Napad na serce - Danusia Pisarska - ebook
Opis

Napad na serce to opowieść o miłości, przyjaźni i zbrodni. Laura jest młoda, piękna i bogata, posiada wszystko z wyjątkiem serca, jest na tyle wyrachowana aby odrzucić chłopaka który obdarzył ją uczuciem, w końcu rodzinna tragedia sprowadza ją na samo dno a ulica staje się przekleństwem, jednak los jest na tyle łaskawy że na drodze dziewczyny stawia kogoś kto całkowicie zmienia jej pogląd na świat. Darmowy fragment tekstu na: https://ridero.eu/pl/books/napad_na_serce/

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 358

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Danusia Pisarska

Napad na serce

IlustratorCanva

© Danusia Pisarska, 2017

© Canva, ilustracje, 2017

Napad na serce to opowieść o miłości, przyjaźni i zbrodni. Laura jest młoda, piękna i bogata, posiada wszystko z wyjątkiem serca, rodzinna tragedia sprowadza ją na samo dno. Dzięki swemu małemu kompanowi dziewczyna zaczyna dostrzegać świat jakiego wcześniej nie znała. Jest to wzruszająca i zabawna do łez historia która poruszy każdego.

ISBN 978-83-8104-672-5

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Wstęp

Monterrey miasto gór w północno-wschodnim Meksyku rok 1996

W rezydencji państwa Monroy panowała entuzjastyczna atmosfera. Za kilka chwil miała zjawić się żona właściciela Donia Cecilia z nowo narodzoną córeczką, wyczekiwaną zresztą kilka lat. Jakaż to była wiadomość, gdy dowiedziała się o ciąży. Ona uwielbiała dzieci a teraz wreszcie mogła się cieszyć swoim bobaskiem.

— Już są… — oznajmiła kucharka Lourdes do szofera i pobiegła otworzyć drzwi państwu.

Cóż to był za widok, spod różowego kocyka w pieski wystawała maleńka buzia z zadartym noskiem i drobniutkimi rączkami, gdy na cichy szept otworzyła oczka, wpatrywały się w nią nieznajome dla niej jeszcze twarze dlatego zaraz zaczęła płakać. Donia Cecilia weszła do salonu i usiadła delikatnie na kanapie. Kiedy mała trochę się uspokoiła zaczęto rozmyślać nad jej imieniem, ponieważ do tej pory zatroskani rodzice jakoś nie mogli się na żadne zdecydować. Padały najróżniejsze propozycje od Anny po Hiacyntę. Pojawiła się nawet propozycja Gryzeldy, ale to już jednogłośnie uznano za lekką przesadę.

Pewnie te obrady nie miałyby końca, gdyby nie szofer Levente, który był dosyć prostym człowiekiem i nieulegającym zbytniej pańskości.

— Dajcie jej na imię po prostu… Laura.

— Laura? No nie wiem — zastanowił się Don Valentino — ojciec dziewczynki.

— Tak… właśnie tak, oznacza ono „cała happy” — oświadczył z dumą szofer i akurat w tym nie pomylił się nawet odrobinkę. Z czasem, gdy dziewczynka zaczynała stawać na nóżki, Państwo Monroy swojego szczęścia mieli aż w nadmiarze, musieli biegać za nim po całym domu i wszędzie szukać bo cały czas gdzieś się lubiło chować. Pewnie to dlatego że mała jako jedynaczka była ciągle rozpieszczana, a ponieważ jej ojciec był właścicielem bardzo dobrze prosperującej firmy budowlanej stać ich, było na wszystkie jej kaprysy. W końcu postanowiono zatrudnić opiekunkę. Po trzech dniach od dania ogłoszenia do gazety zjawiła się Seniorita Victoria, młoda guwernantka w wieku dwudziestu dziewięciu lat, bardzo ułożona zresztą i lubiąca dzieci. Oj biedna, chodziła wiecznie pogryziona i zapluta dlatego też po pół roku złożyła wymówienie mimo nalegań Doni Cecilii na dalsze pozostanie. Następna była Clara kobieta, która wychowała pięciu synów i była przygotowana na wszystkie możliwe niespodzianki. Bo cóż jeszcze ekscytującego mogłoby ją spotkać…?

A jednak życie bywa brutalne. Psotna i obrażalska trzylatka potrafiła zadbać o to aby niania się z nią nie nudziła. Nie poddająca się Clara na głowie miała już chyba wszystkie możliwe fryzury a na twarzy każdy rodzaj makijażu od balowego aż po karnawał. Tylko biedna domowa kotka Jeffrey, snująca się po pokoju utożsamiała się z nianią, posłusznie nosząc długie wiszące klipsy na uszach i czerwoną kokardkę na ogonie. Natomiast spacery z Laurą były wręcz rozrywką, wiecznie trzeba było ją albo ciągnąć po ziemi albo nieść na plecach ponieważ od straszenia i ganiania zwierzątek parkowych bolały ją nóżki. Kumplom z piaskownicy także nie przepuściła, potrafiła ich wykopać za zbyt prowincjonalne zabawki. Czarę przelało podpalenie opiekunce pukli włosów zapalniczką. Po roku ciągłego stresu i nerwów niania powiedziała stanowczo dosyć! Nawet jej pięciu synów nie dało jej tak w kość jak to dziecko. Kolejnych kilka opiekunek było już tylko epizodem.

Gdy Laura poszła do szkoły wcale nie było lepiej, już w pierwszym dniu ustawiła wszystkie dzieci pod ścianą i przeprowadziła wywiad… kto złamał jej kredkę! Oczywiście przestępca musiał oddać kanapkę. Jako nastolatka zamiast się uczyć wolała szaleć po zakupach z przyjaciółkami dlatego jej rodzice obawiający się o przyszłość córki w wieku lat piętnastu, postanowili wysłać ją do szkoły z internatem w USA. Tak też się stało.

Rozdział 1

5 lat później

Lourdes jak co dzień właśnie wróciła do swojego domu. Do pracy nie miała daleko więc powrót nie zajmował jej zbyt wiele czasu. Mieszkała na obrzeżach miasta w domku jednorodzinnym razem ze swym dwudziestopięcioletnim synem Thomasem, był to chłopak przeciętnego wzrostu o średniej budowie ciała z jasnoniebieskimi oczami i ciemnym orzechowym kolorze włosów. Wchodząc do środka matka zamknęła drzwi, zdjęła z siebie przemoczony płaszcz i odłożyła na miejsce czerwoną parasolkę ponieważ na zewnątrz panowała spora ulewa, w końcu była już jesień a o tej porze roku jak wiadomo dni potrafiły być bardzo kapryśne.

Kobieta wreszcie mogła wygodnie usiąść na kanapie i odprężyć się przy filiżance ciepłej herbaty którą przygotował jej syn, jak zwykle przesadził z ilością cukru ale to nie przeszkadzało aby się rozgrzać.

— Jak było dziś w pracy? — zapytał zatroskany siadając koło matki.

