdzie tak bardzo ceniono wartości rodzinne. W ciągu roku ginęło tu zwykle piętnaście osób, a między nimi nie było dotąd dziesięcioletnich ślicznych blondynek, które tuż przed śmiercią zasypiały słodko w swoich wychuchanych sypialniach.

Kitt zauważyła, że partner na nią patrzy. Wskazała łóżeczko, ale dał jej znak, żeby zaczekała. Po chwili zakończył rozmowę z porucznikiem Snowe’em i podszedł do niej.

– Ten facet zaczyna mnie wkurzać – powiedział.

Brian był misiowaty, a w dodatku miał rude włosy i piegi. Jednak za maską dobroduszności krył się naprawdę wybuchowy temperament. Wielu gorzko żałowało, że weszło mu w drogę lub nadepnęło na odcisk.

Kitt nie miałaby nic przeciwko temu, żeby Brian dostał tego sukinsyna w swoje ręce.

– Długo tu jesteś? – spytała.

– Jakieś piętnaście minut. – Zerknął w stronę ofiary. – Myślisz, że spróbuje zabić trzecią?

– Mam nadzieję, że nie – mruknęła. – Jednak jeśli chcemy zyskać pewność, musimy go złapać.

Skinął głową, a następnie pochylił się i dotknął lekko jej ramienia.

– Jak tam Sadie?

Umiera. Jej jedyne dziecko, radość jej życia! Kitty poczuła ucisk w klatce piersiowej. Pięć lat temu rozpoznano u jej córki ostrą białaczkę limfatyczną. Przeszła przez chemio- i radioterapię, a także przeszczep szpiku i teraz, po kolejnym niepowodzeniu, traciła siły do dalszej walki.

Nie mogła wydusić słowa, tylko bezradnie potrząsnęła głową. Brian ścisnął ze współczuciem jej ramię.

– Trzymasz się jeszcze?

Ale resztką sił.

– Tak – odparła, czując, że napięcie słabnie. – Próbuję.

Brian nie naciskał. Wiedział lepiej niż ktokolwiek, pomijając Joego, jej męża, co Kitt przeżywa. Raz jeszcze ścisnął z westchnieniem jej ramię i podeszli do łóżeczka. Kitt starała się nie wyobrażać sobie, co zobaczy. Wszystko wskazywało na to, że był to ten sam morderca co poprzednio, ale chciała spojrzeć na sprawę świeżym okiem, obiektywnie. Lepiej niczego z góry nie zakładać, nie dopasowywać śladów do żadnej teorii. Dobry śledczy koncentruje się przede wszystkim na badaniu zebranych dowodów, bo to one mogą doprowadzić go do celu. Kto o tym zapomni, traci wiarygodność.

Jednak ledwie spojrzała na martwe dziecko, natychmiast poczuła, że trudno jej będzie zachować profesjonalny chłód i dystans.

Podobnie jak poprzednia ofiara, dziewczynka była ładną, niebieskooką blondynką. Gdyby nie ślady morderstwa: zsinienie, wybroczyny, powstałe na skutek pęknięcia naczyń krwionośnych w gałkach ocznych i ustach oraz postępujące stężenie pośmiertne, można by pomyśleć, że śpi.

Śpiący aniołek.

Tak jak w przypadku poprzedniego dziecka.

Ułożone na poduszce jasne włosy dziewczynki przypominały aureolę. Morderca musiał włożyć wysiłek w to, żeby tak właśnie wyglądały. Kitt pochyliła się w stronę ofiary. Morderca umalował jej usta delikatną, różową szminką.

– Wygląda na to, że ją udusił – powiedział Brian. – Tak jak poprzednią.

Wskazywały na to wybroczyny i brak innych obrażeń. Kitt skinęła głową.

– To znaczy, że umalował ją po dokonaniu morderstwa. – Spojrzała na partnera. – A co z koszulą nocną?

– Taka sama jak poprzednio. Matka twierdzi, że to nie jej.

Kitt zmarszczyła brwi. Ozdobiona falbankami i różowymi kokardkami koszula nocna była naprawdę ładna.

– A ojciec coś mówił?

– Nic szczególnego. Żadne nie dotykało ciała. Matka przyszła obudzić ją do szkoły. Zaczęła krzyczeć, gdy tylko ją zobaczyła. To ojciec zadzwonił pod 911.

Wydało jej się dziwne, że nie dotykali ciała, ale prasa tyle pisała o poprzednim morderstwie, że pewnie od razu wiedzieli, co się stało. Nawet nie musieli sprawdzać, czy ich córka jeszcze żyje.

– Musimy ich prześwietlić – dodał Brian.

Kitt skinęła głową. Statystyki wskazywały, że bardzo niewiele dzieci padało ofiarami osób spoza rodziny. Była to smutna prawda, którą jako policjanci musieli brać pod uwagę.

Jednak oboje z Brianem wiedzieli, że istniało niewielkie prawdopodobieństwo, że to dziecko było kolejną ofiarą przemocy w rodzinie. Tym razem mieli do czynienia z seryjnym mordercą małych dziewczynek.

– Wygląda na to, że tak jak poprzednio, dostał się tu przez okno – rzucił Brian.

– Było otwarte? – spytała zdziwiona.

– Pewnie tak, bo szyba jest nienaruszona, a na framudze nie ma żadnych śladów. Snowe chce wziąć całe okno do badania.

– Jakieś ślady na dole? – spytała z nadzieją, chociaż od dawna nie padało i ziemia była twarda i ubita.

– Nie. Tylko przecięta siatka przeciw owadom w oknie.

Kitt zaczęła masować zdrętwiały kark.

– Cholera, Brian, co to wszystko znaczy? Co on chce nam w ten sposób powiedzieć?

– Że jest psycholem, który zasługuje na to, by go obedrzeć żywcem ze skóry!

– I co jeszcze? Skąd ta szminka? Te nocne koszule? Dlaczego morduje małe dziewczynki?

Z pokoju obok dobiegł głuchy jęk. Wydał się Kitt tak znajomy, że aż zadrżała.

A jak ona poradzi sobie bez Sadie?

Twarz Briana wykrzywił gniew.

– Sam mam dwie córki. Nie chciałbym znaleźć ich rano... – Zacisnął dłonie. – Musimy go dopaść za wszelką cenę!

– Złapiemy go! – rzuciła gniewnie Kitt. – Choćbym miała wyjść z siebie!

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ TRZECI

Rockford, Illinois

Wtorek, 7. marca 2006

Przenikliwy sygnał telefonu obudził Kitt z głębokiego snu, w który zapadła dopiero po zażyciu leków. Przez moment szukała słuchawki, a potem dwa razy omal jej nie upuściła, w końcu jednak podniosła ją do ucha i wymamrotała:

– Aa...lo?

– Kitt, tu Brian. Musisz wstać.

Otworzyła oczy i zamrugała powiekami, porażona światłem słonecznym, które wdzierało się przez szpary w zasłonach. Spojrzała na zegarek i natychmiast usiadła na łóżku.

Chyba nie włączyła budzika.

Spojrzała na drugą stronę łóżka, należącą do męża, zdziwiona, że jej nie obudził, a potem poczuła dojmującą frustrację. Nawet po tych trzech latach wciąż jeszcze spodziewała się go tam zastać.

Nie miała ani dziecka, ani męża.

Była sama.

Zakaszlała i przetarła oczy, próbując przegonić resztki snu.

– Skoro dzwonisz tak wcześnie, to sprawa musi być bardzo poważna – próbowała żartować.

– Ten skurwiel wrócił. Wystarczy?

Nie musiała pytać, o kogo chodzi. Doskonale wiedziała, że o Mordercę Śpiących Aniołków. Ta sprawa stała się jej obsesją i omal nie zniszczyła jej życia i kariery.

– Kto...?

– Mała dziewczynka. Jestem właśnie na miejscu zbrodni.

Najgorszy koszmar.

Morderca uderzył po pięciu latach przerwy.

– Kto się tym zajmuje?

– Riggio i White.

– Gdzie to się stało?

Podał jej adres w niezbyt dobrej, robotniczej dzielnicy Rockford.

– Kitt?

Wstała już i przygotowywała ubrania.

– Tak?

– Uważaj, Riggio jest...

– Zaborcza?

– Powiedzmy, że niezbyt skora do współpracy. Nie lubi, gdy ktoś próbuje jej pomóc.

– Dobra, będę pamiętać. Dzięki.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Wtorek, 7. marca 2006

godz. 8.25

Śledcza Mary Catherine Riggio, na którą wszyscy poza matką mówili M.C., skinęła głową porucznikowi Spillare, który pojawił się na miejscu zbrodni. Żaden z kolegów, widząc to chłodne pozdrowienie, nie domyśliłby się, że mieli romans w czasach, kiedy Spillare był w separacji z żoną.

Jednak to się skończyło. Spillare wrócił do żony, a ona odzyskała zdrowy rozsądek. Wystarczająco długo była zapatrzona w starszego kolegę, który był powszechnie znany w policji w Rockford. Opowieści o jego osiągnięciach podziałały na nią jak afrodyzjak. Inne kobiety wolały słuchać słodkich głupstw szeptanych im do ucha, ale ją podniecały opowieści o strzelaninach i złapanych bandytach.

Nikt nigdy nie powiedział o niej, że jest typowa.

Po skończonym romansie doszła jednak szybko do siebie, a nawet wyciągnęła wielce pouczający wniosek – nigdy nie należy wchodzić w osobiste układy ze zwierzchnikami. Obiecała sobie, że już nie popełni tego błędu.

