Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 209 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Narcyz - Jan Paweł Krasnodębski

Marcin Krzywda, zapatrzony w siebie dwudziestolatek, opuszcza dom, dziewczynę, jedzie przed siebie do tajemniczego uzdrowiska, gdzie pragnie popełnić samobójstwo... Przez przypadek mieszka w apartamencie umierającego fizyka pracującego nad ostatnią książką. Ich wzajemny kontakt wyzwala w chłopcu nieznane pokłady wrażliwości. Czy zrozumie reguły, którymi kieruje się świat?

Opinie o ebooku Narcyz - Jan Paweł Krasnodębski

Fragment ebooka Narcyz - Jan Paweł Krasnodębski

Pro­jekt okład­ki

MA­REK J. PIW­KO

Zdję­cie na okład­ce

© ALDO MU­RIL­LO

Re­dak­cja i ko­rek­ta

JA­DWI­GA KWIE­CIEŃ

Skład i ła­ma­nie

GRZE­GORZ BO­CIEK

W książ­ce wy­ko­rzy­sta­no frag­men­ty pio­se­nek po­cho­dzą­cych z re­per­tu­aru ze­spo­łu My­slo­vitz.

Au­tor dzię­ku­je Panu Ar­tu­ro­wi Roj­ko­wi i gru­pie My­slo­vitz za wspa­nia­łą twór­czość i nie­sa­mo­wi­te kli­ma­ty.

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2012

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

© Co­py­ri­ght by Jan Pa­weł Kra­sno­dęb­ski

ISBN 978-83-7835-068-2

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

I

I na­wet kie­dy będę sam

Nie zmie­nię się, to nie mój świat

Przede mną dro­ga, któ­rą znam,

Któ­rą ja wy­bra­łem sam

Tak, za­wsze ge­nial­ny

Ide­al­ny mu­szę być

I mu­szę chcieć, su­per luz i już

Set­ki bzdur i już, to nie ja

I na­wet kie­dy będę sam

Nie zmie­nię się, to nie mój świat

Przede mną dro­ga, któ­rą znam,

Któ­rą ja wy­bra­łem sam

Wiesz, lu­bię wie­czo­ry,

Lu­bię się scho­wać na ja­kiś czas

I ja­koś tak, nie­na­tu­ral­nie

Tro­chę prze­sad­nie, po­być sam

Wejść na drze­wo i pa­trzeć w nie­bo

Tak zwy­czaj­nie, tyl­ko że

Tu­taj też wiem ko­lej­ny raz

Nie mam szans być kim chcę…

– Prze­cież wca­le nie mu­sia­łem się obu­dzić, a jed­nak się obu­dzi­łem – po­wie­dzia­łem, pa­trząc w duże lu­stro nad umy­wal­ką. – Ta­kie ży­cie, kur.na! Bim-bom, bim-bom, tra ta ta, komu bije dzwon… – za­nu­ci­łem. – Ślicz­ne usta moje i oczy zie­lo­ne! – za­wo­ła­łem. – Ja, Mar­cin Krzyw­da, her­bu Krzyw­da, lat dwa­dzie­ścia je­den, ostat­ni rok mo­je­go ży­cia… Tak, po­tem będę już sta­ry…

Szczot­ko­wa­łem wło­sy. Cho­le­ra, nie­rów­no wy­ta­pi­ro­wa­ła mnie ta zdzi­ra. Pra­wa stro­na była okej, ale lewa ja­kaś inna, mniej pu­szy­sta. Z pra­wej anio­łek, z le­wej dia­be­łek, two­ja ko­lej, wy­bie­raj!

Ślicz­ne usta moje… Po­wi­nie­nem mieć wła­sne­go sty­li­stę! Nie! Też tra­fił­bym na ja­kie­goś ma­to­ła! Osta­tecz­nie wło­sy mogą być, ale co mi zro­bi­ła z twa­rzą ta wy­dra! Za je­dy­ne dwie­ście czter­dzie­ści zet! Nie dość, że bo­la­ło jak dia­bli, to te­raz mam kro­sty, a może i sta­ny za­pal­ne… Ga­bi­net ko­sme­tycz­ny dla wy­bra­nych, psia­krew! Ależ wczo­raj wy­bra­łem!

Skoń­czy­łem z wło­sa­mi i bu­szo­wa­łem w ko­sme­ty­kach mamy. Vi­chy… tak! O, albo to, coś no­we­go! Lio­ton 1000, żel, He­pa­ri­num na­tri­cum, wy­pró­bu­je­my! Wcie­ra­łem żel w skó­rę na twa­rzy. Ślicz­ne usta moje… Do­brze, że z fry­zjer­ki je­stem za­do­wo­lo­ny. Fry­zjer­ka ład­nie pach­nie… tak, go­le­nie u niej to cały ry­tu­ał. Czu­ję się jak bo­ha­ter ksią­żek Mo­ra­vii albo coś po­dob­ne­go. Ja­kieś ta­jem­ni­ce mię­dzy nami. Dwa sło­wa, pięć zdań. Któ­re­goś dnia umó­wię się z nią! Wy­star­czy! – odło­ży­łem żel, wy­sze­dłem z ła­zien­ki. – A prze­cież mo­głem się nie obu­dzić… – po­wie­dzia­łem.