— Moje dziecko dzień był jak każdy inny, sam wiesz że dobrze mnie tam traktują, nie mogę na nic narzekać. Natomiast bardziej martwię się o ciebie, odkąd zostałeś bez pracy gorzej nam się żyje, z jednej pensji trudniej się utrzymać.

— Oh mamo, szukam wszędzie gdzie tylko można. Dziś sprawdzałem oferty od sprzedawcy hamburgerów po oferty biurowe ale wszędzie albo już kogoś mają albo nie mam odpowiednich kwalifikacji, wszystko się zmieni kiedy ukończę studia, obiecuje ci że zostanę najlepszym psychologiem w mieście i będę miał swój gabinet.

— Trzymam cię za słowo — odparła Lourdes, dokończywszy herbatę ucałowała swoje dziecko w czoło i położyła się spać do swej sypialni ponieważ oczy same jej opadały ze zmęczenia. Thomas korzystając z tego że pogoda się unormowała i matka zasnęła a ona nie bardzo lubiła gdy syn włóczył się po zmroku wymknął się po cichu do baru ze swym kolegą właściwie jednym z najlepszych kumpli Bonym Mirandą.

Tak, Bony był najwierniejszym przyjacielem jakiego można sobie wyobrazić. Chłopcy poznali się w wieku czterech lat w piaskownicy. W oczy obojgu wpadła ta sama blondyneczka w fikuśnej sukieneczce i z warkoczykami, mrugająca zalotnie swymi długimi rzęsami. W chłopców trafiła istna strzała amora, w życiu nie widzieli piękniejszej dziewczyny. Problem polegał na tym, że ona była jedna a rywalów dwóch… więc cóż było robić, to był bój o honor.

— Walczmy na śmierć i życie! — krzyknął Bony wywijając plastikową łopatką do piachu. Nim się jednak obejrzeli dziewczynka zniknęła im sprzed nosa a oni obydwaj wyglądali jak siedem nieszczęść ubrudzeni cali w piachu. Więc zawierając rozejm doszli do wniosku, że dla jednej baby nie można rozwalać piaskownicy skoro i tak sobie poszła bezczelna!

Dlatego postanowili złożyć sobie przysięgę, że zostaną kompanami na zawsze. A jak wiadomo taka umowa to świętość i nie wolno jej było łamać. Chłopcy zawsze pamiętali o danej sobie obietnicy nawet wtedy gdy nie raz przychodziły próby przyjaźni, tym też trzeba było podołać. Życiową szkołą dla Thomasa okazało się odejście jego ojca do innej kobiety, nowo poznanej milionerki którą podobno później także okradł i porzucił. W chwili kiedy na oczach syna wnikał w dal jak kamfora ten wybiegł za nim zrozpaczony.

— Tatusiu nie zostawiaj mnie! — krzyczał...ale dla kogoś bezdusznego i pozbawionego serca te słowa na nie wiele się zdały.

Wtedy przyjaciel pokazał, że był nim naprawdę. Kiedy Thomas zamknął się w ich tajemnym domku na drzewie i wciągnął za sobą drabinę ten mimo wszystko, usiłował się do niego dostać wdrapując się po gałęziach.

— Tylko nie rób głupstw… słyszysz Thomasie Romero?!

— Odejdź! Nie chcę nikogo widzieć. Skoro tatuś mnie nie chciał w takim razie ja jego też nie! Skończę z tym raz na zawsze… — Thomas przesunął drewnianą skrzynię pod którą była skrytka zabita gwoździami. Gdy się z nią uporał i oderwał dwie deski, wyciągnął z niej mały kluczyk, którym to właśnie otworzył ów skrzynie. W środku był długi metalowy hak, którym sięgając do górnej gałęzi zdjął sobie dwa kilo przeróżnych słodyczy uwiązanych w czarnym plecaku.

Już miał się zabrać się za pałaszowanie kiedy Bony właśnie zasapany wdrapał się na górę.

— A niech cię licho jeżeli sam zjesz cały łup wojenny. Nie po to nabieraliśmy tego kajtka w pieluchach z naprzeciwka i brudnego Mayka, żebyś ty teraz wszystko sam zjadł! Na szczęście zdążyłem w porę i nie grozi ci już ból żołądka.

Bony biorąc do buzi całą garść cukierków z plecaka, przysiadł się do Thomasa i zaczął go pocieszać, bo rozumiał go bardzo dobrze. Sam stracił ojca tyle tylko że go nigdy nie poznał, był zbyt mały.

— Wiec wiesz stary, nie ma się co załamywać — mówił z pełnymi ustami — z tymi tatusiami już tak jest, twój cię zostawił ale przynajmniej wiesz jak wyglądał, kiedyś go znajdziesz i powiesz mu w twarz co myślisz a mój...szam rozumiesz, nie zdążył mnie nieborak poznać bo się potknął i wpadł do podwórkowej studni. Finał dla niego był baaardzo krótki, takie są skutki picia wódki...mama tak mówiła — wzruszył ramionami chłopiec i połknął kolejnego cukierka.

— A powiedziałeś że pedała mu poodpadały i wjechał rowerem do stawu…

— Tak, ale to było zanim zdecydował się na studnie a poza tym wtedy uratował go pies sąsiada.

— Ej Bony, ale wy nie macie studni…

— Bo ona była wiesz blisko jeziora.

— A mówiłeś że na podwórku?

— Na podwórku to był sąsiad który pobiegnął za psem nad jezioro.

— To nad którym utopił się twój ojciec?

— Nie, tam utopił się sąsiad bo pies go nie zauważył.

— Ahaa, to musiało być głęboko.

— Ahaa.

Jedno było pewne. O ojcu Bonego krążyły legendy… i nikt nigdy się nie dowie jak skończył monopolowy Ted.

Gdy chłopcy pocieszyli się nawzajem a potem napełnili cukierkami, słońce było już dosyć nisko, postanowili więc że wrócą do domu który znajdował się kilka ulic dalej, lecz gdy Thomas schodził po drabince z drzewa zdarzyło się nieszczęście. Zawadził koszulką o gałąź i spadając skręcił sobie nogę… więc po chwili pierwszej pomocy Bony jako wspaniałomyślny przyjaciel pomógł wsiąść mu na małe taczki przyczepione do rowerka z flagą Valencii Cf. I naciskając swymi chudymi nóżkami na pedała popędził co tchu do domu. Oczywiście z tej szybkości po drodze wywalił poszkodowanego… dwa razy, ale kto by się tam przejmował, przecież zawsze można wciągnąć go z powrotem. Gdy już dojechali Thomas co prawda cieszył się, że żyje ale grzecznie podziękował koledze za odwózkę i z pomocą trochę wystraszonej matki wszedł do domu.

Teraz gdy chłopcy byli już dorośli tak właśnie wspominali stare czasy w swoim towarzystwie. Czasem zbierało im się na śmiech ale i czasem też na płacz bo chcąc czy nie Thomas całe swoje dotychczasowe życie pracował gdzie tylko mógł, zastępując samemu sobie ojca i pomagając matce. A do tego, jak na złość stracił posadę listonosza, ponieważ trwały zwolnienia.

