Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 353 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Narkopolis - Jeet Thayil

Książka nominowana do jednej z najważniejszych nagród literackich na świecie „Man Booker Prize”.

Halucynogenna opowieść, w której w oparach opiumowej fajki poruszamy się po zakazanych dzielnicach Bombaju. Miasta pełnego seksu, perwersji, uzależnienia, śmierci, ale także miłości i szaleńczej namiętności.
To obraz Indii, jakich do tej pory nie poznaliśmy. Dla miłośników „Slumdoga. Milionera z ulicy”.

Opinie o ebooku Narkopolis - Jeet Thayil

Fragment ebooka Narkopolis - Jeet Thayil

Jeet Thayil

NARKOPOLIS

Przełożyła Agnieszka Walulik

Tytuł oryginału: Narcopolis

Copyright © Jeet Thayil, 2012

Published by agreement with DGA Ltd, London

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Walulik, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Z dedykacją dla H.C.V.

Czyż nie uczyniliśmy ziemi łożem dla wypoczynku,

A gór jako podpory do namiotu?

Stworzyliśmy was parami,

Uczyniliśmy wasz sen odpoczynkiem1.

Sura LXXVIII

PrologCoś dla ust

Bombaj, który wymazuje własną historię, który zmienia sobie imię i chirurgicznie odmienia swoje oblicze, jest bohaterem czy też bohaterką tej historii, opowiadaczem zaś jestem ja, o którym nic zgoła nie wiesz, więc powiem tylko, że wrócimy jeszcze do tematu, ale nie w tej chwili, bo nie musimy się spieszyć, mamy dość czasu, by zapalić lampę, otworzyć okno księżycowi i przysiąść na chwilę, marząc o wielkim upadłym mieście, kiedy bowiem powróci dzień, będę musiał zamilknąć, ponieważ są to opowieści na nocną porę, znikają w świetle dnia niczym upiorny pył… poczekaj, oświetl mnie, zróbmy to należycie, tak, przysuń mnie ostrożnie do lampy, przytrzymaj, przytrzymaj, dobrze, najpierw powolne zaciągnięcie, wsysasz dym głęboko do płuc, tak, o tak, i jeszcze raz do nosa, i jeszcze odrobina słodyczy dla ust, i już możemy zacząć od początku, od tego pierwszego razu u Rashida, kiedy wciągnąłem błękitny dym z fajki do krwi, do oka, do siebie i z powrotem na błękitny świat – teraz wreszcie dochodzimy do kwestii „kto” i powiem ci, że ja, ów ja, którego wyobrażasz sobie w tej chwili, ów myślący ktoś, który pisze te słowa, który układa czas w uporządkowany chronologiczny ciąg, który panuje nad całością, bóg-inżynier całej tej maszyny, no więc wcale nie jest on tym samym ja, który opowiada tę historię – to ja, który jestem opowiadany, ja myślący o swojej pierwszej fajce u Rashida, przeczesujący mózg w poszukiwaniu obrazów, twarzy, urywka melodii, brzmienia głosu, próbujący sobie przypomnieć, jak ona wyglądała – przeszłość – i przyzwać ją, jak przyzywałbym pejzaż czy światło dalekiego kraju, bo o tym właśnie mówimy, nie o fikcji czy martwej historii, ale o miejscu, gdzie się kiedyś mieszkało i do którego nie można powrócić, i właśnie dlatego próbuję sobie przypomnieć, jak to się stało, że narobiłem sobie kłopotów w Nowym Jorku i że odesłano mnie do Bombaju, żebym doprowadził się do porządku, jak dowiedziałem się o Rashidzie i jak pewnego popołudnia przemierzyłem taksówką ulice pełne śmieci, ludzkich i zwierzęcych odchodów oraz biedaków, wszędzie biedaków i szaleńców, którzy potykali się o własne ubrania albo stali bez ruchu i gapili się w pustkę, i nie widziałem nic niezwykłego w ich bosych stopach czy ich zapamiętaniu, a potem wypaliłem fajkę i przez cały dzień wymiotowałem, słysząc w kamiennym śnie szepty mówiące o Patharze Maarze, kamiennym zabójcy, który grasował nocą po mieście; rozgłaszane przez biedotę pogłoski o tym, jak przemierzał zamieszkane przez klasę robotniczą przedmieścia Sion i Koliwada i mordował śpiących samotnie ludzi, podkradał się do nich nocą i zabijał, lecz nikogo to nie obchodziło, bo jego ofiarami padali już nawet nie biedacy, ale niewidoczne byty pozbawione imion, dokumentów i rodzin, i zabijał ich ostrożnie, pół tuzina zamordowanych mężczyzn i kobiet, bezdomnych z północno-centralnych przedmieść, gdzie ulice spływają breją i odpadami i pokrywa je zielony oleisty połysk, i przez cały ten rok pozostawał on tylko podziemnym szeptem, o którym wyższe klasy nie miały pojęcia, póki nie trafił na nagłówki, i w moim zaślepieniu zdawało mi się, że rozumiem jego litość i trwogę i że rozpoznaję w nim dobrego samarytanina, szlachetnego wybawcę ofiar nieudanego eksperymentu, jakim było Planowane Socjalistyczne Państwo Indii, który usiłował tylko zakończyć ich cierpienie i wymazać nędzę, a przynajmniej tak mi się zdawało, gdy sam pogrążałem się we własnej nędzy na tylnym siedzeniu taksówki, rozwalony na oparciu tapicerowanym w bombajski brąz, mówiąc kierowcy, żeby zwolnił, kiedy przejeżdżaliśmy obok kobiet, i nagle zobaczyłem – przysięgam, że to prawda – zobaczyłem twarz służącej, która opiekowała się mną w dzieciństwie, ciemnoskórej dziewczyny uśmiechającej się słodko, gdy ją biłem, i nie miałem cienia wątpliwości, że to ona, porzucona w tej dzielnicy bez wyjścia, gdzie kobiety oceniano, wyceniano i sprzedawano na każdej ulicy, przy każdym kanale i w każdym domu; kobiety z dalekiej północy, z południa, zewsząd, świeże i używane, sprzedawane i oddawane, wymieniane niemal za darmo – wiedziałem, że to ona, ale nie zatrzymałem się, dopóki taksówka nie zwolniła za dżipem z rządową plakietką, a kiedy kierowca odnalazł adres Rashida, który mu podałem, myślał, że jadę do klatek, czyli najtańszych pokojów, gdzie kobiety kosztowały od pięciu rupii w górę, i pokazał mi palcem domy z wymalowanymi na okiennicach numerami, i powiedział: „Numerowane domy lepsze”, po czym kiwnął głową na ulicznice i kobiety w klatkach: „Te tutaj brudne” – dodał, gdy już wysiadałem z taksówki w chaos, ponieważ akurat popsuł się jakiś zaprzężony w bawołu wóz i tłum zebrał się, żeby popatrzeć na bydlę klęczące w wąskiej uliczce i na woźnicę, który smagał je batem w krótkich, metodycznych wybuchach furii, choć poza tym był całkiem spokojny, nie przeklinał i nie pocił się wcale, tylko jego ręka wznosiła się i opadała, wznosiła się i opadała, a bryły lodu zapakowane w trociny topiły się w równych rzędach na wozie, zaś dokoła czekali i patrzyli biedacy oraz szaleńcy, i ja też patrzyłem, a potem wspiąłem się na schody do lokalu na pierwszym piętrze, którego adres mi podano, stanąłem w progu i ogarnąłem wszystko zmysłami: woń melasy, snu i choroby, kobietę pilnującą fajki i podgrzewającą opium za pomocą długiej igły, z dłonią poruszającą się, jakby robiła na drutach, i starego mężczyznę nachylonego nad piecykiem, wdychającego bulgocące opium – wszystko w pomieszczeniu odbywało się na podłodze, maty do spania i poduszki leżały złożone lub rozłożone, na ścianie kalendarz z fotografią meczetu… czekaj, przerwij na chwilę i zapal mnie jeszcze raz albo daj, ja to zrobię, tak, o tak, właśnie tak, cudownie, co za słodka medytacja, nie, więcej niż medytacja, to błogość, która wprowadza spokój w duszy i sprawia, że prędkość staje się do ogarnięcia, tak, doskonale… a teraz, mimo że upłynęło już całe życie, jesteśmy w tym samym mieście, ja i ja, i