– Co mó­wi­łeś, syn­ku? – pięk­na mama wy­chy­li­ła się z kuch­ni. – Chcia­łam z tobą po­roz­ma­wiać, Mar­cin­ku!

– Cała ty! Uda­jesz, że cie­ka­wi cię, co mó­wi­łem, jed­no­cze­śnie żą­dasz roz­mo­wy! – po­wie­dzia­łem. – Nie mam cza­su, ma­mu­siu!

– Och, roz­ch­murz się! – mama uży­ła ko­lej­ne­go for­te­lu. – To nie­dłu­ga roz­mo­wa. Ro­bię dla cie­bie rybę, taką jak lu­bisz, bo z ta­tu­siem idzie­my na przy­ję­cie…

– Ależ ty wszyst­ko na­mą­cisz, po­gma­twasz… Tu ryba, tu ta­tuś…

– Przyjdź do kuch­ni, pro­szę, chy­ba że wo­lisz, abym ja od­wie­dzi­ła cię w po­ko­ju.

– Zwa­rio­wać moż­na! Moja świą­ty­nia dzi­siaj za­mknię­ta, ty uwo­dzi­ciel­ko! Po­świę­cę się. W koń­cu mnie uro­dzi­łaś, praw­do­po­dob­nie…

– Sia­daj, ko­cha­ny!

Mie­li­śmy duże, wy­so­kie miesz­ka­nie, kuch­nia też była wy­so­ka i duża. Mama piła kawę i za­pa­la­ła pa­pie­ro­sa.

– Moja ma­mu­sia! – po­wie­dzia­łem. – Taka wy­twor­na na­wet przy sma­że­niu ryby dla nie­zno­śne­go syna, tak… z tym ta­jem­ni­czym za­pa­chem, o, Jezu…

– Mar­cin­ku…

– Tak. I mój ta­tuś, Wa­cław Krzyw­da, tak­że wy­twor­ny, przy­ję­cia… Jacy wy je­ste­ście zgra­ni! Do­brze mieć wy­twor­nych sta­rych, ależ je­stem szczę­ścia­rzem, ślicz­ne usta moje… Daj mi faj­kę! – usia­dłem przy sto­le.

– Wiesz, że nie lu­bię, gdy pa­lisz! I za­wsze po­piół strze­pu­jesz obo­jęt­nie gdzie…

– Kie­dyś się po­pra­wię. A masz piwo w lo­dów­ce?

– Nig­dy nie wiem, kie­dy je­steś praw­dzi­wy, synu – po­da­ła pusz­kę piwa. – Mu­si­my po­roz­ma­wiać!

– Jesz­cze ci tyl­ko po­wiem, że sma­ro­wa­łem się ja­kąś two­ją nową ma­ścią, mamo. – Pa­trzy­łem na jej nogi. Mia­ła pięk­ne nogi, trze­ba przy­znać. – Tyl­ko mnie po­ka­le­czy­ła wczo­raj ta pin­da! Ni­ko­mu już nie moż­na ufać, zło­co­ne szyl­dy, a oszu­stwo wszę­dzie. Wszyst­ko ta­kie sztucz­ne, mamo. Od­kry­łem ja­kąś nową maść czy żel w srebr­nej tub­ce.

– Uwa­żaj na po­piół, za­raz ci spad­nie!

– Tak, spad­nie…

– Je­steś nie­zno­śny! A ta maść to żel na sto­py, tato mi sma­ru­je, mó­wi­łam ci, że­byś ko­rzy­stał z Vi­chy.

– Kur­czę, to tato pew­nie się pod­nie­ca, gdy sma­ru­je ci sto­py…

– To maść na reu­ma­tyzm…

– Daj­my spo­kój! Może nie umrę. Chcia­łaś po­roz­ma­wiać, praw­da?

– Wła­śnie!

– Za­czy­na się… – jęk­ną­łem. – Cią­gle te przy­ję­cia, mamo. A ja sam, bez ma­mu­si…

– Nie zgry­waj się zno­wu!

– Nie zgry­wam się. Ale prze­cież ty masz ta­tu­sia w du­pie! Cią­gle ja­kieś kłót­nie, nie­do­mó­wie­nia. Masz swo­je­go męża gdzieś! W du­pie!

– Je­steś bez­czel­ny!

– Taka jest praw­da, mamo!

– Je­śli tak uwa­żasz… Więc mu­sisz wresz­cie się do­wie­dzieć, że to ty je­steś po­wo­dem nie­po­ro­zu­mień czy nie­do­mó­wień, jak na­zwa­łeś. Wła­śnie ty!