Właśnie teraz, kiedy najbardziej potrzebne mu były pieniądze na dokończenie studiów.

Rozdział 2

Donia Monroy od samego rana biegała jak szalona w te i wewte, z góry na dół z dołu na górę.

Powodem tego był przyjazd jej córki, tej samej niesfornej panienki którą postanowiono okiełznać poprzez wysłanie do internatu. Cecilia tak dawno jej nie widziała, więc nie mogła się już doczekać. Teraz to już nie było dziecko z małymi śmiesznymi warkoczykami, lecz dwudziestoletnia dziewczyna która ukończyła porządną szkołę licealną, co prawda ledwo ale jednak.

Pani domu weszła jeszcze do kuchni aby wydać ostatnie polecenia służącym.

— Lourdes…! O tutaj jesteś moja droga.

— Czy coś się stało? — odpowiedziała kucharka, która właśnie szykowała śniadanie.

— Nic się nie stało, ale jednak dla mnie to dosyć szczególny dzień, ponieważ

dzisiaj po południu przyjeżdża moja droga córka…

Na te słowa stary szofer Levente, który właśnie pił kawę przy stole lekko się zachłysnął. Jeszcze miał w pamięci dzień w którym dziewczyna w wieku czternastu lat ucząc się potajemnie jeździć wjechała do basenu nowiutkim porsche ojca, dobrze że chociaż pływać potrafiła.

— Chcę żebyś przyrządziła jedno z ulubionych dań Laury, ciasto czekoladowe — mówiła dalej Cecilia — a czy sypialnia jest już posprzątana?

— Tak, nie trzeba się o nic martwić wszystko będzie na czas.

— Lourdes co ja bym bez ciebie zrobiła, w tym domu jesteś wręcz niezastąpiona… aha a ty Levente wyjedziesz po moją dziecinkę na lotnisko, tylko się nie spóźnij bo wiesz że ona nie lubi czekać — oznajmiła kobieta wychodząc z kuchni.

Gdy tylko służący zostali sami Lourdes zaraz przysiadła się do szofera przy okazji częstując się łykiem jego kawy.

— Jak myślisz, czy ona się zmieniła?

— Hmm, może… w końcu nie widzieliśmy jej pięć lat już dorosła, być może wyszumiały jej z głowy te wszystkie głupstwa i jest teraz poważną młodą damą.

— Może masz rację, ciekawe czy jeszcze lubi tort czekoladowy...pamiętam że zawsze się nim zajadała po kryjomu nawet gdy jej ni pozwalano ruszać słodkości — wspominała kucharka pochlipując jeszcze parę łyków kawy kolegi.

Donia Cecilia udała się z powrotem na górę do swojej sypialni, gdzie właśnie jej mąż szykował się do wyjścia. Nikt z rodziny nie miał pojęcia że ten człowiek który od zawsze był wzorowym ojcem, mężem oraz szanowanym właścicielem firmy budowlanej teraz stał się nałogowym hazardzistą, na dodatek zaczął popadać w coraz większe długi.

— Już nie mogę się doczekać przyjazdu naszej małej a co to, wychodzisz gdzieś? — spytała żona sięgając do półki w komodzie po krem do rąk którym lubiła smarować ręce

ze względu na jego różany zapach.

— Mam na mieście parę spraw do załatwienia — odrzekł mężczyzna mijającym wzrokiem.

— Myślałam że zaczekasz ze mną na jej powrót, cóż teraz może być ważniejszego? — Mam na dzisiaj umówione bardzo ważne spotkanie biznesowe, obiecuję że wrócę na czas — powiedział Don Valentino i ucałował żonę na do widzenia. Cecilia została sama w pokoju. Siadając na łóżku ogarnęło ją dziwne uczucie… zaczęła się obawiać ale sama nie wiedziała czego.

— A jeśli mnie zdradza? — pomyślała — Nie, do tego akurat nie byłby zdolny, muszę odsunąć wszystkie negatywne emocje. Donia była, kobietą mądrą i rozsądną więc po prostu ufała.

Po dwudziestu minutach od wyjścia z domu nierozsądny hazardzista znalazł się w kasynie nazywanym przez niektórych domem rozpaczy. Jak większość takich miejsc to także owiane było złą sławą. Zdarzało się że gracza który przepuścił swój majątek przy okrągłym zielonym stole już nigdzie potem nie widziano i to nie dlatego że się ukrywał ale dlatego że go znaleziono. A teraz w tym bagnie zaczynał tonąć Don Valentino. Im bardziej przegrywał pieniądze tym bardziej chciał odzyskać to, co już stracone zadłużając się pomału. I tak pętelka na jego szyi zaciskała się coraz bardziej. Zazwyczaj gdy ofiara była już w pułapce podstawieni gracze dobijali zawodnika ostatnimi kartami, które mieli ukryte gdzieś w rękawie lub w kieszeni. Tak też się miało stać w przypadku tego nieszczęśnika… który latami budował firmę i pracował na swój sukces. Poniekąd sprawcą wielu losów toczących się w tym kasynie był jego właściciel Baldur Romero, człowiek pazerny, bezwzględny i niemający żadnych zahamowań a w dodatku ten, który porzucił pięcioletniego syna. Ciągle wciągał innych w swe gierki. Czy ktoś taki mógł mieć, jakie kol wiek skrupuły? Bo przecież o sercu już nie było mowy.

Valentino pewny że tym razem wygra, siedział z najwyższym stritem w dłoni pomiędzy kilkoma sępami, które już krążyły nad jego głową. Ponętne damy w niebieskich spódniczkach i czerwonych mocnych szminkach na ustach, które im towarzyszyły, obok stolika podsuwały na srebrnej tacy dosyć drogie wina i cygara. Wszystko po to, aby zawodnik czuł się rozluźniony i mógł postawić jak największą sumę. Karty przykrywały jedna drugą, a w oczach mieniły się kolorowe figury.

Szala była po stronie wygrywającego, przynajmniej tak ów myślał. Więc pulą na stoliku było 25 mln, pieniądze które Valentino już chciał zobaczyć w swojej kieszeni, ale wystarczyło tylko jedno kiwnięcie głową Baldura do swojego wspólnika Anacleta i w końcu trzeba było powiedzieć goodbye tej zabawie.

Poker królewski przesądził o wszystkim… właśnie przykrył cały dorobek życia biznesmena.

W głowę od tej chwili byłego już bogacza z Monterrey uderzył jakby piorun a wszyscy którzy siedzieli obok niego jakby byli za szklaną szybą. Biedak miał miesiąc na oddanie długu. Mili panowie w czarnych muchach i eleganckich garniturach na rozkaz szefa odprowadzili do drzwi kolejnego przegranego i ładnie się pożegnali poklepując go po plecach.

— No stary, gratulujemy przegranej i… widzimy cię za miesiąc w kieszeni z forsą w ręku przed tym oto kasynem albo...no wiesz, zawsze możesz przywitać się z rekinem… także bratku komu w drogę temu czas.

