Wydawca: Amber Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Najwięksi trenerzy futbolu zdradzają tajemnice sukcesu ebook

Daniel Riolo, Christophe Pailett

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 424 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najwięksi trenerzy futbolu zdradzają tajemnice sukcesu - Daniel Riolo, Christophe Pailett

„Trener nigdy nie wygrał meczu.” – Od tego wyrwanego z kontekstu zdania Michela Platiniego dwaj czołowi francuscy komentatorzy piłkarscy zaczynają każdą z dwudziestu rozmów z największymi trenerami klubów i reprezentacji narodowych.

 

Josep Guardiola, sir Alex Ferguson, Vicente Del Bosque, Rafael Benitez, Ottmar Hitzfeld, Fabio Capello, Carlo Ancelotti, Arrigo Sacchi, Gérard Houllier, Marcello Lippi, Louis van Gaal, Luis Fernandez, Guus Hiddink, Guy Roux, Mircea Lucescu, Didier Deschamps, Carlos Bianchi, Claude Le Roy, Philippe Troussier, Roger Lemerre zgodzili się wyjawić im tajniki swojego sukcesu.

 

Dwudziestu największych strategów odpowiada na pytania, jakie stawiamy sobie na temat ich zawodu. Mówią o dniu codziennym i taktyce, o najtrudniejszych wyzwaniach i wydarzeniach pozasportowych, o doborze zawodników i zarządzaniu drużyną, o presji ze strony mediów i kibiców oraz o ciągłym stresie.

 

W szczerych, wypełnionych barwnymi anegdotami zwierzeniach ujawniają różne przepisy na sukces i różne wizje futbolu. Bez żenady poruszają tematy tabu. I odsłaniają portrety bardzo różnych trenerskich osobowości: od opanowanych i powściągliwych po despotów o nieujarzmionym temperamencie.

Są przewodnikami w podróży za kulisy zwycięstwa.

 

Podróży w nieznane, pasjonującej, zdumiewającej…

Opinie o ebooku Najwięksi trenerzy futbolu zdradzają tajemnice sukcesu - Daniel Riolo, Christophe Pailett

Fragment ebooka Najwięksi trenerzy futbolu zdradzają tajemnice sukcesu - Daniel Riolo, Christophe Pailett

Redakcja stylistyczna

Anna Książek

Korekta

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia za zgodą wydawnictwa Hugo & Cie.

Zdjęcie Josepa Guaridioli na okładce

© Bongarts/Getty Images/Flash Press Media

Tytuł oryginału

Secrets de coachs

Copyright © Hugo & Cie, 2011

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5120-2

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Prolog

„Trener nigdy nie wygrał meczu!” – te słowa mówią wszystko… a zarazem bardzo niewiele. Poza kontekstem nie mówią właściwie nic.

To zdanie wypowiedział kiedyś Michel Platini. Czego dotyczyło? Jest to fragment wywiadu zatytułowanego „Czyja to wina?”, w którym Platini wypowiada się na temat niepowodzeń kadry Raymonda Domenecha. Czyja to wina? Dobre pytanie! A odpowiedź? Celowo zostawiliśmy tylko jej kawałek, zarys pewnej myśli, którą zapewne ucięliśmy niewłaściwie i źle zinterpretowaliśmy. Ale przyjmujemy, że to nie ma znaczenia! „Trener nigdy nie wygrał meczu”, zdanie wypowiedziane przez Michela Platiniego – to może pobudzić dyskusję.

Nie jesteśmy dumni z tego, że świadomie wyrwaliśmy z kontekstu słowa człowieka, z którego opiniami się zgadzamy, którego działania pochwalamy i który uosabia naszą tęsknotę za dawnymi, dobrymi (piłkarsko) czasami. Ale jesteśmy za to bardzo zado­woleni, że dzięki tym słowom mogliśmy nawiązać dyskusję z największymi trenerami ostatniego dwudziestolecia. Spotkaliśmy się ze szkoleniowcami, którzy wygrywają lub wygrali wszystko, aby zapytać ich, co sądzą o tym zdaniu. Każdy z nich patrzył na nas zdumiony! Pytać trenera, czy jest odpowiedzialny za wynik swojej drużyny, to trochę tak, jakby akuszerka pytała świeżo upieczonego ojca, czy aby na pewno brał udział w poczęciu dziecka!

Stwierdzenie „trener nigdy nie wygrał meczu” przekształciliśmy najpierw w pytanie, by potem wysnuć z niego nić rozmowy. Chcieliśmy zrozumieć, czym tak naprawdę jest praca trenera. Słuchaliśmy opowieści o wizjach tego zawodu, o doświadczeniach w tej pracy, anegdot. Od pierwszego spotkania, z Hitzfeldem, do ostatniego, z Ancelottim, stawaliśmy twarzą w twarz z fascynującymi ludźmi! Bez żadnego wyjątku! Intrygujące doświadczenie!

Jedyny zawód to fakt, że nie mogliśmy porozmawiać z Josepem Guardiolą. Ale Guardiola kategorycznie odrzuca wszelkie prośby o wywiad.

Inny nieobecny to Arsène Wenger, zaabsorbowany akurat trudnym momentem w swojej karierze. Z kolei Aimé Jacquet, trener francuskich mistrzów świata, nie rozmawia poza studiem Canal Plus. Bardzo chętnie spotkalibyśmy się również ze Zdenkiem Zemanem, Joachimem Löwem, Marcelo Bielsą, José Mourinho…

„Trener nigdy nie wygrał meczu”. A jak wam się wydaje?

CARLO ANCELOTTI

Dotarł do finału w mistrzostwach świata, będąc asystentem Arrigo Sacchiego w 1994, zdobył wicemistrzostwo Włoch z Parmą w 1997 i z Juve w 2000 i 2001. Carlo Ancelotti długo był „wiecznie drugim” włoskiej piłki. W końcu udało mu się przezwyciężyć klątwę z klubem swojego serca, Milanem. W 2003 roku zdobywa swoje pierwsze trofeum, Ligę Mistrzów, a potem, w 2004, mistrzostwo Włoch. Zapewnia sobie tym samym miejsce w niezwykle wąskim gronie ludzi (takich jak Munoz, Trappatoni, Cruyff, Rijkaard i Guardiola), którzy zdobyli Puchar Europy jako zawodnik i jako trener. Sięgnąwszy z Milanem po drugą Ligę Mistrzów w 2007, próbuje szczęścia z londyńską Chelsea i od razu zdobywa i Puchar, i mistrzostwo. W kolejnym sezonie Chelsea zajmuje tylko drugie miejsce i The Blues dziękują mu za współpracę. Ancelotti chce jednak zostać w Anglii, w której dosłownie się zakochał i odrzuca ofertę z Paryża. Początkowo umawia się z nami w swojej wspaniałej siedzibie w południowym Wimbledonie, ale ostatecznie spotykamy się w jego mieszkaniu w South Kensington, bardzo eleganckiej dzielnicy Londynu. Wita nas opalony, uśmiechnięty, sympatyczny i wyluzowany. Trener, mający na koncie niesamowite sukcesy, podejmuje nas w krótkich spodenkach, skarpetkach i T-shircie! „Carletto”, uczeń Nilsa Liedholma i Arrigo Sacchiego, zawsze stawiał na futbol widowiskowy… ale także diabelnie skuteczny.

Według Michela Platiniego trener nigdy nie wygrał meczu.

