Narutowicz – Niewiadomski. Biografie równoległe - Maciej J. Nowak - ebook
Opis

Cztery lata po odzyskaniu niepodległości, po wyborze Gabriela Narutowicza na pierwszego prezydenta II RP, przez kraj przechodziły fale gwałtownych protestów i zamieszek. Ich finał był tragiczny: nowo wybrany prezydent został zastrzelony w gmachu warszawskiej Zachęty pięć dni po zaprzysiężeniu. Zamachowcem okazał się malarz i wykładowca historii sztuki, Eligiusz Niewiadomski, który natychmiast zażądał dla siebie kary śmierci.

Maciej J. Nowak, kreśląc na podstawie wspomnień i źródeł z epoki tło wydarzeń z końca 1922 roku udowadnia, jak bardzo historia polityczna wpływa na losy i decyzje jednostek.

„Co tak naprawdę wynika z opowieści o profesorze i malarzu? [...] Nieznani szerszemu ogółowi przed rokiem 1922, stali się raptem częścią wielkich narodowych symboli. Dla Narutowicza wiązało się to niewątpliwie z osobistą tragedią, nie sprowadzoną jedynie do pozbawienia go życia. Dla Niewiadomskiego – wręcz przeciwnie. Wejście do narodowego panteonu, nawet w roli zbrodniarza, stało się w jego przypadku kluczem do ucieczki od mocno mu ciążącego niespełnionego, przeciętnego życia. Bez zrozumienia tych osobistych kontekstów nie zrozumiemy w pełni zdarzeń z grudnia 1922 roku”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 275

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Katarzyna Wójcik

Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Korekta: Jolanta Spodar

Zdjęcia w książce pochodzą z Agencji Forum i NAC

Copyright © by Maciej J. Nowak

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019

Wydanie elektroniczne 2019

ISBN 978-83-244-1040-8 (EPUB); 978-83-244-1040-8 (MOBI)

Wydawnictwo ISKRY

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827-94-15

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Wstęp

Dnia 16 grudnia 1922 roku, kilkanaście minut po godzinie 12 w południe, prezydent Gabriel Narutowicz rozpoczął zwiedzanie wystawy w Galerii Sztuki Zachęta. Towarzyszyła mu polityczna i kulturalna elita II RP. Był premier Julian Nowak, był minister sprawiedliwości Wacław Makowski, byli posłowie i wojskowi, wśród nich nieprzejednany przeciwnik nowej głowy państwa, generał Józef Haller. Byli także liczni artyści, w tym Julian Tuwim, Kazimiera Iłłakowiczówna i Wojciech Kossak. Dla większości z nich ciekawszy od obrazów zdawał się sam najważniejszy gość, debiutujący dopiero w nowej roli.

Ten zaś wciąż przeżywał wrażenia z ostatnich dni: najpierw niespodziewany wybór, a potem gwałtowne i fanatyczne protesty. Powoli dochodził do wniosku, że na szczęście wszystko zmierzało w dobrą stronę. Przymykał trochę oczy na dziwne zachowania części społeczeństwa, pełne trudnej wręcz do zrozumienia, a tym bardziej do logicznego wyjaśnienia nienawiści. Miał pomysł, jak doprowadzić do narodowego pojednania. Szansa niewątpliwie była znaczna, a wraz z upływem kolejnych dni i opadaniem emocji coraz większa. Nawet nastroje ulicy powoli ulegały uspokojeniu. Nie zmieniało to faktu, że prezydent wciąż dostawał obraźliwe anonimy. Domyślał się, że czeka go udział w wielu politycznych awanturach, a niewykluczone, że nawet liczne upokorzenia. Na pewno nie był tym zachwycony, ale nie miał innego wyjścia.

Zapewne dlatego teraz, w Zachęcie, na złożone przez posła angielskiego spóźnione gratulacje związane z objęciem urzędu, odparł z właściwym sobie przekąsem, że bardziej pasowałyby kondolencje. Nie spodziewał się, jak ponurego znaczenia ów niewinny żart za chwilę nabierze. Czas płynął nieubłaganie. Gdy około godziny 12.15 stanął przed obrazem Szron Teodora Ziomka, poczuł niespodziewanie silny ból w plecach i równocześnie usłyszał stłumiony głuchy trzask. Ostatnie, co odmalowało się na jego twarzy, to ogromne zdziwienie. Bardzo szybko stracił przytomność, by już nigdy jej nie odzyskać. Tym samym zniknęły na zawsze ambitne plany pracy nad narodowym pojednaniem.

Tuż za nim stał malarz Eligiusz Niewiadomski. Trzymał w ręce pistolet, z którego przed chwilą oddał trzy strzały. Zabójca musiał mieć powód do satysfakcji – udało mu się właśnie zrealizować pierwszą część swojego zamysłu. Ten irytujący i śmiesznawy, traktowany przez innych z nutką pobłażania człowiek zabił pierwszego prezydenta II RP! W swoim przekonaniu ocalił tym samym ojczyznę od żydowskiego spisku. Pozostała jeszcze druga część planu – poddać się egzekucji, zdobywając zarazem „rząd dusz” przeważającej części Polaków. Zachęcić ich do kontynuacji rozpoczętego dzieła. Dlatego Niewiadomski nie próbował nawet zbiec z miejsca zbrodni. Z nikim dalej nie walczył, ale spokojnie oddał się w ręce policji.

Tymczasem na sali zapanował chaos. Jakaś kobieta (najprawdopodobniej żona ministra sprawiedliwości) krzyknęła przeraźliwie: „Biedna Polska!!!”. Ludzie mdleli, panikowali, próbowali uciekać, inni histerycznie szukali winnych – tylko nieliczni zachowali trzeźwość umysłu. W tym momencie w galerii sztuki powstał na chwilę żywy obraz, symbol stanu i poziomu życia publicznego w niepodległym od czterech lat kraju.