— Wszystko oddam co do grosza, przecież wiecie że zawsze się wywiązywałem — przekonywał zrozpaczony mężczyzna.

— Tak, tak — zaśmiał się Anacleto i odprawił nieszczęśnika.

Valentino zniknął, za wysoką czarną bramą drapiąc, się po czole o to, co teraz będzie.

— A ja bym wolał jednak do rekina… — zastanowił się słaby jednak w myśleniu zbir Baldura, który z miejsca dostał od brata ręką w półgłówek.

— Co ty pleciesz Edmundzie.

Rozdział 3

Na lotnisku wylądowała seniorita Monroy, dziewczynie tej urody i pieniędzy zazdrościł każdy, przynajmniej takie o sobie miała zdanie „Niech by tylko ktoś spróbował powiedzieć inaczej” mówiła, ale tak rzeczywiście wyrosła na ładną, wysoką blondynkę o zgrabnej figurze i zielonych oczach. Szła przez port lotniczy w ciemnych okularach, dumnie wyprostowana, ciągnąc walizkę za sobą. Jeszcze tylko zalotnym spojrzeniem pożegnała tłum męskich wielbicieli oglądających się za nią. Nic nie było w stanie popsuć jej humoru. A jednak… wychodząc z lotniska rozejrzała się dookoła, tupnęła dwa razy nogą i zamruczała coś ze złości pod nosem ponieważ szofera jeszcze nie było...skandal! Biedny Levente złapał gumę w połowie drogi więc stojąc na poboczu próbował naprawić to nieszczęsne koło.

— Ja mu wygarrrnę, jeszcze by brakowało żebym jechała taksówką albo gorzej! Piechotą! — wrzasnęła sama do siebie rozzłoszczona dziewczyna.

Podczas gdy ona czekała na szofera odliczając jego minuty marnego żywota, jej ojciec wracał do domu zamyślony, wolnym krokiem obluzowując krawat, który jakoś dziwnie robił się za ciasny. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy że da się wplątać w coś tak okropnego jak hazard ale teraz dowiedział się że łatwe pieniądze to tylko ludzka naiwność i próżność. Dumając nad tym jak oddać taką sumę pieniędzy, był świadomy że jego firma tego nie udźwignie a co za tym idzie straci także rezydencję i być może żonę gdy ta dowie się o wszystkim. Don Valentino tego jednego by nie zniósł ponieważ kochał ją najbardziej na świecie.

Wchodząc do domu od razu skierował się na górę do sypialni by ominąć jej wzrok i nie dać niczego po sobie poznać ale Cecilia stająca w salonie przy stoliku poprawiająca kwiaty w dzbanku, od razu zauważyła że coś się stało.

— Co ci jest? Wyglądasz jakoś dziwnie…

— Nie, wiesz po prostu jestem zmęczony.

— Spotkanie źle poszło?

— Nie to nie to, naprawdę muszę odpocząć. Pójdę się położę, daj znać gdy Laura przyjedzie — odpowiedział mężczyzna z posępną miną i całując żonę w czoło odszedł na górę.

— Hmm, jest zbyt przepracowany, powinien zrobić sobie kilka dni wolnego…

Kierowca Levente wreszcie naprawił koło, wsiadł do samochodu z pośpiechem i ruszył dalej. Gdy po godzinie opóźnienia dotarł na miejsce, czekała na niego wściekła młoda dama, to też szofer słynął z tego że po latach pracy spędzonych u państwa Monroy doskonale potrafił wyprzedzać rzeczywistość dlatego zawsze miał przy sobie zatyczki do uszu, to świetny sposób aby uniknąć niepotrzebnego stresu.

— Jesteś wreszcie! Ile można na ciebie czekać! — wrzasnęła ta malowana lala.

— Witam panienkę, z góry oświadczam że po drodze wystąpił problem z kołem.

— To jak jeździsz! No na co czekasz! Jeszcze może drzwi mam sobie otwierać…

— Tak jest. Zapomniałem dodać że piękną mamy dziś pogodę.

— Nie denerwuj mnie bo cię zwolnię, ruszaj ale już! Jak można być tak nieodpowiedzialnym.

Szofer niczym nie zmącony, wesoło podśpiewując wsiadł do pojazdu, założył ciemne okulary i ruszył przed siebie.

— Byle do domu — pomyślał.

Trzeba przyznać że Levente nie był już najmłodszy więc od czasu do czasu podczas jazdy trąbiły na niego czyjeś

samochody. Kiedy weteran szos z głównym pasażerem w środku zajechał przed rezydencję już czekali tam stęsknieni rodzice. Dla córki tylko oni mieli jakieś znaczenie, im jednym potrafiła okazać szacunek. Być może dla dlatego że w głębi duszy czuła ich szczerą i bezinteresowną miłość wobec siebie. Mimo że miała mnóstwo koleżanek to podążała za nią samotność, one nigdy nie okazywała takich cech.

Laura zaraz czule przywitała się z ojcem i matką i w ich objęciach weszła do środka. Szofer odprowadził limuzynę do garażu z tyłu domu i udał się do kuchni w której na stole stał tort czekoladowy. Stary Levente z natury był łasuchem więc już zaczął się podsuwać do tego eleganckiego deseru ale właśnie w tej chwili weszła kucharka.

— Nie ruszaj, tego pasibrzuchu! Tylko byś jadł i jadł.

— Chciałem tylko spróbować czy wypiek ci się udał.

— O to się już nie martw, jaśnie panienka za dziesięć minut zażyczyła sobie go zjeść więc na stół musi trafić w całości, a nie podzióbany.

— Oj, już się tak nie denerwuj i usiądź ze mną chwilę przy stole bo podjąłem ważną decyzję i jako moja wieloletnia koleżanka z pracy, właściwie to jedyna…

— Oj nie motaj tak tylko gadaj, o co chodzi.

Lourdes z zaciekawieniem usiadła przy stole wlepiając oczy w kierowcę.

— Widzisz… dużo nad tym myślałem i doszedłem do wniosku, że jestem już w takim wieku, kiedy potrzeba odpoczynku, coraz bardziej męczy mnie poranne wstawanie a i wzrok mam już coraz gorszy...nie jestem już tak bystry, jak kiedyś.

— Co masz na myśli?

— Chcę wreszcie przejść na emeryturę, chcę łapać ryby nad ranem, siedzieć do późna przed telewizorem oglądając horrory i połykać popcorn ze strachu. Tylko pomyśl, wreszcie nie będę się martwił, że muszę szybko wstać z resztą moje stare kości już na to nie pozwalają. Ach...to będzie Zycie.

— Jak to? A ten dom? A ja?

— Nic się nie martw, porozmawiam z Don Valentinem i kiedy znajdzie na moje miejsce kogoś młodszego wtedy odejdę ale obiecuję że będę cię odwiedzał.

— Będzie mi cię brakować. Po tylu latach razem w tym domu jesteś dla mnie jak rodzina.

— Ciesze się że zasłużyłem sobie na takie słowa.

