Naondel. Kroniki Czerwonego Klasztoru - Maria Turtschaninoff - ebook
Opis

Kabira jako mała dziewczynka dostała za zadanie opiekować się magicznym źródłem. Zakochana w Iskanie wyjawia mu sekret owego źródła i jego tajemnych mocy – błąd, który ma straszne konsekwencje. Do uwięzionej w haramie Iskana dziewczyny niebawem dołączają inne kobiety: nomadka Garai, wojowniczka Sulani, tkaczka snów Orseola i wiele innych. Naondel to opowieść o kobietach, które zostawiły wszystko, co kochały, by założyć Czerwony Klasztor. Prasiostry własnymi słowami opowiadają swoje historie. Jak znaleźć w sobie siłę, by opuścić świat, który się zna? I jaką cenę trzeba zapłacić, zarówno zostając jak i uciekając? Naondel wciąga czytelnika w przerażająco intensywny wir przemocy, śmierci i wolności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

NAONDEL. KRÖNIKOR FRÅN RÖDA KLOSTRET

Original text copyright © Maria Turtschaninoff 2016

Original edition published by Förlaget 2016

Polish edition published by agreement with

Maria Turtschaninoff and Elina Ahlback Literary Agency, Helsinki, Finland

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Redakcja: Alicja Kaszyńska

Korekta: Teresa Dziemińska

Projekt okładki: studiohelen.co.uk

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A jeśli ją kopiujesz, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

ISBN 978-83-8057-284-3

Wydawnictwo Debit Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1,

40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

email:[email protected]

www.mlodybook.com.pl

www.facebook.com/BookMlody

www.instagram.com/mlodybook

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Hannie

mojej przyjaciółce

Niniejsze pisma stanowią ściśle tajne archiwum Czerwonego Klasztoru. Znajdują się w nich opowieści o Naondel i długiej podróży pierwszych sióstr na wyspę Menos. Opowieści o naszej podróży. Wszystko spisałyśmy własnoręcznie. Część zapisków powstała, zanim jeszcze dotarłyśmy na wyspę Menos, reszta – już po założeniu Czerwonego Klasztoru. Spore fragmenty nie mogą wyjść poza mury klasztorne, ponieważ wiedza zawarta w naszych opowieściach jest zbyt niebezpieczna. Nasze kroniki jednak nie mogą pójść w zapomnienie. Klasztor nie może zapomnieć o tym, przez co musiałyśmy przejść, by stworzyć azyl dla siebie i naszych następczyń, miejsce, gdzie kobiety mogą razem pracować i zdobywać wiedzę. Dopóki zabudowania klasztorne stoją, a pisma trwają, pamięć o nas będzie żyła.

Kabira – pierwsza Matka, Clarás – ta, która zainicjowała ucieczkę, Garai – kapłanka, Estegi – służebnica i druga Matka, Orseola – tkaczka snów, dzielna Sulani, Daera – pierwsza Róża oraz Iona, która zginęła.

Kabira

Nie kochałam zbyt wielu osób w moim zdecydowanie za długim życiu. Dwie zdradziłam. Jedną zabiłam. Jedna mnie odrzuciła, a jedna rządziła moją śmiercią. W mojej przeszłości nie ma nic pięknego. Nic dobrego. Mimo to zmuszam się do spojrzenia wstecz i wspominam Ohaddin, mój pałac i wszystko, co się tam wydarzyło.

W Ohaddin nie było żadnego pałacu, nie na samym początku. Znajdował się tam jedynie dom mojego ojca.

Nasza rodzina była majętna, a gospodarstwo gładko przechodziło w ręce kolejnych pokoleń. Składało się z plantacji przypraw, kilku sadów i rozległych pól okahary, pszenicy oraz maku. Sam dom był pięknie położony w dolinie, u stóp wzgórza, które latem w najgorętszej porze dnia dawało cień, zimą zaś schronienie przed ulewami. Ściany domu były bardzo stare i grube, z kamienia i gliny, a z tarasu na dachu rozciągał się rozległy widok na naszą posiadłość i majątki sąsiadów. Widać było zabudowania, plantacje przypraw i rzekę Sakanui biegnącą w kierunku morza. Na wschodzie można było dostrzec dym z kominów w Areko, stolicy Karenokoi, siedzibie suwerennego księcia. Na południowym zachodzie w pogodne dni niczym srebrna fatamorgana na horyzoncie majaczyło morze.

Iskana spotkałam na targu przypraw w roku, w którym skończyłam dziewiętnaście lat. Ponieważ pochodziłyśmy z zamożnej rodziny, mam tu na myśli mnie i moje siostry Agin oraz Lehan, do naszych obowiązków nie należała sprzedaż plonów, czyli kory cynamonowej, bao i etse. Tym zajmowali się nasz zarządca i jego robotnicy, pod bacznym okiem ojca i naszego brata Tihe. Pamiętam karawanę wozów obładowanych workami z korą, zawiniątkami z liści bao i lśniącymi, czerwonymi kopczykami pestek etse. Wyjeżdżała w chwili, kiedy nad Areko wschodziło słońce. Z przodu, na starannie wyczesanych koniach, jechali ojciec i Tihe, a przy każdym wozie, po obu stronach końskich łbów, szło dwóch ludzi, zarówno by podkreślić pozycję ojca, jak i dla ochrony przed rabusiami. Matka, moje siostry i ja jechałyśmy na końcu karawany na wozie z zielonym, jedwabnym baldachimem chroniącym nas przed słońcem. Materiał ze złotym haftem przepuszczał przyjemne światło, a my rozmawiałyśmy, podskakując na wyboistej drodze. To była pierwsza podróż Lehan na targ przypraw. Moją młodszą siostrę przepełniała ciekawość. Miała mnóstwo pytań. W połowie drogi do miasta matka wyjęła ugotowane na parze pierożki z przyrządzoną na słodko wieprzowiną, świeże daktyle i chłodną wodę przyprawioną sokiem z pomarańczy. Kiedy wóz podskoczył gwałtownie, Lehan poplamiła swoją nową żółtą jedwabną koszulę mięsnym sosem, więc Agin ją zbeształa. To ona wyhaftowała kwiaty pomarańczy wokół mankietów i przy szyi. Ale matka nic sobie z tego nie robiła. Wpatrywała się w pola okahary, które właśnie zakwitły, i nie mieszała się w kłótnię dziewcząt. Zwróciła się do mnie.

– Poznałam twojego ojca, gdy zakwitła okahara. Na naszym drugim spotkaniu ofiarował mi naręcze tych białych kwiatów, więc pomyślałam, że jest biedny. Inni młodzi mężczyźni dawali dziewczętom, o których względy się starali, orchidee i drogie materiały lub złotą albo srebrną biżuterię. Powiedział, że przypominam mu jedwabiście miękki płatek kwiatu okahary. Dla młodej dziewczyny było to szokujące wyznanie! – matka zachichotała.

Z uśmiechem wgryzłam się w miąższ soczystego daktyla. Matka już wiele razy opowiadała, jak poznała ojca. To była jedna z naszych ulubionych historii. Poznali się przy strumieniu, do którego matka chodziła po wodę i obok którego ojciec akurat przejeżdżał, wracając z Areko z nowymi narzędziami. Był jedynym synem swojego ojca i jego spadkobiercą. Dopiero na trzecim spotkaniu zdradzili sobie z matką swoje nazwiska.

– Skradł moje serce, już gdy zobaczyłam go po raz pierwszy – dodała matka z westchnieniem. – Zdążyłam pogodzić się z myślą, że zwiążę się z mężczyzną bez majątku. Doszłam do wniosku, że mogę wyjść za poetę. A dostałam…

Wszystkie trzy weszłyśmy jej w słowo:

– …zarówno pieniądze, jak i poezję! – Matka uderzyła mnie w kolano wieczkiem pojemnika z naszym prowiantem.

– Nie potraficie okazać szacunku, gęgające dzikie gąski! – oświadczyła, ale z uśmiechem, wciąż zatopiona w swoich wspomnieniach.

Może to właśnie z powodu nastroju, w jaki mnie wprawiła tą opowieścią, dostrzegłam Iskana zaraz po przybyciu do ogrodu księcia. Przy okazji każdego targu przypraw książę oddawał swój niesamowity ogród do dyspozycji żon i córek z prominentnych rodzin. Mężczyźni, ich synowie i pracownicy w pocie czoła ciężko pracowali przy licytacji swoich przypraw na targu niedaleko portu. Handlarze z bliska i z daleka przypływali tutaj statkami i płacili księciu duże pieniądze za drogocenne przyprawy z Karenokoi. Za granicą osiągały one ceny wywołujące zawrót głowy. Im dalej, tym ceny były wyższe. Przyprawy gwarantowały dobrobyt kraju i księcia.

Dotarłszy do Bramy Szeptów, tej, która prowadzi do ogrodu księcia, musieliśmy chwilę poczekać, aż wysiądą pasażerowie innych wozów. Lehan wychyliła się z zaciekawieniem, by poprzyglądać się kobietom, lecz Agin natychmiast wciągnęła ją z powrotem.

– To nie przystoi dziewczynie z dobrego domu!

Lehan schowała się do wozu ze zmarszczką między brwiami, na widok której matka natychmiast powiedziała: „Złość piękności szkodzi”. Powtarzała to od narodzin Lehan, która była z nas trzech najładniejsza. Jej cera zawsze zachowywała świeżość płatków róży, nawet po całym dniu spędzonym na słońcu bez ochrony słomkowego kapelusza z szerokim rondem lub po długim płaczu spowodowanym tym, że matka i ojciec na coś jej nie pozwolili. Lehan miała duże brązowe oczy oraz gęste i czarne jak węgiel włosy, które obramowywały jej twarz w kształcie serca w sposób, w jaki nigdy nie robiły tego moje rzadkie włosy. Agin miała najsurowszy wyraz twarzy z całej naszej trójki, duże dłonie oraz stopy. Ojciec czasami żartował, że jest jego drugim synem. Wiem, że nie miał nic złego na myśli, ale Agin bardzo się tym przejmowała. Była dobrą córką. Troszczyła się zarówno o mnie, chociaż byłam starsza, jak i o Lehan i Tihe. Składała ofiary zmarłym, pomimo że to było moje zadanie jako najstarszej córki w rodzinie. Ja ciągle o tym zapominałam, więc Agin wdrapywała się na kurhan i zapalała kadzidła oraz tytoń, żeby udobruchać duchy wszystkich przodków. Jedyną rzeczą, o którą naprawdę się troszczyłam, było źródło. Pilnowałam, żeby było czyste, zamiatałam wokół niego i wyławiałam podrywką opadłe liście i martwe owady. Moje rodzeństwo nie znało tajemnicy źródła.

