Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Napój ananasowy dla pięknej damy ebook

Wiktor Pielewin

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Napój ananasowy dla pięknej damy - Wiktor Pielewin

Świetna literatura - mądra, przekorna, ciekawa - niebawiąca się w erudycyjny spektakl czy stylistyczne pustosłowie. Chciałbym taką czytać codziennie.

Zygmunt Miłoszewski, „Newsweek”

 

Książka jest zborem mikropowieści i opowiadań, składającym się z dwóch części: „Mechanizmy i bogowie” oraz „Bogowie i mechanizmy”. Siemion Lewitan z uwagi na głęboki głos i znajomość angielskiego zostaje zaangażowany w tajną operację organów bezpieczeństwa – udaje głos Boga, który dzięki specjalnemu chipowi w zębie jest słyszany przez prezydenta Stanów Zjednoczonych – Busha juniora. Przedtem Siemion przechodzi specjalny kurs z zastosowaniem tekstów teologicznych i narkotyków, po którym doznaje mistycznych wizji…

Świetny humor, fajerwerk pomysłów i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Wybór opowiadań z elementami science-fiction, mieszanki filozofii zen i orientalnego mistycyzmu.

Wiktor Pielewin – w swoim kraju jest tyleż popularny, co kontrowersyjny. Na świecie – uznany za jednego z najlepszych młodych pisarzy rosyjskich!

Opinie o ebooku Napój ananasowy dla pięknej damy - Wiktor Pielewin

Fragment ebooka Napój ananasowy dla pięknej damy - Wiktor Pielewin

Wik­tor Pie­le­win

NA­PÓJ ANA­NA­SO­WY DLA PIĘK­NEJ DAMY

Wojn@ i świat

Prze­ło­ży­ła Ewa Ro­jew­ska-Ole­jar­czuk

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Ананасная вода для прекрасной дамы

Co­py­ri­ght © 2011 by Vic­tor Pe­le­vin

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Au­tor nie­ko­niecz­nie po­dzie­la re­li­gij­ne, me­ta­fi­zycz­ne, po­li­tycz­ne, es­te­tycz­ne, na­ro­do­wo­ścio­we, far­ma­ko­lo­gicz­nei tym po­dob­ne oce­ny i opi­nie, wy­po­wia­da­ne przez po­sta­cie, bo­ha­te­rów li­rycz­nych oraz nar­ra­to­rów ni­niej­szej książ­ki.

Część I Bogowie i mechanizmy

Ope­ra­cja Bur­ning Bush1

I’m the lit­tle jew who wro­te the Bi­ble.2

Le­onard Co­hen

Tak w ogó­le to na­zy­wam się Sie­mion Le­wi­tan. Uro­dzi­łem się i do­ra­sta­łem w Ode­ssie, na pią­tej sta­cji Wiel­kie­go Fon­ta­nu3. Miesz­ka­li­śmy tuż nad mo­rzem, w sta­li­now­skim miesz­ka­niu z koń­ca lat trzy­dzie­stych, któ­re tra­fi­ło się mo­jej ro­dzi­nie dzię­ki krót­ko­trwa­łej i nie­zu­peł­nie szcze­rej za­ży­ło­ści z re­ży­mem. Miesz­ka­nie było ob­szer­ne i ja­sne, ale pod tą jego ob­szer­no­ścią i ja­sno­ścią wy­czu­wa­ło się wy­raź­nie nie­sa­mo­wi­tą so­wiec­ką gro­zę, któ­rą prze­po­jo­ne były wszyst­kie bu­dow­le z tego okre­su.

Dzie­ciń­stwo mia­łem jed­nak szczę­śli­we. Woda w mo­rzu była czy­sta (cho­ciaż wte­dy mó­wio­no, że jest brud­na), tram­wa­je kur­so­wa­ły bez za­kłó­ceń i nikt w mie­ście nie wie­dział, że dzie­ci za­miast an­giel­skie­go mają się uczyć ukra­iń­skie­go, to­też od­da­no mnie do spe­cjal­nej szko­ły z ję­zy­kiem an­giel­skim. Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści w we­sty­bu­lu szko­ły wi­sia­ła re­pro­duk­cja ob­ra­zu Wiecz­na ci­sza pędz­la jed­ne­go z mo­ich wiel­kich imien­ni­ków, Iza­aka Le­wi­ta­na.

Nie mam nic wspól­ne­go z tym ma­la­rzem. Je­stem na­to­miast, je­śli wie­rzyć moim ro­dzi­com, da­le­kim krew­nym zna­ko­mi­te­go so­wiec­kie­go spi­ke­ra ra­dio­we­go Ju­ri­ja Le­wi­ta­na, któ­ry w la­tach czter­dzie­stych czy­tał w ra­diu ko­mu­ni­ka­ty biu­ra in­for­ma­cyj­ne­go. Bar­dzo moż­li­we, że wła­śnie jego ge­nom za­wdzię­czam sil­ny i pięk­ny głos „o ta­jem­ni­czym, sre­brzy­sto-noc­nym tem­brze”, jak okre­śli­ła go szkol­na na­uczy­ciel­ka mu­zy­ki, któ­ra bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­ła na­uczyć mnie śpie­wać.

Do­ku­men­tal­nych świa­dectw tego po­kre­wień­stwa nie wi­dzia­łem – nie za­cho­wa­ły się u nas żad­ne ar­chi­wa. Ale ro­dzin­na le­gen­da skło­ni­ła mamę do na­by­cia ca­łe­go pu­dła na­grań Le­wi­ta­na na mięk­kich pły­tach, zro­bio­nych ze sta­rych zdjęć rent­ge­now­skich. Po­dej­rze­wam, że ta sama aura od­bi­tej wiel­ko­ści udzie­li­ła się mo­je­mu ojcu pre­fe­ran­si­ście, któ­ry zwykł mó­wić: „Ja prze­cież nie gram, ja tyl­ko ki­bi­cu­ję”.

Wsłu­chu­jąc się w mia­ro­wy, pe­łen spo­koj­ne­go trium­fu głos Le­wi­ta­na, od naj­młod­szych lat po­dzi­wia­łem jego siłę i sta­ra­łem się ją na­śla­do­wać. Uczy­łem się na pa­mięć ca­łych ko­mu­ni­ka­tów wo­jen­nych i spra­wia­ła mi dziw­ną, nie­mal de­mo­nicz­ną sa­tys­fak­cję myśl, że sta­ję się na kil­ka mi­nut tubą wal­czą­ce­go im­pe­rium. Stop­nio­wo opa­no­wa­łem in­to­na­cyj­ne sztucz­ki so­wiec­kie­go spi­ke­ra i chwi­la­mi za­czy­na­ło mi się wy­da­wać, że je­stem praw­dzi­wym uczniem czar­no­księż­ni­ka – mój nie­okrze­pły głos na­gle wy­bu­chał ka­no­na­dą grzmią­cych słów, jak­by wspie­ra­nych całą pan­cer­ną po­tę­gą cen­tral­nej Azji.

Ro­dzi­ce byli peł­ni po­dzi­wu dla mo­je­go na­śla­dow­cze­go ta­len­tu. Tro­chę in­a­czej mia­ła się spra­wa z ob­cy­mi ludź­mi.

Cho­dzi­ło o to, że moim ję­zy­kiem oj­czy­stym był nie tyle ro­syj­ski, ile ode­ski. I mama, i oj­ciec mó­wi­li prak­tycz­nie mar­twym, zru­sy­fi­ko­wa­nym ji­dysz, tak nie­po­rad­nie prze­drzeź­nia­nym przez opo­wia­da­czy ży­dow­skich ka­wa­łów. Do­ra­sta­łem, moż­na by rzec, we­wnątrz nie­zbyt śmiesz­ne­go ka­wa­łu z bro­dą, w któ­rym zda­nie „ile kosz­tu­je ta ryba” brzmia­ło: „Skil­ky kosz­tu­je cej fisz”.

Ów spe­cy­ficz­ny ode­ski par­lan­ce wżarł się w moje stru­ny gło­so­we tak głę­bo­ko, że wszyst­kie póź­niej­sze pró­by wy­zby­cia się go speł­za­ły na ni­czym (wy­bie­ga­jąc na­przód, po­wiem, że gę­sty cień ji­dysz padł nie tyl­ko na mój ro­syj­ski, ale też na moją an­gielsz­czy­znę). Dla­te­go, cho­ciaż Le­wi­tan w moim wy­ko­na­niu brzmiał dla ro­dzi­ców cał­kiem na­tu­ral­nie, przy­by­szy z Ma-a-askwy śmie­szył do łez. Mnie zaś ich cią­gną­cy się jak zgęsz­czo­ne mle­ko pół­noc­ny ak­cent wy­da­wał się nie­zno­śnie wsio­wy.

La­tem wy­sy­ła­no mnie na dziw­ny obóz pio­nier­ski tuż koło na­sze­go domu; mie­ścił się w bu­dyn­ku in­ter­na­tu dla głu­cho­nie­mych, któ­rych na lato, jak są­dzę, wy­wo­żo­no na pół­noc. W sy­pial­ni za­ba­wia­łem swo­im skrom­nym ta­len­tem sil­niej­szych i bar­dziej agre­syw­nych chło­pa­ków.

Mu­szę do­dać, że by­łem chłop­cem dość wą­tłym. Naj­pierw ro­dzi­ce mie­li na­dzie­ję, że mój wzrost i siła utknę­ły chwi­lo­wo w ja­kiejś nie­bie­skiej ko­mo­rze cel­nej i jesz­cze wszyst­ko nad­ro­bię. Ale gdzieś tak w szó­stej kla­sie osta­tecz­nie sta­ło się ja­sne, że tata spło­dził nie Go­lia­ta, tyl­ko ko­lej­ne­go Da­wi­da.

Nie bez ko­ze­ry mą­dry Freud mó­wił, że ana­to­mia to zrzą­dze­nie losu. Mój ta­lent na­śla­dow­czy oka­zał się je­dy­ną prze­ciw­wa­gą dla okrut­ne­go wy­ro­ku na­tu­ry i gi­tow­cy bi­ja­li mnie nie­zbyt czę­sto – umia­łem ich roz­ba­wić.

Naj­pierw po pro­stu re­cy­to­wa­łem z pa­mię­ci ko­mu­ni­ka­ty fron­to­we, peł­ne dzi­wacz­nych nazw geo­gra­ficz­nych; w ciem­nej sali brzmia­ły ni­czym ja­kieś sza­mań­skie za­klę­cia. Po ja­kimś cza­sie jed­nak moim słu­cha­czom się to znu­dzi­ło, za­czą­łem więc im­pro­wi­zo­wać. I tu ujaw­ni­ły się nie­sa­mo­wi­te wła­ści­wo­ści mo­je­go ma­gicz­ne­go gło­su.

Wszyst­kie okrop­ne hi­sto­rie, ja­kie dzie­ci opo­wia­da­ją so­bie po ciem­ku, zy­ski­wa­ły w moim wy­ko­na­niu nową ja­kość i prze­ra­ża­ły na­wet tych, któ­rzy za­zwy­czaj śmia­li się z ta­kich stra­sza­ków. Co wię­cej, naj­prost­sze sło­wa, któ­ry­mi zwra­ca­łem się do ko­le­gów z po­ko­ju w mrocz­nej go­dzi­nie po cap­strzy­ku, na­gle, kie­dy tyl­ko wy­po­wie­dzia­łem je gło­sem Le­wi­ta­na, na­bie­ra­ły strasz­ne­go, wie­lo­znacz­ne­go sen­su.

