Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 233 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 6 godz. 51 min Lektor: Leszek Filipowicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 6 godz. 51 min Lektor: Leszek Filipowicz

Opis ebooka Nakarmić wilki - Maria Nurowska

Maria Nurowska - jedna z najpoczytniejszych polskich pisarek, znana i ceniona w wielu krajach na świecie. Premiera jej każdej książki to wydarzenie. Jednak najnowsza powieść jest wyjątkowa. To niezwykła historia przyjaźni ludzi i wilków.
Kasia, absolwentka warszawskiej SGGW, przyjeżdża w Bieszczady, by zebrać materiał do pracy doktorskiej o wilkach. W stacji naukowej przebywają już Olgierd i Marcin. Trudy życia w prymitywnych warunkach sprawią, że tych troje, początkowo wobec siebie nieufnych, połączy prawdziwa przyjaźń, a z czasem pomiędzy dwojgiem z nich pojawi się coś więcej. Pierwsza nocna obserwacja wilków staje się początkiem wielkiej fascynacji Katarzyny, a kolejne, coraz bliższe spotkania z watahą sprawiają, że między dziewczyną a wilkami wytwarza się niemal mistyczna więź. W jej obliczu wszystkie miejskie rozczarowania tracą znaczenie.
Kasia angażuje się w obronę okrytych złą sławą zwierząt, sprowadza do pobliskiej wsi owczarki podhalańskie, mające odstraszać drapieżniki i trzymać je z dala od ludzkich zagród. W końcu wchodzi w drogę miejscowemu kłusownikowi, narażając własne życie.

Książka ta „pisała się" w mojej głowie od chwili, kiedy jako czternastoletnia dziewczynka wysiadłam na stacji Karwica Mazurska w Puszczy Piskiej. Ojciec objął właśnie leśnictwo w Karwicy, miałam zostać odebrana z pociągu, ale nikt na mnie nie czekał. Nie wiedziałam, że do wioski jest dobrych kilka kilometrów. Było jesienne popołudnie i ledwie ruszyłam przed siebie, nie bardzo wiedząc, czy idę w dobrym kierunku, zapadł zmierzch. W pewnej chwili zobaczyłam przed sobą kilka ciemnych sylwetek przecinających drogę. Znieruchomiałam, ale trzeba było iść dalej. Do samego domu wydawało mi się, że po obu stronach drogi widzę ogniki wilczych oczu, że wilki mnie prowadzą.
Maria Nurowska



Opinie o ebooku Nakarmić wilki - Maria Nurowska

Fragment ebooka Nakarmić wilki - Maria Nurowska

MARIA NUROWSKA

NAKARMIĆWILKI

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

O autorce

MARIA NUROWSKA

autorka powieści i dramatów. Wydala blisko trzydzieści książek, m.in.Postscriptum(1989, wznowione ostatnio pt.Wybór Anny), Hiszpańskie oczy(1990),Listy miłości(1991), sagęPanny i wdowy(1991-1993),Rosyjskiego kochanka(1996),Tango dla trojga(1997),Miłośnicę(1998),Niemiecki taniec(2000), opowieść biograficzną o Ryszardzie KuklińskimMój przyjaciel zdrajca(2004), trylogię ukraińską:Imię twoje…(2003),Powrót do Lwowa(2005),Dwie miłości(2006), oraz wspomnieniaKsiężyc nad Zakopanem(2006). W 2008 roku nakładem W.A.B. ukazała się książka biograficznaAnders,w 2009 – powieśćSprawa Niny S.Książki Marii Nurowskiej zostały przetłumaczone na szesnaście języków, w tym chiński i koreański. We Francji i w Niemczech były bestsellerami.

Copyright © by Maria Nurowska, 2010

Wydanie I 

Warszawa 2010

Dedykacja

Pamięci mojego Ojca, leśnika, dzięki któremu w wielu miejscach w Polsce szumią lasy

1

Pociąg miał spore opóźnienie, więc Katarzyna, wysiadając na małej otoczonej lasem stacji, obawiała się, że nikt już na nią nie czeka. Stała na peronie, rozglądając się bezradnie, kiedy w mroku zamajaczyły dwie zakapturzone postacie.

– Przesyłka z SGGW? – dobiegł ją męski głos wydobywający się spod kaptura.

– Jeśli ja mam być tą przesyłką, to tak – odpowiedziała.

– Witamy na pokładzie. Marcin jestem.

– Katarzyna.

– Olgierd – przedstawił się wyższy chłopak.

– Może wezmę twój plecak? – zaproponował niższy.

– Radzę sobie – odrzekła.

Szli peronem, który po odjeździe pociągu okryła nieprzenikniona ciemność. Katarzyna bardziej zgadła, niż odczytała na tablicy nazwę: Łupków.

– Co to za miejscowość ten Łupków – zainteresowała się, aby jakoś podtrzymać rozmowę.

– To miejscowość, gdzie diabeł mówi dobranoc – odparł niższy.

– W takim razie zapowiada się ciekawie – mruknęła.

– Czy ja wiem – w jego głosie było powątpiewanie – myśleliśmy, że dołącza do nas facet, dla dziewczyny warunki są raczej niefajne. Może lepiej byś się zakwaterowała w leśnictwie, oni tam mają pokoje gościnne.

