Najpierw Polska. Rzecz o Józefie Becku - Jerzy Chociłowski - ebook

Najpierw Polska. Rzecz o Józefie Becku ebook

Jerzy Chociłowski

3,5

Opis

Pierwsza tego rodzaju kompletna biograficzna opowieść o człowieku, o którym Piłsudski – jego mentor i kreator kariery – powiedział, że się nie ugnie i nie da nikomu zastraszyć.

Józef Beck dawał dowody męstwa najpierw na polach bitewnych jako artylerzysta Legionów, później w tajnych misjach Polskiej Organizacji Wojskowej w Rosji i na Ukrainie, także w wywiadzie podczas najazdu bolszewickiego. Nie zabrakło mu też odwagi na froncie dyplomatycznym, gdy zamienił mundur oficerski na frak i cylinder ministra spraw zagranicznych. Hart ducha wykazywał zawsze, nawet gdy śmiertelnie chory umierał w poniewierce na ziemi rumuńskiej, bezprawnie tam przetrzymywany po katastrofie Września ’39.

Książka mówi o tym wszystkim w sposób niekonwencjonalny, swobodnie, nie stroniąc od anegdot, ciekawostek i przechadzek w zakątki dygresji. Ma w tym swój udział pani Jadwiga vel Dziuba Beckowa, częsta towarzyszka służbowych podróży męża. Sylwetka Becka na tym tle rysuje się cokolwiek nietypowo, ale z pola widzenia nie znika główne zadanie, które w tamtym czasie miało w jego działaniach znaczenie newralgiczne. Chodziło o utrzymanie naszej zagrożonej stale niepodległości, której odrodzenie przed stu laty było niedawno przypominane.

Nie ma wątpliwości, że Beck był jedną z najważniejszych postaci w II RP i to na jego barkach w niezwykle trudnym czasie po śmierci Marszałka spoczywała przede wszystkim troska o opóźnianie tego, co niestety musiało nieuchronnie nastąpić. Obiektywnie patrząc, nie mógł ocalić naszej młodej państwowości, toteż oskarżenia, że był jednym z jej grabarzy i sprawcą wybuchu wojny nie mają sensu. Ów czarny mit był upowszechniany na emigracji przez generała Sikorskiego, a w okresie PRL stał się już dogmatem. Smutne, że stereotyp ten przetrwał do dziś, i to nie tylko za granicą (jak choćby w putinowskiej Rosji), lecz cyklicznie pojawia się i u nas, strasząc niby senny koszmar.

„Pracę Jerzego Chociłowskiego – napisał recenzent książki prof. Tomasz Nałęcz – przeczytałem z dużą przyjemnością. Sprawiły to ogromna wiedza autora i jego sprawne pióro, którego brakuje wielu autorom książek historycznych”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 299

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Projekt Okładki: Mela Wrzos/d2d.pl

Projekt typograficzny i skład Robert Oleś/d2d.pl

Opracowanie redakcyjne, korekta i przygotowanie indeksu: d2d.pl

Zdjęcia pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego

Wydanie elektroniczne 2019

ISBN: 978-83-244-1056-9 (EPUB), 978-83-244-1056-9 (MOBI)

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019

Copyright © by Jerzy Chociłowski

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. 22 827 94 15

[email protected]

iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

O D   A U T O R A

Nikt z obozu rządzącego w Drugiej Rzeczypospolitej nie stał się obiektem tylu ciężkich oskarżeń co minister Beck. I to zarówno za granicą, jak i w ojczyźnie. Zarówno za życia, jak i po śmierci. Oskarżenia te przybrały postać stereotypów i są uporczywie nagłaśniane, niby zdarta, puszczana w kółko płyta gramofonowa.

Wszystkie te zarzuty mają jedną wspólną cechę.

Są niesprawiedliwe.

Początek czarnej legendzie Becka dali Francuzi, gdy u progu swojej kariery dyplomatycznej znalazł się w Paryżu jako attaché wojskowy: usiłował jakoby w celach szpiegowskich kupić tajne szyfry francuskie. Oszczercy musieli plotkę publicznie z przeprosinami zdementować, ale i tak Beck miał odtąd opinię frankofoba, tym trwalszą, że potem konsekwentnie starał się odzwyczajać Francuzów od poczucia wyższości wobec Polski.

Okazją do dalszego szargania mu opinii stał się nasz pokojowy układ z Niemcami. Francuzi zaczęli go wówczas podejrzewać o germanofilię i potajemną zdradziecką zmowę z Hitlerem. Podchwycili to oczywiście nieprzyjaźni nam zawsze Litwini, a także Rosjanie, mimo że mieliśmy z nimi wtedy symetryczną umowę o nieagresji, a Beck był z honorami goszczony w Moskwie. Potem jednak bez żadnych hamulców szkalowali go jako faszystę.

Niestety również i w Polsce rodacy posądzali Becka o niecne sympatie dla niemczyzny, chociaż cała jego droga życiowa zaprzeczała takiej insynuacji. Patriotyzm wyniósł z domu rodzinnego, walczył w Legionach, nadstawiał karku w niebezpiecznych misjach jako emisariusz POW, swoistej poprzedniczki Armii Krajowej. Nie zabrakło go też w kampanii przeciw bolszewikom.

W swej pracy dyplomatycznej kierował się zawsze instynktem państwowym. Był to jakby jego szósty zmysł – ten sam, któremu swoje posunięcia podporządkowywał Piłsudski. Beck przyswoił to sobie od swego mentora w sposób naturalny. I zawsze stawiał na pierwszym miejscu Polskę. Nigdy nie zmącił tego podejścia nawet cień prywaty, jakiejkolwiek korzyści osobistej. Tu także wzorem był dla niego Marszałek.

Jednakże jakoś nie docierała do „prokuratorów” Becka świadomość, że jego częste spotkania z notablami Trzeciej Rzeszy to była gra, a nie ideowe zaloty. Dyktowała te kontakty potrzeba rozpoznania zamiarów agresywnego sąsiada oraz pragnienie maksymalnego opóźniania rysującego się coraz groźniej konfliktu zbrojnego. A Piłsudski już na łożu śmierci mówił Beckowi, że „trzeba, jak długo to możliwe, utrzymywać obecne stosunki z Niemcami”. I dodał przewidująco, „że to się wielu nie spodoba”.

Kolejne inwektywy sypały się na Becka po wymuszeniu na Litwie normalizacji naszych stosunków oraz po przyłączeniu Zaolzia. W obu przypadkach piętnowano te działania jako brutalny pseudomocarstwowy gest. I w obu były i są to oceny obarczone błędem. Oczywistsza jest kwestia ultimatum dla Kowna. Krzyczącą niedorzecznością było bowiem upieranie się Litwinów, że pozostają w stanie wojny z Polską. Była to sytuacja pod każdym względem szkodliwa dla obu stron i naprawienie jej przyniosło obopólne korzyści. Sprawa Zaolzia wywołała głębsze krytyczne emocje. Wówczas jeszcze nie u nas, ale głównie w Anglii i we Francji, które ubolewaniem nad losem Zaolzia maskowały obłudnie swój udział w likwidacji Czechosłowacji.

