Wydawca: Armoryka Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 88 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Narożne okno - Des Vetters Eckfenster - Ernst Theodor Amadeus Hoffmann

Narrator poszukuje w Berlinie swojego kuzyna, schorowanego pisarza. „Zgryźliwy inwalida” nie jest w stanie opuścić swojego mieszkania, jednak z „narożnego okna” ma widok na cały plac teatralny i obserwuje razem z jego gościem zgiełk na rynku. Z dialogu kuzynów rysują się sylwetki niektórych znajdujących się tam „aktorów”. Okazjonalnie dochodzi również do dyskusji na temat stosunku inwalidy do przemysłu literackiego. Chory chce przybliżyć cieszącemu się dobrym zdrowiem narratorowi ideę „przejrzenia sztuki”, jednego z elementów pisarstwa. Znane berlińskie ulice jak Charlottenstraße i Unter den Linden znajdują się w pobliżu mieszkania schorowanego pisarza. Opowiadanie jest częścią biografii ciężko chorego E.T.A. Hoffmanna. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Narożne_okno)

In Berlin sucht der Ich-Erzähler seinen Vetter, einen kranken Schriftsteller, auf. Der Vetter, der „durch eine hartnäckige Krankheit den Gebrauch seiner Füße gänzlich verloren“ hat, kann seine Wohnung nicht mehr verlassen, doch von seinem Eckfenster aus übersieht er den „Theaterplatz“ und beobachtet gemeinsam mit dem Besucher das Markttreiben unterm Fenster. In einem Dialog der Vettern werden Beobachtungen und Geschichten zu einigen Marktleuten und Besuchern des Markttages ausgetauscht. Bei der Gelegenheit kommt u.a. das Verhältnis des Kranken zur Literatur zur Sprache. Dabei will der Kranke seinem jungen Besucher die „Kunst zu schauen“, eine der Grundlagen der Schriftstellerei, nahebringen. Berlin: Gendarmenmarkt um 1815. (http://de.wikipedia.org/wiki/Des_Vetters_Eckfenster)

Opinie o ebooku Narożne okno - Des Vetters Eckfenster - Ernst Theodor Amadeus Hoffmann

Fragment ebooka Narożne okno - Des Vetters Eckfenster - Ernst Theodor Amadeus Hoffmann

Ernst Theodor Amadeus Hoffmann

Narożne okno Des Vetters Eckfenster

TEKST - TEXT: POLSKI / DEUTSCH

na język polski przełożył Antoni Lange

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

Narożne okno

Opowiadanie

Memu biednemu kuzynowi przypadł los podobny, jak znanemu Scarronowi. Mój krewny, tak jak Scarrron, stracił zupełnie władzę w nogach i zmuszony był z łóżka do lektyki wysłanej poduszkami, a z lektyki do łóżka przenosić się przy pomocy tęgiej kuli i sprężystego ramienia zrzędnego inwalidy, który z upodobaniem pielęgnuje chorych. Ale jeszcze jedno podobieństwo łączy mego kuzyna z owym. Francuzem, który, mimo szczupłej twórczości, zajął poczesne miejsce w literaturze francuskiej dzięki humorowi osobliwego rodzaju, odmiennemu od dowcipu francuskiego. Podobnie jak Scarron pisuje mój kuzyn; jak on, posiada szczególną, żywą wesołość i własny sposób wypowiadania dziwacznych żartów. Jednak na chwałę pisarza niemieckiego należy zaznaczyć, że nigdy nie uważał za konieczne przyprawiać swoje małe pikantne miseczki asafetydą, aby drażnić podniebienie czytelnika niemieckiego, który podobnej potrawy by nie zniósł. Wystarczała mu szlachetna przyprawa, która podniecając pokrzepia zarazem. Publiczność chętnie czyta jego pisma; mają być dobre i zabawne; nie znam się na tym. Mnie osobiście bawiła raczej rozmowa z moim kuzynem i przyjemniej mi było z nim gawędzić, niż go czytać. Jednak ten niezwalczony pociąg do pisania czarne nieszczęście sprowadził na mego biednego kuzyna; najcięższa choroba nie zmogła kołowacizny jego fantazji, która w nim wewnątrz wciąż pracowała, tworząc wciąż a wciąż rzeczy nowe. Tak się złożyło, że opowiadał mi nieustannie rozmaite nader zabawne historie, które pomimo niezmiernych cierpień fizycznych ciągle mu przychodziły do głowy. Ale drogę, którą musi przepłynąć myśl, aby się utrwalić na papierze, zamknął zły demon choroby. Kiedy mój kuzyn chciał coś pisać, nie tylko palce mu odmawiały usługi, ale i sama myśl rozpraszała się i ulatniała. Z tego powodu popadł w najczarniejszą melancholię.