***

Śmierć prezydenta zajmuje centralne miejsce w swoistym ciągu wcześniejszych i późniejszych epizodów, które można zmieścić we wspólnej nazwie „Grudzień 1922”. Historycy wyodrębnili co prawda „polskie miesiące” dopiero w czasach PRL-u. Październik 1956, Marzec 1968 czy Grudzień 1970 oznaczają zestaw różnych politycznie brzemiennych zdarzeń, w konkretny i poważny sposób kierunkujących nasze dzieje. Tak samo jest z Grudniem 1922. Kumulują się w nim różne, zupełnie odmienne wypadki. Na początku były to standardowe intrygi politycznych macherów. Wydawałoby się – dzień jak co dzień każdej politycznej rzeczywistości. Trochę oszustw, trochę osobistych ambicji, przygarść postaw ideowych i bardzo dużo hipokryzji. Politycy próbują narzucać konkretne prezydenckie kandydatury, a przede wszystkim utrącić te forsowane przez konkurencję. Rozgorączkowani posłowie przekazują sobie kolejne wieści: „Piłsudski nie kandyduje!”, „Dmowski nie kandyduje!”, „Witos chce kandydować!”, „Piłsudski chce Wojciechowskiego!”, „Ludowcy nie chcą Zamoyskiego!”, „«Wyzwolenie» zgłasza Narutowicza!”. Nagle wszystko to niespodziewanie wymyka się spod kontroli. Po trochę przypadkowym wyborze nowego prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe budzi się ulica. A może nie tyle ulica, ile najgłębsze kanały. Spora część warszawiaków pokazuje obrzydliwą, słabo zauważalną do tej pory twarz fanatyzmu i antysemityzmu. Dochodzi do walk ulicznych i w końcu do najgorszego – zamordowania Gabriela Narutowicza. Na tym Grudzień 1922 się jednak nie kończy. Kolejny etap to proces realizującego uparcie swój plan Eligiusza Niewiadomskiego, po którym malarz morderca okazuje się dla pokaźnej grupy ludzi bohaterem, a co najmniej „idealistą” i „porządnym człowiekiem”. Na szczęście większość szybko zapomina o owych gorących uczuciach i rzekomy heroizm zabójcy trafia już tylko do nielicznych. Znaczący ślad tych zdarzeń jednak pozostał i zauważalny jest w życiu publicznym do dziś.

Nie budzi wątpliwości, że w tamtym czasie, trochę niespodziewanie, acz nader gwałtownie, jak w soczewce skupiły się najważniejsze, odwieczne polskie problemy i symbole. Nacjonalizm zderzył się z socjalizmem, postawa otwarta z obskurantyzmem, powróciły w karykaturalnej wersji widma powstańców i zamachowców na życie cara. Jednak dwaj główni bohaterowie dramatu byli jak na owe okoliczności – postaciami nader przypadkowymi. Narutowicz miał co prawda relacje towarzyskie i polityczne, przede wszystkim z ludźmi centrum i lewicy. Nie sposób go jednak nazwać spiritus movens polityki czy zapalczywym doktrynerem. A poza tym był człowiekiem naprawdę otwartym na inne postawy i poglądy. Nie marzył o prezydenturze, może nawet został wybrany na to stanowisko trochę wbrew woli i dopiero post factum zaczął poważnie myśleć o swoich planach i o tym, co w nowej roli tak naprawdę chciałby zrobić. Główny, wyłaniający się jak z mgły cel to doprowadzenie do zgody narodowej. Na pewno nie pasował na głównego wroga prawicy. Tym bardziej że to właśnie przedstawicielom endecji zamierzał powierzyć dwa kluczowe stanowiska w państwie.

A Niewiadomski? Jego plany były znacznie bardziej skonkretyzowane. Znajomy z pracy, Jan Skotnicki, nazwał go wariatem. Nie w sensie medycznym. Na świecie chyba w każdym czasie, w każdym kraju są dziesiątki, setki, a czasem tysiące takich wariatów. Chodzi o różnej maści dziwaków, zazwyczaj nieszkodliwych, posiadających własne komiczne obsesje, oryginalne zachowania i fobie. Taki był właśnie Niewiadomski do grudnia 1922. Miał trochę chaotyczne poglądy, od których znacznie ważniejsze były zmienne humory i urażona ambicja. Pomimo różnych demonicznych teorii trudno nawet przypuszczać, aby taki człowiek mógł stać się bezwolnym narzędziem w czyichkolwiek rękach. Po prostu pewnego razu wariat i dziwak, po kolejnych zawodowych porażkach, najprawdopodobniej postanowił zostać narodowym bohaterem. Nie było to cyniczne. W swoim przekonaniu poświęcał się dla wielkiej sprawy. Skrzydeł dodawała mu atmosfera polityczna po wyborze Narutowicza, w tym gadzinowe artykuły z prawicowej prasy. Atmosfery tej nie można bagatelizować. Bez niej prawdopodobieństwo zamachu byłoby znacznie mniejsze. Zresztą trudno forsować tezę, że śmierć prezydenta akurat tuż po ogromnej polityczno-medialnej nagonce była zupełnym przypadkiem.

Kim więc naprawdę byli prezydent i jego zabójca? W jaki sposób losy życiowe doprowadziły ich do grudniowego spotkania w Zachęcie? Spróbujmy się temu przyjrzeć.

ROZDZIAŁ 1
Dwie drogi
W drodze ku dojrzałości

Już na początku opowieści o życiu Narutowicza i Niewiadomskiego wpadamy w pułapkę. Przedstawiając ich losy, trzeba opierać się w największym stopniu na wspomnieniach. A te powstawały przede wszystkim na gorąco lub na krótko, najpóźniej kilkadziesiąt miesięcy, po śmierci prezydenta. Pisano je pod wpływem emocji i zarazem w konkretnej sytuacji politycznej. Trudno oczekiwać, aby znajomi tragicznie zmarłego opowiadali akurat w takim momencie o jego słabych stronach czy tym bardziej ewentualnych śmiesznostkach. Nie wypadało. Dlatego Narutowicz zbyt często w relacjach mu współczesnych jawi nam się jako postać kryształowo uczciwa, posiadająca polityczne wyczucie, szlachetna i dobra. Zapewne jest w tym bardzo dużo prawdy, ale warto zauważyć, że jego następców, czyli Stanisława Wojciechowskiego i Ignacego Mościckiego, pod tym względem już nie oszczędzono. Często kpiono z prowincjonalizmu i drobiazgowości tego pierwszego i uległości drugiego, z premierów, ministrów, szeregowych posłów. Uchował się jedynie spiżowy posąg Piłsudskiego, zresztą również gorliwie podważany. Ktoś może przewrotnie zapytać, czy z perspektywy ocen historycznych Niewiadomski nie wyświadczył więc Narutowiczowi przysługi? Paweł Jasienica, opisując koleje życia Jana III Sobieskiego, ubolewał, że zaraz po odsieczy wiedeńskiej króla nie trafiła apopleksja. Czy kula zamachowca nie była odpowiednikiem owej apopleksji? Narutowicz nie dał historykom szansy na dokonanie pełnej politycznej oceny jego kwalifikacji. W czasie swojego ministerium miał właściwie tylko kilka typowo politycznych zachowań, ocenianych z perspektywy lat zazwyczaj dosyć dobrze. Koncepcję działań jako głowy państwa zaczął tworzyć dopiero po dokonanym wyborze. I w kontekście prowadzonej przeciwko niemu bezprzykładnej kampanii bieżące zarzuty oponentów wyglądały blado. „Bezwyznaniowiec”, „mason”, „krzywoprzysiężca”, dyletant w sprawach krajowych... Brak oskarżeń merytorycznych czy poważniejszych personalnych. To raczej tylko propagandowe hasła. Nie mówią one praktycznie nic o samym Narutowiczu, a ewentualnie o stanie polskiego społeczeństwa tamtego czasu. Tym samym zanikają cechy ludzkie opisywanej postaci. Będziemy więc ich gorliwie poszukiwać.

