Najpiękniejsza na niebie - Małgorzata Warda - ebook + audiobook
Opis

Sylwia jako małe dziecko została porzucona. Zachowała tylko kilka wspomnień związanych z biologiczną rodziną, jest przekonana, że miała siostrę bliźniaczkę. Po latach próbuje odnaleźć bliskich, którzy mogą uratować jej życie, a w rozwikłaniu tajemnicy rodzinnej pomaga jej dziennikarka Pola. Poza niewyraźnymi wspomnieniami Sylwii nie ma żadnych dowodów na istnienie siostry. Zaczyna się walka z czasem... Sprawę utrudnia surowe prawo adopcyjne, które pilnie strzeże informacji. Nowego znaczenia nabierają słowa: macierzyństwo, odpowiedzialność, miłość.

Wzruszająca opowieść, która uświadamia nam, że nie da się zagłuszyć bólu odrzucenia przez najbliższą na świecie osobę - matkę. Tęsknota za potrzebą jej miłości nigdy się nie kończy. Poszukiwanie trwa, aż do śmierci. Przekleństwo "niechcianego dziecka" wisi nad człowiekiem przez całe jego życie i czyni go bardzo samotnym i niezrozumianym przez otoczenie. Polecam!

Ewa Wencel

Ta książka jest jak misterne puzzle: migawki ze współczesności i okruchy wspomnień tworzą w naszej wyobraźni obrazy, które już po chwili – gdy dostajemy kolejny element – zaczynamy budować na nowo. Małgorzata Warda stosuje „szybki montaż”, więc historia goni historię, reflektor zaś rzuca światło na coraz bardziej zaskakujące szczegóły. Kim jest poszukująca siostry bliźniaczki ciężko chora Sylwia? I czego naprawdę szuka? Jakim prawem stawia na głowie i tak już zagmatwane życie młodej dziennikarki Poli? Czy uda im się rozwikłać stare (i nowe) tajemnice? W tej opowieści nic nie jest czarne ani białe. Nie ma też miejsca na ckliwe rozczulanie. Jest za to wiele czułości wpisanej w opowieść o dorosłych ludziach, którzy patrzą na świat oczami skrzywdzonego dziecka. Z tego się nie wyrasta. Ale zawsze można próbować wypełnić puste ramki, w których brak obrazów dobrych wspomnień. Tej historii o znalezionej na dworcu, porzuconej przez matkę Niebieskiej Dziewczynce nie da się zapomnieć. Podobnie jak historii o uratowanej przez Cyganów maleńkiej Azie. I zaledwie naszkicowanych postaci podopiecznych Sylwii, skrzywdzonych przez dorosłych, tych najbliższych, którzy przecież mieli być opoką. Najpiękniejsza na niebie to również niebanalnie zapisana opowieść o sile pierwszej miłości, o bliskości i wsparciu. Ale także o sile współczesnych mediów, również społecznościowych, w których jeszcze chętniej i łatwiej zakłada się maski. Jednak przede wszystkim jest to opowieść o sile, dzięki której udaje się przerwać łańcuch błędów; skoro nawet skrzywdzeni w dzieciństwie, wbrew wszelkim przeciwnościom losu możemy starać się dać naszemu dziecku szczęście.

Dorota Koman

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 43 min

Lektor: Joanna Domańska

Popularność


Małgorzata Warda

Najpiękniejsza na niebie

Wołowiec 2015

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Projekt okładki Magdalena Palej

Fotografie na okładce © by Aleshyn_Andrei / Shutterstock © by altanaka / Shutterstock

Copyright © by Małgorzata Warda, 2015

Redakcja Anna Gancarczyk / d2d.pl

Korekta Malwina Błażejczak / d2d.pl, Monika Pasek / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-082-6

Black Publishing jest marką wydawniczą Wydawnictwa Czarne sp. z o.o. Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Podziękowania

Dziękuję mojemu fantastycznemu redaktorowi Konradowi Nowackiemu oraz wszystkim osobom z Black Publishing za ich ­intensywną pracę i entuzjazm.

Dziękuję Rodzicom, Siostrze Oli i Agnieszce Gil za czytanie książki w trakcie jej kończenia i ustawienie mnie do pionu, kiedy wpadłam w czarną rozpacz.

Dziękuję Mamie za podsunięcie tytułu do książki.

Dziękuję Grzesiowi Marciniakowi za poświęcony mi czas i informacje o anemii aplastycznej.

Ilonie Poćwierz-Marciniak dziękuję, ponieważ jak zawsze doskonale się spisała pomagając mi zrozumieć, jakie powinny być moje bohaterki.

Dziękuję pracownikom Pogotowia Opiekuńczego w Gdyni im. Karola Olgierda Borchardta za informacje o działaniu placówki.

Dziękuję Internautom, którzy podzielili się ze mną doświadczeniami adopcji i poszukiwaniami bliskich.

Dziękuję Dorocie Keller za niekonwencjonalne rozwiązania dla książkowej akcji i wysłuchanie moich długich przemyśleń. Dziękuję Agnieszce Sikorskiej-Celejewskiej za rozmowy, które otworzyły mi oczy na powieść.

Dziękuję także przyjaciółkom, które bardzo mi pomagają i wykazują entuzjazm dla moich działań i służą radą: Manuli Kalickiej, Ani Fryczkowskiej, Hani Cygler, Annie Łacinie, Lucynie Olejniczak, Rysi Marii Ulatowskiej, Marioli Zaczyńskiej, Magdzie Zimniak, Agnieszce Lingas-Łoniewskiej, Marcie Pilarskiej, Magdzie Pioruńskiej, Ani Staszczak, Anecie Bednarskiej.

Dziękuję rodzicom męża za pomoc przy Sylwii, dzięki czemu miałam czas skończyć książkę.

Na koniec, jak zawsze dziękuję mojemu mężowi, Maćkowi, za jego nieustającą wiarę we mnie, pomoc przy pisaniu, pierwszą redakcję tekstu, szczerość, dzięki której staram się pisać lepiej i umiejętne rozładowywanie żartami moich smutków i lęków.

W dowód uznania za cały jego wkład, to właśnie jemu i naszej córeczce Sylwii, dedykuję tę książkę.

