Wydawca: Burda Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 269 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Największe kłamstwa naszej cywilizacji - Beata Pawlikowska

Czasem myślę, że ludzkość w naszej części świata zatraciła się w pogoni za zyskiem. Wyprzedała wszystkie swoje diamenty, w zamian przyjmując tanie, plastikowe paciorki w hurtowych ilościach. Prawda zagubiła się w dżunglach bilansów zysków i strat. A my zostaliśmy w dżungli śmieci, na które ciągle ktoś nakleja kolorowe nalepki, żeby je lepiej sprzedać. Soki owocowe w kartonach, kremy przeciwsłoneczne z filtrem, przemysłowe hodowle mięsa, suplementy diety, syrop glukozowo-fruktozowy, biały cukier, aspartam, glutaminian sodu, oleje roślinne, alkohol, margaryna. Witaj w świecie wielkich kłamstw.

Opinie o ebooku Największe kłamstwa naszej cywilizacji - Beata Pawlikowska

Cytaty z ebooka Największe kłamstwa naszej cywilizacji - Beata Pawlikowska

Witaminy znajdują się w owocach i warzywach. Kropka. Nie istnieje sposób, żeby witaminę C wyciągnąć z pomarańczy i przełożyć do tabletki. Wiem, ja też byłam zdziwiona kiedy to sobie uświadomiłam. Myślałam, że witamina C w tabletkach to po prostu łatwiejszy sposób zażywania tego samego, co się znajduje w pomarańczy.
Wyobraź sobie, że do Europy przyjeżdża olbrzym i postanawia zbadać ludzkie domy. Bierze wielki nóż i rozkraja dom na kawałki. Pewnego dnia ogłasza: – Jedną z najbardziej użytecznych części domu jest balkon. Kupujcie balkony! I rozpoczyna hurtową produkcję balkonów w takim kształcie, jak odciął je nożem od budynków. Ale przecież balkon to
przecież lokomotywa nie jedzie zawsze po idealnie płaskim gruncie. Czasem musi się wspinać na wzgórza i wtedy będzie spalała więcej węgla. Czasem będzie mróz i wtedy też zużyje więcej paliwa. I z kaloriami jest tak samo!!!
Czy wiesz, że jedna czwarta zjadanych przez ciebie kalorii jest zużywana przez twój spokojny umysł? Czy wiesz, że kiedy intensywnie myślisz, rozwiązujesz problem, tworzysz, śpiewasz, liczysz, czytasz, analizujesz, to twój umysł zaczyna pracować na zwiększonych obrotach i potrzebuje wtedy jeszcze więcej energii niż to
Składniki odżywcze są zawarte tylko i wyłącznie w produktach stworzonych przez naturę. Składniki odżywcze mają też oczywiście kalorie, ale są to kalorie idealnie przystosowane do zasilania twojego ciała w energię. To są kalorie biologicznie czynne i w 100% kompatybilne z twoim organizmem.
W żywności preparowanej przez człowieka też są kalorie, ale to są kalorie biologicznie martwe. To znaczy, że obciążają twój organizm zamiast go zasilać. Przynoszą ci tłuszcz, cukier i węglowodany, ale w postaci, jaka jest dla twojego organizmu nieprzyswajalna i
Oto lista dodatków powszechnie stosowanych w produkcji żywności, które mają takie samo działanie jak glutaminian sodu, ponieważ są zrobione na jego bazie: autolizowane drożdże kwas glutaminowy glutaminian monopotasowy glutaminian monosodowy proteiny (białka) teksturowane drożdże spożywcze kazeinian wapnia kazeinian sodu ekstrakt z drożdży hydrolizowane białko (proteiny), hydrolizat białkowy żelatyna. To nie wszystko. Oto lista składników powszechnie dodawanych do żywności, które prawie zawsze zawierają glutaminian sodu albo wyzwalają powstanie glutaminianu sodu podczas obróbki: naturalny aromat, aromat, aromat identyczny z naturalnym bulion cokolwiek modyfikowane enzymatycznie koncentrat białkowy białka roślinne enzymy, proteazy (enzymy proteolityczne) przyprawy sos sojowy białko sojowe, koncentrat białka sojowego izolat białka sojowego słód jęczmienny mleko w proszku pektyna kwas cytrynowy maltodekstryna ekstrakt słodowy wszystko, co jest pasteryzowane [4] i ultrapasteryzowane (UHT) skrobia kukurydziana karagen [5] .
jest rafinowany, czyli sztucznie zmieniony za pomocą chemicznych procesów, do których używa się nasyconego wodorotlenku wapnia, formaldehydu i innych syntetycznych substancji, które nie są obojętne i nie są tam po to, żeby wspierać naturalne procesy zachodzące w roślinach, ale wprost przeciwnie – te chemiczne związki w aktywny i agresywny sposób zamieniają naturalną substancję
Natura jest właśnie takim dobrym piekarzem. Zestawia ze sobą idealnie dobrane składniki, łączy je i przykrywa naturalnym opakowaniem, żeby się nie rozpadły. A co robi człowiek? Przychodzi, rozrywa opakowanie, rozsypuje składniki i chce je po swojemu mieszać na nowo. I tak właśnie tworzy trucizny. Na przykład biały cukier.