Z mojego miejsca na wozie miałam dobry widok, nie musiałam się wychylać tak jak Lehan. Kobiety i dziewczęta ubrane w kosztowne, jedwabne, kolorowe okrycia powoli zsiadały z wozów. Ciążyły im umieszczone na głowach ozdoby ze srebrnych łańcuszków i monet. Kilku młodych wytwornych mężczyzn z dworu, o wypielęgnowanych brodach i w chabrowych koszulach wypuszczonych na luźne, białe spodnie, pomagało damom, a małe dziewczynki, przypuszczalnie córki konkubin księcia, na powitanie wieszały na szyjach przyjezdnych wieńce z kwiatów. Jeden z młodzieńców był o głowę wyższy od pozostałych. Po srebrnych szwach na jego kołnierzu wywnioskowałam, że zajmuje na dworze wysoką pozycję, że ma kontakt z samym księciem. Miał bardzo krótkie włosy i niesamowicie ciemne oczy. Kiedy nasz wóz podjechał pod bramę, to właśnie ów młodzieniec podszedł i podał dłoń mojej matce, aby pomóc jej zsiąść z wozu. Matka pochyliła dostojnie głowę i przyjęła od dziewczynek wieńce z kwiatów, a młodzieniec ukłonił się i ponownie odwrócił w stronę wozu. W moim kierunku. Podałam mu rękę, a on ją ujął. Jego dłoń była sucha, ciepła i taka miękka. Uśmiechnął się do mnie pełnymi czerwonymi ustami.

– Witaj Kabiro ak Malik-cho – powiedział. Okazało się, że jest dobrze poinformowany. Chociaż nietrudno było się też domyślić, że zaraz za matką będzie zsiadać z wozu jej najstarsza córka. A z dziewięciu srebrnych łańcuszków matki dało się wyczytać, że pochodzimy z rodu cho. Ostrożnie zsiadłam z wozu, nie odwzajemniając uśmiechu. To byłoby nie na miejscu. Wciąż trzymał moją dłoń w swojej.

– Iskan ak Honta-che, do usług. Przy sadzawce można się odświeżyć. Pewnie paniom gorąco po tak długiej podróży.

Ukłoniłam się, a on wypuścił moją rękę. Pomógł Agin, nie odzywając się do niej. Kiedy z wozu zsiadała Lehan, zobaczyłam, jak jego wzrok zatrzymuje się na jej włosach, na jej skórze. Na jej oczach.

– Chodź, Lehan – chwyciłam ją za rękę. – Sadzawka jest z tamtej strony.

Nie chciałam być niegrzeczna, więc jeszcze raz ukłoniłam się Iskanowi.

– Che – powiedziałam.

Wciąż się uśmiechał, jakby mnie przejrzał.

Pociągnęłam za sobą Agin i Lehan. Lehan wszystko pożerała wzrokiem: wystrojone kobiety, alejki ogrodu posypane roztłuczonymi muszelkami ślimaków, rabaty z przepięknie pachnącymi kielichami kwiatów, między którymi krążyły motyle wielkości dłoni, oraz tryskające fontanny z krystalicznie czystą wodą. Wiszące nad nami rozłożyste gałęzie parasolowców dawały upragniony cień. Matka prowadziła nas przez ogród, z zadowoleniem kłaniając się innym matronom harika holującym swoje córki, a ja stwierdziłam, że my wszystkie w tych naszych kolorowych jedwabnych okryciach też wyglądamy jak motyle.

Na tyłach parku znajdował się pałac, a przed nim duża sadzawka z macicy perłowej. Lehan wytrzeszczyła oczy i przystanęła.

– Nie wiedziałam, że jest taki ogromny – wyszeptała nabożnie.

Książęcy pałac był największą budowlą w Karenokoi i nikt nie mógł nawet wyobrazić sobie czegoś wspanialszego. Miał dwie kondygnacje i zajmował całą północną część posiadłości. Czerwony marmur z głębi Karenokoi sprawiał, że budynek miał niepowtarzalny kolor. Wrażenie potęgowały czarne dachówki i szeroka brama od strony ogrodu, ze wspaniałym filigranowym sklepieniem wykonanym ze złota. W pałacu mieszkali książę, jego małżonki, konkubiny, wszystkie jego dzieci, a miał ich sto, oraz służba, która również liczyła kilkaset osób. Od strony miasta pałac był niewidoczny i dlatego niewielu ludzi wiedziało, jak naprawdę wygląda.

Podobno pałac wciąż istnieje, tak słyszałam, choć naturalnie nikt już w nim nie mieszka.

Wokół sadzawki ustawiono kilka długich stołów nakrytych złotym adamaszkiem, a na nich półmiski uginające się od orzeźwiających owoców, dzbanki z mrożoną zieloną herbatą, kandyzowane kwiaty i ciastka w miodowej glazurze. Lehan nie mogła oderwać oczu od pałacu i wspaniałego parku. Z wrażenia nie jadła, ale Agin i ja pozwoliłyśmy sobie na degustację. Matka wdała się w rozmowę z kilkoma kobietami, usiadła razem z nimi na ławce pod jakarandą i wysłała dziewczynki po orzeźwiające napoje. Nagle zobaczyłam, że wysoka postać w biało-niebieskim stroju podchodzi do Lehan wpatrującej się w pałac. To był Iskan, młodzieniec, który przywitał nas przed bramą. Pokazywał jej coś palcem, a ona śmiała się zachwycona. Matka zmarszczyła brwi, a ja i Agin westchnęłyśmy jednocześnie.

– Zajmę się tym – powiedziałam.

– Spójrz, Kabiro, to piętro księżnej! – oznajmiła Lehan, kiedy do niej podeszłam. – Iskan mieszka w pałacu. Spotyka księcia prawie codziennie!

Iskan uśmiechnął się do podekscytowanej Lehan. Czy ten mężczyzna nigdy nie przestaje się uśmiechać?

– Pozwolicie, że pokażę wam pałac? Niestety, na piętro mają wstęp tylko książę i jego rodzina, ale na parterze też jest mnóstwo pięknych komnat.

– Proszę, Kabiro, możemy? – Lehan niemal podskoczyła z zachwytu. Położyłam uspokajająco rękę na jej ramieniu i zdaje się, że to jej uświadomiło, jak powinna się zachowywać harika. Opanowała się i wbiła wzrok w ziemię.

– To bardzo miło z pańskiej strony, che. Ale dwie niezamężne młode kobiety… – zawiesiłam głos. Tego już było za wiele! Żebym ja musiała mu przypominać, co wolno, a czego nie.

Szeroko otworzył swoje duże, brązowe oczy i najwidoczniej był przerażony.

– Nigdy bym nie śmiał iść tam z paniami sam! Moja mamka naturalnie pójdzie z nami jako przyzwoitka.

Lehan zerknęła na mnie spod swoich gęstych rzęs. Zacisnęłam usta i spojrzałam na Iskana. Dostrzegłam w jego oczach figlarny błysk. Drwił sobie ze mnie!

– No dobrze. Chodź, Lehan.

Ruszyłam w kierunku schodów prowadzących do złotej bramy. Lehan pisnęła i pobiegła za mną. Zaczekałyśmy chwilę w cieniu rozpiętego nad bramą baldachimu w kolorze czerwieni krwistego ślimaka. Po chwili pojawił się Iskan z jakąś starszą, ubraną na biało kobietą. Szła wsparta na jego ramieniu. Surowo skinęła głową w naszą stronę, ale Iskan jej nie przedstawił. Zamiast tego pchnął jedno skrzydło bramy i zamaszystym gestem zaprosił nas do środka.

– Jakby to był jego pałac – szepnęłam do Lehan, lecz była już pochłonięta wpatrywaniem się w marmurową posadzkę holu i fantastyczne malowidła zdobiące wszystkie ściany.

Mamka sapiąc, usiadła na taborecie w rogu, a Iskan uśmiechnął się do mnie.

– Jak pani widzi, cho, wszystko jest przyzwoite.

Prychnęłam, bo nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Iskan podszedł do Lehan, która przystanęła przed malowidłem przedstawiającym statek na wzburzonym morzu na tle zielonej wyspy.

– To dzieło mistrza Liau ak Tiwe-chi.

Lehan zrobiła wielkie oczy.

– W takim razie ma ponad czterysta lat!

– Książę ma starsze skarby w swojej kolekcji – oznajmił Iskan, a Lehan się zaczerwieniła. Podbiegła do następnego obrazu.

– Twoja siostra interesuje się sztuką. – Iskan podszedł do mnie. Stałam ze skrzyżowanymi ramionami i dłońmi wsuniętymi w rękawy. Matka by się wzdrygnęła, gdyby to widziała. Zobaczyłam, jak stara mamka marszczy brwi.

– Nieprawda. Interesuje się wszystkim, co jest piękne, złote i drogocenne – oświadczyłam, a potem dodałam łagodniej: – Ale nasz ojciec dopilnował, żeby dać wszystkim swoim dzieciom klasyczne wykształcenie.

– Wasz ojciec to Malik ak Sangui-cho, prawda? Wasz majątek znajduje się na północnym zachodzie, w kierunku gór Halim?

Skinęłam głową, by ukryć, że mi zaimponował.