– Wolę nasz dom.

– A byłaś kiedyś w tym naszym domu?

– Jeszcze nie.

– Więc się rozczarujesz, bo to drewniana chałupa, bez prądu i łazienki. Może się zdarzyć, że tyłek ci przymarznie w wychodku.

– Ale to mój tyłek – ucięła dyskusję.

Długą chwilę milczeli.

– Ona pewnie jest głodna – zwrócił się Marcin do swojego towarzysza. – Może wstąpimy do gospody?

– Ta ona ma imię – zareagowała gwałtownie – a poza tym nie jest głodna, zjadła kanapkę w pociągu.

– Coś taka nerwowa, koleżanko – rzekł ugodowo. – Głośno myślimy, jak wyjść z kłopotu.

– I ja jestem tym kłopotem?

– Jeśli mam być szczery, to tak. Tutaj dziewczyny raczej nie pomieszkują dłużej, jak powiedziałem, brak warunków.

– No to dla jasności, nic o mnie nie wiecie, jak ja nic nie wiem o was. I niech tak zostanie, niech każdy pilnuje własnego nosa. Mam takie samo prawo do tego miejsca jak wy. Przyjechałam zbierać materiały, a nie na wakacje.

– Jasna sprawa, koleżanko, tylko żeby nie było, że cię nie uprzedzaliśmy.

Rozmowa toczyła się cały czas pomiędzy Katarzyną i tym niższym, Marcinem, wyższy przez większość drogi się nie odzywał.

Pan małomówny – pomyślała.

Weszli do gospody, która mieściła się w murowanym domu z odpadającym tynkiem, nad drzwiami wisiał koślawy napis: Siekierezada. Wewnątrz było tłoczno i aż czarno od dymu, bo wszyscy tutaj kopcili. Przy jednym ze stolików siedział mężczyzna w kurtce moro z naszywką na prawym ramieniu „służba leśna” i rozmówca Katarzyny właśnie do niego podszedł; po chwili towarzysze leśniczego wzięli swoje kufle z piwem i przenieśli się do bufetu.

Koledzy Katarzyny zdjęli okrycia i wreszcie mogła zobaczyć, jak wyglądają. Ten wyższy, w golfie z owczej wełny, miał ogorzałą, pociągłą twarz, w której zauważało się przede wszystkim oczy o zaskakująco niebieskich tęczówkach. Oczy jastrzębia – pomyślała. Policzki i brodę pokrywał mu trzydniowy zarost. Jej rozmówca miał regularne rysy twarzy, był gładko ogolony, a kiedy się uśmiechnął, odkryła, że skądś zna ten uśmiech. No tak, to uśmiech amanta filmowego George'a Clooneya, tylko oczywiście w wersji odmłodzonej. Odebrał od Katarzyny kurtkę i powiesił na wieszaku, od razu wypatrzył futerał przy jej pasku.

– Nosisz multitoola?

– Może się przydać – odrzekła lekko speszona.

– Victorinox, dobrej klasy zabawka, chyba sporo kasy kosztowała?

– Prezent – mruknęła.

Kiedy zajęli miejsca, przyjrzała się leśniczemu. Był to mężczyzna w średnim wieku, nosił wąsy i krótko przystrzyżoną brodę, lekko szpakowate włosy opadały mu na kołnierz i aż prosiły się o fryzjera.

– Pani na długo do nas? – zagadnął.

– Trudno powiedzieć – odrzekła tonem zniechęcającym do dalszej rozmowy, ale on się jakoś nie zniechęcił.

– Turystycznie chyba nie, czas niesprzyjający – ciągnął – tylko patrzeć przyjdzie śnieg, ale to nie jest jeszcze śnieg pod narty. A poza tym, tutaj małe górki.

– Panie leśniczy, ona jest od nas – pośpieszył z wyjaśnieniem Klunej.

– Od was? – Na twarzy mężczyzny odbiło się zdumienie.

– No tak, będzie zbierała materiał naukowy. Pisze pracę doktorską.

– A pani leśnik jak pan Olgierd czy biolog jak pan Marcin? – spytał Katarzynę.

– Leśnik.

– Ale ta praca chyba nie o wilku?

– Właśnie o wilku mowa – zażartował Klunej.

– Dalibyście spokój – odpowiedział całkiem poważnie leśniczy – już dosyć narobiliście zamieszania w tym temacie.

– Co pan ma na myśli? – spytała z zaczepką w głosie Katarzyna. Nie spodobał jej się ton mężczyzny.

– Wy, tak zwani ekolodzy, robicie złą robotę, nie trzeba pchać łap do natury, bo natura sama wie, co i jak regulować.

– Tak to świetnie wyregulowała, że w latach siedemdziesiątych w Polsce wilków prawie nie było – obstawała przy swoim Katarzyna.

– No wtedy to nie natura, ale komuniści. A teraz poszło w drugą stronę. Wilk zwierz pojętny, wie, że człowiek mu nie zagraża, i pcha się, gdzie go nie proszą. Szanowna pani, jeszcze rok, dwa i te wasze pupilki zaczną żerować po śmietnikach niczym niedźwiedzie na Alasce.