Mógłbym mu odpowiedzieć, że i piłkarz nigdy nie wygrał meczu. To drużyna wygrywa mecze. A trener jest częścią drużyny, bardzo ważnym ogniwem, bo to on określa rozwiązania taktyczne, wybiera zawodników i ich motywuje.

A jednak Platini wygrywał mecze dla swojej drużyny, prawda?

Platini nie zrobił wielkiej kariery trenerskiej, bo sam tego nie chciał. W swoich wypowiedziach musiał nawiązywać do tego, w czym był najlepszy. To prawda, że talent jest bardzo ważny i że drużyna musi mieć wielkich zawodników, ale talent jednego piłkarza nie wystarczy, żeby zdobyć mistrzostwo.

Jak został pan trenerem? Podjął pan tę decyzję, kiedy był pan jeszcze piłkarzem?

Postanowiłem zostać trenerem w ostatnich latach kariery. Otrzymałem możliwość objęcia stanowiska asystenta Arrigo Sacchiego w drużynie narodowej. Ale najpierw, żeby zostać trenerem, musiałem się uczyć. Wiedziałem, że moje doświadczenia z boiska nie wystarczą, choć to prawda, że mogą być pomocne, szczególnie w relacjach z zawodnikami.

A jednak niektórzy wielcy trenerzy nie byli nigdy wielkimi piłkarzami…

I właśnie dlatego stali się dobrymi trenerami – ponieważ zaczynali od zera. Pracowali nad pewnymi zagadnieniami i musieli dużo się uczyć, żeby zostać trenerami wysokiej klasy. Niektórym wielkim zawodnikom wydawało się, że ich boiskowe doświadczenia wystarczą. To nie działa w ten sposób. Trener musi mieć wiedzę o wielu sprawach – o różnych ustawieniach taktycznych drużyny, wszystkich aspektach przygotowania fizycznego, psychicznego, o zarządzaniu grupą. Wszystkiego można się nauczyć. Ja pobierałem nauki we Włoszech, szczególnie jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne. Co się tyczy kwestii psychologicznych, chodziłem na kursy. Dużo pracowałem z psychologiem i wciąż to robię.

Jakie cechy musi mieć trener-zwycięzca?

Najważniejsze jest rozumienie gry i wszystkich zagadnień z nią związanych. Trzeba umieć przygotować drużynę, zmotywować ją i przekazać jej swoje pomysły.

Jak właściwie przygotowuje się drużynę?

Robi się to pod każdym względem – taktycznie, fizycznie, psychologicznie. To podstawowe składniki.

Jak ocenia pan rolę, jaką odegrali w pańskiej karierze Nils Liedholm i Arrigo Sacchi?

Miałem szczęście do wielkich trenerów: Liedholm, Eriksson, Sacchi. Wszyscy trzej byli dla mnie bardzo ważni. Przeżyłem z nimi wielkie chwile. Miałem dwadzieścia lat, kiedy poznałem Liedholma. Był doskonałym nauczycielem – bardzo cierpliwy, zawsze bardzo spokojny, opanowany. To był trener idealny. Liedholm spędzał ze mną dużo czasu, byliśmy sobie bardzo bliscy. Potem przyszedł Eriksson i nauczył mnie taktyki, gry strefą. Sacchi z kolei okazał się wielkim innowatorem. On nauczył nas pressingu i wszystkich nowatorskich metod treningowych. Nadejście Sacchiego w pewnym sensie przyniosło futbolowi, zarówno włoskiemu jak i światowemu, rewolucję. Sacchi używał całkowicie nowych metod. Największą wprowadzoną przez niego innowacją był pressing – zorganizowany, jakiego świat wcześniej nie widział. To prawda, że Ajax z 74. grał bardzo dynamicznie i widowiskowo, ale to nie był pressing zorganizowany, jak u Sacchiego. Ajax i tak był nowatorską drużyną, ze wszystkimi tymi piłkarzami, którzy przesuwali się razem do przodu i zaskakiwali przeciwnika. Ale Sacchi wymyślił pressing bardziej zorganizowany i bardziej zrównoważony niż ten w wykonaniu Ajaxu z 74. Jego drużyny grały pressingiem dużo wyżej na połowie przeciwnika, zaczynając już od napastników. To był stały, nieprzerwany pressing. Nasi przeciwnicy nie byli do tego przyzwyczajeni. To dzięki temu w ciągu dwóch, trzech pierwszych lat byliśmy w stanie tak bardzo odskoczyć rywalom. Kiedy zrozumieli, jak należy odpowiadać na pressing, zrobiło się trochę trudniej.

Piłkarze tacy jak van Basten i wszyscy napastnicy z tamtej epoki musieli się nauczyć tego, czego wymagał od nich Sacchi?

Tak, dokładnie. Zawodnicy tacy jak Gullit pracowali dużo więcej niż van Basten. On opierał się na swoim talencie. Oczywiście, wszystko to wymagało czasu. Pierwsze pół roku było trudne i dla Sacchiego, i dla nas, ponieważ wpajał nam zupełnie nowe idee. Po sześciu miesiącach wszystko stało się naturalne i bardzo skuteczne.

Dwa lata po tym, jak zaczął pan pracować jako asystent Sacchiego, Włochy zagrały w finale mistrzostw świata 1994.

Mistrzostwa świata 1994 to było wspaniałe przeżycie, spędziliśmy wtedy wspólnie dwa miesiące, przygotowując drużynę. Spędzić tyle czasu z Sacchim to bez wątpienia niezwykłe doświadczenie. Nawiasem mówiąc, chciałbym jeszcze raz pojechać na mistrzostwa świata, tym razem jako pierwszy trener. Nauczyłem się od niego bardzo dużo. Był niesamowity, szczególnie jeśli chodzi o przygotowanie treningów.

Na czym polegała pańska rola?

Byłem asystentem Sacchiego. Prowadziłem treningi i miałem za zadanie obserwować przeciwników.

Dlaczego nigdy nie został pan selekcjonerem?

W 1995, kiedy zakończyłem współpracę z Sacchim, od razu znalazłem klub i zacząłem go prowadzić. Nie nadarzyła się okazja, by zostać selekcjonerem.

Dlaczego zaczął pan w Reggianie, w Serie B?

Reggio to moje miasto. Tam się urodziłem. To było moje rodzinne środowisko. Drużyna właśnie spadła do Serie B i chciała jak najszybciej wrócić do pierwszej ligi. Klub wydał mi się idealnym miejscem do rozpoczęcia kariery. Na początku było bardzo trudno, po siedmiu kolejkach prawie zostałem zwolniony. Bardzo źle wystartowaliśmy, zajmowaliśmy ostatnie miejsce w tabeli. Potem się zebraliśmy i zaczęliśmy odrabiać straty.

Jak znalazł pan wyjście z tej sytuacji?

Tak jak w Milanie Sacchiego, potrzeba było czasu, żeby pewne mechanizmy zaczęły działać automatycznie. Drużyna ­bardzo się zmieniła. Dopiero zaczynałem pracę i przynosiłem nowe pomysły. To zresztą mój stały schemat: początki nigdy nie były dla mnie bardzo udane. Podobnie było rok później w Parmie. Z Juve i Milanem było inaczej, bo do tych klubów przyszedłem pół roku przed rozpoczęciem nowego sezonu.

Jak prowadzi się tak różne grupy jak naszpikowana wspaniałymi zawodnikami drużyna narodowa i Reggiana, z mniej utalentowanymi piłkarzami?

