Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 131

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Najmłodszy - Zofia Kowerska

Niezwykle ciekawe opowiadanie o losach warszawskiej rodziny Prosińskich, będącej przedstawicielem niższej klasy społecznej. Autorka pokazuje codzienność ludzi, którzy zarabiali pracą rąk, aby zapewnić godne życie swoim najbliższym. Ten realistyczny opis pozwala współczesnemu czytelnikowi w pełni zrozumieć trud, który podejmowali ludzie z ubogich warstw, i poznać problemy, z którymi musieli się zmierzyć. Dzięki interesującym dialogom barwnie jest również zaprezentowany obraz środowiska. Tytułowy bohater, Maciej, to najmłodsza latorośl małżeństwa Prosińskich, z początku niechciane dziecko, później zaś największa radość rodziców. Losy rodziny, bardzo zawikłane i tragiczne, są opisywane na tle wydarzeń historycznych: zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie w 1914 r., wybuchu I wojny światowej, wyprawy Józefa Piłsudskiego na Kijów w 1920 r. Z uwagi właśnie na bogactwo opisów książka Zofii Kowerskiej to najlepszy dokument z początku XX w. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Najmłodszy - Zofia Kowerska

Fragment ebooka Najmłodszy - Zofia Kowerska

Zofia Kowerska

Najmłodszy

Opowiadanie na tle wojny europejskiej

Warszawa 2012

[Najmłodszy]

– Zawsze, co swoje dziecko, to nie cudze! – mówiła sąsiadka odwiedzająca chorą Prosińską. – To już całkiem inne kochanie!

Prosińska, blada, wymizerowana trzydziestokilkuletnia kobieta, odparła cicho głosem zmęczonym:

– Ee, co tam kochanie! Chleba kawałek – to grunt! Na kochanie trzeba czasu, a ja nigdy czasu nie miałam. U ojca, wdowca, starsza siostra orała mną jak koniem, że wytrzymać nie mogłam... Poszłam za pierwszego lepszego... poszłam, pani widzi, za zduna... pani kochana, za zduna, co pół roku siedzi z założonymi rękami, czekając, aż się piece ludziom popsują... Poszłam na dzieci... na troje dzieci. A pani wie, jak ja u niego wszystko zastałam? Brudy, nędza, dzieci bose, z owadem w głowie. Co by to kochanie pomogło? Tu trzeba rąk przyłożyć!

– Wiadoma rzecz. I drugie pewne, że chłop babą stoi. Tak na wsi mówią i to prawda. No, jużci pani te dzieci wychowała jak swoje. Przecie to i do szkoły... ubrane to z dnia na dzień czysto... Ale zawsze, co swoje rodzone, to swoje.

– Bo ja tam wiem? Napłakałam się ja dobrze, gdy się przekonałam, że nie jestem sama... Potrzebne mi to takie maleństwo po piętnastu latach? Wszystkie swoje miejsca potracę... kto mnie teraz weźmie do prania? No i wstyd! Po piętnastu latach! Ludzie Bóg wie co pomyślą!

W tej chwili dziecko krzyknęło w kołysce przeraźliwym głosem.

– Może go pani podać? – zapytała sąsiadka.

– Oho! Niech się przyzwyczai! Strasznie jakiś krzykliwy. Niedawno ssał. Będę ja tam miała czas się z nim cackać!

– O Jezu, nie trza dziecku żałować! I tak świat mu niejednego pożałuje.

W tej chwili rozległy się za drzwiami kroki podkutych butów i do izby wszedł Prosiński, zaś sąsiadka pożegnała chorą, bo tam się obiad gotował i nie wiadomo, czy co nie skipiało.

– A wytrzyj nogi! – zawołała Prosińska. Na jej bladej twarzy odbił się wyraz największego zniecierpliwienia. Spojrzała na męża z takim błyskiem gniewu w oczach, że biedaczysko, mający już w tym względzie wieloletnie doświadczenie, zrozumiał, że się zanosi na domową burzę. Począł zamaszyście wycierać zabłocone buty o słomiankę, oskrobywać je złamanym nożem, czyścić starą szczotką. Potem rozejrzał się po izbie, jakby u martwych przedmiotów szukał rady i ratunku, wreszcie zatrzymał wzrok na kołysce, w której krzyczało dziecko. Westchnął głęboko.