Ten cukier już nie jest tym, co zostało stworzone przez naturę. Ale nie jest też produktem, który wydawałby się atrakcyjny potencjalnemu klientowi. Dlatego zostaje wybielony za pomocą kwasu fosforowego i wodorotlenkiem wapnia, czyli wapnem gaszonym używanym w budownictwie.
fabryce wlewa się go więc do „wielofunkcyjnej wyparki”, czyli maszyny o kilku zbiornikach, gdzie sok zostaje zagęszczony poprzez odparowanie wody. Uzyskany w ten sposób syrop jest wrzucany do krystalizatorów, gotowany, wirowany, moczony i suszony. Tak powstaje surowy cukier, który oczywiście wcale nie jest biały, tylko brudnobrązowy.
cukier używany do robienia batonów, ciastek i innych słodyczy, to syntetyczny robot uzyskany w wyniku wielu procesów chemicznych. Nie ma nic wspólnego z naturalnym słodkim sokiem zawartym w buraku cukrowym albo trzcinie. Bo ten naturalny słodki sok stworzony przez naturę został tak zaprojektowany, żeby był przyjazny dla twojego organizmu. A syntetyczny robot wprowadzony do twojego organizmu wali po twoich wnętrznościach żelaznymi buciorami i zmusza twój organizm do nietypowego zachowania, którego skutki są bardzo szkodliwe.
Przeczytaj na etykiecie z czego składa się twoja czekolada. Głównie z białego cukru i syropu glukozowo-fruktozowego. Więc kręcisz się w kółko. Coraz więcej cukru, coraz więcej zmęczenia i braku sił. Jeszcze jeden baton, jeszcze jedno złudzenie chwilowej radości, a potem lecisz w dół na łeb, na szyję, do poprzedniego stanu depresji i smutku.
Zobacz co się dzieje z dziećmi. Nie są w stanie skoncentrować uwagi, są na zmianę agresywne i apatyczne, nie umieją się uczyć, nie zapamiętują ważnych informacji, wydają się nieopanowane, chaotyczne, irracjonalne. Sprawdź co jedzą. Idę o zakład, że odżywiają się głównie rzeczami zawierającymi biały cukier. Bo cukier jest teraz wszędzie, nie tylko w cukierkach. Zajrzyj na etykiety takich produktów jak płatki śniadaniowe, jogurt, serek, deser galaretka, keczup, zupa w kartonie albo w proszku, sok
wyeliminowałaś tylko oficjalny cukier, a wciąż zjadasz go w ogromnych ilościach w ukrytej postaci? W takich właśnie „ciasteczkach bez cukru”, „soku bez dodatku cukru”, „jogurcie bez cukru” i innych równie fałszywych produktach, które są robione z wykorzystaniem
Czy to naprawdę jest możliwe, że można jeść dużo słodyczy i nie tyć? Czy rzeczywiście nasza cywilizacja była w stanie stworzyć takie cudowne wynalazki, które dają możliwość swobodnego pobłażania swoim zachciankom, folgowania łakomstwu i oddawania się obżarstwu bez żadnych ograniczeń?
Podobno komórki nerwowe w mózgu tracą życie jeśli odetnie się im dostęp do glukozy na dłużej niż piętnaście minut. To znaczy, że glukoza jest potrzebna. Ale tylko wtedy, kiedy jest dostarczana do mózgu (i innych narządów wewnętrznych) w takiej postaci, w jakiej została stworzona przez naturę, czyli w towarzystwie innych substancji – tych, z którymi tworzy oryginalne łańcuchy, oraz tych, które są obok nich zawarte w owocach i innych roślinach.
wyobraź sobie drużynę zlepioną z dziesięciu chłopaków, którzy nigdy nie byli harcerzami, nie znają się wzajemnie, nie wiedzą jakie zadanie mają do wykonania i są sztucznie pobudzeni syntetycznymi narkotykami. To jest syrop glukozowo-fruktozowy. Wpada do twojego organizmu i zaczyna rozrabiać. Atakuje żywe komórki, zatrzymuje komunikaty wysyłane przez twoje ciało, a potem wskakuje ci do wątroby i zaczyna ją kopać.
A teraz sprawdź jaki był skład tych rzeczy, które jadłeś najczęściej. Założę się, że w większości z nich znajdziesz syrop glukozowo-fruktozowy. To on sztucznie podbijał twój apetyt, który w rzeczywistości wcale nie był głodem, tylko nieporozumieniem z powodu zablokowania przepływu informacji.
oświeconym XXI wieku ludzie o tym zapomnieli. Zaślepiła ich chyba chęć zarabiania pieniędzy, bo jak inaczej wytłumaczyć to, że zgadzają się na istnienie przemysłowych hodowli, gdzie zwierzęta są traktowane jak przedmioty, których zadaniem jest wyprodukowanie mleka, mięsa i jaj?

Fragment ebooka Największe kłamstwa naszej cywilizacji - Beata Pawlikowska

Rozglądałam się ostrożnie.

– Spokojnie, tylko spokojnie – powtarzałam sobie w myślach.

Znasz to uczucie kiedy wracasz na parking i odkrywasz, że twój samochód znikł? A przecież pamiętasz na pewno, że wjechałeś, zamknąłeś drzwi i…

Włączyłeś alarm? Chyba tak. Ale tylko chyba.

Sprawdźmy jeszcze raz. Może to było w drugim rzędzie, a nie w pierwszym. Albo nawet w trzecim?...

Idziesz, mijasz obce samochody, wypatrujesz znajomej sylwetki.

Ale zaraz! Stajesz w pół kroku.