— Czekaj… w takim razie skoro odchodzisz i jesteś już zdecydowany to pozwól, że na twoje miejsce zaproponuję mojego syna, ostatnio stracił pracę a nie może znaleźć drugiej, to bardzo odpowiedzialny chłopak.

— Jeżeli szef się zgodzi to ja tym bardziej...ale moja droga minęło już dziesięć minut, może idź już z tym tortem, aby panienka się nie denerwowała.

— A tak...masz rację.

Kobieta wzięła czekoladowe cudo na jasnoniebieskim talerzyku i zaniosła do jadalni stawiając przed nos seniority która… spróbowała tylko kawałek.

— Odzwyczaiłam się od potraw z rąk tej wieśniaczki — oznajmiła odkładając sztućce i zadzierając nosa.

— Lauro! Jak możesz, Lourdes starała się dla ciebie cały ranek — rzekła Donia Cecilia.

— Właśnie za to jej płacicie. Jeżeli chcesz, tutaj dalej pracować to jutro na stole chcę widzieć coś wytrawnego i klasycznego — oświadczyło nadęte dziewczę i wstając od stołu poszło do swojego pokoju.

— Ona jest jeszcze gorsza niż przedtem — stwierdziła służąca.

— Lourdes strasznie cię przepraszam, wiesz jaka jest nasza córka, ten wyjazd trochę przewrócił jej w głowie — usprawiedliwiał ją Valentino.

— Obawiam się że jej może się przewracać już tylko jedna klepka, która o dziwo jeszcze nie wypadła.

Rozdział 4

Pokój, Laury przypominał elegancki mały salonik ze stylowymi meblami i dużym lustrem, ponieważ nie gustowała ona w byle czym. Wszystko wykonane było na specjalne zamówienie młodej damy, bo przecież nie można mieszkać zbyt skromnie, gdy się ma tyle pieniędzy. Panienka usiadła przed swą różową toaletką, ponieważ akurat takie były trendy i zaczęła przymierzać wszystkie kolczyki jakie miała w szkatułce.

— Hmm, czy jest piękniejsza dziewczyna ode mnie? Nie sądzę, w dodatku taka bogata. Ach...usta mam jak płatki róż a oczy jak diamenty — westchnęła do odbicia w lustrze.

Sposób bycia Laury był piorunująco skromny. Po chwili ekscytacji nad swoją osobą, sięgnęła do błyszczącej białej torebki po komórkę, wycisnęła numer do swojej przyjaciółki Toni Alvarado — córki znanych właścicieli salonu samochodowego, usiadła z wyprostowanymi plecami na łóżku, i cmokając, do telefonu umówiła się z nią nazajutrz na zakupy.

Pod wieczór Levente udał się do gabinetu szefa aby omówić swoją decyzję.

— Puk, puk

— Proszę — odezwał się Don Valentino.

— Dobry wieczór, czy nie przeszkadzam?

— Ależ nie, nie robię w tej chwili nic ważnego, wchodź proszę.

Szofer usiadł na krześle i zaczął wpatrywać się w pracodawcę.

— Mów proszę, o co chodzi.

— Szefie, wie pan że pana i pańską rodzinę darze szacunkiem…

— Tak, wiem to już od ponad dwudziestu lat i dziękuję ci za to, ale chciałbym wiedzieć czemu zawdzięczam twoją wizytę?

— Powiem wprost i nie będę owijać w bawełnę. Uznałem, że jestem już zbyt stary i chciałbym odejść na emeryturę.

— Co ty mówisz? Ty? Przecież dla mojej rodziny jesteś niezastąpiony.

— Dziękuję za uznanie, ale nie ma takich ludzi. Po tylu latach pracy czuję, że chciałbym wreszcie odpocząć. Starość daje o sobie znać. Na każdego przecież przychodzi trzeci wiek.

— Czy na pewno wiesz, że podejmujesz słuszną decyzję? Może przemyśl to jeszcze na spokojnie.

— Podjąłem ją już ostatecznie i chciałbym, aby państwo uszanowali moją wolę, tak będzie lepiej dla wszystkich.

— Skoro tak twierdzisz...kiedy zamierzasz nas opuścić?

— Jak tylko zjawi się nowy pracownik. Jeżeli pan wyrazi zgodę to rozmawiałem już z kucharką, jej syn niedawno stracił pracę i szuka nowej. To bardzo odpowiedzialne dziecko. A poza tym jest młody i z pewnością poradzi sobie znacznie lepiej ode mnie.

— Hmm, w takim razie przekaż, niech przyjdzie na rozmowę.

— Dziękuje bardzo — szofer wstał ucieszony uścisnął rękę pracodawcy obiema dłońmi i wyszedł z gabinetu przekazać służącej dobrą wiadomość.

Nazajutrz Senior Monroy powtórzył żonie decyzję pracownika.

— Wiesz kochanie, muszę ci coś oznajmić.

— Tak? O co chodzi?

— Nasz kierowca nas opuszcza.

— Jak to?

— Przyszedł wczoraj do mnie i zakomunikował, że jest już zbyt stary i chce odejść.

— Faktycznie… ostatnio jeździł jakoś dziwnie ale nie pomyślałam że chciałby nas opuścić, trzeba będzie mu dać solidną odprawę.

— Tak masz rację, po tylu latach zasłużył.

— Kiedy zamierza odejść?

— Jak tylko znajdzie się ktoś nowy, podobno syn naszej kucharki został bez pracy, umówiłem go na dzisiaj.

— A co to za chłopak?

— Nie wiem, Levente go chwalił więc się zgodziłem a zmieniając temat moja droga mam też dla ciebie propozycję na dziś wieczór.

— Tak a jaką? — spytała zaciekawiona żona.

— Dzisiaj sobota, może wybralibyśmy się na kolację tylko we dwoje? Zamówię stolik i orkiestrę… wiesz jak za dawnych lat.

— Bardzo chętnie, ostatnio rzeczywiście nigdzie razem nie wychodziliśmy.

Don Valentino wiedział, że gdy ukochana dowie się o jego długach, raczej mu tego nie wybaczy, ponieważ nie na widzi kłamstw, więc postanowił spędzić z nią ostatnie miłe chwile za nim burza miałaby rozpętać się na dobre.

Po rozmowie odbytej wieczorem z matką Thomas w godzinach przedpołudniowych wybrał się na umówione spotkanie do rezydencji państwa Monroy. Przed wyjściem włożył na szyję swój szczęśliwy medalik podarowany na jedenaste urodziny i całując go na szczęście ruszył przed siebie mając nadzieję, że tego dnia los się do niego uśmiechnie. Trzymając nerwowo kartkę z adresem w ręku przemierzał bogatą dzielnicę w której jeszcze nie miał okazji być. W końcu po sprawdzeniu kilku numerów jeden okazał się trafny. Przyszły szofer stanął przed wysoką bramą, która właśnie się otwierała a z jej środka wyjeżdżała elegancka limuzyna z młodą damą w środku, lecz nie można było dostrzec jej twarzy, ponieważ szyby były przyciemniane. Zresztą dziewczyna i tak była zajęta szukaniem czegoś w swojej torebce a on myślał teraz tylko o tym, że wraz z tą bramą otwierała się także przyszłość od której zależały, jego studia więc wszedł za bramę z głową uniesioną w górze.