Znamienne, że obie zainicjowane przez Becka akcje zostały powitane z owacyjnym entuzjazmem przez przytłaczającą większość Polaków. Naturalnie w okresie PRL wydarzenia te znalazły się w katalogu grzechów głównych Drugiej Rzeczypospolitej. Dziwić jednak musi, że i współcześnie często mamy do czynienia z samobiczowaniem się z powodu zajęcia Zaolzia. Być może w jakimś stopniu wynika to z wciąż pokutującej niewiedzy, że obszar ten został zbrojnie zagrabiony przez Czechów, więc po prostu odzyskaliśmy przynależną nam prawnie własność.

Dodajmy, że tak samo jak w postępowaniu z Litwą, nie była to megalomańska fanaberia Becka, lecz wcielanie w życie ustnego testamentu Marszałka. Jedno i drugie zadanie należało do zaległości, które Beck miał uregulować w stosownych okolicznościach.

Obwiniano także Becka o sprowokowanie wybuchu wojny. Niesłusznie, bo Hitler zaplanował podbój Polski grubo przed tym, nim Beck jako pierwszy w Europie powiedział mu „nie”. Zaliczano też Becka do grona winowajców katastrofy wrześniowej. Jej rozmiar i tempo były w istocie szokujące. Zrozumiałe, że powszechnie wywołało to uczucia gniewu i goryczy. Zaskoczony był także Beck, najwidoczniej niedoinformowany co do kolosalnej przewagi militarnej Niemiec i naszej słabości.

Zastanawia fenomen niezwykłej podatności ówczesnego społeczeństwa na rozdmuchaną ponad miarę mitologię naszej siły obronnej. Zaowocowało to szczególnie po śmierci Piłsudskiego istną Rydzomanią, niefortunnym surogatem kultu Marszałka. Być może była to pochodna zakodowanej w psychice Polaków radości, która eksplodowała, gdy po epoce długiej niewoli odzyskaliśmy upragnioną niepodległość. Wcześniejsze gejzery narodowej euforii po ultimatum Becka dla Litwy i Czech wydają się tkwić u podłoża tego samego zjawiska.

Jednakże ani sanacja, ani żaden inny polski rząd nie mogłyby w 1939 roku oprzeć się niemieckiej inwazji. Co więcej, każdy kraj w Europie napadnięty jednocześnie z dwóch stron przez sąsiadujące z nim mocarstwa byłby z góry skazany na klęskę. Potężna Francja mimo Linii Maginota dała się Hitlerowi pokonać znacznie łatwiej niż Rzeczpospolita. A blitzkrieg w Rosji sunął z takim samym impetem jak w Polsce. Tyle że czerwonoarmiści mieli za plecami dość przestrzeni na rejterowanie.

Naturalnie Beck – jak każdy polityk – miał na koncie porażki, chybione oceny, potknięcia, mylne kalkulacje. Na przykład kategorycznie odrzucał możliwość sojuszu Stalina z Hitlerem. (Zapewne poprawiłby mu się humor, gdyby wiedział, że gospodarz Kremla nawet wtedy, gdy niemieckie bomby spadały już na Kijów i Mińsk, nie mógł uwierzyć w zdradę Adolfa). Dawał się również nabierać na kłamstwa Göringa i Mołotowa. Nie domyślił się istnienia tajnego aneksu do paktu Ribbentrop-Mołotow i nie spodziewał się tego, że sprzymierzeńcy opuszczą nas obojętnie w godzinie śmiertelnej walki ze wspólnym wrogiem. Nie były to jednak grzechy wagi ciężkiej. Nawet znając prawdę lub domyślając się jej – byłby z tą wiedzą bezradny, nie mając żadnego wpływu na bieg wydarzeń.

Krytykowano Becka z różnych stron i na różne sposoby. Za to, co robił i czego nie zrobił. Kiedy jeszcze żył i działał oraz dziś, podczas gdybania post factum. Mimo wszystko jedno pozostaje poza sporem: nie narodziła się w międzywojniu żadna inna sensowna koncepcja polityki zagranicznej oprócz tej, którą prowadził Józef Beck.

1Ż O Ł N I E R S K A   N U T A

4 lipca 1916 roku w czasie ataku, pod huraganowym ogniem, dwudziestodwuletni podporucznik Józef Beck objął służbę obserwatora kierującego ogniem baterii na tak zwanej Polskiej Górze (Polenberg).

Pozostawał pod ogniem przez dwanaście godzin jako ostatni już obserwator po zabiciu dwóch i wycofaniu się pozostałych austriackich oraz niemieckich obserwatorów, po zerwaniu łączności telefonicznej, wskazując cele czerwonymi rakietami. Mimo kontuzji głowy nie opuszcza posterunku, a po zdobyciu odcinka przez piechotę rosyjską przedziera się do sąsiedniego odcinka batalionu 5 Pułku i bierze udział w odparciu rosyjskiego ataku, po czym znów organizuje sygnalizację artyleryjską i przebija się następnie do okopów rezerwy.

Tak dowódca Becka opisał jego postawę w trakcie bitwy pod Kościuchnówką na Wołyniu, za którą przedstawiono go do odznaczenia Wojskowym Krzyżem Zasługi (Militärverdienstkreuz). Przyznawanego za „czyny wojenne bezpośrednio w obliczu wroga”.

Nie wiadomo, czy Beck w ogóle przyjął ten krzyż i czy kiedykolwiek przypiął go sobie do munduru. Raczej nie, w każdym razie nigdy się nim nie szczycił, być może dlatego, że na ogół krzywo popatrywano na austriackie (a zwłaszcza niemieckie) odznaczenia na piersiach rodaków. Najczęściej były to zresztą medale za waleczność, zwane wzgardliwie „trupimi”. Niektórzy jednak je nosili i niekiedy tego żałowali, zwłaszcza ci, którzy po odmowie ślubowania wierności cesarzowi Niemiec i braterstwa broni z armiami zaborców powędrowali za druty obozów w Beniaminowie i Szczypiornie. Legionowy poeta Edward Słoński pisał wówczas:

Bo te krzyże berlińskie, medale wiedeńskie,

te cesarskie wdzięczności za śmiertelny bój,

dziś dzwonią na piersiach jak dzwonki błazeńskie,

nam ubranym z ich woli w aresztancki strój.

Zapewne gorycz z tej racji byłaby mniejsza, gdyby koledzy autora wiersza wiedzieli, że niewola wkrótce obróci się na dobre i okaże się zwycięską kartą w pokerowej zagrywce komendanta Piłsudskiego. Tak zwany kryzys przysięgowy spadł mu bowiem niczym gwiazdka z nieba jako pretekst do ostatecznego rozbratu z państwami centralnymi i przejścia na drugą stronę barykady w roli alianta koalicji biorącej wyraźnie górę w zmaganiach wojennych. Jego samego też zresztą Niemcy internowali (na terenie twierdzy w Magdeburgu), co go koniec końców wyniosło na urząd Naczelnika Państwa. Dla niektórych był to łut szczęścia, życzliwy uśmiech fortuny, inni widzą w tym błysk geniuszu, ale w ostatecznym rozrachunku liczy się zawsze tylko skutek.