Od razu dostrzegłem, że nie ma wielu różnic między prowadzeniem wielkich i średnich piłkarzy. To ciągle faceci, którzy mają ambicje i chęć do gry. I w dużej i w małej drużynie trzeba dokonywać wyborów, a one rzutują na stosunki między zawodnikami. Kiedy piłkarz zostaje wystawiony w pierwszym składzie, jest zadowolony. Kiedy nie gra, jest niezadowolony. Problemy w prowadzeniu Reggiany i Milanu są takie same. Zawsze trzeba motywować tych, którzy grają mniej.

Dużo rozmawia pan z rezerwowymi, tłumacząc im swoje decyzje?

Nigdy nie tłumaczę swoich decyzji. Ale jeśli piłkarz mnie prosi, mogę to zrobić. Kiedy sam byłem piłkarzem i trener przychodził, żeby wytłumaczyć mi, dlaczego nie gram w pierwszym składzie, nigdy się z nim nie zgadzałem. Miałem wrażenie, że to wybieg, który ma sprawić, żebym czuł się dowartościowany. Nie mogę sobie pozwolić na uzasadnianie moich wyborów, bo bardzo często zależą one od bardzo drobnych szczegółów. Łatwo wybrać między dobrym a średnim zawodnikiem, ale dużo trudniej dokonać wyboru między dwoma równorzędnymi piłkarzami. Wtedy decydują detale, na przykład związane z zachowaniem na treningu w przeddzień meczu. Bardzo trudno to wytłumaczyć.

W pańskim zawodzie liczy się więc refleksja, ale również instynkt?

Dokładnie. Wybory zawsze łączą się z drobnymi szczegółami, których nie sposób wyjaśnić piłkarzom w zrozumiały sposób. Dlatego tego nie robię. Poza tym, musiałbym to tłumaczyć zbyt dużej liczbie piłkarzy. W grupie dwudziestu pięciu zawodników jest zawsze czternastu, którzy nie grają. Robię to więc tylko wtedy, kiedy piłkarz przychodzi i prosi mnie o to osobiście. Ogłaszam to zresztą wszystkim na początku sezonu. Są jednak szczególne przypadki, kiedy na przykład zawodnik ma stałe miejsce w pierwszym składzie, ale uważam, że potrzebuje odpoczynku. Wtedy mu to wyjaśniam.

Czy istnieją konkretne reguły, których należy przestrzegać, pracując z panem?

Nie, nie jestem osobą autorytarną. Jestem dość wyluzowany, jeśli chodzi o prowadzenie zawodników. Daję im dużo swobody. Ale, chociaż nie jestem drobiazgowy w kwestii godzin, cenię punktualność i zdyscyplinowanie, i podoba mi się, kiedy zawodnicy traktują swoje zadania poważnie i przykładają się na treningach. W tym przypadku nie ma taryfy ulgowej. Jeśli zawodnik nie jest zaangażowany na treningach, rezygnuję z niego. Dużo rozmawiam z zawodnikami i staram się ich włączać w układanie programu treningów. Nie jestem z tych, którzy będą upierać się przy treningu o 10.00, jeśli piłkarze wolą trenować o 10.30. Dla mnie to bez znaczenia. Kiedy objąłem Chelsea, starałem się utrzymać zwyczaje, które panowały przed moim przyjściem.

Jaka jest pańska filozofia gry?

Starałem się budować moje drużyny, opierając się na cechach piłkarzy i starałem się dostosowywać system gry do umiejętności zawodników, biorąc jednocześnie pod uwagę cele, jakie stawia klub i wyznawaną przez niego filozofię. W Milanie zawsze była obecna idea pięknej gry. AC Milan chciał piłki widowiskowej i tego poszukiwałem, ponieważ miałem szczęście trenować kluby z najwyższego półki. Parma, za mojej kadencji, miała ogromny potencjał, taki jak Juve, Milan czy Chelsea.

Mówi się o trenerach ofensywnych i defensywnych. Co to oznacza według pana?

Futbol opiera się na obronie i ataku. Najważniejsza jest równowaga, umiejętność dobrej gry w obronie i w ataku. Trener, który skupia się bardziej na aspektach defensywnych to trener niekompletny, podobnie jak ten, skupiający się jedynie na ataku. Trener musi zawsze dostosowywać się do umiejętności swoich graczy. Trzeba zawsze wydobywać z nich maksimum. Bardzo się zmieniłem, ponieważ na początku mojej kariery byłem dużo bardziej nieustępliwy. Po moich doświadczeniach z Sacchim grałem tylko 4-4-2. Potem wszystko się zmieniło. W Parmie po raz pierwszy wypowiedziałem się przeciwko sprowadzeniu nowego zawodnika. Klub planował zakup Roberto Baggio, trequartisty. Ja nie miałem zamiaru grać zawodnikiem, który był taką dziewiątką i pół. Chciałem grać dwoma napastnikami i czterema pomocnikami ustawionymi w linii. Nie chciałem modyfikować mojego systemu. Później zmieniłem się, szczególnie po przejściu do Juventusu. Kiedy ma się do dyspozycji piłkarzy takich jak Zidane, trzeba przystosować się do ich umiejętności i znaleźć dla nich najlepszą z możliwych pozycji. Nie można trzymać ich talentu na wodzy. W Juve zmieniałem więc ustawienie i czasem grałem trójką w obronie. W Milanie stosowaliśmy kilka systemów.

Jak sprawić, żeby zawodnik robił postępy?

Talent, albo się go ma albo nie! Żeby zawodnik, który go ma, się rozwijał, trzeba mu uświadomić, że jego umiejętności muszą służyć drużynie. Jeśli gra tylko dla siebie, nie będzie z niego pożytku. Utalentowany zawodnik musi dostosować się do partnerów z drużyny.

Czy trener, który wygrywa, ma zawsze rację?

Nie wiem… Z punktu widzenia krytyki, prasy, kibiców ma oczywiście rację, ale są trenerzy, którzy wykonali kapitalną pracę, a nigdy niczego nie wygrali. W lidze tylko jedna drużyna zostaje mistrzem, a jednak jest mnóstwo innych trenerów, który przez cały sezon świetnie pracują. Nie mogą wygrać wszyscy.

Capello twierdzi, że liczy się tylko wynik, natomiast van Gaal uważa, że wynik nie wystarcza, bo futbol to przede wszystkim spektakl.

Styl gry jest bardzo ważny. Należy grać dobrą piłkę. Uważam tak, bo futbol jest moją pasją. Ale Capello również ma rację, bo trener jest oceniany tylko i wyłącznie na podstawie wyników. Poza tym, nie jestem pewien, czy zarząd ma kompetencje, by oceniać pracę trenera. Najprościej jest więc oceniać rezultaty.

Woli pan pracować z młodymi, którym pomaga pan się rozwijać, czy z doświadczonymi piłkarzami?

Doświadczeni gracze wnoszą zawsze dodatkową wartość, ale najlepsza jest mieszanka. Gdy mówię o doświadczonym zawodniku, mam na myśli kogoś między dwudziestym siódmym a trzydziestym rokiem życia. Według mnie to najlepszy wiek dla piłkarza. To się zmieniło, bo kiedyś trzydziestoletnich piłkarzy uważano już za starych. Następuje ewolucja w przygotowaniu graczy, w metodach zapobiegania kontuzjom. Obecnie trzydziestoletni piłkarz jest w stuprocentowej formie fizycznej.

