Narzeczona z Kociewia - Konrad T. Lewandowski - ebook

Narzeczona z Kociewia ebook

Konrad T. Lewandowski

0,0
32,90 zł

lub
Opis

Rzymianie podbili już całą Galię. Całą? Nie! Broni się jeszcze jedna mała wioska...

Ta historia jak z komiksu o Asterixie i Obelixie wydarzyła się naprawdę w Polsce w 1920 roku. Wioska Janowo wraz czterema swoimi przysiółkami powstrzymała całe Niemcy, wygrywając plebiscyt i przyłączając się do Polski. Niniejsza książka opowiada tę historię w konwencji fantasy. Magia przeplata się tu z wydarzeniami rzeczywistymi i niesamowitymi zbiegami okoliczności oraz prawdziwymi ludźmi. Do walki o Polskę stają żywioły, demony i pradawne słowiańskie bóstwa.

Ale głupi ci Germanie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 347




1. | Wiślany utopiec

Noc była księżycowa, ale wietrzna i pochmurna.

Wiatr chyżo przesuwał po niebie wielkie obłoki, napuszone niczym płanetnikowe pierzyny. Co chwila, gdy któryś z nich zakrył pełny Księżyc, robiło się całkiem ciemno. Kiedy z kolei się odsunął, widniało dla odmiany jak w dzień bez mała, oczy do mroku wcześniej nawykłe, widziały każdy drobiazg. Pomiędzy jednym a drugim przeciwieństwem natomiast mnożyło się bez liku ruchliwych cieniów, łudząc wzrok na potęgę. Ogłupieć można było iście, zwłaszcza że uwaga cała napięta i czujna być musiała. A do tego jeszcze słowiki jak oszalałe po krzakach zawodziły, jakby się nawzajem przed czymś przestrzegały.

Marcin Tollik przedzierał się przez wiślane łęgi, z największą ostrożnością rozgarniając gałęzie drzewcem oszczepu. W skupieniu wypatrywał tropionych hultajów, którym taka noc sprzyjała jak mało kiedy. Zdawali się być teraz wszędzie i nigdzie. On z bratem Pawłem oraz powinowatymi z Rajkowów i Maniowa, książęce słowo za sobą mając, a także i błogosławieństwo samego opata pelplińskiego, trzymali mir w okolicy. Wczoraj zaś jak raz przyszła wieść o pruskich rabusiach zza Wisły, że znów się na polski brzeg zakradli, cudzego patrząc. Nie były to już takie groźne rejzy jak za dziadów i pradziadów bywały, prawda, ale ciągle jeszcze kilka pomezańskich rodów po staremu na chąs do Polan chodzić próbowało, na co bracia zakonni oko przymykali, udając że nic o niczym nie wiedzą, w zamian za psią wierność Pomezanów krzyżackim panom nowym. Trzeba więc było po staremu na pruskich łapserdaków stale oko mieć, tropić, łapać i wieszać na suchych gałęziach wzdłuż brzegu Wisły, żeby postrach należyty był. Takoż i teraz, w tę noc nawiedzoną przyszło braciom Tollikom stawać w książęcej służbie.

Wtem skrzekot lelka kozodoja rozległ się natarczywy, aż słowiki ścichły, z chaszczy oderwały i rozpierzchły. Cisza zapadła na chwilę jak makiem zasiał, a potem znów skryty gdzieś blisko lelek zanucił swoją burczankę-konajączkę jakby wprost do przyczajonego woja skierowaną. Aż Marcinowi skóra na grzbiecie ścierpła.

Lelek zaś przestrzegł go po raz trzeci.

Blisko samej Wisły to było, może pięć kroków. Słychać już było szmer nurtu i starczyło jeszcze raz krzaki rozgarnąć, żeby zobaczyć wodę rozmigotaną od księżycowych rozbłysków.

Na brzegu siedział ktoś…

Marcin Tollik pochylił się niżej, aby obcego zajść niepostrzeżenie. Skradać zaś umiał się bezszelestnie, z rajkowskimi lasami od maleńkości oswojony, ale teraz cały ten kunszt zdał się na nic. Tamten spostrzegł się od razu, obrócił głowę prosto w stronę Marcina i skinął mu, jakby go dobrze widział, choć w takiej ćmie i gąszczu dojrzeć kogokolwiek nie było w ludzkiej mocy. O tym jednak książęcy wój, w tej chwili nie pomyślał.

Marcin widząc, że obcy nie dał się podejść, ale i uchodzić nigdzie nie zamierza, tylko siedzi spokojnie jak uczciwy człek, wyszedł jawnie z zarośli, wypytać kto zacz i czemu to nocą po wiślanych łęgach się snuje.

Pojaśniało akurat trochę więcej i postać siedzącego wydała się Marcinowi dziwnie znajoma. Po dalszych trzech krokach rozpoznał go całkiem.

Maniutek to był, druh serdeczny z Maniów z Maniowa, rodu blisko z Tollikami rajkowskimi skoligaconego. Żaden więc hultaj ani złodziej pruski. A jednak przelęknąć się go znacznie bardziej niźli zbója wypadało, albowiem to już trzeci rok szedł, dokładnie dwa i pół bez mała, jak Maniutek w Wiśle utopił się był…

W kałuży błotnistej i w przemoczonym ubraniu siedział teraz, zapatrzony w wiślane fale, a po mokrych włosach pełgały mu zielonkawe, fosforyczne poblaski, które akurat rozjarzyły się mocniej, bowiem Księżyc na niebiesiech znowu przyćmiło.

I oczy Maniutka błysnęły mocną zieloną poświatą, kiedy on znów na Marcina spojrzał.

Wój rozprostował się, mocniej na obu nogach stanął i oparł dłoń na głowicy miecza, która jak raz ze srebra ukuta była. Poczuł też od razu, że metal ten robi się gorący i coraz gorętszy… Pomny zaś tego, że na upiora najlepszym sposobem jest wyostrzone żelazo w ziemię wbić, obrócił oszczep grotem do dołu, gotów w każdej chwili w grząską murawę pod stopami pchnąć.

– Nie dźgaj, bo mnie wnet weśsie, a pomówić z tobą chciałem – odezwał się spokojnie utopiec.

– Czego na tym świecie szukasz? – Marcin postarał się nadać swemu głosowi surowe brzmienie. Wszak mir miał być po równo, pomiędzy żywymi i umarłymi, a jego zadaniem było wszelkiego ładu strzec! Cóż więc z tego, że upiór?

– Co u mojej Kachny? – zapytał Maniutek.

Narzeczona to jego była, już po dwóch zapowiedziach w kościele parafialnym i wszystko do ślubu szykowane było. Krewnych bliższych i dalszych oboje na weselisko spraszali właśnie. Złożyło się jednak tak, że kiedy Kachna wybrała się do kumów po drugiej stronie Wisły mieszkających, Maniutkowi wypadła służba książęca z oboma braćmi Tollikami, bo w Pelplinie jakiś zatarg był, należało więc instygację przeprowadzić, winnego pojmać i przed sąd książęcy postawić; albo też i sąd kościelny, to zależało kto komu i w czym sprawca przewinił, co też dokładnie rozważyć należało. Kachna zatem popłynęła z ojcem i sąsiadami, zapraszać gości bez narzeczonego.

Jak wracała, Maniutek już na nią na brzegu rzeki czekał, więc ona na dziób czółna wyszła, żeby go lepiej widzieć, a wtedy wir jakiś niespodzianie łódkę pochwycił, zarzucił nią jak łupiną i Kachna w wodę upadła. Na samym środku wiślanego nurtu to było, ratować nie sposób. Wciągnęło ją w odmęty momentalnie, zanim ktokolwiek zdołał jej wiosło podać czy sznur rzucić. Maniutek mógł tylko patrzeć na to bezsilnie.