M.C. podeszła do porucznika, zaraz też dołączył do niej jej partner, Tom White. Miał trzydzieści parę lat, był czarny i bardzo przystojny. Właśnie urodziło mu się trzecie dziecko i wyglądał na niedospanego. Jednak był świetnym policjantem i chociaż od niedawna pracował z M.C., szło im nadspodziewanie dobrze. Może dlatego, że darzył ją szacunkiem, ufał jej instynktowi i nie zgrywał się na silniejszego i ważniejszego.

Podczas lat spędzonych w wydziale zabójstw współpracowała z różnymi ludźmi. Zawsze traktowała swoją pracę niezwykle poważnie i nie próbowała tego ukrywać. Była też twarda i wymagająca w stosunku do siebie i swoich partnerów. Wiedziała, że gdyby trochę złagodniała, koledzy bardziej by ją lubili, jednak nie zamierzała się zmieniać. Robiła, co uważała za słuszne, nie zważając na opinie innych, nawet Briana Spillarego.

Jeśli brakuje im czułości, to niech sobie kupią misia, powtarzała w duchu.

– Wygląda znajomo, co?

– Aż za bardzo. – Porucznik skinął głową.

Pięć lat temu trzy podobne morderstwa wstrząsnęły tutejszą społecznością. Rockford nie było duże, leżało w bezpiecznej odległości stu pięćdziesięciu kilometrów na zachód od Chicago, a dalej rozciągały się pola uprawne. Wydawało się więc, że jest tu bezpiecznie. Toteż te morderstwa wywołały prawdziwą panikę. M.C. zajmowała się wówczas patrolowaniem miasta i pamiętała, że co rusz wzywano wtedy policję w zupełnie błahych sprawach.

Trzecie morderstwo było ostatnim z serii. Życie powoli wróciło do normalności.

Czyżby tylko na parę lat?

Przyjrzała się uważniej Brianowi, który nie pracował już w wydziale zabójstw. Awansował na szefa jednej z komórek w Centralnym Biurze Śledczym, które nadzorowało pracę policji w Rockford i zajmowało się kontrolowaniem prowadzonych przez nią dochodzeń.

Rozumiała jednak jego obecne zainteresowanie. Był przecież jednym ze śledczych prowadzących tę sprawę. Drugim była Kitt Lundgren.

M.C. próbowała wydobyć z zakamarków pamięci wszystkie związane z nią szczegóły, a zwłaszcza te dotyczące porucznik Lundgren. Śledztwo potraktowano priorytetowo, a Kitt była za nie osobiście odpowiedzialna. Stało się ono jednak jej obsesją do tego stopnia, że przestała się zajmować innymi sprawami, a nawet słuchać poleceń zwierzchników. W wydziale krążyły plotki o jej problemach z alkoholem. Ten i ów przebąkiwał, że to z powodu jej zaniedbań morderca wymknął im się z rąk. W końcu Kitt została wysłana na przymusowy urlop, połączony podobno z psychoterapią, z którego wróciła całkiem niedawno.

M.C. zmarszczyła brwi.

– Porucznik Lundgren już tu jedzie, prawda?

Brian skinął głową.

– Należy jej się po tym wszystkim, co przeszła. Powinnaś jej pozwolić... – zawiesił głos.

– Przyjechał już anatomopatolog – wtrącił Tom White.

Urząd koronera zatrudniał dwóch sądowych anatomopatologów. Pojawiali się przy każdym zgonie, oficjalnie uznawali kogoś za zmarłego, badali i fotografowali ciało, a następnie przewozili je do kostnicy na sekcję.

Tym razem przyjechał Frances Roselli, starszy od Briana, niski, schludnie ubrany mężczyzna, który był z pochodzenia Włochem.

– Dawno cię nie widziałem, Frances – powiedział Brian, podchodząc do niego.

– Moim zdaniem im rzadziej mnie widujesz, tym lepiej – odparł Roselli. – Tylko nie bierz tego do siebie.

– Masz rację – zaśmiał się Brian. – Znasz poruczników Riggio i White’a?

– Tak, jasne. – Skinął im głową. – Witam. No i co tu mamy?

– Dziesięcioletnie dziecko – odparła M.C. – Wygląda na to, że je uduszono.

Roselli spojrzał na Briana, jakby oczekiwał potwierdzenia.

– Tak właśnie działał Morderca Śpiących Aniołków – zauważył.

– Niestety, wiele wskazuje na to, że powrócił.

Anatomopatolog westchnął głęboko.

– Miałem nadzieję, że to się już skończyło!

– Mnie to mówisz?! – jęknął Brian. – Dziennikarze znowu na nas wsiądą!

M.C. spojrzała na Toma.

– Możesz zorganizować mały obchód, żeby sprawdzić, czy sąsiedzi czegoś nie zauważyli?

Porucznik White skinął głową.

– Dobrze, natychmiast wyznaczę do tego kilku mundurowych.

– Ten dom jest na sprzedaż. Chcę znać agencje, w których go zgłoszono i nazwiska osób zainteresowanych kupnem i oględzinami.

– Poza tym wygląda tak, jakby niedawno go malowano – zauważył Tom. – Sprawdzę też malarzy i ich pomocników.

– Świetnie – rzuciła M.C., a następnie zwróciła się do anatomopatologa: – Kiedy dostanę raport z wynikami sekcji?

– Najwcześniej dziś wieczorem.

– Dobrze, zadzwonię o szóstej.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wtorek, 7. marca 2006

godz. 8.40

Kitt zatrzymała forda taurusa przed niewielkim domkiem, zastawiając przy tym jakiś samochód. Żeby powstrzymać gapiów i zostawić trochę miejsca do parkowania, policjanci odgrodzili część ulicy taśmą. Za nią zauważyła furgonetkę z urzędu koronera, kilka wozów patrolowych, a także kilka nieoznakowanych.

Przeniosła wzrok na dom, który przypominał małe, niebieskie pudełeczko. Pewnie nie miał nawet dziewięćdziesięciu metrów kwadratowych. Zastój w gospodarce nie oszczędził również Rockford. Wyniosły się stąd duże firmy, takie jak Rockwell International czy U.S. Filter, które kiedyś dawały zatrudnienie wielu mieszkańcom. Inne, mniejsze, jeszcze utrzymywały się na powierzchni, jednak kosztem zwolnień i cięcia kosztów. Prognozy ekonomiczne nie wyglądały różowo. Według oficjalnych danych w ciągu ostatnich lat zlikwidowano tu trzydzieści tysięcy miejsc pracy. I wystarczyło przejechać przez miasto, żeby zauważyć, że te liczby wcale nie są przesadzone. W Rockford straszyło coraz więcej zamkniętych zakładów pracy.

Kitt mieszkała tu od czterdziestu ośmiu lat i nigdy, nawet po śmierci Sadie i rozstaniu z mężem, nie przyszło jej do głowy, że mogłaby się gdzieś przeprowadzić. Lubiła to zamieszkane przez potomków włoskich i szwedzkich emigrantów miasto. Unikano tu sporów i kłótni, w co drugim lokalu serwowano świetną pizzę, a kiedy miała ochotę na trochę światowego życia, droga do Chicago zajmowała niewiele ponad godzinę.

Prawdę mówiąc, rzadko tam jeździła. Czuła się lepiej w swojskiej atmosferze średniego miasta.

Wysiadła z wozu i poczuła na skórze chłodne, wilgotne powietrze. Zadrżała i otuliła się szczelniej kurtką. W północnej części Illinois zima była ciężka, wiosna chłodna, a lato zbyt krótkie, ale mieszkali tu naprawdę wspaniali ludzie. Warto było trochę pocierpieć, żeby mieć takie towarzystwo.

Przeszła pod taśmą i podeszła do mundurowego policjanta. Wpisała się do jego notatnika, nie zwracając uwagi na ciekawe spojrzenia kolegów. Nie miała do nich pretensji. Wróciła z urlopu dopiero dwa miesiące temu i jak do tej pory zajmowała się jedynie drobnymi napadami, które także, jako potencjalnie zagrażające życiu, trafiały do wydziału zabójstw.

Nie czuła się jeszcze bardzo pewnie, ale do dzisiaj niezbyt się tym przejmowała. Była wdzięczna, że zastępca szefa, Sal Minelli, pozwolił jej wrócić. Przecież zawaliła sprawę, a w dodatku na koniec zupełnie się załamała. Jej nieudolne działania mogły zagrozić bezpieczeństwu kolegów.

Sal pomagał jej w równym stopniu, co Brian. Do końca życia pozostanie ich dłużniczką. Co by zrobiła, gdyby straciła pracę? Przecież nic innego nie umiała robić!

Nie, poprawiła się w myślach. Kiedyś byłam też żoną i matką.

Potrząsnęła głową, żeby wypędzić z niej myśli, które przysparzały jej bólu i osłabiały psychikę, i weszła do środka. Rodzice dziecka siedzieli objęci na dole, w niewielkim salonie. Kitt nie miała tyle siły, by nawiązać z nimi kontakt wzrokowy. Rozejrzała się tylko po wnętrzu, dostrzegając bardzo schludne, ale tanie meble, stary wytarty dywan i ładnie pomalowane szarozielone ściany.

Z jakiegoś pomieszczenia na górze dobiegały odgłosy rozmów, więc od razu tam poszła. Za dużo osób na małej przestrzeni, pomyślała odruchowo. Porucznik Riggio powinna zwrócić większą uwagę na ślady.

