Najniższy krąg piekła - Piotr Sowiński - ebook

31 osób właśnie czyta

Opis

Międzynarodowe Święto Pracy 1985 roku. Tadeusz Kostecki, porucznik milicji, który przed kilkoma miesiącami zakończył śledztwo na południu Polski, przybywa na miejsce zbrodni, by rozpocząć kolejne dochodzenie. Tym razem sprawa dotyczy brutalnego zabójstwa jednego z łódzkich notabli. Podczas meczu Polska – Belgia ginie emerytowany podpułkownik MO, zasłużony budowniczy Polski Ludowej. Na miejscu osobiście stawia się szef łódzkiej milicji, a o sprawie natychmiast zostaje poinformowany Kiszczak – śledztwo w jednej chwili otrzymuje status priorytetowego. Przeszłość ofiary i sprofanowane przez mordercę zwłoki zmuszają śledczych do podjęcia dwóch wątków sprawy – politycznego i erotycznego.

Najniższy krąg piekła to powieść kryminalna o Łodzi drugiej połowy lat osiemdziesiątych. O mieście, w którym głosy obywateli i towarzyszy mieszają się we wspólnym krzyku na stadionach ŁKS-u i Widzewa, a w podziemiach komendy na Lutomierskiej milicja okłada pałkami przedstawicieli prywatnej inicjatywy. Sowiński kreśli pełnokrwiste i wiarygodne postaci, niepokojąco dobrze przystosowane do funkcjonowania w strukturach złowrogiego miasta. Żaden stołek nie gwarantuje jednak bezpieczeństwa, gdy w łódzkich kręgach grasuje niebezpieczny zabójca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 161

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja:

Adam Hemer

Projekt okładki:

Wojciech Miatkowski

Skład:

Tomasz Kuc

Opracowanie e-wydania:

© Copyright by Księży Młyn Dom Wydawniczy, Łódź 2019

Drogi Czytelniku

Książka, którą trzymasz w dłoni, jest efektem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego, grafików i wydawcy. Prosimy, abyś uszanował ich pracę.

Nie kopiuj większych fragmentów, nie publikuj ich w internecie. Cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści i podawaj źródło ich pochodzenia.

Dziękujemy.

ISBN 978-83-7729-507-6

KSIĘŻY MŁYN Dom Wydawniczy Michał Koliński

90-345 Łódź, ul. Księży Młyn 14

tel./faks 42 632 78 61, 42 630 71 17, 602 34 98 02

infolinia: 604 600 800 (codziennie 8-22, także sms), gg 414 79 54

www.km.com.pl; e-mail: [email protected]

Łódź 2019. Wydanie 1

PROLOG

Listopad 1984

Pociąg z Krakowa się spóźnił. Ten z Nowego Sącza do Krakowa również był opóźniony. Gdy skład dojeżdżał do dworca Fabrycznego, porucznik Kostecki był wściekle głodny. Kanapki zjadł kilka godzin temu. Wyskoczył z wagonu i pobiegł na postój taksówek. Skutkiem ubocznym prowadzonego śledztwa była znakomita kondycja. Tadeusz wyprzedził konkurentów i wskoczył do niebieskiej skody.

– Na Lutomierską – niemal krzyknął.

Taksówkarz zerknął w lusterko i skrzywił się.

– Nie widzi pan napisu „proszę lekko zamykać drzwi”? To nie syrena.

– Komenda na Lutomierskiej – doprecyzował Kostecki z wściekłością.

Taksówkarz natychmiast zmienił minę. Nie odpowiedział, tylko ruszył. Przybytek państwa na ulicy Lutomierskiej od roku nosił oficjalnie nazwę: Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych. Prawie nikt jej nie używał. Funkcjonariusze i obywatele po dawnemu mówili: komenda. Jadąc przez miasto, Tadeusz obserwował sunące w stronę stadionu ŁKS tłumy. Widzew godnie reprezentował polskie piłkarstwo w europejskich pucharach, ale nie posiadał stadionu ze sztucznym oświetleniem. Za każdym razem wynajmowano obiekt lokalnego rywala.

Realny socjalizm odciskał swoje piętno na stadionowej modzie. Braki czerwonej włóczki powodowały, że jedną z barw Widzewa fani zastępowali kolorem pomarańczowym, bordowym, w ekstremalnych przypadkach brązowym. Zamiast bieli używano żółci, czasem écru. Za niewiele ponad godzinę miał się rozpocząć mecz Widzewa z Borussią Moenchengladbach. Bilet porucznika znajdował się w biurku na komendzie. Teoretycznie Kostecki miał być w Łodzi kilka godzin temu. Myślał, że pojedzie do domu, zje, umyje się, odsapnie, a następnie pojedzie na Lutomierską po bilet. Realia PKP miały jednak z rozkładem tyle wspólnego, co socjalistyczna rzeczywistość z teorią socjalizmu. Na szczęście taksówkarz chciał poprawić notowania i jechał sprawnie, najkrótszą drogą. W drzwiach Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych Kostecki pojawił się tuż przed szesnastą. Jak bomba wpadł do pokoju, w którym najczęściej urzędował. Zdziwił się wielce, widząc pomieszczenie całkowicie wybebeszone ze sprzętów i przygotowane do remontu.