Austriacy, przyjmując formacje polskie pod swą wojskową komendę, raczej nie podejrzewali, że powstanie Legionów będzie podłożem, na którym zacznie kiełkować odradzająca się Rzeczpospolita. Tymczasem legioniści szli do walki z tą tylko myślą. Nie byli typową zbieraniną z poboru, przypadkowymi towarzyszami broni, lecz wojskiem ideowym, do którego zgłaszali się ochotniczo, z jasnym celem walki. Tym tonem brzmiała „żołnierska nuta” z nieoficjalnego hymnu Pierwszej Brygady.

Braterską równość podkreślano, zwracając się do siebie per obywatelu, biorąc za przykład kombatantów Kościuszki. Oczywiście „obywatelem” (a nie „panem”) był też Komendant. Lekarz pułkowy Sławoj Składkowski, dogmatyczny służbista, nawet w spisywanym na gorąco dzienniku sadził raz po raz „obywatela” przed przytaczanym stopniem i nazwiskiem.

Przestrzeganie tej zasady obrazowo poświadcza wspomnienie z walk nad Stochodem we wrześniu roku 1916. Ciężko ranny w brzuch podporucznik Adam Koc leżał tam w ziemiance, skazany przez lekarzy na niechybną śmierć. Składkowski kazał mu już nawet wykopać dół „na spokojne pomieszkanie”. W razie odwrotu nie zamierzano go zabierać ze sobą, bo jedyną, nikłą szansę na przeżycie dawało leżenie bez ruchu. Do opieki nad rannym przydzielony został młodziutki szeregowiec Franciszek Hynek (sławny później pilot balonowy). W pewnej chwili zagadnął on ciekawie Koca:

– Jak sądzicie, obywatelu podporuczniku, będziecie żyli czy nie?

– Wiecie, obywatelu Hynek, mnie się zdaje, że umrę – padła odpowiedź.

– Wiecie, obywatelu podporuczniku, że pewnie tak będzie, bo zupełnie to samo mówią obywatele lekarze – odrzekł Hynek.

– Obywatele doktorzy wszystko wiedzą najlepiej – zgodził się Koc.

Wszyscy się pomylili, bo Koc się jednak wykaraskał[1], natomiast męstwo Becka w okopach Kościuchnówki nie poszło w zapomnienie. Pięć lat później w niepodległej już Polsce otrzyma za nie – jako major w sztabie generalnym – Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari. Wniosek o jego nadanie wystosował pułkownik Edmund Knoll-Kownacki. To on (wówczas jeszcze w randze kapitana) był bezpośrednim dowódcą Becka oraz świadkiem jego odwagi w bitwie i postulował przyznanie mu austriackiego krzyża. Otrzymane w Belwederze z rąk marszałka Piłsudskiego srebrne Virtuti – świadectwo „cnoty żołnierskiej” – będzie dla Becka najcenniejszym trofeum spośród kolekcji ponad pięćdziesięciu odznaczeń polskich i cudzoziemskich, którymi w ciągu następnych lat dekorował na przemian frak i mundur.

Przystępując do Legionów, Beck nie wahał się ani sekundy. Była to decyzja najzupełniej naturalna, pochodna klimatu, w jakim dorastał. Nie dopuszczał myśli, „że mógłby się nie stawić w momencie, gdy jest to naprawdę potrzebne”. W jego domu rodzinnym patriotyzm miał wymiar religii. Potęgowały go szykany władz carskich, jakie przez lata dawały się dotkliwie we znaki rodzinie Becków.

Senior Beck – dwojga imion – Józef Alojzy miał wprawdzie korzenie cudzoziemskie (konkretnie flamandzkie), ale to bardzo stara historia, niemal legendarna, sprzed kilku wieków. Protoplastą rodu był ponoć żeglarz Bartholemeus Beck, kaper flandryjski, którego podczas zbrojnego konfliktu z niepokornym Gdańskiem wziął do służby Stefan Batory i zlecił mu wysadzenie desantu w porcie elbląskim. Nie wiadomo, dlaczego morski najemnik nie wrócił do Flandrii i osiadł potem gdzieś na Mazowszu, a więc nie nad morzem, które było jego żywiołem.

To na tę tradycję powoływał się Beck, tłumacząc swe zamiłowania marynistyczne. Conrad był dla niego autorem numer jeden, komplet dzieł autora Lorda Jima miał w gabinecie pod ręką i sięgał po nie często. Znali tę jego pasję nasi międzywojenni gdańszczanie, których bronił przed niemieckimi szykanami. Na półce w ostatnim warszawskim mieszkaniu ministra[2] widniał ofiarowany mu przez nich model starego okrętu z epoki, a zawieszona pod rufą tabliczka objaśniała, kim był Bartłomiej Beck i dlaczego znalazł się w Polsce. Pominęli dyplomatycznie drobiazg, że był on podówczas płatnym wrogiem Gdańska, ale historia kryje w zanadrzu mnóstwo podobnych figli. Niekiedy bardzo wstydliwych. Ten akurat jest niewielkiego kalibru.

Koleje dalszych losów królewskiego kapra utonęły w odmętach czasu, natomiast biografię jego dziewiętnastowiecznego potomka Józefa Alojzego udało się historykom bez trudności wydobyć z pyłu archiwów. Przyszedł on na świat w 1867 roku w ówczesnej guberni siedleckiej, w miasteczku Biała, opatrzonym z czasem przymiotnikiem Podlaska. Dodajmy, że jego ojciec – również o imieniu Józef, dziadek późniejszego legionisty i ministra – był tamtejszym poczmistrzem, ale należącym do stanu szlacheckiego, co by świadczyło o tym, że familia Becków była już od dawna gruntownie spolszczona.

Niemniej Hans Frank, satrapa Generalnej Guberni, utworzonej przez Niemców po klęsce wrześniowej, kazał w archiwach miejskich Białej Podlaskiej szperać dla sprawdzenia, czy w żyłach ministra Becka nie ma aby domieszki krwi żydowskiej. Podobno czynił to na polecenie Goebbelsa, do którego być może dotarły kolportowane przez polskich „narodowców” brednie, że Beck był „chrzczony scyzorykiem”.

Jednakże niepodobna dociec, czemu by miało służyć to poronione śledztwo, skoro Beck był już wtedy za burtą świata polityki. Po internowaniu w Rumunii tkwił tam niczym ptak w klatce, nie mogąc się w żaden sposób wydostać. Zagadka tym trudniejsza, że Niemcy mieli przecież własnego Becka (o imieniu Ludwig) o niezbrukanych aryjskich korzeniach, i to na stanowisku szefa sztabu generalnego. Nawiasem mówiąc, z polskim Beckiem łączyła go obawa przed militarnym awanturnictwem Hitlera. Przeraziła go aneksja Czechosłowacji, a podczas wojny był jednym z inspiratorów nieudanego zamachu oficerów Wehrmachtu na życie Führera (typowano go nawet na jego sukcesora) i przypłacił to życiem.