— Ale chata — pomyślał i z wrażenia zagwizdał okręcając się w koło nie zauważył, że stanął przed nim Don Valentino.

— Hmm młody człowieku, czy to ty szukasz u mnie pracy na stanowisko szofera?

Chłopak szybko stanął do pionu.

— Tak to ja, miałem się tutaj stawić.

— A jakie masz doświadczenie?

— Oczywiście mam prawo jazdy, jak dotąd nie miałem żadnych kolizji, jeżdżę bardzo ostrożnie.

— A co jeszcze potrafisz robić?

— Wszystko, co trzeba jestem wysoko uzdolniony.

— To znaczy?

— Jeżeli zachodzi, potrzeba to jestem kucharzem, malarzem, ogrodnikiem i…

— Tak, tak...

— Uczysz się gdzieś?

— Studiuję psychologię, w przyszłości planuję otworzyć swój gabinet.

— No dobrze chłopcze wydajesz się odpowiedzialny, ten kto cię polecił także cię chwalił, nie mam teraz zbyt wiele czasu więc przyjdź jutro na 10.00. Wypróbujemy twoje talenty.

— Bardzo dziękuje, na pewno się nie spóźnię — odpowiedział nowy kierowca i podskoczył ze szczęścia w górę gdy pan się już oddalił.

Tymczasem na umówione spotkanie dotarła także Laura. W kafejce przy małym stoliku czekała już na nią przyjaciółka, przynajmniej za taką się podawała. Dziewczyny nie widziały się od wyjazdu do USA więc miały sporo do nadrobienia. Od zawsze lubiły ze sobą rozmawiać, ponieważ głównym tematem zazwyczaj były nowe perfumy Chanel lub kolejne wakacje w jakimś ekskluzywnym miejscu. Pewnie, gdyby przyszło im mówić o zwykłych codziennych sprawach takich jak praca, łapanie wiecznie uciekającego taxi na ulicy czy ciągłe użeranie się z rachunkami z pewnością nie mogły, by już na siebie patrzeć a tak uwielbiały swoje towarzystwo i często wspierały się w trudnym doborze butów.

Skończywszy kawę dziewczyny postanowiły przejść się po ulicy, po której na ich nieszczęście krążyło kilkoro bezdomnych, zakłócając tym samym przyjemny dzień Laury i podrażniając jej nos. Ona ich wprost nie znosiła, uważała że śmierdzą i są odrażający. Gdy patrzyła na podarte ubrania i wystające palce z butów, robiło jej się nie dobrze. Twierdziła, że te brudasy to zwykłe lenie bez przyszłości, nigdy jej nawet przez myśl nie przyszło że mógłby ją czekać taki sam koniec… przecież to dziedziczka firmy Monroy i jej los już zawsze będzie leżał na najwyższej półce szczęścia. Omijając z daleka bezdomnych, którzy tylko pokiwali głowami na te bogate panny, dziewczyny odetchnęły z ulgą i znów mogły spokojnie maszerować obok wystaw sklepowych, ale jakiż to pech! Tonia znów zagapiła się na pięćdziesiąt procent rabatu i po raz kolejny przydzwoniła centralnie w słup, nie było tego złego co by na dobre nie wyszło, poza siniakiem do jej głowy przylepił się dosyć spory plakat.

— Co to… zobacz dzisiaj będzie jakiś festyn na przedmieściach — zaciekawiła się odrywając sobie kartkę z czoła.

— Chcesz iść na takie coś? — za grymasiła Laura.

— A dlaczego nie…

— Daj spokój, tam chodzą same wieśniaki, to nie dla nas.

— Prawdę mówiąc zawsze chciałam, zobaczyć jak się bawią takie prostaki — zachichotała Tania

— A co w tym może być interesującego… ty wiesz, jak by po czymś takim wyglądały moje buty?

— Oj daj spokój, przecież nie musimy tańczyć, możemy się pośmiać z boku a potem wrócimy do domu.

— Tylko z boku…? Pośmiejemy się z tych głupków? Wiesz… w sumie to nie głupi pomysł a jak tam się trzeba ubrać?

— No chyba tak jakoś po wieśniacku…?

— Czyli jak?

— Nie wiem, ale zostaw to mi, coś wykombinuje na wieczór — odpowiedziała miss słupów na ulicach i ruszyła obolałą głową jak się ubrać na imprezę.

Rozdział 5

Wybiła godz. 20.00. Państwo Monroy siedzieli tylko we dwoje, wpatrzeni w siebie w restauracji na górze jednego z wieżowców, podziwiając nocne piękno miasta. Tak właśnie się poznali, spoglądając na jego uroki. Gdy raczyli się kolacją, wokół unosił się zapach róż i blask świec. Orkiestra zaczęła grać na pianinie. Valentina cały czas nękało sumienie, ale nie dawał nic po sobie poznać, żeby nie zepsuć przyjemnego wieczoru więc poprosił żonę do tańca. I tak kołysząc się w swych objęciach przy utworze Franca Sinatry czuli się znów jak by mieli po dwadzieścia lat.

Ten wieczór dla wszystkich okazał się wyjątkowym.

Po drugiej stronie miasta odbywała się zabawa na którą dotarły dwie nowe imprezowiczki w różowych spódniczkach i szpilkach na kilka centymetrów.

— Skąd ty wytrzasnęłaś te ciuchy? — spytała Laura, której ubiór zawsze był elegancki i niezbyt frywolny.

— A jak myślisz… buchnęłam służącej, ma tego pełno.

— Mogłam się tego spodziewać… ja w stroju, który nosiła jakaś pokojówka… jakoś to przełknę.

Dziewczyny z początku jakoś nie mogły się odnaleźć w tym tłumie pełnym prostaków. Panna Monroy kręciła nosem na wszystkie strony. Nie dość, że każdy ją obijał to jeszcze została troszkę ochlapana piwem. Te damy nie były przyzwyczajone do tak niskiej klasy społecznej, ponieważ zawsze bywały wyłącznie na balach z równymi sobie. Były odpowiednie sale oraz oświetlenia a po bokach znajdowały się bufety, na których stał pyszny poncz. A tu… proszę, stado mrówek pod gołym niebem i dzika kolejka po hamburgery.

— Ale cóż, skoro już się tu przyszło to trzeba się jakoś wtopić w towarzystwo — stwierdziła Tonia i ruszyła z towarzyszką na parkiet gdzie grał tutejszy zespół na czele z jakąś kobietą.

Za to Thomas i Bony nie mieli problemu z tym aby się odnaleźć. Takie dyskoteki to dla nich codzienność. Zawsze można było zawrzeć nowe znajomości z dziewczynami i pogadać ze starymi kumplami. Godzina robiła się coraz późniejsza więc i impreza bardziej się rozkręcała. Bony w ramach solidarności z narodem skoczył na chwilkę po dwa piwa zostawiając kolegę samego, który rozglądał się do koła w poszukiwaniu znajomych twarzy w pewnej chwili jego wzrok zatrzymał się na ładnej dziewczynie, próbującej wykrzesać coś ze swojego tańca, szkoda że nie były jej znane rytmy latino, właśnie teraz by się przydały.