– Gdzie moje biurko? – wyszeptał.

W tym momencie do pokoju wszedł zwierzchnik porucznika, kapitan Banasik.

– Jesteś… Remont tu robią.

– Gdzie moje biurko?

– Chyba w piwnicy. Tam zaniesiono większość sprzętów. Dokumenty, rzecz jasna, zabezpieczono w innym miejscu.

Banasik popatrzył na rozstawione drabiny, pożegnał się i ruszył do wyjścia. Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych pustoszał. Pracownicy na etacie MSW zbierali się do domu, wielu wyszło jeszcze przed szesnastą. Zdezorientowany Kostecki zostawił plecak w kącie pokoju. Licząc, że przyjedzie po niego rano. Dobry kwadrans zajęło mu ustalenie, w którym zakamarku piwnic znalazło się jego biurko, z biletem zdeponowanym w szufladzie. Robiło się późno. W budynku zostali już tylko dyżurujący milicjanci. Tadeusz skupiał się na bilecie i meczu, prędko schodził coraz niżej. Na szczęście jego czerwony polonez stał na parkingu przed komendą. Powinien zdążyć. Myśl o meczu tak bardzo zaprzątała głowę Kosteckiego, że nie od razu dotarło do niego, co widzi. Ludzie, których zobaczył, byli tak zaskoczeni przybyciem porucznika, że przez dobrą minutę w pomieszczeniu trwała absolutna cisza. Na biurku Kosteckiego siedział jakiś starszy człowiek. Związany i bity przez trzech milicjantów.

Nieoczekiwane odkrycie Kosteckiego spowodowało, że z urzędu wyszedł dopiero ponad półtorej godziny później. Na zewnątrz smagnął go po twarzy jesienny wiatr, który niósł ze sobą stadionową wrzawę. Kostecki wskoczył do poloneza i ruszył. Nie musiał włączać radia. Odgłosy trybun mówiły mu wyraźnie, kiedy Widzew atakował na bramkę rywali, a kiedy się bronił, kiedy piłka wyszła na aut, a kiedy był bity rożny. Słyszał wszystko wyraźnie, mimo zasuniętych szyb. Jechał przez niemal puste ulice. Jednak gdy dotarł w pobliże stadionu ŁKS, na którym toczył się bój, stanął przed nie byle jakim problem – w promieniu pięciuset metrów zajęte były wszystkie miejsca do parkowania. Musiał więc drałować na piechotę kawał drogi. Tymczasem ze stadionu dochodził ryk sztormowych fal. Bałwany biły wściekle o falochrony. Fale silnie kołysały Łodzią. Trwała już druga połowa.

Nikt nie sprawdzał Kosteckiemu biletu. Lekko dyszał, gdy stanął na koronie stadionu, a Wraga właśnie wpadł na pole karne. Do piłki dopadł Smolarek i strzałem godnym Deyny wpakował piłkę do bramki. Tadeusza przykryła fala. Jakiś jegomość spod Łęczycy rzucił mu się na szyję, a inny fan, spod Brzezin, skoczył mu na plecy. Gdy wynurzył się na powierzchnię, ujrzał wzburzone morze ludzkich głów. Na wodzie falowały włóczkowe szaliki, które wyglądały jak czerwono-białe bojki. Na boisku rozpętała się abordażowa walka. Dyszały płuca, łomotały serca, chrzęściły łąkotki, trzeszczały kości. Niemcy rzucili się do desperackich ataków. Widzew kontrował. Pod koniec meczu Smolarek pobiegł do narożnika boiska i zaczął „kraść” sekundy, podobnie jak podczas słynnego meczu z ZSRR. Gdy sędzia zakończył spotkanie, stadionowe morze pieniło się czerwienią i bielą.

Po ostatnim gwizdku arbitra tłum maszerował w stronę bram. Gdzieniegdzie rozlegały się okrzyki „puchar dla Widzewa!”. Owe pokrzykiwania nie budziły zdziwienia. Nikt nie komentował ich uśmieszkami. Spośród wychodzących ze stadionu nie było chyba nikogo, kto domniemywałby, że przed chwilą skończył się ostatni wspaniały mecz pucharowy wielkiego Widzewa ery Sobolewskiego.

ROZDZIAŁ 1

Kwiecień 1985

– Więc mówisz, że często musisz sikać.

Kończył się kwiecień i słońce coraz zuchwalej dawało o sobie znać. Doktor Krystian Andrzejewski rzucił okiem na córkę. Byli w zoo. Dziecko ciekawie oglądało słonie.

– Może to prostata? – lekarz wrócił do wątku.