Lustrowany przez wywiadowców Franka Józef Alojzy, zainfekowany już na studiach prawniczych w Warszawie ideami socjalistycznymi, zbliżył się do cierpiących biedę środowisk robotniczych, wnosząc w nie – jak zalecał Słowacki – „oświaty kaganiec”, w dążeniu do poprawy ich niedoli, a przede wszystkim warunków płacy i pracy. Na glebie tych działań doszło do powstania konspiracyjnego Związku Robotników Polskich (ZRP) i kas oporu na wypadek strajków. Był to właściwie zarodek związków zawodowych, objętych naturalnie anatemą władz. Wszystko to na razie nie miało zabarwienia rewolucyjnego, wykluczało zdecydowanie terror jako formę walki, ale w tle, jak wieczna lampka przed świętym obrazem, żarzył się ognik patriotyczny.

Józef Alojzy – jeden z głównych twórców ZRP i przywódca pierwszego warszawskiego strajku w fabryce tiulów i firanek Szlenkiera – był oczywiście cały czas śledzony przez agentów żandarmerii. Miał się na baczności, ale w końcu trafił za kratki jako „prowodyr nielegalnej organizacji”.

Józef Alojzy Beck (1867-1931), ojciec przyszłego ministra, wybitny społecznik, człowiek wielkich zasług dla Polski pod zaborami i po odrodzeniu; wychował syna w etosie patriotycznym.

Razem z nim aresztowani zostali jego starszy brat Dionizy oraz narzeczona Bronisława Filipina Łuczkowska z niezamożnej, ale szacownej rodziny mieszczańskiej. Znali się od bardzo młodych lat, bo tak się złożyło, że oboje chodzili do gimnazjów w Chełmie na Lubelszczyźnie. Była to panna już dwudziestosześcioletnia, nie tylko ładna, ale i roztropna, oczytana, muzykalna, grała dobrze na fortepianie. Szukając zatrudnienia w Warszawie, uczęszczała na kursy dla tak zwanych freblanek, czyli opiekunek przedszkolaków. Józef Alojzy – wtedy już aplikant sądowy – odwiedzał ją często i to właśnie u niej w mieszkaniu zostali oboje aresztowani. Umieszczono ich w osławionym x Pawilonie, więzieniu śledczym na stoku Cytadeli Warszawskiej, opodal miejsca straceń, gdzie publicznie powieszono Traugutta, przywódcę powstania styczniowego, i jego towarzyszy.

Więźniowie stanu szlacheckiego mieli za caratu pewne ulgi w stosunku do zakluczonnych urodzonych mniej zaszczytnie. I tak na przykład skazany na zesłanie szlachcic nie musiał człapać tam piechotą, korzystał z kibitki lub podwody konnej. Oczywiście to klasowe rozróżnienie obowiązywało także w aresztach i więzieniach. Dzięki temu na utrzymanie Józefa Alojzego w Cytadeli rząd łożył trzydzieści pięć kopiejek, czyli aż o dziesięć więcej niż na jego mieszczańską narzeczoną oraz aresztowanych razem z nim pod tymi samymi zarzutami robotników należących do ZRP. Jednakże mimo tego przywileju wikt więzienny nie był chyba dostatecznie pożywny, bo Józef nabawił się tam choroby żołądka, która bardzo długo mu dokuczała. Nie był jednak bity ani zastraszany, a porządnie zaopatrzona biblioteka pozwalała mu pożytecznie spędzać nadmiar wolnego czasu między przesłuchaniami.

Bronisławę po prawie trzech miesiącach wypuszczono, natomiast Józef Alojzy siedział jeszcze ponad pół roku, po czym go zwolniono, ale warunkowo, za kaucją (wpłaconą przez matkę), do chwili ogłoszenia werdyktu sędziowskiego. Pracę w sądzie oczywiście stracił, ale wykorzystał pospiesznie tę pauzę, żeby się pożegnać ze stanem kawalerskim. W 1892 roku został ślubnym mężem swej ukochanej Broni w warszawskim kościele rzymskokatolickim – zbudowanym na placu Trzech Krzyży na cześć cara Aleksandra i, tytułującego się dumnie królem Polski.

Wydarzenie to, z założenia szczęśliwe, zakłóciły na początku przykre komplikacje. Powodem był fakt, że Bronisława była unitką, czyli grekokatoliczką, i w tym obrządku ochrzczono ją w rodzinnym Chełmie. Aliści w Królestwie Polskim Kościół unicki został zdelegalizowany i zawłaszczony przez prawosławie, które było religią państwową z carem jako jej najwyższym zwierzchnikiem.

W tym stanie rzeczy ślub Bronisławy z Józefem Alojzym Bekiem[3] był nieważny, gdyż de iure panna młoda jako unitka została prawosławną i powinna była zmieniać stan cywilny wyłącznie w cerkwi. Co gorsza, jeśli postąpiłaby inaczej, mogło to być uznane za odstępstwo od jedynie słusznej wiary i podlegało surowej karze. A że oboje pozostawali nadal pod nadzorem policji, byli tym bardziej zagrożeni.

Chcąc nie chcąc, wzięli ponownie ślub w warszawskiej cerkwi Świętej Trójcy, ale wkrótce pojawiły się na tym tle nowe kłopoty. Według prawa również dzieci wyznawców prawosławia miały być chrzczone przez popa, i to w ciągu tygodnia od przyjścia na świat. A 4 października 1894 roku Bronisława powiła syna, czyli głównego bohatera niniejszej opowieści. Dano mu na imię Józef po dziadku i ojcu, jednak ochrzczono w cerkwi nie po tygodniu, lecz dopiero po przeszło dwóch latach. Jak to się stało, że tak długa zwłoka uszła rodzicom płazem – nie wiadomo. Być może miało to jakiś związek z tym, że zaledwie po miesiącu od narodzin syna Józef Alojzy wyrokiem sądu został skazany na pół roku więzienia, więc jakiś urzędnik przymknął litościwie oko na to zaniedbanie.

Jako skazańcowi nie wolno mu było mieszkać nie tylko na obszarze Królestwa Polskiego, ale i w sąsiadujących z nim guberniach. Zakaz ten dotyczył też głównych miast, w tym Moskwy i Sankt Petersburga, ale dla odbycia kary zawieziono go pociągiem właśnie do stolicy imperium. Trafił do słynnych Krestów (Krzyży), chluby carskiego więziennictwa wzorowanej na berlińskim Moabicie. Był to ogromny, największy w Europie penitencjarny ul – prawie wszystkie cele były pojedyncze. Warunki były tam cięższe niż w x Pawilonie, istniał przymus pracy, karmiono źle, wskutek czego cierpienia żołądkowe Józefa Alojzego znacznie się nasiliły. Łagodził je częściowo, zaopatrując się w żywność kupowaną za własne pieniądze. Przysyłała je z Warszawy Bronisława, zarabiająca na siebie i kilkumiesięcznego Józia domowymi korepetycjami.