A relacje o Niewiadomskim? Tutaj można wyznaczyć dwa kierunki. Zgodnie z pierwszym, narzuconym między innymi przez Skotnickiego i Krzywickiego, Niewiadomski to śmiesznawy wariat, średnio radzący sobie w społeczeństwie. Jeżeli ową narrację konsekwentnie zachowamy, to aż dziw bierze, że ktoś taki mógł pełnić ważną funkcję w poważnym ministerstwie. Gdy poszukamy trochę bardziej, znajdziemy też odmienne historie, promowane dyskretnie do dziś przez zwolenników malarza. Prekursorem był jego adwokat Stanisław Kijeński, który prywatnie mocno sympatyzował ze swoim klientem. Miał zresztą również licznych epigonów. W narracji tej czuć prawniczy spryt. Mecenas nie mógł nadmiernie wykazać się w trakcie procesu, zrobił to więc trochę później. Dziwnym trafem w zaproponowanej przez niego opowieści o Niewiadomskim zapomina się o samym zamachu, ale eksponuje wszelkie jego pozytywne cechy. Wylicza pozytywne właściwości charakteru, sukcesy w pracy i zasługi dla kraju. Zapewne w konsekwencji czytelnik podobnych wywodów ma sam dojść do wniosku, że tak wybitna persona, pozbawiając z zimną krwią życia innego człowieka, nie mogła działać bez realnych przyczyn. Patrząc na Niewiadomskiego oczami Skotnickiego i Kijeńskiego, nie zobaczymy pełnego obrazu, a jedynie celowo odsłonięte fragmenty. Trzeba próbować je połączyć, zauważając wszelkie niespójności i niekonsekwencje – czyli czynniki naturalne w ludzkiej osobowości.

Obaj panowie N. urodzili się w latach sześćdziesiątych XIX wieku. Czas ten wielokrotnie w historiografii charakteryzowano. Ogólnie można go streścić w słowach „trauma postyczniowa”. Nic dziwnego, że po fiasku kolejnego powstania, a także porażce politycznej koncepcji Zygmunta Wielopolskiego, nasi przodkowie mieli problem ze zdefiniowaniem swojej roli i zadań. Ignacy Jan Paderewski, przywołując pierwsze, kluczowe dla reszty życia chłopięce wspomnienia, przypomina aresztowanie ojca. Słynny artysta akurat w tym przypadku chyba nadmiernie dał się ponieść wyobraźni – biografowie sucho konstatują, że raczej nie był świadkiem takich zdarzeń. O przegranym powstaniu styczniowym wciąż się pamiętało i wciąż je przeżywano. Nieprzypadkowo Marian Kukiel napisał, że w tym czasie Polska była „porażona klęską”. Z drugiej strony władze rosyjskie coraz usilniej celebrowały swoje zwycięstwo. Wyrazem powyższego była postępująca od roku 1869 (czyli akurat roku urodzin Niewiadomskiego) rusyfikacja szkolnictwa, której symbolem stało się wkrótce nazwisko działającego w Kongresówce Aleksandra Apuchtina. Oczywiście nie oznaczało to, że każdy młody Polak był wówczas w takim samym stopniu naznaczony piętnem narodowych cierpień. Wszystko zależało od konkretnego miejsca, charakteru i wielu przypadków. Rusyfikacja mogła przybierać twarz Apuchtina, ale równie dobrze na przykład Siewieriana Woronkowa, nieco safandułowatego dyrektora gimnazjum kieleckiego z czasów, gdy uczęszczał tam Stefan Żeromski. Rzeczywistość momentami bardziej od scen rodem z Syzyfowych prac przypominała raczej te z serii Goscinnego o Mikołajku. Przyszły pisarz relacjonował w swych dziennikach, że najbardziej denerwował się, gdy któryś jego wychowanek założył... jasne spodnie. Im bardziej wykrzykiwał: „Ja pana wypędzę, wypędzę, jeżeli będzie się pan śmiał z dyrektora”, tym większe sztubackie kpiny prowokował.

Również urodzonemu 17 marca 1865 roku w Telszach na Żmudzi Narutowiczowi część wspomnianych traum została oszczędzona. Trochę jednak z innego powodu. Oddajmy najpierw głos najbardziej utalentowanemu literatowi wśród polityków, czyli Józefowi Piłsudskiemu (jego talent potwierdzał między innymi Lechoń, porównując go nawet, trochę przesadnie, do Conrada). Po tragicznych wydarzeniach z grudnia 1922 tak się zwracał do zmarłego: „Gdzieś w dworze żmudzkim panowała popowstaniowa żałoba; cichą skargę matki zamiast wesołej piosenki miałeś nad kołyską, gdy ojciec chmurny trwożliwie nadsłuchiwał dźwięku dzwonka w oddali, zwiastującego przybycie władzy zaborczej. A potem ciche, rzewne, lecz uporczywe nauki rodziców – żyj, cierp, kochaj i pracuj. Uczono cię pokory, pokory nieszczęścia. Szeptano ci na ucho wspomnienia walk ubiegłych, pokazywano zatajone gdzieś zakazane obrazki”.

Fragment piękny, przepełniony emocjami Piłsudskiego, tymi samymi, które okazały się po kilku latach brzemienne w skutki dla dalszych losów Polski. Myśl o przeszłości wyrażono trochę w stylu przywołanego wspomnienia z lat dziecinnych, autorstwa oponenta Marszałka, czyli Paderewskiego. Obrazuje to wspólnotę emocji tego pokolenia. Zapewne w jakimś stopniu niniejszy opis znajdował odzwierciedlenie w faktach. Ojciec przyszłego prezydenta, wywodzący się z drobnej szlachty sędzia ziemski Jan Narutowicz, był szczerym patriotą o zacięciu społecznym. To on, jeszcze przed oficjalnymi urzędowymi reformami, a nawet słynnym manifestem powstańczego rządu, uwłaszczył w swoim majątku w Brewikach chłopów. Postać żywcem wyjęta z kart powieści pozytywistów. Brał udział w powstaniu styczniowym, przez rok przebywał w carskim więzieniu. Nie zdążył jednak porozmawiać o tym wszystkim z synem. Zmarł w roku 1866. Mógł być więc dla młodego Gabriela co najwyżej kimś takim, jak książę Andrzej Bołkoński z Wojny i pokoju dla swojego dziecka – uosobieniem wszelakich bohaterskich i prawych cnót. Jak to ujmował obrazowo Tołstoj: „ów ojciec, którego chłopiec nie pamiętał, wydawał mu się bóstwem, którego nie można sobie wyobrazić i o którym myślał tylko z zamierającym sercem, ze łzami smutku i zachwytu”. Tymczasem realnym wychowaniem chłopca zajęła się jego matka, Wiktoria ze Szczepkowskich Narutowiczowa. Była trzecią żoną Jana (Gabriel miał rodzeństwo przyrodnie z pierwszych małżeństw rodziców) i to na nią spadł cały ciężar kierowania rodziną. Jako osoba wykształcona wywarła znaczący wpływ na rozwój synów. Bardzo mądra okazała się jeszcze jedna decyzja, dotycząca oddania Brewików w dzierżawę i przeniesienia się w roku 1873 do Libawy, nadmorskiej miejscowości na Inflantach. Na czym polegała specyfika akurat tego miejsca? Zostało ono zamieszkane w przeważającej większości przez ludność niemiecką. Osiedlili się tam również byli powstańcy. W konsekwencji do tamtejszego gimnazjum rusyfikacja nie dotarła, co władzom carskim specjalnie nie przeszkadzało. Nie mogli upilnować przecież każdego małego skrawka swego imperium. Zajęcia prowadzono w języku niemieckim, szczególny nacisk kładziono na nauki klasyczne. Było więc trochę tak, jakby Narutowiczowie przenieśli się za granicę, uciekając od narodowych problemów.