– Mam dopiero trzydzieści pięć lat – zawołał Kostecki.

– U niektórych problemy pojawiają się wcześniej. Zresztą to nie musi być przerost prostaty. Tylko zapalenie. Mówiłeś, że te dolegliwości pojawiły się po zakończeniu tego śledztwa w górach.

– Zaraz po powrocie do Łodzi.

– Spanie zimą w bacówce, w śpiworze z anilany, nie sprzyja zdrowiu.

– Kilka razy spałem w mokrym śpiworze, bo nie mogłem dostać worków foliowych.

– Tym bardziej te noclegi szkodziły. Te marsze w śniegu po pas, o których mówiłeś. Dodaj stres. On zawsze szkodzi.

– Właśnie.

– Poza tym chlasz kawsko jak niemowlak mleko, a alkohol jak spragniony na pustyni wodę. Wszystko wskazuje na to, że przeziębiłeś prostatę. Tak mi się wydaje. Ale nie jestem specjalistą, idź do dobrego urologa, zrobi ci badanie. Idź prywatnie, to cię nie oleje.

– Znasz jakiegoś?

– Doktor Nowak. Kościuszki, róg z Zamenhofa. Tam jest przychodnia lekarzy specjalistów.

Podbiegła mała Hania.

– Tatusiu, siusiu!

– Będę się zbierać – Kostecki lekko się speszył.

– Mówię ci, idź jutro lub pojutrze.

– A to badanie? Boli?

– Nic a nic. Bardzo przyjemne, spodoba ci się.

Podali sobie ręce. Doktor wziął Hanię na ręce i ruszył w stronę toalet.

– Sauna – przystanął jeszcze i zawołał na odchodne. – Idź na saunę. To dobrze ci zrobi na te dolegliwości.

Wizytę u urologa Kostecki zamówił na ostatni dzień kwietnia, czyli na wtorek, a w poniedziałek poszedł po raz pierwszy w życiu na saunę. Jedyna sauna w Łodzi mieściła się na basenie Anilany. Była darem od mieszkańców Tampere, miasta partnerskiego z dalekiej Finlandii. Kostecki, odziany w ręcznik, zanurzył się w ogniste opary i nie mógł opędzić się od wrażenia, że wylądował w piekle. Usiadł na dolnej ławce i tępo spoglądał przed siebie.

– Dzień dobry, panie poruczniku.

Kostecki rozejrzał się po saunie, ale oprócz starszego jegomościa nie było innych amatorów gorąca. Głos nie brzmiał znajomo.

– Nie poznaje mnie pan?

– Nie bardzo.

– Stanisław Jodko. Uratował mnie pan. Listopad zeszłego roku, komenda na Lutomierskiej. Teraz pan pamięta?

– To pan?

– Tak, to ja! Odwołałem wszystkie zeznania i pewnie dlatego żyję. Zamiast leżeć na dnie zalewu koło Włocławka. Ma pan do mnie o to pretensje?

– Nie…

– Jestem pana dłużnikiem, za to, że mnie pan wtedy wyratował, ale nie mogłem ryzykować. Mam dwójkę dzieci, wnuki. Córka na początku kwietnia brała ślub. Mówią, że majowe małżeństwa są nieszczęśliwe. Jest pan żonaty?

– Nie.

– Chciałem panu podziękować. Ale podobno rzadko pan bywał w Łodzi.

– Tak. Prowadziłem śledztwo na południu. Potem byłem na zaległym urlopie. Od drugiego maja wracam do służby.

– Tak właśnie słyszałem. Jestem panu bardzo wdzięczny.

– Powie mi pan, co się wtedy wydarzyło?

– Oczywiście. Najpierw musi pan wiedzieć, czym się zajmuję. Należę do tak zwanej prywatnej inicjatywy. Nie zarabiam jednak na kwiatach, tylko dokonuję rozbiórek starych domów.

– Władze się godzą?

– Nie mają wyboru. Stare budynki grożą zawaleniem, trzeba je rozbierać. Żadne z państwowych przedsiębiorstw nie chce się tym zajmować. Za duże ryzyko. Szczególnie jeżeli chodzi o wyburzenia pojedynczych kamienic w centrum miasta. Robotnicy piją, to grozi poważnym wypadkiem. Nikt nie chce ryzykować. Budowanie domów też jest ryzykowne, ale jednak mniej. Poza tym jak by to wyglądało! Socjalistyczne państwo oddaje budownictwo mieszkaniowe w prywatne ręce. To nie wchodzi w rachubę. Z rozbiórkami jest łatwiej. Nimi nikt się nie interesuje. Chyba że zdarzy się wypadek.

– Można na tym zarobić?

– Inaczej bym się tym nie zajmował. Trzeba się naużerać z robotnikami. U mnie nie mogą pić. Jeżeli zdarzy się wypadek, to mam przechlapane. Proszę mi wierzyć, to nie jest łatwy kawałek chleba. Miałem kiedyś taką ekipę – pilnowałem ich non stop, a oni i tak byli wypici. Myślę sobie: „jak oni to robią, pilnuję ich cały czas!”.