wcale nie mówię tego w rastafariańskim znaczeniu „my”, ale by oddzielić dwie machiny ja: człowieka i fajkę, ktosia i ktosia, który opowiada historię o dawnych czasach, kiedy to zapaliłem pyali i przez cały dzień wymiotowałem, mój pierwszy raz na ulicy Shuklaji, nowy na ulicy i nowy w mieście, odseparowany swoją niewiedzą, tempem ludzkich spraw na chodnikach i w sklepach, świadom, że nie mam potrzebnych umiejętności, że mój chód jest zbyt wolny, że zwracam uwagę nie na to, co trzeba, ponieważ w swojej głowie nie do końca tam przebywałem, i ta częściowość, ta połowiczna obecność i rozkojarzenie widoczne były w mojej twarzy tak, że patrzący na mnie ludzie rozpoznawali zmęczenie lotem, postrzegali je niczym jakiś duchowy brak, aż wszedłem do pokoju Rashida, złożyłem głowę na drewnianej poduszce i wyciągnąłem się jak najwygodniej, odkrywając z pewnym zdumieniem, że stary mężczyzna kiwający się nad kuchenką mówi po angielsku, przemawia do mnie w języku oszalałego śmiercią, ogarniętego obsesją religii kraju żyjących świętych, i pyta, czy jestem syryjskim chrześcijaninem, bo zauważył koptyjski krzyżyk na mojej szyi, a katolik by takiego nie nosił, i oczywiście miał rację, bo faktycznie byłem syryjskim chrześcijaninem, jakobitą, jeśli musimy się wgłębiać w podsektę podsekty – jakże on pyszny, ten wspaniały dym, ostatni dymek ostatniej fajki ostatniej nocy świata – i ten stary człowiek, który miał na imię Bengali, rzekł: „Ach, w takim razie może znasz odpowiedź na pytanie, które mnie dręczy; chodzi mi o niezwykłą popularność chrześcijaństwa w Kerali i jak Keralczycy, miast dopasować się do niego, dopasowali je do siebie, do dawnych podziałów kastowych, i – to właśnie moje pytanie – czy Jezus zaaprobowałby klasowe chrześcijaństwo, kiedy cała jego nauka polegała na odrzuceniu klas? Był to wszak człowiek, który zadawał się z biedotą, z rybakami, z trędowatymi i prostytutkami, z chorymi i umierającymi, z kobietami; cechowała go patologiczna wręcz skłonność do stawania w obronie maluczkich, a sens jego nauczania sprowadzał się do bezwarunkowej miłości Boga, niezależnie od pozycji społecznej” – i co miałem mu odpowiedzieć, kiedy żadnej odpowiedzi ode mnie nie oczekiwał, tylko już kiwał głową, zresztą sam i tak zajęty byłem przyglądaniem się tamtej kobiecie, Dimple – było coś uspokajającego w niespiesznym sposobie, w jaki przygotowywała fajkę: zanurzyła igłę w malutkim miedzianym naczyniu ze spłaszczoną krawędzią, pyali rozmiarów naparstka wypełnionym po brzegi melasą, płynem o barwie i konsystencji ropy, obtoczyła czubek igły w opium i uniosła go do lampy, gdzie zabulgotał i stwardniał, a potem powtarzała tę procedurę, aż uzbierała grudkę wielkości i barwy orzecha włoskiego, którą obtoczyła w miseczce, na koniec zaś ostukała igłę o trzon fajki i dała mi znać, że gotowe, wtedy jednak okazało się, że fajka była za długa i za ciężka, bym mógł się swobodnie zaciągać, nawet kiedy kobieta przytrzymywała miseczkę nad płomieniem – ustnik był za duży, smak zbyt szorstki i fajka zaraz się zapchała, a wtedy tamta zabrała ją szybko, jeszcze raz przyłożyła do niej igłę i powiedziała po angielsku: „Dym, ciągnij mocno”, zaś Rashid dodał: „Patrz na Dimple, ona ci pokaże”, a kobieta odrzuciła włosy z oczu i wypraktykowanym ruchem elegancko osadziła ustnik między wargami, zaciągając się tak długo i głęboko, że nawet nie było dymu, i kiedy na powrót podała mi fajkę, nie mogłem zapomnieć, że dopiero co trzymała ją we własnych ustach, lecz ona powiedziała: „Wciągnij mocno i wciągaj dalej, nie przestawaj, bo jak przestaniesz, to opium się spali, a spalone opium nadaje się tylko do wyrzucenia, więc ciągnij, póki nie będziesz mógł ciągnąć dalej”, a ja w swojej ignorancji spytałem: „Czy mam się zaciągnąć na raz?”, „Możesz, ale potem będziesz musiał przyswoić to w płucach, lepiej wciągać krótkimi wdechami”, „A jak długo powinienem trzymać to w płucach?”, „Zadajesz strasznie dużo pytań. To zależy, ile chcesz nashy, trzymaj, ile ci się podoba, ale nie wkładaj sobie do ust całej fajki, to nieelegancko”, więc powiedziałem „Przepraszam” i szybko odstawiłem fajkę, po czym na powrót ją przysunąłem i dopasowałem niespiesznie i z uwagą, bo pojąłem, że opium ma swoją etykietę, poczucie rytmu koncentrujące się na ustach i sposobie, w jaki trzymasz fajkę w relacji do swojego ciała, na księżycowym przypływie i przyciąganiu dymu, który wypełnia najpierw płuca, potem żyły, a kiedy podniosłem wzrok, kobieta uśmiechała się razem z Bengalim, zaś Rashid powiedział: „Tutaj mawiamy, że tylko najgorszego wroga powinno się wprowadzać w palenie opium, więc może Dimple jest twoim największym wrogiem”, ja zaś pomyślałem, że może wręcz przeciwnie, może sam nim jestem, a O to ja, zaś ja jest niegodne zaufania, moja pamięć niczym bibuła, moja pełna-dziur porowata drąca-się nie-pamięć pamiętająca szczegóły sprzed trzydziestu lat, ale dziś rano zupełnie pusta; z kolei jeśli pamięć – ból – definiuje człowieczeństwo, to w takim razie nie jestem człowiekiem, jestem fajką O opowiadającą w ciągu nocy tę historię, zaś ja (to jest ten drugi ja) tylko zapisuję ją prosto z ustnika, ustnika tej samej fajki, którą przygotowała mi Dimple tamtego pierwszego razu, ale to już historia na później – dobra, lecimy, teraz najlepsza część: sny, które nie są snami, tylko rozmowami, odwiedzinami nieobecnych przyjaciół, hałaśliwą procesją za zamkniętymi powiekami, przed przytomnymi i śniącymi oczami, czasem budzi cię jakiś głos, twój własny głos mówiący do kogoś, kogo tu nie ma, bo jesteś sam, leżysz na plecach, żeglujesz po opiumowym morzu, nie, tym razem dziękuję, wszystko w porządku, naprawdę, wręcz wspaniale – jestem więc tym samym ja, który w dawnych czasach na Upper East Side, kiedy przyłapali mnie na kupowaniu trawy i wsadzili do więzienia, zwrócił uwagę, że cela była niewiele mniejsza niż pokój, w którym wtedy mieszkałem; schodziłem właśnie z haju, kiedy ten biały glina wyciągnął broń i pobiegł za mną uliczką, a ja zorientowałem się, że to ślepy zaułek, i zawróciłem, sięgając do kieszeni, żeby oddać mu torebeczkę, i glina nie strzelił, z jakiegoś powodu nie strzelił, wsadził mnie tylko do furgonetki i zabrał do aresztu, gdzie, jak już mówiłem, cela była rozmiarów mojego pokoju, i w zasadzie cieszyłem się, że tam jestem i że w ogóle żyję, no a potem odesłali mnie z powrotem do Indii i odnalazłem Bombaj i opium, narkotyk i miasto, miasto opium i narkotyk Bombaju – dobra, teraz będzie krótko, bo noc prawie dobiega końca, więc już tylko jedna szybka fajeczka, żeby łódka O mogła się dalej kołysać na melasowej fali, odwrócę tylko głowę i zaciągnę się, a ty zajmij się resztą – i od tamtej pory usiłuję oddzielić jedno od drugiego albo i nie, bo teraz już zaczynam się poddawać, nie oddzielam, lecz łączę, ulegam wspaniałym historiom, zapalam miseczkę, jedną dla mnie i jedną dla mnie, smakuję po raz ostatni, rozkoszuję się barwą i bukietem, nosem, tak, dokładnie tak, wyśmienicie, a potem przestaję, bo pora już wycofać się w ciszę i dopuścić do głosu drugiego ja.