Arsène Wenger z kolei kupuje niemal wyłącznie młodych piłkarzy!

To zależy od filozofii klubu. Żeby wygrywać, idealnie jest mieć mieszankę doświadczonych piłkarzy i młodych talentów. Młodzieńczy entuzjazm nie wystarczy w meczu o stawkę, kiedy presja jest duża. Młodzi mogą nie podołać.

W Parmie średnia wieku podstawowej jedenastki też była dość niska…

To prawda. Buffon miał 17 lat, Thuram 21 albo 22 lata. Cannavaro był bardzo młody. Crespo miał 20 lat. Ale miałem też starszych zawodników, jak Sensini czy Bravo. To była naprawdę bardzo silna drużyna. Przez dwa spędzone w Parmie lata utrzymywałem wciąż ten sam system. Ale miałem też piłkarzy, którzy mogli z powodzeniem grać w innym systemie. Zola mógł występować jako dziewięć i pół. Zrezygnowaliśmy z Baggio ze względu na taktykę. Wziąłem skrzydłowych jak Blomqvist czy Pedros – ten naprawdę biegał jak szalony! Miał przy tym duży talent. I jeszcze Veron, który przyszedł z Sampdorii.

Opiera się pan w swoich drużynach na liderach, zawodnikach, którzy są bliżej pana?

Zawsze są zawodnicy, z którymi więcej cię łączy. W każdej drużynie są piłkarze uważani za liderów. W Parmie był Sensini. W Juve było ich kilku: Del Piero, Conte, Ferrara czy Montero. Zidane nie był liderem, ale był wielkim piłkarzem. W Milanie znalazłoby się mnóstwo liderów.

Co jest trudniejsze: opracować taktykę czy przekazać ją piłkarzom?

Bez wątpienia przekazać ją piłkarzom. Opracowanie taktyki nie jest trudne. Najtrudniejsze jest wyjaśnienie jej założeń. Musisz zrobić to jasno, po prostu.

Jak wyglądają przygotowania do ważnego meczu?

Ogólnie rzecz biorąc, istnieje pewna filozofia gry, nie można zmieniać taktyki co tydzień. Stałość pozwala na rozwijanie określonej wizji gry. Przygotowanie do jednego meczu zajmuje w ciągu tygodnia od trzydziestu do czterdziestu minut, nie więcej.

Pracuje pan nad konkretnymi elementami gry, choćby takim jak rzuty karne, na przykład przed rewanżem w Lidze Mistrzów?

Ćwiczenie rzutów karnych to wielka bzdura! To kwestia psychiki. Na treningu nie można odtworzyć emocji z meczu. Napięcie, strach, atmosfera i bramkarz nigdy nie będą takie same. Można wyćwiczyć wszystko… ale nie to!

W jaki sposób czyta pan mecz z ławki?

Przed każdym meczem mamy briefing. Wyjaśniam, co drużyna ma robić, w jaki sposób ma grać, jak atakować, bronić, jak powinni się ustawiać piłkarze, w których elementach gry przeciwnik może być wyjątkowo wrażliwy. A potem obserwuję, czy to wszystko jest realizowane na boisku. Tempo gry jest bardzo ważne, przemieszczanie się zawodników również. Ustawianie się w fazie defensywnej. Temu się przyglądam. Wszystko, co przygotowaliśmy na spotkaniu przedmeczowym, musi zostać wcielone w życie na boisku.

Jak pan reaguje, kiedy któryś z zawodników nie stosuje się do wytycznych?

Albo go zmieniam, albo mówię mu, że musi grać inaczej. Nie jestem sztywny. Dzięki temu, że sam byłem piłkarzem, potrafię zrozumieć trudności, z jakimi zawodnik spotyka się na boisku. Nie zawsze udaje się zrealizować to, co planuję przed meczem. Czasem wydaje mi się, że przeciwnik zagra ostrym pressingiem, a wcale tego nie robi. W mojej karierze nie zdarzyło mi się zmienić zawodnika w pierwszej połowie z powodów taktycznych.

Jak postrzega pan rolę trenera w trakcie meczu?

Jeśli przed meczem mam dobre przeczucie co do jakiegoś piłkarza, pozwalam mu zagrać w pierwszym składzie. Nie wydaje mi się, aby trener miał podstawy sądzić, że jakiś zawodnik przesądzi o losach meczu w ostatnich dwudziestu minutach. Jeśli piłkarz jest dobry, może wyróżnić się wcześniej i wyjść w pierwszym składzie. Zmiany są jednak bardzo ważne i czasem mogą okazać się decydujące. Oczywiście, zawodnik, który wchodzi dwadzieścia minut przed końcem, jest świeższy. Jeśli zmiana w końcówce meczu okazała się trafiona, może to także oznaczać, że pomyliłeś się na początku.

Pański pierwszy sezon w Parmie był rewelacyjny, skończyliście na drugim miejscu. Czego zabrakło wam wtedy do mistrzostwa?

Zabrakło nam trochę doświadczenia, walczyliśmy o tytuł z Juve, które było dużo bardziej ograne, a my mieliśmy młodą drużynę. Ale w następnym sezonie zagraliśmy w Lidze Mistrzów. Jedyny raz w swojej historii Parma zagrała w Champions League w drugim roku mojej pracy w klubie.

Dlaczego nie trenował pan w sezonie 1998/99?

Po moim drugim sezonie w Parmie zarząd zażyczył sobie nowego trenera, ponieważ chciał czegoś więcej. Nie pracowałem, ale od razu znalazłem pracodawcę, bo miesiąc później podpisałem kontrakt z Juventusem na przyszły sezon. Lippi postanowił opuścić Turyn z końcem sezonu 1998/99. Ponieważ nie szło mu najlepiej, przejąłem Juve już na początku 1999.

Jako milanista, jak pan zareagował, kiedy Juve zaproponowało panu kontrakt?

Nie myślałem o tym, nawet jeśli Juve było zawsze uważane za najniebezpieczniejszego rywala Milanu. Juve skontaktowało się ze mną, bo wykonałem dobrą pracę gdzie indziej. Podpisałem od razu. To prawda, że kibice krzywo patrzyli na moje przyjście do klubu. Juve ma mnóstwo fanów i niektórzy nigdy nie wybaczyli mi, że grałem w Romie i Milanie.

To głupie!

To prawda. To była trudna sytuacja. W 2000 roku straciliśmy tytuł w ostatniej kolejce, w Perugii, w bardzo szczególnych okolicznościach. Mecz został przerwany po pierwszej połowie z powodu ulewy. Druga część meczu rozpoczęła się godzinę piętnaście minut później niż planowano. Sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej nerwowa, bo przecież stawką tego meczu było mistrzostwo. Remis wystarczał nam do rozegrania barażowego spotkania o tytuł. Z punktu widzenia psychiki, to było naprawdę bardzo trudne dla zawodników. Nie powinniśmy kończyć tego meczu. Przez cały poprzedni tydzień słyszało się mnóstwo kontrowersji z powodu nieuznanej bramki dla Parmy w spotkaniu z nami w przedostatniej kolejce. Mecz został dokończony przede wszystkim w trosce o porządek publiczny. Przegraliśmy 1:0 i tytuł zdobyło Lazio. W tamtym sezonie naprawdę dominowaliśmy, w pewnym momencie mieliśmy nawet dziewięć punktów przewagi.