– Rozwikłał pan zagadkę?

– Oczywiście. To było banalnie proste. Wykuli dziurę do sąsiedniego domu i szli po wódkę na Piotrkowską, a ja pilnowałem ich od strony Kościuszki.

– I co pan zrobił?

– Zatrudniłem innych. Zwolnienie tamtych nie było takie proste. Kupę forsy wydałem, ale w końcu się udało. Sąd pracy nie chciał uwzględnić faktu, że pili w miejscu i w godzinach pracy. Mecenas poradził, bym dał w łapę sędziemu. Co miałem robić? Dałem!

– A ci nowi?

– Oni nie pili. Ale i tak miałem z nimi problemy. Przez które wylądowałem na Lutomierskiej. Niech pan posłucha: rozbieraliśmy starą żydowską kamienicę. Łatwo poznać, że była żydowska. Po pierwsze oni nad drzwiami montowali takie mezuzy, czyli zwoje żydowskich modlitw, a po drugie Żydzi budowali kamienice z najpodlejszych materiałów. Niemcy budowali solidnie. Zawsze! Żydzi prawie zawsze byle jak. Byle było. Chce pan wiedzieć, jak budowali Polacy?

– Polacy budowali w Łodzi jakieś kamienice?

– Oczywiście, że tak! Rzecz jasna musiało minąć trochę czasu, zanim wykształciła się tak zwana polska burżuazja. Czyli przedsiębiorcy i inwestorzy. Wcale nie było ich tak niewielu, zwłaszcza na Górnej i na Bałutach.

– A jak budowali?

– Tego panu nie powiem. Kamienice budowane przez Polaków są stosunkowo młode. Jeszcze ich nie trzeba rozbierać. Dlatego nie mogę panu powiedzieć, czy Polacy budowali lepiej lub gorzej niż Żydzi i Niemcy.

– Sądząc po dzisiejszych realiach…

– No właśnie. Pytanie, czy to, co widzimy na co dzień to polska niechlujność? Czy też socjalistyczna?

– Jak dla mnie to gordyjski węzeł. Polska niechlujność i socjalistyczna tandeta.

– Jest pan młody, poruczniku.

– Wróćmy do pana przygody na Lutomierskiej.

– Niech pan sobie wyobrazi, że w tej żydowskiej kamienicy znaleźliśmy złoto.

– Złoto?

– Tak. Najprawdziwsze. Pewnie ukryli za okupacji, a potem…

– Nikt z chowających nie przeżył.

– Pewnie tak było. Uczciwie się z moimi robotnikami podzieliłem. Na cztery równe części. Ustaliliśmy, że w Łodzi nie będziemy tego sprzedawać. Wie pan, jak to jest. Nie minął dzień, a jeden z robotników zaniósł coś do Desy. Następnego dnia poszedł następny. Trzeciego dnia zostałem zatrzymany na czterdzieści osiem godzin. Jak mnie zamknęli w tej piwnicy i zaczęli lać, to błagałem Boga, by mi pozwolił to znieść. Wiedziałem, że jak wytrzymam, to w końcu będą musieli mnie puścić. Na szczęście wyzwolił mnie pan grubo przed czasem. Trzeciego robotnika tak tłukli, że wszystko im oddał. Wszystko! Dzięki panu zachowałem zdrowie i cały skarb. Jestem pana dłużnikiem.

– Zmuszali pana do zmiany zeznań? Szantażowali?

– Nie musieli. Ja oglądam telewizję. Przekaz z Popiełuszką był bardzo czytelny. Ja go pojąłem bardzo dobrze. Mogą wszystko. Tamci dali dupy, bo tego kierowcę, co był komandosem, posadzili przy drzwiach. Mnie uratował przypadek. Pan zszedł do piwnicy. Dostałem od Boga dar, którego nie dostał Popiełuszko. Drugi raz cud się nie wydarzy. Wolę żyć. Sam odwołałem zeznania, w których opowiadałem, jak mnie lali. Tamtych zwolnili. Wrócili do służby. Tyle że z tego co wiem przenieśli ich do Sieradza. A ja żyję. Wesele córce wyprawiłem. Ja chcę żyć, panie poruczniku, a nie walczyć o sprawiedliwość. Ma pan do mnie o to żal?

W odpowiedzi Kostecki uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Gorąco – powiedział.

– Trzeba się schłodzić.

***

Następnego dnia, w przeddzień majowego święta, Kostecki zameldował się w spółdzielni lekarskiej na rogu Kościuszki i Zamenhofa. Długo klarował o swoich problemach. Lekarz niespecjalnie go słuchał.

– Proszę zdjąć spodnie i opuścić reformy do kolan.

Kostecki posłusznie wykonał polecenia lekarza, który po wykonaniu badania zadał rutynowe pytanie.