Przecież w tej części parkingu nie było wolnych miejsc! Pojechałeś na inny!

Ach, co za ulga! No tak, całkiem zapomniałeś, że zostawiłeś samochód z drugiej strony!! Przyśpieszasz z nadzieją kroku, wkraczasz do drugiej strefy, rozglądasz się, no tak!!

Oczywiście! Twój samochód jest dokładnie tam, gdzie go zostawiłeś!

Och, cudownie! Oddychasz z ulgą. A więc nie został ukradziony ani zniszczony! Czekał sobie cierpliwie dokładnie tam, gdzie go zaparkowałeś.

Właśnie na to liczyłam.

Albo czy pamiętasz jak sięgasz do torebki po pieniądze i nie możesz ich znaleźć? Macasz ręką coraz bardziej gorączkowo, ale portfel znikł!

Robi ci się gorąco, palce drżą ze zdenerwowania, zrywasz torbę z ramienia, opierasz ją o murek albo ławkę i ze strachem przeszukujesz jeszcze raz. Nie ma! Nie ma pieniędzy! Zginął cały portfel, ze wszystkimi dokumentami, z kartami kredytowymi, dowodem osobistym, identyfikatorem i innymi ważnymi rzeczami!

Jezu, jaki to będzie kłopot! Zgłaszać się do urzędu, wypisywać kwity, złożyć podanie, zadzwonić we wszystkie miejsca, które trzeba zawiadomić o utracie dowodu i kart płatniczych.

Rety, jeszcze tego ci brakowało!...

Ale co się mogło stać? A czy koleżanka nie mówiła ci, żeby zamykać torebkę? Wzruszałaś tylko ramionami, bo przecież co chwilę sięgasz po telefon, po portfel albo bilet. No i teraz masz. Gorący dreszcz na krzyżu.

Nie ma twojego portfela. Usiłujesz sobie przypomnieć ile miałaś w środku gotówki. Ile właśnie obłowił się kieszonkowiec. Sto złotych? Dwieście? No i te karty płatnicze, trzeba zaraz zadzwonić do banku, żeby je zastrzec. Sięgasz po telefon. Twoje palce wślizgują się do bocznej kieszonki, a tam…

Och, jest twój portfel!!! Co za ulga!!! Czujesz wdzięczność i radość.

Nie zgubiłaś, nie zostałaś okradziona, tylko po prostu przez przypadek wsunęłaś portfel do wewnętrznej kieszeni.

No właśnie.

Na to czekałam.

Na to uczucie ulgi, radości i uspokojenia, że niepotrzebnie się przejmowałam. Już wszystko dobrze. Nic złego się nie stało. To tylko pomyłka. Nieporozumienie. Głęboki oddech. Już dobrze.

Czekałam.

Rozglądałam się ostrożnie.

A może to sen?

Taki, kiedy ktoś cię zatrzaskuje w ciasnym pokoju i odkrywasz, że nie ma z niego ucieczki. Czujesz się wtedy zniewolony, nieszczęśliwy, masz ochotę krzyczeć w panice i głową rozbijać mur. A potem budzisz się, otwierasz oczy i czujesz łzy na policzkach.

Ale na szczęście to był tylko sen.

Nic więcej.

Jesteś w swoim domu, w swoim łóżku, bezpieczny i wolny.

Tak, na to czekałam.

Że za chwilę zdarzy się taki cud i wszystko znów będzie znajome i bezpieczne. Może okaże się, że to zwykłe nieporozumienie. Albo że wszyscy już dawno o tym wiedzą i nauczyli się z tym żyć, tylko mnie ta wiedza ominęła jakimś tajemniczym splotem okoliczności.

Zatrzymałam się więc i rozglądałam się ostrożnie.

Czekałam na cud.

Ale ten cud się nie zdarzył.

I to jest właściwie najbardziej dziwne w tym wszystkim, bo to, co odkryłam, jest tak poruszające, niesamowite i w tak jaskrawy sposób niszczące ludzkość, że najbardziej nieprawdopodobne wydaje mi się nie to, że takie coś istnieje, ale to, że nikt o tym nie krzyczy.

No i właśnie wtedy pomyślałam, że to jest pewnie tak, jak z tym samochodem postawionym na innym parkingu. Że za chwilę odkryję, że nie ma się czym przejmować, bo to zwykła pomyłka. Nikt nie ukradł mi samochodu, tylko po prostu zaparkowałam go w innym miejscu.

Przypomnę sobie, stuknę się palcami w czoło, wyjmę kluczyki i pojadę sobie do domu.

Ale tak się nie stało.

Długo szukałam tego mojego zaginionego samochodu – w przenośni. I wiesz co odkryłam?

Nie tylko mój samochód znikł, ale znikł cały parking, który został wysłany w kosmos i krąży teraz po nieosiągalnej orbicie razem ze wszystkimi pojazdami, które zostały tam postawione.

A kierowcy poszukujący swoich aut też zostali wyrzuceni w przestrzeń kosmiczną i wirują w odwrotnym kierunku niż ich samochody. I nikt głośno o tym nie mówi, bo wszyscy jakoś przyzwyczaili się do tego.

Tylko mnie to dziwi.

Rozglądam się i mam oczy wielkie jak spodki.

I co chwilę pytam:

– Naprawdę? Naprawdę?? Dlaczego nikt o tym nie mówi? Dlaczego nikt o tym nie pisze? Jak to możliwe?