Winien jestem ci wszystko, ponieważ cię kocham.

Antoine de Saint-Exupéry

1

Współcześnie

Większość ciem zniknęła już w połowie jesieni, ale kiedy wychodzę wieczorem na werandę, zauważam jedną krążącą wokół lampy, tak blisko, że za chwilę rozbłyśnie w ogniu.

– Pani Pola Michalak?! – woła kobieta stojąca przy furtce. – Czy możemy porozmawiać?!

Drewniane schody trzeszczą pod moimi stopami, gdy schodzę na trawnik pokryty dziewiczą cienką warstwą śniegu. W ciemności nie widzę dobrze twarzy kobiety, głównie rozpoznaję zarys jej drobnej figury, ciemnej kurtki i wełnianej czapki. Ostatni dzienny autobus właśnie zawraca na pętli wąskiej drogi, rozświetlając reflektorami sztachety ogrodzenia i żywopłot.

– Nazywam się Sylwia Kalińska. Potrzebuję pani pomocy.

– Nie zajmuję się tym. Jak mnie pani znalazła?

– Przejechałam taki kawał drogi z dzieckiem… Proszę chociaż posłuchać, z czym przychodzę.

Dopiero teraz zauważam paroletnią dziewczynkę, która jej towarzyszy. Jest tak niska, że ledwie wystaje zza żywopłotu. Wełniany beret spada małej na oczy, tylko niebieski płaszczyk odznacza się w śnieżnej bieli. To ze względu na dziewczynkę przekręcam klucz w zamku.

– Wejdźcie. Ale ostrzegam: niczego nie obiecuję.

W przedpokoju Sylwia pomaga dziewczynce odpiąć zamki w śniegowcach, a jej spojrzenie trochę nerwowo obiega stylową komodę na giętych nogach, stojącą tuż przy wejściu. W ramkach, które zauważa na blacie, powinny się znajdować fotografie mojej rodziny: brata policjanta i mamy, z chustką na głowie, w okularach à la Jacqueline Kennedy, z uszminkowanymi ustami. Dawniej były tu także zdjęcia taty, wysokiego bruneta przypominającego Beara Gryllsa w ubraniach w stylu safari, z nieodłącznym aparatem fotograficznym na szyi i takim wyrazem twarzy, jakby właśnie rozpoczynała się przygoda jego życia. Dzisiaj zamiast zdjęć w ramkach stoją tylko szare kartki.

– Dlaczego ta pani nie chciała nas wpuścić? – pyta dziewczynka.

– Najważniejsze, że jednak jesteśmy – odpowiada kobieta.

Para gwiżdże w czajniku, więc zostawiam je same. Czuję się nieswojo, słysząc głosy rozrywające ciszę. Rzadko kiedy mam tutaj gości.

Mój dom znajduje się kilkadziesiąt metrów za ostatnią ulicą i pętlą autobusową, na wysokim wzniesieniu, które od morza oddziela tylko klif, pomost i plaża. Dawno temu, kiedy kupiłam tę ziemię, w promieniu kilku kilometrów nie miałam żadnych sąsiadów. Od niedawna okolica stała się atrakcyjna turystycznie, więc ludzie nabywają działki porośnięte wysoką trawą i dzikim szczawiem i stawiają na nich wille. Całymi dniami od wiosny do późnej jesieni słyszę dźwięki betoniarek i koparek, ale o tej porze roku panuje tu wielka cisza. W tej ciszy słyszę głównie wiatr, rozpędzający się nad morzem i napierający na dom, oraz odległe zawodzenie psa do złudzenia przypominające wycie wilka.

Dzisiaj w nocy mamy pierwszy ostrzejszy mróz. Wędruje po oknach, malując na nich wzory, ścina drewno werandy, więc wiosną pewnie odkryję nowe wyszczerbienia i pęknięcia. Plaża już od wielu tygodni jest pusta i biała po horyzont, woda zakolami zabiera ląd. Wszystko jednak jest w ruchu, jakby czekając na pierwszy zimowy sztorm. W mroku widoczne z kuchennego okna ostrogi, wbite w dno na odległość kilkunastu metrów w głąb morza, wyglądają jak czarne plamy.

– Oglądałam pani reportaże z zagranicznych miejsc. Jest pani taka młoda, dwadzieścia siedem lat, prawda? A już zrobiła pani tak wiele. Regularnie śledziłam pani program w polskiej telewizji o rodzinach rozdzielonych adopcją… – odzywa się Sylwia, kiedy wchodzę do salonu z parującymi kubkami. Rozebrała się z płaszcza, ale nie zdjęła wełnianej czapki. Wiszący pod sufitem żyrandol rozświetla jej twarz tak, że pod oczami gromadzą się cienie, a skóra wydaje się blada i wymizerowana. – Ja również szukam rodziny.

– Może pani zostawić swoje dane. Pewnie zadzwonię za jakiś czas i wówczas porozmawiamy o współpracy.

– Za jaki czas?

– Dwa–trzy miesiące.

Dziewczynka sięga po kubek z herbatą, ale porcelana jest za gorąca, więc szybko cofa palce i dmucha na nie w śmieszny sposób, jakby chciała zgasić duży płomień.

– Chodzi o pieniądze? – Kobieta wyciąga z torebki mały worek, prawdopodobnie zrobiony na drutach albo na szydełku. – Rozumiem, wszystko wiąże się z kosztami, ale… Ile?

– Co ile?

– Ile mam zapłacić, żeby zajęła się pani moją sprawą?

– Nie biorę pieniędzy za reportaże. Płaci telewizja. Po prostu nie zajmuję się teraz żadną sprawą…

– Choruję. – Kobieta ścisza głos, chyba ze względu na córkę, ale słowa wyrzuca szybko, z desperacją. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że jej oczy wydały mi się nagie, ponieważ są pozbawione rzęs. Nieruchomieję, gdy zsuwa czapkę, odsłaniając łysą głowę. – Moja odporność przeciwbakteryjna i przeciwgrzybicza równa się niemal zeru, mam niski poziom granulocytów, a czerwone krwinki, które przetoczono mi w szpitalu, żyją tylko sto dwadzieścia dni. – Patrzy na dziecko, a w jej oczach pojawia się strach. – Nie jesteśmy zgodne, jej szpik mnie nie uratuje. Mam jednak rodzinę, która porzuciła mnie dawno temu, i siostrę, której nigdy nie poznałam, ponieważ zostałyśmy rozdzielone w dzieciństwie. Domyślam się, że ma pani swoje problemy, ale… Ja po prostu nie mogę czekać tylu miesięcy…

Oddaję jej do dyspozycji pokój gościnny na piętrze i wypuszczam powietrze pod ciśnieniem z kaloryfera.

