Wydawca: Wydawnictwo BIS Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 415 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Narzeczeni mimo woli - Sabrina Jeffries


Pierwsza książka z cyklu "Diablęta Hallstead Hall" o rodzeństwie po tragicznej śmierci rodziców wychowywanym przez babcię. Babcia rozpieszcza wnuki ale stawia ultimatum, że dostęp do majątku będą mieli dopiero, jak się ożenią lub wyjdą za mąż

Oliver Sharpe, markiz Stonville, wiódł żywot zatwardziałego kawalera i hulaki. A gdy babka poprzysięgła wydziedziczyć niepoprawnego wnuka, jeśli ten nie ustatkuje się i nie ożeni, Oliver postanawia spełnić warunki umowy, sprowadzając do domu fałszywą narzeczoną znalezioną w burdelu! Jednak plany markiza krzyżuje spotkanie z amerykańską pieknością Marią Butterfield, którą ratuje z poważnych tarapatów... i od tej pory nie przestaje jej pragnąć.

Opinie o ebooku Narzeczeni mimo woli - Sabrina Jeffries

Fragment ebooka Narzeczeni mimo woli - Sabrina Jeffries

Tytuł oryginału: The Truth abo­ut Lord Sto­ne­vil­le

Pro­jekt okład­ki: Iza Szew­czyk

Zdję­cie na okład­ce: Istock­pho­to/Ko­va­lvs

Co­py­ri­ght © 2010 by Sa­bri­na Jef­fries, LLC

All ri­ghts re­se­rved in­c­lu­ding the ri­ght to re­pro­du­ce this book or por­tions the­re­of in any forms what­so­ever. For in­for­ma­tion ad­dress Po­cket Bo­oks sub­si­dia­ry Ri­ghts De­part­ment, 1230 Ave­nue of the Ame­ri­cas, New York NY 10020.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion Wy­daw­nic­two BIS 2012

Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne, w tym pra­wo do po­wie­la­nia ca­ło­ści lub czę­ści w ja­kiej­kol­wiek for­mie. Pro­si­my o nie­na­ru­sza­nie praw au­tor­skich.

ISBN 978-83-7551-295-3

Wy­daw­nic­two BIS

ul. Lędz­ka 44a

01-446 War­sza­wa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Tą po­wie­ścią dzię­ku­ję Jean De­vlin za wszyst­ko, co robi.

De­dy­ku­ję ją tak­że wszyst­kim czy­tel­nicz­kom, któ­re po­ko­cha­ły Sto­ne­vil­le – wresz­cie do­cze­ka­ły­ście się opo­wie­ści o gło­wie rodu Shar­pe’ów!

Dro­gi Czy­tel­ni­ku

Na­zy­wam się He­ster Plum­tree, ale pra­wie wszy­scy mó­wią na mnie Het­ty. Od śmier­ci męża sama za­rzą­dzam ro­dzin­nym bro­wa­rem. I choć nie­któ­rzy sta­le z tego po­wo­du na­rze­ka­ją, ja za­wsze po­wta­rzam, że je­śli masz czas na ko­men­to­wa­nie ży­cia in­nych i zrzę­dze­nie, zna­czy to, że ktoś czym prę­dzej po­wi­nien zna­leźć ci za­ję­cie.

Oczy­wi­ście, gdy tyl­ko w grę wcho­dzą moje wnu­ki, mnie ta za­sa­da nie do­ty­czy. W koń­cu jako bab­cia wiem naj­le­piej, co jest dla nich do­bre, nie­praw­daż? To ja wy­cho­wy­wa­łam te dzie­ci po tym, jak ich oj­ciec – mar­kiz, oraz mat­ka, a moja cór­ka, zgi­nę­li w tra­gicz­nym wy­pad­ku. Ale nie będę się nad tym roz­wo­dzić, lu­dzie wy­star­cza­ją­co dużo o tym plot­ku­ją.

Tak po praw­dzie pra­gnę je­dy­nie pra­wnu­ków. Chy­ba nie pro­szę o zbyt wie­le? Jed­nak moje wnu­ki przy­no­szą mi tyl­ko same kło­po­ty. Weź­my, na ten przy­kład, Oli­ve­ra. Ro­zu­miem, że każ­dy sztu­bak musi się wy­szu­mieć z jed­ną czy dwie­ma tan­cer­ka­mi lub śpie­wacz­ka­mi ope­ro­wy­mi, ale Oli­ver po­sta­no­wił za­mie­nić hu­lasz­czy tryb ży­cia w swe­go ro­dza­ju na­ukę, któ­rej nie prze­sta­je zgłę­biać. Na­wet gdy przez chwi­lę nie jest po­chło­nię­ty pi­ciem lub łaj­da­cze­niem się, szma­tław­ce i tak się prze­ści­ga­ją w pod­su­wa­niu plo­tek na jego te­mat – z re­gu­ły ty­czą­cych się fry­wol­nych igra­szek z tą czy inną pół­na­gą ko­bie­tą w wan­nie peł­nej prze­my­ca­nej bran­dy. Wi­nię za ten stan rze­czy ojca Oli­ve­ra, któ­re­go styl ży­cia chło­pak prze­jął po śmier­ci ro­dzi­ców.

A o po­zo­sta­łą czwór­kę też le­piej nie py­tać: Jar­re­ta z jego ha­zar­dem, Mi­ne­rvę z jej go­tyc­ki­mi po­wie­ścia­mi, o Ga­brie­la i wy­ści­gi oraz o Ce­lię, któ­ra nie prze­pu­ści żad­nej oka­zji, by chwy­cić za pi­sto­let i strze­lać do celu. Nie bez ko­ze­ry w to­wa­rzy­stwie zwą ich Dia­blę­ta­mi z Hal­ste­ad Hall. Nie zro­zum mnie źle – to do­bre wnu­ki. Do­py­tu­ją się o moje zdro­wie, to­wa­rzy­szą mi pod­czas róż­nych wyjść i wi­zyt; a tak­że pil­nu­ją, że­bym się nie prze­pra­co­wy­wa­ła. Jed­nak sta­now­czo od­ma­wia­ją po­rzu­ce­nia swych skan­da­licz­nych na­wy­ków, a ja mam tego do­syć!

Dla­te­go ob­my­śli­łam spo­sób na zmu­sze­nie ich do ustat­ko­wa­nia się i za­cho­wy­wa­nia jak na dzie­dzi­ców przy­sta­ło. Nie spodo­ba mi się to, ale trud­ne sy­tu­acje wy­ma­ga­ją sto­so­wa­nia ra­dy­kal­nych środ­ków. Bóg mi świad­kiem, że do­cze­kam się pra­wnu­ków… i to już nie­dłu­go!

Szcze­rze od­da­na

Het­ty Plum­tree

Pro­log

Ealing, Anglia1806 rok

Oli­ver Shar­pe, szes­na­sto­let­ni dzie­dzic ty­tu­łu mar­ki­za Sto­ne­vil­le, z ser­cem w gar­dle wy­je­chał ze staj­ni w Hal­ste­ad Hall. Jego mat­ka do­pie­ro co po­pę­dzi­ła w fu­rii do dom­ku my­śliw­skie­go. Rzad­ko wi­dy­wał ją w ta­kim sta­nie, za­zwy­czaj była po pro­stu smut­na… Chy­ba że wy­trą­ci­ło ją z rów­no­wa­gi coś mo­nu­men­tal­ne­go.

Jak na przy­kład przy­ła­pa­nie wła­sne­go syna na cał­ko­wi­cie nie­god­nym za­cho­wa­niu. Oli­ver czuł, jak za­le­wa go fala upo­ko­rze­nia.

„Je­steś za­ka­łą ro­dzi­ny! – krzy­cza­ła gło­sem sła­bym z obu­rze­nia i peł­nym bólu. – Za­cho­wu­jesz się iden­tycz­nie jak oj­ciec. Niech mnie pie­kło po­chło­nie, je­śli po­zwo­lę mu cię zmie­nić w taką samą nik­czem­ną, sa­mo­lub­ną kre­atu­rę! Nie ba­cząc na nic i na ni­ko­go, goni je­dy­nie za wła­sną przy­jem­no­ścią!”.

Oli­ver nig­dy wcze­śniej nie sły­szał prze­kleństw z ust mat­ki i zmro­ził go fakt, że w tej chwi­li zło­rze­czy­ła wła­śnie przez nie­go. Czy wła­ści­wie go oce­ni­ła? Czy na­praw­dę za­czy­nał upo­dab­niać się do lek­ko­myśl­ne­go roz­pust­ni­ka, któ­ry go spło­dził? Mdli­ło go na samą myśl.

Co gor­sza, mat­ka je­cha­ła te­raz z za­mia­rem wy­li­cze­nia mę­żo­wi wszyst­kich grze­chów, a Oli­ver nie mógł temu za­po­biec, al­bo­wiem na­ka­za­ła mu nie po­ka­zy­wać jej się na oczy. Ktoś jed­nak mu­siał ru­szyć za nią. Oli­ver wi­dział mat­kę rów­nie wzbu­rzo­ną je­dy­nie wte­dy, gdy po raz pierw­szy do­wie­dzia­ła się o nie­wier­no­ści męża. Spa­li­ła wte­dy na dzie­dziń­cu ko­lek­cję ero­tycz­nych ksią­żek ojca.

Chło­piec miał wów­czas sie­dem lat. Bóg je­den wie­dział, do jak dra­stycz­nych czy­nów mo­gła się po­su­nąć te­raz, gdy wie­rzy­ła, że syn po­dą­żał w śla­dy ojca. W do­dat­ku w tym sa­mym mo­men­cie, gdy po­dej­mo­wa­li go­ści.

Ob­cho­dząc mury czę­ścio­wo ufor­ty­fi­ko­wa­ne­go dwo­ru, któ­ry słu­żył im za wiej­ską re­zy­den­cję, Oli­ver do­strzegł na pod­jeź­dzie zna­jo­my po­wóz i ser­ce pod­sko­czy­ło mu w pier­si. Bab­cia! Dzię­ki Bogu, że przy­je­cha­ła; może zdo­ła prze­mó­wić do swej cór­ki.

Oli­ver do­tarł przed dom, gdy po­wóz sta­nął, i po­spiesz­nie otwo­rzył bab­ce drzwi.

– Pro­szę, cóż za miła nie­spo­dzian­ka – po­wie­dzia­ła z cie­płym uśmie­chem i wy­sia­dła. – Cie­szę się, wi­dząc, że nie za­po­mnia­łeś wy­twor­nych ma­nier, jak wie­lu mło­ko­sów w two­im wie­ku.

Za­zwy­czaj zna­la­zł­by bły­sko­tli­wą ri­po­stę na taką uwa­gę i po­sprze­czał się z bab­cią do­bro­tli­wie przez chwi­lę. Tego dnia jed­nak nie był w sta­nie. Nie, gdy prze­peł­niał go strach.

– Mat­ka jest zła na ojca – rzekł ci­cho, po­da­jąc ko­bie­cie ra­mię i pro­wa­dząc do domu. Słu­żą­cy nie mo­gli tego usły­szeć. I tak pół świa­ta plot­ko­wa­ło o zdra­dach ojca – wszel­ka nie­dy­skre­cja by­ła­by wodą na młyn plot­ka­rzy.

– To nic no­we­go, nie­praw­daż? – od­par­ła oschle.

– Tym ra­zem to co in­ne­go. Wpa­dła w szał. Po­kłó­ci­li­śmy się, po czym mat­ka ru­szy­ła sama do dom­ku my­śliw­skie­go.

– Pew­nie po­je­cha­ła od­szu­kać męża.

– Tego się wła­śnie oba­wiam. Wiesz, jak on lubi ją pro­wo­ko­wać. Je­śli go tam znaj­dzie, nie wiem, co zro­bi.

– I do­brze. – Bab­cia po­sła­ła wnu­ko­wi fi­glar­ny uśmiech. – Może zrów­na tę cha­łu­pę z zie­mią. Wte­dy Le­wis nie bę­dzie miał do­kąd spro­wa­dzać swo­ich la­ta­wic.

– A niech to, bab­ciu, mó­wię po­waż­nie! – Gdy unio­sła brew na ta­kie słow­nic­two, chło­piec prze­łknął praw­dzi­we prze­kleń­stwo, któ­re ci­snę­ło mu się na usta. – Wy­bacz, ale tym ra­zem to cał­kiem inna hi­sto­ria. Mu­sisz je­chać za nią, po­roz­ma­wiać, uspo­ko­ić ją. To waż­ne. Mnie nie po­słu­cha.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na wnu­ka po­dejrz­li­wie.