No właśnie nie wiem jak to jest możliwe. Przypuszczam, że stało się to przez przypadek, jako uboczna konsekwencja innych, racjonalnych działań. Tak jak napisałam w książce „W dżungli zdrowia” – ludzie pragnęli mieć pod dostatkiem żywności. Chcieli, żeby jedzenie było tanie i żeby było go dużo. Szukali sposobów na obniżenie kosztów i wynaleźli różne syntetyczne substancje, które pozwalały zaoszczędzić dużo pieniędzy na skomplikowanym przechowywaniu, transporcie czy drogich składnikach.

Stopniowo więc zaczęli naturalne składniki zastępować sztucznymi. No bo wiadomo, naturalne szybko się psują, tracą kolor i jędrność, a sztuczne są jak z fabryki – zawsze gładkie, trwałe i błyszczące.

I tak to się pewnie zaczęło.

A potem… A potem ludzkość zatraciła się w pogoni za zyskiem. I wyprzedała wszystkie swoje diamenty, w zamian przyjmując tanie, plastikowe paciorki w hurtowych ilościach.

Prawda zagubiła się w dżunglach bilansów zysków i strat.

A my zostaliśmy w dżungli śmieci, na które ciągle ktoś nakleja kolorowe nalepki, żeby je lepiej sprzedać.

Jestem chyba jedyną osobą w Polsce, która może zgodnie z prawdą powiedzieć:

– Spałam z Elvisem Presleyem.

I to on sam przyszedł do mojego łóżka. Wiele razy.

Bo Elvis Presley to mój kot.

Mogę też równie szczerze powiedzieć, że spałam z Krzysztofem Kolumbem, bo Krzysztof Kolumb to jest mój drugi kot, który też przychodzi do mnie do łóżka.

Ale zobacz.

Mówię prawdę, a jednocześnie kłamię, bo wiem, że kiedy użyję słów Elvis Presley, ty od razu pomyślisz o słynnym piosenkarzu, więc jestem świadoma tego, że wprowadzam cię w błąd, chociaż teoretycznie mówię prawdę. Kłamię, ale nie kłamię.

I tym się różni „prawda” od uczciwości.

Bo można naciągnąć fakty w taki sposób, żeby udawały prawdę.

Ale nie można naciągnąć uczciwości. Bo uczciwość albo jest, albo jej nie ma.

I z jedzeniem jest tak samo.

Większość rzeczy, które możesz kupić w barach i sklepach to podrabiany Elvis Presley. Zgodny z prawem, ale nieuczciwy.

Nie mam na myśli tylko reklam, ale konkretne produkty, które udają coś, czym nie są. I w gruncie rzeczy nie byłby to wielki problem, bo wśród milionów różnych wytworów ludzkiej cywilizacji mogą się znaleźć bardziej lub mniej autentyczne i rzeczywiście, trudno byłoby oczekiwać od wszystkich, że zawsze będą stuprocentowo uczciwi.

Jest tylko jeden problem.

To nieuczciwe, zafałszowane jedzenie, które udaje coś, czym w rzeczywistości wcale nie jest, działa w taki sam fałszywy sposób na ludzkie organizmy. Atakuje komórki, zmienia wewnętrzne mechanizmy, narusza zdolność do obrony przed chorobami.

Fałszywe jedzenie daje ci fałszywe zdrowie.

Fałszywe, czyli takie, które ciągle trzeba podtrzymywać i ratować za pomocą różnych lekarstw. Bo tak jak napisałam w poprzednich książkach z tej serii, człowiek jest tak zaprojektowany przez naturę, żeby był zdrowy. I byłby zdrowy, gdybyś mu w tym nie przeszkadzał. A mówiąc dokładniej: gdyby nie przeszkadzały mu w tym fałszywe produkty i fałszywe komunikaty, które udają prawdę, chociaż nie mają z nią nic wspólnego.

Nie mogę zacytować prawdziwego tekstu reklamy, ponieważ producent produktu, którego ta reklama dotyczy, mógłby mnie podać do sądu za pomówienie oraz za bezprawne wykorzystanie utworu artystycznego, czyli zacytowanie tekstu wymyślonego przez autora z działu reklamy.

Nawet jeżeli reklama w jasny i oczywisty sposób manipuluje twoim sposobem myślenia i podaje nieprawdziwe informacje, jej właściciel może skierować sprawę do sądu przeciwko mnie. A ja ewentualnie mogłabym osobno wnieść sprawę do sądu przeciwko producentowi produktu, który jest w kłamliwy sposób reklamowany. Obawiam się jednak, że sędzia stwierdziłby, że to zaskarżone przeze mnie kłamstwo mieści się w ramach ogólnie przyjętej normy fałszu.

Czy rozumiesz co to oznacza?

W naszej części świata nie istnieje coś takiego jak Prawda, co do której można mieć zaufanie, że jest prawdziwa. Jest tylko „prawda”, która powinna mieścić się „w ramach ogólnie przyjętej normy”.

I znów, pewnie nie byłoby to niczym bardzo złym, gdyby nie to, że często powtarzane kłamstwo staje się czymś w rodzaju funkcjonującego powszechnie przekonania i nikt się już nie zastanawia nad tym, czy tak rzeczywiście jest.

A ja zaczęłam się zastanawiać. I to wtedy zrozumiałam jak pokracznie jest skonstruowana ta część świata, w której żyjemy.