Była zde­ner­wo­wa­na, krę­ci­ła się mię­dzy ko­mo­dą a lo­dów­ką. Jak ja lu­bi­łem, gdy taka była! Jak klacz… Rany, jaka ta moja mat­ka była ero­tycz­na!

– W du­pie! – po­wtó­rzy­łem i wrzu­ci­łem peta do do­nicz­ki z pa­pro­cią.

Wsta­łem.

– Sia­daj, dziec­ko! – po­pchnę­ła mnie. Zno­wu za­pa­la­ła pa­pie­ro­sa. – Chcia­łam po­roz­ma­wiać, ro­zu­miesz! Nie dam się zwieść two­im cyr­ko­wym za­cho­wa­niem! Więc… – dmuch­nę­ła na mnie dy­mem.

Przy­po­mnia­łem so­bie, że prze­cież kie­dyś nie pa­li­ła. Na­wet dłu­go wy­trzy­ma­ła. Aż kie­dyś w nocy po­pro­si­ła, abym po­szedł na sta­cję ben­zy­no­wą po pa­pie­ro­sy…

– Grzecz­nie sie­dzę, ma­mu­siu!

– Bar­dzo bym cię pro­si­ła, że­byś mi nie prze­ry­wał.

– W po­rząd­ku! Ale na­praw­dę masz su­per nogi, ma­mu­siu!

– Uspo­kój się! Więc mu­sisz wie­dzieć, syn­ku, że bar­dzo się o cie­bie mar­twi­my…

– Ja­sne!

– Pro­szę, wy­słu­chaj mnie, a po­tem ty przed­sta­wisz swo­je ra­cje. Tato uwa­ża, że po­wi­nie­neś pra­co­wać! Ja ro­zu­miem, że ro­bisz zdję­cia, ale zno­wu nie do­sta­łeś się na stu­dia, twoi ró­wie­śni­cy są już na trze­cim roku. Może wy­brał­byś inny kie­ru­nek? Nie prze­ry­waj! Cho­ler­cia, zno­wu będę mia­ła si­nia­ka!

– Doda ci to tyl­ko wię­cej ero­ty­zmu!

– Mia­łeś nie prze­ry­wać!

– Więc stresz­czaj się, ma­mu­siu… Ze stu­dia­mi to szyb­ko od­po­wiem. Ja chcę do­stać się na wy­dział ope­ra­tor­ski i będę zda­wał aż do skut­ku. To, że ktoś jest na trze­cim roku, to mi cał­kiem wisi!

– Tak! Ale całe dnie nic nie ro­bisz! Znajdź jaką pra­cę, po­każ ojcu, że je­steś do­ro­sły, jego sto­su­nek od razu się zmie­ni…

– Co za ob­łud­nik! Dla­cze­go on mi tego nie mówi, tyl­ko ty?

– Nie chce po­ru­szać tego te­ma­tu. Uwa­ża, że po­wi­nie­neś o tym sam wie­dzieć. Cięż­ko pra­cu­je, chciał­by zo­ba­czyć, że ty też sta­rasz się…

– Sta­ram się! Moje zdję­cia za­czy­na­ją przyj­mo­wać po­waż­ne ma­ga­zy­ny… A je­śli leżę w łóż­ku, to wca­le nie zna­czy, że nic nie ro­bię, czę­sto wła­śnie wte­dy pra­cu­ję…

– Cie­ka­we! Pła­ci ci ktoś za to?

– Jesz­cze nie, mamo! Ale na­dej­dzie taki mo­ment! Ta­tuś to pra­co­ho­lik, ty dama do to­wa­rzy­stwa…

– Prze­stań! Na­praw­dę nie moż­na z tobą po­roz­ma­wiać… Po­każ ojcu, że coś ro­bisz. Po­chwal się przed nim pierw­szą wy­pła­tą…

– Aha! Pro­ste! Mam zbie­rać tru­skaw­ki czy wi­no­gro­na w ja­kimś par­szy­wym kra­ju! Jaką pra­cę tu­taj znaj­dę? Tu nie ma żad­nych per­spek­tyw. Jest taki trzy­dzie­sto­la­tek, któ­ry rok w rok zda­je na ten sam wy­dział, my­ślę, że w tym jest ja­kiś wła­sny ho­nor, i że kie­dyś to za­pro­cen­tu­je…

– Tak, ro­zu­miem to, Mar­cin! Ale oprócz tego moż­na do­kła­dać do wspól­ne­go gar­nusz­ka…

– Ślicz­nie to po­wie­dzia­łaś! Wspól­ny gar­nu­szek! Sześć stów jako eks­pe­dient czy ja­kiś te­le­mar­ke­ter, nie wiem… Nie chcę przez to zgłu­pieć, ro­zu­miesz? Nie chcę zgłu­pieć, nie chcę wy­rzu­cić swo­je­go apa­ra­tu, być ma­ne­ki­nem. A za­ocz­ne stu­dia to nie dla mnie. Kie­dyś będę krę­cił fil­my, to zna­czy będę ope­ra­to­rem, po­tem może po­my­ślę o wła­snym fil­mie i jak pój­dzie­cie do kina, zo­ba­czy­cie w czo­łów­ce, że zdję­cia też są moje, na­sze na­zwi­sko, ale zdję­cia moje! Moje! – ro­zu­miesz! I tyl­ko moje! Ni­ko­mu nie będę wcho­dził w ty­łek! Ko­cham ten kraj, bo wy uro­dzi­li­ście mnie tu­taj, nig­dzie nie będę że­brał o pra­cę! Kie­dyś do mnie przyj­dą z pro­po­zy­cja­mi, wte­dy ja będę mógł od­mó­wić lub przy­jąć pro­po­zy­cję, je­śli bę­dzie dla mnie in­te­re­su­ją­ca, twór­cza, ro­zu­miesz?