– Czy jest coś, o czym mi nie mó­wisz?

– Oczy­wi­ście, że nie – od­parł, czer­wie­niąc się.

– Nie kłam wła­snej bab­ce. O co się z mat­ką po­kłó­ci­li­ście?

Jak miał wszyst­ko wy­znać, sko­ro skrę­ca­ło go na każ­dą myśl o tym, co za­szło.

– To nie ma zna­cze­nia. Po pro­stu wierz mi, że ona cię po­trze­bu­je.

Bab­cia prych­nę­ła.

– Two­ja mat­ka nig­dy mnie nie po­trze­bo­wa­ła.

– Ale, bab­ciu…

– Po­słu­chaj, Oli­ve­rze – rze­kła, po­kle­pu­jąc go po ręku, jak­by był dziec­kiem – wiem, że je­ste­ście z mat­ką zży­ci i to dla cie­bie trud­ne wi­dzieć ją wzbu­rzo­ną. Ale je­śli dasz jej tro­chę cza­su, by zdo­ła­ła ochło­nąć, przy­rze­kam, że nic jej nie bę­dzie.

– Nie, mu­sisz…

– Dość! – ucię­ła. – To była dłu­ga, trud­na po­dróż i je­stem zmę­czo­na. Po­trzeb­ne mi fi­li­żan­ka go­rą­cej her­ba­ty i po­rząd­na drzem­ka. Nie je­stem w na­stro­ju do mie­sza­nia się w kłót­nie two­ich ro­dzi­ców. – Na wi­dok de­spe­ra­cji wy­ma­lo­wa­nej na jego twa­rzy zła­go­dzi­ła nie­co ton. – Je­śli do zmro­ku nie wró­ci, obie­cu­ję że po­ja­dę za nią. Zo­ba­czysz, z pew­no­ścią nie­dłu­go bę­dzie tu z prze­pro­si­na­mi i obo­je o wszyst­kim za­po­mni­cie.

Nig­dy jed­nak nie wró­ci­ła. Tej nocy, w dom­ku my­śliw­skim, za­strze­li­ła męża, a po­tem sie­bie.

A ży­cie Oli­ve­ra już nig­dy nie było ta­kie samo.

Roz­dział I

Ealing1825

Oli­ver wpa­try­wał się w wi­dok za oknem bi­blio­te­ki w Hal­ste­ad Hall. Sza­ry, zi­mo­wy dzień je­dy­nie po­tę­go­wał jego po­nu­ry na­strój, gdy sta­rał się prze­gnać precz bo­le­sne wspo­mnie­nia, za­mknąć je, jak za­wsze, w naj­głęb­szych za­ka­mar­kach umy­słu. Tu, w domu ro­dzin­nym, było to o wie­le trud­niej­sze niż w mie­ście, gdzie mógł za­tra­cać się w ra­mio­nach kur­ty­zan i moc­nych trun­kach.

Za­po­mnie­nie jed­nak nig­dy nie trwa­ło dłu­go. Choć skan­dal zwią­za­ny z jego na­zwi­skiem wy­buchł już dzie­więt­na­ście lat temu, wciąż szep­ta­no za ple­ca­mi Oli­ve­ra, gdzie­kol­wiek się po­ja­wiał.

Tam­tej nocy bab­ka po­wie­dzia­ła go­ściom, że jej cór­ka, szu­ka­jąc od­osob­nie­nia, uda­ła się do dom­ku my­śliw­skie­go, gdzie za­snę­ła. Obu­dzo­na przez po­dej­rza­ne od­gło­sy, prze­ko­na­na, że na­szedł ją in­truz, w pa­ni­ce za­strze­li­ła męż­czy­znę. Chwi­lę póź­niej od­kry­ła, że był to jej mąż. Zszo­ko­wa­na i po­grą­żo­na w żalu uży­ła tej sa­mej bro­ni, by ode­brać so­bie ży­cie.

To była mało prze­ko­nu­ją­ca hi­sto­ria, jak na pró­bę za­tu­szo­wa­nia mor­der­stwa i sa­mo­bój­stwa, a szep­ty i plot­ki nig­dy na do­bre nie uci­chły. Szcze­gól­nie że prze­by­wa­ją­cy wte­dy w re­zy­den­cji go­ście żywo spe­ku­lo­wa­li na te­mat ca­łe­go zda­rze­nia. Tam­te­go dnia bab­cia za­bro­ni­ła Oli­ve­ro­wi i jego ro­dzeń­stwu mó­wić o tej spra­wie z kim­kol­wiek, na­wet ze sobą na­wza­jem.

Twier­dzi­ła, że mia­ło to uci­szyć plot­ki, lecz Oli­ver czę­sto za­sta­na­wiał się, czy tak na­praw­dę nie jego obar­cza­ła winą za wszyst­ko. In­a­czej, dla­cze­go te­raz mia­ła­by prze­ry­wać mil­cze­nie i wy­py­ty­wać go o kłót­nię z mat­ką? Oczy­wi­ście nie od­po­wie­dział. Na samą myśl, że miał­by wy­znać praw­dę, czuł bo­le­sny ucisk żo­łąd­ka.

Od­wró­cił się od okna, by kro­czyć po po­ko­ju wzdłuż sto­łu, przy któ­rym jego ro­dzeń­stwo ocze­ki­wa­ło na po­ja­wie­nie się se­nior­ki rodu. Wła­śnie dla­te­go uni­kał Hal­ste­ad Hall – dom za­wsze wpra­wiał go w sen­ty­men­tal­ny na­strój.

Dla­cze­go bab­ka zwo­ła­ła to prze­klę­te spo­tka­nie aku­rat tu­taj? Oli­ver przez lata trzy­mał dom za­mknię­ty. Po­miesz­cze­nia prze­sią­kły za­pa­chem wil­go­ci i ple­śni, a do tego były zim­ne ni­czym lody Ark­ty­ki. Je­dy­nie ga­bi­ne­tu nie za­kry­to przed ku­rzem, gdyż pra­co­wał w nim za­rząd­ca ma­jąt­ku. Trze­ba było wy­sprzą­tać bi­blio­te­kę tyl­ko z po­wo­du spo­tka­nia, któ­re bab­cia mo­gła prze­cież bez tru­du za­aran­żo­wać we wła­snym domu, w mie­ście.

Zwy­cza­jo­wo od­mó­wił­by jej wi­zy­ty w za­nie­dba­nym ma­jąt­ku, jed­nak po wy­pad­ku bra­ta – Ga­brie­la – ro­dzeń­stwo stą­pa­ło po cien­kim lo­dzie. Nie­ty­po­we mil­cze­nie se­nior­ki na ten te­mat po­twier­dza­ło nie­zbi­cie, że za­leź­li jej za skó­rę. Coś było na rze­czy… i z pew­no­ścią im się nie spodo­ba.

– Jak two­je ra­mię? – spy­ta­ła Gabe’a ich sio­stra, Mi­ne­rva.

– A jak są­dzisz? – od­burk­nął. Tem­blak prze­wie­szo­ny miał na po­mię­tym, czar­nym płasz­czu do kon­nej jaz­dy, a ja­sno­brą­zo­we wło­sy jak zwy­kle w nie­ła­dzie. – Boli jak dia­bli.

– Nie warcz na mnie. To nie ja omal się nie za­bi­łam.

Mi­ne­rva mia­ła dwa­dzie­ścia osiem lat. Była dwa lata star­sza od Ga­brie­la, a o czte­ry lata młod­sza od dru­gie­go w ko­lej­no­ści syna, Jar­re­ta, i o czte­ry star­sza od Ce­lii, naj­młod­szej z ro­dzeń­stwa. Jed­nak jako naj­star­sza z dziew­cząt upie­ra­ła się, by im wszyst­kim mat­ko­wać. Na­wet wy­glą­da­ła jak ich mat­ka, ze swą ja­sną, gład­ką cerą, brą­zo­wy­mi wło­sa­mi, prze­ty­ka­ny­mi ja­sny­mi pa­sma­mi ni­czym zło­tem, i z ciem­no­zie­lo­ny­mi, jak u Gabe’a, ocza­mi. Prak­tycz­nie nie było choć­by cie­nia po­do­bień­stwa po­mię­dzy nimi a Oli­ve­rem, któ­ry odzie­dzi­czył uro­dę ojca, pół-Wło­cha – ciem­ne oczy, ciem­ne wło­sy, ciem­ną kar­na­cję. A do kom­ple­tu – mrocz­ne ser­ce.

– Masz szczę­ście, że po­rucz­nik Che­twin na czas się wy­co­fał – zwró­ci­ła bra­tu uwa­gę Ce­lia. Była nie­co bled­szym wi­ze­run­kiem Oli­ve­ra, oczy mia­ła piw­ne. – Po­noć od­zna­cza się więk­szą od­wa­gą niż roz­sąd­kiem.

– W ta­kim ra­zie do­bra­li się z Gabe’em zna­ko­mi­cie – wark­nął Oli­ver.

– Daj mu już spo­kój – rzekł Jar­ret. Naj­bar­dziej z nich wszyst­kich przy­po­mi­nał obo­je ro­dzi­ców, miał czar­ne wło­sy, ale nie­bie­sko­zie­lo­ne oczy i w żad­nym ra­zie nie mógł­by, tak jak Oli­ver, ucho­dzić za Wło­cha. – Od tego głu­pie­go wy­ści­gu po­wo­zów besz­tasz go bez prze­rwy. Był pi­ja­ny. Ten stan, zda­je się, nie jest ci obcy.

Oli­ver od­wró­cił się do Jar­re­ta.

– Zga­dza się, jed­nak­że ty nie by­łeś pi­ja­ny, a mimo to po­zwo­li­łeś mu…

– Nie ob­wi­niaj Jar­re­ta – wtrą­cił Gabe. – Che­twin rzu­cił mi wy­zwa­nie. Gdy­bym od­mó­wił, wy­szedł­bym na tchó­rza.

– Le­piej być tchó­rzem niż mar­twym. – Oli­ver nie to­le­ro­wał tego typu idioctw. Nic nie było war­te, by ry­zy­ko­wać wła­sne ży­cie – ani ko­bie­ta, ani ho­nor, a z pew­no­ścią nie re­pu­ta­cja. Wiel­ka szko­da, że do tej pory nie uda­ło mu się wbić tego swo­im zi­dio­cia­łym bra­ciom do głów.

Kto jak kto, ale Gabe po­wi­nien był wie­dzieć le­piej. Ści­ga­li się naj­nie­bez­piecz­niej­szą tra­są w ca­łym Lon­dy­nie. Dwa wiel­kie gła­zy oka­la­ły dro­gę tak cia­sno, że tyl­ko je­den po­wóz mógł mię­dzy nimi prze­je­chać. Zmu­sza­ło to jed­ne­go z po­wo­żą­cych do wy­co­fa­nia się w ostat­niej chwi­li, by nie roz­bić po­jaz­du o ka­mie­nie. Wie­lu śmiał­ków nie zdo­ła­ło w porę za­re­ago­wać.

Na­zy­wa­no to „na­wle­ka­niem igły”. Oli­ver zwał to sza­leń­stwem. Fakt, Che­twin wstrzy­mał ko­nie, lecz po­wóz Gabe’a za­ha­czył bo­kiem o je­den z gła­zów. Odła­mał koło i chwi­lę póź­niej stał się plą­ta­ni­ną po­trza­ska­ne­go drew­na, roz­dar­tej skó­ry i po­skrę­ca­ne­go me­ta­lu. Dzię­ki Bogu ko­nie prze­ży­ły ka­ta­stro­fę, a Ga­briel wy­wi­nął się z niej je­dy­nie ze zła­ma­nym oboj­czy­kiem.

– Po­wi­nie­neś wie­dzieć, że Che­twin znie­wa­żył nie tyl­ko mnie. – Gabe spoj­rzał pro­wo­ku­ją­co. – Po­wie­dział, że nie zde­cy­du­ję się z nim ści­gać, po­nie­waż je­stem ta­kim sa­mym tchó­rzem, jak na­sza strze­la­ją­ca do cie­ni mat­ka.