W reklamach najczęściej powtarza się komunikat sugerujący, że jeśli coś jest nie tak z twoim życiem, zdrowiem, samopoczuciem czy wagą, wystarczy wziąć odpowiedni suplement diety, żeby wyzdrowieć.

Serio. Czy ty naprawdę w to wierzysz?

Pewnie nie. Ale chcesz w to wierzyć, a dodatkowo masz wrażenie, że jeśli ta informacja jest podawana w środkach masowego przekazu, to pewnie jest w niej jakieś ziarno prawdy. A poza tym jest ci wygodniej wziąć tabletkę niż zmienić styl życia, przejść na zdrową dietę i zacząć jeździć na rowerze.

Prawda?

To dlatego słyszysz w reklamie:

– Ach, to świąteczne obżarstwo! Znowu za dużo zjadłeś? Twoja wątroba tego nie lubi. Pomóż jej. Wystarczy wziąć suplement diety WBOL.

Skrót WBOL znaczy „wątroba błaga o litość”.

Czy naprawdę myślisz, że tabletka to najlepsze rozwiązanie dla twojej wątroby? Serio. Zastanów się przez chwilę i odpowiedz sobie uczciwie.

Ja wiem, że tabletka jest wygodna. Wystarczy połknąć i czekać aż zadziała. A potem znowu usiąść przy stole, najeść się kotletów, majonezu i świątecznego ciasta.

Wyobraź sobie chłopca, który mieszka niedaleko żwirowej górki i uwielbia zjeżdżać z niej na swoim własnym siedzeniu. Coś tam dorośli mówili, żeby nie zjeżdżać na spodniach, tylko w misce albo na desce, ale komu chciałoby się słuchać co radzą dorośli. A górka jest taka fajna i tak fajnie zgrzytają na niej kamyki, a jak się zjeżdża z samego czubka, to można się fajnie rozpędzić i dolecieć aż do samego płotu.

I jak tylko jest okazja, to chłopiec biegnie na górkę, siada na jej wierzchołku i zjeżdża w dół. A potem przynosi mamie spodnie do cerowania.

Mama ceruje. Naszywa jedną łatę, potem drugą, ale w końcu przychodzi moment, kiedy spodnie są tak zniszczone od szorowania pupą po żwirze, że żadnej następnej łaty nie da się już naszyć. Można je tylko wyrzucić.

Z twoją wątrobą jest tak samo. Smażone kotlety, tłuste sosy, biały chleb, parówki, alkohol, słodkie ciasta i lody to twoje żwirowe górki, z których nie masz ochoty zrezygnować.

Coś tam słyszałeś, że to jest niezdrowe, że jakieś tłuszcze trans i coś tam jeszcze, ale kto by się przejmował tym, co mówią lekarze.

Jak tylko możesz, to biegniesz na swoją żwirową górkę i zjeżdżasz na spodniach w dół. A potem boli cię brzuch. Bierzesz tabletkę. Znowu jesz niezdrowe rzeczy, znowu boli cię brzuch i znowu bierzesz tabletkę. I znowu jesz niezdrowe rzeczy, znowu cierpisz na niestrawność i znowu połykasz następne tabletki.

Aż przychodzi moment, kiedy na twoje zdarte od żwiru spodnie nie da się nic więcej nalepić, czyli kiedy twoja wątroba jest już tak zmęczona i zniszczona, że żadne leki nie pomagają.

Wtedy myślisz sobie:

– No tak, nadchodzi koniec życia. Wątroba przecież zawsze psuje się na starość.

Ale halo!!!

Gdybyś nie zjeżdżał jak szalony ze żwirowej górki, twoje spodnie byłyby całe i zdrowe, bez ani jednej łaty i byłyby wciąż dobre nie tylko dla ciebie, ale i potem dla twojego młodszego brata!!!

Rozumiesz?

Wątroba wcale nie psuje się sama z siebie na starość.

Wątroba psuje się wtedy, kiedy o nią nie dbasz i robisz rzeczy, które jej szkodzą.

Rozumiesz?

Fałszywe komunikaty w większości reklam polegają na tym, że one ZACHĘCAJĄ CIĘ do zjeżdżania na zadku ze żwirowej górki, bo obiecują, że nawet jak sobie porwiesz spodnie, to one pomogą ci je naprawić.

Ale zaraz. Nie trzeba być krawcem, żeby wiedzieć, że po każdym rozerwaniu tkanina jest coraz słabsza i przyjdzie taki moment, kiedy po prostu rozejdzie się w szwach.

Tego reklama ci nie mówi. A ty już zapomniałeś, że potrafisz myśleć logicznie, wyciągać wnioski i postępować racjonalnie.

O tym chciałabym ci właśnie przypomnieć.

Jeżeli rozdzierasz sobie spodnie podczas zakazanych zabaw na żwirowej górce, a potem naszywasz na nie łaty tak długo, jak się da, to ostatecznie zostaniesz z gołym zadkiem, bo to była jedyna para spodni, jakie masz w tym życiu.

Rozumiesz?

Żaden cudowny suplement diety nie naprawi tego, co w sobie zepsujesz. Wprost przeciwnie, dostarczy ci raczej całego zestawu chemicznych substancji, które dodatkowo cię obciążą i zachwieją twoim organizmem. A oprócz tej doraźnej mechanicznej krzywdy, jaką wyrządzają twoim komórkom, dostarczają też kłamstwa twojemu umysłowi. Reklamy suplementów w gruncie rzeczy pochwalają twój niezdrowy tryb życia i sugerują, że to jest fajne i normalne.