Księga pierwszaMiasto O

Rozdział pierwszyDimple

Zanim Dimple zaczęto nazywać imieniem Zeenat, pracowała u Rashida na niepełny etat i co wieczór wracała do burdelu hidźrów. Paliłem przy jej stanowisku, nawet kiedy pozostałe fajki były wolne, i gawędziliśmy na sposób palaczy, horyzontalnie, z długimi przerwami, nasze słowa tak ciche, że przypominały niezrozumiałe gaworzenie małych dzieci. Zadawałem jej typowe głupie pytania. Czy lepiej jest być mężczyzną, czy kobietą? Dimple odparła:

– Jeśli chodzi o konwersację, lepiej być kobietą, a o wszystko inne, o seks, to mężczyzną.

Spytałem więc, czy jest mężczyzną, czy kobietą, a ona pokiwała głową, jakby nigdy przedtem jej o to nie pytano. Miała wtedy około dwudziestu pięciu lat i zwyczaj potrząsania włosami w taki sposób, że wpadały jej do oczu, oraz uśmiechania się zupełnie bez powodu – pamiętam, że był to słodki uśmiech, bez najmniejszych zapowiedzi tego, co miało ją odmienić.

Powiedziała:

– Kobieta i mężczyzna to słowa, którymi posługują się inni ludzie, nie ja. Sama nie wiem, czym jestem. Czasami ani jednym, ani drugim albo w ogóle niczym. W inne dni czuję, że jestem obydwojgiem. Ale mężczyźni i kobiety są tak różni, więc jak jedna osoba może być nimi naraz? Czy nie tak właśnie myślisz? No więc ja właśnie jestem i jednym, i drugim i nauczyłam się wielkim kosztem kilku rzeczy, rzeczy, których lepiej nie wiedzieć, jeśli chce się żyć pośród ludzi. Wiem na przykład coś o miłości i o tym, jak kochankowie pragną pochłaniać i być pochłaniani, i rozpływać się w sobie nawzajem. Wiem, jak marzą, aby dwoje równało się jeden, i wiem, że to niemożliwe. Co jeszcze? Kobiety są bardziej rozwinięte biologicznie i emocjonalnie, wszyscy o tym wiedzą i to zupełnie oczywiste. Mylą jednak seks z duchem, nie rozdzielają tych spraw. Mężczyźni natomiast, jak wiesz, zawsze podchodzą do nich osobno: rozdzielają swoją ludzką i psią naturę. – Potem dodała: – Chciałabym opowiedzieć ci o tym coś więcej, o rodzinnym podobieństwie między mężczyznami a psami. Jak się domyślasz, mam na ten temat masę spostrzeżeń, ale na co by się to zdało? Mała szansa, że zrozumiesz, w końcu jesteś mężczyzną.

Angielskiego nauczyła się, rozmawiając z klientami, teraz zaś zabrała się do nauki czytania. Znała alfabet na tyle, by rozpoznawać przypadkowe słowa w gazetach i magazynach filmowych, które trafiały do jej rąk, w tanich wydaniach książek pozostawianych przez klientów khany czy na etykietach środków do czyszczenia i tubkach pasty do zębów. Czasem Bengali dawał jej jakieś lektury; zazwyczaj historię, ale też filozofię, geografię oraz ilustrowane biografie o tytułach takich jak Wielcy myśliciele dwudziestego wieku lub Stu największych ludzi świata. Wynajdywał je w sklepikach raddi w okolicach ulicy Shuklaji, która stanowiła ośrodek handlu starym papierem, szmatami, zabawkami i wszelkiego rodzaju rupieciami. Dimple czytała po kryjomu, bo nie lubiła, żeby ją przy tym widziano. Czytała na sposób ludzi niepiśmiennych. Lubiła patrzeć na okładki i przesuwać palcem po tytule, a kiedy udawało jej się rozszyfrować jakieś słowo albo zdanie, przeszywał ją dreszcz ekscytacji.

Leżałem wyciągnięty w khanie, która o tej popołudniowej godzinie świeciła pustkami, kiedy Dimple spytała mnie, co za książkę czytam.

– To nie książka – odparłem. – To magazyn, a ja czytam o pewnym hinduskim malarzu mieszkającym w Londynie.

– „Time”. Czas. Jaki wielki tytuł dla takiej małej książki. Sławny ten twój malarz?

– Tutaj nie. W Anglii owszem. Nie skończył szkoły. Nie, źle mówię: wyleciał z niej za malowanie pornograficznych graffiti w męskiej toalecie. Zaoszczędził pieniądze na studia artystyczne i zdobył stypendium do Oksfordu. Eleganccy Brytyjczycy spodziewali się jakiegoś uczonego hinduskiego mistyka. On tymczasem, piszą w tym artykule, malował Chrystusa z większym przekonaniem niż malarze brytyjscy.

– Przeczytaj.

– „Sztuka Newtona Pintera Xaviera to katolickie poczucie winy rozdmuchane do destrukcyjnych rozmiarów. On nie tyle maluje, ile wybebesza i wypruwa flaki. Jego odmienieni Chrystusowie robią większe wrażenie niż u Bacona, ponieważ atakują nas spoza ram, do których możemy się odnieść, ram, których nie możemy rozpoznać w ziemskim kontekście. Te wizerunki dryfują poza historią. Jeśli zaś chodzi o geografię, trzymają się zdecydowanie poza zasięgiem Wysp Brytyjskich oraz, jak podejrzewam, subkontynentu indyjskiego. Ociekają seksem, herezją i przypadkowymi wyjątkami z tekstów o psychopatologii codziennego dnia, a…”.