– W jego gło­sie sły­chać było gniew. – Na­zwał ją mor­der­czy­nią z Hal­ste­ad Hall.

Wszy­scy ze­sztyw­nie­li, sły­sząc zna­jo­me oszczer­stwo, a Oli­ver za­zgrzy­tał zę­ba­mi.

– Mat­ka nie żyje od lat. Nie po­trze­bu­je, byś bro­nił jej ho­no­ru.

– Ktoś musi to ro­bić – od­parł Gabe z ka­mien­nym ob­li­czem – sko­ro ty nie masz za­mia­ru.

Do li­cha, nie miał naj­mniej­sze­go za­mia­ru bro­nić jej po tym, co zro­bi­ła. Nig­dy nie zdo­ła jej wy­ba­czyć. Ani so­bie, że do tego do­pu­ścił.

Drzwi otwo­rzy­ły się i do po­ko­ju we­szła ich bab­cia, a za nią ad­wo­kat ro­dzi­ny, Elias Bogg. Wszy­scy ze­bra­ni za­mar­li. Obec­ność urzęd­ni­ka nie wró­ży­ła ni­cze­go do­bre­go.

Gdy Bogg za­jął swo­je miej­sce, bab­cia sta­nę­ła u szczy­tu sto­łu z wy­ra­zem praw­dzi­we­go zmę­cze­nia wy­ma­lo­wa­nym na na­zna­czo­nej zmarszcz­ka­mi twa­rzy. Oli­ve­ra za­la­ła nowa fala po­czu­cia winy. Ostat­ni­mi cza­sy sie­dem­dzie­się­cio­jed­no­let­nia ko­bie­ta wy­glą­da­ła jesz­cze sta­rzej, jak gdy­by ugię­ła się pod cię­ża­rem obo­wiąz­ków i nie­co skur­czy­ła.

Pró­bo­wał ją prze­ko­nać, by zre­zy­gno­wa­ła z pro­wa­dze­nia za­ło­żo­ne­go przez ich dziad­ka bro­wa­ru. Po­win­na za­trud­nić za­rząd­cę. Jed­nak od­mó­wi­ła. Jak twier­dzi­ła, lu­bi­ła pra­co­wać. Czyż­by za­miast tego mia­ła po­zo­stać na wsi i za­jąć się ha­fto­wa­niem? Taki po­mysł bu­dził je­dy­nie jej szcze­ry śmiech.

Być może mia­ła po­wo­dy do śmie­chu. Wie­lu na­zwa­ło­by He­ster „Het­ty” Plum­tree pro­stą. Jej ro­dzi­ce pro­wa­dzi­li go­spo­dę. Po­zna­ła tam swo­je­go przy­szłe­go męża i ra­zem zmie­ni­li Bro­war Plum­tree w im­pe­rium wy­star­cza­ją­co wiel­kie, by stać ich było na naj­lep­sze szko­ły dla mat­ki Oli­ve­ra, Pru­den­ce. Wy­star­cza­ją­ce rów­nież, by Pru­den­ce usi­dli­ła zu­bo­ża­łe­go mar­ki­za.

Bab­cia za­wsze upa­ja­ła się fak­tem, iż jej cór­ka zdo­by­ła tak do­brą par­tię, przed­sta­wi­cie­la jed­ne­go z naj­star­szych ro­dów wśród an­giel­skiej ary­sto­kra­cji. Nig­dy jed­nak nie po­tra­fi­ła ze­trzeć pięt­na par­we­niusz­ki ze swych spód­nic. Świa­dec­two jej po­cho­dze­nia da­wa­ło o so­bie znać w dziw­nych mo­men­tach, na przy­kład gdy cie­szy­ła się szkla­necz­ką piwa przy obie­dzie lub gdy śmia­ła się z ru­basz­nych dow­ci­pów.

Mimo tego była zde­ter­mi­no­wa­na do­pil­no­wać, by jej wnu­ki sta­ły się tym, kim ona sama być nie mo­gła: praw­dzi­wy­mi ary­sto­kra­ta­mi. Bab­cia nie zno­si­ła ich ten­den­cji do szo­ko­wa­nia to­wa­rzy­stwa, przez któ­rą w oczach lu­dzi ucho­dzi­li za dia­bel­skie po­mio­ty okry­tej hań­bą pary. Usil­nie sta­ra­ła się pod­nieść sta­tus ro­dzi­ny, uwa­ża­ła więc, że ma pra­wo wi­dzieć re­zul­ta­ty swych wy­sił­ków w do­brych mał­żeń­stwach i pra­wnu­kach. Zło­ści­ło ją, że żad­ne z wnu­ków nie spie­szy­ło za­do­wo­lić jej w tej ma­te­rii.

Oli­ver przy­pusz­czał, że mia­ła pod­sta­wy, by tak się czuć. Choć czę­sto nie­obec­na, gdy do­ra­sta­li, za­ję­ta za­rzą­dza­niem Bro­wa­rem Plum­tree po śmier­ci męża, była je­dy­nym ro­dzi­cem, ja­kie­go jego młod­sze ro­dzeń­stwo kie­dy­kol­wiek mia­ło. Dla­te­go ją uwiel­bia­li.

Oli­ver czuł wo­bec bab­ci to samo, z wy­jąt­kiem mo­men­tów, gdy kłó­cił się z nią o fi­nan­se.

– Spo­cznij, Oli­ve­rze. – Bab­ka prze­szy­ła go ostrym spoj­rze­niem nie­bie­skich oczu. – Za­czy­nam się de­ner­wo­wać, gdy tak cho­dzisz tam i z po­wro­tem.

Lord przy­sta­nął, lecz nie za­mie­rzał usiąść. Sta­rusz­ka wy­pro­sto­wa­ła się i zmarsz­czy­ła brwi.

– Moi dro­dzy, pod­ję­łam co do was osta­tecz­ną de­cy­zję – po­wie­dzia­ła, jak gdy­by wciąż byli dzieć­mi. Po­wio­dła wzro­kiem po ze­bra­nych i kon­ty­nu­owa­ła gło­sem nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu: – Naj­wyż­szy czas, że­by­ście się ustat­ko­wa­li. Daję wam więc rok, w cza­sie któ­re­go spra­wy mieć się będą po sta­re­mu, lecz po upły­wie wy­zna­czo­ne­go cza­su każ­de­mu z was ode­tnę fun­du­sze. Po­nad­to wy­klu­czę was z mo­je­go te­sta­men­tu. – Zi­gno­ro­wa­ła po­mru­ki obu­rze­nia. – Chy­ba że… – Za­wie­si­ła głos, by uzy­skać lep­szy efekt.

– Co masz na my­śli? – spy­tał Oli­ver przez za­ci­śnię­te zęby.

Bab­cia spoj­rza­ła mu w oczy.

– Chy­ba że przy­szedł wresz­cie czas na mał­żeń­stwo.

Po­wi­nien był się tego spo­dzie­wać. Jako trzy­dzie­sto – pię­cio­la­tek był w wie­ku, w któ­rym więk­szość męż­czyzn o jego po­zy­cji spo­łecz­nej znaj­do­wa­ło dla sie­bie mał­żon­ki. Bab­ka czę­sto ubo­le­wa­ła nad tym, że nadal nie na­ro­dził się spad­ko­bier­ca ty­tu­łu, ale kto przy zdro­wych zmy­słach był­by na tyle sza­lo­ny, żeby prze­dłu­żać ten ród? Ro­dzi­ce po­bra­li się dla pie­nię­dzy i za­koń­czy­ło się to ka­ta­stro­fą. Nie­za­leż­nie od tego, jak ską­pe sta­ły­by się fi­nan­se, Oli­ver nie miał za­mia­ru po­wta­rzać tego błę­du.

Bab­cia wie­dzia­ła o jego uczu­ciach, dla­te­go to, że ucie­ka­ła się do gróźb wo­bec resz­ty ro­dzeń­stwa, by zmu­sić go do po­słu­szeń­stwa, ode­brał jako bo­le­sną zdra­dę.

– Po­zba­wisz mo­ich bra­ci i sio­stry środ­ków do ży­cia tyl­ko po to, żeby za­kuć mnie w oko­wy mał­żeń­stwa? – wark­nął.

– Źle mnie zro­zu­mia­łeś – od­par­ła chłod­no. – Mia­łam na my­śli to, że ocze­ku­ję za­war­cia związ­ków mał­żeń­skich od ca­łej wa­szej piąt­ki. – Spoj­rza­ła na resz­tę wnu­ków.

– Nim upły­nie rok, wszy­scy mu­si­cie zna­leźć so­bie mał­żon­ków albo po­że­gna­cie się ze spad­kiem. Co wię­cej, nie będę da­lej wy­naj­mo­wać miej­skiej re­zy­den­cji, sko­ro za­trzy­my­wa­łam się tam je­dy­nie ze wzglę­du na dziew­czę­ta. Nie bę­dzie dla nich po­sa­gów, nie będę też utrzy­my­wać lon­dyń­skich ka­wa­ler­skich miesz­kań Gabe’a i Jar­re­ta ani staj­ni dla ich koni. Je­śli wy, chłop­cy, się nie po­że­ni­cie, a dziew­czę­ta nie wyj­dą za mąż, bę­dzie to ko­niec mo­je­go wspar­cia. Oli­ver, i tyl­ko on, sta­nie się za was od­po­wie­dzial­ny.

Oli­ver jęk­nął. Odzie­dzi­czo­na przez nie­go kło­po­tli­wa po­sia­dłość ja­koś so­bie ra­dzi­ła, ale da­le­ko jej było do sa­mo­wy­star­czal­no­ści.

Gabe gwał­tow­nie wstał od sto­łu.

– Bab­ciu, nie wol­no ci! Gdzie dziew­czę­ta się po­dzie­ją? Gdzie bę­dzie­my miesz­kać ja i Jar­ret?

– Tu, w Hal­ste­ad Hall, jak mnie­mam – po­wie­dzia­ła bez cie­nia skru­chy.

Oli­ver spoj­rzał na nią spode łba.

– Wiesz do­sko­na­le, że to nie­moż­li­we. Mu­siał­bym otwo­rzyć dom i od­świe­żyć go.

– Niech go ręka bo­ska bro­ni – sko­men­to­wał sar­ka­stycz­nie Jar­ret. – Poza tym Oli­ver ma do­cho­dy z po­sia­dło­ści, dzię­ki któ­rym jest w sta­nie się utrzy­mać. Na­wet je­śli resz­ta z nas za­sto­su­je się do two­jej proś­by, on nie musi, więc gdy od­mó­wi, kara spad­nie tyl­ko na nas.

– Ta­kie są moje wa­run­ki – od­par­ła chłod­no. – Nie pod­le­ga­ją ne­go­cja­cji, chłop­cze.

Nie­za­leż­nie od obaw Jar­re­ta bab­cia z pew­no­ścią wie­dzia­ła, że Oli­ver nie po­zwo­lił­by ro­dzeń­stwu cier­pieć. Wresz­cie zna­la­zła je­dy­ny spo­sób na to, by przy­wo­łać ich do po­rząd­ku – wy­star­czy­ło po­słu­żyć się uczu­cia­mi, któ­ry­mi na­wza­jem się da­rzy­li i któ­re były je­dy­ną sta­łą war­to­ścią w ich ży­ciu.

To był plan ge­nial­ny i za­ra­zem dia­bo­licz­ny. Jar­ret mógł­by po­słać ko­bie­tę do wszyst­kich dia­błów, gdy­by cho­dzi­ło je­dy­nie o nie­go, lecz nie ska­zał­by sióstr na sta­ro­pa­nień­stwo lub ży­wot gu­wer­nan­tek. Mi­ne­rva, któ­ra za­ra­bia­ła nie­co na swo­ich książ­kach, mo­gła­by zba­ga­te­li­zo­wać bab­ci­ne przy­ka­za­nia i spró­bo­wać sa­mo­dziel­nie się utrzy­mać, lecz tak­że nie po­tra­fi­ła­by ska­zać po­zo­sta­łych na ży­cie w ubó­stwie.

Każ­de z nich bę­dzie się mar­twić o po­zo­sta­łych, co ozna­cza­ło, że wszy­scy, na­wet Oli­ver, po­czu­ją się zmu­sze­ni przy­stać na po­sta­wio­ne im wa­run­ki.