Brian też tu był, chociaż nie pracował już w wydziale zabójstw. Mary Catherine Riggio jakby wyczuła jej obecność, bo obróciła się w stronę drzwi. W czasie tego półtora roku wiele się zmieniło w wydziale zabójstw. Kilka osób awansowało do stopnia porucznika, między innymi Mary, która dostała też stanowisko śledczej. Kitt słyszała, że jest bystra, ambitna i nie idzie na żadne kompromisy. Może być ciężko, pomyślała.

Spojrzała jej w oczy, skinęła głową i ruszyła w stronę łóżeczka.

Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć, że Brian miał rację. To musiał być ten sam człowiek!

Kitt z trudem przełknęła ślinę, próbując zdławić poczucie winy, które nieustannie jej towarzyszyło. Przecież mogła go złapać pięć lat temu! Dlaczego poniosła klęskę?

Chciała oderwać wzrok od ofiary, ale nie była w stanie. Poczuła ból. Nagle przed oczami zamajaczyła jej twarz Sadie. W piersi narastał szloch, ale zdołała go powstrzymać. Te morderstwa łączyły się nierozerwalnie w jej myślach ze śmiercią córki.

Kitt wiedziała, dlaczego tak się stało. Omawiała to wielokrotnie ze swoim psychoterapeutą. Pierwsze morderstwo miało miejsce, gdy córka zaczęła się poddawać. Dlatego walka o życie Sadie splotła się z walką o to, by uchronić inne dziewczynki przed śmiercią.

Niestety Kitt zawiodła na całej linii.

Nagle dotarło do niej, że dziewczynka ma inaczej ułożone ręce. Pięć lat temu morderca krzyżował je wszystkim ofiarom na piersi, starannie prostując ich dłonie i palce. Teraz jedna ręka, z powykręcanymi palcami, wskazywała pierś, druga była niedbale odrzucona i nie przylegała do ciała.

To mogło nie mieć znaczenia. Mała zmiana w rytuale mordercy? W końcu minęło już pięć lat... A jednak Kitt przeczuwała, że jest to ważne. Morderca, którego tropiła wcześniej, był perfekcjonistą. Niczego nie zmieniał, ofiary zawsze wyglądały tak samo, a poza tym nigdy nie pozostawiał po sobie żadnych śladów.

Podekscytowana odkryciem zawołała Briana. Oczywiście Riggio i White pospieszyli za nim.

– Miło mi panią poznać, pani porucznik – odezwała się Riggio, nie pozwalając jej dojść do słowa.

– Mnie również...

– Cieszę się, że zechciała pani podzielić się z nami swoimi doświadczeniami – dodała tamta z ponurą, zaciętą miną.

Kitt tylko wzruszyła ramionami i spojrzała na Briana.

– Zwróciłeś uwagę na ręce?

Namyślał się przez chwilę, a potem z podziwem pokręcił głową.

– Nie, nie pomyślałem o tym. – Zerknął na M.C. – W przypadku poprzednich morderstw ręce zawsze były ułożone tak samo, na piersi, tuż przy sercu.

Roselli spojrzał na nich przez ramię.

– Właśnie. To bardzo interesujące.

M.C. zmarszczyła brwi.

– Dlaczego?

– W obu przypadkach ułożenie jest nienaturalne, co znaczy, że morderca zrobił to po śmierci ofiary.

– No jasne, ale co w tym...

– Interesującego? – wpadł jej w słowo. – To, jak długo musiał czekać.

– Nie rozumiem – powiedziała Kitt. – Musiał chyba działać szybko, zanim zaczęło się stężenie pośmiertne.

Anatomopatolog pokręcił głową.

– Nic podobnego. Musiał zaczekać, aż zacznie się stężenie pośmiertne.

Wszyscy milczeli, próbując zrozumieć, co to oznacza. M.C. pierwsza przerwała ciszę.

– Ile to mogło zająć czasu?

– Ponieważ w pokoju jest ciepło, trwało to zapewne od trzech do czterech godzin.

Kitt nie mogła w to uwierzyć.

– Chcesz powiedzieć, że siedział tu i czekał, aż ciało zacznie sztywnieć?!

– Właśnie. Jego cierpliwość została wynagrodzona, bo ciała odkryto, zanim zakończyło się stężenie pośmiertne, od dziesięciu do dwunastu godzin po śmierci. Zapewne właśnie o to mu chodziło.

Brian gwizdnął przeciągle i spojrzał na Kitt.

– Ułożenie rąk ofiary musi być dla niego bardzo ważne.

– Tak, chce nam coś przez to powiedzieć. Trzeba przyznać, że jest odważny.

– Większość morderców ucieka z miejsca zbrodni najszybciej, jak się da.

– Przynajmniej tych sprytnych – poprawiła go Kitt. – A ten, który mordował dziewczynki, był piekielnie inteligentny.

– Więc co może znaczyć takie ułożenie rąk? – Brian wskazał ofiarę.

– Ja i ty – rzucił White.

– Albo my i oni, tu i tam – dodała Kitt.

– Albo nic – wtrąciła poirytowana M.C.

– To mało prawdopodobne, zważywszy, ile ryzykował. – Brian spojrzał na Kitt. – Zauważyłaś jeszcze jakieś różnice?

Pokręciła głową.

– Nie. Przynajmniej na razie – dodała i spojrzała na porucznik Riggio. – Czy z pokoju coś zniknęło?

– Słucham?

– Morderca Śpiących Aniołków nie brał niczego z miejsca zbrodni, co zresztą nie jest typowe dla seryjnego mordercy – wyjaśniła. – Czy tym razem też wszystko jest na swoim miejscu?

M.C. i White wymienili spojrzenia.

– Będziemy musieli poprosić rodziców tej małej, żeby przejrzeli jej rzeczy – powiedziała z westchnieniem M.C.

White zapisał to w swoim notatniku.

– Czy mogę się tu jeszcze rozejrzeć? – Kitt skierowała to pytanie do porucznik Riggio, chcąc wykazać dobrą wolę, chociaż wiedziała, że gdyby spytała Briana, na pewno by się zgodził. A ponieważ był wśród nich najstarszy rangą, nikt nie śmiałby się mu sprzeciwiać.

Jednak sprawę powierzono właśnie porucznik Riggio, a Kitt widziała, że koleżanka aż się pali do tej pracy. Znała ten typ twardych i bezwzględnych kobiet. W policji wciąż pracowali głównie mężczyźni, wśród których kobiety musiały albo walczyć łokciami, albo dać się zepchnąć na pozycję pracowników pośledniej kategorii. Riggio wybrała oczywiście to pierwsze i nikogo nie powinno to dziwić. Jednak istniało niebezpieczeństwo, że z czasem sama zacznie zachowywać się jak facet, a może nawet jeszcze gorzej. Nikt nie wiedział tego lepiej niż Kitt.

Ciężkie doświadczenia ostatnich lat dały jej dużo do myślenia. Nareszcie zrozumiała, że wartość kobiety, która pracuje w policji, polega na tym, że nie jest mężczyzną. Inny sposób myślenia i reagowania może się przyczyniać do rozwiązania sprawy. Natomiast kobieta, która udaje mężczyznę, staje się tylko karykaturą siebie samej.

– Tak, proszę – odparła Riggio. – I niech mi pani powie, gdyby tu coś jeszcze nie pasowało do poprzednich zbrodni.

Poza ułożeniem rąk wszystko było jednak takie jak pięć lat temu. Kitt kręciła się po pokoju, jak długo mogła, ale w końcu musiała jechać. Czuła się głupio, wychodząc stąd bez przesłuchania rodziców czy rozmowy z policjantami, którzy rozmawiali z sąsiadami.

Cholera, to powinno być jej śledztwo! Przecież poświęciła tyle czasu i energii na rozpracowanie tego mordercy! Pamiętała każdy szczegół związany z poszczególnymi zbrodniami!

Niestety, zawaliła sprawę. Co gorsza, nigdy się z tym nie pogodziła.

– Lundgren!

Obróciła się w stronę, z której dobiegał głos. Zobaczyła Mary Catherine Riggio, która zatrzymała się przed nią z zaciętą miną.

– Chciałam z panią chwilę porozmawiać.

Kitt spodziewała się tego. Założyła ręce na piersi.

– Tak?

– Niech pani posłucha, znam pani historię i wiem, jak ważne było dla pani to śledztwo. Rozumiem, co pani czuje teraz, kiedy jest pani z niego wyłączona...

– Wyłączona? Naprawdę?

– Niech pani nie zgrywa naiwnej. To moja sprawa! I żądam, żeby się pani do niej nie wtrącała.

– Inaczej mówiąc, mam wziąć tyłek w troki i już się tutaj nie pokazywać?

– Tak.

Kitt zaskoczyła taka arogancja.

– Pragnę pani przypomnieć, że jeśli to rzeczywiście jest Morderca Śpiących Aniołków, to wiem o nim więcej niż ktokolwiek inny. Na pewno przyda się pani ta wiedza...

Porucznik Riggio wzruszyła ramionami.

– Mam wgląd we wszystkie papiery.

– Ale mój instynkt...

– Niewiele pani pomógł – wtrąciła natychmiast M.C.

Było to bolesne przypomnienie i Kitt powstrzymała naturalną chęć obrony. Nie miała zamiaru się tłumaczyć. Przynajmniej przed tą nowicjuszką.