– Chociaż nie tak blisko gór. Oddziela nas od nich kilka posiadłości – mówiąc to, zerknęłam na srebrne szwy na jego kołnierzu. – Jaka jest pana pozycja na dworze?

– Jestem synem naszego czcigodnego wezyra Honty ak Lien-che.

Kiedy to mówił, szłam wzdłuż malowideł na południowej ścianie. Potknęłam się z wrażenia. Syn wezyra! Zganiłam kogoś takiego i jeszcze mu odburkiwałam! Wyjęłam dłonie z rękawów i głęboko się skłoniłam.

– Wasza ekscelencjo. Proszę wybaczyć. Ja…

Zbagatelizował moje słowa.

– Wolę od razu nie zdradzać mojego pochodzenia. Wtedy łatwiej mogę się dowiedzieć, co ludzie naprawdę o mnie myślą.

Szybko podniosłam wzrok i znowu zobaczyłam w jego oczach ten figlarny błysk. Ściągnęłam usta.

– Albo dowiaduje się pan, kto jest tak nieświadomy i nie wie, kim pan jest.

Byłam wściekła, że tak sobie ze mnie zadrwił, lecz jego ta sytuacja najwyraźniej bawiła i przez resztę naszej krótkiej wycieczki po komnatach gościnnych i znajdujących się w nich dziełach sztuki poświęcał mi przynajmniej tyle uwagi co Lehan. Był niewyczerpanym źródłem wiedzy na temat tych wszystkich pięknych obrazów, rzeźb i wytwornych mebli oraz przedmiotów, które mogłyśmy zobaczyć. W odróżnieniu od mojej siostry naprawdę interesowałam się historią sztuki i wbrew swojej woli słuchałam go z zapartym tchem. Iskan był sympatycznym młodzieńcem, poza momentami, kiedy ze mnie drwił. Opowiadał ze swobodą i zaangażowaniem. Irytowało mnie jedynie, że mówił o tym wszystkim, jakby to była jego własność. Ale kiedy z zapamiętaniem rozprawiał o jakimś detalu rzeźby z jadeitu, okraszając swoją opowieść niesamowitą historią o łupie wojennym, całą uwagę kierował na moją osobę. Jakbym była kimś ważnym. Kimś, z kim naprawdę chce się tym podzielić. Trudno mi było oderwać wzrok od jego ciemnych oczu. Kiedy w końcu wyprowadził nas znowu na słońce i otwierał złote skrzydło bramy, jego ręka przez przypadek musnęła moją.

Minęła dłuższa chwila, zanim moje serce się uspokoiło.

Wracaliśmy do domu już po zmroku. Odwoził nas Tihe, ojciec miał zostać jeszcze jeden dzień, by sfinalizować ostatnie kontrakty. Tihe jechał konno z przodu, wiodąc za sobą kilka wozów z ludźmi. Dwóch wynajętych strażników zamykało pochód. Jak byłyśmy rozgadane, jadąc w tamtą stronę, tak teraz milczałyśmy. Lehan zasnęła z głową na kolanach matki, jeszcze zanim zdążyliśmy wyjechać za mury miasta, a Agin i ja siedziałyśmy, nie odzywając się do siebie. Nie wiem, o czym myślała, może o belach jedwabiu podskakujących na jednym z wozów przed nami. Moją głowę wypełniały obrazy, o których się uczyłam, a których nigdy wcześniej nie widziałam na własne oczy, duże sale z pozłacanym sufitem, po których niosło się echo, oraz sala tronowa Najwyższego Spokoju i jej trzystuletnia powaga. W każdym wspomnieniu pojawiała się też para oczu o intensywnym spojrzeniu i olśniewający uśmiech. Oparłam się na poduszkach i zapatrzyłam w ciemność zapadającą nad okolicą.

Od tamtego dnia Iskan codziennie był w moich myślach.

Następnego dnia wrócił ojciec, przepełniony historiami zasłyszanymi od kupców, z którymi rozmawiał na targu przypraw, zadowolony z interesów i z sakwami pełnymi monet. Kiedy siedzieliśmy przy stole pod baldachimem po wieczerzy przygotowanej przez matkę, ojciec zlizał tłuszcz z palców, oparł się na poduszkach rozłożonych na ziemi przez służbę i wypił łyk wina ze swojej czarki.

– A jak tam moje dziewczynki? Jak wam minął wczorajszy dzień?

Pozwoliłam Lehan paplać o ogrodzie, pałacu i miłym młodzieńcu, który nas oprowadził. Milczałam. Ojciec wnikliwie przyglądał się Lehan. Kiedy w końcu wyczerpała temat, spojrzał zamyślony na swoją czarkę.

– Przed wyruszeniem do domu spotkałem pewnego młodzieńca. Zapytał mnie, czy może odwiedzić moje córki, bo spędził z nimi miły dzień w pałacu.

Szybko podniosłam wzrok. Ojciec spojrzał mi w oczy.

– Tak właśnie powiedział. Moje córki, czy któraś z was go sobie upodobała?

Lehan oblała się rumieńcem i spuściła wzrok.

– Ojcze, ja…

– To jasne, że chodziło mu o Lehan – oświadczyłam. – Po prostu jest dobrze wychowany.

– Nie wiem, czy tutaj chodzi o dobre wychowanie – odparł ojciec. – Przyjęło się, że mężczyzna daje do zrozumienia, którą z córek adoruje.

– Skupiałam się głównie na pałacu – przyznała Lehan. – Ale chyba był miły.

– Lehan jest bardzo młoda, mężu – dolewając ojcu wina, stwierdziła matka. – Ma dopiero czternaście lat.

– Co mu odpowiedziałeś? – zapytałam takim tonem, jakby było mi wszystko jedno.

– Że go zapraszam. – Wzruszył ramionami, gdy matka posłała mu ostre spojrzenie. – To syn wezyra. Nie mogłem mu odmówić.

– Wydaje mi się – powiedziałam cierpko – że Iskanowi nigdy nikt nie odmówił.

Pochyliłam się do przodu i sięgnęłam po daktyla, by ukryć, że moje policzki się zaczerwieniły. Spostrzegawcza Agin zerknęła na mnie. Unikałam jej wzroku. Zwróciła się do ojca.

– Nie mogę się doczekać, aż wbiję igłę w ten szafranowy jedwab, ojcze. Mówiłeś, że skąd pochodzi?

– Z Herak. Wielu mi go zazdrościło, córko. Musisz to wiedzieć! Ale ja od lat robię interesy z tym samym sprzedawcą. On kupuje większą część naszych zbiorów za bardzo korzystną cenę, a w zamian za to ja kupuję od niego herakański czysty jedwab. To towar cieszący się wielkim powodzeniem i nie eksportuje się go dużo. Sama księżna nie wbije igły w taki wspaniały materiał jak ty, Agin!

Agin się zaśmiała.

– Mówisz tak ojcze, jakby księżna sama szyła! Zabawny jesteś.

Posłałam jej ukradkowy, wdzięczny uśmiech. Teraz wszyscy rozmawiali o materiale, Iskan zszedł na dalszy plan.

* * *

W kolejnych tygodniach wnikliwie obserwowałam dwa serca: moje i Lehan. Moje własne kompletnie mnie zaskakiwało. Poznałam młodego mężczyznę, który mnie irytował, który miał o sobie wysokie mniemanie i który okazywał zainteresowanie mojej siostrze. Dlaczego nie mogłam w takim razie przestać o nim myśleć? Dlaczego śniłam na jawie o jego oczach i uśmiechu, a nocami o jego dłoniach i ustach? Nigdy wcześniej nie byłam zakochana. Owszem, chichotałyśmy z Agin z powodu niektórych chłopaków z sąsiedztwa, ale to było tylko takie wprawianie się. Jak robienie babek z piasku w dzieciństwie, zanim zacznie się piec prawdziwe ciastka z mąki, miodu i cynamonu.

Choćbym nie wiem ile zaprzeczała, musiałam w końcu przyznać, że teraz mam w swoich rękach miód i cynamon.

Najtrudniej było mi rozgryźć Lehan. Nie mówiła o Iskanie, ale przecież ja też nie. Tylko raz wspomniała o naszej wizycie w pałacu, lecz opowiadała wtedy o tronie z jadeitu, a nie o mężczyźnie, który nam go pokazał.

Byłam niemal przekonana, że jej serce wciąż robi babki z piasku, ale to wcale mnie nie uspokajało. Mężczyzna taki jak Iskan dostaje to, czego chce, a moja siostra była najpiękniejszą dziewczyną w całym dystrykcie Renka.

Przyjechał konno zupełnie niespodziewanie, pewnego wieczoru w najgorętszym miesiącu lata. Matka i ojciec powitali go jak starego przyjaciela. Jakby to było przyjęte, że nasz dom odwiedza syn wezyra. Służba uwijała się w pocie czoła, nosząc srebrne tace pełne daktyli, kandyzowanych migdałów, słodkich ciasteczek ryżowych skropionych wodą różaną, mrożonej herbaty i śliwek w occie według przepisu naszej babki.

Uwielbiałam te śliwki, kiedy byłam dzieckiem. Babcia zdążyła nauczyć mnie przed śmiercią, jak się je robi. Prawie dojrzałe śliwki wkłada się do octu i cukru z mnóstwem przypraw. Je się je podczas najgorętszych miesięcy, ponieważ według medycyny tradycyjnej ocet wychładza ciało. Zawsze używałyśmy świeżych przypraw: kory cynamonu prosto z drzewa, pestek etse wciąż soczystych od miąższu. Podczas jedzenia tych śliwek oczy łzawią od mocnego octu, słodycz łaskocze język, a przyprawy pieszczą podniebienie.

Dawno nie miałam w ustach takiej śliwki.