– Gdy­by­ście ze­chcie­li, mo­gli­by­ście do­pro­wa­dzić do tego, żeby ta po­sia­dłość przy­no­si­ła do­chód – zwró­ci­ła im uwa­gę bab­cia. – Może gdy­by cała wa­sza piąt­ka po­dzie­li­ła mię­dzy sie­bie obo­wiąz­ki… – Urwa­ła, by spoj­rzeć na Oli­ve­ra wy­mow­nie. – Albo gdy­by wasz brat bar­dziej in­te­re­so­wał się ma­jąt­kiem, za­miast po­zo­sta­wiać go swe­mu za­rząd­cy i spę­dzać dnie na łaj­da­cze­niu się i pi­ciu, może zdo­łał­by utrzy­mać was wszyst­kich na cał­kiem wy­god­nym po­zio­mie.

Oli­ver zdu­sił ci­sną­cą mu się na usta ri­po­stę. Do­brze wie­dzia­ła, dla­cze­go z tru­dem zno­sił sam wi­dok tego miej­sca. Oj­ciec po­ślu­bił mat­kę dla pie­nię­dzy, by za­cho­wać po­zy­cję rodu, na któ­rej tak mu za­le­ża­ło, a Oli­ve­ra prę­dzej pie­kło po­chło­nie, nim po­zwo­li na to, by ten prze­klę­ty ma­ją­tek i wszyst­ko, co sobą re­pre­zen­tu­je, znisz­czy­ło go tak jak ro­dzi­ców.

– Tak się skła­da, że wiem – cią­gnę­ła bab­cia – iż Oli­ver sprze­dał ostat­nią nie­za­pi­sa­ną część ro­dzin­nych wło­ści w ra­mach spła­ty kil­ku dłu­gów, któ­re wspól­ny­mi si­ła­mi na­gro­ma­dzi­li­ście, a ja od­mó­wi­łam ich po­kry­cia. Nie­wie­le już zo­sta­ło ma­jąt­ku, któ­ry mo­gli­by­ście spie­nię­żyć.

Do dal­sze­go wy­god­ne­go i do­stat­nie­go ży­cia nie­zbęd­ne wam są środ­ki, któ­re ja mogę za­pew­nić.

A niech ją li­cho po­rwie za to, że mia­ła ra­cję. Po­zba­wio­ne miej­skiej re­zy­den­cji i ka­wa­ler­skich miesz­kań ro­dzeń­stwo nie mia­ło­by in­ne­go wy­bo­ru, jak tyl­ko prze­nieść się tu­taj. Obec­nie na­wet sam Oli­ver nie miał wła­sne­go domu – do nie­daw­na miesz­kał we wspo­mnia­nym przez bab­cię Ac­ton. Mu­siał za­trzy­mać się u bra­ci, nim wy­my­śli, co po­cząć da­lej. Jed­nak nie pla­no­wał za­go­spo­da­ro­wa­nia ro­dzin­nej po­sia­dło­ści tak, by utrzy­my­wa­ła ich wszyst­kich, jak rów­nież przy­szłych bra­tan­ków i sio­strzeń­ców.

Nic dziw­ne­go, że przez ostat­nie dwa­dzie­ścia dwa lata bab­cia z ta­kim po­wo­dze­niem za­rzą­dza­ła bro­wa­rem. Była Ma­chia­vel­lim w spód­ni­cy.

– Kto w ta­kim ra­zie miał­by odzie­dzi­czyć Bro­war Plum­tree? – spy­tał. – Chcesz po­wie­dzieć, że nie prze­ka­żesz go Jar­re­to­wi, tak jak chciał tego nasz dzia­dek?

– Mo­gła­bym zo­sta­wić in­te­re­sy two­je­mu ku­zy­no­wi De­smon­do­wi.

Jar­ret jęk­nął, a Mi­ne­rva za­wo­ła­ła:

– Nie mo­żesz od­dać bro­wa­ru De­smon­do­wi. Cał­kiem go zruj­nu­je!

Sta­rusz­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– A co mnie do tego? Będę mar­twa. A je­śli wy nie za­mier­za­cie po­dej­mo­wać sto­sow­nych kro­ków, ko­niecz­nych do tego, by ma­ją­tek po­zo­stał w ro­dzi­nie, nie ma więk­sze­go zna­cze­nia, w czy­je ręce tra­fi całe im­pe­rium, nie­praw­daż?

Ce­lia po­de­rwa­ła się z miej­sca.

– Bab­ciu, wiesz prze­cież, co zro­bi De­smond. Po­za­trud­nia dzie­ci i za­ha­ru­je je na śmierć – pro­te­sto­wa­ła z tro­ską i pa­sją, z ja­ki­mi an­ga­żo­wa­ła się na co dzień w wal­kę o po­pra­wę wa­run­ków pra­cy dzie­ci. – Wy­star­czy spoj­rzeć, jak za­rzą­dza swo­imi mły­na­mi. W żad­nym wy­pad­ku nie wol­no ci do­pusz­czać do ro­dzin­nej fa­bry­ki czło­wie­ka tego po­kro­ju.

– Mogę zo­sta­wić in­te­res, komu tyl­ko so­bie ży­czę.

– Star­sza pani spoj­rza­ła na wnu­ki ocza­mi zim­ny­mi jak stal.

To mu­siał być blef. Prze­cież rów­nie moc­no nie­na­wi­dzi­ła De­smon­da. A jed­nak nie na­le­ża­ła do osób sto­su­ją­cych tego typu sztucz­ki.

– Przy­pusz­czam, że ży­cio­wych part­ne­rów dla nas też już wy­bra­łaś? – za­py­tał gorz­ko Oli­ver.

– Nie. Tę kwe­stię po­zo­sta­wiam wam. Nie ustat­ku­je­cie się jed­nak nig­dy, je­śli ja was do tego nie zmu­szę. Zbyt dłu­go już wam po­bła­ża­łam. Czas, by­ście przy­słu­ży­li się tej ro­dzi­nie, a co za tym idzie – za­pew­ni­li ro­do­wi spad­ko­bier­ców stwo­rzo­ne­go prze­ze mnie dzie­dzic­twa.

Ce­lia cięż­ko opa­dła na krze­sło.

– Prze­cież nie mo­że­my z Mi­ne­rvą, ot tak, wy­brać so­bie na mę­żów pierw­szych lep­szych ka­wa­le­rów. To męż­czy­zna musi się oświad­czyć. A je­śli ża­den się o to nie po­ku­si?

Bab­ka prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Obie je­ste­ście uro­czy­mi pan­na­mi, za któ­ry­mi wszę­dzie oglą­da się mnó­stwo męż­czyzn. Gdy­byś, dro­ga Ce­lio, prze­sta­ła bić na gło­wę wszyst­kich ko­le­gów two­ich bra­ci w za­wo­dach strze­lec­kich, je­den z nich z pew­no­ścią po­pro­sił­by o two­ją rękę. A gdy­by Mi­ne­rva skoń­czy­ła z pi­sa­niem tych okrop­nych, go­tyc­kich po­wie­ści…

– Tego nie zro­bię – za­pro­te­sto­wa­ła Mi­ne­rva.

– Przy­najm­niej pisz pod pseu­do­ni­mem. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go ko­niecz­nie masz ob­wiesz­czać wszem wo­bec, że to ty je­steś au­tor­ką tych osła­wio­nych po­wie­ści, i gor­szyć każ­de­go, kogo spo­tkasz.

Bab­cia spoj­rza­ła na Jar­re­ta i Ga­brie­la.

– A wy dwaj mo­gli­by­ście cza­sem fak­tycz­nie po­ja­wić się na balu. Jar­ret nie musi spę­dzać każ­dej nocy na ho­ry­zon­cie, a Gabe… – Wes­tchnę­ła cięż­ko. – Gdy­byś tyl­ko prze­stał ści­gać się z każ­dym głup­cem, któ­ry rzu­ci ci wy­zwa­nie, miał­byś czas na zna­le­zie­nie na­rze­czo­nej. Z całą pew­no­ścią po­tra­fi­cie ocza­ro­wać sza­no­wa­ne ko­bie­ty na tyle, by skło­nić je do mał­żeń­stwa. Zda­je się, że wa­bie­nie kur­ty­zan i ak­to­rek do wła­sne­go łoża nie spra­wia wam naj­mniej­szych kło­po­tów.

– O Boże – mruk­nął Gabe, a uszy za­czę­ły mu się czer­wie­nić. Sy­piać z pro­sty­tut­ką to jed­no, ale wy­słu­chi­wać na ten te­mat uwag wła­snej bab­ki to już zu­peł­nie inna spra­wa.

Wpa­tru­jąc się w Oli­ve­ra, sta­rusz­ka do­da­ła:

– A wszy­scy wie­my, że wasz brat ma nad wami zna­czą­ca prze­wa­gę w po­sta­ci swo­je­go ty­tu­łu.

– Tak, wy­mia­na „ty­tuł za pie­nią­dze” w przy­pad­ku na­szych ro­dzi­ców skoń­czy­ła się nie­zwy­kle ko­rzyst­nie – stwier­dził sar­ka­stycz­nie. – Wi­dzę, że z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ku­jesz, bym po­wtó­rzył taką trans­ak­cję.

Oli­ver zi­gno­ro­wał wy­rzu­ty su­mie­nia, któ­re za­czę­ły go ką­sać, gdy do­strzegł ból, jaki się od­ma­lo­wał na twa­rzy bab­ci. Je­śli za­mie­rza­ła ich zmu­sić do tego wszyst­kie­go, po­win­na tak­że li­czyć się z kon­se­kwen­cja­mi.

Po gło­wie ko­ła­ta­ły mu się ostat­nie usły­sza­ne od mat­ki sło­wa: „Je­steś za­ka­łą ro­dzi­ny…”. Aż zim­ny dreszcz prze­biegł mu po ple­cach. Ru­szył do drzwi i je otwo­rzył.

– Bab­ciu, ze­chcesz za­mie­nić ze mną parę słów na osob­no­ści?

– Je­śli so­bie tego ży­czysz – od­par­ła, uno­sząc siwą brew.

Gdy tyl­ko zna­leź­li się w holu, Oli­ver zwró­cił się do star­szej damy.

– Na­rzu­ce­nie ja­kiejś nie­win­nej ko­bie­cie mo­jej oso­by w roli męża ni­cze­go nie zmie­ni.

– Je­steś pe­wien? – Bab­ci­ne spoj­rze­nie tym ra­zem było ła­god­niej­sze. – Stać cię w ży­ciu na o wie­le wię­cej niż ta­kie błą­dze­nie bez celu, Oli­ve­rze.

Boże, gdy­by tyl­ko wie­dzia­ła.

– Taki wła­śnie je­stem. Czas, byś się z tym po­go­dzi­ła. Tak, jak to uczy­ni­ła moja mat­ka.

Na te sło­wa ko­bie­ta po­bla­dła.

– Wiem, że nie lu­bisz mó­wić o wy­da­rze­niach tam­te­go dnia…

– Zga­dza się – prze­rwał jej. – I to się nie zmie­ni.

Nie opo­wie o tym ni­ko­mu.

– Nie chcesz o tym roz­ma­wiać, bo to mnie uwa­żasz za wszyst­kie­mu win­ną.

– A niech to, wca­le nie! – Wi­nił je­dy­nie sie­bie. Gdy­by tyl­ko od razu po­je­chał za mat­ką. Gdy­by tyl­ko bar­dziej na­le­gał na in­ge­ren­cję bab­ci. Gdy­by tyl­ko, gdy­by… – Nie wi­nię cię za prze­szłość. Ale za to, co ro­bisz te­raz, tak.

– Z pew­no­ścią sam też wi­dzisz, że coś musi się zmie­nić.

– Dla­cze­go? Mi­ne­rva i Ce­lia prę­dzej czy póź­niej wyj­dą za mąż, a Gabe i Jar­ret sta­ra­ją się wy­szu­mieć. Z cza­sem się ustat­ku­ją.

– To­bie to się nie uda­ło.

– To co in­ne­go.

– Dla­cze­góż to?

– Skąd ta na­gła po­trze­ba przy­mu­sze­nia nas do mał­żeństw?

– Od­po­wiem na two­je py­ta­nie, je­śli i ty dasz mi od­po­wiedź.

To tego ocze­ki­wa­ła od wnu­ka – od­po­wie­dzi. Cóż, tego nig­dy się nie do­cze­ka.