– Znam tego faceta – powiedziała. – Jest inteligentny i bardzo ostrożny. Myśli o wszystkich szczegółach, niczego nie pozostawia przypadkowi. Jest dumny z tego, że potrafi zapanować nad emocjami i nie zostawia żadnych śladów. Potrafi bardzo długo śledzić dzieci, by dowiedzieć się o nich wszystkiego, a potem wybiera te najsłabsze...

– Czyli jakie?

– To zależy, choćby od sytuacji materialnej rodziców, ale również od ich przyzwyczajeń...

– Skąd ta pewność?

– Bo od pięciu lat myślę niemal wyłącznie o tym skurwielu! Pojawia się nawet w moich snach. Jedyne, czego chcę, to dorwać go!

– Więc czemu to się pani nie udało?

Kitt nie umiała odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Już niemal deptała zabójcy po piętach, a jednak zawaliła sprawę.

Riggio pochyliła się w jej stronę.

– Posłuchaj, Lundgren, nie mam nic przeciwko tobie, to nic osobistego. Pracuję w policji na tyle długo, by wiedzieć, jaka to parszywa robota i jak daje nam popalić. Ale pamiętaj, że to moja sprawa, więc trzymaj się od niej z daleka. Sama zajmę się wszystkim.

– Ja też byłam kiedyś taka zarozumiała.

Riggio wzruszyła ramionami.

– Możliwe...

Kitt chwyciła ją za rękę.

– Współpraca mogłaby pomóc w rozwiązaniu tej sprawy. Jeśli porozmawiasz z Salem...

– Nic z tego. – Riggio przecząco pokręciła głową. – Przykro mi.

Kitt nie sądziła, by Riggio rzeczywiście odczuwała żal. Puściła ją i cofnęła się o krok.

– Powinnaś pamiętać, że nie chodzi o ciebie, tylko o to, żeby złapać mordercę – rzuciła.

Tamta wbiła w nią jadowity wzrok.

– Doskonale wiem, o co tu chodzi...

– Sama pójdę do zastępcy szefa!

– Proszę bardzo. Przecież obie wiemy, co powie.

Kitt patrzyła za nią jeszcze przez chwilę, a następnie ruszyła do swego wozu. Oczywiście domyślała się, co powie jej Sal, ale mimo to chciała z nim pogadać.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Wtorek, 7. marca 2006

południe

Zastępca komendanta policji w Rockford, Salvador Minelli, wysłuchał uważnie wszystkich argumentów Kitt. Był bardzo przystojnym mężczyzną, z włosami przyprószonymi siwizną i gładką, jak na pięćdziesięciojednolatka, twarzą. Ubierał się elegancko i chodził sprężystym krokiem. Sal, jak nazywali go wszyscy w policji, bardziej przypominał polityka niż policjanta. Było tajemnicą poliszynela, że za parę lat, po przejściu obecnego szefa policji na emeryturę, będzie głównym kandydatem na to stanowisko.

Sal zawsze traktował ją jak oddany przyjaciel. Pięć lat temu był jej bezpośrednim zwierzchnikiem i starał się ją osłaniać przed różnymi atakami, również tymi z góry.

Może dlatego, że sam miał pięcioro dzieci i rozumiał, jak ciężka i bolesna była dla niej strata Sadie? A może po prostu cenił ją jako pracownika? Przecież był jej bezpośrednim szefem i doskonale wiedział, na co ją stać.

– Znam tego faceta – powtórzyła to, co wcześniej powiedziała młodszej koleżance. – Doskonale wiesz, że znam te sprawę lepiej niż ktokolwiek inny. Niech Riggio ją prowadzi, ale ja powinnam jej pomagać!

Milczał przez chwilę, a następnie złożył dłonie.

– Dlaczego, Kitt?

– Bo chcę dopaść tego drania! Nareszcie wsadzić go za kratki! Bo mogę się przydać w śledztwie!

– Obawiam się, że porucznik Riggio jest innego zdania.

– Jest młoda i zbyt pewna siebie. Potrzebuje pomocy.

– Miałaś już szansę go złapać, Kitt.

– Tym razem mi się uda!

Sal patrzył na nią tak, jakby w ogóle nie usłyszał ostatniej uwagi.

– Chyba wiesz, jak ważne jest świeże spojrzenie na sprawę?

– Tak, ale...

Wyciągnął dłoń, żeby ją uciszyć.

– Porucznik Riggio jest dobra. Naprawdę dobra.

Kiedyś mówił to samo o niej, ale to było dawno.

– Jest uparta i chorobliwie ambitna – przekonywała.

Sal uśmiechnął się lekko.

– Dlatego przydzieliłem jej White’a.

– Jak mam cię przekonać, że sobie poradzę?

– Przykro mi, Kitt, ale już podjąłem decyzję. Jesteś za słaba psychicznie na tę sprawę.

– Czy to nie ja powinnam o tym decydować? – spytała wyczerpana.

– Nie – odparł po prostu, a następnie pochylił się w jej stronę. – Nie obawiasz się, że znowu zaczęłabyś pić?

– Wykluczone. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Od roku nie miałam w ustach nawet kropli alkoholu i tak już zostanie.

– Nie zdołam cię po raz kolejny obronić, Kitt – powiedział przyciszonym głosem. – Wiesz, o czym mówię, prawda?

Pozwoliła wymknąć się mordercy.

A Sal ją wtedy osłaniał, stał za nią murem. Może dlatego, że sam czuł się częściowo odpowiedzialny.

Jak również z powodu Sadie.

– Poproszę Riggio i White’a, żeby cię o wszystkim informowali. To jedyne, co mogę zrobić.

Wstała, zdziwiona tym, że drżą jej ręce. Z przerażeniem stwierdziła, że chętnie by się czegoś napiła, by uspokoić nerwy.

Wiedziała jednak, że nie może tego zrobić. Nigdy więcej.

– Dziękuję – rzuciła i podeszła do drzwi.

Spojrzał na nią i Kitt zastygła z ręką na klamce.

– Jak tam Joe?

Jej były mąż i do niedawna najlepszy przyjaciel. Chodzili ze sobą od średniej szkoły.

– Prawie ze sobą nie rozmawiamy.

– Wiesz, co o tym myślę.

Cholera! Myślała dokładnie to samo!

– Pozdrów go ode mnie, jeśli go spotkasz.

Skinęła głową i wyszła, wciąż myśląc o byłym mężu.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Wtorek, 7. marca 2006

godz. 17.30

– Cześć, Joe.

Były mąż uniósł wzrok znad planów, które miał na biurku. Jego jasne włosy posiwiały w ciągu ostatnich lat, ale oczy wciąż były intensywnie niebieskie. Patrzył jednak na nią nieufnie.

Doskonale go rozumiała. Przecież od dawna nie wpadała do niego ot tak sobie, żeby po prostu pogawędzić.

– Cześć. Trochę mnie zaskoczyłaś.

– Flo wyszła – chodziło o sekretarkę i asystentkę Joego – więc pomyślałam, że już nie pracujesz. Jak tam interesy?

– Trochę lepiej. Na szczęście zaczyna się już wiosna.

Joe prowadził własną firmę budowlaną, która siłą rzeczy zimą nie dostawała prawie żadnych zleceń. Dobrze, jeśli udało się załatwić jakieś prace remontowe, bo z czegoś trzeba było płacić pracownikom.

– Wyglądasz na zmęczonego – zauważyła.

– Bo jestem. – Przeciągnął ręką po twarzy. – A ty chyba wróciłaś do pracy.

Spojrzał znacząco w stronę wybrzuszenia widocznego pod kurtką. Nigdy tak naprawdę nie przyzwyczaił się do tego, że nosi broń.

– Sal prosił, żeby cię pozdrowić.

Znowu spojrzał jej w oczy.

– A jak z piciem?

– Ani kropli. Od jedenastu miesięcy i dwóch tygodni. I to się już nie zmieni.

– Bardzo się cieszę.

Wiedziała, że mówi szczerze. Przecież widział, jak alkohol powoli ją niszczył. I chociaż się rozwiedli, wciąż w jakiś sposób mu na niej zależało. Tak jak jej na nim.

Kitt chrząknęła.

– Pewnie jeszcze nie słyszałeś, ale... Morderca Śpiących Aniołków znowu uderzył.

Milczał i nawet się nie poruszył. Dostrzegła jednak zmarszczki, które pojawiły się na jego czole.

– Ofiara nazywa się Julie Entzel. Znaleziono ją dziś rano.

– Bardzo mi przykro. Czy Sal przydzielił ci to śledztwo?

– Nie. Uważa, że jestem w to za bardzo zaangażowana emocjonalnie. I... zbyt słaba, by do tego wracać.

Joe pokiwał głową.

– A ty się z nim nie zgadzasz?

Powiedział to z przekąsem. Kitt aż zesztywniała, gotowa się bronić.

– Widzę, że ty tak.

Westchnął głośno i zacisnął dłonie.

– Ta sprawa była dla ciebie ważniejsza niż nasze małżeństwo. Niż ja. Jak myślisz, co powinienem ci powiedzieć?

– Nie zaczynaj, Joe.

Wstał wolno, wciąż zaciskając pięści.

– Zajmowałaś się nią nawet po tym, jak sprawa ucichła. Po tym, jak Sal ją zamknął.