Każ­dy et­no­graf zna­ją­cy spe­cy­fi­kę eu­ra­zja­tyc­kie­go dzie­ciń­stwa wie, że w śro­do­wi­sku na­sto­lat­ków obo­wią­zu­ją su­ro­we za­sa­dy, któ­rych na­ru­sze­nie gro­zi ta­ki­mi sa­my­mi kon­se­kwen­cja­mi jak lek­ce­wa­że­nie wię­zien­nych tabu. Ale moja cza­ro­dziej­ska moc sta­wia­ła mnie po­nad tymi pra­wa­mi. W mo­men­tach prze­isto­czeń mo­głem, jak wte­dy ma­wia­no, traj­lo­wać bez żad­nych na­stępstw, mó­wiąc co po­pad­nie komu po­pad­nie – i wszy­scy się z tym go­dzi­li, jak­by przez sza­cu­nek do du­cha, któ­ry mnie na­wie­dzał. Oczy­wi­ście nie ry­zy­ko­wa­łem ta­kich eks­pe­ry­men­tów w swo­im zwy­kłym cher­la­wym wcie­le­niu, kie­dy w po­ko­ju ro­bi­ło się ja­sno.

Ist­niał jed­nak pe­wien przy­kry pro­blem, już o nim wspo­mi­na­łem – nie­któ­rzy chłop­cy byli od­por­ni na moją ma­gię. I, co wię­cej, śmia­li się ze mnie. Za­zwy­czaj byli to mo­skwia­nie, któ­rych przy­wia­ły tu stru­mie­nie ark­tycz­ne­go po­wie­trza.

Przy­czy­na le­ża­ła w mo­jej ode­skiej wy­mo­wie: wy­da­wa­ła im się śmiesz­na i nie­ade­kwat­na do groź­ne­go sen­su wy­po­wia­da­nych słów. W ta­kich chwi­lach od­czu­wa­łem coś na kształt dra­ma­tu po­ety, któ­re­mu lek­ka wada wy­mo­wy unie­moż­li­wia olśnie­nie świa­ta cza­rem ab­so­lut­nie ge­nial­nych wier­szy. Mo­skwian jed­nak było wśród mo­ich słu­cha­czy mało, nie­któ­rzy mimo wszyst­ko pa­da­li pod cio­sa­mi mrocz­nych skrzy­deł mo­je­go de­mo­na, to­też cała spra­wa nie­szcze­gól­nie mnie mar­twi­ła.

Z jed­nym mo­skwia­ni­nem na­wet się za­przy­jaź­ni­łem. Na­zy­wał się Wład Szmy­ga. Był to gru­by, po­nu­ry chło­pak o bacz­nym spoj­rze­niu i z wiecz­nie spo­co­nym je­ży­kiem. Po­chle­bia­ło mi, że jest jed­nym z tych przy­by­szów z pół­no­cy, któ­rzy nie wy­śmie­wa­ją mo­jej wy­mo­wy, a on nie­wąt­pli­wie po­dzi­wiał mój ta­lent. Było w nim coś, co ko­ja­rzy­ło się z wo­jen­ny­mi do­ma­mi dziec­ka, ale mia­ło się ocho­tę na­zwać go sy­nem nie puł­ku, tyl­ko od­dzia­łu za­po­ro­we­go. Jego ulu­bio­nym epi­te­tem było sło­wo „nędz­ny”, sto­so­wa­ne do wszyst­kie­go, od po­go­dy do fil­mów. Poza tym miał nie­zwy­kłe hob­by: pro­wa­dził do­ssier wszyst­kich chłop­ców z na­szej sali – w bru­lio­nie, któ­ry trzy­mał w wor­ku z brud­ną bie­li­zną pod osło­ną szcze­gól­nie śmier­dzą­cych skar­pe­tek. Po­ka­zał mi ten ze­szyt w za­ufa­niu, kie­dy pa­li­li­śmy wil­got­ne ro­stow­skie pa­pie­ro­sy w krza­kach koło sto­łów­ki. O mnie na­pi­sał tam, co na­stę­pu­je:

Sie­mion Le­wi­tan

Umie mó­wić gło­sem z tam­te­go świa­ta, przez co w nocy robi się strasz­nie. Po­tra­fi nie tyl­ko prze­ra­zić tak, że moż­na się ze­srać, ale też roz­śmie­szyć i po­bu­dzić. Jed­nym sło­wem, po­sia­da nie­zwy­kłą umie­jęt­ność, bli­ską hip­no­zie. Po­tra­fi się wy­sła­wiać pięk­nie i mą­drze, tak że czło­wiek za­czy­na się czuć jak tępy nie­uk, ale kie­dy się za­po­mi­na, za­czy­na mó­wić z sil­nym ży­dow­skim ak­cen­tem. Wte­dy cała hip­no­za prze­pa­da.

Oczy­wi­ście sam zda­wa­łem so­bie z tego spra­wę, tyl­ko for­mu­ło­wa­łem to tro­chę in­a­czej. Zna­łem sie­bie jed­nak już dwa­na­ście lat, a Wła­dik roz­gryzł mnie za­le­d­wie w kil­ka dni. Co wię­cej, w tym krót­kim cza­sie zdą­żył przej­rzeć rów­nież in­nych chło­pa­ków z sali, a to już na­praw­dę ro­bi­ło wra­że­nie. Chy­ba wła­śnie wte­dy zro­zu­mia­łem, że oprócz mnie na świe­cie jest wie­lu lu­dzi ob­da­rzo­nych spe­cy­ficz­ny­mi ta­len­ta­mi i że po­pi­sy­wać się swo­im da­rem na­le­ży bar­dzo ostroż­nie.

Ko­re­spon­do­wa­li­śmy z Wła­di­kiem przez parę mie­się­cy po obo­zie, po­tem chciał zno­wu przy­je­chać do Ode­ssy, ale nic z tego nie wy­szło i na­sza przy­jaźń się urwa­ła. Zda­je mi się, że ostat­ni list na­pi­sa­łem ja, ale nie je­stem pe­wien.

Po ma­tu­rze wy­sła­no mnie na stu­dia do mo­skiew­skie­go In­sty­tu­tu Ję­zy­ków Ob­cych. Mama dłu­go nie chcia­ła mnie pu­ścić, od­wo­łu­jąc się do ko­rze­ni, bez któ­rych zwięd­nę, ale tata, jako do­świad­czo­ny pre­fe­ran­si­sta, spryt­nie za­grał atu­to­wym cy­ta­tem z Brod­skie­go (któ­ry był dla mamy naj­wyż­szym au­to­ry­te­tem). Po­wie­dział:

– Je­śli czło­wiek uro­dził się w im­pe­rium, po­wi­nien żyć na głu­chej pro­win­cji nad mo­rzem. No a je­śli uro­dził się na głu­chej pro­win­cji nad mo­rzem? To zna­czy, że Sie­mion po­wi­nien jed­nak żyć w im­pe­rium!

Ale im­pe­rium już pa­trzy­ło na księ­żą obo­rę, a w cza­sie mo­ich stu­diów osta­tecz­nie za­mknę­ło oczy, po czym rzym­skie cy­kle Brod­skie­go utra­ci­ły jed­ną ze swych głów­nych es­te­tycz­nych pro­jek­cji, a moje wi­do­ki na ka­rie­rę i wy­jaz­dy ja­ki­kol­wiek sens.

Hor­ror lat dzie­więć­dzie­sią­tych po­mi­nę mil­cze­niem. Po­wiem tyl­ko, że za ro­syj­ski pasz­port zdar­li ze mnie wręcz nie­przy­zwo­itą sumę; była to jaw­na nie­spra­wie­dli­wość na­wet jak na tam­te peł­ne nad­użyć cza­sy. An­giel­skie­go jed­nak na­uczy­łem się w Mo­skwie cał­kiem zno­śnie.

Pew­ne­go pięk­ne­go dnia u za­ra­nia no­we­go mi­le­nium zo­ba­czy­łem w lu­strze nie­ład­nie ły­sie­ją­ce­go chu­de­go męż­czy­znę, któ­re­go dość trud­no było już na­zwać mło­dym czło­wie­kiem.

Ten znisz­czo­ny, ni­sko opła­ca­ny osob­nik miesz­kał w wy­na­ję­tym miesz­kan­ku w chrusz­czo­wow­skim blo­ku przy sta­cji me­tra Awia­mo­tor­na­ja i uczył an­giel­skie­go na kur­sach In­ter­me­dia­te Ad­van­ced przy Dwor­cu Pa­we­lec­kim, na któ­re uczęsz­cza­li ab­sol­wen­ci tech­ni­ków i ma­rzy­ciel­skie pro­sty­tut­ki.

Ra­zem ze mną pra­co­wa­ło kil­ku lek­to­rów, w któ­rych bez szcze­gól­ne­go tru­du mo­głem uj­rzeć sie­bie za dzie­sięć, dwa­dzie­ścia i trzy­dzie­ści lat; był to ob­raz tak przy­gnę­bia­ją­cy, że za­czy­na­łem się za­sta­na­wiać, czy­by nie odejść z tego ży­cia do ja­kie­goś in­ne­go.

Naj­lep­szym spo­so­bem wy­da­wa­ło mi się uśnię­cie na za­wsze. Szcze­rze mó­wiąc, pró­bo­wa­łem to zro­bić co wie­czór, ale że ba­łem się ły­kać ta­blet­ki czy ciąć so­bie żyły, za każ­dym ra­zem znów się bu­dzi­łem i nic na to nie mo­głem po­ra­dzić.

Wie­czo­ra­mi czy­ta­łem fran­cu­skie po­wie­ści eg­zy­sten­cjal­ne z lat sześć­dzie­sią­tych; cała ich sza­fa do­sta­ła mi się w spad­ku po ka­pi­ta­nie ato­mo­we­go lo­do­ła­ma­cza, któ­ry za­to­nął w mo­jej klit­ce w la­tach pry­wa­ty­za­cji. Pod wpły­wem tej lek­tu­ry moja de­pre­sja na krót­ko na­bie­ra­ła szla­chet­nej eu­ro­pej­skiej pa­ty­ny, wy­star­czał jed­nak je­den prze­jazd za­tło­czo­nym tram­wa­jem, by my­ślą­ca trzci­na znów za­mie­ni­ła się w ły­sie­ją­ce­go ży­dow­skie­go lo­se­ra.

Po­pa­da­łem w co­raz głęb­szą roz­pacz i w jej kul­mi­na­cyj­nym mo­men­cie, kie­dy cał­kiem se­rio go­tów by­łem wy­pić praw­dzi­wą tru­ci­znę albo na­wet wró­cić do Ode­ssy, los bez żad­ne­go ostrze­że­nia prze­sta­wił mnie na bar­dzo ostrą jaz­dę.

Któ­rejś sierp­nio­wej nie­dzie­li 2002 roku sze­dłem No­wym Ar­ba­tem koło Domu Książ­ki. Na uli­cy było dziw­nie mało sa­mo­cho­dów i w po­wie­trzu uno­si­ła się owa ła­god­na mo­skiew­ska tę­sk­no­ta za nie­po­strze­że­nie mi­nio­nym la­tem, któ­ra ści­ska za ser­ce, a jed­no­cze­śnie go­dzi z ży­ciem. Było mi pra­wie do­brze.

Na­gle na lewo ode mnie za­zgrzy­ta­ły ha­mul­ce i przy kra­węż­ni­ku za­trzy­mał się ni­sko za­wie­szo­ny czar­ny sa­mo­chód z przy­ciem­nia­ny­mi szy­ba­mi; w fil­mach ta­ki­mi sa­mo­cho­da­mi jeż­dżą wy­mu­ska­ni agen­ci, któ­rym rząd świa­to­wy po­wie­rzył re­kla­mo­wa­nie no­te­bo­oków VAIO. Tyl­na szy­ba opu­ści­ła się tro­chę i ciem­ność za nią prze­mó­wi­ła:

– Sie­mion!

Ser­ce mi za­mar­ło.

Gło­su z ciem­no­ści nie zna­łem, ale in­to­na­cja – w koń­cu wiem co nie­co o in­to­na­cjach – była taka, jak­by ta ciem­ność od daw­na i do­brze zna­ła mnie, jak zresz­tą przy­sta­ło ciem­no­ści. Pa­mię­tam do­kład­nie: w pierw­szej se­kun­dzie wy­da­ło mi się, że za oknem czai się ja­kiś za­po­mnia­ny od­wiecz­ny strach – to, co do dziś bo­imy się na­po­tkać w mro­ku, cho­ciaż nie ma go tam już od mi­lio­nów lat.

Wi­docz­nie prze­strach od­bił się na mo­jej twa­rzy, bo ciem­ność na­gle się za­śmia­ła, okno zje­cha­ło ni­żej i zo­ba­czy­łem czło­wie­ka, któ­re­go na­tych­miast po­zna­łem.

Wład Szmy­ga, mój przy­ja­ciel z obo­zu pio­nier­skie­go. Jego uważ­ne oczy wca­le się nie zmie­ni­ły, cho­ciaż lata wy­peł­ni­ły po­sęp­nym tłusz­czem oka­la­ją­ce je fałd­ki skó­ry.

– Wsia­daj – po­wie­dział. – Prze­je­dzie­my się.

Wsia­dłem do chłod­ne­go ciem­ne­go wnę­trza.

Oprócz Szmy­gi w środ­ku byli kie­row­ca i czło­wiek na przed­nim sie­dze­niu.

Szmy­ga uśmiech­nął się krze­pią­co i już za­czą­łem szu­kać w my­ślach od­po­wied­nie­go do sy­tu­acji sen­ty­men­tal­ne­go tru­izmu, kie­dy czło­wiek z przed­nie­go sie­dze­nia od­wró­cił się, pstryk­nął czymś nad moim ra­mie­niem i ukłuł mnie w szy­ję.

Sa­mo­chód ze swo­imi pa­sa­że­ra­mi po­pły­nął gdzieś w górę i w pra­wo, zmie­niw­szy się w coś w ro­dza­ju dziw­ne­go stu­dzien­ne­go wie­ka, pa­trzą­ce­go na mnie uważ­nie trze­ma pa­ra­mi oczu. Ja zaś za­ją­łem się spa­da­niem do stud­ni.

1

Przy re­stau­ra­cyj­nym sto­li­ku sie­dzie­li trzej męż­czyź­ni. Dwaj byli po­nu­rzy, tę­ga­wi, o mało wy­ra­zi­stych twa­rzach, ubra­ni nie­cie­ka­wie w tan­det­ną, let­nio-spor­to­wą ma­sów­kę. Trze­ci, sie­dzą­cy mię­dzy nimi, prze­ciw­nie, bar­dzo rzu­cał się w oczy: bo­ko­bro­dy upo­dab­nia­ły go do roz­wią­złej wło­skiej mał­py, a kra­cia­sta ma­ry­nar­ka w ogó­le czy­ni­ła zeń ja­kie­goś aro­ganc­kie­go Pusz­ki­na, któ­ry za­miast wier­szom po­świę­cił się drob­ne­mu han­dlo­wi.

Dźwię­ku nie było, to­też treść roz­mo­wy trze­ba było od­ga­dy­wać z mi­mi­ki. Mó­wił głów­nie Pusz­kin i naj­pierw po­my­śla­łem, że wi­dzę spo­tka­nie ko­le­gów ze szko­ły, z któ­rych je­den wdra­pał się do pre­zy­dium ży­cia i losu, a dwaj po­zo­sta­li nadal są tyl­ko ko­le­gial­ny­mi ase­ni­za­to­ra­mi, i te­raz ten, któ­ry od­niósł suk­ces, kła­dzie im ro­zum do gło­wy. Ase­ni­za­to­rzy od­zy­wa­li się nie­śmia­ło i krót­ko, pa­trząc w ta­le­rze, a Pusz­kin pe­ro­ro­wał ze swa­dą i jed­nym szcze­gól­nie za­ma­szy­stym ge­stem na­wet prze­wró­cił na stół kie­li­szek z wi­nem.

Stop­nio­wo jed­nak roz­mo­wa za­czę­ła przy­bie­rać dziw­ny ob­rót. Ase­ni­za­to­rzy co­raz czę­ściej pod­no­si­li znad ta­le­rzy ma­to­we złe oczy, a Pusz­kin co­raz dłu­żej przy­ci­skał dłoń do ser­ca. I wkrót­ce zro­zu­mia­łem: jest śmier­tel­nie prze­ra­żo­ny i nie uczy przy­ja­ciół ży­cia, ale się przed nimi tłu­ma­czy, a oni mu nie wie­rzą. A po­tem się oka­za­ło, że to wca­le nie przy­ja­cie­le, bo przy­ja­cie­le się tak nie za­cho­wu­ją.

W któ­rymś mo­men­cie Pusz­kin cał­ko­wi­cie stra­cił kon­te­nans, ase­ni­za­to­rzy na­to­miast osta­tecz­nie za­czę­li przy­po­mi­nać gang­ste­rów i na­gle się zo­rien­to­wa­łem, że ich po­spo­li­te prze­bra­nie to po pro­stu ta­nia odzież ro­bo­cza, któ­rej nie żal im po­bru­dzić. Naj­wy­raź­niej jed­no­cze­śnie ze mną zro­zu­miał to tak­że Pusz­kin na ekra­nie: pró­bo­wał wstać, ale ase­ni­za­to­rzy ze­rwa­li się na nogi nie­co szyb­ciej i usta Pusz­ki­na roz­war­ły się w nie­sły­szal­nym krzy­ku.

Je­den z ase­ni­za­to­rów ci­snął go twa­rzą pro­sto na ta­le­rze z je­dze­niem. Dru­gi wy­cią­gnął skądś mło­tek i gwoź­dzie i w kil­ka se­kund obaj bluź­nier­czo przy­bi­li ręce nie­daw­ne­go człon­ka pre­zy­dium do sto­łu; cho­ciaż nic nie sły­sza­łem, jego krzyk nie­mal fi­zycz­nie świ­dro­wał mi w uszach.

Dal­sze wy­da­rze­nia trwa­ły co naj­wy­żej pół mi­nu­ty.

Oka­za­ło się, że stół jest na kół­kach – ase­ni­za­to­rzy bez tru­du po­pchnę­li go na­przód. Ka­me­ra prze­su­nę­ła się na ich ple­cy, dwu­skrzy­dło­we drzwi przed nimi otwar­ły się na oścież i męż­czyź­ni szyb­ko po­to­czy­li stół ko­ry­ta­rzem, ni­czym sa­ni­ta­riu­sze łóż­ko z cho­rym.

Ko­niec ko­ry­ta­rza wy­glą­dał wy­jąt­ko­wo nie­chluj­nie – jak­by od­by­wał się tam re­mont i ścia­ny okle­jo­no po­szar­pa­ny­mi płach­ta­mi fo­lii ochron­nej. Coś tam po­dry­gi­wa­ło i błysz­cza­ło i kie­dy stół do­je­chał do po­ło­wy ko­ry­ta­rza, z we­wnętrz­nym dresz­czem zro­zu­mia­łem, że to ob­ra­ca­ją­ca się piła tar­czo­wa.

Kie­dy po­zo­sta­ło do niej kil­ka me­trów, je­den z ase­ni­za­to­rów po­cią­gnął Pusz­ki­na za wło­sy, żeby ten pod­niósł gło­wę i zo­ba­czył, co go cze­ka. Po­tem stół prze­su­nął się nad ramą piły – naj­wi­docz­niej jej wy­so­kość zo­sta­ła wcze­śniej wy­re­gu­lo­wa­na – i na­je­chał na tar­czę. To, co na­stą­pi­ło da­lej, było strasz­ne i od­ra­ża­ją­ce. A szcze­gól­nie wstrzą­snę­ła mną sto­lar­ska wpra­wa, z jaką ten, któ­ry trzy­mał Pusz­ki­na za wło­sy, w ostat­niej chwi­li cof­nął rękę.

Nie­przy­tom­nie pa­trząc na ekran, my­śla­łem, że moja hi­po­te­za co do odzie­ży ro­bo­czej oka­za­ła się słusz­na – za­bój­cy z pew­no­ścią nie będą jej prać, tyl­ko po pro­stu wy­rzu­cą. Już w dzie­ciń­stwie za­uwa­ży­łem, że nasz umysł w obro­nie przed sce­na­mi bez­gra­nicz­ne­go okru­cień­stwa sta­ra się ucze­pić ja­kie­goś drob­ne­go szcze­gó­łu i ana­li­zu­je go wni­kli­wie, do­pó­ki się wszyst­ko nie skoń­czy.

Tym­cza­sem przy­sze­dłem już do sie­bie i zo­rien­to­wa­łem się, że sie­dzę w ciem­nej sali i oglą­dam film pusz­cza­ny przez pro­jek­tor. I oto ekran zgasł.

Spró­bo­wa­łem wstać i zro­zu­mia­łem, że nie mogę tego zro­bić – mia­łem na so­bie uprząż krę­pu­ją­cą ru­chy, coś w ro­dza­ju ka­fta­na bez­pie­czeń­stwa przy­tro­czo­ne­go do fo­te­la na kół­kach, w któ­rym sie­dzia­łem. Kie­dy za­pa­li­ło się świa­tło, zo­ba­czy­łem, że fo­tel stoi w przej­ściu mię­dzy pu­sty­mi rzę­da­mi. Nie­dłu­go jed­nak roz­ko­szo­wa­łem się sa­mot­no­ścią. Na moim ra­mie­niu spo­czę­ła czy­jaś lek­ka dłoń. Drgną­łem i spró­bo­wa­łem się od­wró­cić o tyle, o ile po­zwa­lał mi na to fo­tel. Ale oso­ba, któ­ra po­ło­ży­ła mi rękę na ra­mie­niu, sta­ła do­kład­nie za mo­imi ple­ca­mi i po­zo­sta­ła nie­wi­docz­na.

– Tak się dzie­je – prze­mó­wił po­ucza­ją­co ko­bie­cy głos – kie­dy lu­dzie zbyt dużo mó­wią. Zro­zu­miał pan, Sie­mio­nie Isa­ko­wi­czu?

– Tak – od­rze­kłem. – Wszyst­ko zro­zu­mia­łem. Zro­zu­mia­łem to jesz­cze w dzie­ciń­stwie.

– Pro­szę więc to pod­pi­sać.

Na ko­la­na upa­dła mi pod­kład­ka z przy­pię­tym ar­ku­szem pa­pie­ru. Po­kry­wał go tekst roz­bi­ty na mnó­stwo po­nu­me­ro­wa­nych pa­ra­gra­fów. Druk był bar­dzo drob­ny i zdo­ła­łem od­czy­tać tyl­ko na­głó­wek:

ZO­BO­WIĄ­ZA­NIE O ZA­CHO­WA­NIU PO­UF­NO­ŚCI

Na­wet nie py­ta­łem, o po­uf­no­ści cze­go.

– Jak ja się pod­pi­szę – po­wie­dzia­łem tyl­ko – sko­ro mam zwią­za­ne ręce?

– Może pan po­sta­wić krzy­żyk – od­rzekł ko­bie­cy głos i szczu­płe pal­ce pod­su­nę­ły mi do ust dłu­go­pis.

Po­słusz­nie chwy­ci­łem go zę­ba­mi, ko­bie­ta pod­nio­sła pod­kład­kę i ja­koś uda­ło mi się na­skro­bać krzy­wy gry­zmoł przy sło­wie „pod­pis”; gry­zmoł nie zmie­ścił się w ru­bry­ce, gdzie było moje imię i na­zwi­sko, i wje­chał na dru­ko­wa­ny tekst. Ko­bie­cie chy­ba to nie prze­szka­dza­ło.

Za­bra­ła pod­kład­kę i po­czu­łem na gło­wie lek­kie mu­śnię­cie. Oczy za­sło­ni­ła mi czar­na opa­ska. Po­tem fo­tel ru­szył z miej­sca.

Są­dząc po od­gło­sach, wy­je­cha­li­śmy z sali, dłu­go to­czy­li­śmy się ko­ry­ta­rzem, po­tem zje­cha­li­śmy win­dą, w któ­rej oprócz nas znaj­do­wa­ły się inne oso­by (usły­sza­łem nie­gło­śną roz­mo­wę o pił­ce noż­nej). Po­tem były jesz­cze je­den ko­ry­tarz i jesz­cze jed­na win­da. Wresz­cie, po­ko­naw­szy próg, za­trzy­ma­li­śmy się i zdję­to mi prze­pa­skę z oczu.

Zo­ba­czy­łem ga­bi­net den­ty­stycz­ny.

Ale taki, w któ­rym z po­wo­dze­niem moż­na by umie­ścić am­puł­kę z cy­jan­kiem po­ta­su w zę­bie sa­me­go He­in­ri­cha Him­m­le­ra. W at­mos­fe­rze tego po­miesz­cze­nia było coś nie­wy­po­wie­dzia­nie mrocz­ne­go, jak­by przez dłu­gie lata upra­wia­no tu ka­tow­skie rze­mio­sło, a po­tem, żeby ra­cjo­nal­nie uza­sad­nić aurę cier­pie­nia ema­nu­ją­cą ze ścian, usta­wio­no za­miast dy­bów fo­tel den­ty­stycz­ny. Na­wia­sem mó­wiąc, ta­kim pro­mie­nio­wa­niem prze­sy­co­ne są czę­sto dro­gie mo­skiew­skie i pe­ters­bur­skie nie­ru­cho­mo­ści, ale na szczę­ście dla po­śred­ni­ków, to coś, co się tam wpro­wa­dza, bywa jesz­cze strasz­niej­sze niż to, co się kie­dyś wy­pro­wa­dzi­ło.

Nie mu­szę chy­ba do­da­wać, że den­ty­sta i jego asy­stent wy­da­li mi się po­dob­ni jak dwie kro­ple wody do za­bój­ców z obej­rza­ne­go fil­mu.

Na­sa­dzo­no mi na nos gu­mo­wy spi­nacz z od­cho­dzą­cym od nie­go wę­żem i po­grą­ży­łem się w męt­nej prze­strze­ni ga­zo­wej ane­ste­zji, gdzie czło­wiek naj­pierw przy­po­mi­na so­bie wiel­ką ta­jem­ni­cę, co do któ­rej pa­nu­je po­wszech­na zmo­wa mil­cze­nia, a po­tem w spo­sób rów­nie nie­unik­nio­ny za­po­mi­na ją, kie­dy se­ans do­bie­ga koń­ca. Za­to­pio­ny w kon­tem­pla­cji na­wet nie za­uwa­ży­łem, kie­dy mnie prze­sa­dzo­no z fo­te­la in­wa­lidz­kie­go na den­ty­stycz­ny.

Le­ka­rze nie za­sta­na­wia­li się ani chwi­li, co mają ro­bić. Otwo­rzy­li mi usta i za­czę­li bru­tal­nie bo­ro­wać gór­ną lewą szóst­kę. Reszt­ka mo­jej świa­do­mo­ści za­cho­wa­ła trzeź­wość i po­my­śla­łem, że nie­daw­ny po­kaz fil­mo­wy miał mnie po pro­stu przy­go­to­wać do tego za­bie­gu: w ob­li­czu mę­czeń­skiej śmier­ci czło­wiek ja­koś prze­sta­je się bać bólu zęba. Do­ce­ni­łem tę sub­tel­ność i na­wet za­czą­łem mu­czeć, sta­ra­jąc się po­wie­dzieć le­ka­rzom, że zro­zu­mia­łem ich plan i je­stem nim za­chwy­co­ny, ale je­den z nich po­gro­ził mi pal­cem, więc umil­kłem. Zda­wa­ło mi się, że po tym in­cy­den­cie ane­ste­zjo­log moc­no zwięk­szył pro­cent pod­tlen­ku azo­tu we wdy­cha­nej prze­ze mnie mie­szan­ce.

Kie­dy nar­ko­za ustą­pi­ła, by­łem znów przy­pię­ty do swo­je­go fo­te­la na kół­kach. Ostroż­nie ob­ma­ca­łem ję­zy­kiem zęby. Gór­na szóst­ka zro­bi­ła się inna. Po­ja­wi­ła się w niej duża świe­ża plom­ba, któ­rą, szcze­rze mó­wiąc, daw­no po­wi­nie­nem był so­bie wsta­wić – daw­niej w tym miej­scu była dziur­ka, któ­ra już za­czy­na­ła ćmić.

– Za go­dzi­nę bę­dzie moż­na jeść – po­wie­dział w prze­strzeń je­den z le­ka­rzy.

Z tyłu po­de­szła ko­bie­ta, za­wią­za­ła mi oczy i wy­pchnę­ła fo­tel z ga­bi­ne­tu.

Znów dłu­go po­dró­żo­wa­li­śmy la­bi­ryn­tem ko­ry­ta­rzy, a po­tem wje­cha­li­śmy na górę, tym ra­zem no­wo­cze­śniej­szą i szyb­szą win­dą, któ­ra w ogó­le nie zgrzy­ta­ła. Wwie­zio­no mnie do ja­kie­goś po­ko­ju i fo­tel się za­trzy­mał.

Lek­kie pal­ce roz­wią­za­ły su­pły krę­pu­ją­cej mnie uprzę­ży i zdję­ły ją. Ko­bie­ta po­mo­gła mi wstać i wło­żyć moją wła­sną ma­ry­nar­kę, któ­rą roz­po­zna­łem, za­ha­czyw­szy dło­nią o zna­czek w kla­pie (były to skrzy­żo­wa­ne fla­gi ame­ry­kań­ska i ro­syj­ska – rzecz wy­ba­czal­na u na­uczy­cie­la an­giel­skie­go).

Po­tem zo­sta­łem po­sa­dzo­ny na krze­śle i ko­bie­ta wy­szła z po­ko­ju, za­bie­ra­jąc ze sobą fo­tel. Po­skrzy­py­wa­nie kół uci­chło. Dość dłu­go sie­dzia­łem z za­wią­za­ny­mi ocza­mi w ci­szy i za­czy­na­łem już mieć dość tego głu­pie­go spek­ta­klu, kie­dy do po­ko­ju ktoś wszedł.

– A oto przy­był przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa Sie­mion! – śpiew­nie prze­mó­wił tuż obok mnie Szmy­ga i zdjął mi prze­pa­skę z oczu. Do­pie­ro te­raz się po­ła­pa­łem, że już daw­no mo­głem to zro­bić sam – ale ja­koś nie mia­łem od­wa­gi.

Po­kój, w któ­rym się znaj­do­wa­łem, przy­po­mi­nał ga­bi­net po­dróż­ni­ka, i to po­dróż­ni­ka nie tyl­ko w prze­strze­ni, ale i w cza­sie. Pierw­szy rzu­cał się w oczy wi­szą­cy nad biur­kiem por­tret Dzier­żyń­skie­go z ra­kie­tą te­ni­so­wą w ręku. Wo­kół nie­go roz­miesz­czo­no azja­tyc­ką broń: mie­cze, ha­la­bar­dy i ja­kieś cepy. W ką­cie czer­niał ma­ne­kin do wing chun z krót­ki­mi ogryz­ka­mi rąk, po­dob­ny do szcząt­ków spa­lo­ne­go lot­ni­ka.

Bocz­ne ścia­ny zdo­bi­ło kil­ka zdjęć Szmy­gi w oszklo­nych ram­kach. Na jed­nym Szmy­ga w mun­du­rze ge­ne­ral­skim stał obok zna­ne­go ban­kie­ra, któ­ry uśmie­chał się z lek­kim za­że­no­wa­niem, na dru­gim trzy­mał dłoń na ra­mie­niu nie mniej zna­ne­go ban­dy­ty, już nie­ży­ją­ce­go. Ban­dy­ta, co mnie zdu­mia­ło, był sta­ran­nie ob­wie­dzio­ny ża­łob­ną ram­ką ze szcze­li­ną po­zo­sta­wio­ną spe­cjal­nie po to, by Szmy­ga mógł się­gnąć ręką na tam­ten świat.

Na pod­ło­dze le­żał per­ski dy­wan, praw­dzi­wy i z pew­no­ścią bar­dzo kosz­tow­ny.

– To­wa­rzy­szu gene...

– Wła­dik – prze­rwał mi Szmy­ga. – Dla cie­bie za­wsze po pro­stu Wła­dik. I na ty.

– Do­brze – po­wie­dzia­łem. – Wła­dik. Strasz­nie się cie­szę ze spo­tka­nia z przy­ja­cie­lem z dzie­ciń­stwa. A zwłasz­cza z tego, że twoi oprycz­ni­cy po­zo­sta­wi­li mnie przy ży­ciu.

– A o co cho­dzi? – Szmy­ga zro­bił wiel­kie oczy.

Opo­wie­dzia­łem krót­ko, co przed chwi­lą prze­ży­łem. Szmy­ga z nie­do­wie­rza­niem krę­cił gło­wą.