Ratować więc lubej nie mógł, ale w zamian ofiarował się za nią. Krzyknął strasznym głosem: „Bierzcie mnie, a nie ją!” i buchnął w wodę, zanim go druhowie przytrzymać zdążyli.

Zdawało się, że przepadli oboje na amen, aż tu nagle pół pacierza później, Wisła pannę na brzeg wyrzuciła. Nieprzytomna była, ale wodę jej z płuc zaraz wydusili i docucili, w trzy dni do siebie poszła.

Opat z Pelplina na tę wieść osobiście z pociechą do Maniów przyjechał i w kościele podczas mszy żałobnej ogłosił, że Maniutek żywot swój poświęcając wzorem samego Chrystusa Pana postąpił, więc teraz ponad wątpliwość wszelką w Królestwie Niebieskim po prawicy bożej zasiada. Gdyby zaś kto znał inne równie godne postępki zmarłego, niech się zaraz do klasztornej kancelarii zgłosi, a tam się te świadectwa jak należy spisze i gdyby ich było więcej, to się je do samego Rzymu, do papieża pośle, ażeby o beatyfikację zabiegać i lokalny święty będzie jak raz. Z tego jednak nie wyszło nic, gdyż Maniutek młodzian był jak wszyscy, ani trochę bardziej pobożny, więc tylko we wdzięcznej ludzkiej pamięci między swymi pozostać musiał.

Skoro jednak Maniutek ponad wątpliwość wszelką na chrześcijańskie niebo zasłużył, to czemu on teraz zamiast siedzieć tam w górze, pomiędzy błogosławionymi, siedzi tu oto w błocie na brzegu Wisły jako upiór-utopiec?

Marcin odetchnął głębiej i zebrał się w sobie.

– Opłakiwała cię się jak należy, przez rok cały – odpowiedział demonowi z powagą. – Najpierw od zmysłów odchodziła, włosy sobie rwała i za tobą do Wisły chciała iść, aż trzeba było ją wiązać. Potem beczała całymi dniami, wreszcie tylko osowiała chodziła, zaczem odżyła w końcu. Jak czas żałoby minął, wydała się sześć niedziel później i teraz już z drugim dziecięciem przy nadziei chodzi.

– Za kogo się wydała? – zapytał utopiec.

– A tobie, Maniutek, na co teraz to wiedzieć? Nachodzić ich chcesz?

– Nie chcę… – demon pokiwał głową w zadumie. – Zali bym chciał znać, czy moja Kachna zdrowa jest i szczęśliwa.

– Zdrowa i szczęśliwa – zapewnił Marcin zdejmując rękę z miecza. – Tyle ci mogę rzec. Ale powiem i to, że ona już nie twoja – zaznaczył z naciskiem. – Śmierć i woda was rozdzieliły, a ty miru nie naruszaj, żeby wspominać cię nikomu nie było przykro.

– Trzymałem ten mir razem z tobą – przypomniał utopiec. – Zatem o starych powinnościach ty mnie przypominać nie musisz.

– To dobrze. – Marcin obrócił oszczep z powrotem tylcem do ziemi i oparł się na drzewcu dla wygody.

– Jednak rzeknij mi tylko jeszcze, czy to dziecię Kachny to chłopak, czy dziewuszka?

– Syn.

– Mógł być mój… – westchnął demon.

– Ano mógł! – Marcin już całkiem bez obawy obok martwego druha przysiadł.

Maniutek znów zadumał się nad czymś długą chwilę, po czym sięgnął za pazuchę i podał towarzyszowi jakiś wodorost czerwony, jakiego ów jeszcze nigdy w żadnych wodach nie widywał.

– Daj to ode mnie Kachnie – powiedział. – Niech ona skrawki tego ziela dzieciom swoim do ubranek przyszywa, najlepiej pod haftami jakimiś je chowając. Wtedy jak które w wodę wpadnie, nasi się poznają i onego w głębinę na zawsze nie pociągną.

– Dobrze – zgodził się Marcin i przyjął wodorost. – Kachnie mam coś od ciebie rzec?

– Tyle, że jej wszelkiego szczęścia życzę.

– Tak zrobię – zapewnił Marcin. – A ty… – nie wytrzymał i zapytał wprost. – Czemu ty, Maniutek, tutaj jak jakaś dusza pokutująca w błocku siedzisz, zamiast na niebieskich komnatach? Wszak sam opat z Pelplina mówił, że tam na wysokościach twoje miejsce jest.

– Ano, prawda, zstąpili po mnie aniołowie pańscy do odmętów, jak tylko żem się tam znalazł i powiedzieli, że mam iść za nimi do domu Ojca Niebieskiego, ale nie poszedłem.

– Dlaczego?

– A bo jakże tak? – zdumiał się Maniutek. – Wszak słowo Kociewiaka nie dym! Rzekłem wiślanym utopcom, że za Kachnę ja do nich idę, a one się z umowy wywiązały i ją uwolniły, to jakże mogłem nie wywiązać się i ja?! Podziękowałem więc posłańcom niebieskim pięknie i powiedziałem, że tu we Wiśle zostaję, bo inaczej mnie nie honorowo.

– Rozumiem. A na jak długo tak będzie?

– Na wieczność. Oznajmili mi wtedy aniołowie, że kto raz się łaski pańskiej wzbronił i chwały bożej oglądać odmówił, ten według ich prawa potępiony na wieki.

– To niesprawiedliwe zdaje mi się.

– Może i tak, ale czy oni taką piękną Wisłę tam na górze mają? Ponoć ten żydowski Jordan równać się z nią nie może, ot ledwie to strumień trochę większy, jak bywali w Ziemi Świętej rycerze mówili.

– Więc niczego ci, Maniutek nie żal?

– Jest wszystko jak się należy. Do gildii utopców przystałem i do tej pory na terminie u nich byłem, ale niedawno mnie uwolnili jako czeladnika i odtąd wolno mi już na brzeg wychodzić i samemu ludzi topić. Tylko ja się od razu zastrzegłem, że żadnych młódek przed ślubem w topiel wciągać nie będę i oni na to przystali.

– Ale mnie ty byś mógł wciągnąć? – Marcin powstrzymał rękę, żeby znów jej na mieczu nie położyć.

– A mógłbym – odrzekł Maniutek szczerze. – Gdyby na ciebie wyższe instancje termin wydały, wtedy mus. Póki jednak tego terminu nie ma, a nie ma, to ja własnowolnie postępować mogę, więc swojaków wciągać nie zamierzam.

– Dobre i to… – Marcin odprężył się nieco.

Tymczasem Maniutek podniósł coś, co leżało koło niego i podniósł do ust. Towarzysz spostrzegł, że był to pęczek dojrzałego tojadu. Utopiec odgryzł cały wicheć z trującymi nasionami, żuł chwilę i połknął z przyjemnością.

– Zawsze je lubiłem – powiedział – a teraz już bez obawy mogę jeść…

Marcin znał tę historię dobrze. Maleńkiego Maniutka, jeszcze ledwie chodzącego, zabrała pani matka na łąkę gdy szła zaganiać krowy. Malec zapatrzył się na piękne niebieskie kwiaty tojadu i zaraz całą garść tego ziela do buzi sobie wepchnął. Matka Maniutka w porę się spostrzegła i od razu jadowity miąższ palcem z ust mu wygarnęła, dokładnie wszystko wypluć nakazawszy, więc do nieszczęścia nie doszło. Jednak smak trucizny Maniutek poczuł i ogromnie mu on do gustu przypadł, że taki cierpki i mrowiący w ustach, niczym najlepsze piwa, jak potem mawiał. Odtąd miał w zwyczaju kłosy i nasiona tojadów, zwanych mordownikami dla ich smaku pogryzać i wypluwać zaraz, a teraz jak widać, kiedy mu na wiślany brzeg wyjść pozwolono, pierwsze co zrobił, to odszukał trujące ziele i pojadał je sobie teraz, w księżycową noc, w wiślane fale smętnie zapatrzony.