Na przykład:

– Żyjesz w stresie i w ciągłym biegu? Nie masz czasu, żeby zjeść, odpocząć i wyspać się? To obciąża twoje serce. Na szczęście teraz jest suplement diety na wzmocnienie serca. W dużym opakowaniu, niska cena!

Czy widzisz to co ja?

To jest największe kłamstwo, jakie można sobie wyobrazić. Wynajęty aktor w reklamie usprawiedliwia twój niezdrowy tryb życia. Zgadza się, że niszczysz sobie zdrowie. I jako remedium podsuwa ci chemiczną tabletkę.

Za każdym razem kiedy słyszę albo widzę taką reklamę, jestem głęboko poruszona i nie mogę uwierzyć, że to jest legalne. A może w Polsce nie ma już Ministerstwa Zdrowia? Nie, co ja gadam. Minister zdrowia ma ważniejsze sprawy na głowie niż zajmowanie się zdrowiem obywateli. A może sam łyka suplement diety na wzmocnienie serca i nie widzi w tym nic dziwnego.

Ja widzę.

Ta reklama w racjonalnej postaci brzmiałaby tak:

– Żyjesz w stresie i w ciągłym biegu? Nie masz czasu, żeby zjeść, odpocząć i wyspać się? To obciąża twoje serce. Zadbaj o nie. Znajdź czas na gorący posiłek, odpowiednią ilość snu i odpoczynku. To jest jedyny sposób, żeby mieć zdrowe serce.

Rozumiesz?

Żadna łata nie przywróci przetartym na siedzeniu spodniom poprzedniej mocy i sprężystości tkaniny. Łata chwilowo zakryje dziurę, ale jednocześnie obciąży inne szwy i resztę materiału, aż przyjdzie dzień kiedy spodnie pękną i trzeba je będzie wyrzucić.

Rozumiesz?

Żadna tabletka nie przywróci sercu osłabionemu brakiem snu, stresem i przemęczeniem poprzedniej mocy i sprawności. Tabletka da chwilową ulgę, ale jednocześnie wniesie do niego masę chemicznych substancji, które obciążą cały twój organizm, który jest coraz słabszy i słabszy, aż przyjdzie dzień, kiedy twoje serce stanie. A ty w najlepszym razie trafisz do szpitala.

Czy teraz rozumiesz to kłamstwo?

Zwróć uwagę na jeszcze jedną rzecz.

Reklamy lekarstw, „wyrobów medycznych” i suplementów diety używają szantażu, żeby zmusić cię do kupienia pigułek. Najpierw cię straszą. Podsuwają ci wizję choroby, słyszysz syrenę jadącej po ciebie karetki pogotowia, wypowiedzi aktorów udających cierpienie i ból, czyli tworzą w twojej podświadomości poczucie zagrożenia, które zmusza cię do szukania ratunku. I zaraz potem podsuwają ci gotowe rozwiązanie. Kup tabletki! Twój zestresowany umysł z ulgą chwyta się tej rady, a ty biegniesz do apteki.

Tak, słyszałeś, ktoś tam mówił coś o tym, że trzeba się zdrowo odżywiać, spacerować, uprawiać sport, więcej spać, unikać stresu i coś tam jeszcze, ale kto miałby na to czas w dzisiejszym świecie? Przecież życie jest ciężkie, robota idzie jak krew z nosa, a jeszcze człowiek chciałby pojechać z dzieciakami na wakacje, zabawić się, użyć trochę wolności. No nie?

No nie.

To jest właśnie fałsz. Wiesz dlaczego?

Bo jeżeli zepsujesz sobie serce stresem, wątrobę alkoholem, płuca papierosami, żołądek złym jedzeniem, a układ odpornościowy chemicznymi tabletkami, to nikt i nic nie będzie w stanie cię z tego wyleczyć. Przestaniesz żyć, zaczniesz chorować.

I najprawdopodobniej nie skojarzysz tego ze swoim wcześniejszym niezdrowym i nieracjonalnym trybem życia. Pomyślisz raczej, że „w pewnym wieku” organizm przestaje funkcjonować.

To jest nieprawda.

Twój organizm jest w stanie funkcjonować perfekcyjnie przez sto lat – jeśli tylko będziesz mu w tym pomagał zamiast mu przeszkadzać.

Miałam je wszystkie. Na chrupanie w kolanach, na zły nastrój, na pierwsze objawy grypy, na zbliżający się okres, na za mało słońca i za dużo słońca, na ładną skórę, na lepsze włosy, na lepsze wchłanianie. I pewnie jeszcze kilka, o których już dzisiaj nie pamiętam. Bo przyszedł taki dzień, kiedy otworzyłam szafkę z lekarstwami i wymiotłam z niej wszystko do czysta. I sama była zdumiona, że aż tyle różnych opakowań zgromadziłam i używałam przez lata.

Dlaczego wyrzuciłam lekarstwa?

Bo zmienił się mój sposób myślenia. A razem z nim zmienił się stan mojego organizmu. Lekarstwa przestały mi być potrzebne. A tym bardziej przestałam korzystać z fałszywych lekarstw zwanych suplementami diety albo wyrobami medycznymi.

Czy wiesz jaka jest między nimi różnica?