– I bę­dziesz miał czter­dzie­ści lat…

– Je­steś bez­czel­na! Po pro­stu daj­cie mi jesz­cze tro­chę cza­su!

– Rok temu da­li­śmy ci ten czas!

– Więc jesz­cze rok, a jak, od­pu­kać, zno­wu mi się nie uda, to ko­lej­ny rok. Ojcu się chy­ba do­brze po­wo­dzi!

– Ale ty je­steś trzy lata po ma­tu­rze!

– Idę – wsta­łem.

Mama była wście­kła – Tato do­szedł do wszyst­kie­go wła­sną pra­cą!

– Ze mną też tak bę­dzie! Tyl­ko nie pod­ci­naj­cie mi skrzy­deł, mu­si­cie we mnie wie­rzyć. Cho­ciaż tro­chę wie­rzyć… Cześć, mamo… To nic nie daje, taka roz­mo­wa. Po­tem te trzy stra­co­ne lata, jak o nich mó­wisz, nad­ro­bię…

– Rze­czy­wi­ście, na­sza roz­mo­wa jest bez­sen­sow­na! Upar­ty jak osioł! Na kom­pro­mi­sy nie pój­dziesz…

– Nie pój­dę, ko­niec, krop­ka! Gdy­bym wi­dział, że szar­pie­cie się z for­są, mu­siał­bym, bo przede wszyst­kim chciał­bym wam po­móc. Mógł­bym za­mia­tać lub sprzą­tać uli­ce szes­na­ście go­dzin dzien­nie. Ale po­wo­dzi wam się do­brze. Chy­ba na­wet bar­dzo do­brze…

Więc mam pra­wo le­żeć w łóż­ku, ro­bić zdję­cia, co roku zda­wać i my­śleć o nie­bie­skich mig­da­łach! Ser­wus! Wy­cho­dzę!

Była bar­dzo zde­ner­wo­wa­na. Chcia­łem ją przy­tu­lić, ale mnie ode­pchnę­ła.

– Nie bę­dziesz otrzy­my­wał ty­go­dniów­ki!

– Po­ra­dzę so­bie. Na­praw­dę, ma­mu­siu, nie zro­bię z sie­bie chłop­ca na ero­tycz­ne noce ani nie wy­ja­dę za chle­bem do in­ne­go kra­ju, póki ten chleb jest w domu!

– Bę­dziesz mu­siał po­roz­ma­wiać z oj­cem!

– W po­rząd­ku!

– I jesz­cze jed­no!

– Mów szyb­ko, bo nie mam cza­su!

– Jak jest z Anią?

– Nie wiem…

– Bo ona wy­dzwa­nia do mnie, nie ma z tobą kon­tak­tu! Co się dzie­je?

– Nic się nie dzie­je, mamo! Jest do­brze. Chy­ba do­brze. A ja zgu­bi­łem te­le­fon i nie mogę się ode­zwać…

– Weź mój i za­dzwoń do niej! Jest w ja­kiejś ta­kiej stud­ni…

– Stud­ni… Ja­sne! Nie, nie będę dzwo­nił z two­je­go te­le­fo­nu, nie będę was na­ra­żał na do­dat­ko­we kosz­ty… Dzi­siaj prze­szu­kam wszyst­kie kąty i znaj­dę te­le­fon. Sam to za­ła­twię!

– Ale wszyst­ko do­brze mię­dzy wami?

– Mam na­dzie­ję… Mamo… a może ty byś mo­gła mi po­zo­wać!…

Ależ mnie wy­rżnę­ła! I to było bar­dzo miłe…

– Idzie­my na przy­ję­cie, do tego cza­su wy­ja­śnij te spra­wy z oj­cem! Zro­zum, to na nas rzu­tu­je…

– Ro­zu­miem… Ale o przy­ję­ciu to już sły­sza­łem! Je­ste­ście naj­pięk­niej­si wśród tej ho­ło­ty, je­stem pe­wien!

– Je­steś na­praw­dę cha­mem! – czu­łem, że moja mat­ka pła­cze.

– Zmie­nisz zda­nie, mamo. A ja chy­ba wy­pro­wa­dzę się!

– Cie­ka­we…

– Do dom­ku po bab­ci…

– Że­byś nie ro­bił głupstw!