– Zaraz się rozgrzeje – obiecuję, jak najszybciej wycofując się na korytarz.

W salonie nie mogę znaleźć sobie miejsca. Kobieta usypia córkę, przez sufit dobiegają ich ściszone głosy. Spoglądam na reklamówkę z pamiątkami, którą przywiozła ze sobą Sylwia. Prosiła, bym przejrzała te rzeczy, zanim podejmę decyzję. Czasem wiadomo, że dzieje się coś niedobrego, czuje się to w brzuchu i w opuszkach palców jak delikatne łaskotanie. Tak jest ze mną, gdy biorę reklamówkę na kolana i wyjmuję kilka płyt DVD oraz jakieś poskładane rzeczy. Wśród nich znajduje się dziecięca plisowana spódnica. Coś z tym ubraniem jest nie tak, ale nie mam pojęcia co. Po prostu czuję, że to nie jest rzecz należąca do córki kobiety czy kawałek materiału bez wartości. Rozciągam ją w palcach i zaraz odkładam na bok, by sięgnąć po przytulankę.

To mały brązowy miś, wypłowiały i zniszczony, jakby tysiące razy lądował w praniu albo jakby spało z nim wiele pokoleń dzieci. Przysuwam go do nosa, zamykam oczy i wówczas dociera do mnie nikły zapach, który przywodzi na myśl coś…

Na dnie reklamówki leży jeszcze jedna pamiątka – niewielka, złożona na pół kartka. Wycinek z prasy. Rozprostowuję ją, wygładzam brzegi i poznaję historię Sylwii Kalińskiej.

2

Gdańsk Wrzeszcz, 1987 rok

Sylwia Kalińska zrzuciła tornister z ramion i pobiegła do kuchni.

– Mamo! Mamo! – zawołała.

– Twojej mamy jeszcze nie ma – poinformował mężczyzna, który odebrał ją ze świetlicy. – Tak jak już mówiłem, jestem Stefan. – Mężczyzna wykonał żartobliwy ukłon. – Fajnie cię poznać, córko Karoliny „Kaszmir” Kalińskiej.

Stefan już dawno skończył szkołę, ale wciąż ubierał się jak nastolatek – w T-shirt i błękitne dżinsy. Kolorowe sznurowadła wplecione w tenisówki przyciągnęły spojrzenie Sylwii. Z uśmiechem podniosła wzrok na jego ładną, niemal dziewczęcą twarz.

– Co zjemy? Zrobię ci… – Otworzył lodówkę, a Sylwia zamarła, bo doskonale wiedziała, co się wydarzy.

W lodówce nie było żadnych, ale to żadnych produktów.

– O kurde – wyrwało się Stefanowi, na co Sylwia zakryła buzię dłonią, by się głośno nie roześmiać. – Szlag by to! Jakim cudem…?

Pewnie sądził, że dla Sylwii to nowa sytuacja, bo na siłę przywołał uśmiech.

– Wiesz co? Mam świetny plan! Może pójdziemy do baru?

– Tak! – Dziewczynka biegiem rzuciła się do drzwi.

Kiedy Stefan przyszedł po nią do szkoły, nie wziął jej za rękę, przez co omal się nie zgubili na zatłoczonym placu. Teraz mężczyzna, bogatszy o tamto doświadczenie, wyciągnął do niej dłoń, a ona posłusznie ją złapała. Ręka Stefana wydała się jej duża, a palce ciepłe. Sylwia roześmiała się, kiedy Stefan poderwał ją w górę na chodniku, żeby ominęła kałużę.

– To jakbyś latała! – zawołał. – Chcesz polatać?

– Jestem ptakiem! – krzyknęła Sylwia.

– Jesteś bardzo lekkim ptakiem! Ile ty ważysz, na Boga?

W barze usiedli naprzeciwko siebie przy okrągłym stoliku z niebieską ceratą.

– Lubisz moją mamę? – spytała Sylwia, przesuwając szklankę z różową oranżadą po blacie, tak jakby grała w szachy.

– Przyjaźnimy się – odpowiedział Stefan, zajęty krojeniem kawałka gotowanego kurczaka. – Poznałem Kaszmir… twoją mamę, kiedy jeszcze byłem chłopcem. Mieszkaliśmy na jednym osiedlu, nasze mieszkania dzieliła tylko cienka ściana. Nigdy ci nie opowiadała?

Sylwia pokręciła głową.

– Pewnie dlatego, że straciliśmy ze sobą kontakt. Nawet nie wiedziałem, że ma córkę.

Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko.

– Jak długo zostaniesz?

– A jak długo chcesz?

„Na zawsze” – pomyślała Sylwia, ale na głos odparła:

– Do końca popołudnia.

– To na pewno. Dzięki za szczerość. – Stefan przełożył kawałek kurczaka na jej talerz.

Wieczorem krążył po pokoju z telefonem przy uchu i na siłę starał się mówić spokojnym głosem:

– Kaszmir, skąd dzwonisz? Jeszcze jesteś w mieście?

Po obejrzeniu bajki Sylwia czuła się senna, ale mama dotąd nie wróciła, więc dziewczynka siedziała na kanapie z pidżamą na kolanach i spoglądała w telewizor, w którym po dobranocce właśnie rozpoczął się dziennik.

– Nie tak się umawialiśmy… miałem ją odebrać… Rozumiem, wiem, że masz problemy, ale ja też mam swoje sprawy… Kiedy wrócisz? Co mam jej powiedzieć?… Jest zmęczona. Mam ją położyć spać? O której tu będziesz?

Serce Sylwii poderwało się do biegu. Kiedy Stefan się rozłączył i kucnął przy jej fotelu, dopiero po długiej chwili ośmieliła się na niego spojrzeć.