– Dosyć, przestań, starczy już. Daj obejrzeć obrazki.

Redakcja pamiętała o zamieszczeniu reprodukcji kilku obrazów Xaviera. Była wśród nich skrwawiona figura Chrystusa owinięta w ciernie wielkości podkładów kolejowych – jego postać na tle krwawych rozbryzgów wydawała się drobna i umęczona. Był też jakiś autoportret oraz dwa bezlitosne nagie akty, miękkie białe ciała rozpostarte na nierdzewnej stali, z martwą skórą nabrzmiałą w szorstkim fluorescencyjnym świetle. Dimple milczała, patrząc na te malowidła. Potem oddała mi magazyn, mrużąc oczy, jakby wytężała wzrok.

– On jest tak wściekły, że nie może myśleć – powiedziała. – Tak wściekły, że chce zabijać. Chce wszystko uczynić brzydkim. Chce zabić cały świat. Jak można ufać takiemu człowiekowi? Jak można się z nim zgadzać, kiedy mówi, że ludzie są chorzy i że zasługują na śmierć?

Po jakimś czasie spytała, czy przeczytałbym jej coś innego, i wyciągnęła spod swojego materaca podręcznik obłożony brązowym papierem, jak u uczniaka, Nowy ujednolicony podręcznik dla niechrześcijan: sylabus egzaminacyjny z historii i nauk moralnych. Pod tytułem znajdowało się nazwisko autora: S.T. Pande, profesor historii, Uniwersytet Barody. Wyciągnęła książkę i otworzyła ją na stronie, którą sobie zaznaczyła, więc przeczytałem kilka zdań.

– „Założycielem chrześcijaństwa był eponimiczny Chrystus, Jezus, którego osobowość, w równej mierze maniakalna i magnetyczna, skłaniała się całkowicie ku radykalnej idei obalenia hierarchicznego porządku społecznego na świecie. Jego radykalizm, który w najwyraźniejszy sposób manifestował się w jego mistycznych wypowiedziach, najlepiej ujmuje następujący cytat z drugiej ręki: «Nie zadowalaj się takim stanem rzeczy». Miał ostry język, którym atakował kapłanów, bogaczy, polityków, lichwiarzy, Żydów, innowierców, wrogów i przyjaciół. Niektórzy mówią, że jego wyjątkowym darem było mówienie prawdy bez względu na okoliczności. Inni twierdzą, że było to jego przekleństwo. Narodził się z Marii, dziewiczej żony i matki, która obdarzona była śliczną twarzą w kształcie gruszki i której czciciele zwracają się do niej w następujący sposób: Zdrowaś Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen!

Jezus był także między innymi nielicencjonowanym medykiem, który potrafił leczyć chorych jednym dotknięciem palca wskazującego. Czy była to zdolność boskiej proweniencji, czy zwyczajnie biegłość w zastosowaniu ziół i roślin, pozostaje kwestią otwartą. Dyskusji nie podlega natomiast skuteczność jego metod w stosunku do chorych i umierających. Dlatego właśnie chorzy, podobnie jak ubodzy, nawracali się na chrześcijaństwo; najniżsi z najniższych przyjmowali tę wiarę, ponieważ odnajdywali w niej balsam stanowiący antidotum na świat opanowany plagą systemu klasowego”.

Zastanawiałem się, czy na tym właśnie polegał styl profesora Pandego (jeśli ten człowiek rzeczywiście był profesorem) – pisać tak, jakby spędził w towarzystwie Jezusa i Marii całe dnie, robiąc notatki, zbierając informacje z pierwszej ręki, którymi dzielił się teraz z nami, jego szczęśliwymi czytelnikami. Powiedziałem Dimple, że wydaje mi się on źródłem niegodnym zaufania, choć dobrze się go czyta, i że nie ma w tym nic złego. Bo kto niby jest godny zaufania? Po co w ogóle być spolegliwym, jak pies albo samochód, albo fotel? Powiedziałem, że w ogóle mi to nie przeszkadza, o ile tylko nie będzie się mienił historykiem i moralistą. Dimple zupełnie to wszystko nie interesowało. Była uzależniona od opowieści, należała do tego rodzaju czytelników – a raczej należałaby, gdyby potrafiła czytać – którzy nienawidzą docierać do końca książki. Oparłem więc książkę profesora Pandego na piersi i czytałem dalej.

– „Jezusa ukrzyżowano w bardzo okrutny sposób, ale umarł z uśmiechem. Widok jego uszczęśliwionej twarzy miał ogromny wpływ na jego uczniów, podobnie jak czynione przez niego cuda. Był on w gruncie rzeczy doskonałym aktorem – niezależnie od okoliczności udawało mu się przedstawić kilka spektakli tygodniowo. Raz nakarmił pięć tysięcy ludzi pięcioma bochenkami chleba i dwiema rybami”.

Dimple przerwała mi:

– Pięć bochenków chleba i dwie ryby, co oznacza, że sześć ryb nakarmiłoby wszystkich biednych w Bombaju, nie, nie, oczywiście nie, tylko tych z ulicy Shuklaji. Mimo to powinien był urodzić się w Indiach.

Podeszła do okna i splunęła na ulicę. Na jej palcach widniały ślady po oparzeniach, a paznokcie u nóg pomalowane były na czarno. Na obojczyku miała siniaka w kształcie księżyca – naciągnęła mocno koszulę, żeby go zakryć. Przez chwilę stała przy oknie, wyglądając na zewnątrz. Do końca życia zapamiętała kurz spod ręcznych wózków kłębiący się w świetle słońca i sposób, w jaki wtedy żyła, burdel z czerwonym numerem 007 na drzwiach i łazienkę, którą dzieliła z innymi randi, dziurę w podłodze o kształcie orzeszka ziemnego, do której sikali wszyscy, wszyscy, łącznie z klientami. Zapamiętała kobiety, z którymi pracowała, te świeże i te niezbyt świeże, z rozmaitych miast i miasteczek, z Secunderabadu i Patny, i Kalkuty, i Katmandu, przysłane do Bombaju, żeby zarobić na swoje rodziny, które nigdy nie zobaczyły tych pieniędzy, ponieważ właściciele burdeli nigdy ich nie wysyłali. Dimple zapamiętała też, że mniej więcej w tym czasie postanowiła zawalczyć o swoją przyszłość – kiedy zaczęła czytać, z głową na materacu albo siedząc zgarbiona po turecku i z trudem literując słowa, póki nie ogarnęła jej senność. Obudziwszy się, wiedziała, że jej pobyt w burdelu dobiega końca i że wkrótce stamtąd odejdzie, że musi tylko podtrzymać swoją determinację, a jej przyszłość stanie się prawdą, byle tylko wytrwać. Wiedziała też, że cokolwiek się stanie, cokolwiek zdoła lub czegokolwiek nie zdoła osiągnąć, będzie to świadectwo jej przeszłości w burdelu.