– Prawda to jest, co ludzie gadają – Marcina wzięło na ciekawość – że wasza siedziba wedle Piekła jest?

Chodziło o cypel zaraz za początkiem Nogatu, gdzie prądy i wiry rzeczne wyjątkowo zdradliwe były, a tak silne, że częstokroć tratwy flisackie rozrywały, od czego cały towar im przepadał. Bywało też że z niejednym ludzkim życiem nawet. Flisacy nazywali to miejsce „piekłem” i z lękiem opowiadali o otchłaniach i toniach bezdennych, przez wszelkie demony wodne zamieszkałych. Od tego poszła nazwa Piekło dla wioski leżącej na pobliskim brzegu.

– Prawda, ale w gościnę prosić cię nie będę.

– I dobrze ci tam u nich? – dopytywał się dalej Marcin.

– Narzekać nie mogę – odparł Maniutek. – Boginki niecnotliwe są i do wszelkich figli przychylne. Stąd zaś, że dobrowolnie do nich przystałem, szacunek większy od innych mam. Służba nie ciężka też, ot raz na rok obowiązek utopić kogoś mam.

– Czyli jakiegoś człeka teraz wziąć musisz? – nastroszył się wój.

– Już odrobiłem co swoje – Maniutek pokazał w wodę przed sobą, a wtedy na powierzchnię wypłynął trup, twarzą do dołu leżący i rozrzuconymi bezwładnie ramionami. Unosił się na toni wbrew prądowi rzeki, jakby do czegoś na dnie uwiązany. – To jeden z tych, co żeś ich tu szukał…

W istocie, widać było, że topielec jest ubrany z pruska.

– Podziękować wypada mi – odrzekł Marcin z powagą – żeś mnie w robocie wyręczył.

– Jak za starych czasów bywało… – Maniutek uśmiechnął się fosforycznie.

– Wdzięczność za tę pomoc jestem ci winien – powtórzył jego towarzysz. – Rzeknij, Maniutek czego ci potrzeba! Mszę mogę zamówić albo jaki specjalny odpust u opata w Pelplinie wyjednać, co wolisz? Jak chcesz to i do samego biskupa w Gdańsku pojadę.

– Chrześcijańskie obrządki mnie już na nic – odparł utopiec. – Słowo się rzekło i dotrzymam je, jak zacność i dobra wiara nakazują. Jednak jest jedna rzecz, za którą mi trochę tęskno…

– Mów, Maniutek!

– Ano nijak nie idzie tam na dnie… – pokazał na rzekę – kaszy ugotować… Stąd misa gorącej kaszy z ziarnem tojadu mi się marzy… – Więc gdybyś się mnie panie Marcinie nie brzydził i w gości zaprosił czasem, to na dobrą kaszę chętnie przyjdę.

– Jak cię zawezwać? – zapytał Marcin bez wahania.

– Mogę przyjść wszędzie tam, gdzie woda dochodzi. Zatem do studni koło północka przyjdź i trzykroć moje imię krzyknij w głąb. Wtedy wnet przybędę.

– Tak zrobię – zapewnił Marcin. – Ale w izbie sucho i ciepło jest, a tobie zdaje się wysychać nie wolno, prawda?

– Prawda – skinął głową demon. – Jednak nic mi nie będzie jak ceber z wodą pod stołem postawisz, żebym mógł nogi moczyć.

– Postawię – obiecał Marcin.

– Zatem bywaj, stary druhu – utopiec wstał bezszelestnie.

Książęcy wój też się podniósł i wyciągnął do niego rękę.

– Nie zbrzydzisz się mnie? – uprzedził go Maniutek.

– Nie brzydziłem się kiedyś, nie będę i teraz!

Uścisnęli sobie prawice na pożegnanie. Dłoń utopca była trupio zimna, oślizgła i rozmiękła od wody, jak to zwykle u topielców, których wielu dotąd Marcin oglądał, z racji pełnionego obowiązku. Wrażenie tak wstrętne było, że mimo całej swojej życzliwości do starego druha, wój z wielkim trudem powstrzymał się, żeby natychmiast ręki o portki nie wytrzeć.

Maniutek zaś nic już nie rzekł, tylko wszedł w wodę, chwycił swoją ofiarę za włosy i powlókł za sobą w odmęty. Tak zniknęli z oczu.

Marcin otarł jednak rękę, po czym przeżegnał się odruchowo i zawrócił szukać reszty drużyny.

Niebawem usłyszał, że oni go nawołują.

– Tu, bywaj! – odkrzyknął i ruszył ku nim na przełaj.

Starszy brat Paweł wyszedł mu na spotkanie.

– Jednego mamy! – oznajmił pokazując związanego brańca, wleczonego z tyłu. – Miał przy sobie kradzione rzeczy, więc niczego więcej dochodzić już nie potrzebujemy. Jak się rozwidni znajdziemy mu porządną, wysoką gałąź, żeby z drugiego brzegu dobrze było obwiesia widać! Ale dwóch pruskich rabusiów uszło nam za Wisłę.

– Tylko jeden uszedł – odparł Marcin. – Widziałem trupa.

– Ubiłeś tego drugiego?

– Nie ja…

– Ktoś z tobą był? – zdziwił się Paweł.

– Masz jeszcze to mocne wino od braciszków z Pelplina?

– A pewnie… – brat sięgnął do pasa i podał mu bukłak.

Marcin pociągnął długi haust. Zanim zaczął mówić, odczekał chwilę, aż przyjemne ciepło porządnie rozleje mu się pod sercem. Oddając wino spojrzał bratu prosto w oczy.

– Maniutka spotkałem! – oznajmił wprost.

2. | Plebiscytowa gorączka

Listonosz, który prócz oficjalnej korespondencji przekazał im ustne ostrzeżenie od Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego w Kwidzynie, właśnie wsiadł na rower i odjechał w kierunku Korzeniewa. Patrzyli za nim w milczeniu, przez okna janowskiej plebanii, póki całkiem nie zniknął im z oczu na zapylonej drodze. Powietrze nad nią wciąż drżało od lipcowego upału, choć było już późne popołudnie.

W zapadłej ciszy, zdawało się, doleciał z południa daleki pomruk dział na bolszewickim froncie, sunącym na Płock i Warszawę, choć może to całkiem co innego było, tylko imaginacja rozgorączkowana płatała figle. Nie wesoło przedstawiało się to lato 1920 roku, oj nie wesoło, a teraz jeszcze taka wieść!

Ksiądz Niklas zwrócił się w stronę krucyfiksu, ukrył twarz w dłoniach i modlił się w milczeniu. Bracia Napiontkowie także wstali, ale całą uwagę skupili na wciąż siedzącym za stołem Tadeuszu, pełniącym w Janowie funkcję obwodowego pełnomocnika komisarza plebiscytowego z Kwidzyna.

– Co pan dziedzic rozkaże? – zapytał z powagą Bolesław.

Dotąd z racji młodego wieku do Tadeusza Tollika, który dopiero co dwadzieścia jeden lat ukończył wszyscy zwracali się po staremu, czyli „paniczu”, zgodnie z przyzwyczajeniem, chociaż on już dawno gospodarkę po ojcu odziedziczył, głową rodu stał się, no i „dziedzicu” wypadałoby. Jednak ten społeczny awans nastąpił dopiero teraz, w obliczu zagrożenia najpoważniejszego z dotychczasowych.

– Uprzedźcie ludzi! Niech będą gotowi – odpowiedział od razu Tadeusz. – Ja tu jeszcze się z księdzem proboszczem rozmówię i potem dalsze polecenia wydam.

– Wedle rozkazu! – bracia Napiątkowie wyprężyli się służbiście i wyszli szybko z plebani.

Tadeusz i ksiądz Ignacy zostali sami.