Gabriel był raczej przeciętnym uczniem. Gdyby ktoś wówczas przyjrzał mu się lepiej, mógłby odnaleźć wiele ciekawych cech. Nie każdy bowiem zakłada tuż obok domu własne laboratorium fizyczno-chemiczne. Co prawda jego matka trochę się obawiała, czy wielkie dzieło syna przypadkiem nie wybuchnie, ale cierpliwie pozwalała mu na rozwijanie pasji. Nie oznacza to jednak, że Narutowicz ograniczał się tylko do nauk ścisłych. Po latach wspominał, że w młodości zdarzało mu się przekładać na łacinę twórczość Heinego. Sam fakt podjęcia się takiego zadania potwierdza tezę o szerokich horyzontach młodego człowieka.

W Libawie było znacznie łatwiej rozmawiać o polskich sprawach. Może tym bardziej, z oddali, zarówno Polska, jak też rewolucja stanowiły przepiękne marzenia, porywające i budzące sentymenty. W tych skromnych warunkach młodzi ludzie potrafili więc zorganizować bibliotekę, odczyty, a także działalność związaną z celami dobroczynnymi. Dzięki temu Gabriel poznał rodzinę Rechniewskich, w tym starszego o kilka lat Tadeusza. Młodemu chłopakowi musiał doskwierać brak ojca i zapewne poszukiwał autorytetów, przewodników życiowych. Jednym z nich był jego ojciec chrzestny, Błażej Nowicki, zaszczepiający w nim raczej w większym stopniu miłość do polowań aniżeli do wartości wyższych. Gustujący natomiast bardziej w tych ostatnich Rechniewski był podatny na ideologię lewicową. Zresztą wyróżniano go (czynił to chociażby Ludwik Krzywicki) jako jedną ze znaczących postaci swego pokolenia, której parcie do idei demokratycznych miało być „wyrazem ocknięcia się zahukanej odwagi, wypowiedzeniem przez entuzjastów dwudziestoletnich posłuszeństwa lękliwym ojcom, którzy wciąż nie zdołali się byli otrząsnąć spod wrażeń 1863 r.”. Może to on pierwszy raz przedstawił w sposób kompleksowy przyszłemu prezydentowi zestaw najważniejszych postępowych poglądów? Niewątpliwie trafił w pełni w aktualne wówczas zapotrzebowania młodego człowieka. Historia ta miała ciąg dalszy. Gdy Narutowicz studiował w Szwajcarii, dowiedział się, że jego mentor za swoją działalność został zesłany na Syberię. Zdjęcie skazańca na miejscu kaźni trzymał u siebie przez kolejne lata, aż do czasów II RP. Z pewnością rewolucyjne poświęcenie mocno mu zaimponowało, co nie oznacza, że sam podzielał w pełni wszystkie zapatrywania swoich życiowych przewodników.

Do sprawy tej będziemy wielokrotnie wracać. Póki co Narutowicz w roku 1883 zdecydował się na studia matematyczne w Petersburgu. Kontynuował je przez dwa lata. Kto wie, jak dalej potoczyłoby się jego życie (prawdopodobnie zamiast swojego brata Stanisława to on prowadziłby rodzinny majątek), gdyby nie pewien wypadek. Jesienią wybrał się ze znajomymi na wycieczkę łodzią po Bałtyku. Wycieczka nie była udana – łódź niespodziewanie przewróciła się i wszyscy znaleźli się w lodowatej wodzie. Dla większości osób skończyło się bezboleśnie, ale Narutowicz nabawił się poważnego zapalenia płuc. Sytuacja okazała się bardzo groźna. Lekarze uznali, że jedynie cud może uratować życie młodego studenta. Inaczej ujmując, delikatnie wskazywali, że właściwie już ciąży na nim wyrok śmierci, że choroba nie ustąpi. Owym cudem (trudno powiedzieć, czy wskazanym celowo, czy też tylko dla złagodzenia ogólnego wrażenia) miała być przeprowadzka do Szwajcarii. Tamtejsze powietrze mogło bowiem uzdrowić chorego. Nic dziwnego, że zdesperowana matka chwyciła się tej szansy z całej siły i w roku 1886 Narutowicz opuścił Polskę.

Zapewne nie przypuszczał, że powróci po wielu długich latach. Musiał wtedy myśleć raczej o swojej chorobie i o szansach na przeżycie. Rozstał się z ojczystymi ziemiami i zarazem ostatni raz widział z matką. Wszystko to działo się jednak nie na darmo. Cud się ziścił i stan zdrowia młodzieńca zaczął się poprawiać. Co prawda Gabriel wciąż nie był w pełni wyleczony. W Szwajcarii, przed kąpielą w jeziorze, potrafił kolegom niespodziewanie rzucić, że ma nie do końca zagojone płuca i żeby nie przejmowali się, gdyby raptem w wodzie pękła mu tętnica. Szczególnie wspominał to później jego ówczesny znajomy, Ignacy Daszyński, na którego wyobraźni zrealizowanie się owego scenariusza musiało wywrzeć piorunujące wrażenie. Jednak Narutowicz spędzał czas nie tylko na leczeniu, ale i nauce: już w 1887 roku zaczął studiować inżynierię budowlaną w Zurychu.