— Blondynka… — śmiejąc się po cichu szepnął do siebie Thomas i po krótkim namyśle postanowił podejść. Kiedy przebił się przez gromadę ludzi, stanął przed nieznajomą i zapytał trochę nieśmiałym, żartującym głosem.

— Widzę, że ci to samej kiepsko idzie, może ze mną zatańczysz?

Laura spojrzała na niego od góry do dołu pogardliwym wzrokiem.

— Czy ktoś cię tu wołał wieśniaku? Idź stąd!

— Co? Ja wieśniak? A ciebie kto tak ubrał?! Pewnie w cyrku były przeceny! — warknął oburzony młodzieniec i zostawiając niemiłe koleżanki wrócił do kumpla, który czekał na niego z butelką jasnego.

— Widziałeś ją…?

— Blondyna dała ci kosza? — spytał Bony

— Tańczyć nie potrafi i jeszcze pyskuje, co ona sobie wyobraża, za kogo się ma…

— Nie przejmuj się, niektóre dziewczyny takie są, udają niedostępne a potem co do czego chodzą za człowiekiem krok w krok i proszą o jedno spojrzenie. Pamiętasz te stukniętą Adelinę? Najpierw się przymilała a potem podebrała mi dropsy i dała nogę.

— Adelina miała pięć lat a ty siedem, jak mogła nie uciekać skoro ją goniłeś po całym osiedlu i krzyczałeś „dropsy albo życie”.

— Jasne… wykorzystać to każda z nich potrafi.

Po kilkunastu nieudolnych minutach dziewczyny wciąż nie mogły złapać rytmu. Tonia stwierdziła że w porównaniu do tego szarego tłumu idzie im znacznie gorzej, więc postanowiła rozluźnić sytuację.

— Gdzie idziesz, nie zostawiaj mnie tu samej! — wołała Laura.

— No to choć…

— Ale gdzie?

— Jak to gdzie, do tej szarej budki, która stoi za sceną. Każdy stamtąd wraca wesoły. Chodź prędzej.

Abstynentka z bogatego domu cofnęła się o krok.

— Chcesz się uchlać przy barze? Zgłupiałaś?

— Oj przestań marudzić, raz możemy się zabawić.

— ...ale tylko po troszeczku, żebym nie musiała cię ciągnąć do domu.

Dziewczyny szybko wpisały się na listę oczekujących i z lisimi oczami zaczęły wpatrywać się na wszelakie kolorowe trunki, których dotąd nie miały okazji spróbować, ponieważ na eleganckich przyjęciach na których bywały, zazwyczaj podawano tylko drogie szampany, których i tak nie można było skosztować ze względu na wszechwidzące oko rodziców wiecznie stojących za plecami.

A w tym całkiem innym miejscu można było poczuć smak wolności. Tutaj polewano martini a tam dzikiego Indianina. Laura zauważyła, że jeden z klientów zamówił sobie trunek o nazwie „błękitny mściciel”.

— Co to może być — pomyślała, ale widząc zadowoloną minę tego chłystka także postanowiła spróbować. Przechylając kieliszek do dna stwierdziła, że skoro ten był tak smaczny to zamówi jeszcze jeden.

Tonia także nie mogła się oderwać od zakręcającego w głowie trunku.

— Poproszę jeszcze tego drinka i tamtego też, o i jeszcze tego i dwa kieliszki tequili.

— Wypije pani wszystko naraz? — spytał kelner.

— Jesteśmy tutaj po to aby się dobrze bawić — odpowiedziała z plączącym się już językiem.

Kiedy całkiem wstawione dziewczyny stuknęły ze sobą ostatnie kieliszki stwierdziły, że teraz przyszła pora żeby zatańczyć na parkiecie. Po drodze Laura podbiegła do Thomasa i szarpiąc go za rękę pociągnęła za sobą.

— Chodź wieśniaku, zatańczymy.

Ten oglądając się do tyłu w stronę kumpla zrobił dziwną, śmieszną minę, mrugnął prawym oczkiem i ruszył ciągnięty za nowo poznaną koleżanką.

Rozdział 6

Słońce wstawało leniwie po niebie i przez okno pomału zaglądało do pokoju imprezowiczki, która chrapała sobie w najlepsze z jedną nogą zwisającą z łóżka, podczas gdy niektórzy już udawali się do pracy. Gdy Laura zaczęła przechodzić ze snu w stan jako takiej świadomości, otworzyła oczy i przekręcając się jeszcze na lewy bok i na prawy bok, podniosła wreszcie swe umęczone ciało w górę, z włosami niczym wichrowe wzgórza, staczając się z aksamitnych pościeli postawiła swe stopy na podłodze, wreszcie podeszła do lustra w którym zobaczyła obraz nędzy i rozpaczy i które mówiło stanowcze „nie” takiej damie.

— O matko jak ja wyglądam, o moja głowa, zaraz mi pęknie — Jęczała desperatka — muszę szybko zejść na dół do kuchni po tabletkę. Nigdy więcej nie dam się na to namówić. Dziewczyna schodząc po schodach nie zauważyła, że w salonie stał jakiś gość który… odwracając się w jej stronę, uświadomił sobie ze zdziwieniem, że to ta sama z którą przetańczył pół nocy...prawdę mówiąc ucieszył się, że ją zobaczył…

— Główka boli? — spytał

— Laura słysząc głos odwróciła się i wytrzeszczyła oczy ze zdumienia …właśnie wtedy pomyliły jej się ostatnie schodki i runęła jak długa na ziemię.

— Ha… oj chyba jednak boli, może pomogę wstać?

— Hmm — bogata złośnica wstając otrząsnęła się i unosząc głowę w górę pognała do kuchni.

— Co z nią jest nie tak? — zdziwił się chłopak.

Gdy seniorita weszła do kuchni, sięgnęła do lodówki po sok pomarańczowy i nie pamiętając już o tabletce zaczęła wypytywać kucharkę o nowego gościa.

— Lourdes co w salonie robi ten… ten tam? Kim on jest…?

— To mój syn.

Na te słowa panna Monroy lekko się zachłysnęła.

— Twój syn?

— Tak, z mojego polecenia jest od dzisiaj nowym szoferem.

— Jak to nowym, przecież jest Levente.

— Levente odszedł ponieważ stwierdził, że jest już zbyt stary.

— Jak to odszedł? Bez mojej wiedzy?

— On podjął taką decyzję, ponieważ uznał że tak będzie, najwłaściwiej a Don Valentino wyraził na to zgodę.

— Jeszcze mi tego brakowało, oh jak mogłam tańczyć z tym wstrętnym...synem kucharki, mam nadziej że moi znajomi się o tym nie dowiedzą. Czemu spośród wszystkich wieśniaków trafił się akurat ten! — mamrotała do siebie kapryśnica, wychodząc z kuchni.