– Na takie bandyckie najście naszych wiarusów za mało – odezwał się proboszcz, marszcząc wysokie czoło, nad którym zaczynały mu się zakola rozszerzającej się szybko łysiny. Niedawno przekroczył pięćdziesiątkę, parafię janowską dzierżył prawie ćwierć wieku, od samego początku posługi polski patriotyzm na równi z ewangelią głosząc. Żniwo z tego cierpliwego narodowego posiewu akurat za parę dni miało być zebrane, a tu wyglądało na to, że ten plon spłonie na pniu... – Musimy natychmiast słać po pomoc do Komisji Międzysojuszniczej i do pana starosty w Gniewie! – kapłan dokończył myśl.

– Nie zdążymy – odparł Tadeusz. – Akurat dwa dni temu, taką sytuację rozważałem jako hipotezę ze starostą Czarnowskim, który gotów był choćby i z pogwałceniem traktatów międzynarodowych wojsko nam tu na ratunek z Gniewa wysłać, ale go już nie ma. Akurat wszystkie siły odkomenderowano mu z miasta na południe, przeciw bolszewikom. Zatem, w nagłym razie musiałby on zakonspirowanych działaczy Organizacji Wojskowej Pomorza po całym powiecie zbierać, co zajmie mu najmniej dobę, przy staraniach największych. Jak więc teraz damy mu znać, to najwcześniej jutro wieczór odsiecz z lewego brzegu Wisły do Janowa przyjdzie, a tak najrealniej pojutrze…

– Do Włochów więc iść musimy!

– Tych Włochów to ksiądz dobrodziej zna równie dobrze jak ja – machnął ręką Tadeusz. – Palcem nie kiwną, przewlekać będą i jak sójki za morze zbierać się, aż jak w końcu przyjdą, to tylko żeby nam tu świeże mogiły policzyć i protokół spisać. Wpierw byli sojusznikami Niemiec, potem Ententy, a teraz znów z Niemcami się zwąchali i po ich myśli cały ten plebiscyt nadzorują. Szkoda więc na Włochów naszej fatygi, a do posterunku francuskiego zaś mamy za daleko.

– Boże mój! – wybuchnął poruszony proboszcz Niklas. – Żebyż to jak dotąd pospolita kwidzyńska apaszeria była wódką i tytoniem przekupiona, to mnie szyb na plebanii nie żal. Zanim się plebiscyt zaczął, kupiłem sobie potrójny zapas szkła na wymianę tych pobitych… Nie nowość mi! Ale żeby Freikorps na nas nasyłać!? Te wilkołaki dzikie, na polach wielkiej wojny ludzkim mięsem bez mała wykarmione… Na naszych włościan poczciwych? Toż to już wyrachowana zbrodnia jest!

– Wyczuli dranie, że w janowskiej parafii Polska mocna wiarą, więc odstraszający przykład na całe Prusy Wschodnie chcą dać… – mruknął posępnie Tadeusz.

– Jak stawimy opór będzie rzeź!

– Ale nasi ludzie bez oporu nie poddadzą się. Na to właśnie ksiądz dobrodziej przez tyle lat miłość ojczyzny kształcił w nich…

– Boże mój! – powtórzył proboszcz i złapał się za głowę, ale po chwili uspokoił się, uniósł czoło wyżej. – Moja to odpowiedzialność i moja wina… Pójdę więc ofiarować się za nich! Niech mnie zamordują, ale oszczędzą wieś!

– Nie będą z księdzem gadać! – Tadeusz stanowczo uciął ten pomysł. – Oni tu jak wilki wpadną, tylko kąsać i szarpać do krwi. Na dobrodzieju nie poprzestaną, a jak ksiądz sam do nich wyjdzie, tylko im tę rzeźnicką robotę ułatwi.

– Tak mnie młody pan dziedzic hamuje, jakby tu jaką lepszą radę miał! – żachnął się proboszcz.

– Może i mam…

– Jaką?

– Zwykłe niemieckie bojówki z Kwidzyna i Sztumu dotąd polami wzdłuż dróg i torów kolejki przekradały się do nas. Teraz ma być tak samo, jednak tylko dla odwrócenia naszej uwagi, z tego co ten listonosz mówił. Tymczasem Freikorpsy od tyłu zakradną się. Lecz na pewno nie przez Katrynkę, bo tam i woda, i nasyp kolejki zaraz obok podwójną przeszkodą dla nich są. Także gospodarstw po obu stronach wiele, więc nie przemknęliby tu nie postrzeżeni, a świadków swego bezprawia to oni mieć nie chcą. Zatem, tak myślę, że oni muszą gdzieś dalej od północy przez Benawę przejść, a i to nie przez mostek kolejowy, któryśmy ostatnio rozebrali… – myślał głośno Tadeusz. – Więc gdzieś bliżej Białej Góry to będzie, pewnie starym pruskim szlakiem od Zantyry przyjdą i łodziami przeprawiać się będą…

– I my na nich po naszej stronie rzeki zaczekamy?

– Zbyt mało mamy ludzi, dobrodzieju, żeby cały brzeg Benawy obstawić, a wtedy też do obrony wsi nie pozostałby nikt.

– Więc kto miałby Niemcom tej przeprawy wzbronić?

– Ksiądz wie…

Proboszcz popatrzył uważnie na Tadeusza i po chwili pojął, co ów miał na myśli. W istocie, dość długo pełnił posługę na kociewskim Powiślu, żeby nie wiedzieć co tutaj w trawie piszczy, a w tym przypadku w trzcinach i szuwarach raczej… Pojąwszy zaś aluzję, pobladł i zaciął usta.

– Musiałby mi tylko ksiądz dobrodziej dyspensę dać…

– Wykluczone! – Wybuchnął proboszcz, ledwie nad sobą panując.

– O ludzkie życie idzie tu! – Tadeusz przeciwstawił mu się bez ogródek. – Albo to, albo za parę dni będzie musiał ksiądz dobrodziej długi sznur pogrzebów odprowadzać, o ile sam przeżyć zdoła…

– Cóż to za korzyść z tego, że choćby człowiek cały świat zyskał, ale na swej duszy szkodę poniósł? – proboszcz z powagą przytoczył ewangelię Mateusza.

– Nie myślę teraz o teologii świętej rozprawiać! – zirytował się Tadeusz. – Ziemskie są nasze obowiązki!

– Ziemskie tak – skinął głową ksiądz Niklas. – Ale nie podziemne i nie szatańskie. Jak pan może, panie Tollik, mnie, kapłanowi chrystusowemu cyrograf przedkładać?! Bo o tego ta rzecz sprowadza się.

– Dobrodziej dobrze wie, że te istoty nie całkiem szatańskie są. To też ich ojczyzna jest, stąd i ich ród, a one także swój honor mają.

– Demony to są!

– To prawda, demony, ale nasze, swojskie i polskie.

– Z demonami wszelkich paktów Kościół Matka Nasza stanowczo zabrania.

– Dlatego też i ja, jako dobry katolik, mojego księdza proboszcza o dyspensę w imię wyższej konieczności, pro publico bono pokornie proszę. Chyba mnie ksiądz dobrodziej rozumie?

– Rozumiem, owszem, rozumiem. Pytanie tylko, czy młody pan dziedzic Tollik rozumie mnie? Bo ja się czuję teraz, jakbym miał całą moją wiarę i dzieło życia własnymi rękami potargać…

– Nie czas na takie rozterki.

– Nie czas? Oto obaj, mój panie Tadeuszu, żywymi i naocznymi świadkami jesteśmy wielkiego i prawdziwego bożego dzieła, ojczyzny naszej zmartwychwstania! I ten wspaniały czas jawnego cudu mielibyśmy jakimiś demonicznymi paktami pokalać…? Gdzież na to sankcja się z najdzie?

– U wieszcza Adama, dobrodzieju: „Z Bogiem, a choćby i mimo Boga!”.