My, córki nie zostałyśmy zawołane do pokoju cieni, w którym ojciec, matka i Tihe podejmowali naszego gościa. Pokój ten znajdował się w północnej części domu, gdzie wzgórze dawało trochę cienia. Było to najchłodniejsze miejsce podczas najgorszych letnich upałów. Lehan, Agin i ja zajmowałyśmy się szyciem i próbowałyśmy nie umrzeć z ciekawości. Nie słyszałyśmy, o czym mówią, ale czasami donośny śmiech ojca niósł się przez wewnętrzny dziedziniec, gdzie siedziałyśmy. Gdy zaczęło zmierzchać, ojciec przywołał swoich muzykantów i niebawem rozbrzmiały delikatne struny cinnan i jasne dźwięki tilan. Uśmiechnęłam się znad mojego haftu. Nie wszyscy harika mogli sobie pozwolić na własnych muzykantów. Nie mieliśmy się czego wstydzić, nawet przed synem wezyra.

Zapadła już aksamitna ciemność, słychać było gruchanie nocnych gołębi i cykanie świerszczy, kiedy wezwał nas Aikon, ulubiony sługa ojca. Odłożyłyśmy ręczne robótki obok kaganków, a ja poprawiłam kołnierzyk Lehan. Gdy wstałyśmy, Agin wygładziła pasmo włosów na mojej skroni.

– Cieszę się, że wybrałaś tunikę w kolorze nieba, Kabiro. Sprawia, że wyglądasz niczym kwiat.

Puściłam przodem Lehan.

 – Jakie to ma znaczenie? – bąknęłam pod nosem, ciesząc się, że mrok skrywa moje rumieńce.

Matka, ojciec, Tihe i Iskan siedzieli w pokoju cieni przy długim stole z różanego drewna, otoczeni lampami naftowymi. Okna i drzwi były otwarte, by chłodna wieczorna bryza wpadała do pomieszczenia. Pachniało naftą i jedzeniem, pomimo że ze stołu już sprzątnięto i stało na nim tylko kilka czarek z mrożoną herbatą. My, córki, usiadłyśmy z podwiniętymi nogami na wełnianym dywanie w pełnej szacunku odległości.

– Już poznałeś moje wszystkie córki, dostojny gościu. – Ojciec wskazał nas po kolei palcem. – Kabira, moja najstarsza córka, Agin, moja prawa ręka, i Lehan, moja najmłodsza córka.

Miałam pochyloną głowę, ale zerkałam spod rzęs. Iskan omiótł nas wszystkie spojrzeniem i zatrzymał wzrok na Lehan. Chociaż nie było to dla mnie zaskoczeniem, musiałam kilka razy przełknąć ślinę. Agin siedząca obok mnie westchnęła, bardzo lekko.

– Dziewczęta, jest już za późno, by nasz gość wracał konno do stolicy. Zostanie u nas na noc. Kabiro...

Podniosłam wzrok. Ojciec podrapał się po brodzie.

– Tihe i ja mamy wcześnie rano umówione spotkanie z naszymi północnymi sąsiadami. Aż do naszego powrotu dotrzymaj towarzystwa matce, kiedy będzie oprowadzała Iskana po naszej posiadłości.

– Dobrze, ojcze – odparłam i pokłoniłam się. Iskan mnie obserwował, a na jego twarzy znowu pojawił się ten ironiczny uśmieszek. Uniosłam głowę i spojrzałam mu bezwstydnie prosto w oczy. Nigdy nie dowie się, jak na mnie działa.

Następnego dnia Agin nie chciała odłożyć swojej robótki.

– Tylko ja nic nie będę mieć z tego spotkania – oświadczyła szelmowsko. – Ty i Lehan świetnie zajmiecie się naszym dostojnym gościem.

Nie wpadłam na żadną celną ripostę, więc prychnęłam i pociągnęłam ze sobą Lehan po schodach w dół. Matka i Iskan zajęci spokojną rozmową już czekali na dziedzińcu.

– Szanowne panie. – Iskan ukłonił się elegancko, kiedy podeszłyśmy, a na jego twarzy znowu pojawił się uśmiech. Dzisiaj był ubrany w ciemnoniebieską tunikę i śnieżnobiałe jedwabne spodnie. – Ledwo mogłem dziś spać podekscytowany naszą małą ekspedycją.

Natychmiast oblałam się rumieńcem i mocno przygryzłam wargę. Zajrzał w moje wnętrze? Ja w ogóle nie mogłam spać. Świadomość, że on jest w tym samym budynku co ja, sprawiała, że moje serce zachowywało się wysoce niestosownie.

– Panie – ukłoniłam się i Lehan zrobiła to samo. Obie byłyśmy tego ranka ubrane w zieleń. Ona miała na sobie suknię w odcieniu młodej trawy, a ja w głębszym odcieniu mchu. Czesząc ją rano, bardzo się starałam, tak jak Agin starała się, czesząc mnie.

– To dla mnie zaszczyt móc pokazać panu naszą skromną posiadłość – powiedziała matka i ruszyła przodem. Wyszliśmy przez bramę w niskim murze, który stanowił północną ścianę dziedzińca. Rosa jeszcze nie obeschła, a powietrze było rześkie i pełne zapachów. Iskan szedł obok mnie, a Lehan kilka kroków za nami.

Miło spędziłyśmy poranek. Iskan był uważny i zadawał inteligentne pytania dotyczące majątku i tego, co uprawia ojciec. Chciał wiedzieć, ilu mamy ludzi i ile służby, pytał o naszych przodków i tradycje. Rzadko widywałam matkę taką pełną życia i rozmowną. W obecności ojca najczęściej milczała, jemu pozwalając mówić, a będąc z dziećmi, przeważnie tylko upominała je i udzielała dobrych rad. Teraz okazało się, że wie wszystko na temat upraw i kwiatów. Iskan pochwalił ogród matki i kwiaty doniczkowe, co wprawiło ją w dobry nastrój. A kiedy obiecał jej sadzonki z ogrodu księcia, nie wiedziała, jak wyrazić swoją wdzięczność.

Iskan grzecznie słuchał wszystkiego, co opowiadała matka. Czasami zadawał mi jakieś pytanie i zabawiał mnie krótkimi, śmiesznymi komentarzami. Patrzył głównie na Lehan. A ja zdałam sobie sprawę, że tak samo było w pałacu. Lehan była zaledwie czternastolatką, nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Ze mną ciekawiej się rozmawiało, lecz ona była dużo ładniejsza. Bolało mnie serce, ale już zaczęłam się przyzwyczajać do tego bólu. Nie byłam pierwszą dziewczyną, którą to spotyka. Wiedziałam, że to minie i pewnego dnia jakiś mężczyzna odwiedzi naszą posiadłość z mojego powodu. Być może nie sprawi, że poczuję zapach cynamonu i miodu, lecz będę umiała z tym żyć.

Po powrocie ojca i Tihe zostałyśmy odesłane do naszych zajęć, a Iskan zjadł lekki posiłek z mężczyznami przed podróżą do Areko. Tihe przyszedł do nas, gdy siedziałyśmy na podwórku i ćwiczyłyśmy kaligrafię pod baldachimem.

– Wspaniały mężczyzna ten Iskan ak Honta-che – oświadczył i usiadł w nogach Agin. Niby przypadkiem szturchnął ją w ramię, więc zaczęła krzywo kaligrafować. Westchnęła, a on uśmiechnął się szyderczo.

– Wiecie, że Iskan brał już kiedyś udział w bitwie, i to konno? Towarzyszył najstarszemu synowi księcia, kiedy tłumiono bunt w Nernai. Dzięki strategii Iskana wygrali.

– Mogę to sobie wyobrazić – powiedziałam cierpko i szybko odłożyłam pędzelek, zanim Tihe udało się zniszczyć także moją pracę. Uwielbiał się z nami, swoimi siostrami, droczyć, lecz przy obcych zawsze brał naszą stronę.

– Co masz na myśli? – spytał Tihe, układając na kilku poduszkach swoje długie ciało, i zmrużył oczy, wpatrując się w jasne letnie niebo. Bardzo się wyciągnął w ostatnim czasie i przerósł już ojca. Był młodszy ode mnie ponad rok, ale co najmniej tak samo przeświadczony o swojej wielkości jak Iskan.

– Mam tylko na myśli, że Iskan też wydaje się mężczyzną przekonanym, iż wszelkie sukcesy to jego zasługa, a wszystkie niepowodzenia to wina innych.

Agin parsknęła śmiechem, ale Tihe we mnie rzucił poduszką, więc się cieszyłam, że wcześniej odłożyłam pędzelek.

– Dziewczęta niczego nie pojmują – oświadczył zirytowany. – Iskan był od dziecka uczony rządzenia. Jest prawą ręką swojego ojca. W pałacu nie wydarzy się nic, o czym by nie wiedział lub do czego nie przyłożył ręki. Jest w centrum wydarzeń, a nie tak jak ja zapomniany na tej zakurzonej plantacji przypraw. Jak wybuchnie kolejna wojna, jadę z nim!

– Naprawdę wierzysz w to, że Iskan uczestniczył w prawdziwej walce? Pewnie razem z synem księcia siedział w namiocie daleko od pola walki, pił wino i grał w pochasi.

Agin posłała mi rozbawione spojrzenie.

– Nie obsypujesz go pochwałami – stwierdziła.

– A dlaczego miałabym to robić? Zapatrzony w siebie jak każdy młodzieniec, niezależnie od tego, czy jest synem wezyra, czy handlarza przypraw – oznajmiłam, wstając. – Mam dość kaligrafowania. Nie mogłybyśmy zacząć projektować naszych nowych tunik? Chciałabym mieć jedną z jedwabiu w kolorze szafranu.

Jak tylko zaczęłyśmy rozmawiać o strojach i szyciu, Tihe nas opuścił i do końca dnia nikt już nie wspomniał o Iskanie. Mimo to jego imię dźwięczało mi w uszach. Moje serce śpiewało przy każdym uderzeniu. Iskan. Iskan.

Iskan.