– Więc co pan proponuje?

– Nie traktować ich jak święte krowy, przywrócić odstrzał.

– Czyli zabijać, tak? – spytała ostro.

Na to od bufetu oderwał się osobnik potężnej budowy i stając na rozkraczonych, krzywych nogach, przysunął twarz do Katarzyny; zionęło od niego przetrawionym piwem. Odniosła wrażenie, że on ma taką twarz, jakby nasunął na nią kaptur, i przyszło jej na myśl przezwisko Kapuza.

– Tępić to ścierwo jak tylko się da! Tępić i nie mieć litości, bo i ony nie mają!

– No, no, Waldek, daj spokój – wtrącił się leśniczy. – Tak też nie można.

– A dlaczego by nie? Że to się nie spodoba różnym pindom!

– Uważaj, co mówisz przy kobiecie! – rzekł ostro Olgierd.

Kapuza wydął pogardliwie usta.

– Kobieta to ma dupę i cycki, a tu kij od szczotki, i to ułamany, bo wzrostu Bozia nie dała…

Obaj towarzysze Katarzyny zerwali się od stolika, ale ona była szybsza, wystarczyły dwa chwyty i przeciwnik wylądował na ziemi.

W gospodzie zapanowała cisza, wzrok wszystkich skierowany był teraz na otyłego mężczyznę, który niezdarnie podnosił się z podłogi.

Kiedy szli do samochodu, Klunej powiedział:

– Nie wiedziałem, że znasz karate, trzeba z tobą uważać.

I na to odezwał się Olgierd:

– On ci tego nie daruje, a to słaby facet. Ktoś taki zwykle atakuje zza węgła.

Jeep mozolnie piął się stokówką, czyli leśną górską drogą, wydając wszystkie możliwe dźwięki, od grzechotania po odgłosy przypominające krajzegę.

– Skąd wytrzasnęliście ten wehikuł? – spytała.

Klunej się roześmiał.

– Uważaj, to landrover seria trzecia, poważna sprawa. Poza tym będziesz miała z Olgierdem na pieńku, jest jego oczkiem w głowie.

– Niewiele wozów daje sobie tu radę – odezwał się Olgierd znad kierownicy.

– A gdzie coś takiego można kupić?

– Od wojska, z demobilu.

– Nie myśl sobie, nasz koleś ściągnął to cacko aż z Danii – dodał Klunej.

– Z Danii? – zdziwiła się, ale już tego nie komentowała.

Światła samochodu wyławiały z mroku splątany gąszcz krzewów i połamanych gałęzi, widok był niesamowity i dawał przedsmak tego, jak będzie teraz wyglądało jej życie. Ale taką podjęła decyzję. Chce żyć w zgodzie z naturą, a to nie jest wcale proste. Oczywiście, mogłaby wybrać każdy inny temat pracy doktorskiej, mogłaby zaszyć się w rezerwacie w Kadzidłowie na Mazurach, była tam zresztą wiele razy, mogłaby też podeprzeć się badaniami innych i spokojnie napisać ten doktorat, ale nie o to przecież chodziło. Chciała poznać bohatera swoich badań w jego środowisku naturalnym i miała nadzieję, że jej się to uda.

– Jak przyjdą duże śniegi, nawet tą amfibią się nie wjedzie – odezwał się Klunej.

– Więc jak się poruszać? – spytała.

– Na nartach turowych jeździsz?

– Na biegówkach, ale Justyną Kowalczyk jeszcze nie jestem.

– Nawet jakbyś była, bez fok nie dałabyś rady pod górę.

Wiedziała, o czym Klunej mówi. Chodziło mu kawałki futra, które przyklejało się do spodów nart, żeby się nie ślizgały.

Jeep wjechał na sam szczyt zalesionego wzgórza i stanął przed drewnianą chałupą położoną na niewielkiej polance. Trochę niżej widoczne były pozostałości wymarłej łemkowskiej wsi, pojedyncze drzewa owocowe wyłaniały się spomiędzy wyniosłych jesionów i świerków. Klunej wyjaśnił jej, że chałupę zbudowano znacznie później, po wysiedleniu, ale mógł to być teren jednego z dawnych gospodarstw.

– Witamy na Harhajce – powiedział, kłaniając się jej nisko.

– Na Har… co? – spytała.

– Harhajce – powtórzył. – To nasze centrum badawcze.

– Skąd taka nazwa?

– Z dawna Polski, jak tu mówią.

Katarzyna uśmiechnęła się i już o nic nie wypytywała.

Weszli do środka. Jej oczom ukazało się dość obskurne wnętrze ze zbitymi z desek sprzętami i glinianym piecem, przykrytym stalową płytą, na której gotowało się i grzało wodę. Nad piecem zainstalowano prowizoryczną suszarkę z drewnianych patyków i sznurka, suszyły się na niej kurtki, skarpety, nawet buty. Piec spełniał także kilka innych funkcji, przez otwarte żelazne drzwiczki oświetlał pomieszczenie i zastępował kominek.

Zdziwiła się na widok wiszących pod sufitem, na sznurku wypakowanych płóciennych toreb. Wyjaśniono jej, że to rodzaj spiżarni, do której nie mają dostępu popielice, czyli małe myszowiewiórkopodobne stworzenia, zdolne schrupać wszystko, co nie jest zamknięte w stalowej puszce.