Miał rację. To właśnie dlatego zaczęła pić. Dlatego odważyła się zlekceważyć rozkazy. Jednak ta sprawa nie była dla niej ważniejsza od Joego. Mówiła mu o tym wielokrotnie, ale nie wiedziała, jak go przekonać.

Zaśmiał się gorzko.

– Tylko o tym myślałaś! W ogóle nie poświęcałaś czasu rodzinie.

– Jakiej rodzinie?

Kitt natychmiast pożałowała swoich słów. Od razu zauważyła, jak bardzo go zabolały.

– Przepraszam, Joe. Nie chciałam...

Potrząsnął tylko głową.

– Po co tu przyszłaś?

– Wydawało mi się, że powinnam ci powiedzieć o tej dziewczynce.

– Dlaczego?

– Nie rozumiem – rzuciła, marszcząc brwi.

– Julie Entzel nie była naszą córką. W życiu nie widziałem żadnej z tych dziewczynek. Nigdy nie potrafiłaś tego zrozumieć.

– Ależ rozumiem. I to aż nazbyt dobrze. Ale ty zrozum, że czuję się za nie odpowiedzialna... Że chcę pomóc...

– Posłuchaj, mnie też serce boli, kiedy myślę o tych dzieciach i ich rodzicach. Doskonale wiem, co znaczy stracić córkę! Aż mi się niedobrze robi, kiedy myślę o tym, co zrobił ten potwór! – Wziął głęboki oddech. – Ale to nie były nasze dzieci. Powinnaś o tym pamiętać i wrócić do normalnego życia.

– Tak jak ty?

– Widzisz w tym coś złego? – Zrobił długą przerwę. – Chcę się ponownie ożenić, Kitt.

Patrzyła na niego z otwartymi ustami, pewna, że się przesłyszała. Musiała źle usłyszeć! Jej Joe chce się ożenić?!

– Nie znasz jej – dodał, zanim zdążyła zadać oczywiste pytanie. – Ma na imię Valerie.

Poczuła, że zaschło jej w ustach. Zaczęło jej się kręcić w głowie. Czyżby podświadomie spodziewała się, że ze względu na nią do końca życia będzie samotny?

Właśnie tak!

Kitt starała się nie okazywać swoich uczuć.

– Nie wiedziałam, że się z kimś spotykasz. I to tak poważnie.

– A ja nie widziałem powodów, żeby cię o tym informować.

Żadnych powodów? A wszystko, co razem przeżyli?

– Jak długo z nią chodzisz?

– Cztery miesiące.

– Cztery miesiące? To niezbyt długo... Jesteś pewny, że...?

– Tak.

– Kiedy ślub? – spytała ze ściśniętym gardłem.

– Jeszcze nie ustaliliśmy konkretnej daty, ale pewnie zrobimy to wkrótce. Przyjęcie nie będzie duże. Zaprosimy jedynie najbliższą rodzinę i paru przyjaciół.

– Jasne.

Spojrzał na nią smutno.

– Tylko tyle masz mi do powiedzenia?

– Nie. – Zamrugała oczami i spojrzała w bok, by nie domyślił się, co czuje. – Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Środa, 8. marca 2006

godz. 12.10

Kitt siedziała przy biurku, na którym znajdowała się nietknięta torba z lunchem i akta sprawy Mordercy Śpiących Aniołków. Mogła znaleźć te same informacje w służbowym komputerze, ale wolała papiery.

Wyjęła z teczki zdjęcia pierwszej ofiary, Mary Polaski. Zawiodła ją i jej rodzinę. Czuła dojmujący ból, ilekroć o tym myślała.

Spróbowała się trochę odprężyć i zaczęła bardzo uważnie przyglądać się fotografiom, próbując porównać je z tym, co widziała w sypialni Julie Entzel. Dlaczego morderca tak właśnie ułożył jej ręce? Dlaczego ryzykował, siedząc tak długo w pokoju? Dlaczego było to dla niego aż takie ważne?

Zadzwonił telefon. Kitt sięgnęła po słuchawkę, wciąż wpatrując się w zdjęcia.

– Porucznik Lundgren, wydział zabójstw.

– Ta sama, która prowadziła sprawę Śpiących Aniołków pięć lat temu? – upewnił się jej rozmówca.

– Tak. W czym mogę pomóc?

– To raczej ja mogę pomóc pani.

Ten telefon wcale jej nie zdziwił. Dzisiejsza prasa rozpisywała się na temat powrotu Mordercy Śpiących Aniołków. Zastanawiające było to, że dopiero teraz ktoś zadzwonił w tej sprawie.

– Będziemy panu bardzo wdzięczni. Czy mogę prosić o nazwisko?

– Jestem kimś, kogo chciała pani poznać już dawno temu – rzucił.

Zirytowało ją rozbawienie, które wyczuła w jego głosie. Nie miała czasu na żarty, o czym nie omieszkała poinformować irytującego rozmówcy.

– To ja jestem Mordercą Śpiących Aniołków – odparł.

Serce zamarło jej w piersi. Czy to mogło być aż takie proste?

Nie, niemożliwe.

– Jest pan Mordercą Śpiących Aniołków? – upewniła się. – I chce mi pan pomóc?

– Nie zabiłem tej dziewczynki. Tej, o której dzisiaj pisali.

– Julie Entzel?

– Właśnie. – Usłyszała przeciągłe syknięcie, jakby mężczyzna zaciągnął się papierosem. Pomyślała, że musi to zapamiętać. – Ktoś to zmałpował!

– Zmałpował?

– No, zrobił tak jak ja. I wcale mi się to nie podoba.

Kitt rozejrzała się po pokoju. Nikogo w tej chwili tu nie było. Wszyscy mieli jakieś zadania albo po prostu wyszli na lunch. Wstała i pomachała ręką, licząc na to, że zwróci na siebie uwagę kolegów, którzy będą akurat przechodzić korytarzem. Nie mogła stracić tego śladu.

– Chcę, żebyście złapali tę wstrętną małpę.

– Bardzo chętnie panu pomogę, ale mam właśnie następną rozmowę. – Musiała za wszelką cenę podążać tym tropem.

– I kto sobie tutaj stroi żarty! – Usłyszała jego śmiech. – Oto zasady współpracy. Nie będę się kontaktować z nikim poza tobą, Kitt. Mogę ci mówić Kitt?

– Jasne. A jak ja mam się do ciebie zwracać?

Nawet nie skomentował tego pytania.

– Ładne imię. Kitt, Kitty, prawie jak Kicia. Bardzo kobiece i seksowne, chociaż nie pasuje do gliny. – Znowu zrobił przerwę, żeby zaciągnąć się papierosem. – Oczywiście wszyscy mówią do ciebie „pani porucznik”, co?

– Oczywiście – odparła. – Problem polega na tym, że nie zajmuję się sprawą Julie Entzel. Zaraz połączę cię z właściwym zespołem.

Znowu zignorował jej słowa.

– Druga zasada: nie myśl, że dam ci coś za darmo i że będzie ci łatwo. Sam ustalę cenę.

Miał głęboki, stosunkowo młody głos, nieco zmieniony przez papierosy. Mógł mieć od dwudziestu pięciu do trzydziestu pięciu lat.

– Czy jest jeszcze trzecia zasada? – spytała.

– Możliwe. Muszę pomyśleć.

– A jeśli nie zastosuję się do tych zasad?

Znowu się zaśmiał.

– Na pewno się zastosujesz albo... zginą kolejne dziewczynki.

Cholera! Gdzie się wszyscy podziali?

– Dobrze, udowodnij, że to ty zrobiłeś. Tak, żebym mogła pójść z tym do szefa...

– Na razie, Kiciu.

Rozłączył się. Natychmiast zadzwoniła do Centralnego Biura Śledczego. Ponieważ każda rozmowa wydziału policji w Rockford przechodziła przez centralkę, nie można było odszukać dzwoniącego numeru automatycznie. Oczywiście wszystkie telefony były rejestrowane.

– Tu porucznik Lundgren z wydziału zabójstw. Ktoś do mnie przed chwilą dzwonił, chcę mieć jak najszybciej jego numer.

Odłożyła słuchawkę i czekała dwie minuty na telefon z Centralnego Biura Śledczego. Zadzwonił sam Brian.

– To był numer komórki. Co się dzieje, Kitt?

Telefon komórkowy. Namierzenie stacjonarnego zajmowało dziesięć sekund, ale w przypadku komórki trzeba było rozmawiać co najmniej przez pięć minut. Jeśli ten facet jest sprytny, na pewno wie, że nowe aparaty mają wmontowane chipy z GPS-em, co pozwala odnaleźć rozmówcę w ciągu dziesięciu minut. W przypadku starszych modeli zajmuje to parę godzin.

Spojrzała na zegarek. Rozmowa trwała najwyżej trzy minuty, co znaczyło, że mężczyźnie nie są obce zawiłości współczesnej techniki.

– Miałam telefon od faceta, który twierdzi, że to on jest Mordercą Śpiących Aniołków. Prawdziwym mordercą. Ten wczorajszy to podobno tylko naśladowca – wyjaśniła.

Brian aż gwizdnął.

– Oczywiście chcesz, żebyśmy ustalili nazwisko i adres właściciela komórki?

– I to jak najprędzej. – Spojrzała w stronę pokoju sierżanta i stwierdziła, że wciąż go nie ma. – Zadzwoń na moją komórkę.

Rozłączyła się, zebrała dokumenty i pospieszyła w stronę pokoju. Zatrzymała się na widok Riggio i White’a, którzy właśnie weszli do środka, i wskazała gabinet szefa.