W salonie burknęła kilka słów do nowego pracownika stukając go jednym palcem w ramię, aby zachować pozory.

— Ej ty jak ci tam…

— Oo...jednak po trzeźwemu też potrafisz mówić. Jestem Thomas.

— Słuchaj! Jak się ktoś dowie gdzie wczoraj byłam to nie zdążysz usiąść nawet za kierownicą rozumiesz? Nie chcę żadnych skandali.

— Jasne, rozumiem że to był chwilowy wybryk ze strony paniusi.

— Jaki wybryk… oh! Nigdy więcej nie zniżę się do takiego poziomu.

Laura znów się naburmuszyła i omijając chłopaka z ręką na czole weszła na górę — O moja głowa… — jęczała dalej.

— Rany co za baba. Przydała, by jej się jakaś resocjalizacja stwierdził młodzieniec, który uchodził za człowieka kulturalnego i miłego dlatego wszelką nietolerancję wobec siebie i innych traktował jako zwykłą niegrzeczność i brak szacunku. Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiał ludzi, którzy nie potrafili wykrzesać z siebie nic oprócz niemiłych słów. Czasami wydawało mu się, że może to dlatego, że tacy bogacze zazwyczaj gdy wstawali rankiem i gdy kładli, się spać mieli rytuał wąchania studolarówek i pewnie ta dość rzadka w jego rękach rzecz, przysłoniła im prawdziwe oblicze rzeczywistości oraz samotną kotkę, która wciąż wałęsała się po domu prosząc o odrobinę czułości. Pewnie gdyby jej futerko świeciło, jak milion dolarów natychmiast przykułoby uwagę właścicielki. To, że ten młody chłopak był tak uczciwy i pracowity mógł zawdzięczać tylko matce, która odkąd zostawił ją mąż, robiła wszystko aby jej syn obrał przeciwny kierunek życia niż jego ojciec.

Po kilku minutach zadumy Thomasa nad światem złym z gabinetu obok wyszedł Don Valentino. Witając nowego pracownika i nie tracąc przy tym czasu zaprowadził go do garażu gdzie znajdował się samochód, którym mieli udać się na spotkanie o którym jak zwykle nikt z rodziny nie wiedział.

Oh jaka była radość młodzieńca, gdy zobaczył to cudo. On jak zresztą i jego właściciel byli fanami czterech kółek więc szybko zdobyli temat do rozmowy podczas jazdy. W takim samochodzie nawet zapalniczka była świetna. Przecież to najnowszy model peugeota… cóż mogłoby być nieidealne. Właściciel siedząc z tyłu uśmiechał się delikatnie, widząc podekscytowanego szofera. Od razu było widać, że ten kierowca przypadł mu do gustu.

Po kilkunastu minutach jazdy w jeszcze nie dokładnie znanym kierowcy celu jego szefowi zebrało się na wspomnienia.

— Wiesz chłopcze, gdy tak spoglądam na ciebie to przypominam sobie siebie w latach mej młodości.

— Mnie? Nie… ja to nie mogę się z panem równać ponieważ jestem tylko zwykłym pracownikiem.

— I tu się mylisz. Ja też zaczynałem tak jak ty.

— Jak to? Myślałem, że zawsze był pan tak dobrze usytuowany.

— Ależ skąd, pieniądze nie rosną na drzewach a ja chcąc osiągnąć coś w życiu rozwoziłem gazety na ulicach, mieszkałem w malutkim domku z rodzicami, którzy z powodu choroby szybko odeszli, ale dzięki dobroci pewnego człowieka, który pochylił się nade mną w ciężkiej chwili mego życia, opłacono mi studia. Byłem też bardzo ambitny i dlatego zaszedłem tak wysoko. On wypatrzył we mnie talent biznesmena, którego ja nie zmarnowałem. Dlatego w tobie także widzę ambicję, jak będziesz się starał na pewno zajdziesz bardzo wysoko.

Nim Valentino zdążył poklepać Thomasa po ramieniu, obaj dotarli na miejsce przed restaurację, do której z obserwacji szofera jego szef nie miał ochoty wejść. Wyraźnie się czegoś obawiał. Gdy na dygoczących nogach wszedł do lokalu, przy jednym ze stolików czekał na niego Baldur Romero z kieliszkiem wina w ręku. Być może po cichu już świętował swój sukces, który miał być jednocześnie upadkiem Monroyów. Biedny dłużnik zdawał sobie sprawę, że ta rozmowa nie będzie należała do najprzyjemniejszych. Gdy podszedł do stolika, nerwowo odsunął sobie krzesło i usiadł, próbując ominąć szyderczy wzrok tego zbira. Z górnej kieszeni marynarki wyciągnął czek, na którym widniała liczba dziesięciu mln dolarów i położył go na stoliku przed nosem Romero.

— Miała być całość a ty mi tu dajesz jakieś ochłapy…?

— Minął dopiero tydzień a ty dałeś mi miesiąc, nie oczekuj że tak wielką sumę zdobędę od razu!

— W porządku po co te nerwy, mam nadzieję że za trzy tygodnie wywiążesz się do końca, inaczej twoja rodzinka pogrąży się w żałobie. Wyobrażasz sobie te tłumy na pogrzebie i nagłówki w gazecie „Valentino Monroy zapragnął sobie popływać z rekinami” albo nie, to będzie lepsze „Popełnił samobójstwo skacząc z wieżowca” czyż nie jestem twórczy…?

— Ciebie naprawdę bawią takie sytuację? Zachowujesz się jak byś był niespełna rozumu.

Baldur natychmiast trzepnął pięścią w stolik a jego mina zmieniła zupełnie wyraz.

— Ja po prostu odbieram od takich głupców jak ty to co mi się należy.

— Ty nie odbierasz, ty okradasz ludzi! Jesteś zwykłym bandziorem ale koniec z tym, jeszcze dzisiaj pójdę na policję.

Valentino już chciał wstać od stolika, kiedy Romero wyciągnął ostatni as z rękawa.

— Nie zrobisz tego, wystarczy jeden mój telefon a twoja rodzinka będzie wąchać kwiatki od spodu, nie zdążysz ich nawet ostrzec, więc wybieraj…

Ta pętla zaciskała się coraz bardziej, z tej sytuacji już nie było wyjścia jak tylko cudem zdobyć całą sumę i na zawsze zerwać kontakty z tym zbirem. Gdy Monroy jeszcze chwilę siedział sam w restauracji ze wzrokiem utkwionym w stolik, Baldur z uśmiechem na ustach wyszedł z lokalu mijając po drodze swego syna, który go nie zauważył ponieważ stojąc przy aucie był zajęty czyszczeniem garnituru upaćkanego lodem z butki z naprzeciwka. A nawet gdyby wyrodny tatuś go zobaczył, po tylu latach pewnie i tak by go nie poznał. Co innego Thomas, ta twarz ojca znikająca w oddali utknęła mu w głowie na lata.