– Pilnujemy, aby ogień nie wygasł, zawsze któryś z nas zostaje, gdy trzeba wyjechać na dłużej. Pełnimy na zmianę dyżury, ty też będziesz do tego włączona – objaśniał Klunej.

– W porządku. A skąd bierzecie wodę?

– Zaraz za domem płynie potok, mamy tam swoją kładkę, z której także zmywamy naczynia, oczywiście piaskiem. Tylko pamiętaj, do picia czerpiesz wodę wyżej, niż zmywasz.

– Może i jestem blondynką, ale bez przesady – odpowiedziała urażona.

Zaprowadził ją potem na górę, gdzie znajdowały się dwa boksy przedzielone cienką ścianką, z drewnianymi półkami zamiast łóżek. Jeden z tych boksów miała objąć w posiadanie.

– Kto zajmuje drugi? – była ciekawa.

– Olgierd.

Więc chyba w tej watadze on jest alfą – pomyślała. Kim jest w takim razie Klunej? Kim będzie ona, pewnie się wkrótce okaże.

– A ty, gdzie się podziejesz? – spytała z niemiłym uczuciem, że wygryzła go z dotychczasowego miejsca.

– Na dole. – Widząc jej minę, dodał tonem usprawiedliwienia: – Tam przynajmniej da się czytać przy ogniu, oszczędność na świecach i nafcie.

Warunki raczej spartańskie – myślała, układając się w śpiworze na swojej półce. Olgierda nie było obok, na dole też nie słyszała żadnych rozmów, tylko trzask polan, które Klunej podkładał do ognia.

A swoją drogą uczelnia, nie najbiedniejsza przecież, mogłaby sypnąć trochę groszem i zafundować swoim pracownikom agregat prądotwórczy. W końcu żaden wydatek, a o ile łatwiejsze byłoby tutaj życie.

Zmęczona podróżą, wkrótce zasnęła. Obudziło ją szarpnięcie za ramię. W mroku majaczyła czyjaś twarz.

– Ruszamy w teren. – To był głos Olgierda. – Dołączysz?

– A która godzina? – spytała na wpół przytomnie.

– Dochodzi trzecia. Więc jak, idziesz?

– Jasne, zaraz do was zejdę.

Na dole pachniało kawą, którą obaj pili, siedząc przy drewnianym stole, parujący kubek czekał też na nią. Wolałaby herbatę, ale wypiła kawę bez szemrania.

Tym razem usiadła na przednim siedzeniu, obok Olgierda, który z pewnymi trudnościami uruchomił silnik.

– Wy łaś już kiedyś? – spytał.

– Próbowałam w Białowieży, ale wilki nie dały się nabrać, nigdy nie przychodziły.

– To kwestia wprawy – odrzekł – i warunków pogodowych. Jak jest wiatr, one mogą cię nie usłyszeć, szczególnie latem, zimą lepiej się niesie, śnieg nawet przy niewielkim mrozie odbija dźwięki.

– Ale chyba trzeba mieć uzdolnienia wokalne – powiedziała.

Obaj się roześmiali.

– Las nie opera, a wilki nie publiczność – stwierdził Klunej.

– A ja myślę, że to publiczność, w dodatku bardzo wybredna.

– Jak się daje nabierać na nasze barytony, nabierze się i na twój sopran, zobaczysz – pocieszył ją.

Zaparkowali jeepa na leśnej drodze i ruszyli gęsiego w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do swoich eksperymentów.

– Wilgotno, będzie chyba kiepsko słychać – stwierdził Olgierd.

Po chwili odezwało się pojedyncze wycie. Trwało zaledwie kilka sekund, ale było czymś tak innym od tego, co już znała, że ciarki przeszły jej po plecach. To był najprawdziwszy zew wilka żyjącego na wolności. Łzy napłynęły pod powieki, cieszyła się, że jest ciemno i koledzy nie są świadkami jej wzruszenia, mogliby się potem z niej naśmiewać.

Wycie powtórzyło się kilkakrotnie i trwało dłużej, około minuty, może nawet dwóch.

– Jest sam – wyszeptał Olgierd – szuka zaczepki.

I wkrótce odezwały się inne wilki. Najpierw odpowiedział pojedynczy niski głos, z pewnością samca, po kilku sekundach dołączył drugi, a po chwili zawtórowała cała grupa. Jeden z głosów był wyraźnie wyższy i nagle w połowie się załamał.

– Dziewczyna – mruknął Olgierd – twoja koleżanka. Może jej odpowiesz?

Katarzyna poczuła nagłą tremę, więc on odpowiedział i ta odpowiedź została potraktowana poważnie zarówno przez samotnika, jak i całą watahę, z obu stron nadeszło ostrzeżenie: my teraz rozmawiamy, odczep się.

– To musi być ten kuternoga, który zabija psy we wsi – stwierdził Klunej. – Może chce dołączyć do stada.

– I dostał odpowiedź, że nic z tego – sarknął Olgierd.

Skąd oni to wszystko wiedzą – pomyślała z zazdrością.