By­łem już w przed­po­ko­ju… Jesz­cze się od­wró­ci­łem…

– Do­brze, prze­my­ślę wszyst­ko. I chy­ba bę­dzie do­brze. A ty bądź spo­koj­na, ma­mu­siu! Jesz­cze bę­dziesz ze mnie dum­na! – Szyb­ko otwo­rzy­łem drzwi od swo­jej du­żej dziu­pli i oazy i rów­nie szyb­ko je za­mkną­łem.

Nikt mnie nie ro­zu­miał…

Zna­la­złem resz­tę wód­ki w bu­tel­ce pod łóż­kiem, wy­pi­łem ją. Rzu­ci­łem pu­stą flasz­kę przed sie­bie…

Pięk­ny dzień – po­my­śla­łem. – Moja mat­ka taka pięk­na… Ślicz­ne usta moje i oczy zie­lo­ne…

Pu­ści­łem ja­kąś mu­zy­kę i ga­pi­łem się w su­fit. Było mi bar­dzo źle… Było mi smut­no…

II

Na­gle taka pust­ka…

– „Ży­cie to nie te­atr, to nie tyl­ko ma­ska­ra­da…” – za­śpie­wa­łem so­bie gło­śno. – „Ja… cały je­stem zbu­do­wa­ny z ran!!!”

„Ży­cie moje…!!!”

Bo ty grasz!!!”

Wi­bra­tor w te­le­fo­nie. Wyj­mu­ję, pa­trzę. Zno­wu Ania! O, nie… Nie od­bie­ram!

Pusz­czam ostre tech­no… Ży­cie moje… Szko­da, że nie ma żad­nej bu­tel­ki!

Pust­ka! Za­pa­lam pa­pie­ro­sa.

My­ślę o ma­mie. Co­raz bar­dziej o niej my­ślę. Tak, po­licz­ku­je mnie, wście­kła. Za­my­kam oczy. Wy­obra­żam so­bie: mat­ka po­licz­ku­je mnie, po­licz­ku­je dru­gi raz, ma wzbu­rzo­ne wło­sy, dy­szy mi w twarz: – Ty mały skur­wy­sy­nie, ty pięk­ny skur­wy­sy­nie; wiem, że chce mnie kop­nąć w brzuch, ale na­gle… chwy­tam ją z tyłu za wło­sy, prze­chy­lam jej gło­wę. Jest za­sko­czo­na, jesz­cze bar­dziej wście­kła… po­do­ba mi się… tak, po­do­ba mi się ta ko­bie­ta! Nie zwal­nia­jąc sil­ne­go uchwy­tu, przy­bli­żam do niej twarz, po­tem od­da­lam się nie­co, zbli­żam dłoń, ude­rzam, ude­rzam jesz­cze raz, tym ra­zem moc­niej, ko­bie­ta drży, moja mat­ka drży i jest ule­gła, jest moją nie­wol­ni­cą, ude­rzam jesz­cze raz, jesz­cze moc­niej, wi­dzę otwar­te usta, bia­łe zęby, pcham tę ko­bie­tę, opie­ram o ku­chen­kę, to bar­dzo pięk­na ko­bie­ta, o, tak! Zdzie­ram z niej szma­ty, jest naga, taka jak z ma­gicz­nej ba­śni, wyj­mu­ję swo­je­go na­pęcz­nia­łe­go – tam, je­stem w swo­jej mat­ce, wcho­dzę w tę ko­bie­tę, moc­no, raz, dwa, trzy… – Jesz­cze! – sły­szę. Czu­ję, jak coś ze mnie ucho­dzi, a ona jest zu­peł­nie nie­przy­tom­na, za­pi­nam spodnie, gła­dzę jej wło­sy, do­ty­kam ust, lek­ko je roz­chy­lam… chce za­trzy­mać moją rękę, ale od­da­lam się, ko­bie­ta wkła­da szmat­ki, sta­ra się na mnie nie pa­trzeć… – Ko­cham cię, mamo! – mó­wię. – Tyl­ko cie­bie ko­cham! – wy­cho­dzę z kuch­ni.

Do­ty­kam się lek­ko. Ależ je­stem na­brzmia­ły! Po­tem – my­ślę. Mam ta­kie wra­że­nie, że to na­praw­dę się wy­da­rzy­ło. Ale może mo­gło­by to się wy­da­rzyć…?

Te­le­fon zno­wu wi­bru­je. Ania. Wie­czo­rem za­ła­twię z tą dziew­czy­ną. Wresz­cie za­ła­twię, tak!

– Ży­cie moje!…

– Bo ty grasz!…

Pu­ka­nie do drzwi.

– Za­raz wy­cho­dzi­my, syn­ku! – mówi mama. – Po­roz­ma­wiaj z oj­cem!…

– Tak, tak, idę… – wsta­ję.

Wy­cho­dzę ze swo­je­go po­ko­ju. Otwie­ram drzwi ga­bi­ne­tu ojca.

– Co sły­chać, oj­czul­ku? – py­tam.