– Boli? W skali od zera do dziesięciu. Ile?

Kostecki pomyślał, że przy najbliższej okazji zabije Andrzejewskiego.

ROZDZIAŁ 2

Gdy Kostecki wyjrzał przez okno, pomyślał, że jeszcze śni. Łódź pokrywał gruby kożuch śniegu. Białe płatki opadały na ulice, samochody, tory tramwajowe, a przerażone tulipany tuliły się do zszokowanych żonkili. Rozpaczliwie szukały ciepła. Tadeusz pomyślał, że pierwszy raz w życiu widzi tyle śniegu w dniu Międzynarodowego Święta Pracy. Chciał jeszcze trochę poleżeć, ale uznał, że przez tę zimową aurę może mieć problem z dotarciem na dworzec. Odpuścił więc śniadanie. Zapakował do torby trzy butelki alkoholu, uporał się z grubą warstwą śniegu i odpalił poloneza. Ruszył ostrożnie. Samochód tańczył na nieodśnieżonych ulicach przez całą drogę do dworca Łódź Fabryczna. Kostecki zaparkował i ruszył na peron. Bilet kupił zawczasu. Do odjazdu pociągu miał jeszcze godzinę. W wagonie był prawie sam. Rozsiadł się wygodnie. Flaszki troskliwie ulokował na półce. Wyciągnął książkę i zagłębił się w lekturze. Co chwila przerywał czytanie i poprawiał położone na metalowej konstrukcji butelki z alkoholem. Jeszcze przedwczoraj był pewny, że do Warszawy pojedzie w towarzystwie wyborowej. Spotkanie w saunie zaowocowało dwiema butelkami rumu Jamajka, które Tadeusz otrzymał od pana Stanisława. Porucznik pękał z radości. Oczami wyobraźni widział siebie, jak z dumą wręcza trunki przyjacielowi, do którego udawał się w odwiedziny. Felicjan Jurga był funkcjonariuszem komendy stołecznej. Obaj mieli spędzić majowe święto w Warszawie, a wieczorem obejrzeć mecz z Belgią. Następnego dnia Kostecki musiał zameldować się w pracy po urlopie.

O ósmej nabity ludźmi pociąg ruszył, a po trzech godzinach skład, dojechawszy do podłódzkiego Gałkówka, zatrzymał się na dobre. Opady śniegu uniemożliwiały dalszą podróż. Przeklinając PKP, śnieg i Bogu ducha winnego towarzysza Jaruzelskiego, Kostecki marzł na peronie z innymi pasażerami. Wszyscy czekali na jakikolwiek pociąg, którym mogliby wrócić do Łodzi. Wreszcie skład nadjechał. Kostecki wbił się do wagonu. W swoim retkińskim mieszkaniu był o godzinie szesnastej. Przygoda z PKP po raz kolejny skłoniła go odkorkowania butelki. Pierwszą setkę wypił w Gałkówku. Gdy na ekranie telewizora dostrzegł jedenastki Belgii i Polski, był już solidnie wypity. Pierwszą bramkę dla czerwonych diabłów przyjął ze spokojem. Gdy Młynarczyk po raz drugi schylił się po piłkę oblepioną siatką bramki, zaterkotał telefon.

***

Na ulicy Zelwerowicza kłębił się tłum milicjantów. Niebieskie światła radiowozów oświetlały wille na niewielkiej ulicy położonej w sercu miasta. Kostecki bardzo lubił tę okolicę, położoną w centrum Łodzi, a mimo to cichą i spokojną enklawę. Osiedle willowe było wciśnięte między dwa parki, sąsiadowało z terenem biblioteki uniwersyteckiej oraz innych przybytków UŁ, a wśród willi tkwiły wieżowce. Każdy wiedział, choć nikt nie mówił o tym głośno, że wielu mieszkańców tych bloków wywodziło się z rodzin związanych z MO, PZPR czy PRON.

Tadeusz przybył na miejsce i wszedł do willi, w której byli już kapitan Banasik oraz porucznik Jabłoniak. Kosteckiego zdziwił widok szefa całej łódzkiej milicji Walentego Moczkowskiego, którego po raz pierwszy spotykał na miejscu zbrodni.

– Facet też miał problemy z prostatą – doktor Andrzejewski uśmiechnął się od ucha do ucha.

Kostecki podążył za wzrokiem patologa. Na podłodze leżały zwłoki starszego mężczyzny. Ewenementem był wbity w odbyt denata drewniany penis. Kostecki spojrzał na twarze milicjantów. Moczkowski był czerwony jak burak, bił od niego intensywny zapach gorzały. Musiał rozpocząć celebrowanie internacjonalistycznego święta zaraz po pochodzie. Banasik za to przypominał alabaster, Kostecki nigdy nie widział swojego bezpośredniego zwierzchnika w stanie takiego szoku. Jabłoniak, trzydziestolatek z dwójką dzieci wpisaną w dowód, wydawał się najbardziej opanowany. Podszedł do Tadka i powiedział:

– Stary kazał cię ściągnąć, mimo że do roboty wracasz formalnie jutro.