Zurych nie był wówczas wielkim miastem, skupiał jednak część emigracji polskiej. Z tego okresu pochodzi kilka anegdot, obrazujących charakter przyszłego prezydenta. W licznych późniejszych wspomnieniach przywoływano jego powszechnie cenioną prawość. Ignacy Daszyński opowiadał na przykład, jak Polacy z pewną wyższością odnosili się do Szwajcarów, traktując ich nieco jako osoby rzekomo ślamazarne. Gdy w jakimś środowisku rozpoczynały się tego typu kpiny, Narutowicz zawsze szlachetnie protestował. Innym razem, na zebraniu studenckim jeden z mówców, najwyraźniej bez specjalnych oratorskich talentów, strasznie zanudzał swych słuchaczy. Zniecierpliwieni młodzi ludzie coraz bardziej mieli dość i powoli dawali temu wyraz. Narutowicz wstał i przekonał wszystkich, aby pozwolili nieszczęsnemu prelegentowi spokojnie skończyć, ergo dalej męczyć publikę. Warto przytoczyć jeszcze jedno wspomnienie Jerzego Moraczewskiego z czasów I wojny światowej. Narutowicz miał być poważnie zły na pisarza Kadena-Bandrowskiego za to, że ten w swych powieściach zbyt frywolnie i niezgodnie z prawdą pisze o romansach studentów i studentek.

Gdybyśmy zakończyli tylko na przytoczeniu owych anegdot, można by sądzić, że jego zachowanie miało za wiele cech źle pojętej „harcerzykowatości”. Są to efekty nadmiernego uświęcania zmarłego prezydenta. Z perspektywy lat widać, że postawa Narutowicza była w pełni autentyczna. Zresztą z różnych wspomnień ewidentnie wynika, że takiej pozy nie dostrzegali również jego współcześni towarzysze. To po prostu szlachetność charakteru, objawiająca się także przy innych okazjach. Przyszły profesor potrafił jednak zachować się również niestandardowo i niekonwencjonalnie (do czego jeszcze wrócimy), a nawet nie do końca grzecznie. Ponadto przytoczone zachowania miały miejsce ponad sto lat temu, w zupełnie innej epoce. Stanisław Cat-Mackiewicz słusznie wskazywał, że pełne poznanie postaci historycznej oznacza nie tylko przedstawienie jej w oczach potomnych, ale także w oczach współczesnych i zupełnie odmiennej obyczajowości. Ta reguła dotyczy również Narutowicza. Dodajmy, że na patetycznych deklaracjach jego wystąpienia się nie kończyły. Gdy była taka potrzeba, potrafił nawet kosztem własnego bezpieczeństwa pomóc swoim przyjaciołom.

A wśród nich znajdowali się zawodowi rewolucjoniści. W Zurychu w tamtych czasach można było spotkać przedstawicieli różnych politycznych stronnictw. I tak funkcjonowała tam grupa pod kierunkiem młodego Zygmunta Balickiego, wówczas dopiero kształtującego swój światopogląd, a w przyszłości jednego z trzech ideowych ojców założycieli endecji (obok Popławskiego i Dmowskiego). Poza tym, nie wliczając jeszcze trochę wówczas hybrydowego socjalistyczno-niepodległościowego środowiska skupionego wokół Bolesława Limanowskiego, funkcjonował również obóz czerwony, znajdujący się pod wpływem myśli aresztowanych w latach osiemdziesiątych i w znaczącej części straconych działaczy Wielkiego Proletariatu. Narutowicz nie tylko ideowo, ale także towarzysko znajdował się znacznie bliżej tych ostatnich. Wśród jego przyjaciół byli na przykład Feliks Daszyński (przedwcześnie zmarły brat Ignacego) i Aleksander Dębski. Daszyński był zapalczywym lewicowym pisarzem, dla którego jakikolwiek kompromis nawet ze środowiskiem Balickiego nie wchodził w rachubę. Dębski natomiast to prawdziwy rewolucjonista, przeżywający wówczas niesamowite przygody. Charakterologiczne przeciwieństwa się przyciągają. Tak było również w tym przypadku. Spokojny, wyważony akademik Narutowicz i żywiołowy Dębski darzyli się wielką sympatią. Sympatią ważną również z tego powodu, że przyjaźnie z czasów młodości są najmocniejsze i zostawiają w każdym najsilniejsze ślady. Próbowano doszukiwać się w tej relacji kompleksów Narutowicza: skoro sam nie walczył z caratem, to przynajmniej przyjaźnił się z rewolucjonistami i pomagał im. Niewykluczone jednak, że Narutowicz kierował się innym powodem: był po prostu sobą i drogę, którą wybrał, uważał za najbardziej słuszną. We wspomnieniach jego znajomych wielokrotnie powraca podobny wątek: przyszły prezydent bezwzględnie i zdecydowanie sprzeciwiał się stosowaniu terroru i przemocy, i często spierał się o to z przyjaciółmi.

Pewnego razu Dębski pomagał dwóm robotnikom (jednym z nich był Marcin Kasprzak) przebyć drogę z Zurychu do Warszawy. Chodziło o to, aby wsparli działalność rewolucyjną w byłej stolicy Polski, wówczas – jak zauważał później między innymi Lechoń w Dziennikach – przerażająco prowincjonalnej. Gdy więc spiskowiec wracał po zakończeniu misji z owej prowincji do Szwajcarii, niespodziewanie pojmały go władze carskie. Nic na niego nie mieli i o niczym nie wiedzieli. Po prostu, w swoim przekonaniu, złapali jakiegoś młodzieńca bez paszportu. Dębski nie stracił zimnej krwi. Podał się za niejakiego Dionizego Krzyczkowskiego, zagubionego krakowskiego studenta, który trochę na dziko dostał się do Rosji. Uwierzono mu, ale cała sprawa kosztowała go kilka tygodni aresztu. W konsekwencji przegapił termin egzaminu wstępnego na politechnikę w Zurychu. Wtedy pojawił się nieoceniony „Narutek”, jak go nazywali koledzy. Udostępnił przyjacielowi podstawowe książki i wskazał, które wiadomości są najważniejsze. Dębski, przedkładając fikcyjne świadectwo choroby, zdołał wyprosić powtórzenie egzaminu i ostatecznie dostał się na studia. Był za to do śmierci wdzięczny Gabrielowi.

Po osiągnięciu tego celu spiskowiec niechcący wciągnął swojego kolegę, przyszłego prezydenta, w jeszcze większą aferę. Wspólnie z towarzyszami wpadł na pomysł, aby dokonać zamachu na cesarza niemieckiego. W latach osiemdziesiątych panowała wśród rewolucjonistów swoista moda na różne zamachy. Nie dość, że w 1881 roku Ignacy Hryniewiecki zabił cara, to na dodatek w głośnej sprawie po sześciu latach aresztowano kolejnych zamachowców, w tym skazanego na śmierć Aleksandra Uljanowa, brata Włodzimierza Lenina, oraz Bronisława Piłsudskiego, brata Józefa. Grupa niemieckich studentów, z którymi powiązany był Dębski, nie chciała być więc gorsza. Chodziło również o rozszerzenie rewolucyjnych spisków poza granice Rosji.