– Za­raz wy­cho­dzę! – ener­gicz­nie cho­wa coś do biur­ka. – Sia­daj. Mam parę spraw.

– Dla­te­go przy­sze­dłem. Do swo­je­go ojca.

Ta­tuś był nie­na­gan­nie ubra­ny, bar­dzo pach­ną­cy, a jego po­kój-ga­bi­net miał wiel­kie an­tycz­ne biur­ko, ol­brzy­mi sta­ry fo­tel, bar­dzo sta­ry i bar­dzo an­tycz­ny kre­dens, a na ścia­nach wi­sia­ły ob­ra­zy – i te ob­ra­zy po­do­ba­ły mi się na­praw­dę. Duda-Gracz, Kar­wot, Bek­siń­ski… Dziw­ne były te ob­ra­zy i ja­kieś mi bli­skie, po­wo­du­ją­ce spo­kój.

– Mar­cin! Krót­ko! Ja ro­zu­miem, że je­steś am­bit­ny, zda­jesz na kie­ru­nek, któ­ry jest ci bli­ski, lecz chcia­łem ci za­pro­po­no­wać, że­byś coś ze sobą ro­bił, za­nim nie uda ci się swo­ich pla­nów zre­ali­zo­wać.

– Bez prze­rwy coś ro­bię, oj­cze Wa­cła­wie – po­wie­dzia­łem.

– Bez iro­nii! Bo cię trzep­nę! Masz iść do pra­cy i pła­cić na swo­je utrzy­ma­nie. Krop­ka. Bądź do­ro­sły!

– Tak… – roz­glą­da­łem się po po­ko­ju.

Gdzieś tu­taj była se­kret­na skryt­ka ta­tu­sia, któ­rą kie­dyś przy­pad­kiem pod­pa­trzy­łem, a te­raz mo­gła być mi przy­dat­na. Taki mały sejf, na­wet nie tyle sejf, co zwy­kła skrzyn­ka. I nie mo­głem so­bie przy­po­mnieć, gdzie to było. Pa­trzy­łem na tru­pio ero­tycz­ną gra­fi­kę Bal­thu­sa, cie­ka­we to, ale ni przy­piął, ni przy­ła­tał obok du­żych olej­nych ob­ra­zów. Chy­ba wła­śnie ona kry­ła tę ta­jem­ni­cę… Spraw­dzę so­bie.

– Nie masz nic do po­wie­dze­nia! – usły­sza­łem. – Więc prze­myśl to so­bie!

– Prze­my­ślę.

– Mogę ci po­móc z pra­cą.

– Dzię­ki za to bło­go­sła­wień­stwo. Po­sta­no­wi­łem wy­pro­wa­dzić się do dom­ku bab­ci.

– Co?!

– Tak. Krop­ka. Będę sa­mo­dziel­ny. Utrzy­mam się z ro­bie­nia zdjęć.

– Za­mar­z­niesz tam.

– Nie twój in­te­res. Ro­zu­miem, oj­cze, nowa bry­ka, kosz­ty wzro­sły, i te przy­ję­cia, po­zo­ry.

– Je­steś bez­czel­ny!

– Jak zwy­kle, ta­tu­siu! Baw się do­brze z pięk­ną żoną, na ma­mu­się to wszy­scy na pew­no gały wy­trzesz­cza­ją… A ze mnie jesz­cze kie­dyś bę­dziesz dum­ny. Mar­cin Krzyw­da, usły­szysz o nim! Bim-bom, bim-bom, komu bije dzwon…

– Ro­zu­miem, że skoń­czy­li­śmy. Upar­te­go osła do ni­cze­go nie zmu­sisz. Je­śli rze­czy­wi­ście się wy­pro­wa­dzasz…

– Tak. Na bank!

– Przez pierw­szy mie­siąc mogę ci po­ma­gać.

– A, dzię­ku­ję!

– Idę, synu. Je­śli cze­goś ode mnie po­trze­bu­jesz, zo­staw kart­kę.

– Zo­sta­wię – po­wie­dzia­łem. – Prze­my­ślę i zo­sta­wię. A ty bądź o mnie spo­koj­ny. Ja­kąś dro­gę wy­bra­łem i nie będę z niej zba­czał. Bim-bom…

– Uma­wia­my się, że to ty do mnie przyj­dziesz, gdy bę­dziesz chciał po­roz­ma­wiać. Tak bę­dzie le­piej.

– Zde­cy­do­wa­nie. Za dwa mie­sią­ce mam zdję­cia w „Foto. Sztu­ka nowa”, tam do­brze pła­cą. Prze­ślę eg­zem­plarz.

– To wszyst­ko – spoj­rzał wni­kli­wie. Nie wiem do­kład­nie, czym się zaj­mo­wał, ale był zna­ko­mi­tym pro­gra­mi­stą z masą za­mó­wień… Po­my­śla­łem, że tym spoj­rze­niem pro­gra­mu­je mnie na ja­kiś spo­sób…

Wy­sze­dłem z jego świą­ty­ni.