– Miałem być w Warszawie…

– Wielu łodzian miało być w Warszawie.

– Kto to jest? – Tadek wymownie spojrzał na denata.

– Antoni Babicki. Emerytowany podpułkownik MO. Dawny przyjaciel Banasika, jeszcze z czasów PPR.

– Teraz rozumiem, dlaczego Banasik jest taki blady.

– O wszystkim wie już Kiszczak. Szykuje się gruba sprawa. Ten drewniany chuj…

– Robi wrażenie.

Do Kosteckiego i Jabłoniaka podszedł Andrzejewski, który podobnie jak Tadek i szef łódzkiej MO był już na lekkim gazie.

– Ja bym zaczął od sprawdzenia urologów. Ciekawe, jak oceniał ból w dupie podczas badania? Chyba na dziesięć – buchnął rubasznym śmiechem.

– Kapitalne poczucie humoru, godne Hipokratesa – odparował urażony Tadeusz.

– Ponurak z ciebie, pieszczoszku – lekarz nie przejął się.

– Ten… To badanie prostaty miało miejsce przed…

– Po – dokończył zdanie patolog.

– A czym zabito?

– Młotkiem. Najpierw zabił, potem zajął się odbytem. O szczegółach powiem po sekcji.

Gdy Andrzejewski wrócił do swoich obowiązków, Kostecki zagadnął Jabłoniaka.

– Znałeś tego gościa?

– Nie. Wiem tylko, że od kilku miesięcy jest na emeryturze. W tym domu mieszkał raptem kilka tygodni.

– Ciekawe.

Technicy kończyli swoje działania. Ciało denata zostało okryte i wyniesione przez milicjantów. Tadeusz z ulgą wsiadł do poloneza i ruszył. Liczne choinki, które rosły przed domami, pokrywała biała kołdra śniegu. Kosteckiemu przez moment wydawało się, że widzi Mikołaja z workiem prezentów.

***

Następnego dnia na Lutomierskiej panował rwetes. Czuć było gęstą atmosferę. Szef urzędu szalał, łajał i potrącał podwładnych, nikt się nie uśmiechał, a Kostecki, natychmiast po przybyciu do pracy, wylądował w gabinecie Moczkowskiego. Wnętrze wypełniał dym z carmenów, które pułkownik namiętnie palił. W pokoju siedzieli już Banasik i Jabłoniak. Moczkowski miał podkrążone oczy. Nie spał całą noc. Gdy Kostecki zamknął drzwi, dowódca zaczął:

– Nie muszę wam mówić, że zabójstwo wysokiego rangą oficera MO jest objęte absolutnym priorytetem. Wszystko inne schodzi na plan dalszy. Pół nocy rozmawiałem z towarzyszem Kiszczakiem. Mamy dopaść drania za wszelką cenę. W tej sprawie możemy liczyć na pomoc Warszawy. Daleko idące wsparcie…

Moczkowski urwał. Miał wielką ochotę napić się wódki. Co prawda przed odprawą golnął całą szklankę, ale weszła w niego jak woda, nic nie czuł. Z niechęcią spojrzał na Banasika. Pułkownik szczerze nie cierpiał kapitana. Nie znosił go tak mocno jak głupota nie znosi mądrości, a nikczemność cnoty. Gdyby mógł, dawno by się Banasika pozbył, niestety nie było to takie proste. Kapitan działał w łódzkich strukturach MO od 1945 roku, miał na koncie wiele zawodowych sukcesów i – co przede wszystkim wyróżniało go spośród kolegów po fachu – nie było na niego haków. Żadnych, nawet najmniejszych. Banasik był abstynentem. Nie palił. Nie grał w karty, ani nawet w totolotka. Stanowił rzadki przykład podręcznikowego służbisty. Nie brał łapówek, nie chodził na dziwki, nie kupował mięsa z nielegalnego świniobicia, oszczędności wydawał na książki, które wypełniały jego dwupokojowe mieszkanie, nie miewał konfliktów z żoną, która była jego najbliższym i najlojalniejszym przyjacielem i równie dobre relacje miał z jedynym synem, prymusem w elitarnej „Jedynce”, przysparzającym ojcu dumy i radości. Poza tym Banasik miał poparcie wielu organizacji społecznych. Był typem społecznika, pozytywisty. Moczkowski nie bardzo mógł więc sobie pozwolić na wychylenie kieliszka w obecności kapitana. Zmełł zatem w ustach przekleństwo i zapalił kolejnego papierosa. Odsapnął głęboko i powrócił do wątku.