W 2001 znów finiszujecie na drugiej pozycji. Nie miał pan wrażenia, że to jakieś przekleństwo, drugie miejsce z Parmą, potem dwa razy z Juventusem?

Rzeczywiście, każdy mi to mówił. Kibice, prasa, wszyscy mi o tym przypominali. Na szczęście potem poszło lepiej.

Trzeba mieć szczęście, żeby wygrać?

Tak, to bardzo ważne, ale szczęściu trzeba pomagać. Nie można liczyć na to, że szczęście zawsze będzie się do nas uśmiechać. O szczęściu można myśleć po fakcie, nigdy przed. Przed finałem nigdy nie mówię sobie: „Będzie nam potrzebne szczęście!” Przed finałem mam nadzieję, że rozegramy wielki mecz, że przygotowałem drużynę jak najlepiej, że dałem swoim zawodnikom pewność i przekonanie.

W 2003 roku, w półfinale Ligi Mistrzów na San Siro spotykają się Milan i Inter. Milan remisuje 0:0 u siebie i 1:1 na wyjeździe… na tym samym boisku. Gdyby wynik losowania był odwrotny, to Inter zagrałby w finale.

W przypadku tego spotkania, szczęście nie ma nic do rzeczy, bo pierwszy mecz zagraliśmy tak, żeby nie stracić gola. Gdyby wynik losowania był inny, zagralibyśmy inaczej. Mieliśmy szczęście w ćwierćfinale, strzelając Ajaksowi decydującą bramkę w doliczonym czasie meczu rewanżowego (3:2). Ten gol, którego autorstwo przypisuje sobie Inzaghi, a którego naprawdę strzelił Tomasson, to było szczęście (śmiech). Wielki fart! To jedna z tych drobnych rzeczy, po których myślisz, że to jest ten rok.

W 2003 w drugiej fazie Ligi Mistrzów cztery spośród sześciu spotkań wygraliście 1:0. Przypadek?

Mieliśmy bardzo wyrównaną drużynę. To były czasy tzw. choinki (ustawienie 4-3-2-1). Drużyna doskonale kontrolowała sytuację w tych spotkaniach. Naszym przeciwnikom bardzo trudno było nam zagrozić. Choinka pozwalała na bardzo precyzyjne podania. Zawsze częściej byliśmy przy piłce.

Trenowanie klubu, z którym wcześniej wygrał pan tyle jako zawodnik, było dla pana oczywiste?

Zawsze chciałem trenować Milan i kiedy nadarzyła się okazja, nie wahałem się. Drużyna nie zdobyła mistrzostwa od 1999 roku i chciała wrócić do piłki na najwyższym poziomie. Szczęśliwie udało nam się. Zdobyliśmy tytuł w 2004, ale mogliśmy wygrać także w 2005 i 2006. Klątwa drugiego miejsca została przełamana.

A jednak na początku pracy w Milanie był pan krytykowany przez Silvio Berlusconiego…

Berlusconi kilka razy wyraził krytykę pod moim adresem. Graliśmy wtedy choinką, z jednym napastnikiem na szpicy, a on chciał, żebyśmy grali dwoma. Tamta drużyna była bardzo ofensywna, tyle że z jednym napastnikiem – Inzaghim. Szewczenko przez pewien czas był kontuzjowany. Byli też Rivaldo, Seedorf, Rui Costa i Pirlo. To była bardzo ofensywna drużyna, z bocznymi pomocnikami, którzy zapuszczali się daleko pod bramkę rywala.

Jak pracuje się z takim prezesem?

Z Berlusconim pracuje się bardzo dobrze. On lubi wyrażać swoją opinię. Trenerzy Milanu, i nie mówię tu tylko o sobie, ale też o Sacchim czy Capello, pracują w warunkach naprawdę ­idealnych. Zdarzyło się, że zwracał mi uwagę, ale robił to tylko wtedy, gdy wszystko szło dobrze. Nie robi tego nigdy w czasie kryzysu i trudności. Kiedy są jakieś problemy, nie stwarza nigdy dodatkowego napięcia. To wielka siła Berlusconiego!

Proszę powiedzieć nam o Milan Lab. Ma się wrażenie, że to jakieś sekretne miejsce!

Nie ma tu żadnej tajemnicy. Zbiera się tam mnóstwo informacji. Na podstawie tych informacji opracowujemy przygotowanie zawodników. Kładzie się nacisk na zapobieganie kontuzjom. Zbieranie informacji odgrywa bardzo istotną rolę i ma bardzo duży zakres. Używa się GPS-u i instrumentów pomiaru pracy serca. Otrzymujemy bardzo dokładne dane. Dzięki temu można wyeliminować błędy w przygotowaniu zawodników. Wiemy, ile przyspieszeń i skoków wykonuje każdy zawodnik, ile metrów przebiega z maksymalną prędkością. To jest niezwykle pomocne w przygotowaniu fizycznym piłkarzy. To po prostu zbiór fizycznych, technicznych i psychologicznych danych na ich temat. Wszystkie one są gromadzone i analizowane, co pozwala poprawić ich wyniki. Dane psychologiczne dotyczą stresu. Zawodnik poddawany jest testom subiektywnym. Wyjaśnia, jak się czuje, a rytm pracy jego serca zostaje poddany analizie. Nazywa się to zmiennością rytmu zatokowego. Dowiadujemy się, czy zawodnik jest przemęczony, czy w dobrej kondycji. Kiedy ja grałem, mówiło się, że ktoś dobrze pracował, jeśli potem nie czuł nóg. To była zupełna bzdura!

Pańska biografia nosi tytuł Preferisco la Coppa (Wolę Puchar). Czy według pana Liga Mistrzów jest ważniejsza niż mistrzostwo kraju?

Rzeczywiście, ale to jest moja prywatna opinia! W przeciwieństwie do drużyn angielskich, włoskim klubom bardziej zależy na Lidze Mistrzów. W Anglii jest trochę inaczej. Premier League jest ważniejsza. Milan natomiast za priorytet uznawał zawsze Ligę Mistrzów.

Wróćmy do tego finału w Manchesterze w 2003 roku, kiedy wygraliście w rzutach karnych z Juventusem, po bezbramkowym i dość nudnym meczu. Lippi mówił nam, że gdyby grał wtedy Nedved, wszystko potoczyłoby się inaczej.

To prawda, że Nedved odgrywał w Juve bardzo ważną rolę. Nie wiem, czy gdyby nie był zawieszony, mecz ułożyłby się inaczej. To możliwe. Ale moim zdaniem graliśmy lepiej niż Juve. To był finał między dwiema drużynami z Włoch, znaleźliśmy się pod ogromną presją. To nie było wielkie spotkanie, ale myślę, że Milan miał wtedy mniejszą blokadę niż Juve.

Został pan wtedy jednym z sześciu ludzi, którzy zdobyli Puchar Europy jako zawodnik i jako trener. To szczególny powód do dumy?

Pewnie że tak! Zwycięstwo w Lidze Mistrzów jako trener Milanu było czymś wyjątkowym. Na dodatek osiągnąłem to dwa razy! Wygrać te rozgrywki jest naprawdę bardzo trudno. Zdobyłem wiele trofeów, ale to zwycięstwo przyniosło mi najwięcej satysfakcji w całej karierze. Nigdy nie zapomnę tego meczu.

W 2005 wasza droga do finału była wyjątkowa!