– Spakujemy twój tornister? – spytał ze sztucznym ożywieniem. – Musisz być gotowa na jutro do szkoły. Pierwsza klasa to poważna sprawa.

Włożyli do tornistra pachnącą truskawką gumkę i nowe zeszyty. Stefan spytał, czy Sylwia potrzebuje też cyrkla i linijki, ale zaraz uderzył się dłonią w czoło, oświadczając, że minęło sto lat, od kiedy sam skończył szkołę, więc zapomniał, że tak małe dzieci nie używają cyrkla.

Uśmiech na twarzy Sylwii powoli zaczął gasnąć. Nieczęsto się zdarzało, żeby ktoś poświęcił jej tak wiele uwagi; przyzwyczaiła się, że jeśli już ktoś robi dla niej coś dobrego, należy podziękować. Teraz jednak nie miała niczego, czym mogłaby podziękować Stefanowi, a było już za późno na rysowanie laurki.

– Czy mogę ci coś powiedzieć? – spytała tak cicho, że wcale by się nie zdziwiła, gdyby Stefan jej nie usłyszał.

– Jasne. Wal! – Uśmiechnął się, ale Sylwia spoważniała.

Podaruje mu wielką tajemnicę. Poprosiła Stefana, żeby się schylił, przysunęła usta do jego ucha, osłoniła je dłonią i wyszeptała:

– Kaszmir to nie jest moja prawdziwa mama. Prawdziwa mama mnie porzuciła, więc trafiłam do domu dziecka.

Gdy Sylwia się postarała, potrafiła przypomnieć sobie dom dziecka oraz to, co wydarzyło się wcześniej. Kiedyś wszystkie wspomnienia były wyraźne, ale czas zabrał im kolory, zapachy i dźwięki i zostało tylko kilka obrazów. Jeden z nich dotyczył piętrowych łóżek w domu dziecka i opiekunki, która patrząc Sylwii w oczy, stwierdziła z żalem:

– Musisz się bardziej starać, inaczej nikt cię do siebie nie ­weźmie.

Inny obraz przedstawiał rodzinny dom. Sylwii wydawało się, że widzi przed nim kałużę z wodą, a na płocie wiszące doniczki z kwiatami. Nie pamiętała swojego pokoju, ale za to dokładnie przypominała sobie flakon perfum mamy stojący na jednej z półek: wąski, o kształcie zwyczajnej butelki, ale z grawerowanymi brzegami i przechodzącym przez jego brzuch błyszczącym złotym napisem.

– Chyba byliśmy bardzo biedni – powiedziała tego wieczoru Stefanowi.

Mężczyzna zrobił jej kakao i wlał do szklanki, a nie jak Kaszmir do kubka, znalazł też słomkę, więc napój wyglądał o niebo lepiej, niż kiedy podawała go mama.

– Nie mieliśmy pieniędzy i prawdziwa mama musiała mnie oddać.

– Oddała cię do domu dziecka? – Stefan od chwili, gdy zaczęli o tym rozmawiać, gniótł w palcach niewielkie sreberko, do którego Kaszmir strzepywała popiół z papierosa.

– Chyba tak. Nie pamiętam tego.

– Tak ci powiedziała Kaszmir? – Podniósł na nią wzrok.

Sylwia upiła łyk kakao i starała się poukładać przeszłość. Ale przeszłość nie chciała się ułożyć. Jeżyła się i stroszyła, jakby miała pokłuć, jeśli Sylwia spróbuje rozprostować chociaż jeden róg. Gdzieś tam, w tym chaosie kłujących kolców, tkwił dom dziecka, mama, zastępczy rodzice Lamkowie oraz informacja podana przez opiekunkę, że biologiczna mama straciła do dziewczynki prawa rodzicielskie i Sylwia nie musi się już błąkać po rodzinach zastępczych, tylko trafi do adopcji.

– Z domu dziecka pojechałam do państwa Lamków. – Nazwisko pierwszych rodziców wymówiła tak szybko, by nie wróciło wszystko, czego nie chciała pamiętać i co udało jej się wsunąć w najciemniejszy i najciaśniejszy zakamarek w głowie.

– Kim oni byli? – Stefan tak mocno zgiął sreberko, że zrobiła się w nim dziura.

– Moimi rodzicami zastępczymi. Kaszmir jest druga. Ale z Kaszmir zostanę już na zawsze…

To, czego Sylwia nie chciała pamiętać, na moment wychyliło się z zakamarka w jej głowie. Dziewczynka trzepnęła rzęsami, żeby znowu się schowało.

– Jak trafiłaś do Kaszmir? – Stefan zwinął sreberko w kulkę.

Ta opowieść była łatwiejsza. Sylwia z ulgą wyprostowała się na krześle i nawet zaczęła wesoło machać nogami pod stołem.

– Kaszmir przyjechała do domu dziecka, zobaczyła mnie i powiedziała…

– Jedziesz ze mną, moja panno! – oznajmiła Kaszmir, pod­pierając się pod boki, kiedy stanęła na wprost Sylwii w domu dziecka.

Sylwia widywała ją już wcześniej i za każdym razem kobieta robiła na niej tak samo silne wrażenie. Kaszmir była wysoka, a do tego tęga. Czarne lśniące włosy upięła w ciasny kok, z którego wysunęły się tylko dwa kosmyki i kołysały koło małych uszu zdobiących okrągłą jak piłka twarz. Dziewczynka miała wrażenie, że ta twarz żyje swoim życiem, niezależnym od reszty ciała. Obrysowane czarną kredką oczy błyszczały tuż pod liniami cienkich jak nitki brwi. Usta Kaszmir były duże, mięsiste, a podbródek podskakiwał przy każdym ruchu. Kołysały się też potężne, owalne, połyskujące kolczyki w jej uszach.

– Sylwia jest gotowa do drogi – oznajmiła opiekunka z domu dziecka.