* * *

Iskan zaczął nas regularnie odwiedzać, a jego wizyty szybko przybrały stałą formę. Przyjeżdżał konno wieczorem, po wypełnieniu swoich pałacowych obowiązków na dany dzień, i spędzał wieczór z ojcem, matką oraz Tihe. Następnego dnia, kiedy ojciec i Tihe byli zajęci, towarzystwa dotrzymywałyśmy mu my, dziewczęta, i nasza matka.

Czasami spacerowaliśmy po podwórku lub którejś z bliżej położonych plantacji przypraw. Jeśli było zbyt ciepło, zostawaliśmy w domu. Iskan przyglądał się, jak szyjemy albo wykonujemy inne stosowne czynności. W tym czasie rozmawialiśmy albo słuchaliśmy muzykantów ojca. Zawsze towarzyszył mi ból serca. Nauczyłam się z nim żyć. Agin skończyła ze swoimi niewinnymi docinkami. Nawet ona widziała, jak Iskan patrzy na naszą młodszą siostrę. Jedyną osobą, która wydawała się tego nie zauważać albo tym specjalnie nie przejmować, była sama Lehan. Doceniała, że Iskan poświęca jej uwagę, lecz traktowała go mniej więcej tak jak traktowała Tihe: z siostrzanym oddaniem. A mnie się wydaje, że jemu pomimo własnej próżności albo właśnie z jej powodu, to nie wystarczało. Dlatego dalej nas odwiedzał, nie podejmując decydującego kroku i nie prosząc ojca o rękę Lehan.

– Jest jak niezdecydowany kupiec, który szczypie woreczki i wącha korę cynamonu, ale nie może się zdecydować na złożenie swojej oferty – pewnego dnia stwierdził ojciec po wyjściu gościa. Lubił Iskana i wyczekiwał jego odwiedzin, ale równocześnie irytowało go, że chłopak nie potrafi zebrać się na odwagę.

Siedzieliśmy w pokoju cieni i rozmawialiśmy, a różnej wielkości ćmy tańczyły wokół lamp naftowych i przypalały sobie skrzydełka. Lehan zaczerwieniła się i poszła w drugi koniec pokoju, żeby napełnić naftą stojące tam lampy. Wiedziała, że mówiąc to, ojciec ma na myśli ją, a nigdy nie czuła się komfortowo, kiedy inni mówili o jej przyszłości.

– Wiesz, jak to jest z takimi kupcami – odcinając nitkę w swojej robótce, oznajmiła matka. – Najlepsze interesy przechodzą im koło nosa.

Ojciec zapalił fajkę i zaciągnął się z namysłem.

– Masz rację, Esiko. Ale na razie nikt inny nie złożył nam swojej oferty.

– To prawda, ale ona jest jeszcze taka młoda. Wydaje mi się, że wielu naszych przyjaciół uważa za niestosowne pozwolić swoim synom adorować najmłodszą córkę w rodzinie, kiedy w domu są jeszcze dwie starsze siostry.

Agin i ja spojrzałyśmy na siebie. Cóż można było powiedzieć. Agin wciąż miała zaledwie szesnaście lat, ale ja prawie dwadzieścia. Nikt nie poprosił jeszcze ojca o moją rękę.

– Nie ma pośpiechu. Lehan będzie miała czas, by spokojnie dorosnąć. Po prostu odezwał się we mnie handlarz przypraw, który jak najszybciej chce dobić targu.

Matka i ojciec wiele razy próbowali podpytać Lehan, co sądzi o Iskanie, ale jedyne co udało im się z niej wydobyć, to: „był miły”. Nie chcieli wydawać jej za mąż wbrew jej woli, lecz z drugiej strony Lehan nie wykazywała też niechęci, więc pozostawili sprawy swojemu biegowi. A ja podjęłam decyzję, że muszę wyleczyć moje serce.

Dziesięć dni później Iskan znowu nas odwiedził, ale przyjechał do prawie pustego domu. Ojciec i Tihe wyruszyli na wschód po nowe sadzonki bao, ponieważ letnia susza zdziesiątkowała uprawy. Największe upały były już za nami, a za pół miesięcznego cyklu księżyca miały nadejść jesienne deszcze. To był najlepszy moment na odnowienie upraw. Agin pojechała do naszej ciotki, siostry matki, by pomóc jej w szyciu sukni ślubnej dla najstarszej córki, naszej kuzynki Neiki. Miała wyjść za mąż, jak tylko miną jesienne deszcze. Lehan dopadło letnie przeziębienie i leżała w łóżku, a wszystkie służki walczyły o jej względy, nosząc ciepłe i zimne napoje, robiąc kompresy oraz proponując domowe kuracje. Tego wieczoru siedziałyśmy z matką same w pokoju słońca. Matka wyszywała kołnierzyk dla Lehan (nie mogłam nic na to poradzić, że miałam wrażenie, iż to element stroju ślubnego), a ja czytałam na głos nauki Haonga ak Sishe-chu. Od zawsze był moim ulubionym mędrcem, ponieważ łączył filozofię z historią. Dotarłyśmy do trzeciego rulonu, kiedy Aikon otworzył drzwi i do środka wszedł Iskan. Zwinęłam rulon, lecz Iskan wykonał gest, by mnie powstrzymać.

– Proszę, nie chcę przeszkadzać – powiedział z uśmiechem. Matka ukłoniła się, trzymając swoją robótkę, a ja się zawahałam, z rulonem w ręku. Odniosłam wrażenie, że jak zwykle drwi ze mnie, ale czy naprawdę pozwoliłby sobie na to w obecności matki? Usiadł na tej poduszce co zawsze i spojrzał na mnie zachęcająco. Moje serce zatrzepotało. Zmarszczyłam czoło, ponownie rozwinęłam rulon i kontynuowałam czytanie.

Iskan przysłuchiwał się z zainteresowaniem przez cały trzeci rulon i połowę czwartego, a potem, w chwili gdy sięgnęłam po mrożoną herbatę, spytał, gdzie jest reszta rodziny. Pozwoliłam matce odpowiedzieć. Kiedy mówiła, że Lehan leży chora w łóżku, wnikliwie przyglądałam się jego twarzy. Grzecznie zapytał, jak się czuje i czy może jej jakoś pomóc, lecz nie widziałam w jego oczach i rysach twarzy śladu niepokoju. Moje serce wykonało woltę. Ale letnie przeziębienie oczywiście nie było czymś, czym należało się martwić.

Potem Iskan zwrócił się do mnie.

– A więc jutro to ty dotrzymasz mi towarzystwa, Kabiro-cho. Co będziemy robić?

Skinęłam głową, udając, że jestem pochłonięta zwijaniem rulonów.

– Kabiro, możesz pokazać Iskanowi-che źródło – zasugerowała matka, odkładając robótkę.

– Źródło? Nie wspominałaś o nim, cho?

Nigdy jeszcze nie pokazałam Iskanowi źródła. Nie było oaki – zakazane – lecz święte. Każdy dystrykt Karenokoi założono wokół jakiegoś świętego miejsca: góry, rzeki, jeziora lub, jak dystrykt Renka, źródła.

– Nasza rodzina strzeże Anji. Świętego źródła Renka – odparłam niechętnie. Dokładnie tak jak się spodziewałam, Iskan zachichotał rozbawiony.

– Słyszałem o Anji. W opowieściach mojej matki, kiedy byłem małym chłopcem.

– To źródło naprawdę istnieje – oznajmiłam cierpko.

– Nie wątpię w to – Iskan odchylił się do tyłu, wyraźnie rozbawiony moją reakcją. – Ale niewiele osób nazwałoby je świętym.

– Dawne wierzenia zniknęły prawie w całym Karenokoi – zauważyła matka. – Ale w wielu miejscach tradycja wciąż jest żywa. Moja teściowa z ogromną pieczołowitością czciła źródło i dbała o nie, tak jak to przez wieki czyniono w rodzinie mojego męża. I nauczyła wszystkiego moją najstarszą córkę, by ta podtrzymywała tradycję.

Z jednej strony, czułam, że to nie do końca dobre, że matka rozmawia o tym z obcym człowiekiem i nie mogłam usiedzieć spokojnie. Z drugiej zaś, istnienie źródła nie było tajemnicą, tajemnicą nie było też, że jestem jego strażniczką. Ale to, co przekazała mi moja babka, wiedziałam tylko ja. Dlatego inni mogli nie doceniać znaczenia Anji. Zwłaszcza matka, która zawsze uważała, że jej teściowa za bardzo żyje przeszłością i irytowało ją, że babka zabiera mi za dużo czasu swoimi naukami. Poza tym uważała, że babka nie powinna chodzić ze mną do źródła nocą. Twierdziła, że to nie przystoi, że to zabobony. Matka była kobietą stojącą mocno na ziemi. Rozumiała to, co mogła zobaczyć i czego mogła dotknąć. Reszta nie miała dla niej wartości.

Nie wiedziała, że wiele z tego, co mogła zobaczyć i czego mogła dotknąć w swoim własnym domu, cały swój dobrobyt, zawdzięcza źródłu. Nie wiedziała, że źródło ma wpływ na nasze zbiory, nasze zdrowie i nasze szczęście.

– Będę zaszczycony, mogąc zobaczyć to święte miejsce – oświadczył Iskan i lekko skłonił głowę w moim kierunku. – Jutro, o świcie?

Wiedział, że wcześnie wstaję. Zamyśliłam się. Księżyca przybywało i do pełni pozostało zaledwie kilka nocy. Anji była silna i dobra. Czemu nie? Może trochę nauczę pokory tego aroganckiego młodzieńca? Słono zapłaci za swoją lekceważącą nieufność!

Zatrzasnęłam wieko kufra z rulonami.

– Jak sobie pan życzy, che – uśmiechnęłam się do niego słodko i kiedy uniósł brwi, uświadomiłam sobie, że być może pierwszy raz widzi mnie uśmiechniętą.