– Podpułkownik Babicki był zasłużonym budowniczym Polski Ludowej. Był wielokrotnie odznaczany i nagradzany. Do 1950 roku służył w Łodzi. Potem umacniał Polskę na ziemiach odzyskanych. Robił karierę w strukturach województwa koszalińskiego. Na emeryturę przeszedł na początku roku. Do Łodzi wrócił raptem kilka tygodni temu. Jego córka urodziła syna, miał jej pomagać. Za oszczędności życia kupił tę starą willę, w której został zabity. Jego córka z rodziną mieszka w bloku koło radia. Kilka minut drogi…

Zapadła cisza. Moczkowski zapalił kolejnego papierosa, Kostecki wyjrzał przez okno. Po śniegu zostały potężne kałuże. Moczkowski skinął na Banasika. Ten natychmiast zaczął zdawać relację:

– To ja znalazłem zwłoki. Byliśmy umówieni na pochód. Jaka była wczoraj pogoda, wszyscy wiemy. Myślałem, że Antoni został w domu przez ten śnieg. Zadzwoniłem do niego po pochodzie, gdy wróciłem do domu. Nie odbierał. Myślałem, że śpi. Po godzinie zadzwoniłem znowu. Potem jeszcze raz. Wieczorem z żoną postanowiliśmy, że pojedziemy go odwiedzić. Na miejscu byliśmy około dwudziestej trzydzieści. Paliło się światło, ale nikt nie otwierał, mimo że dzwoniliśmy kilka razy. Furtka była otwarta, weszliśmy… Żona jest w szoku. Ja zresztą też.

Znów zapadła cisza. Banasik łyknął herbaty i kontynuował:

– Znaliśmy się jeszcze z czasów okupacji. Walczyliśmy w Gwardii Ludowej. Potem zaczęliśmy służbę w milicji. Po reformie administracyjnej, gdy były różne rotacje w etatach, wyjechał na ziemie odzyskane. W Koszalinie dostał piękne służbowe mieszkanie. Do Łodzi przyjeżdżał rzadko. Nasz kontakt się urwał. Później, gdy jego córka zaczęła w Łodzi studiować, przyjeżdżał częściej. Po studiach wyszła za mąż, za łodzianina. Dostała mieszkanie, urodziła dziecko. Babicki przeszedł na emeryturę. Postanowił wrócić do Łodzi i pomóc córce. Wydawało się, że życie zatoczyło koło.

Tym razem ciszę przerwał Moczkowski.

– Po pierwsze, wątek, nazwijmy to, erotyczny. Przyznacie, że profanacja zwłok robi wrażenie. Wszyscy chyba mamy podobne skojarzenia. Pytanie zasadnicze, czy morderca jest pederastą? Drugie pytanie, czy podpułkownik był… No, wiecie, o co mi chodzi. To dla nas kłopotliwe, ale musimy ten wątek bardzo dokładnie sprawdzić.

Moczkowski napił się herbaty. Dopiero teraz pomyślał, że mógł do niej wlać setkę wódki. Wściekły na siebie kontynuował.

– Drugi wątek to zabójstwo na tle politycznym. Po amnestii wyszli z więzień wrogowie ustroju. Wśród nich różni szaleńcy. Tego wątku nie możemy bagatelizować. Do naszej dyspozycji będą, w razie potrzeby, materiały z SB.

– Wątek polityczny połączyłbym z wątkiem historycznym. Skoro podpułkownik zaczynał służbę zaraz po wojnie… – wtrącił się Kostecki.

– Wątpię – odpowiedział Banasik, po czym przełknął herbacianą lurę i rozwinął myśl. – Babicki nie zajmował się podziemiem. Nie prowadził nawet spraw kryminalnych. Położył wielkie zasługi w budowie aparatu milicji, ale mam na myśli sprawy organizacyjne. Zajmował się aprowizacją, organizacją archiwum. Miał na uwadze sprawy socjalne. Świetnie się do tego nadawał. Podczas okupacji też załatwiał szereg spraw technicznych, że się tak wyrażę. Właściwie tylko zaraz po wyzwoleniu zajmował się łapaniem bandziorów.

– Może to zemsta? – powiedział Moczkowski. – Pamiętacie jakieś szczególne przypadki?

– Wiele tego mieliśmy, poziom bandytyzmu był wtedy ogromny – Banasik próbował przypomnieć sobie początek służby. – Pierwszą wypłatę dostałem w czerwcu. Pięćset złotych. W fabryce zarabiało się wtedy ponad tysiąc.

– Jakieś ciekawe przypadki? – naciskał dowódca. Banasik gorączkowo pocierał czoło.

– Pamiętam, jak wiosną mieliśmy dyżur w szesnastym komisariacie na Chojnach. Grasowała tam banda, która podawała się za żołnierzy radzieckich. Były naciski, by łobuzów trafić. Pamiętam, przebrałem się w cywilne łachy i udawałem pijanego. Przez kilka dni tak się wałęsałem po zakamarkach dzisiejszej Śląskiej, Zapolskiej, Dąbrowskiego. Nagle zauważyłem jakiegoś człowieka. Był przyzwoicie ubrany. Z tyłu zaszedł go taki jeden i przystawił mu pistolet do głowy, w ciągu sekundy zabrał elegantowi portfel i zdjął z grzbietu pelisę. Szedł szybko chodnikiem, na którym się chwiałem. Gdy był blisko mnie, przewróciłem go, a z bramy wyskoczył Babicki i skuł bandziora kajdankami. W drodze na komisariat wrzeszczał, że nas zabije. Z tego co wiem, dostał osiem lat.