– Baw­cie się do­brze, ma­mu­siu, ta­tu­siu, wszy­scy bo­ga­ci tego świa­ta… – za­mkną­łem swój po­kój.

Za­śpie­wa­łem so­bie gło­śno:

Ży­cie to nie te­atr, to nie tyl­ko ma­ska­ra­da.

Ty… ty nie uro­nisz łzy

Bo ty grasz!

Ja…

Du­szę na ra­mie­niu wiecz­nie mam

Cały je­stem zbu­do­wa­ny z ran…

Lecz to nie ja gram, to ty grasz…

Był­bym świet­nym wo­ka­li­stą!

Nie­wąt­pli­wie! Naj­lep­szym!

Otwo­rzy­łem szu­fla­dę ze swo­imi ru­pie­cia­mi. Szu­ka­łem fa­jek. Po­nie­wie­ra­ła się ja­kaś dzi­wacz­na pi­gu­ła. Nie wiem, co to było. Po­sze­dłem do ła­zien­ki i po­łkną­łem ją, po­pi­ja­jąc wodą z kra­nu.

III

Ania… Tak, moja Ania! Naj­uko­chań­sza moja Ania. Anu­sia – tak szep­ta­łem do niej w łóż­ku, gdy już by­li­śmy do­brze na­sy­ce­ni. Pięk­nie na­sy­ce­ni. Sobą. Anu­sia! Dla­cze­go mi to zro­bi­łaś?! Wred­na! Dla­cze­go wpa­ko­wa­łaś się w cią­żę i to ze mną… na­praw­dę ze mną?!

Dla­cze­go nie wy­skro­ba­łaś się i no­sisz ten wiel­ki brzuch?

Dla­cze­go mó­wisz mi o ja­kimś Ja­siu?

A po­tem przyj­dzie Mał­go­sia!

Aniu… Ja cie­bie nie czu­ję… Przy­kro mi, ale tak jest. Nie czu­ję, nie ko­cham… Ja cie­bie już nie ko­cham!

Dziw­ny ten świat! Kto by przy­pusz­czał, że moż­na prze­stać cię ko­chać?

Za­gad­ka…

Nie chcę tego dziec­ka i to nie moje dziec­ko, Aniu. Anka, ty się ode mnie od­pier.

Mó­wi­łem do sie­bie, krzy­cza­łem. Ro­dzi­ce już wy­szli, by­łem w domu sam. Ech! A po­tem jadę do bab­ci. Bab­cia ko­cha­na, wie­dzia­ła, kie­dy umrzeć, co ja plo­tę…

Dziw­nie mi było po tym prosz­ku, któ­ry…

Chwi­la­mi jak­bym gdzieś się za­ta­piał…

Nie lu­bi­łem ta­kie­go sta­nu za­ta­pia­nia…

Wód­ka, o, to było okej, po tym się nie za­ta­pia­łem.

– Tak, Aniu dro­ga! – po­wie­dzia­łem. – Pani Anno! Tak nam było do­brze i mu­sia­łaś wszyst­ko spie­przyć.

Zna­li­śmy się od po­cząt­ku li­ceum. Cała edu­ka­cja to jed­na wiel­ka pa­ro­dia, gim­na­zjum znisz­czy­ło wie­lu bli­skich mi lu­dzi i te­raz nie mam kon­tak­tu. Ich spra­wa, oczy­wi­ście. Już wte­dy ro­bi­łem zdję­cia i wy­sta­wia­łem je na por­ta­lu w In­ter­ne­cie. Na Anię nie zwra­ca­łem z po­cząt­ku uwa­gi. Do­bre li­ceum o pro­fi­lu an­giel­skim, na ni­ko­go wła­ści­wie nie zwra­ca­łem uwa­gi. Ob­ser­wo­wa­łem sie­bie. Sło­wo daję, tyl­ko sie­bie ob­ser­wo­wa­łem. Były mo­men­ty, gdy nie po­do­bał mi się Mar­cin Krzyw­da, ale po­tem za­ko­cha­łem się w nim.

Pierw­sze ini­cja­cje sek­su­al­ne były wła­śnie z nim. Ślicz­ne usta moje…

Wra­ca­li­śmy z budy całą pacz­ką, Ania była z nami, li­ście zie­le­nia­ły, nie­ba­wem koń­czył się pierw­szy rok edu­ka­cji. Na­gle ob­ją­łem Anię. Tak so­bie, bez­myśl­nie. Spoj­rza­ła dziw­nie i po­czu­łem, że przy­lgnę­ła do mnie.