Następnego ranka spotkaliśmy się przy ścieżce prowadzącej w górę, do źródła. Miałam ze sobą miotłę, czarkę, gliniany dzban z wodą i Aikona, starego wiernego sługę ojca, ponieważ nie mogłam przebywać sama w towarzystwie mężczyzny nienależącego do rodziny. Iskan stał i patrzył w kierunku Areko, które majaczyło we wczesnoporannej mgiełce niczym migocząca fatamorgana błyszczących dachów i pióropuszy dymu. Z pewnością był zniecierpliwiony. Marnował tutaj czas, ze mną, starą panną, podczas gdy mógłby wrócić do pałacu i… cóż, robić to, co zawsze. Czarować piękne dziewczęta albo czyścić buty księcia. Nigdy nie zdradził, czym dokładnie zajmuje się na dworze, ale chętnie chełpił się tym, że to, co robi jest bardzo ważne i doceniane. Wyminęłam go.

– Proszę za mną – powiedziałam tylko. To było bardziej niż dopuszczalnie nieuprzejme, zwłaszcza wobec tak ważnego gościa. Ale coś w Iskanie sprawiało, że zawsze jeżyłam się w jego obecności.

Podążał za mną ścieżką wijącą się za naszym majątkiem w górę wzniesienia. Nastało późne lato i cała trawa wyschła. Wzgórze było brązowe i martwe, kurz unosił się spod naszych butów. Niebawem miał spaść jesienny deszcz. Złapałam się na tym, że bardzo chcę, by nie nastąpiło to teraz. Nie, zanim dotrę z Iskanem do Anji.

Doszliśmy do miejsca, w którym ścieżka skręcała w lewo i biegła dalej w górę, w kierunku grobów usytuowanych w najwyższym punkcie wzniesienia. Tam skręciłam w prawo, w ledwie widoczną dróżkę biegnącą wokół wzgórza w szeleszczącej, wysuszonej trawie. Moje buty pociemniały od rosy.

– Ależ ci się spieszy, cho – wysapał Iskan. Uświadomiłam sobie, że nie jest taki jak ci młodzi mężczyźni z okolicznych majątków: nawykli do długich godzin na koniu i ciężkiej pracy. Pałacowy piesek, oto kim jest. Przyzwyczajony do frykasów i pochwał, ale do niczego innego. Wiedziałam to. Dlaczego zatem moje serce nie mogło przestać trzepotać na sam dźwięk jego głosu? Dlaczego świadomość, że mam go tego ranka tylko dla siebie, sprawiała, iż nogi same mnie niosły?

Kiedy obeszliśmy wzgórze i prawie dotarliśmy do szczeliny, odwróciłam się.

– Aikon, poczekaj tutaj.

Aikon zmarszczył i tak już pomarszczone czoło, lecz nic nie powiedział. Posłałam mu uspokajający uśmiech.

– Będziemy przy źródle. W razie czego zawołam.

Iskan rozłożył ręce.

– Cho, w moim towarzystwie nic pani nie grozi.

Uśmiechnął się szeroko. Zacisnęłam usta i posłałam mu niezbyt przyjazne spojrzenie.

– To święte miejsce. Okaż trochę szacunku, che.

Zrobił uniżoną minę i skinął głową. Ostatni odcinek szliśmy obok siebie w milczeniu. Szczelina jest jak ciemne, skromne nacięcie z boku wzgórza, u jego wschodniego podnóża. Nie widać jej, dopóki nie jest się tuż nad nią. Nie słychać żadnego szmeru. Pierwsza podeszłam do miejsca, z którego wypływa źródło. Iskan, syn wezyra, kroczył tuż za mną.

Kiedy przeniknęło mnie chłodne powietrze szczeliny i poczułam zapach źródlanej wody, ogarnął mnie całkowity spokój. Przestało irytować trzepotanie serca. Matka może sobie mówić co chce, to święte miejsce. Prastare miejsce kultu religijnego, równowagi w przyrodzie. Czułam to za każdym razem, gdy tu przychodziłam, i trudno mi było zrozumieć, że nie wszyscy to dostrzegają. Głęboko zaczerpnęłam powietrza i chłonęłam ten spokój. Potem weszłam do środka.

Anji znajdowała się głęboko w szczelinie, między gołymi ścianami skalnymi. W panującej tu ciemności nic nie rosło, nic z wyjątkiem aksamitnego mchu, który był zielony i zdrowy nawet teraz, po długiej suszy. Źródlana woda tworzyła małe lustro tuż przy skale, nie większe niż dwa jedwabne szale rozłożone na słońcu do wyschnięcia. Otaczały je regularne białe kamienie, które ktoś umieścił w tym miejscu kilka pokoleń wstecz. Na kamieniach leżało trochę opadłych liści, więc starannie usunęłam je miotłą, którą ze sobą zabrałam. Jeden liść pofrunął na ciemną wodę. Zanim go zdjęłam, wyszeptałam słowa, których nauczyła mnie babka. Nic martwego nie mogło zanieczyścić świętej wody. Dotknąwszy jej opuszkami palców, jak zwykle byłam zaskoczona jej zimnem. Pochyliłam się i na niezmąconej powierzchni zobaczyłam odbicie swojej twarzy. Czasami można było też dostrzec inne rzeczy. Wydarzenia z przyszłości.

Obok mnie pojawiła się twarz Iskana, a ja zamarłam. Na krótką chwilę zapomniałam o jego obecności.

– Malowniczo. Przyjemny chłód.

Wyprostowałam się. Moje policzki płonęły.

– Anji potrafi dużo więcej niż dawać ochłodę – oświadczyłam. Sięgnęłam po gliniany dzban. – To zwykła woda z naszej studni – oznajmiłam, wyciągnęłam korek i wypiłam łyk. – Nie dodałam żadnej trucizny.

Rozbawiony Iskan uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Pochyliłam się, szeptem podziękowałam Anji i napełniłam czarkę zimną wodą. Następnie wróciłam do brzegu szczeliny. Mój wzrok padł na dwa osty przy samym wejściu, zupełnie suche i martwe. Uniosłam czarkę, żeby Iskan widział, co robię i podlałam źródlaną wodą ten rosnący po lewej, wolno i delikatnie, tak by wysuszona ziemia zdążyła wchłonąć każdą kroplę. Następnie wodą z glinianego dzbana w taki sam sposób podlałam roślinę po prawej stronie. Iskan stał ze skrzyżowanymi ramionami oparty o skalną ścianę.

– Spotkajmy się tutaj za trzy noce, w pełnię księżyca – zaproponowałam, z całej siły wciskając korek. Odwróciłam się i obeszłam wzgórze, nie czekając na reakcję Iskana. Aikon wypatrywał mnie na zakręcie z poważną miną. Miałam spocone dłonie i z trudem oddychałam. Co ja najlepszego zrobiłam? Potknęłam się o kamień i żeby nie upaść wsparłam się na Aikonie. Mężczyźnie, i to mężczyźnie będącym dla moich rodziców kandydatem do ręki mojej własnej siostry, zaproponowałam nocną schadzkę. Wiedziałam, że będziemy sami i moje policzki płonęły ze wstydu, ale nie żałowałam.

Przez trzy kolejne dni byłam przykładną córką i siostrą. Opiekowałam się Lehan, która wciąż czuła się słabo, mimo że gorączka ustąpiła. Pomagałam matce we wszystkich pracach. Złożyłam ofiarę duchom przodków. Obsłużyłam ojca i Tihe, kiedy zmęczeni wrócili do domu po długiej podróży i zmartwiłam się tegoroczną wysoką ceną sadzonek boa. Wszystko po to, by nie myśleć o tym, co zrobiłam i co zamierzałam zrobić.

Niebo w pełnię księżyca było bezchmurne i jasne. Siedziałam w moim pokoju i czekałam, aż cały dom zapadnie w głęboki sen. Dopiero dobrze po północy odważyłam się wymknąć.

Tajemnicze ptaki śpiewały w krzakach wokół wzniesienia, gdy szłam znaną mi ścieżką u jego podnóża. Kolory, zapachy, dźwięki – wszystko było inne. Nawet ja byłam odmieniona przez noc. Stałam się kimś innym. Kobietą, która wymknęła się z domu, by spotkać się z mężczyzną, którego kocha. Nie bacząc na konwenanse, rodzinę, konsekwencje. Mój wstyd, moje wątpliwości, wszystko to zostawiłam za sobą. W tamtej chwili byłam wolna. Bardziej wolna aniżeli kiedykolwiek później. Często śni mi się tamta wędrówka. W moich snach trwa w nieskończoność. Chwilami unoszę się nad ziemią. Cienie są niebieskie, księżyc ogromny, a powietrze chłodzi moją skórę. Pachnie rosą, czarnoziemem i ostami. W tym śnie wszystko wydaje się takie rzeczywiste, wyraźne. Poczucie wolności i szczęścia niemal rozrywa moją pierś.

Sen zawsze kończy się tak samo. Uświadamiam sobie, że coś nadchodzi. Coś dużego i czarnego, co przysłania księżyc i gwiazdy. Coś, co wszystko pochłonie. Próbuję krzyczeć. Wtedy się budzę, w moim własnym łóżku, a za oknem widzę niebo. Moje serce wali jak oszalałe i wiem, że jest za późno.

Za późno, by krzyczeć.

Iskan na mnie czekał. Siedział odwrócony plecami do ciemnej szczeliny. Obok niego zarysowywały się dwa martwe osty. Ten po wschodniej stronie, który podlałam wodą ze studni, wyglądał tak jak przed trzema dniami. Ten po zachodniej stronie, podlany źródlaną wodą, miał nowy pęd wyrastający od korzenia.

– To może być zbieg okoliczności – rozległ się głos Iskana. – Może przychodziłaś tu codziennie i go podlewałaś.

Ale usłyszałam w jego głosie wątpliwość. Podeszłam i usiadłam obok, na ziemi. W ciemności nie widziałam jego twarzy.