A spektakl dopiero się zaczynał. Samotnik odpadł w przedbiegach i na placu boju pozostała wywołana wataha i ludzie. Wyli teraz obaj, na zmianę, Olgierd i Klunej, a wilki im odpowiadały z coraz to mniejszej odległości. W pewnym momencie Olgierd dał sygnał do odwrotu i wszyscy troje pędem ruszyli w stronę jeepa.

– Na moje ucho wataha liczy pięć sztuk – powiedział Olgierd, gdy już siedzieli w samochodzie. – Skądś przywędrowała. Tamta, z zeszłego tygodnia, była bardziej liczna.

– Może się podzieliła? – głośno myślał Klunej.

W ciągu kolejnych dni jeszcze kilka razy wyjeżdżali na nocne rozmowy z wilkami, jak to Katarzyna nazywała. I wreszcie nadszedł taki moment, kiedy zdecydowała się włączyć do chóru. Nie powinna dłużej zwlekać, bo wilki, zwierzęta wędrowne, w każdej chwili mogły stąd odejść.

Wiedzę teoretyczną miała w małym palcu, wiedziała, że wycie to niejedyny sposób porozumiewania się wilków między sobą. W zależności od sytuacji radość ze spotkania, uległość, pogróżkę wilki wyrażają piskiem, skomleniem, groźnym warczeniem, które aż gotuje się w gardle. Szczekanie na przykład rozlega się najczęściej, gdy w pobliżu nory lub szczeniąt pojawia się intruz.

– Wyjesz czy nie? – ponaglił ją Klunej.

– Wyję – odrzekła zdecydowanie i osłaniając dłońmi usta, wydała z siebie dźwięk, który ćwiczyła wiele razy i który teraz w połowie się załamał.

– Jak prawdziwa wadera – uśmiechnął się Olgierd. – Próbuj dalej.

I stało się, wilki odpowiedziały na jej zew i Katarzynę ogarnęła euforia, chciało jej się krzyczeć, tańczyć, a może nawet płakać z radości. Oto przeszła chrzest bojowy, od tej chwili mogła o sobie myśleć, że jest poważnym badaczem wilczych zwyczajów.

Do domu wrócili nad ranem, wilki wyją bowiem o ustalonych porach: między trzecią a piątą rano albo między ósmą wieczorem a północą, i zwykle się tego czasu trzymają, mimo że nie znają się na zegarku.

Katarzyna i Olgierd zasiedli za stołem, a Klunej podłożył do ognia i nastawił czajnik, krzątał się po izbie, która spełniała rolę kuchni, salonu i łazienki zarazem. Za kolorową zasłonką stała na stołku duża emaliowana miednica, a obok niej na podłodze wiadro z wodą i ogrodowa konewka.

– Co wy tu podlewacie? – spytała zdziwiona tym widokiem.

Oni spojrzeli po sobie.

– Kochana, to jest poważna sprawa, to nasz prysznic – wyjaśnił Klunej.

Trzeba przyznać, że jak na tak prymitywne warunki, nieźle wszystko urządzili. Na ścianie wisiała półka, gdzie stały przybory toaletowe, oczywiście żadnych dezodorantów, tylko szare mydło, aby obce zapachy nie drażniły wilków. Ilekroć Katarzyna wchodziła za zasłonkę, rzucały jej się w oczy trzy plastikowe kubki, a w nich trzy szczoteczki do zębów, i zawsze ją to bawiło: jak w przedszkolu – myślała. Obok półki było przymocowane lusterko, przed którym koledzy się golili, a ona mogła się w nim przejrzeć.

Klunej postawił na stole kubki z herbatą, była gorąca i Katarzyna czuła, jak po całym ciele rozchodzi się przyjemne ciepło.

– Szacun, koleżanko, bez dwóch zdań – powiedział, siadając naprzeciw niej – myśleliśmy, że dasz stąd nogę po paru dniach, a wytrzymujesz kolejny tydzień.

– I mam zamiar wytrzymać do końca.

– Do końca? To znaczy?

– To znaczy dotąd, aż zrealizuję swoje wszystkie cele – odrzekła z powagą.

Klunej przeciągle zagwizdał.

– Ambitna jesteś. Uprzedzam cię tylko, że jak przyjdą większe mrozy, będziemy się musieli ewakuować. W zeszłym roku mieliśmy przerwę od połowy grudnia do końca marca.

– Może w tym roku nie będzie większych mrozów – powiedziała z nadzieją w głosie.

– Nie liczyłbym na to.

– Ale przecież jak się pali w piecu, jest ciepło.

Klunej zaprzeczył ruchem głowy.

– Ściany są cienkie, nieocieplone, to właściwie letni dom.

– Trudno. Przynajmniej się porządnie wyszoruję i pooglądam sobie telewizję. Wy pewnie też.

– Ja nie mam telewizora – odezwał się milczący dotąd Olgierd.

– Ale światło chyba masz? – zaniepokoiła się.

– Światło tak – odparł.

– Wiem, że Kluni jest z Warszawy, jak ja, a gdzie ty mieszkasz? – Skoro Olgierd włączył się do rozmowy, skorzystała z okazji, żeby się czegoś o nim dowiedzieć.

– Na Pogórzu Przemyskim.