Do dokonania zamachu i osiągnięcia celu miał posłużyć niesamowity materiał, który przed użyciem można było przechowywać bezpiecznie, jednak po zmieszaniu dwóch płynów, a następnie gwałtownym uderzeniu, powinien szybko wybuchać. Dębski zajmował się w Szwajcarii testowaniem przyszłego narzędzia zbrodni. Nie przyniosło to zbyt dobrych skutków. W trakcie wybuchu zamiast cesarza zginął jeden z rewolucjonistów, a sam student, ciężko ranny, wylądował w szpitalu. Rzecz jasna trudno przegapić takie zdarzenia i bardzo szybko o wszystkim dowiedziały się szwajcarskie władze.

Narutowicz, choć niechętny skrytobójczym planom, postanowił ratować przyjaciela. W mieszkaniu zajmowanym przez rewolucjonistę aż roiło się od kompromitujących go przed policją dokumentów, a także ważnych i zarazem tajnych informacji o ruchu spiskowców. Przyszły prezydent szybko usunął te materiały, a nawet pouczył gospodynię przyjaciela, jak ma się zachowywać. Nie do końca okazało się to skuteczne – policja wykryła powiązania Narutowicza ze spiskowcami i skończyło się na jego kilkudniowym areszcie. Najwyraźniej przyszły profesor był słabym konspiratorem. Cały epizod okazał się jednak znacznie bardziej brzemienny w skutki. Władze szwajcarskie nie stanowiły zbyt dużego zagrożenia dla radykalnej młodzieży, ale zupełnie inaczej patrzyli na to Rosjanie. Ich uwadze nic nie umykało. Kiedy Narutowicz po kilku miesiącach od opisanego zdarzenia zdążył o wszystkim zapomnieć i złożył w poselstwie rosyjskim wniosek o przedłużenie paszportu, zatrzymano jego dokumenty i ostro zażądano, aby stawił się osobiście. Nie budziło wątpliwości, jak w tym przypadku skończyłoby się posłuszeństwo wobec caratu – aresztowaniem i bardzo wysokim wyrokiem. Oficjalna droga powrotu do kraju została więc tym samym zamknięta. Zapewne nielegalna działalność rewolucyjna nie interesowała przyszłego prezydenta. Najbardziej logicznym rozwiązaniem wydawało się przeczekanie złego czasu na obczyźnie, tym bardziej że pojawiły się tam, przynajmniej teoretycznie, jakieś perspektywy na karierę zawodową i naukową.

Gabriel Narutowicz

Można więc zauważyć, że już w młodości Narutowicz przejawiał pewną prawidłowość. Z jednej strony miał kontakty z rewolucjonistami, ale z drugiej nie podzielał wszystkich ich poglądów. Prędzej czy później jednak te relacje przesądziły o jego dalszych losach. Na podobnej zasadzie wypadki splotły się w grudniu 1922 roku. Ale póki co młody Gabriel pasjonował się nauką, Napoleonem i odbywał liczne wycieczki krajoznawcze. Fascynowała go muzyka Chopina i Beethovena. Jak wspominała jego ówczesna koleżanka, Zofia Moraczewska, po prostu umiał żyć, znajdując czas na najdrobniejsze sprawy.

***

Młodość jego zabójcy wyglądała nieco inaczej. Życie Niewiadomskiego było znacznie bardziej tajemnicze. O ile bowiem przyjaciele Narutowicza chętnie go wspominali, przywołując liczne szczegóły i anegdoty, o tyle znajomością z Eligiuszem raczej nikt się nie chwalił, tym bardziej że prawie nie miał on znajomych. Dlatego relacji stawiających go w dobrym świetle jest niewiele, a autorzy tych, które są, budzą pewne wątpliwości. Trzeba pamiętać, że Niewiadomski nie od razu był mężczyzną z nieco zwichrowaną osobowością. Nie można też postrzegać kolejnych wydarzeń w jego życiu tylko i wyłącznie jako drogi prowadzącej do zbrodni. Jeżeli z pewnego dystansu przyjrzymy się latom jego młodości, znajdziemy nawet kilka analogii do czasu dojrzewania Narutowicza – reprezentowali przecież to samo pokolenie.

Urodzony 1 grudnia 1869 roku w Warszawie Niewiadomski również wywodził się ze średnio zamożnej szlachty. Jego ojciec Wincenty, urzędnik mennicy państwowej, także był powstańcem styczniowym, a zarazem społecznikiem, zainteresowanym naukami przyrodniczymi publicystą i szachistą. Zapewne bardzo łatwo znalazłby wspólny język z Janem Narutowiczem. Gdy Eligiusz miał niespełna dwa lata, umarła jego matka, Juliana z domu Andrigun (córka burmistrza Merzig). W obu przypadkach mamy więc do czynienia z sytuacją dramatyczną – wczesną śmiercią jednego z rodziców. Obowiązki matki trochę sprawowała starsza o czternaście lat siostra Cecylia (Niewiadomski miał pięcioro rodzeństwa – był najmłodszy), a przez pewien czas macocha Helena. Kolejne małżeństwo Wincentego trwało jednak krótko i jak można się domyślać, nie było nadmiernie szczęśliwe, gdyż szybko się rozwiódł. Zapewne wszystko to musiało również wywrzeć wpływ na dorastające dzieci. Zatrzymajmy się na chwilę przy Cecylii. Może to z nią Eligiusz miał najlepszy kontakt? Ona również poczuła powołanie artystyczne, spełniając się jako nauczycielka, tłumaczka (między innymi Baśni Andersena) oraz pisarka. W 1919 roku wydała skierowane do młodych dziewczyn Listy do Li. Poza wieloma wzniosłymi i słusznymi radami, zawarła tam szereg życiowych refleksji, chociażby na temat tego, czy i jak jednostka może poświęcić się dla ojczyzny: „Cel dla wszystkich wielki, pożyteczny, wymagający od jednostki zupełnego poświęcenia, może uwolnić ją od bardzo wielu, jeśli nie wszystkich obowiązków. Człowiek narażający życie dla wielkiego wynalazku, odkrycia, idei ma prawo nawet los rodziny swojej powierzyć społeczeństwu, które staje się jego dłużnikiem, a w razie śmierci dług ten spłaci dzieciom”. Niewykluczone, że brat z siostrą rozmawiali także o ewentualnym poświęceniu dla ojczyzny. Na tym nie koniec. Cecylia również nie przepadała za socjalistami: „Ideały socjalizmu. To przepiękne rzeczy, lecz co z nich robią ludzie? Kto prowadzi takie jednostki do nieziszczalnych celów? Kto je łudzi? Bezkrytyczni często szaleńcy. A nad nimi? Utopiści lub wyzyskiwacze, którzy na tym szlachetnym ruchu nieraz doskonałe robią interesy”. Widać, że Eligiusz z siostrą w wielu miejscach znalazłby wspólny język (co nie znaczy, że aprobowała ona zamachy na przeciwników ideowych). Kto zresztą wie, jakie myśli przychodziły mu do głowy, gdy czytał napisane również przez Niewiadomską Legendy, podania i obrazki historyczne, w tym następujący, niewinny fragment o konfederatach barskich: „Znaleźli się tacy, którzy zawołali głośno: lepiej zginąć człowiekiem wolnym, niż bez oporu zostać niewolnikiem; niegodzien mieć ojczyznę, który pozwala deptać jej prawa. Kto czuje się Polakiem, niech stanie do walki”.