– Czyli wyszedł w pięćdziesiątym trzecim – Moczkowski błysnął matematycznym talentem.

– Albo i wcześniej. Była amnestia – dopowiedział Banasik.

– Długo czekał na zemstę – zaśmiał się Kostecki.

Banasik znowu drapał się po czole. Myślami wracał do roku czterdziestego piątego. Wreszcie się odezwał:

– Pamiętam też taką sprawę: wraz z Babickim namierzyliśmy aferzystę z Okręgowego Urzędu Likwidacyjnego. W wielu przedsiębiorstwach opuszczonych przez Niemców były dobre, często nowe maszyny włókiennicze, które miały być przekazane do upaństwowionych zakładów. Pracownicy urzędu, zamiast wypełniać polecenia, sprzedawali maszyny do małych, prywatnych firm. Zaraz po wojnie jeszcze przecież mogły istnieć. Ten proceder wyglądał tak: maszyny w częściach sprzedawano do składnicy złomu. Wprowadzeni w interes prywaciarze kupowali części maszyn za bezcen, a potem odpłacali się swoim dobrodziejom z nawiązką. To była gruba afera. Straty państwa liczono w milionach. Wraz z Babickim dopadliśmy szajkę i wsadziliśmy aferzystów do paki. Może teraz, po latach, ktoś z nich lub z ich krewnych się mści.

Zapadła cisza. Banasik znowu potarł czoło. Powróciły kolejne wspomnienia.

– Któregoś razu patrolowaliśmy ulicę Nowotki. Nagle na skrzyżowaniu ze Sterlinga pojawiła się ciężarówka. Po przejechaniu kilkuset metrów zatrzymała się. Jacyś osobnicy zaczęli wynosić pakunki. Podeszliśmy z Babickim, po śladach na śniegu dotarliśmy do pomieszczenia, w którym to wszystko chowali. Chyba kilkanaście wieprzków tam było. W kawałkach rzecz jasna. Cały gang poszedł siedzieć. Takich spraw było wtedy multum. Praktycznie każdego dnia łapaliśmy kogoś na gorącym uczynku. O szabrowaniu nie wspomnę. Nagminne przypadki.

– Trochę nie mieści mi się w głowie – rzekł Moczkowski – by jakiś bandzior złapany w czterdziestym piątym na kradzieży wieprzowiny teraz mścił się po czterdziestu latach.

– Tym bardziej że miałby mnie na celowniku. Przecież cały czas byłem w Łodzi – dorzucił Banasik.

Zapadła cisza. Wszyscy zdali sobie sprawę, że wątek zemsty sięgający korzeniami do czasów zaraz po wyzwoleniu wydawał się mało prawdopodobny.

– A w Koszalinie? – zapytał Kostecki.

– Zrobił karierę w drogówce.

– Mało prawdopodobne, że przybył ktoś z Koszalina, by zabić w zemście za mandat sprzed kilkunastu lat – wywodowi Jabłoniaka nie można było odmówić logiki.

– Czyli wątek historyczny raczej wątpliwy – podsumował Kostecki, po czym głos zabrał Moczkowski.

– Jest jeszcze jedna sprawa – szef łódzkiej MO wziął głęboki oddech. – To co teraz powiem jest tyleż ważne, co nieoficjalne. Tego wątku w papierach nie będziemy opisywać, ale będziemy go mieć na uwadze. Mam na to zgodę towarzysza Kiszczaka, a nawet jego zalecenie.

Wszyscy funkcjonariusze z uwagą spojrzeli na dowódcę.

– Towarzysz Kiszczak zwrócił uwagę, że data śmierci, wigilia święta pracy, oraz specyficzne sprofanowanie zwłok mogą mieć symboliczne znaczenie. Te informacje są ściśle poufne. Towarzysz generał sugeruje, że sprawcami lub mocodawcami sprawcy mogą być ludzie związani z resortem. Nie wszystkim się podoba łagodny ton wobec solidarnościowej ekstremy. W MSW są kręgi bardziej radykalne wobec Michników, Kuroniów czy innych Morawieckich. Być może śmierć Popiełuszki też miała jakiś związek z owymi kręgami. To oczywiście hipoteza. Jednak towarzysz Kiszczak traktuje ją bardzo poważnie. My też musimy ją mieć na uwadze. Rozumiecie, że to nie może wyjść poza ten pokój.

Wszyscy poważnie pokiwali głowami.

SPIS TREŚCI

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Zakończenie

Epilog