– Ale z tego Pogórza komunikujesz się ze światem? Wiesz, co jest trendy, a co nie jest? Czy coś ci mówi nazwisko Cichopek, Katarzyna Cichopek?

– Nic mi nie mówi – mruknął.

– A Kuba Wojewódzki?

Olgierd pokręcił głową.

– To są ikony początku tego wieku – wyjaśniła. – A potrafisz wymienić jakieś nazwisko na czasie?

– Marina Cwietajewa.

Ta odpowiedź zbiła ją z tropu. Marina Cwietajewa była chyba nieżyjącą już rosyjską poetką.

2

Tego dnia wypadał jej obchód z Klunejem, koledzy mieli między sobą taką umowę, że teren badawczy Olgierda przypadał we wschodniej, a Kluneja w zachodniej części. Prowadząc badania, wymieniali się informacjami i choćby z tego powodu podział miał sens, nie dublowali swojej pracy, a obaj byli bardzo dokładni. Nie oznaczało to oczywiście, że skupiali się jedynie na swojej części, znakomicie znali cały teren, w przeciwieństwie do niej. Mimo że dużo słyszała o tym miejscu, w Bieszczady wybrała się po raz pierwszy. Przedtem zajmowała się badaniami w Puszczy Białowieskiej i lasach Roztocza.

Tutaj była więc nowicjuszką i na razie występowała w roli osoby towarzyszącej. Koledzy obiecali jej, że dostanie swój odcinek, kiedy obaj uznają, że może już sama poruszać się po lesie. Właściwie powinno się chodzić dwójkami, ale doświadczenie uczyło, że znacznie więcej można zaobserwować w pojedynkę.

Olgierd podrzucił ich w miejsce, gdzie zaczynał się transekt Kluneja, czyli ściśle wyznaczony teren do badań. Była to ścieżyna wydeptana prawdopodobnie przez dzikie zwierzęta i prowadziła w las.

– Olgierd, jak Indianin, widzi wszystko, nawet bez śniegu, a mnie o wiele trudniej tropić na liściach – powiedział Klunej – ale może napotkamy jakieś bobki. Mamy też tutaj kilka potoków i powinny być tropy na błocie przy poidłach.

Katarzyna kiwnęła głową na znak, że przyjęła to do wiadomości. Była bardzo przejęta, starała się uważnie słuchać, co Klunej mówi, i jednocześnie zapamiętywać teren. Wiedziała, że jeśli wszystko opanuje, będzie mogła pracować sama.

Wkrótce natknęli się na miejsce, które wyglądało, jakby ktoś wymiótł z niego ściółkę, był to pas mający około metra szerokości. Klunej z uradowaną miną przyklęknął i w skupieniu zaczął badać ślady. Katarzyna podejrzewała, co to może być, ale czekała na reakcję kolegi.

– Spore stadko, na co stawiasz? – spytał.

Udała, że intensywnie myśli.

– Na żubry – wypaliła wreszcie.

Wyraźnie zaskoczyła go ta odpowiedź, zdaje się, że przygotowywał dla niej cały wykład.

– Widywałam coś takiego w Białowieży.

– To mnie zastrzeliłaś – odrzekł. – Całkiem nieźle, koleżanko, mówimy o stadku michowskim, około dwudziestu sztuk.

Kiedy powędrowali dalej, Katarzyna spostrzegła, że Klunej przygląda się z uwagą owadom i jesiennej roślinności, ale uznała to za naturalne, bo z wykształcenia był przecież biologiem.

– Widzę, że interesują cię rośliny – powiedziała, aby podtrzymać rozmowę.

– Obok zoologii moim konikiem jest botanika. – Wskazał mały krzew, który przypominał sadzonkę bzu lilaka. – Kojarzysz to? – spytał.

Katarzyna uważnie przyjrzała się roślinie.

– To chyba wawrzynek wilcze łyko.

- Daphne mezereum,uwielbiam tę nazwę – odrzekł. – Masz rację, to wawrzynek.

– Czy on przypadkiem nie jest trujący?

– Troszeczkę – odparł z szelmowskim uśmiechem starego alchemika.

O Olgierdzie nie miała jeszcze sprecyzowanego zdania, ale czuła, że z Klunejem na pewno się zaprzyjaźni.

Wędrowali już kilka godzin, mijając potoki, przy których napotykali tropy. Po incydencie z żubrami Klunej wyraźnie zrezygnował z przepytywania jej i sam objaśniał ślady, pokazując różnice pomiędzy jeleniem, dzikiem i sarną.

Z jaru wyszli teraz na bardziej wydeptaną ścieżkę, którą z pewnością chodzili ludzie.

– Przejdźmy jeszcze kawałek, tam jest kłoda – powiedział – można usiąść, zrobimy sobie postój i coś przetrącimy.

Katarzynie podobał się pomysł przerwy śniadaniowej. Podziwiała Kluneja, wyglądało na to, że zna ten teren na pamięć, co pozwalało mu precyzyjnie zaplanować obserwację. A ona musiała się tego jeszcze nauczyć.

Po kilku minutach marszu na niedużej polanie zauważyli rzędy uli, wokół których kręciły się pszczoły. Klunej od razu stał się czujniejszy, pomyślała, że może boi się pszczół.