– Sprawa Polski jest święta i boża! Inna nie może być! Od tego nie odstąpię! Ufność swą Sercu Jezusowemu zawierzę i nie ustąpię, tak mi dopomóż Bóg! Nie może to być, żeby demony, skądkolwiek one są, w tej odrodzonej Polsce jakiś swoje udziały dostały!

– Co dobrodziej powiedział...?

– Że się nie zgadzam! Będzie co Bóg da!

– Nie to na myśli miałem, proszę dobrodzieja. To co o udziałach dla demonów, dobrodziej wspomniał…

– Miałem na myśli to, że każdy pakt oznacza, że demonom zawsze coś za ich pomoc trzeba oddać. Jeśli nie akurat duszę własną, z czegoś innego ustąpić trzeba im, jakieś prawa przyznać. A w tej Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, w której sama Maryja Panna króluje nam, jakież dla demonów lenno mogłoby być, bez obrazy dla Królowej Anielskiej?

– Tu ma dobrodziej rację… – młody dziedzic zamyślił się na chwilę, a nagle podniósł wzrok i popatrzył bystro. – A gdybym tak dobrodziejowi obiecał, że na obszarze Rzeczpospolitej Polskiej żadnych koncesji dla naszych zaświatowych sojuszników nie będzie?

– Co pan dziedzic ma na myśli?

– To już moja rzecz. Ale czy takie słowo szlacheckie ksiądz dobrodziej ode mnie przyjmie?

– Przyjmę – odpowiedział proboszcz po chwili wahania.

– Więc ja je daję, a teraz niech mnie, ksiądz dobrodziej swoją dyspensę da. Tylko już bez dalszej straty czasu proszę!

Ksiądz Ignacy Niklas przeżegnał się wpierw samemu, po czym już bez słowa, z powagą nakreślił znak krzyża przed swoim rozmówcą.

– Dziękuję! – powiedział Tadeusz Tollik i wybiegł na zewnątrz.

Bracia Napiontkowie już na niego czekali, a wraz z nimi cała zmobilizowana pośpiesznie janowska milicja plebiscytowa – dwudziestu dwóch chłopa uzbrojonych w cztery karabiny mauzer, pięć pistoletów różnego typu, trzy stare myśliwskie dubeltówki, a reszta po prostu w siekiery i tęgie kije. Ponieważ zaś rozeszła się już wieść, że tym razem przeprawa z niemiecką bojówką ma być cięższa niż dotąd, trzech gospodarzy stawiło się z kosami na sztorc.

Na widok Tadeusza zgromadzeni czym prędzej rzucili i zadeptali palone wcześniej papierosy, po czym sprawnie ustawili się w dwuszeregu. Miejscowi Niemcy oczywiście nie przyszli, choć w tym formalnie mieszanym oddziale powinno ich być jeszcze sześciu.

– Jakie rozkazy, panie dziedzicu? – zapytał Bolesław Napiontek, pełniący funkcję sierżanta.

– Podzielicie się na trzy grupy i obstawicie obie drogi wyjazdowe z Janowa, a do tego posterunek koło karczmy, u zbiegu starego i nowego wału.

– Tak jest! A co od strony Benawki…? – zapytał zniżając głos.

– To biorę na siebie.

– Jak pan dziedzic życzy.

Z plebanii wyszedł ksiądz Niklas, by pobłogosławić zebranych. Tadeusz już mu przy tym nie asystował. Szybkim krokiem poszedł do siebie do dworku.

Młodsza siostra przyrodnia Janina, nazywana w domu Janką, musiała go zobaczyć z okna, ponieważ kiedy tylko się zbliżył, wybiegła na ganek. Miała dopiero dziesięć lat, ale od zeszłego roku, kiedy przeczytała W pustyni i w puszczy bardzo przejęła się rolą Nel i spoważniała nad wiek, wchodząc w rolę „dobrego janowskiego mzimu”, jak również prawdziwej gospodyni we dworze u boku starszego brata, na co cała służba patrzyła z życzliwą akceptacją i pozwalała rezolutnej panience sobą dyrygować.

– Wszystko już wiem! – zawołała. – Co teraz z nami będzie?

– W kaszy się zjeść nie damy! – Tadeusz uśmiechnął się filuternie.

– Zamierzasz coś aby, Tadziu?

– Czas przyszedł na starodawny, rodowy sekret…

Janka spoważniała bardziej, chwyciła brata za łokieć i odciągnęła na bok, żeby nikt w domu, nie mógł usłyszeć ich rozmowy przez otwarte na oścież okna i drzwi wejściowe.

– Maniutek…? – zapytała wprost.

– Tak, on. Dobrodziej Niklas mi dyspensę dał.

Spodziewał się, że ona się przestraszy, albo obiekcji w stylu księdza proboszcza, jednak Jance na tę wieść tylko się oczy zaświeciły. Iście literacka przygoda, w stylu Nel, więc jej w to graj!

– Mogę z tobą iść, braciszku? – przymiliła się.

– A ty po co?

– Kuzynkę Wartkę chciałabym poznać i pomówić…

– A pójść za nią też? – zapytał Tadeusz surowo.

– Myślisz, że oni mi każą…? – głos jej zadrżał.

– A dziewicą jesteś?

Janka poczerwieniała aż po koniuszki uszu.

– No jak możesz pytać o to, Tadzik… – wybąkała zmieszana.

– A skąd ty, podlotku jeden, w ogóle wiesz o co ja pytam? – Zamierzał ją tym pytaniem pognębić, ale mu się nie udało, ponieważ cały wstyd Janki nagle gdzieś uleciał.

– Widziałam jak klacze z ogierami dopuszczają… i jałówki z bykami, i loszki z knurkami – wyliczyła rzeczowo na paluszkach. – I wiem też że dziewczyny robią to samo z parobkami leżąc na plecach…

Oto jak wychowanie na wsi wiedzą przyrodniczą procentuje! Tadeusz poczuł, że sam się zaczyna rumienić, więc pospiesznie wrócił do poprzedniego tematu.

– Skoro czysta panna jesteś, to mogą zażądać ciebie za przysługę. Jak wtedy…

Janka zamilkła, jednak wciąż nie chciała rezygnować z przygody, która w rodzie Tollików zdarzała się raz na pokolenie, a i to też nie w każdym, więc zebrała się na odwagę.

– Mogą mnie zechcieć i bez tego.

– Ja mam dla nich inną propozycję, więc lepiej żebyś ty, Janka, nie robiła mi w tym względzie żadnej konkurencji.

– Dobrze – zgodziła się wreszcie, choć z nieskrywanym żalem. – Czego ci trzeba?

– Tego co wiesz. Kociołka i garści kaszy ze szczyptą soli. Mordowników po drodze na polu i w rowach akurat dużo rośnie.

– Zaraz przygotuję!

– Tu zaczekam.

– Na kolację nie wejdziesz?

– Czasu nie ma, dziewczyno!

– Już idę!

Tadeusz zażył tabaki i nasłuchiwał od niechcenia, jak Janka w kuchni wykłóca się z ich kucharką Pobrynową, która poczuła się głęboko dotknięta faktem, że „panicz Tadziczek” przygotowaną przez nią kolacją wzgardził i jakieś „dzikie pikniki wyczyniać gdzieś zamiaruje!”. No i kto to słyszał, proszę panienki, żeby kaszę bez nijakiej omasty jeść?! Toż ona zaraz skwarek usmaży, borowików suszonych namoczy… „Dyć słoninki okrawek, panienka weźmie!”. Słysząc zaś odmowę, Pobrynowa rozsierdziła się już całkiem na młode pokolenie Tollików, że jadać po bożemu nie ma ono we zwyczaju i co na to świętej pamięci rodzice obojga dziedzictwa?! Że już o zacniejszych i świetniejszych przodkach, to ona przez szacunek nie wspomni, żeby się owi w grobach nie poprzewracali, słysząc, że ci młodzi teraz za stołem czystym obrusem przykrytym zasiadać ani myślą. Wszak posiłek we dworze to równie święta rzecz, jak sama msza w parafialnym kościele! Świat się jawnie gotów zawalić, jeśli ten ład konserwowany dalej nie będzie!