Tak. Pokonaliśmy Barcelonę, dwa razy Manchester i dwa razy Inter. Tylko w rewanżowym półfinale w Eindhoven przeżywaliśmy ciężkie chwile. Zawsze uważałem Guusa Hiddinka za jednego z najlepszych trenerów na świecie, bo potrafi w niesamowity sposób dostosować grę swojej drużyny do stylu przeciwnika. Sprawił nam mnóstwo kłopotów w tamtym meczu, ale w końcu daliśmy sobie radę. To był nasz najtrudniejszy mecz w całej europejskiej kampanii w tamtym sezonie. Potem mieliśmy dużo czasu, żeby przygotować się do finału. Jeśli miałbym wskazać dwa najdoskonalej rozegrane mecze, byłby to finał z 2005 i rewanżowy półfinał w 2007 z Manchesterem.

Myślę, że najlepszą drużyną, jaką miał Milan, była ta z 2005, kiedy przegraliśmy w finale w Stambule z Liverpoolem. Grał tam Crespo, Kaka, Stam. To był niesamowity zespół i wydaje mi się nawet, że najlepszy mecz, jaki rozegrał tamten Milan to był właśnie ten finał Ligi Mistrzów w 2005.

Tylko pierwsza połowa…

Druga również!

Ale prowadziliście 3:0 do przerwy i przegraliście! Co mówił pan zawodnikom w przerwie?

Mówiłem, że trzeba nadal grać w ten sam sposób, że nie można pozwolić rywalowi, żeby odrobił straty. Prosiłem, żeby utrzymywali to tempo gry. Pogratulowałem im pierwszej połowy. Atmosfera była bardzo spokojna. O tych piętnastu minutach napisano mnóstwo głupot. W szatni panowało zadowolenie, ale piłkarze nie skakali z radości. Odpoczywali w spokoju, a ja mówiłem. Po takich czterdziestu pięciu minutach nie można wiele powiedzieć poza utwierdzeniem zawodników w przekonaniu, że wszystko idzie dobrze i przekazaniem, by starali się grać tak dalej i byli uważni w pierwszych minutach drugiej połowy, żeby zaczęła się ona tak, jak skończyła się pierwsza.

Był pan pewny zwycięstwa?

Oczywiście. Kiedy prowadzi się 3:0 do przerwy… Nigdy nie można być pewnym na sto procent, bo w piłce może zdarzyć się wszystko, ale byłem dobrej myśli. Spodziewałem się, że Benítez wstawi napastnika, bo miał na ławce Cissé. Tymczasem on wpuścił Hamanna, pomocnika, i przesunął Gerarda do przodu.

Co pan czuł podczas drugiej połowy?

Kiedy w ciągu sześciu minut wyrównali na 3:3, mecz zaczął się od nowa. Mimo wszystko podnieśliśmy się po tym ciosie i mieliśmy trzy czy cztery okazje, żeby prowadzić 4:3, szczególnie jedną, w końcówce meczu, kiedy wydawało się już, że Szewczenko strzeli, ale Dudek obronił w niepojęty sposób. W rzutach karnych odmienił się los. Zawodnicy byli zupełnie wykończeni.

Czuje się pan odpowiedzialny za tę porażkę?

Popełniłem w mojej karierze mnóstwo błędów, ale za ten mecz nie czuję się odpowiedzialny. Los chciał, żeby tak się stało. Wielu krytykowało mnie za to, że nie zrobiłem zmian, kiedy straciliśmy trzy gole w sześć minut, ale po prostu nie miałem na to czasu. Wszystko wydarzyło się w ciągu sześciu minut!

W 2007 AC Milan tracił bardzo niewiele goli.

Dysponowaliśmy najlepszą środkową obroną w Europie, z Maldinim i Nestą. Także Dida miał wówczas wyjątkowy sezon. Było więc dość naturalne, że nie traciliśmy goli. Działo się tak, dlatego że nie pozwalaliśmy przeciwnikowi prowadzić swojej gry. Kontrolowaliśmy grę dzięki superwysokiemu procentowi posiadania piłki. To decydowało o naszej przewadze!

Miał pan również dwóch wyjątkowych piłkarzy, Kakę i Inzaghiego.

Inzaghi jest najlepszym napastnikiem na świecie, jeśli chodzi o grę w polu karnym. Nawet teraz, gdy ma 38 lat. To co potrafi zrobić w obrębie szesnastki… nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. W ważnych meczach zawsze potrafił wznieść się na najwyższy poziom. To zasadnicza sprawa – mieć w drużynie piłkarzy o wielkiej osobowości. Piłkarzy, może nawet mniej uzdolnionych technicznie, którzy są w stanie bez problemu rozgrywać mecze na najwyższym poziomie. Jeśli chodzi o Kakę, w tamtym sezonie grał bajecznie, szczególnie z Manchesterem. To najskuteczniejszy zawodnik, jakiego kiedykolwiek miałem do dyspozycji.

Dlaczego opuścił pan Milan i przeszedł do Chelsea?

Mój pobyt w Milanie był tak piękny, że poczułem, że to może być dobry moment, by poszukać nowych źródeł motywacji i zmienić klub, z pożytkiem i dla mnie i dla klubu. Rozstanie przebiegło bezboleśnie. Utrzymałem doskonałe stosunki z klubem. To była dobra chwila, żeby odejść.

Prowadząc Chelsea, wygrał pan od razu. Pierwsze miejsce w pierwszym roku, drugie w drugim. W klubie bali się, że w trzecim będzie trzecie?

(śmiech) Podpisując umowę z klubem, trener musi wiedzieć, że któregoś dnia przygoda dobiegnie końca. To może się wydarzyć z różnych powodów. Kierownictwo oczekuje, że będziesz wygrywał. Kiedy nie wygrywasz, postanawiają zmienić trenera. Takie są zasady gry, nawet jeśli z tego powodu jestem trochę rozgoryczony i rozczarowany. Praca w Chelsea pozostanie fantastycznym doświadczeniem, to dlatego chciałbym nadal pracować w Anglii. Uwielbiam Anglię ze sportowego punktu widzenia – jest dużo pasji, nie ma przemocy na stadionach i dyskusji z arbitrami jak we Włoszech czy Francji.

Który mecz jest pańskim punktem odniesienia, pańskim arcydziełem?

To rewanżowy półfinał Ligi Mistrzów w 2007 z Manchesterem, wygrany 3:0.

Najlepsi zawodnicy, których pan trenował?

Tym, który wprawiał mnie w największy podziw, był Zidane. Tego, co robił na treningach, nie widziałem nigdzie indziej. Ale miałem tylu świetnych zawodników: Kakę, Szewczenkę, Maldiniego, Del Piero, Buffona, Cannavaro, nie licząc tych, których trenowałem w Chelsea, a którzy też byli wspaniali.

W tym sezonie nie ma pan klubu. Jak widzi pan swoją przyszłość?

Chcę zostać w Anglii, ale sezon już się zaczął. Mogę więc poczekać jeszcze rok.

Dużo mówiło się o panu w PSG po przyjściu Leonardo. Interesowałaby pana przygoda w Paryżu?

W obecnej chwili nie. Chcę zostać w Anglii. Jeśli do końca przyszłego sezonu nie znajdę klubu tutaj, rozważę inne oferty.