– Pew­ne­go dnia, Oli­ve­rze – stwier­dzi­ła, gdy nadal mil­czał – bę­dziesz mu­siał opo­wie­dzieć o tym, co się wte­dy wy­da­rzy­ło, choć­by po to, by w koń­cu za­mknąć ten roz­dział.

– Już go za­mkną­łem. – Oli­ver od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył do drzwi.

Gdy je otwo­rzył, ko­bie­ta za­wo­ła­ła za nim:

– Nie zmie­nię zda­nia co do swo­ich wa­run­ków. Ożeń się albo wszyst­ko stra­cisz.

Gdy Oli­ver za­marł z dło­nią na klam­ce, sta­nę­ła w pro­gu i po­pa­trzy­ła na wnu­ki.

– Dość mam już słu­cha­nia o tym, że bru­kow­ce na­zy­wa­ją was Dia­blę­ta­mi z Hal­ste­ad Hall. O tym, jak to moja naj­młod­sza wnucz­ka po raz ko­lej­ny zgor­szy­ła i prze­ra­zi­ła wszyst­kich, gdy po­ja­wi­ła się na ja­kichś za­wo­dach strze­lec­kich. – Prze­nio­sła spoj­rze­nie na Gabe’a. – Albo o tym, że mój wnuk nie­mal stra­cił ży­cie w wy­ści­gu. Ma się to wszyst­ko na­tych­miast skoń­czyć.

– A gdy­by­śmy obie­ca­li za­cho­wy­wać wię­cej dys­kre­cji? – wark­nął Oli­ver.

– To nie wy­star­czy. Być może je­śli każ­de z was bę­dzie mieć ko­goś, kto jest od was za­leż­ny, mał­żon­ka lub dzie­ci, wresz­cie na­uczy­cie się ce­nić to, co po­sia­da­cie.

– Bab­ciu, do cho­le­ry…

– Nie prze­kli­naj mi tu. To ko­niec tej dys­ku­sji. Pan Bogg wy­ło­ży wam szcze­gó­ły mo­ich rosz­czeń, i to jemu za­da­waj­cie py­ta­nia. Ja mu­szę udać się na spo­tka­nie w bro­wa­rze.

Ode­szła ko­ry­ta­rzem, po­stu­ku­jąc żywo la­ską.

Gdy tyl­ko Oli­ver wró­cił do po­ko­ju, ro­dzeń­stwo zwró­ci­ło się do pana Bog­ga.

– Ona chy­ba nie mó­wi­ła po­waż­nie?

– Jak mo­gła?

– Musi jej pan to wy­per­swa­do­wać.

Bogg roz­siadł się na za­byt­ko­wym krze­śle, któ­re za­skrzy­pia­ło w od­po­wie­dzi.

– Przy­kro mi, ale nic nie mogę zro­bić. Po wy­pad­ku lor­da Ga­brie­la wa­sza bab­ka po­wzię­ła po­sta­no­wie­nie, iż nie bę­dzie przy­glą­dać się, jak umie­ra­cie, nie wy­peł­niw­szy swych obo­wiąz­ków wo­bec rodu Shar­pe’ów.

– Wi­dzisz co na­ro­bi­łeś, Gabe? – krzyk­nę­ła Ce­lia. – Wszyst­ko ze­psu­łeś!

– Nie o nie­go cho­dzi – rzekł ze znu­że­niem Oli­ver – lecz o mnie. Ona nie chce utra­cić ty­tu­łu i po­zy­cji, któ­re z ta­kim tru­dem dla swej ro­dzi­ny wy­wal­czy­ła. Chce się upew­nić, że je­den z nas prze­dłu­ży ród.

– Dla­cze­go więc wplą­tu­je w to tak­że mnie i Ce­lię? – spy­ta­ła Mi­ne­rva.

– Za po­zwo­le­niem – wtrą­cił pan Bogg – wa­sza lor­dow­ska mość jest w błę­dzie. Bab­ka mar­twi się o was wszyst­kich. Nim sama uda się na wiecz­ny spo­czy­nek, chce mieć pew­ność, że przy­szłość wszyst­kich wnu­ków jest za­pew­nio­na.

Oli­ver od­wró­cił się gwał­tow­nie.

– Spo­czy­nek? Bab­ka jest cho­ra? – Na samą myśl ści­snę­ło go w żo­łąd­ku. – Czy jest coś, cze­go nam nie mówi? – Tłu­ma­czy­ło­by to, dla­cze­go wy­stą­pi­ła ze swo­im ul­ti­ma­tum tak na­gle.

Bogg po chwi­li po­krę­cił gło­wą.

– Jest po pro­stu zmę­czo­na cze­ka­niem, aż wa­sza piąt­ka zde­cy­du­je się dać jej pra­wnu­ki.

W to Oli­ver mógł bez tru­du uwie­rzyć. Bogg od­chrząk­nął: – Czy są jesz­cze ja­kieś py­ta­nia?

– Tyl­ko jed­no – od­parł Oli­ver. – Czy na­praw­dę nie za­strze­gła, z kim wol­no nam wejść w związ­ki mał­żeń­skie? – Przy­szedł mu do gło­wy po­mysł, jak prze­rwać tę far­sę.

– W tej kwe­stii nie po­sta­wio­no żad­nych wa­run­ków. Są jed­nak inne za­sa­dy.

Oli­ver słu­chał ko­lej­no wy­mie­nia­nych punk­tów: na przy­kład ślu­by mu­szą od­być się w An­glii, a wy­bry­ki w sty­lu ucie­czek na szyb­ki ślub do Gret­na Gre­en są cał­ko­wi­cie wy­klu­czo­ne. Naj­wy­raź­niej bab­cia mar­twi­ła się, że tego typu mał­żeń­stwo mo­gło­by zo­stać praw­nie pod­wa­żo­ne. Na szczę­ście żad­ne z wy­mie­nio­nych przez ad­wo­ka­ta wy­ma­gań nie sta­wa­ło na dro­dze pla­no­wa­ne­go przez Oli­ve­ra przed­się­wzię­cia.

Wy­peł­niw­szy swój obo­wią­zek, Bogg po­zo­sta­wił ze­bra­nych ich nie­do­li. Mi­ne­rva zwró­ci­ła się do Oli­ve­ra:

– Mu­sisz prze­ko­nać bab­cię, że to nie­do­rzecz­ne. Nie wi­dzę po­wo­du, dla któ­re­go mia­ła­bym zno­sić męża, gdy je­stem w zu­peł­no­ści po­go­dzo­na z obec­nym, sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cym mnie sty­lem ży­cia.

– Mnie tak­że nie spie­szy się do mał­żeń­stwa, za­pew­niam cię – wark­nął Jar­ret. – Ani się obej­rzy­my, a będę zmu­szo­ny za­rzą­dzać tym cho­ler­nym bro­wa­rem. A to ostat­nie, na co mam ocho­tę.

– Po­win­ni­śmy się wszy­scy prze­nieść tu­taj i udo­wod­nić, że nie po­trze­bu­je­my jej pie­nię­dzy – stwier­dzi­ła Ce­lia. – Zro­bić tak, jak za­su­ge­ro­wa­ła, dbać o in­te­re­sy wspól­nie…

– Tak, szcze­gól­nie że ty tak do­brze znasz się na za­rzą­dza­niu ma­jąt­kiem – uciął Gabe.

– Uwa­ga Ce­lii była słusz­na – wtrą­ci­ła Mi­ne­rva. – Gdy­by­śmy po­ka­za­li bab­ci, że świet­nie po­ra­dzi­my so­bie sami, może jesz­cze prze­my­śla­ła­by swo­je pla­ny. Poza tym, je­śli i tak prę­dzej czy póź­niej wszy­scy skoń­czy­my tu­taj, rów­nie do­brze mo­że­my za­cząć się do tego przy­zwy­cza­jać.

– Boże, do­po­móż. – Jar­ret po­słał Oli­ve­ro­wi har­de spoj­rze­nie. – Chy­ba nie chcesz, że­by­śmy się tu wpro­wa­dzi­li?

Oli­ver wes­tchnął.

– Naj­chęt­niej nig­dy wię­cej bym tego miej­sca nie oglą­dał. Nie­ste­ty, Ce­lia ma ra­cję. Je­śli tu za­miesz­ka­my, zmu­si­my bab­cię, by się pod­da­ła. Mo­że­my ją za­pro­sić, żeby wpa­dła z wi­zy­tą i prze­ko­na­ła się, ja­kie re­zul­ta­ty da­dzą jej nie­do­rzecz­ne kno­wa­nia, je­śli bę­dzie przy nich ob­sta­wać.

Oli­ver z tru­dem pa­no­wał nad falą obrzy­dze­nia, jaka za­le­wa­ła go na myśl o po­wro­cie do Hal­ste­ad Hall. Jed­nak gdy­by uda­ło mu się wcie­lić w ży­cie plan, wkrót­ce znów mógł­by pu­ścić prze­szłość w nie­pa­mięć.

– Tym­cza­sem mam jesz­cze jed­ne­go asa w rę­ka­wie. To ry­zy­kow­ne po­su­nię­cie, ale może zmu­si sta­rusz­kę do zdra­dze­nia się ze wszyst­ki­mi pla­na­mi. Nie prze­my­śla­ła ca­łej spra­wy wy­star­cza­ją­co do­kład­nie, co za­mie­rzam jej uzmy­sło­wić. Nadal je­stem w po­sia­da­niu pew­nych fun­du­szy po sprze­da­ży ostat­niej nie­ru­cho­mo­ści, a oto, co pro­po­nu­ję…

Roz­dział II

Na li­tość bo­ską, Fred­dy, nie ocią­gaj się – mruk­nę­ła Ma­ria But­ter­field do swe­go tycz­ko­wa­te­go ku­zy­na, idąc ubło­co­ną uli­cą. Urzęd­nik, za któ­rym po­dą­ża­li, na­rzu­cał cał­kiem żwa­we tem­po. Wy­star­czy­ło, że mu­sie­li zno­sić tę nie­szczę­sną an­giel­ską po­go­dę, a je­śli do tego zgu­bi­li trop, nig­dy nie od­naj­dą Na­tha­na Hy­at­ta. Nie mo­gła do tego do­pu­ścić po tym, jak przy­by­li aż z Dart­mo­uth w Mas­sa­chus­setts, by od­szu­kać jej na­rze­czo­ne­go.

– Je­steś pew­na, że tor­ba tego czło­wie­ka na­le­ży do Na­tha­na? – sap­nął Fred­dy.

– Po obu stro­nach wid­nie­ją ini­cja­ły, jak te, któ­re spe­cjal­nie dla nie­go za­mó­wi­łam. A czło­wiek, któ­ry miał przy so­bie tor­bę, znaj­do­wał się w tej sa­mej czę­ści mia­sta co Lon­don Ma­ri­ti­me, gdzie trzy mie­sią­ce temu po raz ostat­ni wi­dzia­no Na­tha­na. Mu­szę jej się bli­żej przyj­rzeć, żeby zy­skać cał­ko­wi­tą pew­ność.

– Niby jak? I nie myśl, że ja to zro­bię. Nie za­mie­rzam na two­je ży­cze­nie po­ty­kać się z ja­kimś an­giel­skim czor­tem.

– My­śla­łam, że sza­blę u boku no­sisz po to, by mnie chro­nić.

Od­kąd zna­leź­li się w Lon­dy­nie, Fred­dy co­dzien­nie przy­pi­nał do pasa po­chwę ze sta­rą sza­blą jej ojca. Przy­ku­wał tym uwa­gę ga­piów, al­bo­wiem w tych cza­sach nikt już nie no­sił przy so­bie tego typu bro­ni.

– To że­la­stwo ma chro­nić mnie – od­parł Fred­dy. – Sły­sza­łem, że po­je­dyn­ku­ją się tu dla za­ba­wy. Nie po to przy­by­łem taki szmat dro­gi, żeby wy­szczer­bić w bój­ce ulu­bio­ną sza­blę.

Ma­ria prych­nę­ła.