Po pobycie w rodzinie Lamków dziewczynka miała walizkę, którą Kaszmir zabrała jej z ręki i poniosła do samochodu. Dziecko posłusznie sunęło za nią, wpatrzone w kołyszące się biodra kobiety. Ich szerokość podkreślał pasek z błyszczącymi ćwiekami, a pod nim poruszały się uda, pocierając o siebie przy każdym kroku. Łydki biegły trochę na boki, tworząc iks. Sylwię najbardziej jednak zafascynowały obcasy w butach Kaszmir – miały chyba z dziesięć centymetrów i dodatkowo ozdabiała je szeroka platforma, która wyglądała jak dociśnięta do stołu guma balonowa.

Kobieta usadowiła się za kierownicą i włączyła radio.

– Przypniesz się sama do krzesła, moja panno? – Rzuciła spojrzenie na dziewczynkę w lusterku, podczas gdy urzędniczka zapięła pasy, a z głośników w samochodzie eksplodowały dźwięki hitu U2 I Still Haven’t Found What I’m Looking For.

Gdy samochód ruszył, Sylwia obejrzała się za siebie. Dom małego dziecka malał wraz z ruchem kół pojazdu, aż w końcu nakryły go drzewa i wydał się maleńki jak pudełko zapałek.

– Twój pokój. – Kaszmir w każdym miejscu, które pokazywała Sylwii, podpierała się pod boki, wypinając do przodu piersi, ledwie mieszczące się w T-shircie. – Wszystko będzie zrobione. Przemeblujemy, pomalujemy ściany i łóżko… Tu masz łazienkę… Wanna mała, ale planujemy kupić większą… I uważaj, moja panno, jak spuszczasz wodę w toalecie, bo czasem spłuczka nie opada i wtedy się leje. Mąż to poprawi. Może nawet przyduszę go dzisiaj. Tak to jest, gdy mężczyznę prosi się o wykonanie męskiej domowej pracy! Ha, ha, ha!

Sylwia wychyliła głowę w stronę pokoju, którego Kaszmir jej nie pokazała. Stało tam łóżko, nakryte niebieską kapą, a przy oknie zauważyła stolik z postawionym na nim lustrem, cały pokryty biżuterią i kosmetykami. Dostrzegła też męskie drobiazgi: przez krzesło przerzucono krawat, pod kaloryferem schły duże męskie buty.

– Zaraz przygotuję obiad. – Kaszmir sięgnęła po patelnię, a dziewczynka zapatrzyła się na jej paznokcie pomalowane na turkusowo. – Długo pani zostanie? – zwróciła się do urzęd­niczki.

– Nie, nie, muszę zaraz jechać. Chciałam tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku. – Kobieta sięgnęła po torebkę. – A gdzie pani mąż?

– Pewnie na zakupach. Nie wiedział, o której dokładnie wrócimy, więc poszedł załatwić kilka spraw. Chce pani na niego poczekać? – Kaszmir szturchnęła palcem stojącą na blacie puszkę. – Zrobię kawy.

– Nie trzeba, będzie okazja do rozmowy przy kolejnej wizycie.

Urzędniczka pożegnała się z Sylwią, przypominając jej i Kaszmir o obowiązkach takich jak wizyty kontrolne oraz terapia, której Sylwia jeszcze nie ukończyła po powrocie od Lamków. Potem zniknęła, cicho zamknęła za sobą drzwi i Sylwia została sam na sam z Kaszmir.

– Dobranoc, maleńka. – Stefan usiadł na dywanie przy jej łóżku, kiedy Sylwia skończyła opowieść. Jego spojrzenie otuliło dziewczynkę jak puchowa kołdra. – Karaluchy pod poduchy… Tak się to mówi?

– Pchły na noc! – Sylwia się roześmiała.

– Śpij dobrze. – Stefan pogłaskał dziewczynkę po cienkich jasnych włosach.

Rano słońce pięło się po niebie, rozlewając światło na chodnik. W kuchni pachniało jajecznicą i chlebem, więc Stefan najwyraźniej zdążył pójść na zakupy, gdy Sylwia spała. Włączył Program Trzeci Polskiego Radia, w wysokiej szklance przygotował dla Sylwii herbatę i zatknął na krawędzi plaster cytryny. Kiedy usiedli przy stole, wyjaśnił, starając się, by jego głos brzmiał tak, jakby nic się nie stało, że Kaszmir nie wróciła na noc, więc muszą szybko pójść do szkoły, bo inaczej spóźni się do pracy.

– Dlaczego nie wróciła? – Sztućce wypadły Sylwii z rąk.

– Nie martw się. Przecież rozmawiałem z nią wczoraj przez telefon. Nie wyglądało na to, by stało się coś złego.

– Więc gdzie jest?

– Nie wiem, Sylwio.

– To kto odbierze mnie dzisiaj ze szkoły?

– Tego też nie wiem, maleńka – przyznał Stefan po dłuższej chwili. – Wymyślimy coś!

Na zewnątrz wisiało duszne, ciepłe powietrze. Wrzesień atakował niemal upalną temperaturą, niebo było czyste jak pomalowana na niebiesko kartka papieru. Przeszli przez starą, pięknie wyrzeźbioną drewnianą bramę. Za nią znajdowała się popisana ściana. Sylwia przelotnie dotknęła nabazgranych napisów: „Dead Kennedys”, „Sex Pistols”, „Dezerter”… Echo powieliło ich kroki, kiedy kierowali się chodnikiem w dół dzielnicy, w stronę szkoły.

– Przyprowadziłem uczennicę pierwszej klasy – wytłumaczył Stefan obcej kobiecie, która otworzyła drzwi świetlicy i ostentacyjnie spojrzała na zegarek.

– Świetlica jest czynna dopiero od siódmej – upomniała go.

– Jej mama nie mogła przyjść, a ja muszę już lecieć do pracy, więc…

– Kto ją odbierze? – Opiekunka podsunęła Stefanowi zeszyt do podpisania.

– Nie wiem. Przykro mi… Do zobaczenia, maleńka. – Stefan kucnął, żeby mieli z Sylwią oczy na tej samej wysokości.

Dziewczynka nie odpowiedziała uśmiechem na jego uśmiech, z poważną miną patrzyła, jak mężczyzna odchodzi korytarzem.

– Chodź do środka. – Opiekunka objęła ją ramieniem i wprowadziła do świetlicy.