Jeżeli chcesz sprzedawać lekarstwo, musisz uruchomić wielką machinę urzędowej biurokracji i cierpliwie czekać. Składasz wniosek do Prezesa Urzędu Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych z prośbą o „o dopuszczenie do obrotu produktu leczniczego”. Do wniosku musisz dołączyć komplet wymaganych dokumentów, czyli między innymi: listę składników, sposób wytwarzania, zalecenia, przeciwwskazania i opis efektów ubocznych – wraz z przedstawieniem wyników badań, które to potwierdzają. Musisz opisać precyzyjnie jak należy używać leku oraz jak nie należy go stosować. Musisz przedstawić opracowanie dotyczące wpływu leku na środowisko naturalne oraz w osobnym dokumencie opisać jakich metod badawczych użyłeś do wyciągnięcia takich wniosków. To nie wszystko. Musisz zorganizować specjalistyczne badania farmaceutyczne, przedkliniczne i kliniczne, a następnie przygotować raport przedstawiający ich rezultaty. Musisz udowodnić, że jesteś w stanie kontrolować jakość wytwarzanego przez ciebie leku i spełnić wiele innych dodatkowych warunków, szczegółowo opisanych w ustawie oraz dyrektywie Unii Europejskiej.

Kiedy już zbierzesz całą dokumentację, przeprowadzisz badania i złożysz wniosek, musisz zapłacić za jego rozpatrzenie. A następnie czekać. Ustawa mówi, że odpowiedź powinieneś uzyskać w ciągu 210 dni. To jest jeszcze następnych siedem miesięcy. I nawet jeżeli dostaniesz pozwolenie, to być może tylko na pięć lat. Jeśli nie dostaniesz zgody na jego przedłużenie, musisz rozpoczynać całą procedurę na nowo.

Skomplikowane, prawda?

Ale z drugiej strony taka drobiazgowa procedura jest dobra dla obywateli, którzy mogą się czuć bezpiecznie, wiedząc, że każdy lek w aptece został zbadany, sprawdzony i ktoś świadomie wydał decyzję o jego dopuszczeniu do sprzedaży.

W teorii tak jest.

W praktyce jest zupełnie inaczej.

Bo wystarczy nie nazywać swojego produktu „lekarstwem”, tylko „suplementem diety”, żeby zostać zwolnionym z całego tego męczącego obowiązku.

Zamiast tego wchodzisz w Internecie na stronę Głównego Inspektoratu Sanitarnego i wypełniasz elektronicznie wniosek, w którym informujesz, że będziesz sprzedawał swój produkt. Dołączasz kilka podstawowych informacji o swoim wyrobie i już. Nie musisz prosić o pozwolenie, organizować kosztownych badań ani spełniać dodatkowych warunków.

Teraz rozumiesz?

Różnica zależy tylko od słowa, jakiego użyjesz. Jeżeli twój lek będzie do zażywania, to będzie lekarstwem podlegającym skomplikowanej i długiej procedurze. Ale jeżeli twój lek będzie do spożywania, to możesz go szybko i łatwo wprowadzić do obrotu.

A teraz pomyśl.

Okazało się, że istnieje idealna luka w prawie, która pozwala na szybkie sprzedawanie wielu różnych lekarstw. Wystarczy tylko nazwać je „suplementem diety” zamiast lekarstwem. Dołącz do nich strasząco-ratującą reklamę, o jakiej pisałam w poprzednim rozdziale i zobaczysz jak ludzie tysiącami biegną do aptek. Naprawdę. Suplementy diety sprzedają się w Polsce jak ciepłe bułki. Sprzedaż wzrasta rocznie nawet o 30%. Kto nie chciałby na tym skorzystać?

Powstają więc tysiące nowych suplementów diety, tysiące nowych wniosków spływa do Głównego Inspektora Sanitarnego, który oprócz nadzoru nad wyrobami spożywczymi ma też mnóstwo innych obowiązków. Jak myślisz, czy jest w stanie sprawdzić prawdziwość informacji dostarczonych przez wszystkich producentów?

A nawet gdyby naprawdę analizował wszystkie wnioski złożone przed wytwórców suplementów diety, to czy jest w stanie skutecznie zbadać jaki rzeczywiście wpływ na ludzki organizm ma połączenie danych składników?

Moim zdaniem nie.

To znaczy, że w ramach obowiązującego prawa legalnie mogą istnieć rzeczy, które są niezdrowe, szkodliwe, toksyczne i nieskuteczne, czyli teoretycznie – nielegalne.

Mam mówić dalej?

Proszę bardzo.

Sprawdziłam. W ciągu pięciu lat w Polsce wprowadzono do sprzedaży dziesięć tysięcy nowych suplementów diety. To daje dwa tysiące nowych produktów na rok. Główny Inspektor Sanitarny uwijał się jak mógł. Ale ponieważ jego urząd zajmuje się produktami spożywczymi (a nie lekarstwami), więc prawo nie pozwala mu na zbadanie suplementów pod kątem leczniczym. Może tylko sprawdzić czy dany wyrób jest wolny od zanieczyszczeń i pestycydów oraz czy zadeklarowany skład jest zgodny z rzeczywistym.

Okazało się, że w przypadku połowy dostępnych suplementów nie jest. Producenci dodają do nich różne śmieciowe „substancje pomocnicze”, a także chemiczne „substancje aktywne”, dozwolone tylko w lekarstwach. Także takie, które nie zostały zbadane w Polsce, więc nie można przewidzieć jak zachowają się w ludzkim organizmie.