Przyszły zamachowiec ukończył Gimnazjum Realne w Warszawie. Z jednej strony miał dobre warunki do zgłębiania pasjonujących go nauk technicznych i artystycznych, ale z drugiej trafił akurat w sam środek prześladowań apuchtinowskich. Narutowicz w Libawie miał więc pod tym względem znacznie łatwiej i spokojniej. W dawnej stolicy Rzeczypospolitej karano nawet za samo odezwanie się po polsku w murach szkoły. Uczniowie byli poddawani regularnej inwigilacji i, jak pisze Bohdan Cywiński w Rodowodach niepokornych, państwo rosyjskie w tym przypadku wręcz systemowo, w sposób konsekwentny i zaplanowany prowadziło rusyfikację. Nic dziwnego, że centrum tej rusyfikacji stanowiła dawna stolica podbitego kraju. Warunki do studiowania również nie były najlepsze. Na miejsce zamkniętej w roku 1869 Szkoły Głównej powołano Uniwersytet Warszawski. Problem polegał na tym, że i na tej uczelni występowały silne procesy rusyfikacji. W takiej sytuacji lepiej było uczyć się „u źródła”. Dlatego też Niewiadomski w roku 1888 wybrał się na studia – i tu kolejna analogia względem młodości Narutowicza – do Petersburga, jednak nie na Politechnikę, ale do Akademii Sztuk Pięknych. Dwaj młodzi wówczas ludzie nie mogli się jednak tam spotkać – przyszły prezydent w tym czasie studiował już w odległym Zurychu. Kariera studencka Eligiusza przebiegła bez większych przeszkód. Świeżo upieczony licencjonowany malarz dostał nawet dzięki stypendium możliwość wyjazdu w celach dydaktycznych do Paryża, z której oczywiście skorzystał. Nie był wyjątkowym malarskim talentem, ale powyższe fakty potwierdzają, że malował w miarę dobrze. Zdaniem znającego go w młodych latach Ludwika Krzywickiego fascynował się w Petersburgu nihilistami, przez co można rozumieć różne odłamy rewolucjonistów. Niewiadomski w swoich Zapiskach z więzienia wspominał: „Ileż razy w młodości mojej byłem porwany i wymową, i szlachetnymi ideami różnych mówców lewicowych na tajnych zebraniach politycznych. Jak mnie nastrajała ku nim ich wymowa porywająca, ich głębia przekonania, ich szlachetność serc... Brałem to wszystko za dobrą monetę. Mówiłem sobie: tam musi być prawda. Tylko prawda może natchnąć ludzi takim zapałem, taką wiarą, poświęceniem. Byłem wtedy... bardzo młody”.

Z wypowiedzi tej możemy wnioskować, że malarz nie rozpoczął swojej przygody politycznej od związku z endecją. Trochę podobnie zeznawał w 1922 roku przed sądem: „W młodości socjalizm był dla mnie ideą sympatyczną i bliską. Będąc w Paryżu w 1896 i 1897 r., prenumerowałem «Przedświt» londyński, czytałem stale «La petite Republique», chodziłem na konferencje ludowe”. Dalej dodawał: „z czasem, kiedy złapałem moje pisma na zbyt grubych kłamstwach, zbudziła się moja czujność”. W trakcie studiów wielokrotnie odwiedzał Warszawę. W tym czasie absolwenci rusyfikowanych gimnazjów, działający wcześniej w ramach tajnych samokształceniowych kółek, wciąż trzymali się razem i podejmowali wspólne akcje. Zachowało się wspomnienie Mariana Trzebińskiego z maja 1891 roku, kiedy młodzież studencka próbowała świętować rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja. Uformował się wówczas specjalny pochód, nie wszędzie chętnie witany. W tle słychać było: „psiakrew, kiedy się to u diabła skończy!”. Chodziło nie tyle o kontestację uczuć patriotycznych, ile o fakt, że młodzieńcy blokowali ruch uliczny, a ludzie śpieszyli się do pracy i codziennych obowiązków. Jakiś dorożkarz nie wytrzymał i postanowił przebić się przez pochód. Był tak zdeterminowany, że drogę torował sobie batem. Jak wspomina Trzebiński: „Wtem z pochodu wyskoczył młody cienki student w nieznanym mi mundurze, chwycił konia za uzdę, dorożkarza zaś kijem przez plecy zwalił. Zdziwiony odwagą nieznajomego, zacząłem się dowiadywać, kto to był, zaraz też objaśniono mnie, że to dawny uczeń Szkoły Rysunkowej, obecnie student Akademii w Petersburgu – Niewiadomski”. Gdy pochód dotarł na Krakowskie Przedmieście, studentów zaatakowali kozacy. Aresztowali między innymi uczestniczącego również w zajściu Stanisława Wojciechowskiego. Niewiadomskiemu udało się zbiec, ale losy obu tych postaci również w przyszłości się złączyły. To Wojciechowski jako prezydent – następca Narutowicza – odmówił skorzystania z prawa łaski dla swojego dawnego współtowarzysza z pochodu.

Udział w manifestacji wymagał znacznej odwagi. Zresztą w rodzinie malarza niechęć do zaborcy rosyjskiego była mocno zakorzeniona. Jego bratanek Stanisław wspominał pewną scenę z dzieciństwa: epicentrum rewolucji 1905 roku, trwały rozruchy w Warszawie. Jego ojciec (brat Eligiusza), Roman, obserwował z balkonu kamienicy pochód robotników w Alejach Jerozolimskich. Nagle usłyszał strzały. Na ulicy pojawili się kozacy z karabinami i szablami: „Niektórzy strzelali z karabinów w kierunku nadchodzącego z przeciwka tłumu manifestantów. Zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak Ojciec, oparłszy ręce na balustradzie balkonu, krzyczy coś w stronę cwałujących jeźdźców i wtedy Matka, przerażona, ale przytomna, zdobyła się na szybki refleks. Podbiegłszy do Ojca, z całej siły zaczęła ciągnąć go za połę alpagowej marynarki, wołając: «Romku, co ty robisz? Wracaj do pokoju!». Ale nie od razu udało się przełamać opór Ojca. Rezultat był taki, że cienki materiał nie wytrzymał szarpnięcia i marynarka rozdarła się od pachy prawie do samego dołu. A na ulicy tymczasem strzelanina się wzmogła. Jakaś zabłąkana kula odłupała kawałek tynku tuż pod głową Ojca, który dopiero wtedy usłuchał perswazji”.

