Namgay Doola - Rudyard Kipling - ebook
lub
Opis

Narrator odwiedza odległe małe górskie królestwo w Himalajach. Zostaje przyjęty przez króla, który mówi o swoich problemach z pewną zapalczywą rodziną, której głową jest Namgaya Doola, dziki rudowłosy góral, mający potomstwo tak dzikie, jak on sam. Kiedy trafia się ryzykowna praca, Namgay Doola wraz z dziećmi podejmuje się jej, ale jest zuchwały wobec władzy i podburza ludzi by nie płacili podatków. Jest także niebezpiecznym człowiekiem, którego nie można lekceważyć. Tę interesująca historie można poznać po przeczytaniu całego utworu. Zapraszamy do lektury! Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 39


 

Rudyard Kipling

 

Namgay Doola

 

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

  

Na język polski przełożył Jerzy Bandrowski.

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce:

 

Wydanie według edycji z roku 1923.

Zachowano oryginalną pisownię

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-478-7

 

 

Namgay Doola (pl)

 

Wygnaniec irski wysiadł na nasz brzeg,

Biedny, przemokły, że aż tłukł nim ziąb —

Zaledwie statek odwrócił swój bieg,

On już się z wójtem kłócił ząb za ząb.

 

Pieśń Amerykańska.

 

Był raz król, który mieszkał po drodze do Tybetu, bardzo wiele mil w głębi Himalajów. Królestwo jego znajdowało się na wysokości jedenastu tysięcy stóp ponad morzem, a liczyło dokładnie cztery mile kwadratowe, ale, stosownie do natury kraju, większa część tych mil stała pionowo. Dochody jego wynosiły chyba mniej, niż czterysta funtów rocznie, a szły na utrzymanie jednego słonia i armji stałej, liczącej pięciu ludzi. Był on lennikiem rządu indyjskiego, który użyczał mu pewnych kwot wzamian za utrzymywanie i naprawianie pewnego odcinka gościńca himalajsko-tybetańskiego. Prócz tego pomnażał swe dochody, sprzedając drzewo towarzystwom kolejowym; ścinał oto wielkie deodary w którymś ze swych lasów, a kloce z gromowym hukiem spadały do rzeki Sutledż, która niosła je na równie, położone o trzysta mil dalej, gdzie z nich robiono progi kolejowe. Od czasu do czasu ten król, na którego imieniu zresztą nikomu nie zależy, dosiadał jabłkowitego konia i jedzie dziesiątki mil do miasta Simli, aby pokonferować z wicegubematorem o sprawach swego państwa lub też zapewnić wicekróla, iż jego miecz jest zawsze do usług Królowej-Cesarzowej. Wtedy wicekról zarządzał honorowy werbel na bębnach, a jabłkowity koń i cała kawalerja państwowa — dwóch ludzi w łachmanach — wraz z heroldem, niosącym srebrne berło przed Królem, wszystko kłusowało z powrotem do swego kraju rodzinnego, leżącego między ogonem pnącego się w niebiosa lodowca, a ciemnym lasem brzozowym.

Otóż, od takiego króla, pamiętającego zawsze, iż posiada prawdziwego słonia i mogącego wyliczyć mi swych przodków na dwanaście wieków wstecz, ja, kiedy los zmusił mnie do wędrowania przez jego dominja, nie spodziewałem się niczego innego, jak tylko pozwolenia, żebym sobie żył dalej.

Noc zapadła wśród deszczu, a przewalające po stokach gór chmury zgasiły światła wiosek w dolinie. W odległości czterdziestu mil, nietknięty przez chmurę ani burzę, biały bark Douga-Pa — Góry Rady Bogów — dźwigał Gwiazdę Wieczorną. Szukając suchych grzęd na kolczastych drzewach, małpy przyśpiewywały sobie żałośnie, a ostatni powiew wiatru dziennego przyniósł z niewidzialnych wsi woń dymu mokrego drzewa, ciepłych placków, oroszonych zarośli i gnijących szyszek sosnowych. Oto prawdziwa woń Himalajów, a kiedy ta woń wejdzie raz w krew człowiekowi, to ten człowiek w końcu porzuci wszystko i wróci w góry, aby umrzeć. Chmury zemknęły się, woń pierzchnęła i nie pozostało na świecie nic, prócz przejmującej chłodem do szpiku kości białej mgły i huku rzeki Sutledż, pędzącej doliną pod nami. Nie chcąca umrzeć tłusto-ogoniasta owca zabeczała żałośnie u wejścia do mego namiotu. Szamotała się z prezesem ministrów i jeneralnym dyrektorem oświecenia publicznego, a była darem królewskim, przeznaczonym dla mnie i mej służby obozowej. Podziękowałem, jak przystało, i spytałem, czy nie mógłbym uzyskać posłuchania u króla. Premjer, włożywszy turban, który mu spadł z głowy podczas walki, zapewnił mnie, że królowi będzie bardzo przyjemnie zobaczyć mnie. Wobec tego posłałem mu dwie butelki na próbę, a kiedy owca przeszła w inne wcielenie, udałem się wśród deszczu do króla. Król wysłał swą armję z poleceniem eskortowania mnie, ale armja została na pogawędce u mego kucharza. Żołnierze są na całym świecie bardzo do siebie podobni.

Pałac — o czterech pokojach, pobielany, był domem z drzewa i gliny, najpiękniejszym w górach w promieniu marsza dziennego. Król ubrany był w purpurowy kaftan aksamitny, białe muślinowe szarawary i szafranowo-żółty kosztowny turban. Posłuchania udzielił mi w małym, dywanami wysłanym pokoju, wychodzącym na dziedziniec pałacowy, zajęty przez rządowego słonia. Wielkie zwierzę było omatulone i poprzywiązywane od trąby do ogona, a krzywizna jego grzbietu rysowała się imponująco na tle mgły.

Zastałem wprawdzie premjera i ministra oświaty, którzy mnie przedstawili, dwór jednak został odprawiony, ze względu na pokuszenie, w jakie uczciwość jego wwieść mogły dwie rzeczone już butelki. Kiedy się skłoniłem, król włożył mi na szyję wieniec z silnie pachnących kwiatów i zapytał, jak moja czcigodna obecność raczy się mieć. Odpowiedziałem, że dzięki przynoszącemu szczęście widokowi jego twarzy mgły nocne zmieniły mi się w blask słoneczny, a dzięki jego dobroczynnej owcy bogowie nie zapomną o jego dobrych uczynkach. Odrzekł, iż w następstwie tego, że stopą swą wspaniałą stanąłem na terytorium jego królestwa, zbiory będą prawdopodobnie o siedemdziesiąt procent obfitsze, niż zwykle. Odrzekłem, iż sława króla dotarta do czterech rogów ziemi i że narody zgrzytają zębami, słuchając codziennie hymnów o chwale tego królestwa i mądrości jego, podobnego do księżyca premjera i podobnego do lotosu ministra oświaty.

Następnie usiedliśmy na