– Anji przynosi życie i dostatek, jeśli zaczerpnie się jej wody w odpowiednim momencie. Ale może też przynieść śmierć i zniszczenie, jeśli zrobi się to w niewłaściwym czasie. Źródło ma prastarą moc. Moja babka mawiała, że każde ze świętych miejsc rozsianych w różnych dystryktach ma moc, która została częściowo wyczerpana z powodu ludzkiej chciwości, albo te miejsca zostały po prostu zapomniane. – Kiedy odwróciłam głowę w stronę Iskana, srebrne łańcuszki w moich włosach zabrzęczały. – Źródło zapewnia nam dostatek. Od pokoleń najstarsza córka w rodzinie strzeże go i o nie dba.

Moja babka nie pochwaliłaby tego, że zdradziłam obcemu tajemnicę źródła, ale noc i pełnia księżyca pozbawiły mnie wszelkich obiekcji. Siedziałam tu, obok Iskana, i byłam skłonna wyjawić mu wszystko, żeby tylko mi uwierzył. Żeby mnie dostrzegł.

– A więc tylko ty o tym wiesz? – W jego głosie słychać było niedowierzanie. Sarkazm.

Chwyciłam go za rękę, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Jakbym miała prawo go dotykać. Poczułam ciepło i miękkość.

– Chodź – rzuciłam i pociągnęłam go do góry. Poprowadziłam do szczeliny, nie wypuszczając jego ręki. Moje serce waliło jak oszalałe, czułam suchość w ustach. Ale mój umysł był jasny, a moje myśli jak ryby w wodzie. W szczelinie panowała ciemność, lecz moje stopy znały drogę. Zaprowadziłam Iskana prosto do źródła. W świetle księżyca lśniło niczym srebro.

– Spójrz w dół, na wodę – wyszeptałam. – Co widzisz?

Iskan pochylił się do przodu, opieszale, bez zainteresowania.

– Widzę swoje odbicie. I księżyc. Świeci. On…

Zamilkł. Opieszałość zniknęła, a całe jego ciało napięło się, było czujne. Nie patrzyłam na wodę. Patrzyłam na niego.

Wciąż trzymałam go za rękę.

Nagle się odwrócił, przyciągnął mnie do siebie.

– Co to jest? – wyszeptał. – Co ja widzę?

– Anji pokazuje zarówno to, co już się wydarzyło, jak i to, co dopiero się wydarzy. Czasami pokazuje to, czego bardzo chcemy.

Stał jak zamurowany. Obejmował mnie tak mocno, że aż bolało.

– Dlaczego sama nie patrzysz?

– Wiem, co się wydarzyło i znam swoją przyszłość. Wiem też, czego chcę.

Ostatnie zdanie wypowiedziałam bardzo cicho. Nie mogłam uwierzyć, że to zrobiłam. Twarz Iskana, oświetlona blaskiem księżyca znajdowała się tuż obok mojej. Jego oczy były duże i ciemne na jej tle. Nigdy wcześniej nie stałam tak blisko niego. Pachniał wytwornie, olejem migdałowym, pałacowymi kadzidłami i koniem, na którym przyjechał.

Przeszył go dreszcz. Coś się zmieniło, czułam to po jego rękach, jego uścisku. Hardość i napięcie zniknęły, uśmiechał się miękko.

– Kabiro, chyba wiesz, dlaczego przejeżdżam tu przez całe lato? – Tak się pochylił, że czułam jego oddech na mojej skórze. Był słodki od wina. – To z twojego powodu.

Potem mnie pocałował, a jego pocałunek miał smak miodu i cynamonu.

Po tej nocy przepadłam. W moim ciele płonął ogień, ogień szaleństwa i lekkomyślności. Byłam gotowa zrobić wszystko, żeby tylko być blisko Iskana. Gotowa na rzeczy, które z miłości robiły inne dziewczęta, zabronione rzeczy, o których kiedyś tylko słyszałam i z których się podśmiewywałam. Teraz to ja wymykałam się z domu nocami i w tajemnicy spotykałam z moim ukochanym. Iskan dalej odwiedzał naszą rodzinę tak jak wcześniej, lecz w te noce, kiedy u nas zostawał, zawsze widywaliśmy się przy źródle. Czasami przyjeżdżał tylko na noc, specjalnie, żeby się ze mną spotkać. Siedzieliśmy przy źródle i rozmawialiśmy. Pytałam go o jego życie w pałacu, a on chętnie opowiadał. Ale nie był mężczyzną, który mówi tylko o sobie. Prędzej czy później rozmowa zawsze schodziła na mój temat, a ja opowiadałam o tym, co go najbardziej interesowało: o źródle i jego mocy. Przekazywałam mu wszystko to, czego nauczyła mnie babka, i to, do czego doszłam sama dzięki intuicji i doświadczeniu. Że woda, którą bierze się ze źródła, kiedy przybywa księżyca, jest dobra i daje moc, siłę oraz zdrowie, a woda czerpana, kiedy księżyca ubywa, jest niebezpieczna, są w niej rozkład, choroby i śmierć. Ale to nie jest największa moc Anji. Dla mojej rodziny Anji to od wielu pokoleń źródło wiedzy.

– Moja matka nie wierzy w moc Anji, ale ojciec tak – powiedziałam któregoś razu do Iskana. Jesienne deszcze już się zaczęły, jednak tej nocy nie padało. Strzępy chmur przysłoniły księżyc, którego ubywało. Schroniliśmy się przed wiatrem wewnątrz szczeliny. Iskan rozłożył na mokrej ziemi koc, ale przeniknęła przez niego wilgoć. Zatrzęsłam się. – Nigdy o tym nie rozmawiamy, jednak ojciec słucha moich rad. Ostrzegam go przed nadchodzącą suszą, przed powodziami i szkodnikami. Odwiedzam Anji, potem mówię mu, kiedy ma siać i zbierać plony. A on przekazuje tę wiedzę naszym sąsiadom. Słuchają go, dzięki czemu ich gospodarstwa rozkwitają, a majątek pomnaża się na równi z naszym.

– Ale przecież susza dała się wam we znaki tego lata? – zauważył Iskan.

Na jedno z naszych wcześniejszych spotkań przyniósł lampę naftową i ukrył ją w szczelinie. Jej ciepła poświata rozświetlała jego wystające kości policzkowe i oczy o migdałowym kształcie. Ledwo mogłam na niego patrzeć, taki był piękny.

– Tak, i Anji to przepowiedziała. Jednak co można zrobić, kiedy woda w kanałach się kończy? Ojciec przygotował się na suszę w ten sposób, że zgromadził odpowiednią ilość srebra, by wymienić martwe sadzonki.

– Jak to widzisz? Czy to są wyraźne obrazy, które pokazują ci przyszłość?

Pokręciłam głową.

– To bardziej emocje, obrazy w mojej głowie i te odbite w wodzie, wszystko razem. Nie zawsze są łatwe do zinterpretowania, nawet dla mnie, a mam pewne doświadczenie. Czasami chodzi o rzeczy, które już się wydarzyły.

– Jaki z tego pożytek? – Iskan wyciągnął się na kocu z rękami pod głową. Nie zważał na wilgoć i zimno.

– Tu nie chodzi o pożytek. Źródło to prastara moc, nieokiełznana i wolna. To, co my, śmiertelnicy, z nią zrobimy, zależy tylko od nas.

– Mogliście nie ostrzegać sąsiadów – wolno powiedział Iskan. – Wasza posiadłość szybko stałaby się największa w Renka.

– Niech moc broni! – narysowałam znak okręgu na mojej piersi. – To mogłoby zaburzyć równowagę. Kto wie, jaki miałoby to na nas wpływ? Albo na samą Anji.

– Powinienem wiedzieć, że będziesz na to zbyt uczciwa – oznajmił Iskan.

Wyprostowałam się. Zobaczył, że mnie zranił. Bez słowa wyciągnął rękę i przyciągnął mnie do siebie. Jego usta karmiły ogień płonący w moim ciele i nie czułam już zimna ani wilgoci.

Źródło stało się dla mnie jeszcze ważniejsze. Teraz to było nasze miejsce. Odwiedzałam je również za dnia, by sprzątnąć opadłe liście i wyrwać chwasty, dolać nafty do lampy, siedzieć i marzyć o Iskanie. Nie pokazywał się już tak często w naszym domu, więc irytacja mojego ojca tylko się pogłębiała. Nie wyjaśnił też ojcu, że to z mojego powodu przyjeżdża, dalej był miły i poświęcał uwagę każdej z nas. Ale coraz częściej pojawiał się nocą, kilka razy podczas miesięcznego cyklu księżyca. Podczas każdego naszego spotkania mówił, kiedy mogę się go spodziewać następnym razem.

Dlatego bardzo się zdziwiłam, zauważywszy pewnego popołudnia ślady butów wokół źródła. Nie widziałam Iskana od pięciu dni – był tutaj? Czekał na mnie? A może ktoś inny odwiedził źródło? Sprawdziłam lampę naftową. Była pełna, jak parę dni wcześniej, gdy ostatni raz dolałam nafty. A może to nie Iskan, tylko ktoś inny?

Od tamtej pory źle sypiałam, wstawałam w nocy kilka razy i wypatrywałam szczeliny, chociaż z naszego domu jej nie widać. A co, jeśli był przy źródle i teraz jest rozgniewany? Co, jeśli już nie przyjdzie? Ta myśl nie dawała mi spokoju. Kiedy w końcu nadeszła noc naszego spotkania, ogarnęła mnie gorączka. Ubrałam się drżącymi rękoma w najpiękniejszą tunikę, jaką miałam, przyciemniłam powieki węglem i spryskałam włosy olejkiem o jaśminowym zapachu. Nie odważyłam się ozdobić głowy łańcuszkami, ich pobrzękiwanie mogłoby mnie zdradzić. Boso wymknęłam się na dziedziniec. Założyłam buty, dopiero gdy ostrożnie zamknęłam za sobą drzwi. Całą drogę w górę, do szczeliny, szłam rozdygotana. Przy szczelinie nikt na mnie nie czekał. Moje serce zamarło. Po omacku weszłam do środka, moje stopy nie chciały same znaleźć ścieżki, tak jak to zawsze czyniły. Słyszałam tylko bicie swojego serca.