We wspomnianych epizodach da się zauważyć rodzinną gwałtowność charakterów. Tak jak Roman zapomniał o własnym bezpieczeństwie, by wykrzyczeć z narażeniem życia obelgi pod adresem kozaków, identycznie zachował się Eligiusz, bijąc dorożkarza. Przyszły malarz już od młodości akceptował wszelkie akty terroru realizowane w „dobrej sprawie”. Nie miał w tym względzie zahamowań Narutowicza. Krzywicki we wspomnieniach odmalował negatywny obraz Niewiadomskiego. Młody człowiek wszystkich dookoła obrażał i wyjątkowo lubił żarty o zabarwieniu erotycznym. Kontrastuje to z do przesady pryncypialnym Gabrielem. Z jednej strony spokojny i wyważony akademik, z drugiej nadpobudliwy, jak pisał Krzywicki – obleśny, aczkolwiek odważny i gotów do poświęceń dziwak. Ulubionym jego zwrotem w języku rosyjskim było powiedzenie: „i kapitał zdobyć, i cnotę zachować”. Zdaniem Krzywickiego stanowiło to również doskonałą charakterystykę samego Niewiadomskiego. Znający go w młodości Kazimierz Błeszyński zapamiętał, że ów malarz, „człowiek niewielkiego talentu, zapalczywości wielkiej”, uwielbiał szermierkę na rapiery, fechtując się z ogromną pasją i bez litości dla przeciwników.

W roku 1892 zmarł jego ojciec, Wincenty. Czas ukończenia studiów wyższych i odbycie stypendium w Paryżu wyznacza pewną cezurę w życiu Niewiadomskiego. Musiał również szukać realnego zawodu i zatrudnienia. W roku 1897 związał się z kierowaną przez Romana Dmowskiego Ligą Narodową. Można więc uznać, że w ten sposób młodzieniec zaczął powoli przybliżać się do swojej późniejszej postawy i nabywać poglądy, które później, wykoślawione i zradykalizowane, popchnęły go do zbrodni.

Życie zawodowe i uczuciowe

Pod koniec Ojca Goriot młody Rastignac staje naprzeciwko Paryża i rzuca mu wyzwanie, wypowiadając słynne: „Teraz się spróbujemy!”. Podobne słowa mógłby skierować do całej Szwajcarii świeżo upieczony absolwent politechniki, Gabriel Narutowicz. Problem polegał jednak na tym, że stojąc na przykład przy rogatkach Zurychu, po rzuceniu efektownego wyzwania nie miałby specjalnie gdzie wracać. O ile bowiem w trakcie studiów miał wielu znajomych emigrantów Polaków i siłą rzeczy żył trochę ich sporami i rewolucyjnymi pomysłami, o tyle nagle wszystko gwałtownie się zmieniło. Znajomi wrócili na ziemie polskie, dokąd przyszły prezydent miał przecież wilczy bilet. Został więc zupełnie sam. Niemożliwe było przeniesienie się do innych zaborów, zwłaszcza do niemieckiego – tam również bowiem nie miał gwarancji bezpieczeństwa. W Austro-Węgrzech nie widział z kolei dla siebie zawodowych perspektyw, a służba w galicyjskiej administracji rządowej nie wchodziła w rachubę (o jej smutnych realiach pisał choćby Tadeusz Boy-Żeleński). Prowadzenie ewentualnej praktyki w gospodarczo zacofanym regionie stanowiło zadanie bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Tak więc Szwajcaria przedstawiała najlepsze widoki na przyszłość. Poza tym, i to chyba najważniejszy argument, właśnie w tym kraju panował klimat, dzięki któremu Narutowicz odzyskał zdrowie.

Jednak i w Szwajcarii nie od razu wszystko wyglądało kolorowo. Młody inżynier, marzący o wielkich, ambitnych zadaniach, na początku zawodowej kariery nie mógł znaleźć dla siebie niczego odpowiedniego. Musiał więc poszukać pracy poniżej aspiracji. Przypomniał sobie, że w trakcie studiów odbywał praktyki w biurze miejskim w Sankt Gallen. Nie była to zbyt duża miejscowość, ale pozostawił wśród tamtejszych urzędników dobre wrażenie. Rad nierad powrócił tam i poprosił o zatrudnienie. Warto jednak podkreślić, że po ukończeniu studiów zaczynał zupełnie od zera: nikt nie ułatwiał mu kariery. Wręcz przeciwnie, funkcjonował na obczyźnie sam, w najlepszym przypadku w neutralnym otoczeniu.

W Sankt Gallen Narutowicz najpierw pracował przy budowie kolei, a później w Miejskim Biurze Wodociągów i Kanalizacji. Jak później przyznał, to był najsmutniejszy okres w jego życiu. Pełen zawodów. Wydawało się, że plany, które miał jeszcze przed chwilą, zupełnie runęły. Sam w całkiem nieznanym miejscu, i co gorsza, bez perspektyw rozwoju. Na dodatek miał nad sobą trudnego zwierzchnika, patrzącego niechętnie na Polaków jako rzekomych leni, potrafiących tylko rozpamiętywać swe krzywdy. Brzmi to dość paradoksalnie, biorąc pod uwagę, że kilka lat wcześniej Narutowicz bronił – może nawet przesadnie – Szwajcarów przed stereotypowymi kpinami kolegów.

Na pierwszy rzut oka trudno mówić o szczególnym dramacie Narutowicza. Wielu przedstawicieli tamtego pokolenia znajdowało się w znacznie gorszych tarapatach. W Szwajcarii nie groziło mu aresztowanie, miał stałą pracę. Mimo to właśnie ten życiowy okres, oceniany przez niego jako najgorszy, bardzo dużo mówił zarówno o jego ambicji, jak też o potrzebie utrzymywania bliższych relacji z innymi ludźmi. A skoro już o tym mowa, jego wielka, niespełniona miłość, a za jakiś czas również szwagierka, Józefa Kodisowa, opowiadała, że Narutowicz wielokrotnie powtarzał: „Twardą przeszedłem szkołę”. Jednocześnie dodawał: „Czułem, że zginę, jeżeli nie zawojuję sytuacji”.

Niestety, pierwszy prezydent nie napisał pamiętników ani wspomnień. Dlatego jednym z najciekawszych pod względem autentyczności portretu Gabriela jest niezbyt długie wspomnienie Kodisowej. Możemy zakładać, że przytaczane przez nią zdania Narutowicz rzeczywiście wypowiadał oraz że możliwie najpełniej oddawały one jego uczucia. W cytowanym wyżej zdaniu nie chodzi tylko o przystosowanie się, przetrwanie, dostosowanie do otoczenia i spokojne życie. Narutowicz jako jedyną alternatywę dla całkowitej życiowej porażki uznawał „zawojowanie sytuacji”. Taka postawa nie była wynikiem racjonalnej kalkulacji. On nie uważał tak, ale po prostu czuł, nie potrafił inaczej.

Jak