– Czy coś się stało? – spytała.

– Nie – odpowiedział. – Głodny jestem.

Ale wydawało jej się, że kryje się za tym coś więcej. Mijali właśnie pasiekę, kiedy powstrzymał ją ruchem ręki. Na załamaniu ścieżki zobaczyła duży, czarny kształt, który Klunej musiał zauważyć już wcześniej, stąd jego dziwna reakcja. Czujność… Tego też się muszę nauczyć – przebiegło jej przez myśl.

Niedźwiedź zmierzał wprost w kierunku uli i był chyba tak zaaferowany, że ich nie zauważył. Katarzyna spojrzała pytająco na kolegę; gdyby była sama, rzuciłaby się do ucieczki, lecz on gestem nakazał jej spokój. Potem chwycił ją za ramię i niemal wepchnął pomiędzy dwa rosnące obok ścieżki krzewy dzikiej róży. Poczuła, jak kolce wbijają się w materiał kurtki. Przykucnęli teraz i czekali, co się dalej wydarzy. Nie była pewna, czy to dobry pomysł. Gdyby niedźwiedź zdecydował się zaatakować, mieliby stąd utrudnioną ucieczkę. Jednak w tej sytuacji musiała zaufać Klunejowi, nie miała innego wyj ścia.

Ciągle byli blisko ścieżki. Katarzyna usłyszała stąpanie i ciężki oddech zwierzęcia, jednocześnie uderzył ją specyficzny zapach, mieszanka mokrego futra i niezidentyfikowanego smrodu. Spojrzała na Kluneja, a on tylko pokiwał głową. Zrozumiała, że poczuł to samo już wcześniej.

Była naprawdę przerażona, przed oczyma przelatywały jej obrazy ostatnich dni, zupełnie jakby się żegnała z życiem.

Ciekawie się zaczęło – pomyślała – a może się tak skończyć.

Niedźwiedź przeczłapał ścieżką i nagle się zatrzymał, Katarzyna wyraźnie widziała jego ciemnobrązowy zad, a bijący od niego odór był nie do zniesienia. Zwierzę stojące w odległości około dziesięciu metrów od nich podniosło głowę i pijanym ruchem obracało nią w lewo i w prawo, widocznie łapiąc wiatr.

Klunej położył palec na ustach. Wydawało jej się, że to wszystko trwa wieczność, że niedźwiedź się zaraz odwróci i ruszy na nich. Ale po chwili skierował się w stronę pasieki.

Jej towarzysz powiedział szeptem:

– Wycofujemy się.

Chciała wstać, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa i musiał ją wyciągać z tych krzaków.

– Kończymy na dzisiaj – rzekł spokojnym głosem, jakby nic się takiego nie wydarzyło. – Należy powiadomić leśniczego, że jest tu niedźwiedź. Trzeba go stąd przepędzić, bo zdemoluje pasiekę.

Ten facet chyba nie ma nerwów – pomyślała.

Następnego dnia koledzy Katarzyny udali się w teren po próbki do badań laboratoryjnych, czyli inaczej mówiąc, zbierali wilcze odchody, a jej przypadł obowiązek podtrzymywania ognia, gdyż nie ma nic gorszego jak powrót po długiej, wyczerpującej wędrówce do wyziębionego domu.

Po wyj ściu chłopaków dorzuciła kilka polan do pieca i rozsiadłszy się za stołem, wyjęła swoje papiery. Zamierzała sporządzić grafik zajęć na najbliższe tygodnie, a plany miała ambitne. Zależało jej nie tylko na zebraniu materiałów do pracy naukowej – sama z siebie postanowiła pogodzić mieszkańców okolicznych wsi z wilkami i miała wielką nadzieję, że jej się to uda.

Katarzyna, jeszcze będąc studentką, zaangażowała się w ruch ochrony lasów. W Puszczy Białowieskiej, gdzie prowadziła badania, natknęła się na kilka watah wilków. Zaczęła je bacznie obserwować i doszła do wniosku, że gdyby nie ich obecność, młode drzewka byłyby niemal doszczętnie objedzone przez sarny, jelenie i dziki. I dotarło do niej z całą siłą, że prawo do życia wilków to jednocześnie walka o las.

Teraz westchnęła i zaczęła układać pytania do swojej ankiety:

1) Czy kiedykolwiek widziałeś wilka na wolności?

A czy ja widziałam takiego wilka? – spytała samą siebie. Odpowiedź musiała być niestety negatywna. Tylko je słyszała, prowadziła dialog, odpowiadały na jej głos, co uznała za niezwykle ekscytujące, nigdy jednak nie stanęła z nimi oko w oko. A to było jej największe marzenie, które mogło zostać niezrealizowane. Olgierd już od siedmiu lat badał życie i zwyczaje tych zwierząt, czasami nawet mignęły mu z daleka, ale to nie to samo co bliskie spotkanie. Opowiadał, że kiedyś z grupą studentów przywołali dość liczną watahę, wilki biegły środkiem szosy i wyraźnie słychać było stukot ich pazurów o asfalt. Wszyscy mieli takiego pietra – śmiał się. A ty? – spytała. Ja wiedziałem, że do nas nie podejdą – odrzekł. Nie była do końca przekonana, czy Olgierd mówi prawdę. To znaczy wilki pewnie by nie podeszły, lecz strach w takiej sytuacji jest czymś naturalnym. Ona też by się pewnie bała, mimo to chciałaby, żeby mogli sobie z wilkiem spojrzeć w oczy. Tylko na jedną chwilę.