– Chodźcie, to powinno was zainteresować.

Pierwsza dotarła do otwartych drzwi i zapukała we framugę. Sal popatrzył na nich i dał gestem znak, żeby weszli. Kitt zaczęła prosto z mostu:

– Przed chwilą rozmawiałam z kimś, kto podaje się za Mordercę Śpiących Aniołków. – Rozejrzała się dookoła, a widząc, że wszyscy zamienili się w słuch, dodała: – Twierdzi też, że to nie on zabił Julie Entzel.

– Dlaczego dzwonił właśnie do ciebie? – spytała Riggio, która nagle zapomniała o oficjalnych formach. Wszyscy w wydziale mówili do siebie po imieniu, co Kitt w pełni aprobowała.

Teraz spojrzała koleżance prosto w oczy.

– Ponieważ chce, żebym złapała naśladowcę.

– Ty?

– Tak.

– Dlaczego?

– Nie wiem.

Sal zmarszczył brwi.

– Co jeszcze ci powiedział?

– Może zacznę od tego, co zauważyłam. Prawie na pewno pali i sądząc po głosie, ma od dwudziestu pięciu do trzydziestu pięciu lat. Powiedział – zerknęła na swoje notatki – że ktoś to po nim... zmałpował i że wcale mu się to nie podoba. I że chce, żebym złapała tę wstrętną małpę.

– Małpę? – zdziwiła się M.C.

– To od małpowania. Dzieci tak mówią – wyjaśniła Kitt, przypominając sobie z bólem córkę.

Sal skinął głową.

– Czy ktoś zaczął go namierzać?

– Wszyscy poszli na lunch albo akurat robili co innego – odparła. – Kiedy chciałam, żeby chwilę zaczekał, powiedział, żebym nie żartowała.

– Zgłosiłaś to w Centralnym Biurze Śledczym?

– Właśnie sprawdzają ten numer. Dzwonił z komórki, więc trochę to potrwa. Obiecali ustalić jego nazwisko i adres.

– Czy powiedział coś jeszcze?

– Podał dwie zasady. Jeśli się do nich nie zastosujemy, zginą kolejne dziewczynki.

W tym momencie włączył się White, który do tej pory tylko śledził rozmowę.

– Jeśli nawet twierdzi, że nie zabił Julie Entzel, to skąd wie, że zginą kolejne dziewczynki?

– Tego mi nie powiedział, a wolałabym nie snuć domysłów.

– Może zna tego naśladowcę? – dodał White.

– Możliwe – rzuciła Riggio. – Oczywiście zakładając, że w ogóle mu wierzymy...

Kitt czuła, że koleżanka coraz bardziej ją irytuje. Posłała jej niechętne spojrzenie.

– Chcecie wiedzieć, co jeszcze powiedział, czy nie?

M.C. skinęła niechętnie głową.

– Pierwsza zasada – chce rozmawiać tylko ze mną.

– No proszę. – Natychmiast zareagowała zgryźliwą uwagą Riggio.

– A druga? – spytał Sal.

– Niczego nie dostaniemy za darmo i nie przyjdzie nam to łatwo. On sam ustali cenę.

– Chodzi mu o pieniądze? – spytał White.

Kitt spojrzała w jego stronę.

– Nie wydaje mi się, ale niczego jeszcze nie zażądał.

– Właśnie że tak. – Sal spojrzał na podwładnych. – Chce, żebyś zajęła się tą sprawą. – Wziął słuchawkę i połączył się z Nan Baker, sekretarką wydziału zabójstw. – Nan, czy sierżant Haas wrócił już z lunchu? – Przerwa. – Dobrze, powiedz, żeby do mnie przyszedł.

Każdy wydział miał policjanta odpowiedzialnego za sprawy wewnętrzne, a sierżant Jonathan Haas pełnił tę funkcję w wydziale zabójstw. Przed awansem pracował jako partner Briana i wszyscy wiedzieli, że można na nim polegać.

Kiedy wszedł, wysoki i jasnowłosy, po pokoju rozniósł się zapach hamburgera i frytek. Jonathan często nosił różnobarwne krawaty, by w ten sposób maskować powstające podczas lunchu plamy. Mimo że tak bardzo różnił się od Sala, współpraca układała im się nadzwyczaj dobrze. Ostatecznie kiedyś pracowali jako partnerzy.

Sal zaczął mu wyjaśniać sytuację i właśnie wtedy zadzwoniła komórka Kitt.

– Tak, słucham?

– Cześć, Kitt. Tu Brian. Niestety, to była komórka na kartę. Mam nazwę sklepu, w którym ją sprzedano.

No tak, jest sprytniejszy niż przeciętny przestępca.

– Trudno, trzeba będzie tam pojechać. Może nam się poszczęści.

Pożegnali się i Kitt wyłączyła komórkę. Następnie poinformowała zebranych o nikłych wynikach poszukiwań.

Sierżant Haas słuchał w skupieniu, a potem skinął głową.

– Dobra, spróbujemy namierzyć każdego, kto zadzwoni do ciebie do pracy lub do domu. Wszystko też będziemy nagrywać. – Haas zwrócił się do Riggio. – Czy są już wyniki sekcji zwłok?

– Tak, odebrałam je wczoraj wieczorem. Niestety nie ma w nich nic nowego. Uduszono ją, tak samo jak trzy poprzednie ofiary. Nie miała nic za paznokciami. Żadnych śladów gwałtu. Żadnych ran, poza krwiakiem na czole.

– Skąd się wziął? – spyta Sal.

– Anatomopatolog twierdzi, że to odcisk kciuka.

– Ten facet jest jak cień – mruknął White. – Nie zostawia żadnych śladów. Przeczesaliśmy całe sąsiedztwo, ale niczego nie znaleźliśmy. Nikt też nie widział nic podejrzanego.

– Agencja nieruchomości obiecała przygotować na dzisiaj listę osób, które oglądały ten dom – powiedziała Riggio.

– Jakieś odciski palców?

– Chłopcy z laboratorium jeszcze je sprawdzają. Jak do tej pory wszystko w

ygląda tak samo jak przy trzech poprzednich morderstwach.

– Pomijając ręce – zauważyła Kitt. – A to bardzo duża różnica.

Wszyscy w pokoju zamilkli. Porucznik Riggio odezwała się pierwsza.

– Skąd pewność, że facet, który do ciebie dzwonił, to nie jakiś psychol? Dzisiejsza „Register Star” opisuje całą historię na pierwszej stronie. Nie zdziwiłabym się, gdybyśmy mieli więcej takich telefonów.

– Możliwe. Czy chcesz przez to powiedzieć, że powinniśmy zignorować ten ślad?

Riggio zawahała się.

– Jasne, że nie.

– Kitt?

– Tak, szefie?

– Informuj mnie, kiedy znów się do ciebie odezwie. I pamiętaj, masz go trzymać jak najdłużej przy telefonie.

– Dobrze, a o czym powinnam z nim rozmawiać?

– Wszystko jedno, byle tylko nie przerwał połączenia.

Zwołane naprędce zebranie szybko się skończyło. Po chwili wyszli z pokoju Sala. Porucznik Riggio pochyliła się w stronę Kitt.

– Dopięłaś swego – syknęła. – Znowu masz tę sprawę.

– Przeszkadza ci to?

– Nie, jeśli tylko będziesz pamiętać, że to ja za wszystko odpowiadam.

– Nawet gdybym chciała o tym zapomnieć, na pewno mi nie pozwolisz. – Kitt uśmiechnęła się cierpko.

Riggio spojrzała na nią tak, jakby szykowała się do konfrontacji. Kitt nie chciała do tego dopuścić.

– Przepraszam, ale mam teraz ważne sprawy – powiedziała i odeszła.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Środa, 8. marca 2006

godz. 18.40

M.C. nie przepadała za środowymi wieczorami, a konkretnie czasem między godziną szóstą trzydzieści a ósmą trzydzieści. Nazywała te dwie godziny „rodzinnym pieczeniem” i nie chodziło tylko o to, że wraz z piątką rodzeństwa zbierali się wówczas w rodzinnym domu, żeby zjeść sutą kolację. Jednak wspólny posiłek był jedynie pretekstem do „przypiekania” innego rodzaju. Właśnie wtedy matka wyciągała z nich wszystkie szczegóły ich prywatnego życia.

M.C. już czuła podmuch płomieni na twarzy, gdyż zwykle stanowiła ulubioną przystawkę matki. Wydawało się, że matka raczej nigdy jej nie zaakceptuje, zupełnie jakby nie umiała dostrzec w niej nic dobrego i wartościowego. Kiedyś M.C. bardzo to martwiło, jednak z czasem stało się obojętne. Zrozumiała, że woli być sobą, niż udawać kogoś innego, byle tylko zadowolić matkę.

Nie odważyła się jednak wystąpić otwarcie przeciw rodzinnemu rytuałowi i tylko była coraz bardziej wkurzona na bandytów za to, że właśnie w środę robią sobie wolne. Gdyby tak jeden z drugim wziął się do roboty, miałaby dobrą wymówkę.

Zatrzymała się przed domem, w którym się wychowała. Był to duży, jednopiętrowy budynek, który okazał się wystarczający nawet dla tak licznej rodziny. Zasępiła się jeszcze bardziej, kiedy pomyślała o Kitt Lundgren i jej anonimowym rozmówcy.

Czy to możliwe, że Kitt wymyśliła wszystko, żeby ponownie włączono ją do śledztwa? Czy posunęłaby się do takiej mistyfikacji?