— Kuzynie, koniec mój nadchodzi. Jestem jak ów stary, szaleństwem złamany malarz, który całymi dniami siedział przed czystym płótnem, umocowanym na ramach, i wobec wszystkich gości, którzy go odwiedzali, wysławiał niezwykłe zalety wspaniałego obrazu, który właśnie wykończył. Zaniechałem czynnego, twórczego życia, które przybrawszy określoną formę opuściło mnie, radując się światem. Duch mój ciągnie do swej własnej pustelni.

Od tego czasu mój kuzyn nie pokazywał się ani mnie, ani komukolwiek. Stary, mrukliwy inwalida wyrzucał nas za drzwi, zrzędząc i mamrocząc jak złośliwy brytan.

Trzeba zaznaczyć, że mój kuzyn mieszka dość wysoko, w małych, niskich pokoikach. Jest to obyczaj pisarzy i poetów. Jakież znaczenie ma niska powała izby? Fantazja się unosi i buduje sobie wysokie, radosne sklepienie na błękitnym, promienistym niebie, na wyżynach. I podobnie jak ten ciasny dom poety, tak i jego ogród, zamknięty między czterema murami, dziesięć stóp szeroki i długi, wysokość ma przecie znakomitą. W dodatku mieszkanie mego kuzyna leży w najpiękniejszej części miasta stołecznego, mianowicie przy wielkim, otoczonym wspaniałymi budynkami rynku, na którego środku stoi olbrzymi, genialnie obmyślany gmach teatralny. Mój kuzyn mieszka w domu narożnym, a z okna małego gabineciku jednym spojrzeniem mógł objąć panoramę wspaniałego placu.

Był właśnie dzień jarmarczny, gdy przeciskając się przez tłum ludu, wszedłem w ulicę, z której z oddali już widać narożne okno mego kuzyna. Niemało się zdziwiłem, gdy mi w oknie zabłysła dobrze znana czerwona czapeczka, którą mój kuzyn zwykł był nosić za swoich dobrych czasów. Bliżej podszedłszy spostrzegłem, że mój kuzyn włożył też swój wspaniały warszawski szlafrok i wypuszczał dym ze świątecznej tureckiej fajki. Kłaniałem mu się, chustką powiewałem; udało mi się zwrócić na siebie jego uwagę; przyjaźnie kiwnął głową. Cóż za nadzieja!

Z szybkością błyskawicy biegłem po schodach. Inwalida drzwi mi otworzył; twarz jego zwykle pomarszczona i sfałdowana, podobna do przemoczonej, starej rękawiczki, teraz pod wpływem jakiegoś promienia słonecznego wygładziła się, przybrała znośny wyraz. Wyjaśnił mi, że pan siedzi w fotelu i można z nim porozmawiać. Pokój był czysto wysprzątany, a do kotary łóżka przymocowany był arkusz papieru, na którym wielkimi literami wypisano:

Et si male nunc, non olim sic erit.

Wszystko świadczyło o powrocie nadziei, o przebudzonej na nowo sile życia.

— Ha! — zawołał kuzyn na przywitanie, gdym wszedł do gabinetu — wreszcie się pokazałeś. Czy wiesz, że prawdziwie tęskniłem za tobą. Bo, chociaż jak kat ciągle wypytujesz o moje nieśmiertelne dzieła, to jednak lubię cię bardzo, bo jesteś pełen życia i choćbyś mnie nie bawił, zawsze jesteś bardzo zabawny.

Czułem, jak przy tym komplemencie mego kuzyna krew mi uderza do głowy.

— Sądzisz — mówił dalej kuzyn, nie zwracając uwagi na moje poruszenie — sądzisz zapewne, że jestem zupełnie zdrowy lub przynajmniej z niebezpieczeństwa wyzwolony. Jeśli o ciało chodzi — to nie, wcale nie. Nogi moje — to zdradliwi wasale, co sprzeniewierzyli się głowie swego pana i z pozostałą resztą mych szanownych zwłok już nie chcą mieć do czynienia. To znaczy, że nie mogę się już ruszyć, jeżdżę więc sobie na tym krześle na kółkach tu i tam bardzo wesoło, przy czym mój stary inwalida pogwizduje melodyjne marsze ze swoich lat wojennych. Ale to okno jest moją największą pociechą; tu roztacza się przede mną na nowo barwne życie i czuję się wielce zadowolony na widok tego nigdy nie przerwanego ruchu. Pójdź, kuzynie, spójrz przez okno.