RAFAEL BENÍTEZ

Poprowadził swoją drużynę do zwycięstwa w meczu, który pozostanie w kronikach jako najbardziej nieprawdopodobny finał w historii Ligi Mistrzów. To było w 2005 roku w Stambule, a tamto spotkanie miało wręcz surrealistyczny scenariusz. Liverpool odrobił trzy gole i wygrał z Milanem w karnych. Dwa lata później po raz drugi doszedł z Liverpoolem do finału Ligi Mistrzów, znów z Milanem. Tym razem przegrał 2:0. Benítez pobił dwa klubowe rekordy: liczby meczów rozegranych w europejskich pucharach oraz, również na scenie europejskiej, liczby zwycięstw. Ale najwyższy poziom i uznanie osiągnął z FC Valencią, dwa razy zdobywając mistrzostwo Hiszpanii, w 2002 i 2004. W 2004 roku Valencia błyszczała także w Europie, sięgając po Puchar UEFA po zwycięstwie nad Olympique Marsylia.

Czy wie pan, że Michel Platini powiedział kiedyś: „Trener nigdy nie wygrał meczu”. Co pan o tym sądzi?

To dość zaskakujące. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że dość trudno się z tym zgodzić. To trener podejmuje decyzje. Jego rola wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Co by nie mówić, trener jak najbardziej jest odpowiedzialny za to, co dzieje się na boisku. Decyzje trenerów często wpływały, korzystnie lub nie, na wynik spotkania. Mogą doprowadzić do zwycięstwa lub porażki, to działa w dwie strony. Zaprzeczać odpowiedzialności trenera i mówić tylko o tym, co zrobili lub czego nie zrobili zawodnicy na boisku? Nie, nie zgadzam się.

Jest pan jednym z tych trenerów, którzy bardzo wcześnie poczuli powołanie?

Tak. Zawsze chciałem zostać trenerem. Zawsze postrzegałem to jako naturalną dla mnie kolej rzeczy. Tak naprawdę, odkąd pamiętam, kiedy wchodziłem na boisko, patrzyłem na nie okiem trenera. Potem, kiedy skończyłem karierę jako zawodnik, szybko zrobiłem pierwszy krok, by zostać trenerem. Nawet się nad tym nie zastanawiałem, to było dla mnie coś naturalnego. Myślę, że podświadomie od dawna na to czekałem. Nie było więc żadnych obaw czy wątpliwości, po prostu rzuciłem się w to, co było moim przeznaczeniem.

To ciekawy zawód. Istnieją różne szkoły trenerskie, ale nie wszyscy do nich uczęszczali. Czy według pana nauka zawodu trenera od strony teoretycznej jest konieczna?

Odpowiedź na to pytanie jest dość złożona. Przygotowanie teoretyczne to z pewnością plus, ale nie wiem, czy powinno być obowiązkowe. Nauka zawodu poprzez teorię to klasyczna droga, jedna z możliwości. Sądzę, że rzeczywiście istnieją ogólne reguły, sposoby analizowania tego, co dzieje się na boisku. Ale przede wszystkim wydaje mi się, że ten zawód musi ci się podobać. Trzeba naprawdę lubić pracę analityczną, zgłębianie tajników zawodu. Uważam wręcz, że trzeba mieć do tego pewien rodzaj powołania. Nie wiem, czy można zostać trenerem ot tak, z przypadku i utrzymać się w tym zawodzie. Czy w takiej sytuacji można liczyć na długa karierę? Nie chce mi się w to wierzyć.

Wielu trenerów twierdzi, że pożądane jest, aby trener miał za sobą grę na wysokim poziomie jako zawodnik. Ale w ostatnich czasach fakty wydają się przeczyć tej opinii. Niektórzy świetni trenerzy wcale nie byli wybitnymi zawodnikami.

Czas rzeczywiście pokazał, że nie jest to konieczne. Przykładów jest wiele. Jeżeli dzisiaj ktoś nadal mówi, że lepszym trenerem będzie ten, kto grał na wysokim poziomie, szybko zda sobie sprawę, że jest w błędzie. Wystarczyć spojrzeć na współczesny futbol. Wielu świetnych trenerów nie ma za sobą wielkiej kariery zawodniczej. Nie ona decyduje o ich umiejętnościach. Doświadczenie, wiedza, umiejętność analizowania są dużo ważniejsze.

Jakie cechy musi mieć trener-zwycięzca?

Najważniejsze jest zaufanie. Trener musi przede wszystkim mieć zaufanie do siebie i wzbudzać zaufanie u innych. To najistotniejsze. To taka umowa z samym sobą – trzeba sobie ufać, od tego się zaczyna. Poza tym, myślę, że to praca pozwala się rozwijać, stawać się coraz lepszym. Dalej, jeśli masz szczęście trenować grupę dobrych piłkarzy i jesteś do tego przygotowany, jeśli twoje wykształcenie i doświadczenie dają ci konieczne podstawy, by tą grupą kierować, wtedy na pewno łatwiej będzie ci wygrywać. Z dobrymi zawodnikami jest dużo łatwiej, a jeśli do tego ma się szczęście… Ale uwaga, kiedy mówię, że dobrzy piłkarze pomagają w osiąganiu zwycięstw, mam na myśli piłkarzy, którzy są dobrzy na boisku, ale również poza nim, to bardzo ważne, żeby łączyli w sobie te dwie cechy.

W którym momencie poczuł pan, że stał się trenerem-zwycięzcą?

Myślę, że miałem szczęście od początku kariery. Zaczynałem w Realu, z młodszymi piłkarzami. I może wyda się to panom dziwne, ale mam wrażenie, że szczęście nigdy mnie nie opuszczało. Chcę przez to powiedzieć, że zawsze miałem do dyspozycji dobrych zawodników i dobre drużyny. A ponieważ byłem przekonany co do jakości „materiału” ludzkiego, stawałem się bardzo wymagający wobec samego siebie, traktowałem zwycięstwo jako swój obowiązek. Zawsze miałem takie przeświadczenie.

Johan Cruyff mawia, że najważniejszy jest styl, w jakim odnosi się zwycięstwa. Twierdzi, że pamięta się tylko tych, którzy wygrywają z klasą, po pięknej grze… Co pan o tym sądzi?

Podzielam jego punkt widzenia. Sposób, w jaki wyrażasz siebie na boisku, jest rzeczywiście bardzo ważny. Uważam, że zarówno postawa na boisku, jak i poza nim, jest istotnym elementem. Wizerunek, który budujesz, działa na umysły i to często on zostaje zapamiętany. Podobnie jest ze stylem gry, z tym, co robisz na boisku. Twój styl, twoja filozofia pozostają i mogą być potem naśladowane. Uważam też, że styl gry drużyny wiele mówi o jej trenerze. Drużyna musi przypominać swojego trenera.

Pomówmy o kulturze gry. Czy w pańskiej kulturze, czy też w kulturze pana ojczyzny, obowiązuje inne podejście do gry i do znaczenia wyniku?

Myślę, że różnice w kulturze, mentalności, przejawiają się w stylu gry danej drużyny. Mam wrażenie, że w każdej lidze istnieje jakiś szczególny styl. Typowy hiszpański piłkarz jest stworzony do stylu gry, jaki oglądamy w Primera División.

Może to zależeć od tradycji, od charakterystyki zawodnika – czy jest drobny, techniczny, czy też większy i mocniejszy fizycznie. To skutkuje rozwinięciem różnych stylów. Jeśli chodzi o wynik, wydaje mi się, że to nawyk wygrywania skutkuje przywiązaniem do wyniku. Chcę przez to powiedzieć, że nawyk wygrywania czyni nas wymagającymi. To dzięki niemu stajemy się mocniejsi, budujemy pewność siebie, piłkarze rozwijają mentalność zwycięzców.