Jeśli plotki na temat jej obsesji związanej z tą sprawą były prawdziwe, to mogła zrobić praktycznie wszystko.

M.C. zawstydziła się trochę swoich podejrzeń. Westchnęła i spojrzała na werandę. Stali tam Michael i Neil, pogrążeni w rozmowie. Uśmiechnęła się do siebie. Jakiś czas temu nadała rodzeństwu przydomki: Pracuś, Nieudacznik i Trzech Lizusów. Najstarszy, Michael, czyli Pracuś, został w końcu kręgarzem. Co prawda matka wolałaby, żeby był księdzem, ale skoro jak pozostali bracia nie stronił od seksu i uroków życia, musiała zadowolić się tym, że ma syna „doktora”, jak chwaliła się sąsiadkom.

Neil był Nieudacznikiem i uczył matematyki w katolickiej szkole średniej, do której wcześniej wszyscy chodzili, a także zajmował się trenowaniem szkolnej drużyny zapaśniczej. Trudno byłoby chyba o bardziej normalnego człowieka. Neil zdecydował się też poświęcić dla dobra rodzeństwa i ożenił się jako pierwszy. Dał też matce pierwszego, i jak do tej pory jedynego, wnuka.

Trzej najmłodsi chłopcy, Tony, Max i Frank, czyli Lizusy, postanowili wspólnie zainwestować, a także wykorzystać przepisy „kochanej mamusi” i otworzyli włoską restaurację o nazwie (a jakże!) „Mama Riggio”. W tej chwili mieli już dwa lokale w Rockford i planowali otwarcie trzeciego na przedmieściach Chicago.

M.C. bardzo kochała swoich braci. Nawet tego, który wpadł na pomysł udekorowania restauracji starymi rodzinnymi fotografiami, w tym jedną, na której miała aparat na zębach i krosty na całej twarzy. Pokazywał ją nawet niektórym zaprzyjaźnionym klientom.

– To nasza siostra, Mary Catherine. Wiesz, ciągle jest panną...

Gdy o tym myślała, aż zaciskała pięści ze złości...

M.C. odpędziła niewesołe myśli i wyskoczyła z terenówki.

– Cześć, chłopaki.

– Cześć, stara! Fajnie wyglądasz! – krzyknął w jej stronę Neil.

M.C. zatrzasnęła drzwiczki wozu.

– Dzięki. Specjalnie tak się ubrałam, żeby wystraszyć mamę.

Włożyła same czarne rzeczy, a włosy związała w koński ogon.

– Masz broń?

– Jak zawsze. Więc lepiej uważaj!

Ze wszystkich braci najbardziej lubiła Michaela. Pewnie dlatego, że miał do niej najmniej pretensji, kiedy w dzieciństwie dreptała za nim jak porzucony szczeniak. Poza tym łączyły ich wspólne poglądy na wiele istotnych spraw.

M.C. uściskała go i ucałowała na powitanie.

Następnie przywitała się z Neilem. Kiedy go puściła, brat uśmiechnął się do niej.

– Może zostaw pistolet przed wejściem. Mama jest dzisiaj w kiepskim nastroju. Będzie cię kusiło, żeby z niego skorzystać.

– To nic. Każdy sąd mnie uniewinni. Mieliby mnie karać za zbrodnię w afekcie?

W tym momencie na werandę wpadł trzyletni syn Neila Benjamin, a zaraz za nim jego matka Melody. Prawdę mówiąc, małżeństwo Neila z wiotką, niebieskooką protestantką wywołało prawdziwą burzę w rodzinie. Matka nigdy nie pogodziła się z tym, że syn jej nie posłuchał. Natychmiast zaczęła się skarżyć na bóle w piersi i duszności, których Michael nie podjął się leczyć.

Dzięki temu M.C. miała pół roku spokoju, ale potem Melody zepsuła wszystko, bo najpierw nawróciła się na katolicyzm, a potem oznajmiła, że jest w ciąży. Gdyby mogła, to pewnie jeszcze zostałaby Włoszką!

Tak, M.C. była otoczona samymi lizusami.

Benjamin, który właśnie ją zauważył, wydał radosny okrzyk i pobiegł w jej stronę. M.C. przykucnęła i wyciągnęła ramiona. Bratanek rzucił się jej na szyję, a potem czekał cierpliwie na swój prezent. Wiedział nawet, w której jest kieszeni. Dziś były to ciasteczka w kształcie zwierzątek.

– Psujesz go – stwierdziła bratowa.

M.C. wyprostowała się z uśmiechem.

– A komu mam dawać słodycze? Tym dryblasom? – wskazała braci.

– Jak tam pogoda? – Neil machnął ręką w stronę wnętrza domu.

– Pochmurno. I zanosi się na burzę. Wiecie, jaka jest mama – odparła z westchnieniem Melody.

O tak, wszyscy doskonale wiedzieli. Popatrzyli na siebie w milczeniu, jakby się zastanawiali, na kim dzisiaj matka dokona egzekucji.

Michael spojrzał na zegarek.

– Nasi restauratorzy już się spóźniają – zauważył niechętnie.

– Może postanowili zjeść kolację w swojej knajpie? – zaryzykowała śmiałe przypuszczenie M.C.

– Nie odważyliby się – mruknął Neil.

Miał rację. Wkrótce dostrzegli ich trzy samochody. M.C. odnotowała, że bracia cały czas rozmawiają przez komórki. Po chwili zatrzymali się i wysiedli. I dopiero wtedy zrozumiała, że kłócą się ze sobą przez telefony komórkowe!

Wyłączyli aparaty, dopiero kiedy znaleźli się na werandzie. Zaraz też przywitali się ze wszystkimi. Na dworze zrobił się taki hałas, że sąsiedzi mieli prawo zadzwonić na policję. Ale przecież to ona była z policji...

Spojrzała na braci. Naprawdę uwielbiała tych przystojniaków.

Melody starała się przekrzyczeć hałas.

– Może wejdziemy do środka. Zanim mama... – szukała odpowiedniego słowa.

– Naprawdę się wkurzy – skończył za nią Neil. – Racja, chodźmy do domu.

Weszli do środka, pokrzykując i śmiejąc się. Matka z ponurą miną przywitała ich w drzwiach kuchni.

– Wszyscy, poza Michaelem i Neilem jesteście spóźnieni – stwierdziła, a następnie wbiła zły wzrok w M.C. – Mam jedną córkę i żadnej pomocy.

Więc jednak wypadło na nią. Cóż za niespodzianka!

M.C. ucałowała ją w oba policzki.

– Przepraszam, mamo, ale byłam w pracy.

Matka tylko pokręciła głową.

– Tak, w pracy! Doskonale wiesz, co na ten temat sądzę!

– To znaczy?

– Praca w policji nie jest odpowiednia dla kobiet. Powinnaś z tego zrezygnować. I to jak najszybciej.

M.C. już otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale matka zaprosiła ich do stołu. Zaczęli zajmować miejsca, a w tym czasie Melody pochyliła się w jej stronę.

– Zajmujesz się morderstwem tej dziewczynki?

Skinęła głową i spojrzała na Benjamina. Wyglądało na to, że interesuje go jedynie ciasteczkowe zoo, które zaczął właśnie rozkładać na stole, ale M.C. wiedziała, że dzieci uważnie przysłuchują się rozmowom dorosłych.

– Tak, to ja prowadzę tę sprawę – odparła półgłosem.

Usłyszał to Michael, który siedział po jej drugiej stronie i właśnie zaczął podawać wszystkim spaghetti.

– Moje gratulacje.

– Czy ten wariat znowu zaczął mordować? – spytała Melody z wypiekami na twarzy. – Ten od Śpiących Aniołków?

– Na to wygląda, chociaż są pewne różnice.

Brat podał jej teraz parmezan, a potem sałatę i groszek.

– Jakie różnice? – zainteresował się.

M.C. uśmiechnęła się do Michaela.

– Doskonale wiesz, że nie wolno mi o tym opowiadać.

– Więc to może być naśladowca – włączył się Max.

Wszyscy przy stole ucichli i spojrzeli na nią. M.C. pomyślała o dzisiejszej rozmowie Kitt Lundgren i poczuła się dziwnie.

– Na tym etapie śledztwa trzeba brać pod uwagę wszystkie hipotezy – stwierdziła ogólnikowo.

– Tak się cieszę, że mam syna – westchnęła Melody. – Inaczej strasznie bym się bała.

– Dość już tego! – Matka postanowiła włączyć się do rozmowy. – Jak wam nie wstyd gadać o tym przy stole! W dodatku dziecko słucha!

– Przepraszamy, mamo – powiedzieli zgodnym chórem, jak im się to już wielokrotnie zdarzało.

Zajęli się jedzeniem, które było naprawdę doskonałe. Matka bywała niemiła i opryskliwa, ale gotowała znakomicie. Gdyby M.C. nie miała takiej dobrej przemiany materii, pewnie już wyglądałaby jak zapaśnik sumo.

– Ach, Mary Catherine, nie uwierzysz, kogo dziś spotkałam w sklepie – odezwała się znowu. – Ni mniej, ni więcej tylko matkę Josepha Relliniego.

Najlepiej udawać, że nie rozumie, o co chodzi.

– Kogo?

– Josepha Relliniego. Skończył szkołę rok przed tobą. Pamiętasz? Grał w zespole.