Siadłem naprzeciw kuzyna na małym taborecie, który mieścił się akurat we framudze okna. Widok istotnie był osobliwy i uderzający. Cały rynek zdawał się jedną, gęsto zbitą masą ludu, tak że można by myśleć, iż rzucone w nią jabłko nie mogłoby upaść na ziemię. Najrozmaitsze barwy jaśniały w promieniach słońca, tworząc małe plamki; na mnie robiło to wrażenie wielkiego, poruszanego od wiatru pola tulipanów i wreszcie doszedłem do wniosku, że jest to widok bardzo ładny, ale po dłuższym czasie męczący, a osoby wrażliwe może nawet przyprawić o zawrót głowy, bliski jakimś przykrym bredzeniom sennym. Nie mogłem doszukać się przyjemności, jaką narożne okno sprawia kuzynowi, i wyraziłem to zupełnie szczerze. Kuzyn splótł ręce nad głową i oto potoczyła się między nami taka rozmowa:

On: Kuzynie, kuzynie, widzę, że nawet najmniejsza iskra talentu pisarskiego nie błyska w tobie. Brak ci pierwszego warunku, potrzebnego, abyś kiedykolwiek wstąpił w ślad twego szanownego kulawego kuzyna: mianowicie oka, które istotnie widzi. Ten rynek nie jest dla ciebie niczym więcej, jak widokiem jakiegoś pstrego, bezsensownego zgiełku tłumów kręcących się w działaniu bez znaczenia. Ho, ho! przyjacielu! Dla mnie rozwija się tu najwszechstronniejsze widowisko mieszczańskiego życia i mój duch, czujny Callot lub nowoczesny Chodowiecki, kreśli jeden szkic po drugim, o zarysach dosyć śmiałych. Kuzynie, chcę się przekonać, czy mógłbym przynajmniej wyłożyć ci pierwsze zasady sztuki. Spójrz oto wprost przed siebie na ulicę; tu masz moją lornetkę: obserwuj tę osobliwie ubraną osobę, z wielkim koszem na ramieniu, która, pogrążona głęboko w rozmowie ze szczotkarzem, zdaje się wykonywać pośpiesznie zupełnie inne posługi niż te, które dotyczą pożywienia ciała.

Ja: Widzę ją. Ma jaskrawożółtą chustkę, jak turban, na sposób francuski owiniętą dokoła głowy, a jej twarz, cała jej postać jawnie świadczy o tym, że jest Francuzką. Zapewne jedna z pozostałych po ostatniej wojnie, która tu na suchym lądzie ocalała.

On: Nieźle odgadłeś. Założyłbym się, że jej mąż zawdzięcza jakiejś gałęzi rękodzielnictwa francuskiego wcale piękny dochód, tak że jego żona może obficie napełniać swój koszyk dobrymi rzeczami. Teraz rzuca się ona w zgiełk. Spróbuj, kuzynie, jeżeli możesz, nadążyć z jej biegiem w najrozmaitszych kierunkach, nie tracić jej z oka; żółta chustka świeci wciąż przed twym okiem.

Ja: O, jakże ten żółty, gorejący punkt przecina masę ludzką! Teraz już jest blisko kościoła, teraz znów targuje coś koło straganów, teraz — o, do licha! zgubiłem ją — nie, tam na końcu znów się wydobywa, tam koło drobiu, chwyta oskubaną gęś, obmacuje ją palcami znawczyni.

On: Dobrze, kuzynie. Utkwić w czymś wzrok, to kształci wyrazistość spostrzegania. Ale zamiast w nudny sposób uczyć się sztuki, której zaledwie można się nauczyć — pozwól mi raczej zwrócić ci uwagę na wszelkiego rodzaju dziwy, które tu przed naszym okiem się dzieją. Czy widzisz tę kobietę, która sobie tam w kącie, choć ścisk wcale nie jest tak wielki, łokciami drogę toruje?

Ja: Co za szalona figura! jedwabny kapelusz, kapryśnie bezforemny, podług jakiejś zakazanej mody, a na nim chwiejące się na wietrze pióra, krótki jedwabny płaszcz, którego barwa powraca do nicości pierwotnej — na tym dość przyzwoity szal — obszycie żółtej perkalowej sukni sięga do kostek, szaroniebieskie pończochy, sznurowane trzewiki. Za nią przyzwoicie ubrana służąca z dwoma koszykami, siatką na ryby, workiem na mąką... Boże, czuwaj nad nami! Jakżesz wściekłe spojrzenia ciska dokoła siebie ta jedwabna osoba, z jakim szałem pcha się w najgęstszy tłum, jakże się rzuca na wszystko, na jarzyny, owoce, ryby itd; jakże wszystko obziera, obmacuje, o wszystko się targuje, a nie kupuje nic...

On: