Napisz do mnie - Lidia Liszewska, Robert Kornacki - ebook
Opis

Jeden list może zmienić wszystko…

On – dziennikarz radiowy o zniewalającym głosie, którym uwodzi kolejne kobiety.

Ona – romantyczna i zmysłowa malarka, która chce od życia czegoś więcej.

Oboje mają po czterdzieści lat i zaczynają dostrzegać, że do ich dotychczasowych związków wdarły się rutyna i fałsz.

Ich znajomość zaczyna się od słów. Gdy On znajduje w kawiarni list zgubiony przez Nią, zaintrygowany postanawia Jej odpowiedzieć. Na kartach papeterii powoli rodzi się uczucie. Choć nie są już beztroskimi nastolatkami, jeszcze zdążą zmienić w swoim życiu wszystko.

Doskonała powieść iskrząca się ogniem namiętności i prawdziwymi emocjami.

Takich listów jak On nie pisze nikt.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 531

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Robert Kornacki i Lidia Liszewska, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Alicja Laskowska

Pro­jekt okład­ki: Anna Damasiewicz

Fotografie na okładce: © Metra Stelmahere / Trevillion Images, © Teerapun Fuangtong / Depositphotos.com, © Christian Mueller / Depositphotos.com

Konwersja: Grzegorz Kalisiak

ISBN 978-83-7976-860-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Rozdział pierwszy

w którym poznajemy Matyldę.Jest też o gościu z Holandii i bułgarskiej kuchni

Poczuła delikatne wibracje w torebce; uliczny hałas niemal zupełnie zagłuszył dźwięk telefonu. Rozpadało się na dobre i deszcz zacinał coraz mocniej. Mały przystanek tramwajowy nie mógł pomieścić wszystkich chętnych na kilka suchych centymetrów, niewielki daszek nie stanowił najlepszej zapory przed lejącą się z nieba wodą. Ona nie miała zaś ochoty moknąć. Lubiła ciepłe majowe deszcze, ale zimne ulewy i burze już nieszczególnie.

Naprzeciw przystanku był antykwariat – znała to miejsce od lat. Postanowiła przeczekać tam pierwszą falę deszczu. Cichym dzwonkiem przy drzwiach obwieściła swoje wejście do sklepu. W środku prawie nie było słychać miejskiego zgiełku oraz kropel uderzających wściekle o bruk i w szyby.

Doceniła jakość wiosennego płaszcza o intensywnym chabrowym kolorze. Kupiła go w poprzednim sezonie, sporo przepłacając, ale nie mogła oprzeć się sile koloru i bajecznym guzikom w kształcie srebrnych kwiatów. Woda swobodnie spłynęła po porządnej tkaninie, a ta nie zmieniła się pod wpływem wilgoci w bure nie wiadomo co. Tak zwykle działo się z tanią odzieżą, którą trzeba było wymieniać zdecydowanie zbyt często. Jeden rzut oka wystarczył, by stwierdziła z zadowoleniem, że to były dobrze wydane pieniądze. Wygładziła kołnierz i spojrzała za okno. Ciemne, niskie chmury nie zapowiadały rychłego końca ulewy.

Teraz mogła spokojnie zerknąć na telefon i odczytać zawartość małej migającej koperty: „Kochanie, wszystko się przedłuży o co najmniej dwie godziny. Luuk jest dopiero w drodze z lotniska. Zorganizuj sobie jakoś czas. Przepraszam… Zjedz sama na mieście. Odezwę się, kiedy skończymy. Pa!”.

Tym samym stało się jasne, że nie musiała się nigdzie śpieszyć. Firma, w której pracował Wiktor, wybrała Polskę na siedzibę kolejnego oddziału, obsługującego developerskie rynki centralnej i wschodniej Europy. Do tej pory najważniejsze decyzje zapadały w centrali w Holandii, już niedługo część z nich podejmowana będzie również nad Wisłą. Miał tego dopilnować jeden z wiceprezesów, oddelegowany na pewien czas do Warszawy. Być może przesądziły o tym jego polskie korzenie? Prababka Luuka de Vriesa pochodziła z Gdańska, a on sam kilkukrotnie odwiedził kraj przodków, szukając tu rodzinnych pamiątek. Propozycję przyjął więc z otwartymi ramionami. Holenderskim gościem miał się opiekować właśnie mąż Matyldy. Wiktor, zdolny architekt, oprócz umiejętności praktycznych mógł pochwalić się jeszcze jedną – biegle mówił w kilku językach. Planując rozwój kariery, kilka miesięcy temu rozpoczął naukę holenderskiego. Nie miało to co prawda większego znaczenia, bo przy międzynarodowych projektach i tak posługiwano się angielskim, ale w kontaktach prywatnych z wysłannikiem zarządu nie będzie przeszkadzać. A już na pewno pozwoli przełamać pierwsze lody – podkreślał jej mąż, wkuwając kolejne słówka.

Przedłużenie spotkania oznaczało, że przez dwie godziny mogłaby leniwie powłóczyć się po mieście. Gdyby nie ten deszcz…

Sprezentowała sobie wolny dzień. Rano zrobiła porządek z włosami, na później zaplanowali z mężem spokojny obiad w niedawno otwartej bułgarskiej restauracji. Niewielką knajpkę odkryli zupełnie przypadkiem, kiedy szukali punktu napraw maszyn do szycia. Najlepszy w mieście – jak się okazało – był o dwa kroki od Musały. Lokal kusił domową atmosferą i doskonałymi potrawami, z których ona najczęściej wybierała kjufte. Wiktor rozsmakował się w kebabczach. Na deser zgodnie zamawiali kadaife, choć i miejscowa bakława wyglądała obiecująco. Oboje lubili nie tylko jeść, ale i rozmawiać o potrawach. Wymiana kulinarnych doświadczeń mogła u tej dwójki trwać godzinami – i zwykle trwała.

– Mogę pani w czymś pomóc? – Zza ciężkiej ciemnopomarańczowej kotary wyłonił się drobny starszy pan w jeszcze drobniejszych okularach w ciemnej oprawie. Idealnie skrojona marynarka w modnym, głębokim granacie nie pasowała do lekko spłowiałego wnętrza, a nienaganna biel koszuli pod ładną kremową kamizelką kontrastowała z mnogością przygaszonych brązów oraz zieleni, dominujących w sklepie.

– Dziękuję… Rozpadało się na dobre. – Matylda uśmiechnęła się łagodnie na widok życzliwego spojrzenia antykwariusza. Rozejrzała się wokoło, przenosząc ciekawie wzrok z kontuaru na wysoki regał obok okna wychodzącego na ulicę.

Sklep istniał, odkąd pamiętała, ale była w nim tylko raz, może dwa, i to wiele lat temu. Przechodziła obok niego w drodze na korepetycje z chemii. Przez krótki moment błysnęło jej przed oczami wspomnienie kolorowych kwadracików układu okresowego pierwiastków i maleńkich menzurek w metalowych stojakach…

Tuż obok było kino, ale nie pozostał już po nim nawet ślad. Na miejscu dużego, przysadzistego budynku wyrosła kolejna błyszcząca szkłem i krzykliwymi neonami galeria handlowa z pachnącymi popcornem, nowoczesnymi salami projekcyjnymi. Antykwariat trwał zaś niestrudzenie tam, gdzie zawsze, i Matyldzie to „zawsze” nagle wydało się czymś wyjątkowym. Znała to uczucie – niepokojące mrowienie i lekki uścisk w gardle, jakby coś miało się wydarzyć. Poczuła to niezwykle mocno i wyraźnie.

Takie miejsca bardzo lubiła ciotka Matyldy, cicha bibliofilka, dla której siostrzenica wyszukiwała rozmaite pozycje. Głównie te, których normalnie nigdzie już nie można było kupić. Poprzednim razem wpadła jej w oko niezwykła ramka do zdjęć: drewniana, misternie rzeźbiona w motyw bluszczu. Była mocno zniszczona przez korniki, ale zdobienia przykuły wzrok Matyldy na tyle, że bez wahania kupiła ją dla starej ciotki.

Sama od antykwariatów zdecydowanie wolała sklepy z tkaninami. Czekając, aż przestanie padać, kręciła się powoli wśród regałów, półek i niskich stoliczków. Zapalone tu i ówdzie małe lampy, rzucające ciepłe żółte światło, uspokajały i dawały ukojenie w samym sercu tętniącego nowoczesnym hałasem miasta.

Delikatnie pachniało kurzem, materiałami, które – niewietrzone – zbyt długo leżały w jednym miejscu, oraz dawno lakierowanym drewnem. Kusiło śladem upływającego czasu, trafnie odczytującego cichy szept wypłowiałych kolorów z abażurów niemodnych lamp, obić foteli i z wzorów na starej porcelanie, którym daleko do nieskomplikowanego współczesnego wzornictwa.

Część książek ktoś ładnie ułożył na sfatygowanym sekretarzyku. Tuż obok spoczywała urokliwa filiżanka w limonkowych odcieniach w komplecie z mlecznikiem i cukiernicą. Sam sekretarzyk był równie ciekawy jak to, co na nim leżało. Miał wprawdzie niemożliwie wręcz zniszczony blat, ale za to mnóstwo mniejszych i większych szufladek. Kremowe, błyszczące gałeczki z niewielkimi złotymi inicjałami „JW” zachęcały do dotykania. Matylda zaczęła ostrożnie otwierać szufladki. Nasilił się zapach starego drewna, a wraz z nim pojawiło się wspomnienie wiekowej szafy w domu dziadka… Na krótki moment znów była małą dziewczynką, która z wypiekami na twarzy szuka w niej niespodzianek i tajemnic.

Prawie wszystkie szufladki były puste. Tylko w jednej po dnie przeturlało się kilka ciemnozielonych ołówków różnej długości. Między nimi błysnęła otulona niewielkim kłaczkiem kurzu, wysłużona stalówka, Matylda zobaczyła też kawałek aksamitnej, postrzępionej na końcach wstążki. Środkowej szufladki nad blatem nie można było otworzyć, coś lekko blokowało ją od środka. Ustąpiła dopiero przy mocniejszym pociągnięciu. Leżał w niej dokładnie złożony stosik równo przyciętych, pożółkłych kartoników, owiniętych kilkakrotnie cienkim, szarym sznureczkiem. Obok znajdowały się rozrzucone w nieładzie niewielkie koperty w trochę jaśniejszym kolorze, z drobnym ciemnym wzorem w każdym rogu. Matylda wzięła kilka do ręki; miały mocno chropowatą fakturę.

– Nie miałem pojęcia, że coś jest w tych szufladach! – Z zamyślenia wyrwał ją głos antykwariusza.

– Chciałabym zabrać tę papeterię… Sprzeda mi ją pan? – rzuciła trochę w przestrzeń, trochę do siebie.

Zmrużone oczy zza drobnych okularów przyglądały się w zamyśleniu, jak dłonie Matyldy zgrabnie składają papierowy rozgardiasz.

– Proszę je wziąć – odpowiedział dopiero po chwili. – Może się pani przydadzą…

Następnie wrócił za kontuar i otworzył duży ciemny zeszyt z rzędami liczb, uznając widocznie rozmowę za zakończoną.

– Dziękuję… – powiedziała Matylda, wsuwając papier listowy i koperty do pustej kieszeni w torebce.

Ulicę przed sklepem zalał snop światła pachnącego wilgotną świeżością.

W tym mieście ludzie śpieszyli się gdzieś dzień i noc. Podbiegali do autobusów, szybko przechodzili przez ulicę, obijając się o siebie i nie próbując nawet przepraszać. Jakby anonimowość zwalniała człowieka z obowiązku bycia grzecznym na co dzień i od święta, nawet wśród przyjaciół. Kogoś uprzejmie zagadującego o cokolwiek w oczekiwaniu na tramwaj obrzucano nieufnym spojrzeniem i na wszelki wypadek odwracano się w drugą stronę z miną mówiącą: odejdź, dziwaku…

Jakiś barczysty mężczyzna potrącił Matyldę, próbując ją szybko wyminąć. Czasopisma wnętrzarskie, które dopiero co kupiła, rozsypały się po mokrym chodniku. Facet odwrócił się tylko na moment i z obojętnym wyrazem twarzy zniknął za rogiem. Okładki przemokły bardzo szybko. Z trudem odkleiła je od płyt chodnikowych i trochę zła rozejrzała się dookoła. Kilka metrów dalej dostrzegła wejście do kawiarni. Musiała coś zrobić z zabłoconą prasą.

W środku pachniało zachęcająco dobrą kawą. Wnętrze było przytulne, nienachalnie kolorowe, niezbyt przestronne, w sam raz, żeby poczuć się tu oczekiwanym i mile widzianym gościem. Jasne lniane zasłony w czystych oknach, kilka zadbanych kwiatów w doniczkach i dyskretnie rozmieszczonych małych półek z książkami dopełniało wystrój. Kawiarenka miała „to coś”.

Powiesiła płaszcz na wieszaku i wybrała stolik przy oknie. Stały przy nim tylko dwa niewielkie fotele o wesołym, zielonym obiciu. Na jednym położyła torebkę, na drugim usiadła, oddychając głęboko. Była tu po raz pierwszy.

Jej ulubiona „Weranda” była w najlepszym stanie, ale jeden z periodyków musiała wyrzucić. Sklejonych wilgocią kartek nie dało się rozdzielić bez uszczerbku dla tekstu.

– Podać coś pani? – Filigranowa brunetka wręczyła Matyldzie niewielką kartę i z uśmiechem wyjęła mały bloczek z kieszeni.

– Latte proszę. I ciemny cukier. Da mi pani coś do osuszenia tych gazet? Coś bardzo chłonnego, będę wdzięczna – poprosiła Matylda, wygładzając brzeg sukienki dłonią i kierując wzrok na stosik czasopism.

– Zaraz coś znajdę. Proponuję jeszcze domowe ciasto drożdżowe do kawy albo tartę wiśniowo-czekoladową. To nasze specjalne propozycje na dziś. – Uprzejmy uśmiech nie schodził z twarzy młodziutkiej brunetki.

– Tarta brzmi dobrze. Poproszę.

Nie musiała się długo zastanawiać. W środku dnia, w maju, po deszczu – miała ochotę na coś naprawdę dobrego.

Zrobiła porządek z prasą za pomocą góry ręczników papierowych i teraz w oczekiwaniu na kawę przyglądała się dwóm dziewczętom przy małym stoliczku. W zdecydowanie za krótkich pastelowych sukienkach i kolorowych trampkach były tak pochłonięte rozmową, że nie zwracały uwagi na to, co działo się wokół nich. Gestykulowały zawzięcie i bawiły się nerwowo końcami włosów. Szatynka swoim kucykiem, zaczesanym zalotnie na bok, a jej koleżanka grubym końskim ogonem w odcieniu wyblakłej słomy. Chwilę zajęło Matyldzie oderwanie się od sceny przy sąsiednim stoliku. Zapachniały przyniesione właśnie kawa i trójkącik wiśniowej tarty.

Zerknęła jeszcze na swój telefon. Nadal nie było żadnej wiadomości od Wiktora, więc wsunęła komórkę z powrotem do torebki. Z czystą przyjemnością zajęła się kawą i ciastem. Wiśniowy zawrót głowy bez wątpienia był wart swojej ceny.

W tym momencie przypomniała sobie o papeterii z antykwariatu. Wyciągnęła kartki i koperty, żeby dokładniej im się przyjrzeć. Przy kawiarnianym oknie znacznie zyskały na urodzie. Były pożółkłe, ale nie zniszczone. Rozłożyła delikatnie kartkę papieru listowego i zajrzała do środka jednej z kopert, jakby spodziewała się, że coś w niej znajdzie. Kurzem pachniały już coraz mniej, aromat drewna był jednak ciągle wyczuwalny. Mieszał się teraz z zapachem jej perfum, które nosiła w tej samej przegródce. Nic dziwnego – perfumowana woda, którą dostała od Wiktora w zeszłym miesiącu i którą od razu pokochała, otaczała wszystko wokół kusicielską aurą.

Przez długą chwilę Matylda przesuwała palcami po chropowatej powierzchni papieru. Powoli przetarła otwartą dłonią rozłożoną kartkę i spróbowała wygładzić jej zagięcia. Przeniosła wzrok gdzieś za okno i przyglądała się nieruchomo ulicy, wciąż zmieniającej się pod wpływem światła, przejeżdżających aut i ludzi kręcących się we wszystkich możliwych kierunkach. Z torebki wyciągnęła jasne etui, rozsunęła zamek i wyjęła z niego eleganckie, błyszczące pióro…

Drobna kelnerka dyskretnie przypatrywała się kobiecie, kiedy ta pochyliła się nad kartką. Wycierając dokładnie wysokie szklanki do koktajli, zastanawiała się, kiedy ją samą będzie stać na taki ciuch. Przy obecnej pensji raczej nieprędko. Westchnęła.

Sukienka nie była z sieciówki. Zachwycała krojem ramion, idealnym dopasowaniem w talii i pięknie rozkloszowanym dołem, przypominającym trochę sukienki z początku lat sześćdziesiątych. Chabrowo-żółte kwiaty na śnieżnobiałym tle ładnie kontrastowały ze srebrnymi sandałkami i chłodnym blondem starannie uczesanych włosów ich właścicielki. Tylko torebkę zamieniłaby na plecak.

Matylda przerwała pisanie i złożyła zapisane kartki na czworo. Pozostałe schowała z powrotem do torebki. Zastanawiała się przez chwilę, czy nie zakleić koperty, do której wsunęła list. W tym momencie zabrzęczał esemes – Wiktor był już wolny. Najwyższy czas, bo pora obiadowa dawno minęła. Wybrała numer męża i ze słuchawką przy uchu zaczęła chować wysuszone czasopisma do torebki.

– Jestem w Żółtej Ciżemce, przy Bakaliowej. Podjedziesz? Dobrze, zaraz wychodzę. Zasiedziałam się trochę. Będę czekała obok antykwariatu przy Chłodnej. – Przez chwilę słuchała głosu w telefonie. – Spróbujmy jednak do tej bułgarskiej, na pewno znajdzie się jakiś stolik. Na razie!

Schowała komórkę i podeszła do wieszaka. Zapięła guziki płaszcza, po czym wyjęła z torebki ładny, dopasowany do niej portfel i wyciągnęła z niego banknot. Położyła go obok pustego talerzyka po tarcie wiśniowej i znów sięgnęła po torebkę, rzucając uprzejme „do widzenia” pod adresem kelnerki. W tym momencie list, trącony paskiem od płaszcza, spadł na podłogę. Telefon niecierpliwie zabrzęczał jeszcze raz; postanowiła odebrać już na ulicy.

Rozdział drugi

w którym deszcz przestaje padać, a Kosmaprzekonuje się, że życiem kieruje przypadek

Wściekły na siebie i cały świat, wypadł przez drzwi i wyszedł na ulicę. Tym razem doskonale wiedział, że jakoś-to-NIE-będzie. Nie ma na to żadnej szansy, no fucking way… Zawaliłeś na całej linii, mój przyjacielu, powtarzał w myślach i szedł przed siebie, omijając kałuże. Musiało padać przynajmniej ze dwie godziny, bo woda zbierała się na chodniku, tworząc malownicze rozlewiska. Spojrzał na zegarek – wielką cebulastą doxę, jaką otrzymał przed laty od dziadka Zygmunta. Szwajcarski mechanizm mimo upływu lat pracował bez zarzutu i wskazywał teraz trzynastą trzydzieści. Kosma lubił takie drobne przyjemności; dobry czasomierz, oryginalną poszetkę w kieszonce marynarki czy intrygujące perfumy uważał za coś obowiązkowego. Niestety, dziś ze swego arsenału mógł liczyć tylko na zegarek. Opuszczał Łódź w pośpiechu, w zasadzie tak, jak stał. Na wariackich papierach. Jechał do Warszawy bez przekonania.

Kilka dni wcześniej, prowadząc w radiu popołudniowy program, zauważył pulsującą lampkę przy telefonie.

– Puść coś dłuższego, bo masz na linii jakiegoś pana z TV – usłyszał w słuchawce głos swego wydawcy. – I… odbierz ten telefon, to chyba coś ważnego.

Z ociąganiem przejrzał dostępne utwory i po krótkim zastanowieniu zdecydował się na Close Your Eyes Michaela Bublé. Wiedział, że słuchające go gospodynie domowe rozmarzą się i część tych uczuć przeleją platonicznie na niego. A poza tym nie była to długa piosenka, w sam raz na to, by sprawnie spławić telefonicznego natręta.

– Kosma Makarski, słucham – rzucił w słuchawkę.

– Przepraszam, że kontaktuję się z panem w ten sposób – usłyszał męski głos po drugiej stronie. – Nazywam się Jacek Kłos i jestem asystentem dyrektora programowego telewizji NTV. Mój szef prosił, bym spróbował namówić pana do wzięcia udziału w przesłuchaniu kandydatów do poprowadzenia naszego nowego programu. Jest pan zainteresowany?

Kosma spotkał się już z różnymi telefonicznymi propozycjami, ale ta zdziwiła go wyjątkowo, dlatego odpowiedział pytaniem.

– Dlaczego ja? – Przy okazji rzucił okiem na timer przy konsolecie, Bublé dochodził właśnie do refrenu.

– Nie wiem, pewnie szef słyszał pana na antenie i czymś go pan zaciekawił…

– To jakiś dowcip?

– Nie, w żadnym wypadku. Startujemy z programem reporterskim, poszukujemy gospodarza, który będzie zapowiadał ze studia kolejne materiały. Szef mówi, że pana głos wzbudza zaufanie…

– Nie mogę teraz rozmawiać – przerwał Kosma, kontrolując postępy kanadyjskiego wokalisty. – Proszę o telefon po osiemnastej, kończę wtedy pracę i będziemy mogli ustalić szczegóły. – Podyktował numer swojej prywatnej komórki. – I tak, jestem zainteresowany – dodał przed odłożeniem słuchawki.

Do końca dyżuru myślał, że to koledzy chcą go wkręcić, ale kiedy Jacek Kłos zadzwonił wieczorem, podając dokładną datę i miejsce przesłuchania, podjął decyzję, że weźmie udział w castingu.

Nie miał doświadczenia w pracy dla telewizji. Od zawsze realizował się w radiu, czasem pisał coś do „Expressu”, ale szklany ekran omijał z daleka. Potrzebował jednak zmiany, nowego bodźca, i po dłuższym zastanowieniu uznał, że to może być początek ciekawej przygody.

Casting odbywał się w siedzibie NTV. Wielki, nowoczesny budynek pochłaniał i wypluwał setki osób dziennie. W obrotowych drzwiach wpadali na siebie politycy, artyści i sportowcy. Kosma odpalił lucky strike’a i skrył się za filarem, obserwując ruch przy wejściu.

Wyjeżdżając wieczorem z Łodzi, pokłócił się z żoną, która nie chciała, by jechał sam. Okłamał ją, że to dwudniowe firmowe szkolenie. Nie znosił, kiedy udzielała mu rad, a w razie niepowodzenia patrzyła z politowaniem. Momentami nie pojmował, jak udało się jej go usidlić, i jeszcze mniej rozumiał, dlaczego nie odszedł od niej wieki temu.

Wylądował na Sadybie około dwudziestej pierwszej. W małym pokoiku na poddaszu willi swej babci, emerytowanej farmaceutki, czekała na niego Anja, przyjaciółka ze studiów. Pół Szwedka, pół Polka o nieposkromionym temperamencie. Poszli do łóżka, łapczywie nadrabiając kilkumiesięczne zaległości i pijąc wino, które Anja podkradała z piwniczki. Stara miała dobry gust i smak, a dziewczyna wiedziała, jak sprawić, by za szybko nie odkryła straty. Po drugiej butelce ruszyli w miasto na poszukiwania dawnych znajomych oraz nowych ciekawych miejsc, i w efekcie Kosma koło czwartej nad ranem niemal zapomniał o powodzie swojego przyjazdu do stolicy.

Obudził się pięć godzin później z wirującą pralką w głowie i nieprzepartą ochotą na seks. Anja spała obok. Lubił oglądać ją nagą. Była jedną z wielu jego przyjaciółek, ale tylko jej był gotów wyjawić swoje sekrety. Jak ten, że gdyby nie córka oraz zabójczy kredyt na mieszkanie, już dawno odszedłby od żony… Może nawet do niej?

Cicho wślizgnął się do łazienki, odkręcił kurek i pozwolił, by strumienie ciepłej wody obmywały mu ciało. Stał przez dłuższą chwilę bez ruchu, układając plan na cały dzień. Czuł, że z castingu nic nie wyjdzie, za bardzo widać było po nim trudy minionej nocy. Zresztą, pomyślał, po co mi to, przecież wcale nie chcę się ruszać z Łodzi…

Z zadumy wyrwał go szelest odsuwanych drzwi kabiny. Anja już się rozbudziła i postanowiła mu zademonstrować, jak bardzo. Nie protestował… Woda zagłuszyła ich jęki.

Efekt nocnych i porannych ekscesów był taki, że wyszedł od niej w ostatniej chwili, bez marynarki, którą pochlapał jajkiem na miękko. Jego przyjaciółka nie chciała wypuścić go bez śniadania. Przekomarzali się jak para nastolatków, karmiąc się i całując na zmianę. Obiecał, że będzie się starał odwiedzać ją częściej, i pognał na przesłuchanie. Cudem udało mu się nie wpaść po drodze na starszą panią.

Teraz, kończąc papierosa, postanowił, że załatwi to szybko. Chciał po prostu mieć to już za sobą. Minął obrotowe drzwi i zapytał recepcjonistkę o urodzie na mocną ósemkę, jak trafić do studia, w którym odbywał się przegląd kandydatów. Spojrzała na niego z niedowierzaniem, lustrując nieogolone policzki i zmęczone oczy, ale wskazała drogę i nawet zaproponowała, że zaprowadzi go na górę. Grzecznie podziękował; choć nie stronił od przygodnych flirtów, a sama propozycja była kusząca, to nie chciał się rozpraszać. Winda zawiozła go na trzecie piętro, gdzie kłębił się już tłum kandydatów na gwiazdę. Kosma zaklął i zaczął żałować, że w ogóle podjął decyzję o przyjeździe.

Później było już tylko gorzej. Miał numer w trzeciej dziesiątce, co oznaczało, że poczeka tu przynajmniej półtorej godziny. Usiadł przed salą, w której odbywały się próbne zdjęcia, i zasnął. Obudziło go szarpnięcie za ramię. Stał nad nim zaaferowany człowiek ze słuchawkami na uszach. Chwilę zajęło, zanim Kosma zrozumiał, co tamten do niego mówi.

– Pan Makarski? Zaraz pana kolej, był pan na charakteryzacji?

– Gdzie? – zapytał Kosma, przecierając oczy i usiłując przypomnieć sobie, co tu robi. W gardle mu zaschło, zauważył, że korytarz już opustoszał i na przesłuchanie czeka tylko kilka osób.

– Nie za dobrze, bo nie mamy już na to czasu – powiedział chłopak ze słuchawkami i dodał: – Pójdzie pan za te drzwi, stanie w kółeczku narysowanym na podłodze. Proszę wsadzić sobie to do ucha. – Podał mu malutkie urządzenie, którego drugi element przymocował Kosmie do spodni. Kabel łączący obie części swobodnie zwisał z tyłu.

– Po co to wszystko?

– To mikroport, dzięki któremu będzie pan miał kontakt z reżyserką – powiedział Słuchawka, jak go w myślach nazwał Kosma. – A tu ma pan tekst do przeczytania. Proszę patrzeć prosto w kamerę i czytać, ale nie z kartki, tylko z telepromptera. Powodzenia! – I już był przy kolejnym kandydacie, któremu montował wyczarowaną z kieszeni słuchaweczkę.

Kosma wszedł do studia i natychmiast oślepiło go mocne światło. Nie miał kłopotu z publicznymi wystąpieniami, pracował w radiu od lat, prowadził programy, przeprowadzał wywiady – i był w tym dobry. Cholernie dobry. Ale tu poczuł się nagle onieśmielony. Bez marynarki, w samej koszuli nawet sobie wydawał się półnagi.

– Proszę stanąć w kółeczku i się wyprostować! – usłyszał głos w uchu. – Będzie pan filmowany z wielu kamer, proszę mówić do tej, przy której aktualnie świeci się czerwona lampka. Czy jest pan gotowy?

Czy jestem gotowy? – Kosma powtórzył pytanie w myślach i spojrzał na kartkę trzymaną w ręce. Talidomidowe dzieci, taki był tytuł materiału, który miał zapowiedzieć. Zaklął ponownie i kiwnął głową.

– Bardziej gotowy nie będę…

Nie mógł się połapać, o co chodzi z lampkami przy kamerach. Obracał głowę na lewo i prawo, próbując nadążyć za realizatorem, który dość energicznie zmieniał ujęcia, jakby sobie z nim pogrywał. Zdawało mu się, że za chwilę ktoś wyskoczy i krzyknie: „Mamy cię!”. I jeszcze ten tekst, talidomidowe dzieci… Co to, kurwa, ma być?

– Dziękujemy, to wszystko. Skontaktujemy się z panem.

I już. Koniec. Szedł teraz mokrym chodnikiem i wyrzucał sobie, że mógł postarać się bardziej. Ze złością kopnął niewielki kamyk, który przeleciał kilka metrów, płosząc gołębie. Jakaś pani spojrzała na niego z dezaprobatą; uśmiechnął się przepraszająco i posłał jej całusa. Kobieta popukała się w czoło, ale jemu nagle wrócił dobry humor. Ten wyjazd nie był całkiem bez sensu, pomyślał. Spędził cudowny czas z Anją, a na przesłuchanie zaprosili go sami, tylko dlatego, że miał głos, którym zarabiał na życie i przez który lgnęły do niego kobiety.

Skręcił w Bakaliową, gdzie zaparkował samochód, i podjął decyzję. Nawet jeśli jakimś cudem naprawdę się z nim skontaktują, odmówi. Nie pasuje do tych reflektorów, kamer i telewizyjnego blichtru. Wolał zacisze studia radiowego, gdzie czuł się swobodnie. Tam był u siebie, ustanawiał granice i decydował, jak blisko siebie dopuści rozmówcę. Radio było jego naturalnym środowiskiem. Tam mógł być królem lwem…

Słońce znów zaświeciło mocniej, a Kosma zreflektował się, że od rozkosznego śniadania z Anją niczego nie pił. W gardle wciąż odczuwał suchość, nie poprawiły tego z pewnością przeżycia na castingu. Rozejrzał się i zauważył nieopodal wejście do kawiarni. Żółta Ciżemka kusiła stylową witryną i zadbanymi kwiatami w oknach. Postanowił wstąpić na chwilę – nie był jeszcze głodny, ale filiżanka ciepłej herbaty z pewnością mu nie zaszkodzi.

W środku było przytulnie, pachniało kawą i czymś słodkim. Chyba wiśniami, pomyślał. Usiadł przy stoliku, z którego widać było bar i pracującą za nim dziewczynę. Nawiązał z nią kontakt wzrokowy i bezgłośnie poprosił o kartę.

Żółta Ciżemka oferowała szeroki wybór fantazyjnych kaw, ale Kosma zamówił earl grey, herbatę, którą gotów był pić w każdej ilości. Kiedy przyniesiono mu już filiżankę i czajniczek z gorącym naparem, nalał sobie i pogrążył się w zadumie. Earl grey smakował wyśmienicie; Kosma przypomniał sobie legendę związaną z pochodzeniem tej odmiany herbaty. Uwielbiał takie historyjki, a w tej był i dramat, i happy end. Powiadano bowiem, że taką mieszankę, wzbogaconą o olejek z bergamotki, chiński mandaryn przesłał lordowi Charlesowi Greyowi w podzięce za uratowanie syna. Chłopiec nie potrafił pływać i bez pomocy lordowskiego lokaja niechybnie utonąłby w odmętach rzeki Jangcy. Kosma absolutnie nie wierzył w tę legendę, tym bardziej że – jak kiedyś sprawdził – lord Grey nigdy w Chinach nie był. Ale takie dykteryjki znakomicie sprawdzały się w nocnych audycjach…

Obserwował wnętrze kawiarni, zastanawiając się, czy podobne miejsca można spotkać w Łodzi. Lustrował oszczędny i elegancki w swej prostocie wystrój, odnotował też smakowity zapach domowego ciasta, dochodzący z zaplecza. Rozglądając się, zauważył, jak coś mignęło pod jego stolikiem. Schylił się, przekonany, że strącił menu. Ze zdziwieniem podniósł z podłogi kopertę. Trzymał ją w ręce i oglądał dokładnie. Lekko wyblakła, z nadrukiem w rogach. Koperta nie była zaklejona, a do środka ktoś włożył kilka kartek. Żadnego adresu, nazwiska, kompletnie nic. Kosma nie wiedział, jak długo mogła przeleżeć niezauważona na podłodze, ale kawiarnia była zadbana i czysta, obsługa z pewnością zauważyłaby ją więc podczas sprzątania. A to oznacza, że ktoś musiał ją zgubić niedawno.

Powodowany ciekawością, wyjął kartki i zaczął czytać. Przerwał po kilkunastu zdaniach i poczuł, jak tętno przyspiesza mu niebezpiecznie. Miał wrażenie, że właśnie odziera z tajemnicy czyjeś prywatne wyznania i zagląda w głąb cudzej duszy. Ale lektura wciągnęła go tak bardzo, że nie mógł już odłożyć listu. Westchnął i czytał dalej.

Mam tu dziś samych pasjonatów lektury, pomyślała drobna dziewczyna za barem, przyglądając się mężczyźnie, który od kilkunastu minut sączył earl grey. Miał na sobie tylko koszulę, białą i – jak zauważyła – starannie wyprasowaną. Czarne spodnie i takie same, na oko obłędnie drogie buty dopełniały reszty. Zauważyła, że nie ogolił się dzisiaj, ale lekki zarost ciekawie kontrastował z bladością koszuli. Pachniał cytrusami, orzeźwiająco, lekko. Mógłby wpadać tu częściej.

Obserwowała, jak podnosi z podłogi kopertę, wyjmuje z niej kartkę i czyta coś, wyraźnie przejęty. Zwróciła na niego uwagę już wtedy, kiedy składając zamówienie, odezwał się do niej głosem delikatnym i jakby obiecującym coś bliżej nieokreślonego. Nikt do niej nie mówił w ten sposób, chciała podejść i zapytać o cokolwiek, byle tylko usłyszeć go ponownie. Zazdrościła kobiecie, której ten mężczyzna szeptał do ucha…

Zauważyła, że przerwał lekturę i spojrzał na nią pytająco. Podeszła, poprawiając włosy, i przywołała na twarz zawodowy uśmiech „co jeszcze mogę dla pana zrobić?”.

– Przepraszam, że panią niepokoję… – usłyszała TEN głos – ale czy zechciałaby pani usiąść ze mną na moment? Mam na imię Kosma…

– Iza! – wpadła mu w słowo kelnerka.

– Jestem tu przypadkiem – dokończył. – Znalazłem pod stolikiem list i mam wrażenie, że ktoś musiał go tu zostawić całkiem niedawno. Kobieta…

– Mam pamięć do twarzy – odpowiedziała kelnerka. – Zauważyłam, że jest pan u nas pierwszy raz. Znam większość stałych klientów, pracuję tu od roku. Niestety, nic nie wiem o tym liście…

– Pamięta pani, czy ktoś tu siedział przede mną?

– Dziś mieliśmy niewielu gości, z rana zwykle odwiedzają nas stali bywalcy. Prawdziwy ruch zaczyna się po południu…

Przerwał jej zdecydowanym ruchem dłoni.

– Proszę, skup się przez moment i postaraj się przypomnieć sobie, kto mógł zgubić w tym miejscu kopertę z listem.

Zrozumiała, że ten mężczyzna zwykle osiąga to, czego chce. Nie potrafiła mu odmówić, choć mało obchodziło ją samo znalezisko i jego nieuważny właściciel. Kto gubi listy w kawiarni? To pewnie ta babka, której sukienkę Iza z chęcią powiesiłaby w swojej garderobie…

– Była tu taka dziewczyna, siedziała dokładnie tam, gdzie ty. – Umyślnie spoufaliła się z facetem, o którym wiedziała tylko tyle, że ładnie pachnie, a jeszcze ładniej brzmi jego głos. – Posiedziała trochę, bo zmokła na deszczu. Mam wrażenie, że była zadumana, coś czytała, a później pisała, pewnie ten list. Co w nim jest?

– Co w nim jest? – Kosma z roztargnieniem powtórzył pytanie.

Spojrzał na kelnerkę i nagle poderwał się z miejsca.

– Muszę iść, przepraszam. – Podał jej banknot i dodał: – Będę tu jeszcze dziś o dwudziestej. Gdyby ta kobieta wróciła po zgubę, powiedz jej… wymyśl coś, niech przyjdzie wieczorem, proszę.

I wyszedł, zostawiając oniemiałą Izę, która jeszcze przez kilka minut stała przy stoliku, analizując, co tu właściwie zaszło.

Kosma Makarski wsiadł do swego volvo 244 i oparł głowę na kierownicy. List zaintrygował go. Oddychał głęboko i próbował się uspokoić. Na próżno, w jego pamięci wciąż przewijały się kolejne linijki odręcznego, starannego pisma. Jeśli skreśliła je kobieta, o której mówiła kelnerka, jest szansa, że zauważy zgubę i tu wróci. Wiedział, że musi ją poznać. To, co napisała, trafiało wprost do jego serca i sugerowało, że autorka jest nie tylko kimś niezwykle uczuciowym, ale też spragnionym ciepła.

Z kieszeni spodni dobiegły dźwięki Won’t Go Home Without You zespołu Maroon 5. Ustawił ten dzwonek trochę dla żartu, ale w tej sytuacji przyjął go za dobrą monetę. Tak, ja też nie chciałbym wracać do domu bez ciebie… Uśmiechnął się i zerknął jeszcze raz w stronę Żółtej Ciżemki. Telefon wciąż brzęczał i wibrował, więc odebrał i zdziwiony usłyszał, że dzwonią z NTV.

– Mam dla pana dobrą i złą wiadomość – powiedział głos w słuchawce, a Kosma rozpoznał w nim asystenta Jacka. – Nie poprowadzi pan tego programu, wybrali jakąś dziewczynę. Stacja kładzie nacisk na, hmmm… faktor feministyczny.

– To ta dobra czy zła wiadomość? – zapytał Kosma z przekąsem.

– Spokojnie, mój szef ma dla pana równie ciekawą propozycję. Jest pan jeszcze w Warszawie?

– Tak, jestem… Będę tu przynajmniej do dwudziestej. Chyba coś się wydarzyło, coś, czego nie mogę i nie chcę zignorować – wyjaśnił Kosma.

Zastanawiał się, czy nie wypada przekazać rozmówcy dokładniejszych informacji, ale na szczęście w słuchawce usłyszał zdecydowany głos Kłosa.

– Nie wiem, o czym pan mówi, ale zapraszam do nas na siedemnastą trzydzieści, zdąży pan?

– Tak, nie ma problemu. Będę.

Kosma szybko zerknął na zegarek i doszedł do wniosku, że zdąży jeszcze przejść się po parku. Potrzebował ochłonąć i pooddychać świeżym powietrzem. Po deszczu nie było już śladu, a ciepłe majowe popołudnie zachęcało do spacerów. Wysiadł z auta i ruszył w kierunku niewielkiego skweru, który obiecywał chwilę wytchnienia. Usiadł pod drzewem, z paczki lucky strike’ów wyjął papierosa i bawiąc się nim, zaczął czytać list od nowa. Znów poczuł, jak tętno podnosi mu się o kilka jednostek.

Pamiętasz „Balladę g-moll” Chopina?

Poszłam wczoraj na ten skwer, wiesz, przy Żurawiej. Dawno tam ze mną nie byłeś. Teraz chyba wygląda najładniej. Świeża elewacja, zniknęły przerdzewiałe rynny… Aż dziwne, że na tak małej powierzchni dało się zmieścić tyle zieleni. Zakwitły czereśnia i jedna jabłoń. Druga uschła tej zimy. Pan Jerzy mówi, że wycięli ją kilka dni temu. Siedział jak zwykle na swojej ławce. Gołębie oblepiały chodnik wokół jego stóp, ale nie karmił ich. Był sam, wiesz? Pani Irena odeszła w ubiegłym miesiącu. Przeżyli razem 65 lat. Wyobrażasz sobie?

Nie wiedziałam, co mam powiedzieć i o co zapytać. To on w końcu zapytał o chłopców i czy ciągle masz tyle pracy w firmie. I że blado wyglądam, i że powinnam częściej korzystać ze słońca…

Prawie zapomniałam, jak gra. Można go było słuchać godzinami, pamiętasz? Jego dłonie zrobiły się jeszcze drobniejsze, są jeszcze bardziej wiotkie i pomarszczone niż wtedy, kiedy widziałam go ostatnio. Lubiła Chopina, tak mówił… Grał go jej najczęściej.

Na ten skwer prawie nie dociera hałas z ulicy. Gołębie go zagłuszają.

Dawno nie byliśmy w filharmonii. Naprawdę dawno.

Mój „Niebieski motyl” – jak go nazwałeś – kogoś dzisiaj uszczęśliwił. Człowiekowi czasami tak niewiele potrzeba do szczęścia. Sprzedałam go razem z kompletem tej francuskiej satynowej pościeli. W motyle we wszystkich kolorach tęczy. Klientka powiedziała, że ten obraz stanowi z nią nierozerwalną całość. Cieszę się, że trafił właśnie do niej… Sama wyglądała jak motyl. Nosiła nawet bransoletkę z zawieszkami w kształcie motyli. Rozbawiła mnie. Nie, to niewłaściwe słowo. Rozjaśniła mi dzień.

I przypomniał mi się ten ogród botaniczny, którego nie zdążyliśmy zobaczyć w Hiszpanii. Właściwie to dla niego nalegałam na ten wyjazd. Marimurtra, pamiętasz? Podobno rosną tam tysiące gatunków egzotycznych roślin. Wybraliśmy wiosnę, bo wtedy wszystko kwitnie jak oszalałe, pulsuje zapachem i kolorami setek tysięcy motylich skrzydeł.

Chciałam je zobaczyć – Helikonię Melpomenę, Kaligo Sowi, może nawet Morfo. Ale przebukowałeś bilety. Wyjechaliśmy dwa dni wcześniej.

Nikt nie mógł Cię zastąpić, mówiłeś. Być może… Ale Melpomenę mogę podziwiać. Stale. Kupiłeś mi atlas.

Byliśmy tam potem jeszcze dwukrotnie, zawsze we wrześniu. Pamiętam. Byłeś wolniejszy jesienią. Tylko że większość roślin przekwitła i pożółkła, a w ogrodzie nie było już motyli. Żyją krótko, wiesz? Kilka dni zaledwie, może chwilę dłużej…

A ja? Stać mnie na to, żeby kupić trochę Twojego cennego czasu?

Wyjedźmy na wieś. Na trzy dni. To bliżej niż Blanes…

Zakwitł bez, chcę posłuchać, jak pachnie.

Czy mógłbyś

Kosma dawno przestał czytać, ale wciąż trzymał przed sobą rozłożone kartki. Jego wewnętrzny radar wyczuwał, że w autorce listu gotuje się wszystko to, czego facet taki jak on oczekuje od kobiety. Znał się na płci pięknej, potrafił myśleć jak jej przedstawicielki. Nie do końca zgadzał się z teorią płci mózgu, o jakiej przed laty czytał w zgrabnym studium Anne Moir i Davida Jessela o prawdziwej różnicy między mężczyzną a kobietą. Jednak gdy zastanawiał się nad tym głębiej, dochodził do wniosku, że jego mózg przynajmniej w jednej trzeciej jest żeński. Gdzieś przecież musiała tkwić tajemnica jego sukcesu…

Pachniało deszczem, mokry jeszcze niedawno asfalt tracił ciemną barwę, a w alejce pojawiły się młode matki, pchające wózki pełne skarbów. Pora popołudniowych spacerów. Wyrzucił wykruszonego papierosa, podniósł się i ruszył do auta. Volvo 244, które według dowodu było starsze od niego, było jego oczkiem w głowie. Kosma lubił ten pokraczny szwedzki samochód, gwarantujący bezpieczeństwo i wygodę porównywalną z zapewnianymi przez amerykańskie krążowniki szos. Dziś mało kto kupował takie pojazdy. Kosma wydawał na swoje auto majątek, ale mógł przez to pochwalić się najlepiej odrestaurowanym i utrzymanym egzemplarzem dwieście czterdziestki czwórki w Łodzi. Ten model miał jeszcze jedną zaletę – wygodną, szeroką kanapę z tyłu, która rozmiarami deklasowała niejedno małżeńskie łoże. I była też świadkiem wielu scen, o jakich niejedno małżeńskie łoże mogło tylko pomarzyć. Kosma zżył się z tym samochodem i mimo iż volvo spalało ogromne ilości benzyny, ani myślał się z nim rozstawać. Teraz jednak rozsądniej było zostawić szwedzkiego potwora na parkingu – rozpoczynały się popołudniowe korki i stało się jasne, że szybciej dotrze na miejsce pieszo.

Nadgryziony zębem czasu cyferblat doxy wskazywał pięć po piątej. Przesiedział na tej ławce prawie godzinę, zauważył i przyspieszył kroku. Nie lubił się spóźniać, rodzice wpoili mu, że to oznaka braku szacunku. W całym swoim życiu spóźnił się tylko raz, przed laty, i do dziś to sobie wyrzucał. Wyjął ze schowka nową paczkę papierosów i ruszył na spotkanie z ludźmi z NTV.

Ciekawe, co mają mi do zaoferowania? – pomyślał.

Spotkanie z dyrektorem programowym odbyło się w lobby budynku telewizji. O tej porze panował tu względny spokój, a o przyjemny chłód zadbał cicho pracujący klimatyzator.

Jacek Kłos dostrzegł wchodzącego Kosmę i z daleka machał ręką zapraszająco. Przy stoliku siedział jeszcze jeden mężczyzna. Kosma rozpoznał w nim Edmunda Kiszczaka, drugiego po Bogu w tej stacji. Mówili, że dyrektor programowy NTV to cudowne dziecko telewizji i jak nikt w tym kraju ma nosa do tego, co się będzie oglądało w danym sezonie. Z jego wskazówkami właściciele stacji liczyli się najbardziej.

Kłos przedstawił obu panów i dyskretnie się wycofał. Kosma czekał, aż Kiszczak zacznie rozmowę, ale ten tylko przyglądał mu się w milczeniu. W końcu odezwał się przyciszonym głosem:

– Cieszę się, że znalazł pan chwilę, by spotkać się ze mną i wysłuchać propozycji. Oglądałem pana popisy przed kamerą, proszę nie brać do siebie wyniku tego castingu…

Przerwał, jakby czekając na reakcję Kosmy, ale ten się nie odezwał, więc Edmund Kiszczak kontynuował.

– Nie dostanie pan tego programu do poprowadzenia, jest pan zbyt surowy, a nie mamy teraz czasu na szkolenie, nawet gdyby było intensywne i przyspieszone. Ale jest coś, co mogę panu zaproponować od ręki.

– Nie chcę wyjeżdżać z Łodzi – przerwał mu Kosma. – Dziękuję, panie dyrektorze, jestem szczerze zobowiązany, że zaprosił mnie pan na przesłuchanie, a teraz podejmuje osobiście, ale telewizja nie jest moim wymarzonym polem do zawodowej eksploracji.

– Nie musi pan rezygnować z dotychczasowej pracy. Nie zmuszam też pana do przeprowadzki do Warszawy – łagodnie powiedział Kiszczak, uspokajająco podnosząc dłoń. – Prawdę mówiąc, jestem przekonany, że jeśli zgodzi się pan na moją propozycję, z czasem sam pan zrozumie, że stolica to w pana zawodzie najlepsze miejsce do życia. I porzuci pan Łódź bez żalu.

– I co miałbym tu robić? – zapytał Kosma.

– Cóż, do roboty jest mnóstwo rzeczy i zakładam, że kogoś takiego jak pan nie muszę w tym zakresie instruować. – Edmund uśmiechnął się lekko. – Jeśli natomiast chodzi o pracę w NTV, to chciałbym, żeby został pan lektorem. Mamy tu sprawdzone dwa głosy męskie, ale konsekwentnie rozwijamy nasze anteny i szukam teraz nowych ludzi. Prosta robota, dobre pieniądze i szansa na zaistnienie w szerszym gremium niż słuchacze pana łódzkiej rozgłośni. Panu proponuję to pierwszemu, proszę, by szczegóły omówił pan z Jackiem. Czekam na decyzję.

Spotkanie było skończone. Podali sobie ręce i Kiszczak zniknął w windzie. Jego asystent również wstał i zaczął tłumaczyć szefa.

– Nie z każdym kandydatem do pracy rozmawia osobiście, a już na pewno nie każdego sam do niej namawia – powiedział i jakby sięgając w głąb pamięci, dodał: – W zasadzie to zdarzyło się to chyba pierwszy raz.

– Miły facet, nie mogę go chyba zawieść? – Zdarzało mu się szybko zmienić decyzję. Tym razem był jednak przekonany, że wyjdzie mu to na dobre. – Może przejdziemy na ty i opowiesz mi o szczegółach?

– Oczywiście. Zapraszam do siebie, to nie potrwa długo. Cieszę się, że się zdecydowałeś – powiedział Kłos, prowadząc Kosmę do swojego gabinetu. Winda zawiozła ich na to samo piętro, na którym chwilę wcześniej zniknął wszechmocny Edmund Kiszczak.

Wieczorem Kosma wyszedł z budynku NTV w dużo lepszym humorze niż kilka godzin wcześniej. Dochodziła dziewiętnasta, uzgodnił wszystko, co trzeba, zdążył też porozmawiać z żoną. Dobijała się telefonicznie od południa, ale konsekwentnie odrzucał połączenia. Tym razem odebrał i zapewnił ją, że będzie w Łodzi najpóźniej nazajutrz rano, bo nie widzi powodu, by zostawać w stolicy kolejny dzień. Uporczywie trzymał się wersji ze szkoleniem. Nie lubił jej okłamywać, ale doskonale wiedział, że powiedzenie prawdy teraz spowoduje lawinę pretensji i wyrzutów. Wymyśli coś po drodze, jak zawsze.

Wolno szedł do Żółtej Ciżemki, zastanawiając się, czy autorka listu zjawi się po swoją zgubę. W środku było już zdecydowanie bardziej tłoczno, niż kiedy pił tu herbatę. Dopiero teraz poczuł, jaki jest głodny. Iza zobaczyła go od razu i podeszła zaaferowana.

– Nie było jej tutaj, nie wróciła.

– Nie przejmuj się, może jeszcze się nie zorientowała, że zgubiła ten list – pocieszył ją. – Co macie tu do zjedzenia?

– A jak bardzo jesteś głodny?

– Nie jadłem od śniadania. – Kosma uśmiechnął się w duchu na wspomnienie porannych przygód na Sadybie. – Zjem cokolwiek, byle było ciepłe.

– Bajgle? To nasza specjalność, mamy je w stałej ofercie – zaproponowała dziewczyna. – Coś ci wybiorę! I oczywiście herbatę…

– Earl grey? – Kosma uśmiechnął się pytająco.

– Ma się rozumieć – odpowiedziała Iza i zniknęła za barem.

Usiadł w rogu. Jego poprzedni stolik był już zajęty. Hałasowali przy nim trzej Japończycy i dwie młode dziewczyny, chyba Polki. Nie czekał długo na zamówienie. Iza jakby wyczuła, na co ma ochotę, i z dumą położyła przed nim talerz ze smakowicie wypieczonym bajglem. Ze środka uśmiechały się do niego solidny kawał smażonej wołowiny, sałata lodowa i spora porcja sosu Worcestershire.

– Gdzie byłaś, kiedy szukałem żony? – zapytał Kosma na widok tych pyszności i zabrał się do jedzenia. Iza lekko skłoniła głowę w geście, z którym zawodowe kelnerki chyba przychodzą na świat, i dyskretnie wycofała się do baru. Była dobra, Kosma natychmiast skojarzył ją z bohaterami Zaklętych rewirów.

Jadł z prawdziwą przyjemnością, wspominając nie mniej udane wypieki w Amerikan Kafee, kultowej knajpie, która zniknęła z gastronomicznej mapy Łodzi – ku rozpaczy takich jak on pasjonatów przekąsek na mieście.

Autorka listu nie przyszła. Wiedział, że skoro nie pojawiła się wcześniej, to trudno oczekiwać, że pokaże się właśnie teraz. Mimo to siedział tam jeszcze długo po dwudziestej. Hałaśliwi Japończycy z polską damską eskortą ulotnili się i w Żółtej Ciżemce zrobiło się cicho i przytulnie. Kosma poprosił Izę o kilka czystych kartek, usiadł wygodniej i zamyślił się. Suty posiłek rozleniwił go, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że nie może tak po prostu stąd wyjść. Sięgnął do torby po swojego szafirowego pelikana i zaczął pisać…

Podobno prawdziwy facet nie przeprasza, ale jednak winien Ci jestem przeprosiny. Może o kwestii mojej męskości będziemy mieli okazję porozmawiać, w tej chwili nie to jest dla mnie najważniejsze. Przepraszam, przeczytałem Twój list, nie mogłem się oprzeć. Leżał na podłodze, zaintrygowała mnie koperta, wyjąłem kartki i jakoś tak… stało się.

Nie wiem, jak masz na imię, w myślach nazywam Cię Panią z Żółtej Ciżemki. Wiem, to trochę dyskusyjne, może niezbyt wyszukane, ale na teraz musi wystarczyć. Mam za sobą dziwny dzień i jeszcze dziwniejszą noc. Czuję, że mógłbym Ci o tym opowiedzieć i poprosić o radę. Siedzę w tej kawiarni i czekam na Ciebie od godziny, może dwóch; jeszcze dłużej myślałem dziś o Tobie. Zaskakujące, jak wiele rzeczy dzieje się przypadkiem i jak wielką moc mają słowa. Pisane i wypowiadane, kreślone na papierze i rzucane w powietrze.

Chciałem Cię… sam nie wiem, co chciałem. Może zapytać o to, czy lepiej żyć przeszłością, czy zamknąć oczy i skoczyć w przyszłość?

Znam tę balladę Chopina. Dziwne, ale mam wrażenie, że znam także Ciebie.

Jestem Kosma, Kosma Makarski. Będę tu zaglądał co kilka dni. Jeśli miniemy się albo złamię nogę i nie dotrę na czas, napisz do mnie. Proszę.

k.makarski@radio.pl.

Złożył kartkę i podał ją Izie. Młoda kelnerka spojrzała pytająco.

– Zapisałeś mi swój numer telefonu?

Słysząc pytanie, uśmiechnął się i odruchowo wyprostował.

– Jeśli przyjdzie tu ta kobieta od listu, przekaż jej to – poprosił. – A mój telefon nie jest ci potrzebny, będę tu zaglądał regularnie. Jeszcze się mną znudzisz.

Zrobił to, co w jego mniemaniu powinien w tej chwili zrobić – cmoknął zaskoczoną dziewczynę w czoło, zostawił spory napiwek i wyszedł. Fotel w szwedzkim samochodzie gwarantował wygodną podróż. Wyjechał z parkingu i po chwili światła stolicy widział już tylko we wstecznym lusterku. To była najdziwniejsza wyprawa po pracę, pomyślał. Nie wiedział jeszcze, że ten dzień będzie miał znacznie większe konsekwencje.

Rozdział trzeci

w którym Matylda zachęca, by dbać o zdrowy sen, a Kosma przekonuje się, że Warszawa da się lubić

– Mamo? Pchnąłem ten egzamin! Jestem na czysto! – Głos w słuchawce był szatańsko zadowolony.

– Kocham cię, synu… Uczcimy to wieczorem, dobrze? Po dwudziestej. Mam dzisiaj dostawę. Ale kupiłam dobre wino. Wiedziałam, że zdasz! – Matylda śmiała się, trzymając słuchawkę przy uchu jedną ręką, a drugą przekładając plik kartek z bieżącymi zamówieniami.

– Dzwoniłem już do taty. Wbijamy z Markiem do Tymka na Bielany. Będzie połowa roku. Nie czekajcie na nas. – Chłopak mówił szybko i głośno, był wyraźnie podekscytowany, a w tle dało się słyszeć mnóstwo głosów i trzasków. Marcel był zapewne jeszcze na uczelnianych korytarzach. – Mamo, kończę. Muszę jeszcze zajrzeć do dziekanatu.

– Marcel! – krzyknęła szybko, czując, że syn za chwilę się rozłączy. – Jestem z ciebie dumna. Tylko proszę cię, nie pijcie za dużo. Ten wasz Tymek nie ma umiaru. – W słuchawce słyszała milion głosów. Zignorowała przeciągłe: „mamooo” i otwierając drzwi wychodzącym klientom z niemowlakiem w wózku, rzuciła jeszcze na koniec: – I nie zapomnijcie o obiedzie u babci w niedzielę.

Czasami u progu dorosłości drogi bliźniąt rozchodziły się w różne strony. Jej chłopcy jednak zawsze trzymali się razem. Poszli nawet na te same studia. Marek był mniej systematyczny niż Marcel; dużo czytał – bynajmniej nie były to podręczniki – i znikał na całe weekendy u dziadka na dalekiej Sadybie. Pomagał mu w stolarce – co z kolei starego pana Radeckiego niesamowicie cieszyło. Marcel z kolei uczył się metodycznie i w skupieniu. W ciągu tygodnia czy też podczas sesji żadna siła nie mogła wyciągnąć go z domu do pubu nawet na godzinkę. Za to od piątku do niedzieli, otoczony wianuszkiem dziewcząt, relaksował się z dużym zapałem w modnych klubach stolicy. Na Sadybę do dziadka zaglądał równie często jak brat, ale przeważnie po to, żeby przedstawić staruszkowi miłość swojego życia, której imię zmieniało się średnio raz na miesiąc…

Żaden z nich jednak nie miał problemów z kolejnymi sesjami i właśnie zamykali drugi rok architektury z egzaminami zdanymi w pierwszych terminach.

– Ewa? – zawołała Matylda w kierunku zaplecza, biorąc jednocześnie głęboki wdech pełen ulgi i zadowolenia. – Przed zamknięciem zrobimy jeszcze zmianę wystawy. Za godzinę przyjadą te angielskie pledy. Możesz zostać?

– Taaak, oczywiście, uprzedziłam męża. – Z zaplecza wyłonił się wysoki, szczupły rudzielec z wielkimi oczami, na które wiecznie spadały pierścionki drobnych loczków, i w starannie wykonanym makijażu. Ewa niosła przed sobą dwie szklanki parującej herbaty. – Z malinami, tak jak lubisz. – Postawiła herbatę obok segregatora. – Mogę też przyjść jutro pół godziny wcześniej, jeśli dzisiaj nie zdążymy ze wszystkim.

Wrzuciła trzy kostki cukru do naparu. Matylda zawsze robiła wielkie oczy, widząc, ile ta dziewczyna słodzi, zwłaszcza że miała talię osy. Usiadły na małej kanapie wsuniętej w niewielką niszę w ścianie. Korzystały z chwili, kiedy w sklepie nie było nikogo.

Matylda odziedziczyła to miejsce po dziadku. To był jeden z pierwszych sklepów z porządnymi tkaninami w Warszawie. Sprowadzali je z całej Europy, najwięcej z Włoch. Prosperował doskonale aż do końca lat dziewięćdziesiątych. Przez długie lata prowadziła go matka Matyldy ze swoją siostrą – tą, która tak lubiła stare książki. Po śmierci ciotki matka Matyldy straciła cały zapał i serce do sklepu. Zmieniała się obsługa, starannie dobierana za każdym razem przez Matyldę, ale z żadną z nowych pracownic jej matka nie mogła znaleźć wspólnego języka. Piętnaście lat temu przekazała interes córce, a sama poświęciła się opiece nad mężem, który zmagał się z uciążliwą wrodzoną wadą serca. Z dużym zaangażowaniem i miłością pomagała też Matyldzie w wychowywaniu bliźniaków. Jej pomoc była nieoceniona, tym bardziej że pierwsze lata pracy Wiktora w biurze projektowym oznaczały ciągłe wyjazdy służbowe, nierzadko nieznośnie się przedłużające. I to w takich momentach, w których ona i chłopcy potrzebowali go najbardziej.

Pani Radecka do sklepu przychodziła już tylko czasami, popatrzeć, jak Matylda urządza go po swojemu i zaprowadza porządki na miarę nowych czasów. Lokal znajdował się tuż przy Krakowskim Przedmieściu, wprawdzie w bocznej uliczce, ale na tyle blisko głównej arterii, że elegancki szyld bez problemu przyciągał wielu przechodniów i masę turystów.

Matylda zdawała sobie sprawę, że lokalizacja zobowiązywała, dlatego jakość oferowanych towarów musiała być możliwie najwyższa.

Do swojego SenSualu sprowadzała najpiękniejszą pościel, jaką udało jej się znaleźć u europejskich producentów. Korzystała tylko z najlepszych marek z wieloletnimi tradycjami, oferujących wyszukane wzornictwo i najwyższą jakość. Sypialniane dodatki w postaci szydełkowych, ręcznie dzierganych pledów i koronkowych poduszek wyszukiwała na rodzimych portalach rękodzielniczych. Uwielbiała rzeczy unikatowe. Dobierała je starannie do jedwabnych i satynowych kompletów, nierzadko bywając w pracowniach artystów, żeby wspólnie wybrać najciekawsze kolory. Dzięki połączeniu ponadczasowej elegancji z tradycją w dobrym wykonaniu jej sklep od ponad dekady cieszył się niesłabnącym zainteresowaniem.

Całe popołudnie ona i Ewa spędziły na zmianie wystawy. Letnia odsłona SenSualu tym razem tonęła w różach. Część sporego pomieszczenia zajmowało zaprojektowane przez Matyldę duże łóżko w kolorze kości słoniowej. Szukała takiego, które pasowałoby do jej sklepu. Doszła w końcu do wniosku, że jeśli sama go nie wymyśli, będzie szukać bez końca…

W takim miejscu każda pościel prezentowała się znakomicie. Część sklepu wyglądała jak prawdziwa sypialnia – z nocną szafką i lampą nad łóżkiem. Odkąd Matylda zdecydowała się na taki odważny sposób eksponowania asortymentu obroty zdecydowanie wzrosły. Nie mogła tego zignorować, więc dbała, żeby sypialniany kącik zachęcał do zakupów, najlepiej szybkich i dużych.

Na puste ściany też znalazła pomysł. Kiedyś amatorsko malowała pastelami. Zabrakło jej zaledwie kilku punktów, żeby dostać się na krakowską ASP, o której zawsze marzyła. Zdecydowała, że rok później spróbuje jeszcze raz. Na kilka miesięcy przed egzaminem poznała Wiktora. Wszystko dzięki Magdalenie Wysockiej. Zaczytywała się w niej swego czasu, więc informacja o spotkaniu autorskim sprawiła, że tego wieczoru pognała na nie jak na skrzydłach. Był tam też młody architekt, na którego wylała niechcący szampana… Od tamtej pory byli nierozłączni.

Miesiąc przed egzaminem okazało się, że jest w ciąży, bliźniaczej i do tego zagrożonej.

Na uczelnię już nigdy nie próbowała wrócić. Chłopcy do piątego roku życia na zmianę chorowali, zarażając się jeden od drugiego z szybkością francuskiego TGV. Nie miała wtedy wiele czasu dla siebie. Gdyby nie matka, musiałaby zapomnieć nawet o rzadkich wyjściach do kina.

Miłość do kredek i pędzli jednak przetrwała, głęboko uśpiona na długie lata. Niespodziewanie obudziła ją krótka wizyta Matyldy w pracowni malarskiej Xeni, znajomej z Trójmiasta.

Xenia malowała na tkaninach różnymi technikami. Czasami szyła z nich później piękne pledy w szalonych kolorach, którym Matylda nie była w stanie się oprzeć. Jak się później okazało, jej klienci również.

Znacznie przedłużyła wtedy wizytę nad morzem i dostała od Xeni solidną lekcję malowania na bawełnie, żorżetach i jedwabiach, w pakiecie z niezwykłą przyjaźnią, która ubarwiała życie Matyldy. A od dobrych pięciu lat jej bliźniaki i syn Xeni spędzali razem wakacje pod żaglami. To właśnie Witek – zapalony żeglarz – pokazał chłopcom, jak ten sport potrafi uzależniać.

Sklep wzbogacił się więc o malowane przez Matyldę akwarelki na delikatnej bawełnie. Niedługo potem jej prace zaczęły się sprzedawać lepiej niż francuska pościel, co niezmiennie zaskakiwało właścicielkę SenSualu i zachęcało do malowania do tego stopnia, że przestała się ograniczać tylko do jednej techniki.

Zbliżała się dziewiętnasta. Upał niewiele zelżał. Nie pamiętała, kiedy końcówka czerwca była taka gorąca, a w stolicy temperatura podwójnie dawała się we znaki. Kiedy zamykała drzwi sklepu, zabrzęczał telefon. Była zmęczona i szczęśliwa. Musiała wprawdzie ten wieczór spędzić sama, bo Wiktor znów wyjechał – tym razem do Berlina – i miało go nie być aż do poniedziałku. Nie przeszkadzało jej to; wspomnienie zaliczonej przez chłopców sesji sprawiło, że z zadowoleniem pomyślała o wieczorze z książką.

– Matylda? Przyjechałam z dziewczynami poszaleć w klubach. Dasz się namówić? Dziewczyny siedzą teraz w kinie, ja już widziałam ten tani romans, potem idziemy potańczyć w Galaktyce. Co ty na to? Chyba że spróbuję przekonać cię osobiście. Jestem w kawiarence przy Bakaliowej. Co robisz?

– Xenia! Co za niespodzianka! – Matylda wsunęła klucze od sklepu do torebki i spojrzała za siebie, czy nie podjeżdża jej autobus. – Balety nie dla mnie dzisiaj, ten tydzień mocno dał mi w kość, ale Bakaliowa… – zamyśliła się na moment. – Czemu nie? To ta obok nowego multipleksu?

– Dobrze kojarzysz. Więc jak?

Matylda wiedziała już, że jej nie odmówi.

– Właśnie wyszłam z pracy. Masz wyczucie, dziewczyno… Byłam tam tylko raz, ale postaram się trafić. Żółta Ciżemka, czy jakoś tak?

– Zamówię ci coś! – Słychać było, jak Xenia mówi coś półgłosem do kelnerki. – Czekam, mam ci dużo do opowiedzenia.

Głośny syk otwierających się drzwi autobusu zagłuszył ostatnie słowa przyjaciółki.

Szukając wolnego miejsca, Matylda przypomniała sobie przytulny lokal, w którym była prawie dwa miesiące wcześniej, a po chwili i list, który w końcu zgubiła chyba podczas zakupów. Stosik starych kopert znalezionych u antykwariusza ciągle jeszcze nosiła w torebce. Dała się wtedy ponieść dziwnej melancholii, która ogarniała ją ostatnio coraz częściej. Szczególnie mocno w takie dni jak tamten, kiedy wyjątkowość chwili dzieliła tylko sama ze sobą…

Nigdy zresztą nie dałaby tego listu Wiktorowi. W ich związku właściwie nie brakowało niczego; mogłaby go tylko niepotrzebnie zranić.

Pusta kartka papieru przyciągała ją do siebie jak magnes metalowe opiłki.

Przyjęła ciszą tę dziwną tęsknotę za czymś bliżej nieokreślonym, ale zdecydowanym, zupełnie jak zapachy zapamiętane z dzieciństwa, odszukiwane gdzieś później przypadkiem na przestrzeni lat, dające poczucie bezpieczeństwa i chowane w zakamarkach pamięci na gorsze czasy…

Zrobiło się późno i Matylda pożegnała Xenię z niechęcią. Spotkania z nią to była zawsze dodatkowa porcja naprawdę dobrej energii. Nie dała się jednak namówić na marszrutę po nocnych klubach. Marzyła jeszcze tylko o pachnącej kąpieli i najnowszej biografii Osieckiej przed snem. Recenzja Urszuli Dudziak przekonała ją, żeby sięgnąć po Potarganą w miłości.

– Chciałabym zapłacić. – Matylda poznała młodziutką kelnerkę, która obsługiwała ją tutaj poprzednim razem. – Tarta jest naprawdę dobra. Chyba muszę zaglądać tu częściej.

Dziewczyna z uprzejmym uśmiechem podała jej resztę i złożoną kartkę papieru.

– Ktoś to dla pani zostawił jakiś czas temu, będzie już kilka tygodni. Nie chciałam przeszkadzać wcześniej…

– Nie pomyliła mnie pani z kimś? Nie rozumiem… Co to takiego? – Matylda patrzyła zdziwiona na kartkę w ręku ślicznej brunetki.

– Pisała pani tutaj coś, przy tym stoliku. Przyglądałam się wtedy pani sukience. Dziś też ma ją pani na sobie – ciągnęła kelnerka, a Matylda wreszcie zrozumiała, że nie zgubiła listu w żadnej galerii handlowej.

– Ktoś te kartki znalazł pod stolikiem. Chyba je przeczytał i dopisał coś od siebie. Prosił, żeby przekazać je, jak tylko się pani pojawi – dokończyła dziewczyna.

– Kto to był? – Matylda wzięła z rąk kelnerki bilon i trochę niepewnie kartkę złożoną na pół. – Mężczyzna czy kobieta?

– Facet… – W tym momencie na twarzy dziewczyny pojawił się zagadkowy uśmiech, a Matylda miała wrażenie, że usłyszy za chwilę coś więcej na jego temat. Kelnerka jednak tylko westchnęła i dokończyła już bez rozmarzonego wyrazu twarzy: – Nalegał, żeby pani to dać. Czekał tu na panią wtedy cały wieczór. I był później kilka razy.

Dziewczyna wróciła za bar, bo do kawiarni weszło kilka rozgadanych kobiet w luźnych, bawełnianych strojach. Zajęła się nowymi klientami, a Matylda przysiadła jeszcze na chwilę przy kawiarnianym stoliku, chociaż za oknem zaczęły się już zapalać uliczne latarnie…