Na szczęście w drodze łaski, ze względu na chorobę, po trzech miesiącach wyszedł na wolność, ale jeszcze przez dwa lata miał pozostawać pod nadzorem policji. Wprawdzie po roku warunek ten zniesiono, ale wciąż nie wolno mu było wrócić do Warszawy ani nigdzie do Królestwa. Po namyśle postanowił, że zamieszka z rodziną w Rydze, stolicy guberni kurlandzkiej, gdzie przebywało wówczas kilkanaście tysięcy Polaków z różnych warstw społecznych, między innymi bardzo wielu studentów tamtejszej renomowanej politechniki[4].

Okazało się, że był to wybór trafny. Beckowie spędzili tam trzy lata, utrzymując się głównie z nauczycielstwa, oboje uczyli też polskiego na tajnych kompletach, no i udzielali się społecznie. Ich mieszkanie skupiało rodaków z różnych sfer, nie brakło wśród nich także socjalistów, a duch patriotyzmu zawsze był obecny. Patronował temu naczelnik Kościuszko w chłopskiej sukmanie z pokaźnego obrazu wiszącego w saloniku.

Ryga miała też ten plus, że Bałtyk był na wyciągnięcie ręki. Na wakacje cała rodzina przenosiła się nad morze, do osady o nazwie Meluga. Po latach, przy okazji oficjalnej wizyty na Łotwie, pojechał tam wiedziony sentymentem minister Józef Beck, aby odszukać domek i piaszczystą plażę, gdzie spędzał z rodzicami lato. Podkreślał potem często, że to z dzieciństwa wynosi się zapas pogody i radości życia.

Jednakże Beckowie pamiętali o tym, że ciągle są niepewnymi politycznie poddanymi rosyjskimi, których lojalność znów można podważyć, choćby w związku z wymuszoną na nich przynależnością do prawosławia. Toteż pewnego dnia na progu jesieni w roku 1898 przez zieloną granicę czmychnęli „za kordon” – do Lwowa.

W całej Galicji roiło się zresztą od podobnych uciekinierów, gdyż w porównaniu z reżimem carskim zabór austriacki był rezerwatem znacznie mniej skrępowanej polskości. Schronił się tam również wspominany już Dionizy Beck, który w trosce o swe słabe płuca osiedlił się ostatecznie w Zakopanem. Jego podtatrzański dom stał się jednym z punktów kontaktowych, w którym zbierali się luminarze różnych profesji: Stanisław Witkiewicz, Stefan Żeromski, Mieczysław Karłowicz, starsza siostra Marii Skłodowskiej-Curie – Bronisława Dłuska i jej mąż Kazimierz[5], pojawiał się niekiedy Józef Piłsudski.

We Lwowie Józefowi Alojzemu nie udało się jednak zagrzać miejsca, bez powodzenia szukał stałego zarobku. Przeniósł się stamtąd do Limanowej, stolicy Beskidu Wyspowego, mieściny malowniczo położonej, ale biednej i zaniedbanej pod każdym względem. Dzięki protekcji Dionizego otrzymał tam stanowisko sekretarza Rady Powiatowej i poczuł się od razu w swoim żywiole. Jego przemożny instynkt społeczny znalazł ujście w dynamicznej działalności o niezwykle szerokim zasięgu – od zakładania kas samopomocowych, spółdzielni mleczarskich czy Chóru Teatru Włościańskiego po uprawę drzew owocowych. Na polu oświatowym sekundowała mu energicznie Bronisława, a ich parterowy domek przy Słonecznej 1, zwany Bekówką, emanował atmosferą kulturalną, przyciągając jak magnes zarówno krąg miejscowych gości, jak i wszelkich emigrantów politycznych z zaboru rosyjskiego, którzy zawsze mogli liczyć u gospodarzy na opiekę i tymczasowe schronienie.

Bywał tam młodopolski pisarz Władysław Orkan, zaglądał również Józef Piłsudski, który latem 1913 roku szkolił przyszłych oficerów legionowych w pobliskiej Stróży. Beck junior widział go tam już drugi raz, wcześniej spotkał go podczas bytności u stryja Dionizego w Zakopanem i podobno Piłsudski zrobił na nim niezatarte wrażenie, ale jeśli sam został wówczas dostrzeżony, to chyba tylko z racji tyczkowatego wzrostu.

W Limanowej też upłynęło prawie całe jego dzieciństwo. Tamże na samym początku został w wieku lat sześciu przyjęty na łono Kościoła rzymskokatolickiego przez wpisanie do księgi chrztów miejscowej parafii. Proboszcz Kazimierz Łazarski wyjaśnił sumiennie we wpisie, że „chłopiec urodził się wprawdzie w Warszawie, lecz rodzice jego, choć katolicy, pod przymusem bezbożnych praw Cesarstwa Rosyjskiego zmuszeni byli potomstwo swe we wschodniej schizmie ochrzcić, oni zaś, żeby zbawienia duszy ich samych i potomstwa na szkodę nie narazić przez religijne prześladowania – jako że prababka dziecka w linii bocznej urodziła się w wierze unickiej – emigrowali do zaboru austriackiego”.

Do Limanowej z Warszawy przyjechała także po owdowieniu seniorka rodu Anna z Kuczyńskich Beckowa, matka Józefa Alojzego. Na rodzinnej fotografii widać ją siedzącą dostojnie w przydomowym ogródku Bekówki w otoczeniu syna, synowej oraz obydwu wnuków – czternastoletniego Józia i jego znacznie młodszego braciszka Kazia (umrze potem przedwcześnie w wieku lat siedemnastu).

Konrad Wrzos, wybitny reporter międzywojnia, pisał wprawdzie, że w rodzinie Becków panowały stosunki „pogodne i serdeczne”, ale charaktery Józefa ojca i Józefa syna były zupełnie odmienne i przyjaźń między nimi opierała się ostrożnie na wzajemnym poszanowaniu tej odrębności. Ojciec nigdy nie narzucał się dorastającemu juniorowi w roli wychowawcy, inaczej trochę niż matka, z natury rzeczy bardziej opiekuńcza, a zresztą bywało, że miała powody do niepokoju.

Na przykład wtedy, gdy eksperymentował z lotami szybowcem, który skonstruował do spółki ze stolarskim terminatorem. Pewnego razu szybowiec skapotował i rozbił się, a poturbowany niezbyt groźnie (zwichnięta noga) pilot zniechęcił się na dobre do dalszych ikarowych wzlotów w przestworza. Mama – do której syn według relacji Wrzosa odnosił się zawsze „z głęboką tkliwością” – odetchnęła z ulgą, też zapewne głęboką.