3

Współcześnie

Z niewielkiego czarno-białego zdjęcia zamieszczonego obok artykułu wyciętego z prasy spoglądają na mnie znajome oczy. Oczy Sylwii, tyle że sfotografowane dawno temu, kiedy była paroletnią dziewczynką. Dotykam jej twarzy, palcem obrysowuję głowę otoczoną kosmykami prostych jasnych włosów. W końcu zsuwam dłoń na niebieski chłopięcy kombinezon zimowy.

Trwają poszukiwania rodziców Niebieskiej Dziewczynki – czytam nagłówek artykułu. „Dziewczynka została znaleziona na gdyńskim dworcu PKP w grudniu, w dzień Wigilii […]”

– Niebieska Dziewczynka – powtarzam. Cokolwiek to znaczy.

Znajduję datę: 1984 rok. Jezu, artykuł ma trzydzieści lat! Czuję mrowienie w brzuchu, jak zawsze gdy mam się zmierzyć z historią dziecka niechcianego, porzuconego, skrzywdzonego, które dopiero jako dorosła osoba zabiera się za poszukiwanie swoich korzeni.

Trzydzieści lat temu przed świętami Bożego Narodzenia temperatura w Gdyni spadła tak nisko, jak dzisiaj i gruba warstwa lodu skuła morze na pół metra w głąb. Od północy wiał lodowaty wiatr, a śnieg miejscami był tak głęboki, że tonęło się w nim po uda. Ludzie zakładali najcieplejsze ubrania, wkładali po kilka par skarpetek i rękawiczek, kaloryfery chodziły pełną parą, a elektrownie niedomagały. Tymczasem wałęsająca się po dworcu PKP Sylwia miała gołe dłonie, brakowało jej czapki i szalika. Według relacji autora artykułu dziewczynkę zauważyła kobieta sprzedająca bilety, więc porzuciła pracę i podeszła do małej.

– Ile masz lat? – spytała.

Dziecko odliczyło trzy palce. W tamtym momencie do bileterki zaczęły docierać szczegóły: rozkudłane włosy dziecka, rękawiczki z wełny zwisające na sznurku z rękawów kombinezonu. I ten kombinezon: chłopięcy, trochę za duży i za cienki na mróz panujący na zewnątrz.

– Gdzie jest twoja mama? – Kobieta rozejrzała się wokół.

Dziewczynka też popatrzyła na ludzi, ale nie rozpoznała nikogo wśród osób przebywających w hali dworca.

– Znalazłam dziecko – bileterka przez telefon poinformowała milicję. – Może w wyniku nieuwagi opiekunów wysiadło z pociągu w trakcie postoju?

„Nie znamy imienia dziewczynki ani jej nazwiska” – czytam dzisiaj słowa pracownika komendy miejskiej milicji. Tłumaczył, że miejsce, gdzie dziewczynka została znaleziona, pozwala śledczym wysnuć wniosek, iż się zgubiła albo w wyniku splotu okoliczności wysiadła z pociągu na stacji. Jednak gdy mijały kolejne dni, a nikt nie zgłosił zaginięcia dziecka, milicja skupiła się na drugiej możliwości, dla której dziecko znajdowało się bez opieki: zostało porzucone.

Z pokoju, który przeznaczyłam Sylwii i jej córce, nie dobiega już żaden dźwięk. Wiatr huczy za oknem, przybierając na sile, gdy łączę smartfona z internetem, w wyszukiwarkę wpisuję grudniową datę z artykułu, dodaję „Niebieska Dziewczynka”. Pojawiają się linki, a wszystko, co wyjęłam z reklamówki, staje się rzeczywiste.

W 1984 roku ludzie nie mieli takiego dostępu do mediów jak obecnie. Milicja nie pracowała na komputerach połączonych siecią, nie było kamer monitoringu, które mogłyby wyjaśnić, co się stało na dworcu. Dzisiaj zdjęcia Sylwii trafiłyby do sieci, udostępniano by je na Facebooku, „ćwierkano” na Twitterze i prędzej czy później znalazłby się ktoś, kto zna jej tożsamość. Tymczasem dziewczynka zabrana przez milicję z dworca trafiła do pogotowia opiekuńczego, gdzie spędziła kilka tygodni. Potem odwieziono ją do domu małego dziecka w Gdańsku, a milicja wciąż nie potrafiła odnaleźć jej matki.

W internecie znajduję niewiele informacji na temat jej dalszych losów. Moje poszukiwania krążą wokół nieznacznych archiwów tamtejszych gazet. Dowiaduję się, że Sylwię nazwano „Niebieską Dziewczynką” ze względu na chłopięcy kombinezon, w którym ją odnaleziono.

„Milicja przez jakiś czas podejrzewała, iż dziecko jest obcokrajowcem – czytam. – Nie umiało mówić, ciężko było stwierdzić, w jakiej rodzinie się wychowało. Dopiero po apelu w dzienniku telewizyjnym zgłosiła się osoba twierdząca, że zna tożsamość dziewczynki”.

Znamy już tożsamość Niebieskiej Dziewczynki! – krzyczy nagłówek kolejnego artykułu.

Przesuwam palcem po ekranie dotykowym, trafiam na przycisk „otwórz” i czekam, aż strona się załaduje.

Kolejny artykuł jednak mnie rozczarowuje. Dziennikarz nie ujawnił szczegółów tożsamości Sylwii, nie podał też żadnych konkretnych informacji na temat jej biologicznej matki, wyjaśnił tylko, że kobieta zrzekła się praw rodzicielskich, a po zakończonym procesie córka trafi do adopcji. Milicja postawiła matce Niebieskiej Dziewczynki zarzut narażenia życia dziecka. Rozprawa sądowa miała się rozpocząć za kilka dni.

Nazwisko dziennikarza notuję na skrawku papieru. To moja pierwsza notatka dotycząca Sylwii Kalińskiej. Zaczęło się.

A przecież nie chcę i nie powinnam brać tej sprawy.