Na­stęp­ne­go dnia ro­bi­łem jej zdję­cia, u niej, bo mia­ła cha­tę wol­ną. Roz­bie­ra­ła się bez skru­pu­łów, po­do­ba­ło mi się to. Ro­zu­mia­ła sztu­kę, któ­rej się po­świę­ci­łem. Wy­pi­li­śmy tro­chę wina i całą noc ko­cha­li­śmy się. Wsy­sa­ła się we mnie jak pi­jaw­ka. Tak, to był nie­zły od­lot! I ta pla­ma krwi na prze­ście­ra­dle… Nie po­szli­śmy do szko­ły, zno­wu pi­li­śmy wino i ręcz­nie pra­li­śmy to dzie­wi­cze prze­ście­ra­dło. A po­tem wrzu­ci­łem ją do wan­ny i wzią­łem szyb­ko, bru­tal­nie, była zdzi­wio­na, ale było jej do­brze. Wan­na była peł­na krwi…

Spa­li­śmy cu­dow­nie do sie­bie przy­tu­le­ni. Jak brat z sio­strą, któ­rej tak bar­dzo mi bra­ko­wa­ło.

Bardzo brakowało! Aniu! Brakuje mi ciebie, ale już dla mnie nie istniejesz! Skąd wie­dzieć mam, komu bije dzwon…

Całe dnie spę­dza­li­śmy ze sobą. Na­wet swo­je zdję­cia za­nie­dba­łem. W wa­ka­cje pe­ne­tro­wa­li­śmy So­wie Góry… Było cu­dow­nie!

Od­bił mi ją, moja Anię uko­cha­ną, taki Ta­dzio, na­ją­łem za parę fla­szek kil­ku osił­ków i Ta­dzio dłu­go był na zwol­nie­niu le­kar­skim. Ja­koś mi mi­łość prze­szła. A Ania wa­ha­ła się, ja by­łem nie­do­stęp­ny, cięż­ko ob­ra­żo­ny, krę­ci­łem zresz­tą z taką Ewą, już stu­dent­ką…

Nie pa­mię­tam, kie­dy na­stał taki mo­ment, że zna­leź­li­śmy się sami i wte­dy… zno­wu było nam do­brze.

Po­tem już się nie roz­sta­wa­li­śmy, było nam do­brze przez te lata, a Ani akty i zbli­że­nia twa­rzy oraz dło­nie wy­wo­ła­ły duże wra­że­nie i moja mar­ka fo­to­gra­fa zno­wu ro­sła.

Tyl­ko ży­cie było bru­tal­ne, bo za­ko­cha­na Ewa zja­dła tu­zin pro­chów i cu­dem ją od­ra­to­wa­no, a mnie znie­nac­ka po­pchnę­li, prze­wró­ci­li… i sko­pa­li jak psa.

Ania opa­try­wa­ła moje rany i czu­wa­ła nade mną. Mama bar­dzo ją lu­bi­ła, ta­tuś Wa­cław – za­wsze wy­twor­ny – ja­kieś pre­zen­ty przy­no­sił i za­wsze szyb­ko, dys­kret­nie zni­kał…

Ania my­śla­ła o me­dy­cy­nie i do­sta­ła się na nią za­raz po ma­tu­rze. Ja ob­la­łem swo­ją ope­ra­tor­kę…

Tak, Aniu… Ta na­sza ma­tu­ral­na kla­sa była świet­na! Wszy­scy by­li­śmy zna­ko­mi­cie skum­plo­wa­ni, każ­dy miał swo­je am­bit­ne pla­ny i budę osten­ta­cyj­nie mie­li­śmy w de. Mści­li­śmy się za to głu­pie gim­na­zjum, wy­pi­na­li­śmy się na cały sys­tem edu­ka­cyj­ny. Oka­zy­wa­li­śmy to na każ­dym kro­ku. Speł­nia­li­śmy od nie­chce­nia obo­wiąz­ki ucznia, ale lek­ce­wa­ży­li­śmy wszyst­kich na­uczy­cie­li. Pani Ma­rze­na, dy­rek­tor­ka, nie wie­dzia­ła, co z nami zro­bić. By­li­śmy zbyt do­ro­śli. Po­waż­ni i cy­nicz­ni. W koń­cu osią­gnę­li­śmy cel: cho­dzo­no wo­kół nas na pa­lusz­kach…

Pra­wie wszy­scy do­sta­li się na stu­dia, więk­szość roz­je­cha­ła się do in­nych miast. Ta­dzio po­szedł do pra­cy, a po­tem wy­je­chał do An­glii. Szcze­rze po­lu­bi­łem tego chło­pa­ka. Pi­sy­wał do mnie ma­ile, że­bym się nie pod­da­wał i zda­wał na ten wy­dział ope­ra­tor­ski, ko­men­to­wał zdję­cia… Chciał mi za­fun­do­wać sty­pen­dium twór­cze, ale się nie zgo­dzi­łem. Miał świet­ną pra­cę, jed­nak upa­dłe anio­ły wzię­ły go w swo­je si­dła. Zgi­nął pod ko­ła­mi lon­dyń­skie­go au­to­bu­su…

Tak, Aniu… Bra­ko­wa­ło nam Ta­dzia, opła­ki­wa­li­śmy go, tacy przy­tu­le­ni. Mil­czą­cy, wsłu­cha­ni w ja­kąś psy­cho­de­licz­ną mu­zy­kę…