Maturę Beck junior uzyskał w C.K. Gimnazjum Realnym w Krakowie jako młodzieniec już osiemnastoletni. W przeciwieństwie do humanistycznego gimnazjum klasycznego główny nacisk kładziono tam na przedmioty ścisłe przygotowujące młodzież do „zajęć przemysłowych”, ale pamiętano też o językach obcych. Oczywiście przede wszystkim liczył się niemiecki, a uczył go dwudziestoczteroletni wówczas Ryszard Ordyński, który wkrótce porzuci belferkę i zrobi karierę jako reżyser filmowy w Niemczech oraz w Ameryce. Miną lata i w międzywojennej Polsce nakręci biograficzny dokument o Piłsudskim pt. Sztandar wolności. A na premierze w warszawskiej Filharmonii będzie go oglądał były uczeń reżysera, minister spraw zagranicznych Józef Beck, oklaskując wraz z widownią scenę łamania szabel przez oficerów legionowych na znak odmowy służby w wojsku cesarza Niemiec.

Po zdaniu matury myślał Beck o służbie w marynarce, ale polskiej, co było wtedy mrzonką, więc w zgodzie ze swą szkolną edukacją wstąpił do lwowskiej Szkoły Politechnicznej, wybierając wydział budowy maszyn. Jednym z jego profesorów, wykładowcą geometrii wykreślnej, był Kazimierz Bartel, pięciokrotny premier w Drugiej Rzeczypospolitej – ich drogi będą się w przyszłości krzyżować w niewyobrażalnych podówczas okolicznościach.

Jednakże już po roku naszła chyba młodego Becka refleksja, że inżynierska profesja w zaściankowej raczej Galicji nie otworzy przed nim perspektyw wyjścia na szeroki świat, albowiem porzuca żmudne lwowskie studia i ufny w gimnazjalną niemczyznę (czwórka na maturze) wyjeżdża do Wiednia. Jego celem jest założona niedawno, ale już renomowana Cesarsko-Królewska Akademia Eksportowa, największa w Europie uczelnia o profilu ekonomicznym z mocnym akcentem na handel światowy. Słuchaczami jej było wielu znanych Polaków, którzy zaszli wysoko, choć przeważnie wcale nie w branży handlowej. (Musiało im to dawać poczucie szczególnej wspólnoty, bo spotkali się licznie po latach na zjeździe absolwentów w warszawskim hotelu Polonia).

Pobyt nad Dunajem to w życiu niespełna dwudziestoletniego Becka epizod idylliczny. Nie ma trosk materialnych, bo rodzice wysyłają mu regularnie co miesiąc kilkadziesiąt koron, wydawanych prędko i – jak sam przyznawał – „może nie zawsze dokładnie po myśli ojca”. Można się tylko domyślać, co się kryło za tym ogólnikiem. Owszem, Beck junior na wykłady uczęszcza, ale w czasie wolnym oddaje się zabawom i tańcom, ze szczególnym upodobaniem – jakżeby inaczej, nad pięknym modrym Dunajem – do walca.

Po zdaniu wszystkich egzaminów zalicza awansem aż cztery semestry i wraca na wakacje do domu. Jest lato 1914 roku, pogodne i ciepłe, czas wypoczynku, ale Józef nie pozostaje bezczynny. Wprawdzie nie należał do żadnej z rozkwitłych obficie w Galicji paramilitarnych polskich drużyn czy któregoś ze związków strzeleckich, ale jeszcze jako gimnazjalista ukończył austriacki kurs przysposobienia wojskowego, uznając przezornie, że „rzecz może się przydać”. I rzeczywiście, przydała się. Korzysta z nabytej wtedy wiedzy jako instruktor oddziału limanowskich ochotników legionowych. Szkolą się pospiesznie, gdyż od czerwcowego zamachu w Sarajewie na arcyksięcia Ferdynanda, austriackiego następcę tronu, wojna wisi w powietrzu jak chmura gradowa.

Ćwiczenia wojskowe odbywają się dyskretnie i nic o nich nie wiedzą panny, z którymi wiedeński akademik grywa codziennie w tenisa. Toteż bardzo się zdziwią, gdy pewnego popołudnia usłyszą po skończonej partii: „Jutro nie przyjdę, bo idę na wojnę”. I już następnego dnia melduje się na krakowskich Oleandrach, czekając na przydział jako ochotnik bez stopnia.

Nie ma jeszcze na razie podziału na brygady, tylko na rodzaje broni. Józef nie miał szans, aby trafić do historycznej Pierwszej Kadrowej, ułańskie siodło też nie wchodziło w rachubę. Z racji studiów politechnicznych zakwalifikowano go jako artylerzystę, chociaż z armatami miał dotąd tylko kontakt wzrokowy. Niemniej jest rad, poddaje się ochotnie krótkiemu szkoleniu, nie wiedząc jeszcze, co go czeka, jak mordercza będzie to służba.

Austriacy rozmyślnie przydzielają legionową artylerię do innych swoich formacji. Cel jest jasny: chodzi o to, aby niepokorni Polacy zanadto się nie integrowali, nie rośli zbytnio w siłę. Beckowi się ta separacja nie podobała, często na nią sarkał i pewnie dlatego wpisano mu do książeczki wojskowej: Politisch verdächtig. Vorsicht! (Politycznie podejrzany. Uwaga!)[6].

Świeżo upieczony kanonier znalazł się wczesną jesienią ze swoją baterią na froncie w Karpatach Wschodnich. Był to ważny odcinek strategiczny. Należało pilnie zaryglować przełęcz, przez którą Rosjanie mogli wedrzeć się na Nizinę Węgierską, co w ich rachubach miało spowodować rozpad Austro-Węgier. Chrzest bojowy otrzymał Beck jesienią w bitwie pod przechodzącym z rąk do rąk Delatynem, wkrótce zaś potem następuje bierzmowanie podczas potyczek w huculskiej wsi Rafajłowa[7].

Były to główne karpackie reduty, które należało obsadzić. Zadanie wręcz karkołomne, jako że Gorgany – tamtejsze pasmo górskie – należały do najdzikszej partii Karpat. Gęsto zalesione, strome dziewicze bezdroże, w którym przyszło wyrąbywać marszową przeprawę dla pieszych i pojazdów kołowych, taborów oraz artylerii. Legioniści z kamieni oraz ściętych i obciosanych świerków ułożyli spod Rafajłowej siedmiokilometrowy trakt z kilkunastoma mostkami. Była to trwająca prawie tydzień harówka, a Beck z kolegami siłą rąk własnych za pomocą sznurów wciągali pod górę działa i jaszcze z amunicją. Nie przyćmiło to w żadnym stopniu jego optymizmu, a na dwudzieste urodziny dostał prezent w postaci awansu na celowniczego pierwszej baterii w pierwszym plutonie i Pułku Legionów.

Potem jednak nastały deszcze, wiatry i chłody, słupek rtęci opadał coraz niżej, a Rosjanie raz po raz usiłowali wyprzeć Polaków z „Rzeczpospolitej Rafajłowskiej”, tak bowiem nazwali oni swoją placówkę.