– Przy­je­cha­łeś ze mną dla­te­go, że twoi star­si bra­cia są za­ję­ci swo­imi ro­dzi­na­mi, a ciot­ka Rose na­tar­ła­by ci uszu, gdy­byś tego nie zro­bił. – Zo­ba­czy­ła, że chło­pak się ru­mie­ni, więc ła­god­niej do­da­ła: – Poza tym nie ma po­wo­dów do po­ty­czek. Prze­ko­na­my tego je­go­mo­ścia po­ko­jo­wo, żeby po­zwo­lił nam przyj­rzeć się tor­bie, gdy już się prze­ko­na­my, do­kąd zmie­rza. Mam na­dzie­ję, że do­pro­wa­dzi nas do Na­tha­na.

– Wo­lał­bym pie­kar­nię. Mi­nę­ły bli­sko trzy go­dzi­ny od ostat­nie­go po­sił­ku. – Jak­by na do­wód: za­bur­cza­ło mu w brzu­chu. – Nie są­dzi­łem, że spró­bu­jesz mnie za­gło­dzić.

Ma­ria wes­tchnę­ła. Fred­dy żył w sta­nie per­ma­nent­ne­go gło­du. Cio­cia Rose ma­wia­ła, że wszy­scy dwu­dzie­sto­jed­no­let­ni mło­dzień­cy mają wil­czy ape­tyt, jed­nak te­raz le­piej by­ło­by, gdy­by chło­pak jadł jak pta­szek, za to był groź­ny ni­czym wilk. Pa­trząc na to, w ja­kim tem­pie Fred­dy prze­ja­dał ich fun­du­sze, mu­sia­ła go uznać za kosz­tow­ne­go obroń­cę.

Jak­że ża­ło­wa­ła, że Na­than nie po­zo­stał w Ame­ry­ce, gdzie było jego miej­sce. Gdy­by tyl­ko papa nie umarł, po­my­śla­ła z ża­lem. Wciąż nie mo­gła w to uwie­rzyć. Mi­ja­jąc ko­lej­ne zmro­żo­ne ka­łu­że, wspo­mi­na­ła mi­nio­ne mie­sią­ce. Od ja­kie­goś cza­su papa nie był tak czer­stwy jak zwy­kle, lecz nie spo­dzie­wa­ła się, że jego ser­ce za­wie­dzie i męż­czy­zna umrze w swo­im ga­bi­ne­cie w wie­ku sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat.

Na­gle na­szła ją nie­po­ko­ją­ca myśl. Je­śli Na­than nie otrzy­mał jej ostat­nich li­stów, mógł na­wet nie wie­dzieć o śmier­ci jej ojca. Nie wie­dział, że bę­dzie te­raz je­dy­nym wła­ści­cie­lem stocz­ni New Bed­ford… Za­kła­da­jąc, że oże­ni się z nią, tak jak pla­no­wa­li.

A je­śli jej nie po­ślu­bi? Czy to dla­te­go od mie­się­cy nie mia­ła od nie­go żad­nych wie­ści? Czyż­by po­sta­no­wił sko­rzy­stać z oka­zji, by uciec przed mał­żeń­stwem?

Na miej­scu Na­tha­na każ­de­go zmę­czy­ły­by cią­głe wy­ma­ga­nia, by się spraw­dzić, nim po­ślu­bi dzie­dzicz­kę i przej­mie fir­mę. To wła­śnie dla­te­go udał się do An­glii, by wy­ne­go­cjo­wać in­trat­ną sprze­daż kli­pro­wych stat­ków przed­sta­wi­cie­lom Lon­don Ma­ri­ti­me. Może po do­tar­ciu na miej­sce zmie­nił zda­nie wzglę­dem na­rze­czeń­stwa.

Oczy Ma­rii za­czę­ły się na­peł­niać łza­mi. Nie, on by tak nie po­stą­pił. Był ho­no­ro­wym męż­czy­zną. Ich zwią­zek mógł być mniej pło­mien­ny niż in­nych za­rę­czo­nych par, ale z pew­no­ścią za­le­ża­ło im na so­bie. Mu­sia­ło mu się przy­da­rzyć coś strasz­ne­go – w żad­nym wy­pad­ku nie pró­bo­wał­by uciec od obo­wiąz­ków. Mu­sia­ła go od­na­leźć. Szcze­gól­nie te­raz, gdy stra­ci­ła naj­waż­niej­sze­go męż­czy­znę w swym ży­ciu.

Jed­nak wi­dok tor­by Na­tha­na w rę­kach in­ne­go czło­wie­ka nie wró­żył ni­cze­go do­bre­go. Na­than sam nig­dy by się z nią nie roz­stał, a za­tem ten męż­czy­zna mu­siał ją ukraść. Ser­ce Ma­rii wa­li­ło w rytm jej po­spiesz­nych kro­ków. Na­than pew­nie le­żał mar­twy po­śród ja­kichś pust­ko­wi, zgła­dzo­ny przez zdra­dziec­kich An­gli­ków. A je­śli tak, to…

Nie, nie wol­no jej było tak my­śleć, bo cał­kiem się za­ła­mie.

– Mop­sy… – ode­zwał się ści­szo­nym gło­sem Fred­dy.

– Nie na­zy­waj mnie tak. Nie je­ste­śmy już dzieć­mi.

– Poza tym Na­than uwa­żał, że to nie­sto­sow­ne wo­bec damy. Zwra­cał na tego typu spra­wy szcze­gól­ną uwa­gę, jako że wy­cho­wał się w Bal­ti­mo­re po­śród wyż­szych sfer, nim sześć lat temu prze­niósł się do pro­win­cjo­nal­ne­go Dart­mo­uth, by współ­pra­co­wać z jej oj­cem.

– Wy­bacz, Mop… Ma­rio – wy­mam­ro­tał Fred­dy.

– Cią­gle się za­po­mi­nam. – Przy­su­nął się bli­żej. – Tak so­bie my­ślę, że nie po­win­ni­śmy błą­kać się po mie­ście po zmro­ku. Ta dziel­ni­ca nie wy­da­je się zbyt sym­pa­tycz­na. A te pa­nie tam, nie­opo­dal, wy­glą­da­ją na nie­co… roz­ne­gli­żo­wa­ne.

Ma­ria była tak sku­pio­na na śle­dze­niu męż­czy­zny przed sobą, że nie zwra­ca­ła uwa­gi na oto­cze­nie. Gdy ro­zej­rza­ła się do­ko­ła, na mo­ment ser­ce za­mar­ło jej w pier­si. Ską­po odzia­ne ko­bie­ty wy­glą­da­ły z okien po­nad ich gło­wa­mi, chwa­ląc się wdzię­ka­mi wprost wy­pły­wa­ją­cy­mi z ob­fi­tych de­kol­tów. Mu­sia­ło im być okrop­nie zim­no, ale naj­wy­raź­niej nie mia­ło to więk­sze­go zna­cze­nia.

Ma­ria sta­wa­ła się co­raz bar­dziej spię­ta, w mia­rę jak jej my­śli za­czę­ły za­przą­tać wspo­mnie­nia o tym, jak to mu­sia­ła wy­cią­gać papę z tego typu miejsc.

– Ka­wa­le­rze – za­wo­ła­ła do Fred­dy’ego jed­na z ko­biet, a jej od­dech wnet za­mie­nił się w wi­docz­ną mgieł­kę – moja ki­zia-mi­zia wnet na­stro­szy piór­ka twe­go ko­gu­ci­ka.

– Z ta­kim mie­czem mógł­byś wy­pró­bo­wać moją po­chwę za je­dy­ne pół fun­ci­ka, ko­cha­necz­ku – do­da­ła ko­lej­na.

Ma­ria nie ro­zu­mia­ła, o czym mó­wią, jed­nak są­dząc po ru­mień­cach na pie­go­wa­tych po­licz­kach Fred­dy’ego, cho­dzi­ło o coś ra­czej… lu­bież­ne­go.

– Wra­caj­my do pen­sjo­na­tu – rzekł.

– Jesz­cze nie. Na­sza zdo­bycz jest tuż przed nami, mu­si­my przyj­rzeć się tej tor­bie. Dru­ga oka­zja może się już nie tra­fić.

Za­cze­ka­li, aż męż­czy­zna wej­dzie do środ­ka, po czym zbli­ży­li się do wej­ścia bu­dyn­ku. Do­by­wał się stam­tąd grom­ki śmiech, wraz ze skocz­ną me­lo­dią wy­gry­wa­ne­go na skrzyp­cach jiga. Przez otwar­te drzwi Ma­ria do­strze­gła tań­czą­ce lub grzesz­nie za­cho­wu­ją­ce się pary.

Fred­dy przy­glą­dał się bu­dyn­ko­wi, gdy tym­cza­sem do­ko­ła za­pa­la­no ulicz­ne la­tar­nie.

– Nie mo­żesz tam wejść. To nie miej­sce dla sza­no­wa­nych ko­biet.

– Widzę – Maria zadrżała, gdy zimny wiatr na moment rozwiał jej czarny redignot1. – Wygląda na to, że to burdel.

– Mop­sy! – Po­licz­ki ku­zy­na pło­nę­ły czer­wie­nią rów­nie moc­no co jego po­tar­ga­ne wło­sy. – Nie po­win­naś mó­wić ta­kich rze­czy.

– Dla­cze­go? Obo­je wie­my, że papa uczęsz­czał do ta­kich miejsc co so­bo­tę. Za to ty mógł­byś wejść. Nie zwró­cą uwa­gi na ko­lej­ne­go męż­czy­znę. Po pro­stu znajdź tę sa­kwę i sprawdź, czy na­le­ży do Na­tha­na.

– A je­śli tak? Co wte­dy?

– Wy­wab tego je­go­mo­ścia na uli­cę, że­bym mo­gła z nim po­mó­wić. Po­wiedz mu, że stoi tu jego mat­ka, któ­ra wej­dzie po nie­go, je­śli od­mó­wi wyj­ścia na ze­wnątrz. Ża­den mło­dzie­niec nie chciał­by tego.

Fred­dy zda­wał się po­wąt­pie­wać, więc Ma­ria wes­tchnę­ła.

– Je­śli zro­bisz, o co pro­szę, ku­pię ci tyle cia­stek, ile tyl­ko ze­chcesz.

– W po­rząd­ku. – Od­piął broń. – Le­piej go weź. Nie po­win­naś stać bez­bron­na na uli­cy.

Ma­rię wzru­szy­ło, że go­tów był choć na chwi­lę roz­stać się z cen­nym orę­żem.

– Dzię­ku­ję. A te­raz idź się prze­ko­nać, czy mie­li­śmy ra­cję – do­da­ła, po­py­cha­jąc go lek­ko ku drzwiom.

Fred­dy wes­tchnął cięż­ko i po­czła­pał po scho­dach. Sta­ra­jąc się nie wzbu­dzać po­dej­rzeń, Ma­ria sta­nę­ła w cie­niu i z roz­ba­wie­niem ob­ser­wo­wa­ła wa­ha­nie ku­zy­na. Każ­dy mło­dzie­niec na miej­scu Fred­dy’ego był­by go­tów na wszyst­ko w za­mian za moż­li­wość wej­ścia do domu uciech, lecz on jak zwy­kle po­tra­fił my­śleć tyl­ko o je­dze­niu. Co dziw­niej­sze, nie­za­leż­nie od ilo­ści i ob­fi­to­ści po­chła­nia­nych po­traw był sta­le chu­dy jak pa­tyk. Ona zaś, je­śli choć­by przez ty­dzień do­da­wa­ła cu­kru do her­ba­ty, prze­sta­wa­ła mie­ścić się w swo­je gor­se­ty. Jaw­na nie­spra­wie­dli­wość.

Ale prze­cież ży­cie z za­sa­dy było dla ko­biet su­row­sze. Gdy­by była męż­czy­zną, sama odzie­dzi­czy­ła­by po ojcu fir­mę i nie był­by im po­trzeb­ny udział osób trze­cich.

Nie, żeby nie lu­bi­ła Na­tha­na. Był zmyśl­ny i cał­kiem przy­stoj­ny – na­rze­czo­ny, za ja­kie­go nie­jed­na wie­le by dała. A w Dart­mo­uth mia­ła nie­wiel­kie szan­se na zna­le­zie­nie in­ne­go do­bre­go kan­dy­da­ta na męża. To było małe, ry­bac­kie mia­stecz­ko, za­miesz­ka­ne przez za­le­d­wie garst­kę wy­kształ­co­nych, nie­żo­na­tych męż­czyzn, a barw­na prze­szłość papy czy­ni­ła z Ma­rii pan­nę nie­god­ną po­ślu­bie­nia praw­dzi­we­go dżen­tel­me­na. Cza­sem za­sta­na­wia­ła się, czy Na­than w ogó­le roz­wa­żał­by mał­żeń­stwo z nią, gdy­by w grę nie wcho­dzi­ły po­wią­za­nia ze stocz­nią New Bed­ford.