2) Czy uważasz ochronę wilka (gatunkową) za słuszną?

3) Czy twoim zdaniem wilk powinien znaleźć się na liście gatunków łownych?

4) Czy twoim zdaniem wilk jest szkodnikiem w gospodarstwach hodowlanych?

5) Czy uważasz, że wilk w obecnej chwili narusza równowagę ekosystemu (narusza klimaks)?

6) Czy popierasz decyzję MŚ o wstrzymaniu odstrzału wilków w Bieszczadach?

Była bardzo ciekawa, jakie będą odpowiedzi jej ankietowiczów. Miała cichą nadzieję, że procent tych nieprzychylnych wilkom nie będzie miażdżący.

Pod koniec października sypnęło śniegiem i zaczęły się prawdziwe kłopoty z łącznością ze światem; zwykła wyprawa po zakupy zajmowała teraz pół dnia, szczególnie powrót, kiedy to zamiast jazdy było mozolne człapanie na nartach, ale bez nich zapadało się po kolana.

Tego ranka Katarzyna uparła się, że zjedzie sama na dół, mimo że koledzy ją od tego odwodzili.

– Poradzę sobie – powiedziała tym swoim tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Jak się zakopiesz, nikt ci nie pomoże – perswadował Klunej.

Olgierda przy tej rozmowie nie było, nie wrócił jeszcze ze swojego porannego obchodu lasu. Ostatnie dni wszyscy troje spędzali bardzo pracowicie, bo prawdziwe tropienie wilków zaczyna się z pierwszymi opadami śniegu. Dobrze, gdy jego pokrywa nie przekracza pięciu-dziesięciu centymetrów, jeszcze lepiej, kiedy po niedużych opadach przez kilka kolejnych dni śnieg nie pada w ogóle, a jeśli w tym czasie temperatura waha się od zera do pięciu stopni, to już pełnia szczęścia, którą nazywają ponową. Trzeba wtedy przespacerować się wszystkimi poznanymi wcześniej drogami, szlakami i ścieżkami. Wilki często wybierają na swoje wędrówki przetarte drogi, bo jak mawia Klunej, są leniwe i idą na łatwiznę.

Katarzyna zjechała całkiem nieźle. Gdy dotarła do sklepu, dochodziła jedenasta, droga na dół zajęła jej trochę ponad pół godziny, toteż na powrót powinna przeznaczyć przynajmniej dwie. O tej porze roku robi się ciemno około czwartej, kiedy więc się okazało, że w tutejszym sklepie oprócz żywności jest tylko najtańszy proszek do prania i pasta do zębów, postanowiła pojechać autobusem do oddalonej o piętnaście kilometrów Komańczy i tam zrobić większe zakupy. Sprawdziła rozkład jazdy, powinna być z powrotem około drugiej, a zatem bez przeszkód mogła wrócić do siebie przed zmrokiem.

Komańcza była bieszczadzką ni to wioską, ni to miasteczkiem z główną ulicą, przy której rozlokowały się wszystkie ważniejsze instytucje, jak gmina, nadleśnictwo, posterunek policji i dyżurka GOPR-u. W jednej z bocznych uliczek, obok sklepu spożywczego, odnalazła aptekę i zrobiła najważniejsze sprawunki. Aptekarz, łysy mężczyzna w okularach, uważnie jej się przyglądał, w końcu powiedział:

– Pani nietutejsza? Turystycznie?

– Można tak powiedzieć – ucięła.

Zauważyła, że do plastikowej torby z zakupami dokłada jakieś prospekty.

– Co to jest? – spytała.

– Informacja o nowych seriach kosmetyków, dorzuciłem też pani kilka próbek.

Katarzyna potrząsnęła głową.

– Dziękuję bardzo, ale jestem alergiczką. – Nie miała zamiaru tłumaczyć, że w najbliższym czasie będzie skazana jedynie na zwykłe mydło.

W sklepach były kolejki i niestety spóźniła się na autobus, następny odjeżdżał dopiero za cztery godziny. Zrezygnowana włóczyła się po Komańczy, potem wstąpiła do restauracji, żeby coś zjeść. Było pusto, tylko w rogu kilku mężczyzn popijało piwo. Podeszła kelnerka i Katarzyna zamówiła danie firmowe: gołąbki w sosie pomidorowym. Nie spodziewała się wiele po tym zamówieniu, ponieważ zdążyła już poznać knajpiane jedzenie na prowincji. I tu niespodzianka: wszystko było świeże i bardzo smaczne, zupełnie jak z domowej kuchni. Od razu poprawił się jej humor. Nieważne, że będzie wracała po ciemku, dla niej to nie pierwszyzna. Co jej może grozić, drogi nie zgubi, bo jest tylko jedna w wąwozie, niedźwiedź też nie zaatakuje, o tej porze miśki już śpią. A zresztą przeszła chrzest bojowy.