Czy styl trenera musi się z czasem zmieniać? Jak dostosować się do nowinek taktycznych, które wymyślają inni? Podpatruje pan, co robią inni trenerzy?

Nowe koncepcje wymyślone przez trenera są pochodną jego wykształcenia. To na etapie kształcenia buduje on siebie. Wpływ na niego mają ponadto doświadczenia z kariery zawodniczej oraz trenerzy, z którymi pracuje. Styl pracy i wizja gry są tak naprawdę mieszanką wielu czynników. Nie wydaje mi się, żeby trenerzy pozostawali przywiązani do swoich idei z początku kariery. Do tego obserwują, co robią inni, to też się liczy, szczególnie kiedy jest się młodym trenerem.

W niektórych krajach istnieją różne kierunki myśli piłkarskiej, które nazywa się filozofią gry. Czy reprezentuje pan któryś z tych kierunków?

Lepiej podchodzić z dystansem do takiego spojrzenia. W historii piłki było wiele stylów, często futbol był podporządkowany pewnym modom. Niektóre style gry w jednym okresie były uważane za dobre, a w innym za kiepskie. Rezygnowałem ze zbyt radykalnych koncepcji. Wierzę w moc porozumienia, ­zrównoważone stanowisko jest bardziej wartościowe niż radykalizm. I uważam, że w tym zawodzie otwarty umysł jest koniecznością. Trzeba poznać różne style i, jeśli to możliwe, wyciągnąć z każdego z nich to, co najlepsze. Zawsze chciałem, żeby moje drużyny grały ładnie, ale trzeba jeszcze określić definicję „ładnej gry”. To dość subiektywne, prawda? Szukam równowagi między porządkiem a talentem. Między rygorem a wolnością.

W pewnym okresie w Anglii piłkarze cieszyli się dużą „wolnością” poza boiskiem. Jak odnalazł się pan w tym kraju? Czy ich mentalność rzeczywiście tak bardzo się różni?

W Anglii futbol przeżywa się z pasją. Zawsze wiedziałem, że Anglicy szanują ludzi, którzy ciężko pracują. Wydaje mi się, że wzór zawodnika, który wchodzi na murawę, żeby dać z siebie wszystko, pochodzi właśnie stamtąd. Wywodzi się z zasady szacunku dla rywala. Kiedy dałeś z siebie wszystko, możesz korzystać z życia tak jak chcesz i nikt nie będzie cię za to osądzał. Nie miałem żadnego problemu ze stosowaniem się do tej zasady, bo sam mam wielki szacunek do pracy. Lubię ciężko pracować.

Czy w obrębie kraju, kontynentu trenuje się podobnie? Czy można w związku z tym mówić o piłkarzu hiszpańskim, angielskim czy afrykańskim?

Mówiliśmy o tym wcześniej – sądzę, że w piłce istnieją różne podejścia, które mogą być związane z kulturą, z pochodzeniem. Prowadzenie drużyny, sposób, w jaki przekazuje się polecenia, w jaki mówi się do zawodników, nie będzie taki sam w każdym miejscu na świecie. Jeśli masz w drużynie zawodników z różnych kultur, musisz na to uważać, bo rzeczywiście każdy piłkarz jest inny. Każdy w inny sposób zapatruje się na futbol, inaczej zachowuje się na boisku, inaczej ocenia swój występ. Ale w rzeczywistości z pewnością więcej jest punktów wspólnych niż różnic.

Wydaje się, że psychologia odgrywa w pańskim zawodzie coraz większą rolę. Jak wygląda przygotowanie od tej strony?

Psychologia rzeczywiście jest bardzo istotną częścią naszego zawodu. Tę wiedzę nabywa się wraz z doświadczeniem. Ale uważam, że niezależnie od sposobu, w jaki chcesz mówić do ludzi, musisz być uczciwy. Szczerość to podstawowa cecha. To klucz, by potem móc wymagać przykładnego zachowania od swoich zawodników.

Czy trener powinien być typem „intelektualisty”? Jaką rolę odgrywa refleksja, a jaką instynkt?

Myślę, że to zależy od konkretnego przypadku. Trzeba dostosowywać się do każdej sytuacji, nie ma konieczności wyboru między refleksją a instynktem. Należy łączyć te dwa podejścia.

Jak czyta się mecz, jak prowadzi się drużynę po pierwszym gwizdku sędziego? Jak utrzymuje się kontrolę?

Moim zdaniem najważniejsza jest zimna krew. Należy zachować spokój w każdych okolicznościach, by mieć jasny umysł i móc jak najlepiej analizować sytuację. Przed, w trakcie i po meczu trzeba analizować, w ten sposób pomaga się zawodnikom. Ale jeśli zdarzy mi się stracić panowanie, mogę również gestykulować, krzyczeć przy linii bocznej, starając się coś zmienić, wpłynąć na postawę piłkarzy, czy dokonać poprawek taktycznych. Trzeba dostosować się do sytuacji, wszystko zależy od tego, jak układa się spotkanie.

Co jest trudniejsze: wymyślenie taktyki czy wpojenie jej piłkarzom?

Wpojenie taktyki jest zdecydowanie trudniejsze. Każdy trener ma w głowie styl gry swojej drużyny, ale kiedy musi tę wizję przekazać – zaczynają się schody. Od sposobu, w jaki przedstawi ją zawodnikom zależy, czy oni zaakceptują ten pomysł. Różnica między dobrym a gorszym trenerem zaznacza się właśnie na tym poziomie.

Czy niezaprzeczalna i nieubłagana obecność czynnika ekonomicznego całkiem zmieniła futbol?

Całe społeczeństwo się zmieniło, i zmienia się nadal, nie tylko futbol. Futbol jest częścią całości i nie ma powodu, dla którego miałby nie uczestniczyć w tej ewolucji. Znaczenie pieniądza wzrosło i w futbolu również zajmuje on ważniejszą pozycję. Z tego należy zdawać sobie sprawę, trzeba to brać pod uwagę, myśląc o rozwoju tej dyscypliny jako całości.

A jak ocenia pan rolę mediów? Czy mają wpływ na pańską pracę? Czy trener jest wrażliwy na ich presję?

Oczywiście, media odgrywają ważną rolę, szczególnie w krajach, w których piłka ma duże znaczenie. Nigdy nie miałem szczególnych problemów z prasą. Staram się nawiązać relacje oparte na szacunku, nie widzę innej możliwości. Co do radzenia sobie z presją, to zależy od osobowości. To kwestia indywidualna, ale w dużym klubie trzeba podchodzić do tego ze spokojem, w przeciwnym wypadku…

Czy pasjonat piłki tęskni za przeszłością? Co było lepsze kiedyś i dlaczego? Co jest lepsze dziś?

Nie wiem, jak odnieść się do tego pytania. W każdej epoce mówi się, że kiedyś było lepiej albo gorzej. Staram się unikać tego rodzaju twierdzeń. Niektóre tradycyjne wartości zniknęły, to prawda. Przywiązanie do barw klubowych z pewnością było kiedyś silniejsze. Myślę, że główną zdolnością trenera jest zawsze umiejętność dostosowania się do sytuacji. Dobrze analizować i dostosowywać się, to klucz w pracy trenera.

Jest pan madridistą. Ktoś taki jak pan musi chyba marzyć o trenowaniu Realu, prawda?