Styczeń następnego, 1915 roku przyniósł takie mrozy i śnieżyce, że ofiarność legionistów została wystawiona na ekstremalnie ciężką próbę. Dawały się we znaki głód i pragnienie. Bywało, że musieli pościć przez kilka dni, pojawiły się oczywiście wszy, nieodstępne towarzyszki żołnierskiej poniewierki. Ciągłe forsowne marsze pod ciężarem broni i amunicji, nieprzespane noce pod gołym niebem wyczerpywały dodatkowo siły nawet tych najbardziej krzepkich, najtwardszych.

Beck, choć wysoki, sprawny i silny młodością, do herkulesów nie należał i była to dla niego nadzwyczaj surowa lekcja wytrzymałości i charakteru. Nie poddawał się wprawdzie, nie narzekał, lecz jak wszystkim ubywało mu odporności. Kronikarzowi pułku podczas odwrotu spod Delatyna wbił się w pamięć obraz „maszerującego Becka z ogromnym kosturem w ręku, trupio bladego, z kupą śniegu przy ustach dla osłabienia palącej go od wewnątrz gorączki, podobnego do widma – nie człowieka”. Beck niebawem dojdzie do siebie, choć bardzo możliwe, że owa gorączka była zaczynem schorzenia płuc, które nękało go w późniejszych czasach. Jednak wówczas najwidoczniej odzyskał prędko formę i w następnej zimowej bitwie pod Kirlibabą[8] spisał się tak dzielnie, że mianowano go kapralem.

Po latach przyzna z uśmiechem, że nigdy tak silnie nie odczuł, czym jest rozkosz władzy, jak po tym awansie. Wkrótce powiększa jej zakres, bo zostaje ogniomistrzem i szefem plutonu. I nagle – niczym grom z jasnego nieba – spotyka go eksmisja z frontu na tyły. Mocą postanowienia dowódcy, gdyż jego nadwątlony wysiłkiem bojowym organizm wymaga regeneracji. Beck się z tym nie zgadza, ma do autora decyzji żal, lecz rozkaz to rozkaz.

Przez następne pół roku będzie posłusznie i bez zarzutu wykonywał różne potrzebne, acz niebudzące szczególnej pasji prace, których w każdym wojsku nigdy nie brakuje. Można jednak domniemywać, że jego fizyczna kondycja zyskała na tej niechcianej rozłące z armatami. Ów przydział na tyły zakwitł kolejnym awansem, i to ważnym, bo na stopień chorążego, co znaczyło, że został oficerem. Najniższej rangi, ale miał dopiero dwadzieścia jeden lat i zaledwie od roku nosił mundur.

A gdy powrócił wreszcie do linii, znowu się wyróżnił, i to nie tylko w działaniach bojowych. Dowódca dywizjonu, wystawiając mu laurkę, dodał, że jest nie tylko zdolny, pilny i sumienny, ale i „posiada zalety towarzyskie”. To nie one jednak, lecz przede wszystkim niewątpliwe uzdolnienia przywódcze sprawiły, że kolejny awans był kwestią niedługiego czasu. Przy działobitni pod Kościuchnówką ma już otrzymaną 1 maja 1916 roku gwiazdkę podporucznika. Bitwa pod tą senną wołyńską wioseczką położoną pośród mokradeł i lasów, do wytropienia jedynie w zakamarkach dokładniejszych map, była w epopei legionowej z kilku względów wydarzeniem wyjątkowym i o wyjątkowych następstwach.

Po raz pierwszy doszło do tego, że wszystkie trzy brygady, łącznie z własną artylerią, znalazły się razem na rozległym pasie frontu. Mimo tego zmasowania po przeciwnej stronie było czterokrotnie więcej Rosjan niż Polaków. (Beck ze swoją baterią przydzielony został do 5 Pułku Artylerii I Brygady o zawadiackim przydomku Zuchowaci).

Fronty w tej wojnie, zarówno na zachodzie, jak i wschodzie Europy, miały, jak wiadomo, oblicze monotonnie statyczne. Po obu stronach ciągnęły się tasiemcowe linie głębokich okopów i ziemianek, z których raz po raz wypadali do szturmu to jedni, to drudzy, usiłując posunąć się kawałek naprzód, aby znów zaryć się w matce ziemi. Aż do następnego ataku i da capo niekonieczniealfine, czyli do pożądanego skutku.

Plac Saski w Warszawie. Piłsudski wydaje dyspozycje Beckowi. „To jeden z moich najzdolniejszych oficerów – mówił o nim Marszałek. – Znalazłem w jego osobie szczególnie zdolnego współpracownika”.

Komenderowała tą taktyką raczej pogoda niż sztabowcy. Pluchy, śniegi, zawieje, mrozy i nagłe odwilże na ogół nie sprzyjały natarciom, toteż walczący przez długie tygodnie korzystali z pauzy w umieraniu, z rzadka tylko ostrzeliwując się wzajemnie na znak, że czuwają i nie zabrakło im amunicji.

Nie inaczej było pod Kościuchnówką późną jesienią roku 1915. Front na długo zamarł tam w oczekiwaniu na lepsze warunki bitewne. Legioniści spokojnie budowali szańce oraz kwatery zimowe, i to nie tylko umeblowane ziemianki o boazerii z sosnowych okrąglaków. Na zapleczu powstało budowane przy pomocy rosyjskich jeńców osiedle o nazwie Legionowo, z domkami w stylu dworkowym, ze szpitalem, kinem, kaplicą, warsztatami rzemieślniczymi, a nawet torami kolejki konnej. Na wiosnę pojawiły się ogródki warzywne, ławeczki, alejki, ozdobne płotki i klomby kwietne, grano w piłkę nożną. Niektórzy nawet szykowali grzędy pod ziemniaki i poletka pod żyto. Zupełnie jakby nie było wojny i zamierzali się tam zadomowić, jeśli nie na stałe, to przynajmniej na dłużej, niż im to było sądzone.

Wszystko to poszło w drebiezgi pod artyleryjską nawałą ogniową, gdy po zimowym antrakcie ocknęła się na nowo ofensywa generała Aleksieja Brusiłowa. A zaraz potem na pozycje legionowe natarło bure mrowie sołdatów, prące falami do przodu pod hasłem szapkami zakidajem (czapkami nakryjemy).

Był to najcięższy, najkrwawszy bój Legionów. Wspomniany Sławoj Składkowski (przyszły premier) zapisał w swoim dzienniku polowym z charakterystycznym dla siebie humorem: „Pod Kościuchnówką przeszliśmy puszczanie krwi godne apoplektycznego szlachcica”. Poległo około dwóch tysięcy legionistów, a największe straty ponieśli Zuchowaci Becka. Zginęła prawie połowa pułku, w tym aż trzydziestu oficerów. Nabrała znów profetycznej dosłowności ostatnia – pulsująca emfazą – strofka pieśni Pierwszej Brygady o poświęceniu dla potomności „miazgą swych ciał, żarem swej krwi”.