– Kiedy skończyłam osiemnaście lat, sąd rodzinny wyraził zgodę na odtajnienie moich danych sprzed adopcji – opowiada Sylwia, gdy dołącza do mnie w salonie. W grubym wełnianym swetrze, który chyba sama zrobiła na drutach i który sięga jej niemal kolan, wydaje się chuda jak anorektyczka. – Okazało się, że w rubryce ojciec wpisano „nieznany”. Matka Monika Stefaniak była zameldowana pod adresem znajdującym się zaledwie kilkanaście przecznic od mojego domu. Oczywiście poszłam tam, jak tylko zobaczyłam ten adres…

Przymyka powieki, a ja wyobrażam sobie jej lęk i nadzieję, gdy szła do matki.

– Mieszkała w małym domu, w dzielnicy, gdzie wizyty milicji i pracowników socjalnych były na porządku dziennym. Stałam pod furtką i nie mogłam się zmusić, żeby zadzwonić. Nie wiedziałam, co zrobię, kiedy otworzy ona albo ktoś z mojej biologicznej rodziny. Co im powiem? – Wpatruje się teraz we mnie z nienasyceniem w oczach. W końcu opuszcza wzrok i oblizuje usta. – Otworzył mi jakiś mężczyzna. Powiedział, że nie zna Moniki Stefaniak, kupił dom przez pośrednika. Nawet nie pozwolił mi zajrzeć do środka.

– Znalazłaś ją? Biologiczną matkę?

Sylwia powoli kręci głową.

– Co o niej wiesz?

– Nic.

Dotykam artykułu o pożółkłych rogach, a ona mówi stanowczym głosem:

– Miałam siostrę. Byłyśmy niemal takie same. Chcę ją odnaleźć, na tym najbardziej mi zależy. Bo… siostra nie jest niczemu winna. Nie miała wpływu na decyzję matki, zresztą może spotkał ją taki sam los jak mnie… Wiem, że gdybym ją odnalazła, mogłybyśmy się zaprzyjaźnić, łączyłaby nas silna więź…

Sylwia miała trzy lata, kiedy odnaleziono ją na dworcu. Na kartce notuję: „Trzyletnie dzieci nie pamiętają takich rzeczy”.

– Długi czas ją czułam – wyjaśnia, jakby mówiła o faktach, ale unika mojego wzroku, a ja zastanawiam się, czy to oznaka kłamstwa, czy wstydu. – Ciężko to wytłumaczyć. Miałam wrażenie, że o mnie myśli, że mnie potrzebuje… Były takie momenty, gdy…

– Miałaś wrażenie?

Przeczucia to za mało. Nie będę prowadziła dziennikarskiego śledztwa, opierając się na wrażeniach!

– Miałam siostrę – powtarza i zaciska usta, wpatrzona w swoje dłonie.

– Nie masz dowodów.

– Nie. Tylko kiedy jako nastolatka pojechałam do domu dziecka z prezentami…

– Sylwio! – przerywam ostro. – Jestem dziennikarką, przedstawiam ludziom fakty. Masz dowody na to, że twoja siostra została porzucona albo oddana do adopcji?

Wciąż nie patrzy mi w oczy. W wełnianej czapce, którą ponownie założyła, jej twarz nie wydaje się aż tak naga jak wcześniej. Obojętny chłód, który wobec niej odczuwam, powoli zmienia się w irytację.

– Wiesz o istnieniu siostry na podstawie przeczuć?

Nie odpowiada, jakby uświadomiła sobie, że postawiła fałszywy krok.

– Pamiętasz jej imię?

– Nie. – Dotyka miejsc, gdzie powinny się znajdować cienkie włoski układające się w łuki brwiowe. Dalej zero kontaktu wzrokowego.

– Pamiętasz cokolwiek, co jej dotyczy? Gdzie powinnam zacząć szukać? Na Boga, muszę mieć chociaż jej imię albo rok, w którym widziałaś ją ostatni raz!

Zamyka oczy. Gałki oczne poruszają się pod cienkimi powiekami, jakby śniła.

– Posłuchaj, szukam jej od bardzo dawna. Jako nastolatka zaczęłam pisać dla niej notatki. Od jakiegoś roku robię filmy…

– Te? – wskazuję płyty DVD. – Co jest na tych nagraniach?

– Coś w rodzaju dziennika. Mówię, jak minął mi dzień, ostatnio mówiłam o… o walce z chorobą, o córce, o codziennym ­życiu…

Łagodnieję, a ona to wyczuwa.

– Pomożesz mi? – Wypada to cicho, rozpaczliwie. – Odnajdziesz ją dla mnie, pomimo że nie znam jej imienia?

Odwracam wzrok, zbita z tropu.

– Co to za choroba, na którą cierpisz?

– Anemia aplastyczna. – Sylwia prostuje się na kanapie i nerwowo skręca w palcach srebrny łańcuszek z medalikiem. Wreszcie na mnie zerka, wycofana, czujna, jakby czekała na pierwszy ciepły gest, pocałunek, na dobre pytanie.

„Anemia aplastyczna” – powtarzam w myślach. Do tej pory nie miałam pojęcia, że taka choroba istnieje.

– Wiesz, na studiach przygotowywałam statystyki dotyczące katastrof lotniczych. – Łańcuszek w jej palcach się napręża. – ­Nawet samolot, który rozbija się w powietrzu, daje pasażerom około 0,0021 procent szans na przeżycie, więc musi istnieć choćby równie mały procent szansy, że znajdę dawcę niespokrewnionego ze mną, a jednak zgodnego. Ale… ale do tej pory nikt taki się nie znalazł.

– Więc co to za choroba?

– Szpiku kostnego. – Sylwia w końcu patrzy na mnie bez uników, a ja dostrzegam w jej oczach przerażenie. – Szpik przestaje produkować zdrowe krwinki i przez to robi się… pusty. Wiesz, rozpoznano u mnie najcięższą postać tej choroby, trudną do ­leczenia. To znaczy nie… – Energicznie potrząsa głową, zaprzeczając sama sobie. – Można ją wyleczyć nawet u dziewięćdziesięciu procent pacjentów z bardzo dobrym skutkiem!

Dziewięćdziesięciu – zapamiętuję.

– Dodatkowo znajduję się w dobrej wiekowo grupie, którą można leczyć dzięki przeszczepowi szpiku!

– Więc co się stało?