Janka wypadła na ganek w prawdziwym popłochu, jakby ją greckie Erynie goniły i czym prędzej wręczyła bratu torbę z potrzebnymi akcesoriami. Pobrynowa wszakże jeszcze nie dała za wygraną i wybiegła za nią.

– Dyć drewnianą łyżkę, panienka wzięła! – Zawołała oburzona. – A toż srebrną, po pańsku, paniczowi jeść się godzi! – demonstracyjnie uniosła wymieniony sztuciec do góry, jakby chciała nim któremuś z pokolenia młodych utracjuszy tradycji i rozumu do głowy nakłaść.

– Za tę łyżkę dziękuję! – Tadeusz pospieszył siostrze w sukurs. – Nie potrzebna mi.

– Srebrna łyżka nie może być…? – Pobrynowa zreflektowała się w okamgnieniu. – Ano, chyba że tak… Chyba że tak…

Przeżegnała się z powagą i wycofała rakiem do dworu.

Tadeusz zarzucił torbę na ramię i poszedł przez ogród za domem, a następnie na przełaj przez janowskie łąki w stronę rzeczki Benawy, która omijała Janowo od wschodu i uchodziła od Nogatu zaraz za śluzą w Białej Górze. Po drodze przeciął nasyp kolejki wąskotorowej, unieruchomionej po ostatnim incydencie z niemiecką bojówką, która wtedy nocą wzdłuż torów do Janowa przyszła. Wówczas to zaraz następnego dnia mieszkańcy wsi zdjęli szyny z mostku na Benawie, a sam mostek po części rozebrali, tak że tylko za dnia przejść się po nim dało po luźno położonych deskach, które na noc zdejmowano i zabierano na polską stronę.

Za torami Tadeusz zaszedł jeszcze na skraj pola, gdzie zerwał kilka garści tojadu, które wrzucił do reszty bagażu. Potem już jak najszybciej, bo słońce właśnie zaczynało zachodzić, wyszukał na brzegu rzeczki odpowiednie miejsce, rozpalił ognisko i zaczął gotować kaszę z trującymi strąkami. Zeszło mu to do zmierzchu, gdyż wprawy w takim warzeniu żadnej nie miał i kasza czegoś mięknąć nie chciała, ale wreszcie uznał, że posiłek godny upiora doszedł należycie.

Ciemniało już, kiedy Tadeusz zostawił ognisko z parującym nad nim kociołkiem i stanął nad samą wodą. Teraz dopiero zdjęła go obawa. Przed laty asystował w tym obrzędzie stryjecznemu dziadkowi Michałowi, który go w ów rodzinny sekret wtajemniczał, ale wtedy nie wydzierżył i jak po przywołaniu utopca woda się ledwie zmarszczyła, mały Tadzik w panice do domu uciekł. Teraz tamten lęk wrócił, jak na złość!

Młody dziedzic przemógł skurcz w gardle i nabrał głęboko tchu.

– Maniutek z Maniowa! – zawołał półgłosem. – Maniutek z Maniowa! – rzeka odpowiedziała jakimś dziwnym mlaszczącym echem. – Maniutek z Maniowa! Przybądź do mnie tu!

Spodziewał się, że się woda otworzy i wynurzy z niej ociekający szlamem demon... Na to więc przygotowany był. Tymczasem Maniutek zaszedł go od tyłu. Wyjść musiał z pobrzeżnych trzcin i to najzupełniej bezszelestnie.

– Już się mnie nie boisz, Tadeuszu? – Słowa te dotarły do niego wraz falą piwnicznego chłodu, przenikającego do szpiku kości. Włosy zjeżyły się młodzieńcowi na karku. Cały jego umysł wypełniła metafizyczna groza, kiedy uświadomił sobie fakt, że to naprawdę z zaświatami sprawa, że istota stamtąd przemówiła do niego właśnie.

Zaskoczony demoniczną manifestacją Tadeusz ledwie pohamował irracjonalny odruch żeby uciec wprost do wody. A kiedy znów spojrzał na rzekę, okazało się, że wystaje z niej głowa panny wodnej, uśmiechającej się doń szelmowsko.

Demony osaczyły go! Serce skoczyło mu do gardła i schowało się gdzieś za grdyką. Ale Tadeusz wciąż stał w miejscu, wyprostowany, choć czuł, że zblednąć musiał jak śmiertelna chusta.

– Dobrze już… – Maniutek przyjaźnie poklepał go po ramieniu, zostawiając na letniej marynarce mokrą plamę, która od razu przesiąkła na drugą stronę i przez koszulę pod spodem. Była bardzo zimna. – Już nie będziemy cię straszyć… Masz dla mnie to co lubię?

– Tak – Tadeusz usłyszał własny głos, choć zupełnie nie wiedział, kiedy zdecydował się otworzyć usta.

– Usiądźmy zatem! – Maniutek zdjął kociołek z kaszą i odsunął z nim parę kroków, żeby go ogień nie suszył.

Tadeusz przeciwnie, usiadł blisko ogniska, bowiem jego ciepła potrzebował teraz jak nigdy dotąd.

Utopiec zamieszał łyżką strawę i popróbował.

– Ujdzie! – oznajmił tonem znawcy. – Chociaż widzi mi się, że wy w tym dwudziestym wieku nigdy się porządnie gotować kaszy nie nauczycie… To już nie to, co za królów Kazimierzów bywało! Ale nic to! – Zaczął jeść z prawdziwym apetytem.

Po kilku łyżkach ciepły posiłek sprawił, że z ramion i barków utopca zaczął unosić się mleczny opar, podobny mgłom wieczornym, które właśnie zaczęły wstawać z janowskich łąk.

Tadeusz nie odzywał się, dopóki demon nie skończył jeść.

– Dziękuję za poczesne! – Maniutek złamał drewnianą łyżkę i cisnął ją w ogień. – A teraz mów, późny kuzynie, w czymże ci mogę pomóc?

– Niemcy dziś w nocy będą chcieli przebyć tę rzeczkę. Nie pozwólcie im na to.

– Bitwę z nimi zamierzacie?

– Tak.

– A to wiesz, mój późny kuzynie, że jeśli ze zbrojnymi Niemcami sprawa, to lafa zawsze większą musi być?

– Nie bardzo – Tadeusz zrozumiał, że zaczynają się poważne negocjacje. – Dlaczego to?

– Bo Niemce zawsze razem ze swoimi demonami na wycieczki chadzają, więc i dla nas to wysiłek ciężki jest. Co więc nam w zamian dasz?

– Skrawek mojej ziemi przy rzece przeznaczę wam za to. Będzie ona całkiem wasza. Będziecie mogli tam swoje pląsy i sabaty urządzać, a nikt nie będzie żadnych wstrętów robić wam. Żadnych krzyżów stawać, ani pokropków robić. W kupalne noce zaś miód i kasza dla was też się tam znajdą…

– O takie miejsca teraz trudno – utopiec pokiwał głową. – Wasi księża na prawo i lewo wodą święconą szastają, nam żyć nie dają. Świętych gajów już nie ma… Przyjmuję zatem ten dar, ale to mało.

– Dwa hektary dam!

– Za mało! – powtórzył demon.

Tadeusz poczuł chłód pod sercem i to, że znowu blednie.

– Czemu za mało? – zapytał ostrożnie.

– Bo żeby was dziś wspomóc, musimy pruskie i germańskie demony zmóc, które waszym wrogom służą. Na to zaś potrzebujemy tego co nas wzmocni. A wiesz ty, kuzynie późny, co nas duchy wodne wzmacnia?

– Wiem – szepnął Tadeusz Tollik. – Ludzka vis anima, siła życia…

– Tak. I kto jej nam da?

– Siostry nie dam! – zawołał pospiesznie młodzieniec.