To, że w piekle, jakie się wtedy rozpętało, Beck pozostał wśród żywych nietknięty gradem kul i szrapneli, zawdzięcza nie tylko nieodgadnionym meandrom przypadkowości, ale i swej zimnej krwi oraz przytomności umysłu, którą zachował, mimo że ocierając się stale o śmierć, opuszczał pole walki jako jeden z ostatnich. Był to przejaw niepowszedniej waleczności i nic dziwnego, że nawet po upływie pięciu lat zatrzymał to w pamięci ówczesny dowódca Becka. Dodać można awansem, że cechy, za jakie go nagrodzono Virtuti, okażą się zapewne nie bez znaczenia w późniejszych potyczkach na cywilnym froncie dyplomatycznym.

Danina krwi pod Kościuchnówką była kosztowna, ale nie poszła na marne. Wprawdzie napór nieprzyjaciela był tak potężny, że nie dało się go powstrzymać i legioniści się wycofali, jednak nie w popłochu, lecz po zażartej walce, niekiedy wręcz twarzą w twarz. Dzięki temu front nie został przerwany, uporządkował się znowu wzdłuż fortyfikacji za rzeką Stochód, a impet stępionej ofensywy znacznie osłabł i wreszcie całkiem uwiędła.

Po bitwie niemiecki główny kwatermistrz – generał Erich Ludendorff napisał: „Nadal świństwo u Austriaków. Wzrok mój zwraca się ku Polakom. Polak to dobry żołnierz. Gdy Austria zawodzi, musimy postarać się o nowe siły. Trzeba zrobić Wielkie Księstwo Polskie z Warszawą i Lublinem”.

Pomysł wabienia Polaków wizją jakiejś kadłubowej namiastki państwa nie był nowy. Dwa tygodnie po wybuchu wojny wielki książę Mikołaj Mikołajewicz (formalnie wódz naczelny armii carskiej) ogłosił odezwę do Polaków, w której widział naród polski „swobodny w swej wierze, języku i samorządzie”, tyle że pod opiekuńczym berłem cesarza rosyjskiego.

Zaraz po pierwszym roku wojny, nazywanej już wtedy potocznie Wielką, wzmogła się wśród zaborców łakoma chęć sięgnięcia po rezerwuar rekrutów polskich, tym większa, że to właśnie zamieszkiwane przez nich ziemie były głównym teatrem działań wojennych. Kierował ową potrzebą straszliwy upust krwi w szeregach obu walczących stron. I jedni, i drudzy stracili więcej niż po milionie żołnierzy i rozpaczliwie usiłowali uzupełniać topniejące szeregi. A wiedzieli ponadto, że Polacy to sprawdzony już materiał na mięso armatnie, bo ogółem zagarnęli ich pod swe sztandary prawie trzy i pół miliona.

Ten medal miał niestety tragiczny rewers: synowie jednej matki musieli zabijać się wzajemnie. Stoczona przez Pierwszą Brygadę w grudniu 1914 roku bitwa pod Łowczówkiem koło Tarnowa – Becka tam nie było, bił się wtedy w Karpatach – przeszła do kronik legionowych jako Krwawa Wigilia.

Wieczorem w dniu wigilijnym, gdy walki ustały, legioniści zaczęli głośno śpiewać kolędę Bóg się rodzi, moc truchleje... I wtedy w okopach rosyjskich oddalonych zaledwie o kilkadziesiąt metrów Polacy z dywizji syberyjskiej „podchwycili słowa pieśni i poszła w niebo z dwóch wrogich okopów” – wspomina Sławoj Składkowski. A gdy legioniści po wspólnym odśpiewaniu kolęd krzyknęli: „Poddajcie się tam, Polacy!”, nastała chwila ciszy, po czym odkrzyknięto po rosyjsku:„Sibirskije striełki nie zdajutsiaf”. „Straszna jest bratobójcza wojna – boleje Składkowski. – Podobno jeden z naszych młodych chłopców wziął do niewoli swego ojca zabranego do rosyjskiego wojska”.

Zacytujmy raz jeszcze Słońskiego:

W okopach pełnych jęku,

wsłuchani w armat huk,

stoimy na wprost siebie.

ja – wróg twój, ty – mój wróg.

Rozdzielił nas, mój bracie,

zły los i trzyma straż.

W dwóch wrażych sobie szańcach

patrzymy śmierci w twarz.

Łowczówek – miejsce bitwy, podczas której „śmierć szeroko rozpostarła skrzydła”, jak pisał inny poeta legionowy Józef Mączka – stał się ważnym ogniwem w łańcuszku legionowych dokonań, ale to dopiero po Kościuchnówce w Wiedniu i Berlinie oficjalnie dostrzeżono w Polakach wartościowego, wytrawnego żołnierza, którego można wykorzystać i polegać na nim bardziej niż na innych nacjach. Na przykład Czesi często zawodzili, a i zdarzało się im przechodzić na stronę rosyjską[9], zaś Węgrzy niekiedy rejterowali – jak pod Kościuchnówką właśnie, gdzie podając tyły, odsłonili oba polskie skrzydła, czym narazili legionistów na okrążenie.

Zaczęła się sprawdzać kolejna przepowiednia Piłsudskiego, że „Polski miecz rozpocznie licytację sprawy polskiej wzwyż”. W nadziei na rychłe zasilenie Polakami swych wykrwawionych armii 5 listopada 1916 roku dwaj cesarze, Franciszek Józef I i Wilhelm II, za pośrednictwem gubernatorów w Warszawie i Lublinie ogłosili manifest obiecujący utworzenie Królestwa Polskiego, ale jedynie z ziem „wydartych panowaniu rosyjskiemu”.

Z reakcją na tę obietnicę nie ociągał się długo ich przeciwnik car Mikołaj II Romanow. I poszedł nawet o krok dalej. Pod koniec grudnia w noworocznym rozkazie do armii i floty umieścił wzmiankę o wolnej Polsce zlepionej ze wszystkich trzech dzielnic, na które została pokrojona, ale ciągle nierozdzielnej od Matuszki Rossii.

Nie miała znaczenia mgławicowość tych projektów, ich czytelna interesowność, a przede wszystkim zwasalizowanie Polaków. Nie można było brać tego poważnie. Liczyło się jednak przede wszystkim to, że nareszcie tak zwana sprawa polska wychynęła z ciemności na światło dziennie, pojawiła się na forum międzynarodowym, i to nie tylko w Europie. Kilka tygodni później prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilson w orędziu na nowy, 1917 rok oznajmił światu, że niepodległość po prostu Polakom się należy.

Trzeba było jeszcze trochę na nią zaczekać, wojna wciąż trwała. Na swym wschodnim teatrze dopalała się w chaosie, z którego Polacy starali się wyciągać wszelkie możliwe profity, często sposobami spod znaku płaszcza i szpady. Działał tam także były już legionista Józef Beck, wykonując zadania z pogranicza mission impossible. Były to ryzykowne ścieżki, można było wpaść w tarapaty, i to śmiertelne.

Nie miał wtedy czasu na wybieganie myślą w przyszłość, ale nawet bardzo wysilając wyobraźnię, nie mógłby przewidzieć, że to ówczesne przygody wytyczą kierunek całej jego dalszej drogi życiowej.