Ale nie, nie po­win­na tak my­śleć. Na­than za­wsze był dla niej uro­czy. To nie była jego wina, że tych kil­ka po­ca­łun­ków, do któ­rych mię­dzy nimi do­szło, nie było zbyt po­ry­wa­ją­cych – to ona mu­sia­ła zro­bić coś nie tak. Może zbyt wie­le po nich so­bie obie­cy­wa­ła.

Może papa miał ra­cję i jed­nak czy­ta­ła za dużo po­wie­ści pió­ra Mi­ne­rvy Shar­pe? W koń­cu ża­den męż­czy­zna nie mógł być tak pe­łen fan­ta­zji i dziar­ski jak wi­ceh­ra­bia Church­gro­ve lub bo­ha­ter­ski ni­czym ksią­żę Wol­fpla­in. Ani na­wet tak fa­scy­nu­ją­cy jak nik­czem­ny mar­kiz Rock­ton.

Ma­ria się skrzy­wi­ła. Jak w ta­kiej chwi­li mo­gła my­śleć o Rock­to­nie? Wy­star­czy­ło, że w du­chu cie­szy­ła się z jego uciecz­ki przed karą pod ko­niec po­wie­ści. Wdzie­ra­nie się ta­kie­go nik­czem­ni­ka do jej my­śli, gdy po­win­na my­śleć je­dy­nie o Na­tha­nie, było da­le­ce nie­po­ko­ją­ce.

Może nie była nor­mal­ną ko­bie­tą. Z pew­no­ścią ucho­dzi­ła za bar­dziej zde­kla­ro­wa­ną, szcze­rą i pew­ną sie­bie niż inne zna­ne jej dziew­czę­ta. I tak bar­dzo lu­bi­ła czy­tać o mor­der­stwach i awan­tu­rach. Papa na­zy­wał tę skłon­ność nie­na­tu­ral­ną.

Dziew­czy­na wes­tchnę­ła. To praw­da, że inne pan­ny nie wsłu­chi­wa­ły się z za­par­tym tchem w mę­skie opo­wie­ści o wal­kach re­wo­lu­cyj­nych, ani nie wczy­ty­wa­ły się we wszel­kie za­miesz­cza­ne w ga­ze­tach do­nie­sie­nia o prze­stęp­stwach. Nie ma­rzy­ły, by pew­ne­go dnia roz­wi­kłać za­gad­kę mor­der­stwa.

Na­głe okrzy­ki: „Za­trzy­mać go! Zło­dziej!”, do­cho­dzą­ce z we­wnątrz bu­dyn­ku, gwał­tow­nie prze­rwa­ły jej roz­my­śla­nia. Och, nie, czyż­by Fred­dy… Ale prze­cież nie zro­bił­by tego…

Oczy­wi­ście, że tak. Fred­dy nie my­ślał, nim coś zro­bił.

Po­ko­naw­szy scho­dy z sza­blą w dło­ni, Ma­ria wdar­ła się do środ­ka, gdy aku­rat ja­kiś męż­czy­zna za­blo­ko­wał Fred­dy’emu dro­gę uciecz­ki. Chło­pak przy­ci­skał do pier­si sa­kwę ni­czym tar­czę.

– Mamy cię, zło­dzie­ju – rzekł męż­czy­zna.

Ser­ce pod­sko­czy­ło Ma­rii do gar­dła. Na scho­dach, kil­ka stop­ni nad Fred­dym, stał śle­dzo­ny przez nich wcze­śniej męż­czy­zna, czer­wo­ny na twa­rzy, do po­ło­wy ro­ze­bra­ny. Za nim zaś tło­czy­ła się gru­pa ga­piów, w tym ko­bie­ty o róż­nym stop­niu de­za­bi­lu.

– Pol­ly, we­zwij kon­sta­bla – za­wo­łał do jed­nej z nich.

O, nie! To ist­na ka­ta­stro­fa! Męż­czyź­ni zbli­ża­li się do Fred­dy’ego, któ­ry ją­kał się, że „chciał tyl­ko rzu­cić okiem”.

Ma­ria skie­ro­wa­ła miecz w stro­nę naj­bliż­sze­go z je­go­mo­ściów.

– Puść go! Albo przy­się­gam, że roz­pła­tam cię jak po­ma­rań­czę!

– Jak po­ma­rań­czę? – wy­ce­dził ktoś obok. – Moja dro­ga, to jest ta pani strasz­na groź­ba?

Ma­rię za­la­ła fala pa­ni­ki na wi­dok wy­so­kie­go męż­czy­zny, któ­ry zmie­rzał w ich kie­run­ku z jed­ne­go z głów­nych po­koi. Był bez ma­ry­nar­ki, ka­mi­zel­ki czy kra­wa­ta, a ko­szu­lę miał roz­cheł­sta­ną do po­ło­wy tor­su, jed­nak wład­czy spo­sób, w jaki się no­sił, mó­wił wy­raź­nie, że – nie­za­leż­nie od stro­ju – ten czło­wiek jest za­wsze pa­nem sy­tu­acji. Stał te­raz o wie­le za bli­sko.

– Cofnij się! – Maria zwróciła ostrze ku niemu, modląc się, żeby nie musiała go naprawdę użyć. Nie zdawała sobie sprawy z tego że broń jest taka ciężka. – Chcę jedynie zabrać stąd mego kuzyna, sir.

– Jej  k u z y n usiłował skraść moją sakwę, milordzie – zawołał poszkodowany.

Mi­lor­dzie? Ser­ce dziew­czy­ny za­mar­ło na uła­mek chwi­li. Ten wy­so­ki je­go­mość nie wy­glą­dał jak ele­ganc­cy męż­czyź­ni, któ­rych wy­obra­ża­ła so­bie, ba­zu­jąc na opi­sach z po­wie­ści pan­ny Shar­pe, cho­ciaż zda­wał się od­zna­czać tą samą aro­gan­cją. Jed­nak skó­rę miał ciem­niej­szą, niż mo­gła się spo­dzie­wać, a w oczach śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ny błysk, aż ciar­ki prze­bie­gły jej po ple­cach. Je­śli rze­czy­wi­ście był lor­dem, to obo­je z Fred­dym zna­leź­li się w jesz­cze więk­szych ta­ra­pa­tach.

– Pro­szę za­brać tę ko­bie­tę, lor­dzie Sto­ne­vil­le – rzekł dru­gi z męż­czyzn – a my zaj­mie­my się tym tu­taj. Za­trzy­ma­my zło­dziei do przy­by­cia kon­sta­bla.

– Nie je­ste­śmy zło­dzie­ja­mi! – za­wo­ła­ła Ma­ria, ma­cha­jąc sza­blą to w tę, to w tam­tą stro­nę. Wzro­kiem ci­ska­ła pio­ru­ny w stro­nę oskar­ży­cie­la, nie ba­cząc na ból w omdle­wa­ją­cej pod cię­ża­rem orę­ża ręce. – To pan jest zło­dzie­jem. Ta sa­kwa na­le­ży do mego na­rze­czo­ne­go. Praw­da, Fred­dy?

– Nie je­stem pe­wien – pi­snął chło­pak. – Mu­sia­łem wy­nieść ją na ko­ry­tarz, żeby móc się le­piej przyj­rzeć. Wte­dy ten je­go­mość pod­niósł ra­ban. Nie wie­dzia­łem, co ro­bić, rzu­ci­łem się do uciecz­ki.

– Też ba­jecz­ka – prych­nął rze­ko­my wła­ści­ciel tor­by.

– Zrób­my tak, Tate – rzekł lord Sto­ne­vil­le. – Je­śli pan­na…

Gdy spoj­rzał na nią, uno­sząc czar­ną brew, bez na­my­słu od­po­wie­dzia­ła:

– But­ter­field. Ma­ria But­ter­field.

– Je­śli pan­na But­ter­field odda mi broń, obie­cu­ję roz­strzy­gnąć ten nie­wiel­ki spór ku za­do­wo­le­niu wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych.

Aku­rat mo­gła za­ufać roz­ne­gli­żo­wa­ne­mu po­środ­ku bur­de­lu lor­do­wi, że roz­strzy­gnie co­kol­wiek spra­wie­dli­wie. W po­wie­ściach an­giel­scy lor­do­wie dzie­li­li się na dwie ka­te­go­rie – ho­no­ro­wych dżen­tel­me­nów i roz­pust­nych łaj­da­ków. Ten czło­wiek zda­wał się pa­so­wać ra­czej do typu nik­czem­ni­ka i hu­la­ki, a Ma­ria nie była na tyle głu­pia, by od­dać się w ręce ko­goś ta­kie­go.

– Mam lep­szy plan. – Z dzi­ko bi­ją­cym ser­cem ru­szy­ła na­przód, by przy­ło­żyć czu­bek ostrza do szyi lor­da Sto­ne­vil­le. – Albo roz­ka­że im pan nas pu­ścić, albo skoń­czy pan z tą sza­blą miast kra­wa­ta.

Na tę groź­bę męż­czy­zna ani drgnął. Wtem ujął ostrze w dłoń, a jego twarz roz­ja­śni­ło roz­ba­wie­nie.

– W żad­nym wy­pad­ku, moja dro­ga.

Ma­ria za­mar­ła, bo­jąc się, że ska­le­czy mu pal­ce.

– Proszę posłuchać uważnie, panno Butterfield – ciągnął przerażająco spokojnym tonem. – Już jest panna winna usiłowania kradzieży, nie mówiąc o ataku na szlachcica. Za obie zbrodnie czeka stryczek. Gotów jestem potraktować napaść na mnie pobłażliwie, ale tylko pod warunkiem, że odda pani broń. W zamian pozwolę pani bronić siebie i  k u z y n a względem kradzieży. – Słowo „kuzyn” wypowiedział z wyraźnym powątpiewaniem i sarkazmem. – Ustalimy fakty i jeśli uznam was za niewinnych kradzieży, będzie pani mogła wraz z towarzyszem odejść wolno. Zrozumiano?

Miał ją w gar­ści i był tego w peł­ni świa­dom. Je­śli go zra­ni, jej ży­cie stra­ci wszel­ką war­tość.

Sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać stra­chu, Ma­ria rze­kła:

– Czy przy­się­ga pan na ho­nor dżen­tel­me­na, że pu­ści nas, je­śli wy­ja­śni­my to nie­po­ro­zu­mie­nie? – Gdy­by się zgo­dził za­cho­wy­wać roz­sąd­nie, wska­zy­wa­ło­by to, że może nie jest łaj­da­kiem. Poza tym po­zo­sta­wiał jej nie­wiel­ki wy­bór.

Lord Sto­ne­vil­le uśmiech­nął się nie­znacz­nie.

– Przy­się­gam. Na ho­nor dżen­tel­me­na.

Ma­ria zer­k­nę­ła na Fred­dy’ego, któ­ry wy­glą­dał, jak­by miał za mo­ment ze­mdleć.

– W po­rząd­ku – po­wie­dzia­ła, pa­trząc szlach­ci­co­wi pro­sto w oczy. – Za­tem zga­dza­my się.

Roz­dział III

Zna­ko­mi­cie – ode­tchnął Oli­ver. Do tej chwi­li nie był pe­wien, czy uda mu się wyjść zwy­cię­sko z tej dys­ku­sji. Ko­bie­ta od­waż­na na tyle, by gro­zić mu bro­nią, była w naj­lep­szym przy­pad­ku nie­prze­wi­dy­wal­na, a w naj­gor­szym: nie­bez­piecz­na. – Gdy do­li­czę do trzech, obo­je pu­ści­my sza­blę. Zgo­da?

Ma­ria ski­nę­ła gło­wą, a spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu utkwi­ła w miej­scu, gdzie jej dłoń kur­czo­wo trzy­ma­ła rę­ko­jeść.

– Je­den. Dwa. Trzy – od­li­czył, a sza­bla ze szczę­kiem upa­dła na pod­ło­gę.