– Nie śmiałbym prosić – odrzekł spokojnie Maniutek. – Jej inny los pisany. Choć może od szybkiej śmierci gorszy...

– Więc jestem tu tylko ja… – Tadeuszowi dla odmiany zrobiło się gorąco.

– Tak – skinął głową utopiec. – I co? Boisz się?

Tadeusz wahał się tylko chwilę. Wstał i wyprostował się.

– Skoro tylu innych teraz głowy za ojczyzny sprawę kładzie, ja miałbym się wzbraniać? – oświadczył z godnością. – Bierz moje życie demonie, ale potem spraw się dobrze!

– Całego życia nie wezmę, skoro mi wcześniej ziemię dałeś – odparł Maniutek. – Wezmę więc twego żywota tylko pół…

Młodzieniec skinął głową.

– Jak? – zapytał półgłosem.

– Podaj mi rękę. – W dłoni demona pokazał się mały zardzewiały nóż.

Stanęli nad brzegiem Benawy i utopiec zaciął Tadeusza w prawy nadgarstek. Z ranki do wody spadło dokładnie trzydzieści dziewięć kropel krwi, obaj liczyli je dokładnie, po czym draśnięcie zamknęło się w okamgnieniu.

– Czyli nie dożyję czterdziestki…

– Nie dożyjesz – powtórzył jak echo demon.

– Niech będzie! – Tadeusz przemógł ogarniającą go słabość. – Postaram się dobrze przeżyć te siedemnaście lat, które mi zostało.

– Przynajmniej taki masz przywilej, że już wiesz, że nie umrzesz wcześniej.

– Czas nam pożegnać się…

– Jeszcze chwila. – Utopiec zerknął znacząco w kierunku rzeki.

Tadeusz odwrócił głowę i podążył wzrokiem za jego spojrzeniem.

Na powierzchni wody stała rusałka. Jednak inna boginka niż ta, która pokazała się młodemu dziedzicowi na samym początku tego spotkania. Ta była w długim gieźle, przepasanym czerwoną krajką i w rucianym wianku na skroniach. Zachowywała się z powagą i emanowała godnością. Tadeusz domyślił się od razu, że stoi przed kolejną rodzinną legendą.

– Kuzynko Wartysławo! – pokłonił się jej nisko, w pas, pradawnym polskim obyczajem.

Panna wodna postąpiła po tafli płynącej leniwie wody i podeszła do samego brzegu.

– Twoja siostra chciała mnie poznać – powiedziała. Głos miała bardzo przyjemny, melodyjny, aż strach brał na myśl co by było gdyby zaczęła śpiewać… – Daj jej ode mnie prezent – w wyciągniętej dłoni boginki pokazał się czerwony wodorost. – Wiecie, jak tego używać, prawda?

– Wiemy – odparł Tadeusz, przyjmując dar. – Dziękuję!

– To coś więcej niż bywało dotąd – rzekła Wartysława z Tollików, zwana w rodzinie drugą Wandą. – Póki Janina będzie nosić to przy sobie, przeżyje za ciebie twoje lata życia, oprócz swoich własnych. A także przetrwa też i każdą najcięższą życiową przygodę.

– My nie chachmęcimy przewrotnie umów jak niemieckie czorty – dodał od siebie Maniutek. – A dary od serca ofiarowane też odwzajemniać potrafimy...

– Dziękuję wam! – powtórzył Tadeusz ze ściśniętym gardłem. – Bywajcie!

Oba duchy wodne rozwiały się w wieczorną mgłę, która rozsnuła się po szuwarach i powierzchni Benawy. Już po chwili wydarzenia ostatnich minut zdały się wspomnieniem, majaczeniem wytężonej gorączkowej imaginacji.

Tadeusz stał jeszcze dłuższą chwilę, próbując bezskutecznie pozbierać myśli. Spotkanie z demonami zawsze jest na pograniczu snu, jednak ten dzisiejszy pozostawił wyjątkowy dotyk chłodu i niepokoju. Dokładnie zagasił ognisko wodą nabraną z rzeki kociołkiem i ruszył z powrotem do domu.

Janka z kucharką czekały siedząc na ganku.

Siostra na jego widok poderwała się i rzuciła mu z płaczem na szyję.

– Bałam się, że już nie wrócisz, Tadziku! Pobrynowa mówiła, że oni mogą zabrać ciebie!

– Ale wróciłem – odpowiedział spokojnie, choć głos trochę mu zadrżał. – Całego mnie nie zabrali…

– Co to? – dotknęła jego skroni. – Tadzik, ty żeś osiwiał!

– Może trochę – odparł lekko, już dobrze panując nad głosem. – Wszakże doprawdy było tam od czego… Masz tu, od Wartysławy! – podał jej krasny wodorost, który dziwnym sposobem wysechł całkowicie w ciągu drogi powrotnej. – Noś zawsze jego cząstkę przy sobie.

– Będę – zapewniła z powagą Janka.

– Panicz da mi ten garnek, pomyję go – Pobrynowa nie zamierzała zmieniać zwyczajów i mówić do niego per „dziedzicu”. Dawno temu zaznaczyła już, że ta forma dopiero aktualna będzie, jak się Tadeusz ożeni.

– Wiecie, ale teraz bym coś gorącego zjadł…

– Już się robi, proszę panicza! – Kucharka żwawo potruchtała do dworu.

– Tej nocy się nie wyśpię, ale przynajmniej najem! – Tadeusz z wysiloną beztroską pocałował siostrę w skroń. – Chodźmy do stołu!

– Musisz mi wszystko dokładnie opowiedzieć! – Jankę ogarnęła dla odmiany dziecięca ekscytacja.

– O nie, Janeczko, wszystkiego ci nie opowiem nigdy.

Nie próbowała się z nim o to droczyć.

Półtorej godziny później Bolesław Napiontek dał znać przez brata Andrzeja do dworu, że dostrzeżono Niemców na drodze przy Bursztychu. Tadeusz wziął rewolwer i natychmiast ruszył z posłańcem do wsi.

– Co z naszymi niemieckimi sąsiadami? – zapytał po drodze.

– Wszystkie się w chałupach pozamykały, panie dziedzicu. Czują juchy pismo nosem!

– Oznaczyli jakoś swoje domy?

Andrzej Napiontek parsknął cichym śmiechem.

– Figurki Bismarcka w okna powstawiali. Mało co, aby drzwi krwią baranka sobie nie pomazali…

– Jakie czasy, takie znaki wiary – mruknął z sarkazmem Tadeusz.

– Wobec tego nasi powstawiali w swoje okna co kto mógł. Portrety naczelnika Piłsudskiego, jak kto miał, albo naczelnika Kościuszkę, albo pannę Plater, i królowa Wanda trafiła się też. A nasz pleban jak raz… Ano, nie uwierzy pan dziedzic, co dobrodziej w okno plebanii wystawił!

– Niechaj zgadnę, mój Andrzeju! Święty Jerzy to był…? Albo nie, święty Florian na taką okazję w sam raz!

– Nie zgadł pan, panie dziedzicu.

– To może Matkę Boską?

– Też nie, ale blisko. Owoż jakowąś pannę z brodą!

– Świętą Wilgefortis? – szczerze zdumiał się Tadeusz. – A czemuż to? Nie powiedział, aby?

– A powiedział, dobrodziej, powiedział, a juści! Że to znakiem tego, że prędzej tu w Janowie wszystkim pannom brody wyrosną, niźli Niemce nas przemogą!

Tadeusz Tollik zapomniał o swoich niedawnych przejściach, które go o pierwszą siwiznę przyprawiły, i roześmiał się na całe gardło. Nie da się ukryć, że ksiądz proboszcz Ignacy Niklas potrafił o ducha oraz morale swoich owieczek zadbać jak mało kto! Potem jeszcze wyobraził sobie swoją rezolutną siostrzyczkę z brodą, no i urzędową powagę oficjalnego pełnomocnika Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego na okręg janowski, całkiem diabli wzięli. Tadeusz wybuchnął śmiechem, bijąc przy tym dłońmi po udach i długo nie mógł przestać ani potem ukryć rozbawienia.