Ktoś stał pochylony nad źródłem. Rozpoznałam szerokie plecy i ciemne włosy. Ulga była tak wielka, że zaczęłam szlochać. Iskan się odwrócił.

– Dzisiejszej nocy jest pełnia księżyca – stwierdził, po czym zapytał: – Co się stało?

– Myślałam, że tutaj byłeś – odparłam, próbując zapanować nad głosem. – Widziałam ślady wokół źródła. Bałam się, że pomyliłam dni.

– Nie, nie było mnie tutaj – powiedział lekko. – Chodź, przyniosłem korzenne ciasteczka upieczone przez książęcego kucharza.

Podeszłam do koca rozłożonego przez Iskana w tym co zawsze miejscu i zapaliłam lampę. W jej miękkim świetle ujrzałam srebrny półmisek z brązowymi ciasteczkami, dwie czarki i dzban z winem. Moje serce podskoczyło z radości. Czekał na mnie.

Siedzieliśmy i rozmawialiśmy tak jak zwykle. Iskan opowiadał o podróży, którą odbył razem z księciem i swoim ojcem do dystryktu Amdurabi położonego na wschód od Renka, gdzie miejscowi gubernatorzy wydali przyjęcie ze sztucznymi ogniami na cześć księcia. Chłonęłam każde słowo. Iskan znowu tu był. Ze mną. Te nasze wspólne noce były niczym sekretne klejnoty, które nosiłam, ale których nikt nie mógł zobaczyć.

– Á propos Amdurabi – powiedział Iskan i włożył do ust kolejne ciastko. – Widziałaś kiedyś w źródle, co się dzieje w innych dystryktach?

Wytarłam okruchy z moich ust i przełknęłam ślinę.

– Nie. Anji to źródło Renka. Czerpie moc z tej ziemi i tych wzgórz. To, co dzieje się daleko stąd, to sprawa kogoś innego. Wydaje mi się, że święte miejsce Amdurabi to góra Haran.

– Czy to dlatego Anji pokazuje ci, co się wydarzy właśnie w twojej rodzinie?

– Nie wiem. Podejrzewam, że im coś jest bliżej, tym wyraźniej widać to w wodzie Anji, lecz ja dostrzegam to, co dotyczy mnie i moich bliskich. Przecież patrzysz w źródło podczas pełni księżyca i pewnie widzisz w nim coś zupełnie innego.

Iskan nigdy mi nie mówił, co widzi. Skinął głową z namysłem.

– Nie potrafię interpretować wizji tak jak ty. Wszystko jest porwane i trudne do zrozumienia. Ale będę się starał.

Podskoczył i pomógł mi wstać.

– Chodź! – Wziął nasze czarki i wylał z nich ostatnie krople wina. – Wznieśmy toast wodą pełni księżyca!

Napełnił czarki wodą Anji i podał mi jedną z nich. Swoją uniósł do nieba.

– Za nas, za przyszłość!

Wypiłam zimną wodę, myśląc o Iskanie, o mnie, o przyszłości i całe moje ciało śpiewało z radości.

Te słowa Iskana dały mi nadzieję, że niebawem poprosi ojca o moją rękę. Ale to nie nastąpiło. Nadeszła zima wraz z suchymi zimnymi wiatrami z północnego zachodu. Wizyty Iskana w naszym domu stały się coraz rzadsze. Dalej spotykaliśmy się przy źródle, lecz też coraz rzadziej. Iskan tłumaczył się tym, że jego ojciec nie chce go tak często puszczać.

– Jestem ojcu niezbędny w sprawowaniu urzędu – oznajmił, gdy siedzieliśmy skuleni pod kocem, a ja szczękałam zębami z zimna. – Nie radzi sobie beze mnie, powtarza to codziennie. Jest stary i nie orientuje się już w pałacowych intrygach tak jak ja. To bardzo ważne, żeby wezyr wiedział, co się dzieje na dworze jego pana. Pod wieloma względami jestem dla księcia najważniejszą osobą. Ważniejszą od jego anemicznych synów, to na pewno – zachichotał. – Wiesz, książę podarował im nowe konie, wszystkim siedmiu synom. Naprawdę piękne konie, z Elian na zachodzie. Zasypuje prezentami tych nienadających się do niczego gburów, a tylko ze mnie ma jakiś pożytek!

– Przecież jesienią dostałeś nowy miecz z rąk samego księcia – przypomniałam mu ostrożnie. – Ilu mężczyzn może się tym pochwalić? Jesteś jego prawą ręką, jego bronią.

Iskan przygryzł wnętrze policzka. Ciemna chmura odeszła i po chwili jego twarz pojaśniała.

– To prawda. Byłby głupcem, gdyby tego nie widział.

Przełknęłam ślinę. Książę był święty. Wypowiadanie się o nim w taki sposób wydało mi się niebezpieczne, ale Iskan często tak mówił, więc pomyślałam, że mieszkańcy dworu mogą sobie pozwolić na więcej aniżeli my, prości ludzie.

– Kabiro, rozumiesz chyba, że to oznacza, iż przez jakiś czas nie będę mógł cię odwiedzać. Może do wiosny, kiedy zrobi się cieplej – opatulił nas mocniej kocem. – To zimno sprawia, że odtajam dopiero następnego dnia po powrocie do pałacu – pocałował mnie w czoło i wstał. – Chodź, wznieśmy toast za wiosnę i łagodniejsze wiatry.

Pociągnął mnie za sobą do źródła. Zawsze chciał pić w czasie nowiu księżyca. Woda była tak zimna, że z trudem ją przełykałam. Iskan wytarł usta grzbietem dłoni.

– Czuję, że daje mi siłę. Wzmacnia moje ciało i umysł.

Sięgnął po gliniany dzban i napełnił go źródlaną wodą.

– Teraz dam sobie radę do naszego następnego spotkania. Wtedy po ciebie poślę, Kabiro.

Pochylił się i lekko pocałował mnie w usta.

– Do wiosny, moja ptaszyno.

Stałam w miejscu, z którego wypływało źródło, i patrzyłam na Iskana idącego w dół wzniesienia, w stronę zagajnika, gdzie zazwyczaj zostawiał konia. Zimny wiatr smagał mnie po policzkach, lecz prawie tego nie czułam. Moje serce było jeszcze zimniejsze.

To była długa i nudna zima. Nic mnie nie cieszyło, a mój zazwyczaj dobry nastrój przepadł. Jedyną osobą znającą powód mojej przemiany była Agin. Często przyglądała mi się ze zmarszczonym czołem. To mnie jeszcze bardziej denerwowało i rozstrajało, więc zaczęłam unikać sióstr i spędzałam dużo czasu w samotności. Matka martwiła się o mnie. Sądziła, że jestem taka apatyczna, ponieważ zima to czas, kiedy nie dzieje się zbyt wiele. Postanowiła mi pomóc, zabierając mnie do różnych sąsiadów i krewnych. Podejrzewam, że uznała, iż potrzebuję męża. Ale wszyscy młodzi mężczyźni, którzy stawali na mojej drodze, nie dorastali Iskanowi do pięt. Nie zachowywali się z taką godnością. Nie opowiadali takich interesujących historii jak Iskan. Ich usta nie były tak czerwone, a ich śmiech nie był równie zaraźliwy. Nie patrzyli na mnie takimi samymi ciemnymi oczami. I nie wzniecali we mnie płomienia, tak jak to samą swoją obecnością robił Iskan. Obawiam się, że traktowałam tych wszystkich uczciwych i prawych młodzieńców z obojętnością i arogancją. Czy mieli mi do zaoferowania coś, czego nie mógł mi dać syn wezyra?

Teraz sobie myślę, że powinnam się wówczas wstydzić swojego zachowania, o ile w ogóle byłam jeszcze zdolna do takich uczuć. Zszargałam sobie reputację i kiedy moja matka w końcu dała za wygraną i przestała mnie ze sobą ciągnąć do znajomych rodzin, nie było już ani jednej kobiety, która chciałaby wydać swojego syna za wyniosłą córkę Malik-cho.

Jedyne, co robiłam dobrowolnie, to odwiedzanie źródła. Chodziłam tam codziennie, często kilka razy dziennie. Usuwałam każdy liść i źdźbło trawy wokół źródła. Udekorowałam Anji ładnymi białymi kamieniami. Często siedziałam na jej brzegu ubrana w zimową tunikę, owinięta kilkoma szalami i wpatrywałam się w przejrzystą wodę, rozmyślając o Iskanie i analizując każde nasze spotkanie. Myśląc o jego pocałunkach, czasami widziałam, że moje policzki płoną. Powiedział, że należę do niego i że wróci.

Źródło przeszło przemianę. Anji i ja zawsze miałyśmy wyjątkową relację. Matka śmiałaby się ze mnie, gdyby wiedziała, że tak myślę, ale to była prawda. Mojej babce dużo trudniej aniżeli mnie przychodziło zrozumienie źródła, interpretowanie wizji. Teraz jednak miałam wrażenie, że źródło się ode mnie odwróciło. Siedząc tuż obok, nie mogłam doszukać się tej nici porozumienia między nami. Anji nie była już mną zainteresowana. Siedziałam z ręką w lodowatej wodzie i próbowałam o coś pytać, lecz Anji nie odpowiadała. Czułam się tak, jakby Iskan i Anji mnie opuścili, i to mnie przyprawiało o rozpacz. Nie radziłam sobie z myślą, że straciłam ich oboje.

W następną pełnię księżyca byłam gotowa. Musiałam spojrzeć w wodę, żeby zobaczyć, czy zrozumiem, dlaczego Anji się ode mnie odwróciła. Miałam nadzieję, że pokaże mi Iskana, to kiedy wróci i jaka będzie nasza przyszłość. Najgorsze zimowe wiatry ustały i powoli zaczynało powracać ciepło. Niebawem miała nadejść prawdziwa wiosna. Iskan obiecał, że wtedy po mnie pośle.

Siedziałam w pełni ubrana