Czy to właśnie tego wieczoru wyciągnęła kopię „Sex Detective”, magazynu o prawdziwych zbrodniach, od którego uzależniony był Bengali? Przerzucała strony, póki nie trafiła na fotohistorię pod tytułem Mąż kobieciarz dostaje to, na co zasłużył. Na pierwszym zdjęciu mężczyzna w kwiecistej koszuli i dzwonach ofiarowywał słonecznik piersiastej kobiecie. Tekst umieszczony był w komiksowych chmurkach. Dimple pokazała mi części, które chciała, żebym jej przeczytał.

– „Jesteś bardzo sprytny. Ofiarowujesz mi kwiatek, a w zamian chcesz zerwać kwiat mojej młodości. Ich gorące oddechy się mieszają. Oczy mówią oczom, jak głębokie jest ich pragnienie. Prakash i Priya zbliżają się do siebie, aby napić się nektaru miłości. Prakash, twój płomienny dotyk podnieca mój kwiat. Proszę, dotknij dziewiczych płatków kroplami swojego męskiego wigoru. Prakash dotyka palcami warg Prii i rozbudza jej ciało”.

Odczytałem ten fragment z mimowolną lekceważącą czy też żartobliwą intonacją i Dimple spytała, dlaczego mnie to śmieszy.

– A dlaczego ty traktujesz to poważnie? To tylko zmyślona przez kogoś historyjka.

– Historie są prawdziwe. Nie widzisz, że ci ludzie zmierzają ku katastrofie? Oddaj mi książkę.

– To nie książka.

– Nie?

– A to nie fajka.

– Dosyć. Śnisz na jawie.

Dimple mogła usłyszeć tę myśl od tai albo od którejś z randi w burdelu, ale – jak to ona – rozwinęła ją w rodzaj lekcji, miniwykład. Powiedziała, że ma mi coś do powiedzenia, coś, czego nie powinienem brać do siebie. Powiedziała, że to wszystko z powodu pytań, które jej zadawałem, i dlatego że jej własne myśli dopiero teraz nabierają kształtu w umyśle. Powiedziała, że mężczyźni, jakiekolwiek ich seksualne preferencje, mają więcej wspólnego z innymi mężczyznami niż z kobietami. Możliwe nawet, że mają więcej wspólnego z samcami innych gatunków, z szympansami, kozami i psami – szczególnie z psami, jak wyjaśniła mi już wcześniej – niż z kobietami. Nie są to niemiłe słowa, ciągnęła dalej, zwłaszcza nie w stosunku do mężczyzny. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale czy nie jest prawdą, że mężczyzn interesuje nie tyle czułość, ile orgazm? Czy nie jest prawdą, że dla mężczyzny głównym celem stosunku jest wylanie nasienia do odpowiedniego naczynia albo nawet nieodpowiedniego, jeśli nic lepszego nie ma pod ręką? Nie chcę być cyniczna, ale prawda jest taka, że przepaści pomiędzy mężczyznami a kobietami nie da się przekroczyć i dotyczy ona wszystkiego, od rozkoszy po sens małżeństwa. Prawdziwa więź jest niemożliwa, jedyne, na co możemy liczyć, to kohabitacja. Nie odpowiedziałem. Tym, co zdumiało mnie w tej przemowie, nie była jej treść. Dimple mówiła po angielsku, i to płynnie, ja zaś zastanawiałem się, jakim sposobem tak dobrze się go nauczyła.

Później, kiedy ogarnęła mnie senność, śniło mi się, że idę przez korytarze jakiegoś domu, w którym od dawna nie ma prądu. Szedłem ciemnym przejściem za dźwiękiem wody, aż dotarłem do ślepego zaułka, gdzie znajdował się jakiś pokój. Chwilę trwało, zanim rozpoznałem postać czekającą na łóżku.

– Stara przyjaciółko – odezwałem się – opowiedz mi o swojej śmierci, ale proszę, musisz się postarać, tylko w ten sposób możemy ze sobą rozmawiać.

Dimple uśmiechnęła się uprzejmie.

– Co? – spytała. – Nie rozumiem cię.

– Postaraj się, postaraj – powiedziałem.

– Jak chcesz – odparła. – To twój dom, ale dlaczego nie otworzysz okien? Podczas pełni księżyca nie powinno się używać elektrycznego światła. Zapal w zamian świeczkę i otwórz okna.

Na zewnątrz, na ulicy, działała tylko jedna latarnia. W krąg światła wszedł niezdarnie pies ze złamaną łapą. Ulica zdawała się poruszać i nagle zrozumiałem, że znajduje się pod wodą. Słyszałem wodę chlupiącą pod budynkiem i czułem woń chemikaliów unoszących się na powierzchni. Dimple powiedziała:

– Bądź wdzięczny, wielu ludzi nie ma nawet tyle. – A potem dodała: – Umarłam w grudniu, o trzeciej po południu. Ludzie spacerowali na promenadzie. Jakaś dziewczynka spytała: „Czy to morze, czy ocean?”, a jej matka odparła: „Pij kakao i zamilknij choć na chwilę”. Ławki przy pomniku były puste, jeśli nie liczyć wron. W pobliżu stała jakaś para, spoglądając na morze; zauważyłam, że kobieta jest w ciąży. Wydawało mi się, że oboje są martwi, jak zresztą wszyscy na promenadzie, ale ze wszystkich martwych ludzi, którzy tam spacerowali, ja byłam najmartwiejsza i pokryta krwią, moją własną czy cudzą, nie wiedziałam. Pomiędzy brudnymi namorzynami rozlewało się morze. Wyobrażałam sobie, że jestem falą przypływu, która zebrała się wśród kamieni w pobliżu Bandstandu, brudną, zakrwawioną falą, która napłynęła i zniknęła. Chcesz wiedzieć, co było potem? Umarłam, a mój duch zawisł do góry nogami w jaskini pełnej istot łaknących narodzenia, wisiał tak przez wiele lat lub godzin. Na ścianie dawno temu namalowano znak głoszący „Pit Loka”, a choć litery zblakły, kilkoro z nas zgromadziło się wokół niego, jakby bliskość słów mogła nam zapewnić powrót do krainy żywych. Ja jednak nie mogę wrócić, chyba że w ten sposób, tylko częściowo.

– Cieszę się, że wróciłaś – powiedziałem.

– Byłam tu przez cały czas. Co porabiałam? Nie wiem. Ludzie mówią mi różne rzeczy, tajemne rzeczy. Są dla mnie mili, bo mnie lubią, więc opowiadają mi, czego się spodziewać.

– Co dokładnie ci mówią?

– To samo, co ja ci powiem: że jesteśmy tutaj, blisko ciebie, oczywiście niewidoczni, ale jesteśmy.

– Gdzie?

– Nigdy nie spotkałam nikogo, kto zadawałby tyle pytań – odparła, po czym spojrzała na okno i uśmiechnęła się. – Po drugiej stronie lustra nasze dłonie opierają się o szkło, próbując dotknąć twojej twarzy. Oddziela nas od ciebie tylko cienka zasłona, przejrzysty welon równie ulotny jak ten, który oddziela ciebie od twoich marzeń. Jeśli chcesz z nami porozmawiać, musisz tylko zanurzyć dłoń pod powierzchnię wody. Czekamy na jedno spojrzenie albo słowo, jakieś potwierdzenie, że tu jesteśmy. Wystarczy zanurzyć dłoń, a usłyszysz nas. Musisz się wsłuchać. Nawet jeśli nie możesz tego znieść, powinieneś posłuchać.