Przypomniała sobie jak przez mgłę ciemnowłosego, lekko przygarbionego chłopaka. Był chyba dosyć miły, ale M.C. wiedziała, do czego prowadzi ta rozmowa. Nie zamierzała ułatwiać matce zadania. To byłoby wyjątkowo głupie posunięcie.

– Został księgowym. – Matka pochyliła się w jej stronę. – Dałam jej twój numer i powiedziałam, żeby kazała mu zadzwonić.

– Ależ mamo!

– A czemu nie? Per amor del cielo. Muszę wziąć sprawy w swoje ręce, skoro z ciebie taka fajtłapa!

Bracia dusili się ze śmiechu. Melody spojrzała na nią ze współczuciem, a M.C. aż poczerwieniała ze złości.

– Wcale nie potrzebuję faceta, mamo! Jest mi dobrze samej!

Mama Riggio pokręciła głową.

– Codziennie chodzę do kościoła i modlę się, żebyś w końcu się opamiętała, rzuciła tę okropną pracę i poznała jakiegoś miłego młodego człowieka. No, nie musi być nawet taki młody...

– Przepraszam, mamo, ale to...

Michael poczuł, że powinien się wtrącić.

– Przecież ona ma glocka. To tak, jakby była z facetem.

Tony machnął ręką.

– Daj jej spokój, mamo. Przecież ona jest lesbijką.

M.C. rzuciła w brata serwetką.

– Wypchaj się, Tony.

– Matko Boska! – Starsza pani wzniosła ręce do nieba. – Kiedy to się stało?!

– Tony tylko się wygłupia. Nie jestem lesbijką.

Max dolał sobie wina.

– Tony zawsze się wygłupia – stwierdził. – Ale ja też nie zamierzam szybko się żenić. Jest przecież tyle pięknych kobiet...

– Ty jesteś jeszcze młody – powiedziała pobłażliwie mama Riggio. – Ale twojej siostrze wcale nie ubywa latek!

Na szczęście do rozmowy włączyła się jak zwykle Melody, starając się załagodzić sytuację.

– M.C. nie powinna się spieszyć. Życie jest zbyt krótkie, żeby angażować się w byle jakie, przelotne związki.

– Mówisz z doświadczenia? – spytał Tony i posłał jej promienny uśmiech.

Melody nie dała się sprowokować.

– Jasne, bo wyszłam za najwspanialszego faceta na świecie.

Zgromadzeni mężczyźni wydali pełen aprobaty pomruk i zaczęli trącać Neila łokciami. Matka zajęła się czymś innym, a M.C. zaczęła pospiesznie połykać kolejne kęsy posiłku.

– Było mi bardzo miło, ale muszę już lecieć – powiedziała, wstając.

– Ale przecież nie zjedliśmy jeszcze deseru! Mam canoli od Cepellego.

Canoli od Cepellego to była zupełnie wyjątkowa sprawa. Prawdziwa uczta dla smakoszy.

Jednak teraz, kiedy po raz kolejny wdała się w utarczkę z matką, M.C. nie mogła zostać dłużej. Nie zniosłaby kolejnych uwag na swój temat. Ucałowała więc matkę, braci i Melody.

Kiedy wyszła na werandę, dogonił ją zaniepokojony Michael.

– Coś się stało? – spytał.

– Niby dlaczego?

– Przecież nie zjadłaś deseru – zauważył. – Nikt z rodziny nigdy tego nie robi.

– Mam już dosyć – rzuciła.

Domyślił się, że nie chodzi jej o jedzenie.

– Przecież wiesz, że mama naprawdę cię kocha.

– Nie powinna wtrącać się w moje sprawy! Jestem już dorosła, jak sama raczyła zauważyć.

– To prawda – przyznał – ale...

Urwał gwałtownie, a ona zmarszczyła brwi.

– No co?

– Chyba mnie nie pobijesz, prawda?

– Jasne, że nie. Po prostu cię zastrzelę, jeśli nie skończysz tego, co zacząłeś...

– No dobra, wiesz przecież, że do kłótni trzeba dwojga...

– To znaczy?

– Musisz pogodzić się z tym, że mama już taka jest...

– Ale ona nawet nie stara się mnie zrozumieć!

– A ty próbujesz?

Mary Catherine, jak cała jej rodzina, była obdarzona ognistym temperamentem. Na szczęście nauczyła się nad nim panować.

Czasami jednak miała z tym trudności. Na przykład teraz poczuła, że krew znów nabiegła jej do policzków. Szerokim gestem wskazała wnętrze domu.

– Przecież przyjeżdżam tu w te cholerne środy! Co jeszcze mam robić?! Przywozić ze sobą tłumy wielbicieli?!

Nie odpowiedział, a ona spojrzała na niego groźnie.

– Łatwo wam gadać – ciągnęła. – Tobie i tym cholernym typom. Jesteście przecież jej ukochanymi synkami. Jesteście tacy, jak sobie wymarzyła!

– A ty zawsze byłaś rodzinną bidulką – mruknął Michael.

– Dobra, możesz zapomnieć o całej rozmowie. Myślałam, że przynajmniej ty mnie rozumiesz.

Przeszła do samochodu, wskoczyła do środka i z hukiem zatrzasnęła drzwiczki. Odjeżdżając, obejrzała się jeszcze za siebie i stwierdziła, że brat wciąż stoi na werandzie.

Pomachał jej i uśmiechnął się.

Zmełła w ustach przekleństwo i przystanęła. Opuściła szybę i spojrzała w jego stronę.

– No dobra, spróbuję! – krzyknęła. – Ale gdybyś był dobrym bratem, to przyniósłbyś mi szybko trochę canoli.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Środa, 8. marca 2006

godz. 21.10

Bar Bustera znajdował się w miejscu nazywanym Five Points, gdyż krzyżowało się tu pięć najważniejszych dużych ulic Rockford. Ten obszar na przemian kwitł i podupadał, w zależności od tego, czy przedsiębiorcy decydowali się otwierać nowe bary, restauracje i kluby.

Jednak bar Bustera przetrwał wszelkie przeciwności. Wybór dań nie był duży, ale serwowano tu solidne i smaczne posiłki oraz alkohol. Poza tym w niektóre dni tygodnia można było wieczorami posłuchać muzyki na żywo lub obejrzeć inne występy.

M.C. była zbyt poruszona, żeby jechać od razu do domu, dlatego postanowiła wstąpić do Bustera. Trochę zaniedbany bar nie cieszył się popularnością wśród policjantów, ale często można tu było spotkać przynajmniej kilku oficerów. W tej chwili potrzebowała drinka i rozmowy o pracy, żeby się trochę uspokoić.

Weszła do budynku, wciągając w nozdrza zapach papierosów, hamburgerów i piwa. Przy barze siedział Brian wraz z dwoma kumplami – śledczymi Scottem Snowe’em i Nickiem Sorensteinem. Rozmawiali z jakimś mężczyzną, którego nie znała.

Podeszła do kontuaru. Snowe zauważył ją pierwszy i od razu pomachał ręką.

– Bardzo mi miło, że cię widzę – rzuciła.

– Naprawdę? – Snowe wypił łyk piwa.

Skinęła głową i zamówiła wino.

– Tak, chciałam się dowiedzieć, co nowego w sprawie Entzel.

– Ee, myślałem, że chodzi ci o mnie...

– To później – powiedziała ze śmiechem.

– No dobra, zwłaszcza że mam niewiele do opowiedzenia. Na oknie były tylko odciski palców rodziców i tej małej. Morderca z całą pewnością nosił rękawiczki.

– Jakieś skrawki materiału albo włosy?

– To nie moja działka. Spytaj o zdjęcia.

– No dobra, co ze zdjęciami?

– Zostawiłem je na twoim biurku, kiedy wychodziłem z pracy. Gdzie byłaś? W toalecie?

M.C. zignorowała to pytanie.

– I jak wyszły?

– Prawdziwe dzieła sztuki. Czego się spodziewałaś po mistrzu?

Mary Catherine przewróciła oczami.

– Gratuluję dobrego samopoczucia – mruknęła.

– Hej, Riggio – wtrącił Sorenstein. – Nie boisz się tej speluny?

– Odwal się, stary.

Nick Sorenstein był policyjnym entomologiem. Z prawdziwą pasją grzebał w trupach i wyłuskiwał z nich przeróżne larwy i owady. Wymagało to przygotowania i olbrzymiej wiedzy, a jednocześnie narażało na zaczepki i żarty kolegów.

Snowe znowu napił się piwa.

– M.C. pytała właśnie, czy znaleźliśmy coś w pokoju Entzel.

– A owszem, bardzo ciekawe czarne nitki – ożywił się Sorenstein. – Były na oknie i w łóżku małej. Morderca pewnie nosi się na czarno.

– To nic nowego.

– Dużo kociej sierści – ciągnął Sorenstein, nie zwracając uwagi na jej ironiczną uwagę. – Mają długowłosego kota, który nazywa się Whiskers. Wziąłem próbki jego sierści do laboratorium. Trzeba będzie poczekać na wyniki badań. To wymaga czasu.

– Którego mamy mało...

Dopiero teraz zwrócił na nią uwagę Brian, dotychczas zajęty rozmową z facetem, którego nie znała.

– Cześć, M.C., to jest nasz nowy znajomy, Lance Ca... Castrolliani, czy jakoś tak. – Sposób, w jaki wypowiedział nazwisko nieznajomego, wskazywał, że siedział tu już od dłuższego czasu.