Były zresztą przypadki zatrucia po „spożyciu” suplementów diety, ale kiedy szukałam danych na ten temat, okazało się, że nikt nie prowadzi rejestru takich zdarzeń, więc nie wiadomo ile ich jest i co je ewentualnie łączy. Może jakiś konkretny składnik zawarty w suplementach? A może kombinacja określonych składników? Albo jakiś często używany w suplementach nielegalny dodatek?

Ale to nie wszystko.

Moim zdaniem suplementy diety są potrójnym kłamstwem.

Po pierwsze kłamią, że są rozwiązaniem na wszystkie twoje dolegliwości, więc ty nie musisz niczego robić, nie musisz zmieniać niezdrowego trybu życia ani przechodzić na zdrową dietę, wystarczy, że będziesz łykać pigułki.

Po drugie kłamią, że nie są lekarstwami, choć zawierają substancje charakterystyczne dla leków i nieobojętne dla ludzkiego organizmu.

Po trzecie są sztuczne. Są całe z gruntu fałszywe, ponieważ składają się ze sztucznych, syntetycznych składników wyprodukowanych w laboratorium chemicznym.

Wiem, pewnie nigdy nie zastanawiałeś się skąd producent tabletek bierze „wyciąg z nagietka” albo „ekstrakt z żurawiny”. Pewnie myślałeś, że ktoś w fabryce leków, o przepraszam, suplementów, idzie do lasu, zbiera żurawinę, wyciska ją i dodaje do tabletek?

No wiem. Ja też kiedyś miałam taki podświadomy obraz wytwarzania różnych rzeczy do jedzenia i leczenia.

Pewnego dnia ocknęłam się i pomyślałam, że właściwie sprawdzę skąd się bierze koncentrat pomarańczowy do produkowania soku w kartonie, wsad owocowy do jogurtów i wyciąg z żurawiny do suplementu diety.

I wiesz co odkryłam?

Że to jest wielki, wyspecjalizowany przemysł podzielony na mniejsze jednostki zajmujące się poszczególnymi etapami produkcji.

Jedna firma skupuje owoce. Tylko tyle. Skupuje, trzyma w magazynie i sprzedaje hurtem.

Druga firma kupuje hurtem owoce i zamienia je na masę potrzebną do produkcji soku, syropu, dżemu albo suplementu. Zależnie od przeznaczenia proces produkcyjny jest trochę inny, ale wyobraź sobie dziesięć ton pulpy z żurawiny, która czeka na klienta. Jeżeli odpowiednio jej nie zakonserwujesz, zepsuje się w ciągu kilku dni, a ty zostaniesz z długami i śmierdzącym magazynem.

Rozumiesz?

Wszystkie składniki znajdujące się w suplemencie diety pochodzą od pośredników, którzy produkują je hurtem w fabrykach.

Niektóre są syntetyczne, czyli sztucznie stworzone w laboratorium chemicznym. Łatwe do przechowania i użycia, tanie i wygodne.

Inne są pochodzenia naturalnego, a jak wiesz, prawdziwe jabłko, pomarańcza czy żurawina są delikatne, źle znoszą zmiany temperatury i szybko się psują. Dlatego owoce przeznaczone do użycia w przemyśle spożywczym – do którego należy przemysł suplementów diety – muszą być konserwowane.

Podczas tego procesu tracą kolor, zapach, smak i inne swoje naturalne cechy, więc później przywraca się je sztucznie do życia za pomocą innych chemicznych proszków.

Czy teraz rozumiesz?

Suplement diety to przemysłowy produkt z chemicznej fabryki, zawierający dozwolone i niedozwolone składniki w niezbadanych kombinacjach, które mogą mieć nieprzewidywalny wpływ na twoje ciało, rozum i duszę.

Jest to pirackie lekarstwo, które pływa pod flagą „środka spożywczego”.

Albo inaczej powiem.

To jest wilk ubrany w czerwony kapturek, który twierdzi, że jest dziewczynką. Mnoży się tak szybko, że nikt nie nadąża ze sprawdzaniem jego deklaracji. Prawo mówi, że jeśli jesteś wilkiem, to musisz przejść drobiazgowe badania. Ale jeśli jesteś dziewczynką, wystarczy złożyć odpowiednie oświadczenie.

Dlatego wilki ubierają się w sukienki i udają dziewczynki.

A urzędnicy muszą udawać, że im wierzą.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Od Autorki:

Lubię przecinki. Daję im artystyczną wolność, nieskrępowaną schematem. Przecinek mówi czasem więcej niż słowo, zatrzymuje myśl, oddziela znaczenia, a czasem nadaje im nowy sens. Także wtedy kiedy znika.

I dlatego przecinki w tej książce są postawione i zniknięte zgodnie z artystyczną wolnością, wbrew zaleceniom korekty i na moją odpowiedzialność.

Copyright © 2015 for the text and drawings by Beata Pawlikowska

Copyright for the Polish Edition © 2015 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa, 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Wydanie I

Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38, fax (48 22) 360 38 49Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77

Tekst i rysunki: Beata PawlikowskaProjekt okładki: Beata Pawlikowska i Maciej SzymanowiczOpracowanie graficzne: Beata Pawlikowska i Maciej SzymanowiczZdjęcie na okładce: Mariusz Martyniak/Matys StudioDTP: Maciej SzymanowiczDruk: Białostockie Zakłady Graficzne S.A.

ISBN: 978-83-7778-872-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com