Rozdział drugiRumi o alfonsach

Podsłuchałem pewną rozmowę, a właściwie więcej niż rozmowę – sprzeczkę pomiędzy jakimś alfonsem a wysokim mężczyzną ze znakiem kasty na czole. Mężczyzna miał na sobie kowbojki, których nie chciał zostawić przy wejściu. Nie słyszałem, co powiedział alfons, ale głos tego drugiego trudno było zignorować. Powiedział, że prawo popytu i podaży ma zastosowanie wszędzie, włączając w to kloaki Trzeciego Świata.

– Zachowujesz się jak dzieciak – stwierdził. – Nie powinieneś brać do siebie, że twoje dziwki nie mają wzięcia. Zamiast tego zadaj sobie pytanie, jak temu zaradzić. Możliwe, że wszystko, czego ci trzeba, to jakaś unikatowa cecha towaru. Regularne badania zdrowotne, oto odpowiedź, przyjacielu. Wyniki testów wywieszone na ścianie, żeby wszyscy widzieli, ale tylko te negatywne.

Alfonsem był kostropaty gigant z zębami, które nie mieściły mu się w gębie. Miał otwarte usta, jakby dyszał, ale jego głos był spokojny.

– Nazwałeś mnie dzieciakiem? – spytał. Posłużył się tym samym słowem z wysokiego języka hindi, którego użył tamten: bachpana. Mógłby złamać faceta jak zapałkę i nawet się przy tym nie spocić. Tym, co go powstrzymało, był wyraz twarzy drugiego mężczyzny: wyglądał on zupełnie spokojnie, jakby miał pod koszulą pistolet albo przynajmniej nóż.

– Nawalił się i tyle – stwierdził tamten gość, kiedy alfons o mordzie psa odszedł. Na szyi miał zawieszone słuchawki i słyszałem dobiegającą z nich dziwną muzykę. – Ja coś powiedziałem, ten się wkurwił, a potem uspokoił i już. Powiedzieć ci coś? – Ściszył lekko głos, co posłużyło tylko jako sygnał dla otaczających nas mężczyzn. – Chodzi o to, żeby przyswoić sobie jedną drobną, lecz szalenie ważną rzecz: alfonsi to tchórze. Alfonsi są bezwartościowi. Alfonsi zbijają kasę kosztem słabych i chorych, kobiet i mężczyzn, którzy nie mają już własnej woli, którzy nigdy nie zawalczą ani się nie postawią, którzy chcą umrzeć. Kiedy już to wiesz, kiedy wiesz, że alfons to tylko tchórzliwy mały pierdziel, problem znika. Możesz mu się postawić jak mężczyzna. Trzeba zaakceptować fakty, a fakty są takie, że życie to żart, pieprzony kiepski dowcip, gówniana zgrywa. Nie ma co brać go na serio, bo cokolwiek się zdarzy, i mówię poważnie, cokolwiek się, kurwa, zdarzy, puenta i tak jest ta sama: schodzisz stąd na leżąco. Rozumiesz? To nie ma pieprzonego sensu.

Chce na mnie zrobić wrażenie, pomyślałem. My, chanduli, jesteśmy niewolnikami fajki i to sprawia, że świat ma nas za nic. Nadrabiamy więc przechwałkami i kłamstwami.

Wysoki mężczyzna usiadł i krzyknął przez pokój na Bengalego:

– Szefie, dostanę swoje pyali jeszcze w tym stuleciu? Czekam od pół godziny, już mi się znudziło.

Ktoś zakaszlał i w pokoju ucichło. Bengali, bardzo niechętnie, jak mi się zdawało, położył pyali na tacy Dimple.

– Mam wrażenie, że niespecjalnie cię tu lubią – zauważyłem.

– A pieprzyć to, nie przyszedłbym w takie miejsce bez ochrony. – Spojrzał znacząco na swoją teczkę. – To skąd pochodzisz?

– Z Kerali, na południu.

– Kraina Undu Gundu, wiem, gdzie to jest. Miewasz tu kłopoty?

– Jeśli zdarzy mi się przez pomyłkę odezwać do miejscowych w malajalam, to owszem.

– Miejscowych? Masz na myśli takich jak ja? Nieważne, nie przejmuj się, wszystko się zmienia, wy z południa dacie jakoś radę. Teraz upatrzyliśmy sobie nowy cel. – Zniżył głos i dodał: – Muzułmanie.

– Czy to jakaś nowa strategia? Gwarantuje przyjaciół i dochody?

Podparł się na łokciu, żeby lepiej mi się przyjrzeć.

– Wiesz co, szefie? Lepiej uważaj, co mówisz. Może masz brzuch pełen opium i nic cię nie obchodzi. Albo chcesz się wykończyć i szukasz łatwego sposobu. Albo masz głowę pełną robaków, jak ja. – Uśmiechał się szeroko, pobłażliwie, a kiedy wyciągnął dłoń, jej uścisk był mocny i wilgotny. – Nieważne, nazywam się Rumi. A ty?

– Dom.

– Z takim imieniem masz przesrane. Jedyne, co cię łączy z tymi ludźmi, to faja.

– Czego słuchasz? – spytałem.

Podał mi słuchawki. Dźwięk był wysoki, jak ścieżka dźwiękowa do filmu zmontowanego z przypadkowych scen albo pociętego i puszczonego od tyłu, albo z rozmysłem poprzestawianego. Zabrzęczały butelki, drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Wystrzał. Jakieś dziecko szepnęło: „Czy on tu jest?”. Jakaś kobieta zaszlochała i powiedziała: „Nahi, nahi”. Szum wody spadającej z ogromnej wysokości. Drzwi zamknęły się ze skrzypieniem, a na terakotowej podłodze rozbiła się butelka. Wysoki kobiecy głos spadł w głębinę poprzez oktawy, a potem rozległ się wystrzał. Jakiś mężczyzna dyszał jak pies. Dziecko płakało i woda chlupotała o burtę łodzi albo o czyjeś ciało. Strzelił korek szampana i zadzwonił dzwonek u drzwi. Gitary z Jamesa Bonda grały razem z kowbojską muzyką smyczkową. Dziecko powiedziało: „Tu jest”. Ale gdzie było to tu? Głos kobiety nasączony wibracjami i whisky znowu opadł idealnie, a ja doświadczyłem nagłego upadku w głowie, jakby zawrotu. Usłyszałem dźwięk wody i Dimple podała mi fajkę. Przyłożyłem ją do ust i dobiegł mnie głos mężczyzny wołającego: „Monica, kochanie”, i zakręciło mi się w głowie tak mocno, że musiałem zamknąć oczy. A potem jakaś kobieta powiedziała: „Czy on tu jest?”, i jakieś dziecko szepnęło: „Nahi”, i rozległ się wystrzał, i wszystko ucichło. Zdjąłem słuchawki i oddałem je Rumiemu.

– Bombaj blues – powiedział.