– O tak, tak – syknęła kobieta – wzdychaj teraz, wzdychaj! Zachciało ci się dziecka na starość, że aż wstyd! Co ja teraz pocznę? Zarabiałam praniem na was wszystkich, bo ty, ciemięgo, umyślnie sobie taki fach głupi obrałeś, żeby całą zimę siedzieć z założonymi rękami. Zdun!... Piece stawia!... To mi dopiero rzemiosło! Postawić piec, a potem osiem miesięcy na nim siedzieć bez roboty! Taki osioł, co zdunem został, to się żenić nie powinien. No, dosyć tego wzdychania! Zabieraj się do roboty! Kupiłeś słoniny?

– Kupiłem – odparł pokornie mąż.

– Obieraj kartofle! Tylko mi nie narób nieporządku! Łupiny rzucaj na stary worek! Stróżka po nie przychodzi. Będzie kartoflanka i kasza jęczmienna. Kartofli weźmiesz garniec z piwniczki, a z szafy kwartę kaszy.

– Czy doktor był? – ozwał się nieśmiało Prosiński.

– A był! Wyciągnął mi z kieszeni rubla, com go ciężko przy balii zapracowała. Kazał mi leżeć tydzień. Powiedział, żem za wcześnie wstała. Niechby on tak spróbował mieć na głowie całą rodzinę i rozciągnąć się w łóżku na cały tydzień!

Dziecko płakało wciąż w kołysce.

– Może ci podać?...

– Niech leży, niech krzyczy!

– Trza mu dać ssać...

– To mu daj, kiedyś taki mądry. Jużci łatwo mieć dziecko takiemu, co się ani nacierpi, ani namęczy.

Rodzina ta, rodzina Prosińskich, już od piętnastu lat żyła w takich warunkach, że żona zaraz po ślubie wzięła męża za łeb i odtąd już nie dała mu swobody ani na jedną chwilę. Bywała popędliwa, w złości wypowiadała słowa, których potem sama żałowała; ale przy tych wadach kobieta ta była skarbem nieocenionym. Była jedną z tych, co to za nimi, gdziekolwiek się obrócą, idzie ład, porządek, oszczędność, akuratność. Nie miała swoich dzieci, ale cudze umiała prowadzić i kierować tak, że jej się bały, a jednocześnie ją kochały, bo czuły, ile jej są winne.

Prosiński, gdy się z Olesią Brudkiewiczówną ożenił, lubił sobie podpić czasem, lubił z kolegami się powłóczyć, a grosz zarobiony wydać bez rachunku. Olesia prędko położyła temu koniec. Mąż musiał powracać do domu prosto z roboty, a gdy przy chuchnięciu czuć go było wódką lub tytoniem, wtedy miał się z pyszna! Żona zmywała mu głowę po swojemu i raz nawet, wypatrzywszy, że siedział z kolegami nad szklanką piwa w szynku, poszła tam z dużym kijem, wyprowadziła męża na ulicę i obiła porządnie. Człowieczysko czuł, że na ulicy nie należy robić awantury, więc zniósł cierpliwie razy i szeptał tylko, zasłaniając się rękami: „Olesiu, Olesiu, daj spokój!” Powlokła go za sobą do domu i tam zapowiedziała, że wszelką zapłatę za robotę ona brać będzie, bo grosz trzeba szanować. Człowiek nie powinien być bez grosza. Co człowiek wart bez grosza? A nuż przyjdzie choroba? A nużby się Panu Bogu podobało dać dziecko?

Od tej chwili Prosiński wiernie oddawał żonie zarobione pieniądze i tak wyporządniał, że z roboty wracał prosto do domu, zaś w niedzielę szedł z wystrojoną i piękną jak łania Olesią na spacer lub na jakie tanie przedstawienie. W kasie Prosińscy mieli oszczędności, a oprócz tego Olesia chowała w jakimś kącie mały zapas pieniędzy, o których nikt nie wiedział.