– A to dra­nie – mruk­nął po­nu­ro. – Ło­bu­zy. Ka­za­łem im wziąć od cie­bie zo­bo­wią­za­nie o po­uf­no­ści. A przed­tem za­wsze się u nas po­ka­zu­je tę ka­se­tę. Żeby czło­wiek nie pod­pi­sy­wał bez­myśl­nie, tyl­ko zda­wał so­bie spra­wę, co go cze­ka, w ra­zie gdy­by coś roz­gło­sił. A oni ci ni­cze­go nie wy­ja­śni­li? I po­je­cha­łeś na spec­pro­ce­du­rę z za­wią­za­ny­mi ocza­mi? Żło­by ubo­gie... No nic, zba­da­my spra­wę i uka­rze­my win­nych. Do­sta­ną, kur­wa, trzy­nast­kę w twar­dej wa­lu­cie...

Wziął ze sto­łu no­tes z pro­fi­lem Dan­te­go Ali­ghie­ri na okład­ce i przez chwi­lę w sku­pie­niu wo­dził dłu­go­pi­sem po pa­pie­rze, przy czym od razu się do­my­śli­łem, że ry­su­je w środ­ku ta­kie same pro­fi­le Dan­te­go, tyl­ko ma­lut­kie. Nie wiem, dla­cze­go ci lu­dzie my­ślą, że przez cały dłu­gi dwu­dzie­sty wiek nie po­zna­li­śmy me­tod ich pra­cy.

Wresz­cie odło­żył no­tes i zro­bił krok w moim kie­run­ku, jak­by chciał po­nie­wcza­sie uko­ić uści­skiem moje du­cho­we rany, ale w tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon na biur­ku. Szmy­ga za­klął i pod­niósł słu­chaw­kę. Słu­chał przez kil­ka se­kund, po czym jego twarz sta­ła się po­nu­ra i czuj­na.

– Tak jest – po­wie­dział i odło­żył słu­chaw­kę. Pod­niósł na mnie oczy i z ubo­le­wa­niem roz­ło­żył ręce.

– Sam wi­dzisz, co się dzie­je. Dzi­siaj nie dam rady, alarm bo­jo­wy. Spo­tkaj­my się po­ju­trze i wszyst­ko ci wy­tłu­ma­czę. Bła­gam, wy­trzy­maj tro­chę i nie przej­muj się. Za­raz od­wio­zę cię do domu. Nie martw się, sam cię znaj­dę...

2

Być może wciąż jesz­cze by­łem pod wpły­wem nar­ko­zy, ale w domu pra­wie wca­le nie my­śla­łem o tym, co się wy­da­rzy­ło. Spra­łem z rę­ka­wa ma­ry­nar­ki plam­kę krwi (po­ję­cia nie mam, skąd się tam wzię­ła), zja­dłem coś bez ape­ty­tu i po­sze­dłem spać.

Hor­ror za­czął się w środ­ku nocy.

– Sie­mion – po­wie­dział na­gle w moim mó­zgu gro­bo­wy głos – Sie­mion, je­steś go­tów do za­pła­ty?

Od­rzu­ci­łem koł­drę i unio­słem się na łok­ciach.

W okno świe­cił mi­stycz­ny księ­życ, wiatr ko­ły­sał fi­ran­ka­mi – wszyst­ko jak w nie­miec­kiej tra­ge­dii ro­man­tycz­nej. Chwi­la była jak naj­bar­dziej od­po­wied­nia, żeby osza­leć albo przy­najm­niej wy­stra­szyć się na śmierć. Wła­śnie tak po­stą­pi­łem: wy­stra­szy­łem się do tego stop­nia, że reszt­ki wło­sów sta­nę­ły mi dęba.

Sęk w tym, że sło­wa roz­brzmie­wa­ły nie gdzieś obok, ale na­pły­wa­ły z sa­me­go cen­trum mo­je­go je­ste­stwa. Nie był to jed­nak tak zwa­ny głos we­wnętrz­ny, któ­ry tak na­praw­dę tyl­ko so­bie wy­obra­ża­my, ale głos praw­dzi­wy. Tyle że do­bie­gał z naj­skryt­sze­go we­wnętrz­ne­go wy­mia­ru, skąd wcze­śniej nikt do mnie nie prze­ma­wiał. I to było nie­wy­mow­nie strasz­ne.

– Kim je­steś? – spy­ta­łem, roz­glą­da­jąc się.

– Ob­ra­zi­łeś mo­je­go du­cha – po­wie­dział głos. – I te­raz się na to­bie ze­msz­czę, u-u-u-u...

„U-u-u-u” śmiesz­nie wy­glą­da na pi­śmie, ale kie­dy głos za­wył w mo­jej gło­wie... Na­wet nie wiem, jak to opi­sać. Jak­by bry­ga­da ska­zań­ców, któ­rzy bu­do­wa­li moje ode­skie miesz­ka­nie, na­gle po­wsta­ła z mar­twych, prze­pro­wa­dzi­ła in­fer­nal­ny prze­wód ko­mi­no­wy mię­dzy moim no­sem a uchem – i jak­by za­hu­czał w nim mę­czeń­ski wi­cher pie­kieł.

Uszczyp­ną­łem się, ale się nie obu­dzi­łem.

– Kim je­steś? – spy­ta­łem ze zgro­zą.

– Je­stem du­chem spi­ke­ra Le­wi­ta­na – od­rzekł głos.

W pierw­szej chwi­li da­łem mu się na­brać jak prze­kup­nio­wi na Pri­wo­zie4.

– E... Bar­dzo mi miło – po­wie­dzia­łem nie­pew­nie. – To dla mnie wiel­ki za­szczyt. Po­świę­ci­łem mnó­stwo cza­su stu­diom nad pań­ską spu­ści­zną, Ju­ri­ju Bo­ri­so­wi­czu. W dzie­ciń­stwie na­wet ćwi­czy­łem dyk­cję, sto­jąc na gło­wie, bo prze­czy­ta­łem, że pan tak ro­bił...

– Wła­śnie, od dziec­ka bez­cze­ści­łeś moją świe­tla­ną pa­mięć, świ­nio pier­do­lo­na.

Tu zro­zu­mia­łem, że to ja­kaś ście­ma. Kul­tu­ral­ny Żyd, któ­ry całe ży­cie prze­pra­co­wał w ra­diu, nie po­wie cze­goś ta­kie­go na­wet po pi­ja­ne­mu. A już tym bar­dziej z tam­te­go świa­ta.

– Nie bez­cze­ści­łem – od­par­łem, sta­ra­jąc się nadać swe­mu gło­so­wi ton pe­łen god­no­ści, i ku wła­sne­mu za­sko­cze­niu na­gle prze­sze­dłem na in­to­na­cję Le­wi­ta­na. – Na­śla­do­wa­łem. I ro­bi­łem to z wiel­kim sza­cun­kiem. A pan, za prze­pro­sze­niem, nie jest żad­nym Le­wi­ta­nem.

– Dla­cze­go tak są­dzisz, nędz­ny ro­ba­ku? – za­py­tał głos i po­now­nie za­wył.

Wy­cie znów wy­szło mu cał­kiem prze­ko­nu­ją­co, ale sło­wa ro­bi­ły na mnie co­raz mniej­sze wra­że­nie.

– Dla­te­go że Le­wi­tan nig­dy by nie po­wie­dział „świ­nio pier­do­lo­na” – od­par­łem. – Był czło­wie­kiem do­brze wy­cho­wa­nym, z do­bry­mi ge­na­mi, i nig­dy by nie użył ta­kich słów, na­wet gdy­by rze­czy­wi­ście tak o mnie my­ślał.

– Co ty mo­żesz wie­dzieć o wiel­kim Le­wi­ta­nie, żło­bie ubo­gi? – za­wył głos.

Tu wresz­cie zro­zu­mia­łem, kto ze mną roz­ma­wia.

– O sa­mym Le­wi­ta­nie wiem nie­wie­le – od­rze­kłem spo­koj­nie. – Ale do­brze wiem, jak mó­wił. I je­stem pe­wien, że na­wet z tam­te­go świa­ta nie mó­wił­by z ak­cen­tem mo­skiew­skie­go tak­sia­rza. A już na pew­no nie usły­szał­bym od nie­go epi­te­tu „żło­bie ubo­gi”. Spo­śród wszyst­kich mo­ich zna­jo­mych uży­wa jej tyl­ko nie­ja­ki Wła­dik Szmy­ga.

– Sku­ma­łeś? No, no... – po­wie­dział Szmy­ga z za­sko­cze­niem i do­dał pię­tro­we or­dy­nar­ne prze­kleń­stwo, tak plu­ga­we, że na­gle uświa­do­mi­łem so­bie, jak bez­bron­ny jest czło­wiek wo­bec przy­ro­dy i jak strasz­ny jest jego bio­lo­gicz­ny los. To cał­ko­wi­cie ode­bra­ło mi chęć do dal­szej sprzecz­ki i w od­po­wie­dzi tyl­ko chlip­ną­łem. Szmy­ga za­chi­cho­tał.

Mu­szę po­wie­dzieć, że ten chi­chot był jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­cy niż wy­cie. Moja świe­żo od­zy­ska­na rów­no­wa­ga psy­chicz­na znów się za­chwia­ła, al­bo­wiem zro­zu­mia­łem, że na­wet je­śli rze­czy­wi­ście roz­ma­wia ze mną Szmy­ga, nie zmie­nia to fak­tu, że jego głos jest jed­no­cze­śnie gło­sem pie­kieł. Wy­bie­ga­jąc na­przód, po­wiem, że od tej pory ta myśl ani na chwi­lę mnie nie opusz­cza­ła.

Nie wiem, czy Szmy­ga zda­wał so­bie spra­wę, ja­kie wi­chry prze­la­tu­ją przez moją du­szę prze­żar­tą fran­cu­skim eg­zy­sten­cja­li­zmem. My­ślę, że opraw­cy jego ro­dza­ju, czy to ze świa­ta du­cho­we­go, czy fi­zycz­ne­go, nie­wiel­kie mają po­ję­cie, jak kon­kret­nie ich ofia­ry prze­ży­wa­ją za­da­wa­ne im cier­pie­nia, wie­dzą tyl­ko, że te czu­ją ból, i mniej wię­cej wy­czu­wa­ją jego na­si­le­nie.

– No do­bra – po­wie­dział Szmy­ga, wy­śmiaw­szy się. – Bra­wo. My­śla­łem, że po­cią­gnę to dłu­żej. A czy przy­najm­niej zro­zu­mia­łeś, skąd do cie­bie mó­wię?

Do­pie­ro te­raz do mnie do­tar­ło.

– Ząb? – spy­ta­łem.

– Wła­śnie. Po­sta­no­wi­łem prze­pro­wa­dzić roz­mo­wę wstęp­ną na taj­nym ka­na­le spe­cjal­nym. I już ją pro­wa­dzę. Za­kar­buj to so­bie na pej­sie i ani się waż żreć pod­czas in­struk­ta­żu... Go­to­wy?

Po­ło­ży­łem się na łóż­ku i po­wie­dzia­łem:

– Go­to­wy.

Szmy­ga mó­wił mniej wię­cej go­dzi­nę.

Pod ko­niec za­czę­ło mi się wy­da­wać, że w gło­wie mam ki­pią­cy czaj­nik, z któ­re­go za­raz ze­sko­czy po­kryw­ka. Ale sens do­cie­rał do mnie do­brze, cho­ciaż nie ro­zu­mia­łem wie­lu tech­nicz­nych szcze­gó­łów, w któ­re ob­fi­to­wał mo­no­log Szmy­gi. Po­dej­rze­wam, że on sam też ich nie ro­zu­miał – z pauz w jego opo­wie­ści moż­na było wy­czuć, że ter­mi­ny na­uko­we i licz­by czy­ta z kart­ki. Wszyst­ko to opusz­czę, tym bar­dziej że i tak tego nie za­pa­mię­ta­łem.

Isto­ta rze­czy była na­stę­pu­ją­ca: w schył­ko­wym okre­sie ZSRR mo­skiew­scy psy­chia­trzy za­czę­li otrzy­my­wać od nie­któ­rych oby­wa­te­li skar­gi na gło­sy roz­le­ga­ją­ce się w ich gło­wach. Gło­sy in­for­mo­wa­ły o wy­da­rze­niach na świe­cie, nie­kie­dy śpie­wa­ły, nie­kie­dy oplu­wa­ły hi­sto­rię Oj­czy­zny, a cza­sem, cmo­ka­jąc, opo­wia­da­ły o cu­dach wol­ne­go ryn­ku.

Naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­ną dia­gno­zą w ta­kich wy­pad­kach była „prze­wle­kła schi­zo­fre­nia na tle ostrej in­tok­sy­ka­cji in­for­ma­cyj­nej” albo „pie­re­fre­nia”, jak ochrzczo­no nową cho­ro­bę przez ana­lo­gię z pe­ry­to­ni­tem5 i pie­re­stroj­ką.

Po­cząt­ko­wo cho­rym or­dy­no­wa­no lo­bo­to­mię, ale wy­cię­cie pła­tów czo­ło­wych mó­zgu wy­ka­za­ło ni­ską efek­tyw­ność. Nie­któ­rych pa­cjen­tów uda­wa­ło się wy­le­czyć, sto­su­jąc inne sil­nie dzia­ła­ją­ce pro­ce­du­ry sta­rej so­wiec­kiej szko­ły, ale ta­kie przy­pad­ki były rzad­kie i pa­cjen­ci nie od­zy­ski­wa­li peł­nej zdol­no­ści do pra­cy.

Pró­bu­jąc le­piej po­znać zja­wi­sko, le­ka­rze za­czę­li ana­li­zo­wać, co kon­kret­nie mó­wią gło­sy. I do­ko­na­li zdu­mie­wa­ją­ce­go od­kry­cia – oka­za­ło się, że do­kład­nie po­wta­rza­ją pro­gra­my mo­skiew­skich ra­dio­sta­cji. In­ny­mi sło­wy, cho­rzy za­czę­li sły­szeć ra­dio bez od­bior­ni­ka.

Le­ka­rze za­czę­li spraw­dzać, czy jest coś wspól­ne­go w ży­cio­ry­sach pa­cjen­tów. Oka­za­ło się, że wszy­scy na krót­ko przed po­ja­wie­niem się gło­sów od­wie­dzi­li tę samą eks­pe­ry­men­tal­ną kli­ni­kę sto­ma­to­lo­gicz­ną, gdzie wsta­wio­no im plom­by z no­we­go sto­pu.

W ten spo­sób od­kry­to, że plom­ba okre­ślo­ne­go kształ­tu, wy­ko­na­na z płyt­ki bi­me­ta­lo­wej, może dzia­łać jak ra­dio­od­bior­nik, wy­ko­rzy­stu­jąc drob­ne róż­ni­ce po­ten­cja­łów wy­stę­pu­ją­ce w ja­mie zę­bo­wej. Zja­wi­skiem za­in­te­re­so­wa­ły się spec­służ­by i in­for­ma­cję utaj­nio­no. Albo za­stą­pio­no dez­in­for­ma­cją. Cho­rych na pie­re­fre­nię wy­le­czy­li sto­ma­to­lo­dzy, a dal­szym lo­sem mó­wią­cych plomb za­jął się zu­peł­nie inny re­sort.

Pra­ce pro­wa­dzo­no przez całe lata dzie­więć­dzie­sią­te z krót­ki­mi prze­rwa­mi z po­wo­du bra­ku środ­ków. Z cza­sem uda­ło się stwo­rzyć plom­bę, któ­ra nie tyl­ko od­bie­ra­ła sy­gnał i prze­twa­rza­ła go w falę dźwię­ko­wą, ale mo­gła też do­ko­ny­wać od­wrot­nej trans­for­ma­cji: prze­twa­rza­ła mowę w im­puls elek­tro­ma­gne­tycz­ny, na­stęp­nie emi­to­wa­ny w prze­strzeń. Prze­wi­dy­wa­no, że ta­kie plom­by bę­dzie moż­na wsta­wiać na przy­kład zwia­dow­com i dy­wer­san­tom, żeby ich wy­po­sa­żyć w ul­tra­kom­pak­to­wy sys­tem łącz­no­ści.

Szyb­ko prze­ba­da­no za­le­ty i wady no­wej me­to­dy. Zmie­nia­jąc skład i kon­struk­cję plom­by, moż­na było z dużą do­kład­no­ścią na­stro­ić ją na od­biór okre­ślo­nej czę­sto­tli­wo­ści ra­dio­wej, wy­klu­cza­jąc wszyst­kie inne sy­gna­ły. Plom­ba mo­gła od­bie­rać au­dy­cje nada­wa­ne z du­żej od­le­gło­ści. Sy­gnał od­wrot­ny jed­nak, z po­wo­du nie­do­sta­tecz­nej mocy, moż­na było uchwy­cić tyl­ko z od­le­gło­ści kil­ku­set me­trów i na­wet do tego po­trzeb­ny był cięż­ki sprzęt.

W re­zul­ta­cie nowy typ łącz­no­ści nie zna­lazł za­sto­so­wa­nia w si­łach zbroj­nych. Służ­ba wy­wia­du we­wnętrz­ne­go też się nim nie za­in­te­re­so­wa­ła; był to okres bo­omu in­ter­ne­to­we­go i prze­ka­zy­wa­nie in­for­ma­cji przez ra­dio wy­da­wa­ło się daw­no prze­brzmia­łą pie­śnią.

Nie­daw­no jed­nak wy­wiad znów za­in­te­re­so­wał się so­wiec­kim od­kry­ciem, tyl­ko już w zu­peł­nie in­nych for­mach.

– Dal­sze in­for­ma­cje – za­mru­czał Szmy­ga w moim roz­to­pio­nym mó­zgu – są tak taj­ne, że będę ci je mógł prze­ka­zać tyl­ko na ucho przy oso­bi­stym spo­tka­niu. I nie bądź zdzi­wio­ny, Sie­mion, je­śli za­raz po­tem od­gry­zę ci to ucho i zjem.

Cóż, wte­dy nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, że wszyst­kie te jego „za­kar­buj na pej­sie” i „od­gry­zę ucho” nie były war­cze­niem zwie­rza, co chwi­la przy­po­mi­na­ją­ce­go, jaki jest groź­ny, ale prze­ciw­nie, cie­lę­cą piesz­czo­tą, kan­cia­stym od­wo­ła­niem do na­sze­go dzie­ciń­stwa. W isto­cie Szmy­ga był czło­wie­kiem bar­dzo sa­mot­nym i bru­tal­nie krę­po­wa­na czu­łość, dla któ­rej nie było miej­sca w jego ży­ciu, mimo woli wy­le­wa­ła się z nie­go cho­ro­bli­wy­mi brzyd­ki­mi skrze­pa­mi – jak sper­ma z mni­cha, któ­ry za­snął przed oł­ta­rzem.

3

– Cze­ka na nas puł­kow­nik Do­bro­swiet – po­wie­dział Szmy­ga, kie­dy mnie do­wie­zio­no do gma­chu do­brze zna­ne­go każ­de­mu mo­skwia­ni­no­wi. – On ci wszyst­ko wy­ja­śni. To wy­bit­na oso­bi­stość, więc po­sta­raj się mu spodo­bać. Bę­dzie z nami pra­co­wał.

To, czy ja będę z nimi pra­co­wał, chy­ba nie pod­le­ga­ło dys­ku­sji. Po­ra­ża­ją­ca aro­gan­cja.

Po dro­dze Szmy­ga opo­wie­dział mi co nie­co o tym czło­wie­ku. Kie­dyś na­zy­wał się in­a­czej, ale te­raz na­zy­wa­no go wła­śnie tak – puł­kow­nik Do­bro­swiet, to było jego imię i na­zwi­sko. Kie­ro­wał wy­dzia­łem sub­stan­cji spe­cjal­nych i zmie­nio­nych sta­nów świa­do­mo­ści, ale jak zro­zu­mia­łem z rzu­co­ne­go mi­mo­cho­dem zda­nia, nie był zwy­kłym drag de­ale­rem FSB, tyl­ko kimś w ro­dza­ju głów­ne­go kon­sul­tan­ta do spraw du­cho­wo-ezo­te­rycz­nych. Szmy­ga da­rzył go nad­zwy­czaj­nym sza­cun­kiem; było to wi­dać choć­by z tego, że on, ge­ne­rał, pro­wa­dził mnie na spo­tka­nie z puł­kow­ni­kiem. We­dle słów Szmy­gi w la­tach, kie­dy Gaj­dar ra­to­wał kraj przed gło­dem, a Czu­bajs przed chło­dem, Do­bro­swiet kil­ka­krot­nie oca­lił Ro­sję przed in­wa­zją z ke­ta­mi­no­we­go ko­smo­su, przy czym stre­fę kon­flik­tu za cenę po­twor­ne­go wy­sił­ku uda­ło mu się utrzy­mać w gra­ni­cach wła­snej psy­chi­ki, któ­ra w re­zul­ta­cie moc­no ucier­pia­ła.

Za swój czyn otrzy­mał Zło­tą Gwiaz­dę bo­ha­te­ra. Po tym trau­ma­tycz­nym prze­ży­ciu przy­jął po­gań­stwo, nadal jed­nak po­zo­stał czło­wie­kiem swo­bod­nej my­śli i był go­tów słu­żyć nam całą swo­ją ogrom­ną eru­dy­cją i do­świad­cze­niem.

Do­bro­swiet cze­kał na nas w pu­stej auli.

Był to dość mło­dy jesz­cze czło­wiek, nie­wy­so­ki, tę­ga­wy, z rudą bród­ką i ja­sny­mi wło­sa­mi. Był bar­dzo dziw­nie ubra­ny: ko­szu­lę miał gę­sto za­ha­fto­wa­ną ro­syj­skim or­na­men­tem, a na ple­cach maj­tał mu się słom­ko­wy ka­pe­lusz pa­siecz­ni­ka. W ręku trzy­mał rzeź­bio­ny ko­stur, zwień­czo­ny po­pę­ka­nym bro­da­tym boż­kiem. Z ca­łej jego po­sta­ci pro­mie­nio­wa­ły spo­koj­na do­bro­dusz­ność i na­wet ja­kieś let­nie roz­le­ni­wie­nie.

– Sia­daj­cie, przy­ja­cie­le moi – po­wie­dział.

Usie­dli­śmy ze Szmy­gą w pierw­szym rzę­dzie, a pa­siecz­nik wszedł na es­tra­dę, oparł swój ko­stur o ścia­nę i za­czął się przed nami prze­cha­dzać, w za­du­mie prze­cze­su­jąc pal­ca­mi bród­kę. Zo­ba­czy­łem, że ma na no­gach san­da­ły z łyka o skom­pli­ko­wa­nym an­tycz­nym splo­cie. To jego cho­dze­nie za­czy­na­ło mnie już iry­to­wać, ale Szmy­ga za­cho­wy­wał spo­kój.

– Niech mi pan po­wie, Sie­mio­nie Isa­ko­wi­czu, czy jest pan czło­wie­kiem wie­rzą­cym? – za­py­tał na­gle Do­bro­swiet. – Tyl­ko szcze­rze.

Szmy­ga od­wró­cił się i po­pa­trzył na mnie bar­dzo uważ­nie.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Wła­ści­wie nie wiem, co po­wie­dzieć. Wie­rzę, że jest coś ta­kie­go... Ja­kaś siła, któ­ra... Wpro­wa­dza po­rzą­dek. Ale do cer­kwi nie cho­dzę. I do sy­na­go­gi, je­śli to miał pan na my­śli, też nie.

– Od re­li­gij­nej scho­la­sty­ki i me­ta­fi­zy­ki jest pan rów­nie da­le­ki?

Roz­ło­ży­łem sze­ro­ko ręce, żeby po­ka­zać, jak je­stem da­le­ki.

Do­bro­swiet kiw­nął gło­wą, jak­by wła­śnie ta­kiej od­po­wie­dzi ocze­ki­wał. Jesz­cze tro­chę po­cho­dził po sce­nie, po czym za­py­tał:

– A co pan my­śli o opi­nii pro­pa­go­wa­nej przez nie­któ­rych oby­wa­te­li, że to Ży­dzi rzą­dzą świa­tem? Czy w głę­bi du­szy nie po­dzie­la pan tego punk­tu wi­dze­nia?

– Pro­szę mnie po­znać z któ­rymś z ta­kich Ży­dów – od­par­łem. – Albo przy­najm­niej dać mi jego te­le­fon. Mam wra­że­nie, że oni cał­kiem o mnie za­po­mnie­li.

Do­bro­swiet znów kiw­nął gło­wą i jesz­cze tro­chę po­cho­dził po sce­nie.

– Bar­dzo moż­li­we – rzekł wresz­cie z za­gad­ko­wym uśmie­chem – że wła­śnie to zro­bi­my. Może się zresz­tą oka­zać, że wład­ca świa­ta jest na­wet bli­żej, niż pan my­śli.

– O to-to – po­twier­dził Szmy­ga.

– Co pan ma na my­śli? – spy­ta­łem w na­pię­ciu.

– Nie przy­śpie­szaj­my wy­da­rzeń – po­wie­dział Do­bro­swiet. – Chciał­bym, mon cher Sie­mio­nie, że­by­śmy naj­pierw uło­ży­li na­sze sto­sun­ki na ba­zie wza­jem­ne­go za­ufa­nia. Są ku temu wszyst­kie nie­zbęd­ne wa­run­ki. Chcę od razu za­zna­czyć, że my w na­szej or­ga­ni­za­cji już daw­no wy­zby­li­śmy się ja­ski­nio­we­go an­ty­se­mi­ty­zmu, na któ­ry cier­pia­ło wie­le osób urzę­do­wych im­pe­rium ro­syj­skie­go i Związ­ku So­wiec­kie­go.

– Nie­ofi­cjal­nie mogę do­dać – rzu­cił Szmy­ga – że uwa­ża­my ukrzy­żo­wa­nie Je­zu­sa Chry­stu­sa za we­wnętrz­ną spra­wę na­ro­du ży­dow­skie­go.

Do­bro­swiet po­pa­trzył na mnie uważ­nie, jak­by ocze­ki­wał wdzięcz­no­ści za taką wspa­nia­ło­myśl­ność.

– Dzię­ki za zro­zu­mie­nie – po­wie­dzia­łem po­tul­nie.

– A więc – cią­gnął Do­bro­swiet – co do tego, kto rzą­dzi świa­tem. Oczy­wi­ście, mon ami Sie­mio­nie, że nie Ży­dzi. Ale też nie ja­kiś inny na­ród czy ja­kaś ofi­cjal­na or­ga­ni­za­cja, cho­ciaż nie­któ­rzy człon­ko­wie Gru­py Bil­der­berg, któ­rzy na­czy­ta­li się an­ty­glo­ba­li­stycz­nych ulo­tek, de­lek­tu­ją się wła­śnie taką my­ślą. Wła­dza nad świa­tem jest ra­czej czymś w ro­dza­ju błą­dzą­cej pla­my świa­tła, w któ­rą tra­fia­ją to jed­ni, to dru­dzy, nie­któ­rzy na dłu­go, nie­któ­rzy za­le­d­wie na kil­ka se­kund. Szcze­gó­ło­wa ana­li­za tej pla­my za­ję­ła­by nam zbyt dużo cza­su, ale dla na­szych ce­lów wy­star­czy po­wie­dzieć, że czę­sto po­ja­wia­ją się w niej lu­dzie, któ­rych okre­śla się ogól­nie jako „ame­ry­kań­ską pra­wi­cę re­li­gij­ną”. Chy­ba pan o nich sły­szał, Sie­mio­nie?

Zro­bi­łem nie­okre­ślo­ny gest, któ­ry mógł ozna­czać wszyst­ko w dia­pa­zo­nie od „sły­sza­łem wie­lo­krot­nie” do „pro­szę mi po­wie­dzieć”.

– Wo­bec tego – cią­gnął Do­bro­swiet – przed­sta­wię panu krót­ko du­cho­wo-po­li­tycz­ne po­glą­dy tej gru­py. A więc ame­ry­kań­ska pra­wi­ca re­li­gij­na to lu­dzie, któ­rzy uwa­ża­ją, że po­strze­ga­ny przez nas świat stwo­rzył w cią­gu sze­ściu dni Bóg, któ­ry naj­pierw uczy­nił swo­im ulu­bio­nym na­ro­dem ko­czow­ni­cze ple­mię sy­naj­skich ho­dow­ców by­dła, ale po swej tra­gicz­nej śmier­ci na krzy­żu zmie­nił te­sta­ment w taki spo­sób, że w re­zul­ta­cie wy­bra­nym lu­dem oka­za­ło się ple­mię za­miesz­ku­ją­ce Sta­ny Zjed­no­czo­ne Ame­ry­ki. Na ra­zie wszyst­ko ja­sne?

– Nie bar­dzo – po­wie­dzia­łem szcze­rze.

– Nic dziw­ne­go. – Do­bro­swiet się uśmiech­nął. – Me­ta­fi­zy­ka re­li­gij­nej pra­wi­cy jest wy­jąt­ko­wo trud­na do zro­zu­mie­nia. Duch sy­naj­skiej pu­sty­ni, roz­ma­wia­ją­cy z wo­dza­mi ko­czow­ni­ków, jest dla nich Pra­przy­czy­ną, Alfą i Ome­gą, Bo­giem pi­sa­nym dużą li­te­rą. Co waż­ne, Bo­giem nie w tym sen­sie, w ja­kim zda­niem su­fich czy si­khów jest nim ab­so­lut­nie wszyst­ko, ale w sen­sie eli­tar­nym. Du­chy po­zo­sta­łych pu­styń już nie są Bo­giem, a ża­den z po­zo­sta­łych kra­jów nie zo­stał przez nie­go wy­bra­ny. Do­gmat o wy­bra­niu Ame­ry­ki przez Boga, któ­ry re­li­gij­na pra­wi­ca nie­ustan­nie pró­bu­je uczy­nić fun­da­men­tem re­al­nej po­li­ty­ki, nie­wie­le się róż­ni od do­gma­tu o nie­omyl­no­ści pa­pie­ża. Wy­ni­ka z nie­go, że wszyst­ko, co robi Ame­ry­ka, jest słusz­ne, mo­ral­ne i spra­wie­dli­we z tego pro­ste­go po­wo­du, że robi to Ame­ry­ka. W mniej­szym czy więk­szym stop­niu my­śli tak spo­ra licz­ba Ame­ry­ka­nów.

Słu­cha­jąc tych an­dro­nów, nie wiem cze­mu przy­po­mnia­łem so­bie cio­cię Lu­się, któ­ra miesz­ka­ła w Ode­ssie dwie prze­czni­ce od nas. Jej bra­ta­nek Alik był ode mnie star­szy o dzie­sięć lat; kie­dy ja do­pie­ro za­czy­na­łem szko­łę, jemu już ro­sły cał­kiem wy­raź­ne bo­ko­bro­dy. Był je­dy­nym ode­skim Ży­dem, ja­kie­go pa­mię­tam, któ­ry wie­rzył w Boga, i Bóg, jak się na­le­ży, mu po­mógł – Alik wy­je­chał do Ame­ry­ki i otwo­rzył w Bri­gh­ton sklep z wę­dli­na­mi, tak ko­szer­ny, że kieł­ba­sę tam za­wi­ja­no tyl­ko w „New Yor­ke­ra”, któ­ry mu­siał się od­le­żeć dwa ty­go­dnie, żeby z pa­pie­ru wy­wie­trza­ły wszyst­kie za­pa­chy.

I lu­dzie, któ­rym szko­da było pie­nię­dzy na ty­go­dnik, co­dzien­nie ku­po­wa­li u Ali­ka kieł­ba­sę, my­śląc, że w ten spo­sób utrzy­mu­ją swo­ją eru­dy­cję kul­tu­ral­ną na świa­to­wym po­zio­mie. Cho­ciaż Alik oczy­wi­ście nie był głu­pi i wli­czał koszt ty­go­dni­ka w cenę wę­dli­ny, do­da­jąc spo­rą mar­żę.

Ale, kie­ru­jąc się nie­wy­raź­nym prze­czu­ciem, nie pró­bo­wa­łem opo­wia­dać Do­bro­swie­to­wi i Szmy­dze o tym sym­pa­tycz­nym for­te­lu.

Do­bro­swiet tym­cza­sem za­pusz­czał się w swo­je bred­nie co­raz da­lej:

– Je­śli się za­sta­no­wić, w po­rów­na­niu z ta­kim ob­ra­zem świa­ta fi­lo­zo­fia nie­miec­kich na­zi­stów może się wy­dać wzor­cem po­zy­ty­wi­zmu na­uko­we­go. Al­bo­wiem na­zi­ści ogło­si­li się rasą wy­bra­ną na pod­sta­wie kil­ku pseu­do­nau­ko­wych tez, na przy­kład o do­sko­na­łym kształ­cie czasz­ki. Teo­re­tycz­nie moż­na by zmie­rzyć cyr­klem wie­le róż­nych cza­szek i na­uko­wo udo­wod­nić Hi­tle­ro­wi, że nie ma ra­cji. Re­li­gij­nej pra­wi­cy ni­cze­go udo­wod­nić nie moż­na, po­nie­waż w ich wy­pad­ku nie ma ni­cze­go, co moż­na by było zmie­rzyć cyr­klem. Uwa­ża­ją się za wy­bra­nych wy­łącz­nie na pod­sta­wie swo­jej wia­ry w to, że wy­brał ich Bóg. Poza tym opie­ra­ją się na męt­nych pro­roc­twach z po­dej­rza­nych sta­rych ksiąg, któ­rych za­kład­ni­kiem sta­je się w re­zul­ta­cie cały świa­to­wy pro­ces hi­sto­rycz­ny. Kie­dy się po­my­śli, że tacy lu­dzie od cza­su do cza­su przej­mu­ją kon­tro­lę nad ame­ry­kań­skim gu­zi­kiem ją­dro­wym, robi się po pro­stu strasz­no...

Za­pi­kał te­le­fon Szmy­gi. Ten spoj­rzał na ekra­nik i nie ode­brał. Ale twarz mu spo­sęp­nia­ła.

– Wy­ra­zi­stym przed­sta­wi­cie­lem re­li­gij­nej pra­wi­cy jest obec­ny pre­zy­dent Geo­r­ge W. Bush – kon­ty­nu­ował Do­bro­swiet. – I tu chcę po­czy­nić jed­ną istot­ną uwa­gę. Li­be­ral­ne me­dia Za­cho­du usil­nie wsą­cza­ją w ma­so­wą świa­do­mość myśl, że czter­dzie­sty trze­ci pre­zy­dent USA jest kom­plet­nym idio­tą. An­giel­scy ka­ry­ka­tu­rzy­ści przed­sta­wia­ją go jako mał­pę z wło­cha­ty­mi usza­mi i usta­mi wy­cią­gnię­ty­mi w ry­jek. No­wo­jor­scy ko­mi­cy po­rów­nu­ją Bu­sha na­wet nie do Hi­tle­ra, ale do tę­pe­go kła­po­uche­go im­be­cy­la, któ­ry mógł­by się stać Hi­tle­rem, gdy­by miał tro­chę wię­cej sza­rych ko­mó­rek. Ale ab­sol­went Yale Bush oczy­wi­ście wca­le nie jest or­dy­nar­nym pro­sta­kiem, któ­ry cu­dem do­rwał się do wła­dzy. Tyl­ko się go w ten spo­sób po­zy­cjo­nu­je. Przy czym, co naj­cie­kaw­sze, czy­nią to przede wszyst­kim jego wła­śni pia­row­cy.

– Ale dla­cze­go? – spy­ta­łem.

Do­bro­swiet uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią.

– Cóż, Sie­mio­nie – po­wie­dział. – Ta­kie po­dej­ście rze­czy­wi­ście trud­no zro­zu­mieć. Ro­sja to ostat­ni ba­stion sta­rej eu­ro­azja­tyc­kiej kul­tu­ry. Jej tra­dy­cje wy­ma­ga­ją, by wi­ze­ru­nek me­dial­ny naj­wyż­szych osób w pań­stwie od­zwier­cie­dlał przede wszyst­kim sza­cu­nek, ja­kim da­rzy je na­ród, któ­ry po­wie­rzył im swój los. A w Ame­ry­ce ceni się nie blask nie­na­gan­ne­go sty­lu, lecz umie­jęt­ność tra­fie­nia do serc tę­pych czer­wo­no­li­cych wy­bor­ców, w któ­rym to celu ab­sol­wen­tów eli­tar­nych uczel­ni prze­kształ­ca się w pro­stych nie­uków, któ­rych wy­stra­szy­li­by się na­wet w Bi­riu­lo­wie6...

Szmy­ga po­pa­trzył na ze­ga­rek i za­py­tał:

– A jak ty my­ślisz, Sie­mion... W Bi­riu­lo­wie wy­stra­szy­li­by się Bu­sha?

– To za­le­ży, z jaką pręd­ko­ścią Bush by tam wtar­gnął – od­rze­kłem dy­plo­ma­tycz­nie.

Szmy­ga przy­tak­nął z za­do­wo­le­niem.

– Taka oto stra­te­gia pia­row­ców – pod­jął Do­bro­swiet – jest przy­czy­ną sła­wy przy­głu­pa, któ­ry w do­dat­ku nie po­tra­fi mó­wić, prze­śla­du­ją­cej Geo­r­ge’a Bu­sha jesz­cze od cza­sów, gdy był gu­ber­na­to­rem. Za każ­dym ra­zem, kie­dy li­be­ral­ne me­dia za­czy­na­ją się na­trzą­sać z ma­nier pre­zy­den­ta albo de­lek­to­wać jego ko­lej­nym bu­szy­zmem, po­ten­cjal­ny wy­bor­ca gdzieś na Środ­ko­wym Wscho­dzie za­ci­ska pię­ści ze zło­ści na wie­lo­kul­tu­ro­we eli­ty i do skar­bon­ki re­pu­bli­ka­nów wpa­da ko­lej­ny głos. We­dług na­szej in­for­ma­cji bu­szy­zmy wy­my­śla spe­cjal­na gru­pa kre­atyw­na przy ze­spo­le pre­zy­denc­kich spe­echw­ri­te­rów, któ­ra na­zy­wa się Du­bya Squ­ad. By­ło­by jed­nak zbyt­nim uprosz­cze­niem uwa­żać, że wi­ze­ru­nek me­dial­ny Geo­r­ge’a Bu­sha jest w stu pro­cen­tach fał­szy­wy. Jego żar­li­wa re­li­gij­ność, zjed­nu­ją­ca mu kon­ser­wa­tyw­ny elek­to­rat, jest stu­pro­cen­to­wo szcze­ra, cho­ciaż tro­chę nie­zwy­kła u tak wy­kształ­co­ne­go czło­wie­ka, ja­kim jest czter­dzie­sty trze­ci ame­ry­kań­ski pre­zy­dent.

Szmy­ga znów spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Ową dziw­ną na pierw­szy rzut oka sprzecz­ność mię­dzy uni­wer­sy­tec­kim wy­kształ­ce­niem i wia­rą w naj­dzik­sze za­bo­bo­ny – cią­gnął z za­pa­łem Do­bro­swiet – po­nad ty­siąc lat temu apro­bo­wał chrze­ści­jań­ski teo­log Ter­tu­lian, któ­ry gło­sił: Cre­do quia ab­sur­dum est. Wie­rzę, al­bo­wiem to ab­sur­dal­ne...

– Stresz­czaj się, Do­bro­swiet – prze­rwał mu Szmy­ga. – Za­czy­nasz się już za­pusz­czać w ła­ci­nę. Na to jesz­cze mamy czas. Po­wiedz o naj­waż­niej­szym, do­pó­ki tu je­stem.

Do­bro­swiet od­chrząk­nął, ro­zej­rzał się do­ko­ła, jak­by spraw­dzał, czy nadal je­ste­śmy w auli sami.

– Krót­ko mó­wiąc, Sie­mio­nie, żeby cię dłu­go nie mę­czyć – po­wie­dział ci­cho – Bush ma w zę­bie taką samą plom­bę jak ty. A wie­dzą o tym tyl­ko trzy oso­by. Te­raz już czte­ry. Czwar­tą, jak się do­my­ślasz, jest den­ty­sta.

– Tak – po­wie­dzia­łem w na­głym olśnie­niu. – Tak... To prze­cież bar­dzo nie­bez­piecz­ne wie­dzieć ta­kie rze­czy. No, den­ty­sta to zro­zu­mia­łe, jest wa­szym agen­tem. Wy dwaj – też ja­sne. Ale dla­cze­go wiem o tym ja?

– Dla­te­go – szep­nął Szmy­ga, na­chy­la­jąc się nad moją twa­rzą – że te­raz ty bę­dziesz ro­bił za Boga. Boga, któ­ry bę­dzie roz­ma­wiać z Bu­shem i udzie­lać mu wła­ści­wych rad.

Po­trze­bo­wa­łem kil­ku se­kund, żeby do­tarł do mnie sens tych słów. Po­tem spoj­rza­łem Szmy­dze w oczy. Z rów­nym skut­kiem mo­głem pa­trzeć na dwa bla­sza­ne gu­zi­ki.

– Wła­dik – spró­bo­wa­łem prze­mó­wić mu do roz­sąd­ku – prze­cież jesz­cze w dzie­ciń­stwie pi­sa­łeś w moim do­ssier, że mó­wię ze śmiesz­nym ży­dow­skim ak­cen­tem. I to jest naj­praw­dziw­sza praw­da. Jak we­dług cie­bie mógł­bym uda­wać Boga?

– To jest two­ja za­le­ta, Sie­mio­nie – wtrą­cił się Do­bro­swiet. – Wca­le nie wada. Cre­di­bi­le est, quia in­ep­tum est! Praw­do­po­dob­ne, al­bo­wiem nie­do­rzecz­ne! Sko­ro Bóg może uczy­nić na­ro­dem wy­bra­nym ko­czow­ni­cze ple­mię ho­dow­ców by­dła, cze­mu by taki Bóg nie miał mó­wić z ży­dow­skim ak­cen­tem? Dla ame­ry­kań­skiej pra­wi­cy re­li­gij­nej bę­dzie to po­dwój­nie prze­ko­nu­ją­ce.

– Ale ja je­stem w kwe­stiach wia­ry zu­peł­nym nie­ukiem. Bush szyb­ko się w tym po­ła­pie.

– Nie bój nic, Sie­mion – po­wie­dział Szmy­ga. – Przy­go­tu­je­my cię. Do­bro­swiet opra­co­wał spe­cjal­ny kurs eks­pre­so­wy. Ju­tro je­dziesz do na­szej bazy za mia­stem. Naj­bliż­sze dwa mie­sią­ce bę­dziesz miał bar­dzo na­pię­te.

– Ale dla­cze­go ja?

– Dłu­go szu­ka­li­śmy wy­ko­naw­cy – po­wie­dział Szmy­ga. – Jak sam ro­zu­miesz, tu po­trzeb­ny jest do­bry an­giel­ski. Ale co naj­waż­niej­sze... Po­trzeb­ny jest zu­peł­nie szcze­gól­ny ta­lent. Bóg nie może mó­wić tak jak wszy­scy lu­dzie. Bę­dziesz się śmiał, ale na­gle przy­po­mnia­łem so­bie two­je noc­ne przed­sta­wie­nia. Wy­łącz­nie dla od­faj­ko­wa­nia spra­wy ze­bra­li­śmy in­for­ma­cje. Oka­za­ło się, że je­steś w Mo­skwie. I co wię­cej, uczysz an­giel­skie­go. Po­szli­śmy na two­je za­ję­cia, po­słu­cha­li­śmy. I zro­zu­mie­li­śmy, że lep­sze­go kan­dy­da­ta nie ma.

– A je­że­li od­mó­wię? – spy­ta­łem.

– Naj­praw­do­po­dob­niej bę­dziesz miał wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy – od­parł Szmy­ga. – I będę cię opła­ki­wał, sło­wo ho­no­ru. A je­śli zro­bisz wszyst­ko jak trze­ba, damy ci mi­lion do­la­rów i wy­pu­ści­my. Nie bój się, nie oszu­ka­my. Dla nas to śmiesz­na suma. Nie trze­ba jej na­wet księ­go­wać.

– Ope­ra­cja ma kryp­to­nim Bur­ning Bush – po­wie­dział Do­bro­swiet. – Nada­li­śmy jej an­giel­ską na­zwę, bo ma dwa zna­cze­nia, któ­re od razu zro­zu­miesz. Krzew go­re­ją­cy to jed­na z bi­blij­nych po­sta­ci Boga. No a pło­ną­cy Bush to pło­ną­cy Bush...