Aż Bolesław Napiontek, kiedy wreszcie do niego dotarli, popatrzył nań podejrzliwie, czy aby dowódca nie pijany?

– Jawnie środkiem drogi idą, panie dziedzicu, a nie spieszą się wcale – przedstawił sytuację. – Kamieniami ludziom w okna rzucają.

– Odwrócić naszą uwagę chcą – Tadeusz zdołał wreszcie spoważnieć.

– I ja tak myślę, panie dziedzicu. To co robimy?

– Udajemy, że daliśmy się nabrać. Rozgońcie ich!

– Wedle rozkazu! – Bolesław zagwizdał przenikliwie na palcach. – Chłopy, idziem prać łapserdaków, a nie żałować im!

Cała pierwsza siódemka janowskiej milicji plebiscytowej pobiegła na spotkanie przeciwnika, prowadzona przez Andrzeja Napiontka. Bolesław z Tadeuszem ruszyli na spotkanie drugiej drużyny, stróżującej w Nowych Lignowach.

– Ludzie widzieli pana dziedzica jak nad Benawkę szedł… – zagadnął aluzyjnie Bolesław kiedy zostali sami.

– Co ja tam robiłem, to ja wiem, a wy się domyślacie…

– A, takie buty! – Bolesław istotnie domyślił się od razu. – Zaś ksiądz dobrodziej nie będzie krzyw, aby?

– Dyspensę mi dał. – Tadeusz uciął dyskusję.

– To im już święty boże nie pomoże! – starszy Napiontek zupełnie przestał się martwić o ich wschodnią flankę.

Grupa w Lignowach miała za zadanie pilnować zdewastowanego mostku wąskotorówki na Benawie. Do tej pory zebrali już wierzchnie deski, aby jak zwykle nocą utrudnić dostęp do polskiej enklawy. Teraz jednak Tadeusz kazał rzucić je na kupę na przyczółek, oblać naftą i podpalić, żeby z daleko było widać, że przeprawa jest całkiem niedostępna. Następnie zostawił dwóch ludzi na skraju wioski jako czujkę, a z resztą zawrócili z powrotem do Janowa.

Zdążyli w samą porę, aby przepędzić drugą niemiecką watahę, które przekradła się opłotkami do plebani i zaczęła wybijać tam szyby. Niemcy na sam widok polskiej milicji umknęli za wał, w stronę Wisły. Nie mogli ich gonić, bo zaraz dano im znać, że teraz przyszło do awantury w Pólku Małym, leżącym kilometr na północ od Janowa. Kiedy tam poszli, znów prędko musieli zawracać, bo Niemcy już się stamtąd wycofali, też przez wał i skryli w nadwiślańskich chaszczach, gdzie najwyraźniej połączyli się z tymi przegnanymi z Janowa wcześniej i znów wszyscy razem wrócili pod plebanię, by wytłuc księdzu proboszczowi resztę szyb, co im się udało. Aczkolwiek bez pomocy grupy z Bursztycha, która została od razu skutecznie rozbita, a jeden z Niemców, zmacany kosą po żebrach pojękiwał teraz na noszach pod płotem. Innych rannych i strat po obu stronach jak dotąd nie było.

– Jasełka i przelewki to są jakeś! – zirytował się Bolesław Napiontek, kiedy napastnicy po kilku ostrzegawczych wystrzałach w powietrze znów się rozproszyli, znikając w ciemnościach za wiślanym wałem.

– Cały ich zamysł polega na tym, żebyśmy stale Kramrowo omijali – odpowiedział mu zdyszany Tadeusz. – Bo stamtąd właśnie uderzą, żeby potem nam od tyłu na karki wleźć i zdybać nas tu razem, jakby w jednym saku!

– To może do Kamrowa iść teraz powinniśmy, panie dziedzicu? – zagadnął Bolesław.

– A wtedy oni znów wylezą zza wału i podłożą ogień pod plebanię, by nas z powrotem ściągnąć tutaj… Niech więc myślą, że postawili na swoim. Zostajemy w Janowie!

– Wedle rozkazu!

– Ale jednak… – Tadeusz zawahał się i uściślił. – Najlepiej uzbrojonych ludzi wezmę na wschodni skraj Janowa, żeby Kramrowo i Lignowy na oku mieć. Wy strzeżcie księdza proboszcza i nie dajcie się już żadnymi prowokacjami nigdzie stąd odciągnąć.

– Wedle rozkazu! – powtórzył Bolesław Napiontek i poszedł przekazać dyspozycje.

Tadeusz poprowadził swoich ludzi do nasypu wąskotorówki, za nim się ukryli i czekali na przeciwników.

Do godziny pierwszej zapanował teraz spokój. Noc przypomniała o swojej letniej urodzie, że jest taka przyjemnie rześka, gwiaździsta i cicha... Może nawet zbyt cicha. Słowiki powinny był odzywać się, a czegoś nie odzywały. Psy podobnie, nagle jakoś wszędzie po budach pochowały się, jakby ich w całym okręgu janowskim nigdy nie bywało.

Zamiast tego gdzieś zakrakał kruk.

I nagle z niebem stało się coś dziwnego. Jakby wszystkie gwiazdy jednocześnie przeskoczyły w inne miejsce… Szybciej niż w okamgnieniu! A może to było jakieś mimowolne mrugnięcie powiek…? Tadeusz potrząsnął głową. Na pewno przysnąć musiał! Pewnie z nerwów i ze zmęczenia to wszystko…

Kruk zakrakał znowu.

Zaczem krzyk jakiś przeciągły, niezrozumiały, ale głośny, szeroko po polach i łąkach od Benawy poniósł się. I powtórzył zaraz jeszcze głośniejszy oraz bardziej zawodzący. Aż dopiero za trzecim razem przybrał artykułowaną po niemiecku postać.

– Hiiiilfeeeeee!!! – poniosło się długim echem po kramrowskich łęgach.

Janowscy milicjanci poderwali głowy, starając się przebić wzrokiem mrok. Jakiś Niemiec daleko stąd darł się iście jak opętany. Gardło wręcz musiał zrywać, zważywszy, że do Benawy od nich było ponad kilometr, a naprawdę dobrze było tu tego gagatka słychać... Zaraz zaś jeszcze jeden, a potem jeszcze trzeci delikwent przyłączył się do tego potępieńczego chóru.

Tadeusz Tollik spostrzegł, że jego ludzie co rusz oglądają się na niego. Z podziwem, szacunkiem, lękiem, ale też i czystą grozą w oczach. O to, co się tam wyprawia, czemu ci Niemce się drą, co tam ich dopadło, akurat żaden z tutejszych Powiślaków pytać nie musiał. Wiedzieli wszyscy dobrze, od pokoleń i od maleńkości, zarówno co to, jak i, że o tych rzeczach bez potrzeby nie mówi się głośno.

Kwadrans później dojrzeli jakiś cień. Słaniający się na nogach człowiek biegł przez łąki w stronę Janowa, prosto na nich. Sam jeden, bez broni. Kiedy dotarł całkiem blisko, zobaczyli że to niemiecki oficer w mundurze Freikorpsu, ubłocony jak nieboskie stworzenie, z wiechciem wodorostów owiniętym wokół szyi, tak że wyglądało to niczym stryczek, a on cały jakby się właśnie z szubienicy urwał. W oczach miał obłęd istny, mówić zdolny nie był.

Zresztą i gadać z nim tutaj nikt nie chciał. Pierwszy z brzegu Polak wyskoczył mu naprzeciw i wyciął go w szczękę kolbą mauzera na odlew, przytomności na miejscu pozbawiając. Jeńca migiem związano, zakneblowano i upchnięto w pobliskich krzakach.