Słucham wykładu o trzech rodzajach przeszczepów. Sylwia wygina chude palce, wymieniając, że do przeszczepu allogenicznego wybiera się dawcę spokrewnionego lub niespokrewnionego z pacjentem, którego szpik jest jednak genetycznie najzgodniejszy ze szpikiem chorego. W przypadku przeszczepu syngenicznego dawcą szpiku może być identyczny jednojajowy bliźniak. Trzeci przypadek to transplantacje autologiczne, kiedy do przeszczepu wykorzystuje się oczyszczony i odpowiednio przygotowany szpik pacjenta.

– Układ zgodności tkankowej jest najbardziej złożonym układem genetycznym ze wszystkich dotychczas poznanych przez naukę – mówi tak, jakby wyuczyła się lekcji, a jej głos wznosi się o kilka decybeli i staje piskliwy jak u małej dziewczynki. – Dali mi dziewięćdziesiąt procent szans na wyzdrowienie, jeśli znajdziemy osobę niemal całkowicie ze mną zgodną! Taką osobę najłatwiej znaleźć w rodzinie biologicznej, a ja… ja ich przecież nie znam. Dlatego tu jestem, Pola. Liczę na ciebie. Wierzę, że mi pomożesz. Nie wiem, co zrobię, jeśli odeślesz mnie stąd bez nadziei!

W nocy temperatura spada do minus trzynastu stopni, wiatr ustaje i robi się niemal cicho. W ciszy słyszę, jak Sylwia uspokaja dziewczynkę, która się obudziła, pewnie z powodu zimna albo złego snu. Ja też nie mogę zasnąć.

– Proszę, nakryjcie się jeszcze tym. – Przynoszę do sypialni Sylwii dwa dodatkowe grube koce.

– Dziękuję – odpowiada szeptem, a dziewczynka spogląda na mnie spłakanymi oczami z głębi łóżka.

Zamiast iść do swojego pokoju, schodzę do kuchni i wstawiam wodę w czajniku. Jest tak zimno, że muszę się otulić kocem. Okienna szyba odbija moją szczupłą, wysoką sylwetkę, pociągłą twarz o wyraźnych łukach brwiowych, ciemne włosy spadające w ciężkich lokach na ramiona.

Nie wiem, co robić. Nie powinnam się angażować w sprawę, jeśli nie widzę szans na powodzenie. Mam zbyt wiele do stracenia!

Tak naprawdę sama potrzebuję pomocy. Dwa lata wcześniej wróciłam z Syrii, gdzie przebywałam jako korespondentka wojenna. Wyjazd mnie przerósł. Po powrocie do Polski tak bardzo chciałam zrobić coś dobrego i na własne oczy zobaczyć pozytywne zakończenia ludzkich dramatów, że podjęłam się prowadzenia programu telewizyjnego w Wielkiej Czwórce, gdzie zajmowałam się tematami społecznymi: poszukiwaniami osób zaginionych albo rodzin rozdzielonych przez adopcję. Pewnie tam Sylwia zobaczyła mnie po raz pierwszy i uwierzyła, że jej pomogę. Działałam jak ktoś uzależniony od adrenaliny i pozbawiony życia poza pracą, harowałam dzień i noc, ponieważ kiedy tylko zostawałam sama z myślami, gdy wokół robiło się cicho i nie miałam żadnego celu wyznaczonego na najbliższe godziny, wracały obrazy z ­Bliskiego Wschodu, które odbierały mi oddech.

Przełom nastąpił podczas programu na żywo. Rozmawiałam z parą staruszków, którzy zrezygnowali z cywilizacji i zamieszkali na maleńkiej wyspie na środku jeziora. Staliśmy przed kamerą pod ich ciasnym drewnianym domem, wokół nas cykały świerszcze, a komary cięły skórę. Miałam zadać staruszkom pytanie, jak sobie radzą z codziennością. Rozchyliłam uszminkowane usta, spojrzałam w obiektyw i nagle, zamiast coś powiedzieć, po prostu się rozpłakałam. Mój program był już wówczas popularny, według statystyk miałam ogromną oglądalność. Co za kompromitacja! Nie mogłam wykrztusić słowa. Sytuacja się odwróciła: staruszkowie zaczęli mnie pocieszać, poklepywali po plecach i zapewniali, że nie jest im źle, naprawdę są szczęśliwi i żyją w zgodzie z naturą. Byłam w stanie powiedzieć jedynie:

– Też chciałabym zamieszkać na wyspie.

Po przyjeździe do budynku telewizji na drzwiach garderoby znalazłam żart od kolegów – taśmą klejącą przymocowano chusteczki higieniczne, a obok nich kartkę z napisem: „Chcemy mieszkać tam z tobą!”. Rozbawiło mnie to, ale tylko na chwilę. Kiedy już zaczęłam opłakiwać Syrię, nie mogłam przestać.

– Co ty wyprawiasz? – spytał szef, kiedy wezwał mnie do siebie na dywanik. Zawsze był wybuchowy i pobudliwy, ale tamtego dnia sprawiał wrażenie wręcz osowiałego. Nawet nie uniósł głosu, tylko zdziwiony, szeroko otwierając oczy pod siwymi kudłatymi brwiami, kontynuował: – Daję ci program, który jest emitowany w najlepszym czasie antenowym, a ty przestajesz panować nad emocjami? Powiedz: przeceniłem cię? A może masz problemy w życiu? Potrzebujesz wakacji? Kiedy ostatni raz brałaś urlop?

Nie chciałam urlopu ani zwolnienia. Nie mogłam znieść myśli, że zostanę sama w domu. Panicznie bałam się samotności, ciszy, wspomnień.

– Proszę, nie wysyłaj mnie na urlop – zaczęłam błagać. – Poradzę sobie, jutro znowu będę gotowa w stu procentach.

Ale szef dojrzał w moich oczach to, co ukrywałam nawet przed sobą.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

BLACK PUBLISHING

Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Redakcja: redakcja@blackpublishing.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38­-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

sekretariat@blackpublishing.pl

Promocja: magdalena@blackpublishing.pl

Marketing: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: sprzedaz@blackpublishing.pl

Skład: D2D.PL

ul. Sienkiewicza 9/14, 30­-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

e­-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2015

Wydanie I