Rozdział trzeciZ wizytą przychodzi malarz

Przeczytałem we „Free Press Journal”, że Newton Xavier miał przyjechać do miasta, żeby czytać swoje wiersze i odpowiadać na pytania dotyczące wystawy w Bombaju, pierwszej od dwunastu lat, która rozpoczynała się w tym tygodniu w Jehangir Art Gallery w Kala Ghoda. Cieszyłem się, że będę miał okazję zobaczyć go z bliska. Chciałem się przekonać, jak wygląda. Pamiętałem jego prace oraz artykuły, w których opisywano go jaskrawymi słowami brzmiącymi niczym wyrazy czułości. Większość autorów określała go mianem błyskotliwego enfant terrible, postmodernistycznego buntownika odrzucającego etykietkę postmodernisty, pijaka, którego epickie libacje porównywano z pijaństwem tak znakomitych poprzedników, jak Dylan Thomas, Verlaine czy J. Swaminathan (choć ostatnio wyrzekł się alkoholu, po tym jak spiwszy się do nieprzytomności, wylądował w szpitalu), dzikiego przerośniętego dziecka, którego wybryki „przewyższyły wyczyny romantyków, przynajmniej jeśli chodzi o wrażliwość i wściekłość” – to ostatnie zdanie pochodziło z „London Review of Books”. „Daily Mail” wyrażał się bardziej bezpośrednio: Xavier jest „nieustannie pijany alkoholem, pannami i pięknem”, „opętany sztuką, zaabsorbowany sobą”, a ponadto „szalony, nikczemny i oszczerczy”. Jest światowy, skwaszony, fotogeniczny, nad wiek rozwinięty i pisze poezję. W „Times Literary Supplement” napisano, że dwa zbiory jego wierszy, wydane ponownie pod wspólnym tytułem Pieśni dla tych o blaszanych uszach, są jeszcze bardziej chaotyczne od jego obrazów, choć eksplorują te same tematy, mianowicie świat jako manifestację wyobcowanego umysłu oraz trzy główne religie: islam, hinduizm i chrześcijaństwo, jako dowód wyobcowania. Ślęczałem nad reprodukcjami obrazów, które znalazłem w magazynach, zwłaszcza nad serią z hinduskim Chrystusem. Za te obrazy go zapamiętają, pomyślałem. Obrazy Chrystusa o błękitnej skórze, z oczami łani, kajalem i znakiem kasty. Chrystus grający na flecie albo kradnący ubrania kąpiących się wiejskich nimfetek, albo medytujący w jaskini: dziwne portrety w żywej hinduskiej czerwieni i żółciach. Xavier miał przemawiać w PEN Centre w New Marine Lines. Wsiadłem do pociągu z Grant Road do Churchgate, po czym poszedłem do Holu Teozofii. W dużym pomieszczeniu czekało około dwunastu osób. Wiatraki umocowane na długich tyczkach pod sufitem mieszały gorące powietrze i kurz. Ściany obstawione były przeszklonymi regałami pełnymi starych ksiąg. Nie można było ich dotknąć – wyglądały, jakby mogły się rozpaść pod wpływem najlżejszego oddechu. Znajdowały się tam także trzy tomy Doktryny tajemnej wyłożone na długich stołach – małe, oprawione w skórę wydania, rozkładające się w wilgoci Bombaju. Otworzyłem jeden egzemplarz, przekartkowałem go szybko i przeczytałem notę biograficzną na końcu. Jak przystało na słynną autorkę, madame Bławatska dzieliła swój czas pomiędzy wielkie stolice świata: jej popioły pogrzebane były na trzech kontynentach. Portret pisarki, który zdobił główny hol, był najbardziej wyeksponowaną podobizną w pomieszczeniu. Stara oszustka pozowała z wielką głową wspartą na dłoni, usiłując zahipnotyzować obiektyw. Na jej ustach nie igrało nawet widmo uśmiechu. Było to dziwne miejsce na spotkanie z bezbożnym katolikiem Newtonem Xavierem.

Usiadłem z przodu sali. Był maj i ludzie wachlowali się gazetami. Podniosłem zwiniętą kartkę, która spadła na ziemię. Widniała na niej czarno-biała reprodukcja jednego z wczesnych obrazów Xaviera, z krwawiącym, oślepionym Chrystusem o krótkich ramionach wyciągniętych do góry, z rękami przybitymi do krzyża tak brutalnie, że rozbryzgi krwi tryskały na widza. Po obu stronach umęczonej postaci znajdowały się dwa idealne popiersia: mężczyzna w szacie i naga kobieta w letnim kapeluszu. Reprodukcja była wyblakła i widać było jedynie duże piersi kobiety oraz podpis „Xavier77”. Widniał tam również wiersz:

Sonet

Bóg & pies & kość & dzień

Żyj na zawsze, jak Człowiek.

Nic nie umiera; nie ma mowy mówię.

Świat kręci się zgodnie z planem,

Wszystko powraca bez końca z odzysku

W nieskończone Życie:

To jak się śmiejesz & mówisz: „Nie ma mowy”,

Ta mucha to światło jego odeszła młoda żona,

szyscy żyją & zawsze będą żyli,

Tu, albo gdzie indziej.

A więc – otwórz przede mną ramiona, daj

Mi zapach swej skóry & czystych włosów,

Obejmij mnie swego utraconego brata,

Kochaj mnie byśmy żyli na zawsze, wszędzie.

Sonet w dziwny sposób łączył się z jego obrazami. Przebijała z niego ta sama obsesja na punkcie religii i seksu, rozdmuchane zapatrzenie w siebie, ekscentryczna interpunkcja. Chciałem przeczytać go jeszcze raz, ale siedząca obok mnie kobieta skarżyła się głosem, który roznosił się po całej sali: „Bardzo nieładnie, bardzo nieładnie. Czterdzieści minut spóźnienia. Za kogo on się uważa, za Rajesha Khannę?”. Dokładnie w tej chwili się pojawili: siwowłosy mężczyzna w kurcie wspierający drugiego siwowłosego mężczyznę w kurcie, obaj wyraźnie pijani. Pochód zamykał goniec w błękitnej koszuli z krótkim rękawkiem, z napisem „PEN” wyszytym czerwonymi literami na kieszonce. Przynajmniej on wydawał się trzeźwy. Pierwszy z pijaków, Akash Iskai, był to poeta i krytyk sztuki, którego nazwisko często pojawiało się w gazetach. Zaprowadził przyjaciela do krzesła na scenie i poczłapał do podium, gdzie rozpoczął długą, nadspodziewanie składną przemowę na temat współczesnej sztuki hinduskiej.

– Xavier oraz jego starzy przyjaciele i koledzy z Modern Autists Group wynaleźli współczesną sztukę w Indiach – zakończył. – Używam tego słowa z pełną świadomością, ponieważ ci artyści seniorzy są…

– Na litość boską – przerwał mu drugi mężczyzna – nie nazywaj mnie seniorem, jeszcze nie zdziadziałem. I nie nazywaj ich moimi przyjaciółmi, nasze drogi rozeszły się dawno temu. Jeśli już, to jesteśmy starymi antagonistami.

Poeta wydawał się niespeszony tym przerywnikiem. Członkowie Modern Autists Group byli śmiałymi prowodyrami, poszli tam, dokąd nikt inny nie odważył się zapuścić. Pozostali wiernymi prawdzie innowatorami, nawet kiedy popadali w fałsz i rozpustę, tak, ponieważ byli jak dzieci w miejskiej dżungli. Nazwał ich bezsprzecznymi cudami – ale może się przesłyszałem, może powiedział bezgrzesznymi. Zacząłem już bowiem odrobinę przysypiać. Ci śmiali mężczyźni – bo wszyscy oni byli mężczyznami – obalili rządy Akademii oraz Szkół Tego i Tamtego, mówił Iskai. Uczynili wszystko nowym, by posłużyć się niepowtarzalnymi słowami Ezry, co (jak wie każdy poeta) jest nie tyle aforyzmem, ile praktyczną poradą. Na wzmiankę o poezji wśród słuchaczy rozległ się pomruk niezadowolenia. Wyczuwając, że traci publiczność, Iskai zwrócił się do Xaviera, który siedział bez ruchu na krześle.