Por­ter i Tate na­tych­miast pu­ści­li wy­rost­ka, któ­re­go zwa­ła Fred­dym. Gdy krzyk­nął, dziew­czy­na wnet zwró­ci­ła się ku nim ze stra­chem. Oli­ver schy­lił się, by pod­nieść sza­blę, i od­dał ją Pol­ly, bur­del­ma­mie, któ­ra odło­ży­ła broń w bez­piecz­ne miej­sce.

– Wpro­wadź­cie go tu­taj – roz­ka­zał Oli­ver, wska­zu­jąc po­bli­ski sa­lon i bio­rąc pan­nę But­ter­field za ra­mię. Po­cią­gnął ją w tam­tym kie­run­ku.

– Nie ma po­trze­by uży­wać siły – syk­nę­ła Ma­ria, choć nie sta­wia­ła opo­ru.

– Pro­szę mi za­ufać. Je­śli zde­cy­du­ję się użyć siły, od razu się pani zo­rien­tu­je. – Za­trzy­mał się przy jed­nym z krze­seł. – Niech pani usią­dzie – na­ka­zał, po­py­cha­jąc ją.

– I po­wstrzy­ma chęć ata­ko­wa­nia lu­dzi choć na chwi­lę, do­brze?

– Ja wca­le…

– Co się zaś ty­czy cie­bie, mło­dzień­cze – wark­nął do Fred­dy’ego – od­daj mi sa­kwę, przez któ­rą roz­pę­ta­ła się ta awan­tu­ra.

– Tak, sir… to znaczy, milordzie.

Oli­ver wziął tor­bę od po­bla­dłe­go chłop­ca. Naj­wy­raź­niej bra­kło mu za­cie­kło­ści, któ­rą od­zna­cza­ła się jego to­wa­rzysz­ka.

Sa­kwa wy­glą­da­ła ra­czej zwy­czaj­nie – wy­ko­na­no ją z przy­zwo­itej skó­ry, opa­trzo­no zwy­cza­jo­wy­mi mo­sięż­ny­mi klam­ra­mi. Cho­ciaż za­wie­ra­ła kil­ka bank­no­tów, nie ozna­cza­ło to jesz­cze, że chło­pak za­mie­rzał ją ukraść. Więk­szość zło­dziei wzię­ła­by pie­nią­dze, a tor­bę po­zo­sta­wi­ła – choć­by po to, by nie wzbu­dzić po­dej­rzeń.

– Skąd to wzią­łeś, Tate? – spy­tał Oli­ver.

– Z lom­bar­du za ro­giem. Ku­pi­łem ją mie­sią­ce temu.

Gdy pan­na But­ter­field prych­nę­ła, Oli­ver po­słał jej groź­ne spoj­rze­nie.

– Twier­dzi pani, że tor­ba na­le­ży do jej na­rze­czo­ne­go?

– Je­śli spoj­rzy pan na ini­cja­ły – po­wie­dzia­ła wy­nio­śle – je­stem pew­na, że prze­ko­na się pan, iż są to li­te­ry „NJH”, a z boku wy­ha­fto­wa­no na­zwę stocz­ni New Bed­ford. Na­pis wy­ko­na­no na moje za­mó­wie­nie.

– Do­praw­dy? – Cho­ciaż mia­ła ra­cję co do ini­cja­łów, był to mało prze­ko­nu­ją­cy do­wód. Para prze­bie­głych ptasz­ków z New­ga­te z pew­no­ścią do­kład­nie obej­rza­ła so­bie przed­miot, któ­ry za­mie­rza­ła ukraść. Wie­dzie­li­by, jak go ozdo­bio­no.

A jed­nak nie wy­glą­da­li na ty­po­wych dla tych oko­lic rze­zi­miesz­ków. Byli na to zbyt przy­zwo­icie ubra­ni, stro­je wska­zy­wa­ły na głę­bo­ką ża­ło­bę. Wno­sząc z ich ak­cen­tu, po­cho­dzi­li z Ame­ry­ki. New Bed­ford mie­ści­ło się w Ame­ry­ce.

To mo­gło tłu­ma­czyć śmia­łość dziew­czy­ny. Sta­le sły­szał, że Ame­ry­kan­ki są za­dzior­ne. Ale za­dzior­ność to jed­no; od­wa­ga po­zwa­la­ją­ca we­drzeć się do bur­de­lu i przy­sta­wić czło­wie­ko­wi ostrze do gar­dła to zu­peł­nie co in­ne­go. Może to zło­dzie­je wyż­szej kla­sy. Je­śli tak, przy­odzia­nie czer­ni było nie­złym po­su­nię­ciem. Któż po­dej­rze­wał­by ko­bie­tę w ża­ło­bie o kry­mi­nal­ne in­kli­na­cje?

Szcze­gól­nie ko­bie­tę tak uro­dzi­wą. Pod ron­dem czep­ka z kru­czo­czar­ne­go je­dwa­biu i kre­py jej pięk­ną twarz oka­la­ły ko­smy­ki tru­skaw­ko­wo­blond wło­sów. Mia­ła uro­czo za­dar­ty no­sek, pie­go­wa­te po­licz­ki i usta stwo­rzo­ne, by uwo­dzić. Oce­nił jej syl­wet­kę okiem znaw­cy na­wy­kłe­go do roz­bie­ra­nia ko­biet i do­strzegł, że pod cięż­ki­mi war­stwa­mi ma­te­ria­łu jej płasz­cza z pew­no­ścią kry­ło się cia­ło peł­ne zmy­sło­wo­ści, z peł­ny­mi bio­dra­mi i jesz­cze ob­fit­szym biu­stem. Do­kład­nie w jego ty­pie.

Hmm…

Być może mógł ob­ró­cić wy­pad­ki na swo­ją ko­rzyść. Przez cały ty­dzień nie zdo­łał zna­leźć la­dacz­ni­cy od­po­wied­niej, by pchnąć na­przód plan.

– Puść­cie chło­pa­ka i zo­staw­cie nas sa­mych – rzekł do Por­te­ra i Tate’a.

– Hola, mi­lor­dzie, nie są­dzę, żeby… – za­czął Por­ter.

– Do­sta­ną, co im się na­le­ży – za­pew­nił go Oli­ver. – Nie bę­dzie­cie mieć po­wo­dów do na­rze­kań.

– A co z moją sa­kwą? – na­le­gał Tate.

– Pań­ską? – Pan­na But­ter­field po­de­rwa­ła się z krze­sła. – Jak pan śmie…

– Pro­szę usiąść, pan­no But­ter­field – roz­ka­zał Oli­ver i spoj­rzał na nią su­ro­wo. – Na pani miej­scu na ra­zie trzy­mał­bym ję­zyk za zę­ba­mi.

Dziew­czy­na aż po­czer­wie­nia­ła, ale zro­bi­ła, jak po­wie­dział. Oli­ver rzu­cił tor­bę Tate’owi.

– Weź ją i odejdź. Wkrót­ce dam znać, co zde­cy­do­wa­łem w spra­wie tych dwoj­ga.

Ką­tem oka do­strzegł, że Ame­ry­kan­ka za­czę­ła się wier­cić, jed­nak nic nie po­wie­dzia­ła, póki męż­czy­zna nie wy­szedł i nie za­mknął za sobą drzwi. Wte­dy ze­rwa­ła się na rów­ne nogi, żeby spio­ru­no­wać go wzro­kiem.

– Ta tor­ba na­le­ży do mego na­rze­czo­ne­go i do­brze pan to wie! Pan Tate naj­wy­raź­niej ukradł ją…

– Znam Tate’a od lat, ma­da­me. Ma swoje wady, ale nie jest złodziejem. Jeśli twierdzi, że kupił ją w lombardzie, najprawdopodobniej tak było.

– Uwie­rzy pan jemu, a nie da­mie?

– Da­mie. A jest nią pani? – Po­słał jej lek­ce­wa­żą­ce spoj­rze­nie i za­piął ko­szu­lę. – Wpa­da pani do bur­de­lu z tym mło­ko­sem jako je­dy­nym obroń­cą. Przy­sta­wia mi ostrze sza­bli do gar­dła i usi­łu­je wy­rwać stąd chło­pa­ka siłą. A po­tem ocze­ku­je, że uwie­rzę na sło­wo w pani wer­sję wy­da­rzeń je­dy­nie dla­te­go, że mam do czy­nie­nia z ko­bie­tą? – Ge­stem wska­zał nie­szczę­sne­go Fred­dy’ego, któ­ry stał stru­chla­ły z prze­ra­że­nia. – Mu­sisz mnie pani uwa­żać za rów­nie głu­pie­go co twój rze­ko­my ku­zyn.

Ma­ria po­de­szła do nie­go z rę­ka­mi na bio­drach.

– Niech pan prze­sta­nie wresz­cie szy­dzić z na­sze­go po­kre­wień­stwa. Fred­dy nie jest ja­kimś wspól­ni­kiem w zbrod­ni.

– W ta­kim ra­zie, dla­cze­go to on, a nie na­rze­czo­ny, pani to­wa­rzy­szy?

– Mój na­rze­czo­ny za­gi­nął! – Ma­ria wzię­ła głę­bo­ki od­dech, by się uspo­ko­ić. – Na­zy­wa się Na­than Hy­att i jest part­ne­rem w in­te­re­sach mego ojca. Przy­by­li­śmy do Lon­dy­nu, by go od­na­leźć. Papa zmarł po wy­jeź­dzie Na­tha­na, dla­te­go on musi wró­cić do domu i prze­jąć za­rzą­dza­nie New Bed­ford Ships. Na­pi­sa­łam do nie­go kil­ka li­stów, lecz od mie­się­cy nie od­po­wia­da. Roz­po­zna­łam tor­bę Na­tha­na, gdy zo­ba­czy­łam ją w rę­kach pań­skie­go zna­jo­me­go w po­bli­żu miej­sca, w któ­rym po raz ostat­ni wi­dzia­no mo­je­go na­rze­czo­ne­go. Po­dą­ży­li­śmy więc za tym czło­wie­kiem w na­dziei, że do­pro­wa­dzi nas do Na­tha­na.

– Aha. – Lord Sto­ne­vil­le pod­szedł do krze­sła, przez któ­re prze­wie­szo­ny był jego kra­wat, po czym za­czął wią­zać go so­bie wo­kół szyi. – A ja mam uwie­rzyć w tę baj­kę, po­nie­waż…

– Po­nie­waż to praw­da! Pro­szę spy­tać lu­dzi w Lon­don Ma­ri­ti­me! Na­than przy­był tu czte­ry mie­sią­ce temu, aby ne­go­cjo­wać z nimi w spra­wie kil­ku okrę­tów, ale po­noć per­trak­ta­cje za­koń­czo­no w cią­gu mie­sią­ca. Od tam­tej pory nikt go nie wi­dział. Za­ło­ży­li, że wró­cił do Ame­ry­ki. Wła­ści­ciel pen­sjo­na­tu, w któ­rym się za­trzy­mał, twier­dzi po­dob­nie.

Dziew­czy­na z ner­wów za­czę­ła krą­żyć po po­ko­ju.

– Nie ma jed­nak­że żad­nych do­wo­dów na to, że Na­than po­dró­żo­wał któ­rymś z tych stat­ków, a co gor­sze, go­spo­darz miał wszyst­kie moje li­sty, wciąż nie­otwar­te. – Od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie, a jej oczy prze­peł­niał nie­po­kój. – Mu­sia­ło mu się przy­da­rzyć coś okrop­ne­go, a pań­ski zna­jo­my pew­nie wie co. Na­than nig­dy nie za­sta­wił­by tej sa­kwy. Po­da­ro­wa­łam mu ją na Gwiazd­kę… Nie roz­stał­by się z nią!

Jej roz­pacz była cał­kiem prze­ko­nu­ją­ca. Oli­ver całe ży­cie miesz­kał w Lon­dy­nie lub jego oko­li­cach i wi­dział wie­lu krę­ta­czy i na­cią­ga­czy. Nig­dy nie po­tra­fi­li do koń­ca ukryć har­do­ści pod gład­ką fa­sa­dą gra­nych przez sie­bie ról. Ona zaś…

Za­uwa­żył jej przy­spie­szo­ny od­dech i zmar­twio­ny wy­raz twa­rzy. Zda­wa­ła się isto­tą nie­win­ną w każ­dym zna­cze­niu tego sło­wa. Za­le­tą jego mrocz­ne­go ser­ca było to, że z da­le­ka po­tra­fił wy­czuć nie­wi­niąt­ko.