– Może opowiesz nam, dlaczego się poróżniliście?

– Z powodu barwy, bracie Iskai. Jakżeby inaczej? Ona nas połączyła i ona nas podzieliła. Powinienem wspomnieć, że w tamtych czasach sytuacja była bardziej rozpaczliwa. Studiowaliśmy w JJ School of Art, uczyliśmy się malarstwa z numerowanych obrazków, jedliśmy zdechłe mięcho dostarczane przez Royal School i Bengal School, aż nagle odkryliśmy Picassa, van Gogha i Gauguina. Byliśmy młodzi, inspirowaliśmy się jedni drugimi. Wszystko stało otwarte na oścież. Teraz oczywiście jest zupełnie inaczej. Nie zgadzam się z ich teoriami koloru i nie mam wątpliwości, że oni nie zgadzają się z moimi.

Zapadła niezręczna cisza, w trakcie której malarz, zmęczony swoim porywem, wpatrywał się w widownię wzrokiem bez wyrazu. Cisza przeciągała się, póki jakiś drobny mężczyzna z tyłu sali nie podniósł ręki. Xavier pokazał go palcem.

– Czy szkoła nie nauczyła pana niczego o barwie?

– Z całą pewnością nie – powiedział Xavier. – Uczyłem się koloru, patrząc na kwiaty. Ale nie mówmy o szkole.

– Żadnych pytań – wtrącił Iskai. – Czas na pytania będzie później. Trzymajmy się porządku, proszę. Najpierw gość honorowy wygłosi prelekcję. Powitajmy naszego rodaka Newtona Xaviera.

Jednak gość honorowy nie był w stanie się podnieść.

Goniec wsunął ręce pod pachy Xaviera i spróbował go podciągnąć. Zero efektu. Iskai zasugerował, żeby Xavier przeczytał swoją prelekcję na siedząco, więc goniec podał mu kartkę. Malarz ujął papier drżącą ręką, podczas gdy drugą ściskał w dwóch palcach okulary. Wydawał się stary i śmiertelnie chory. Nie tylko ja spodziewałem się, że zaraz spadnie z krzesła – nagle dotarło do mnie, że słuchaczy w ogóle nie interesują wiersze Xaviera ani jego poglądy na barwę. Byli tam, by się przekonać, czy niegrzeczny chłopiec hinduskiej sztuki sprosta swojej reputacji. Chcieli zobaczyć, jak staje w płomieniach albo wybucha, albo zrywa się z krzesła i gwałci kogoś z publiczności. Im gorzej się zachowa, tym bardziej im się to spodoba. Był to voyeuryzm w najgorszej postaci. Wszyscy spijaliśmy szczegóły: plamy na jego kurcie (krew? alkohol? sperma?), nieeleganckie gumowe kapcie, nieświeży zarost i niespokojne oczy, śmiertelna bladość, cudowny fakt, że Xavier był zbyt pijany, żeby utrzymać się na nogach.

– Teraz wiemy, co oznacza „nie móc utrzymać się na nogach” – powiedziała siedząca obok mnie matrona scenicznym szeptem, który rozniósł się po sali.

– Proszę pani, ostrzegałem już wcześniej, żeby zapanowała pani nad swoim irytującym zwyczajem. Proszę zachować ciszę albo będę zmuszony na stałe zakazać pani wstępu – polecił Iskai, którego nagle poniosły nerwy.

Obok Xaviera stała szklanka z wodą. Podniósł ją, wylewając odrobinę na stolik, i odstawił, nie zmoczywszy nawet ust. Odczyta nam swój nowy wiersz – zapowiedział tak cicho, że musieliśmy się nachylić, żeby go usłyszeć. Potem zaczął czytać, a jego głos był łagodny, słowa idealnie wyartykułowane, akcent dokładny, głęboki i neutralny, ani brytyjski, ani amerykański, ani hinduski, ale boski. Najbardziej uderzał mnie ton absolutnego autorytetu. Słyszałem pod nim chłód i pomimo upału przeszył mnie dreszcz.

Utwór składający się z rymowanych czterowierszy opowiadał o futurystycznym pustkowiu wojny, głodu i choroby, kiedy to jakaś nieokreślona katastrofa wybiła większość ludzkiej populacji. Aby ochronić się przed niewidocznym wrogiem, narody rozbiły się na mniejsze państwa, każde z własnym rządem, religią, językiem i zwyczajami. Podróże między miastami były skrajnie trudne, a między poszczególnymi państwami – zakazane przez wszystkie rządy. Obywatele musieli przez cały czas nosić ze sobą paszporty. Bohater wiersza, wiejski chłopiec z Maroka, zapada nagle w śpiączkę, szykując się do szkoły. Rodzice zabierają go do szpitala w Fezie, gdzie słyszą, że ich syn nigdy nie wybudzi się ze śpiączki i że dalszy pobyt w Fezie doprowadzi tylko do ich własnej choroby lub uwięzienia, ponieważ przyjeżdżając tam, opuścili swój rejon i złamali prawo. Rodzice zmuszeni są porzucić syna i wrócić do wioski, gdzie matka wkrótce zaczyna cierpieć na agorafobię, a ojciec systematycznie wykorzystywać seksualnie więźniarki w zakładzie dla psychicznie chorych, gdzie pracuje. Tymczasem chłopiec budzi się w środku nocy w mieście, którego nie zna, sam w pustym pokoju. Tylko że to wcale nie jest noc, bo przez okno wlewa się czerwone światło. Myśli: umarłem, jak Jeddi, jak Ammi i Abba. Wszyscy umarli, a ja trafiłem do piekła z powodu wszystkich tych złych rzeczy, które zrobiłem. Jeszcze tego nie wie, ale ozdrowiał. Nadal leży w łóżku, z podłączoną kroplówką i monitorem. Potem zauważa, że poświata księżyca stała się jeszcze bardziej czerwona, tak jasna, jakby sam diabeł wybierał się do niego z wizytą. Podchodzi do okna i widzi, że budynek stoi w ogniu. Biegnie przez nieskończone korytarze szpitala, w którym – jak wkrótce odkrywa – nie ma nikogo poza nim. Potem nastąpiły dwa czterowiersze opowiadające o krajobrazie, o pustyni nocą i wczesnym rankiem, o potrzebie znalezienia wody pitnej, przydatności i praktyczności suszonych owoców i miodu oraz cudownych leczniczych właściwościach pewnych gatunków kaktusa. Kiedy wiersz wraca do chłopca, ma on już prawie dwadzieścia lat. Jest przywódcą bandy młodych nomadów rebeliantów, podróżujących nocą i kryjących się za dnia, żyjących ze szczodrości wieśniaków. Zimą w osiemnastym roku życia przybywa z towarzyszami do małego miasteczka, w którym rozpoznaje swą dawną wioskę – teraz stała się ona dość ważnym ośrodkiem. Młodzieńcy spoglądają na śpiące miasteczko ze wzgórza i chłopak poznaje cmentarz, szpital dla psychicznie chorych, gdzie pracował jego ojciec, piekarnię oraz herbaciarnię i tak dalej, ale choć bardzo się stara, nie może odnaleźć swojego domu.