Zazdroszczono małżonkom Prosińskim, że w mieszkaniu ich było tak czyściutko, jak w celi zakonnicy, że Prosińskiemu nie brakowało nigdy przy odzieniu żadnego guzika, że dzieci ubrane były zawsze porządnie i do syta najedzone. Podejrzewano, że Prosińscy mają jakieś dochody uboczne, że im jakaś rodzina przysyła pieniądze i zapasy „ze wsi”; ale w tym nie było ani słowa prawdy, tylko po prostu te pieniądze, co inni rzemieślnicy wydają na wódkę i tytoń, te pieniądze szły do kasy i tam powoli rosły, jak ciasto w dzieży. Czasem małżonkowie obliczali sobie ten nagromadzony zapasik, a wtedy Prosiński z podziwem patrzał na żonę, bo czuł, że to jedynie jej zasługa.

Dzieci mu też wyprowadziła na ludzi. Najstarszy chłopak, Władek, pracował w fabryce przy robocie wagonów; dwudziestoletnia Jagunia była panną sprzedającą w sklepie z norymberszczyzną, najmłodsza zaś, siedemnastoletnia Kasia, była „panienką od zmarszczek” w pracowni sukien.

Cała ta rodzina chodziła razem na nabożeństwo do kościoła w niedziele i święta, a Prosińscy patrzyli z dumą na troje dobrze wyrośniętych i porządnie poubieranych dzieci, z których średnia, Jagunia, biała i rumiana, nawet dosyć była przystojna.

Władek i Kasia chodzili spokojnie w jarzmie macierzyńskiego samowładztwa, ale Jagusia, mająca w charakterze dużo silnej woli, buntowała się nieraz przeciwko stosunkom, panującym w domu. Dążyła do życia o własnych siłach, a szczególniej marzyła o małżeństwie, które by ją wyzwoliło jakby z kleszczów w domu rodzinnym.

– Pójdę za kulawego, za ślepego, za dziada spod kościoła, byle miał własne mieszkanie, gdzie bym mogła rządzić i być u siebie – mówiła do Władka – z mamą już wytrzymać nie można! Gania mnie jak konia na lince. Ani wypoczynku, ani rozrywki! Ledwo wrócę do domu, spracowana, już mnie pędzi do roboty! „Nastałaś i nachodziłaś się w sklepie, to teraz siądź i naprawiaj bieliznę, ceruj pończochy”. A to, co zarobię, to idzie do rąk mamy. Ona zabiera wszystko, a potem wydziela jak swoje. Przecie to nie do wytrzymania! Ta Zbogacka, co się z nią przyjaźnię, zabiera zawsze sama swoją zapłatę, a rodzice jeszcze jej kupują różne prezenty. Teraz dostała granatową suknię... – wełna z jedwabiem przerabiana...

– A myślisz, że mnie co wolno? – odparł Władek. – Głupiego papierosa nie mam prawa sobie kupić.

Była to skarga, wywołana buntem Jaguni, bo w gruncie rzeczy Władek tak był przyzwyczajony od dziecka do posłuszeństwa, że wygodnie mu było w ciepłym mieszkaniu, w czystym zawsze łóżku, w naprawionym i bez jednej plamy ubraniu na co dzień, w nowym od święta. Wygodnie mu było przy stole, zastawionym jadłem prostym, lecz obfitym. Miał pociąg do papierosa, ale że się z pieniędzy wyliczyć musiał, więc nie palił, a wódki nawet nie lubił.

Sąsiadom i znajomym zdawało się, że Prosińscy mają jakieś skarby ukryte, a to była po prostu oszczędność i rozum jednej kobiety, która, co prawda, zalewała rodzinie sadła za skórę, ale nie żałowała słoniny do klusek.

I żyła tak ta rodzina, zbierając powoli oszczędności na czarną godzinę, a Jagusia ani się domyślała, ile to prześcieradeł, poszewek i różnej bielizny leżało przygotowanych na jej wyprawę.

Aż nagle przyszła czarna godzina w postaci czwartego dziecka, nieoczekiwanego, nad którym jeszcze przed jego urodzeniem Prosińska tyle łez wylała. Teraz zaś leżała w łóżku, gryząc się wewnętrznie, szarpiąc się bezsilnie, jak pies na łańcuchu. Tyle roboty w domu i takie niepotrzebne wydatki! Doktor, lekarstwa... i ten mały krzykacz, który nie wiadomo po co się przyplątał! Przecie nie można go ze sobą nosić po domach i przepadło pranie u tych państwa, o których Prosińska zawsze zabiegała. A malec krzyczał i krzyczał. Nie wiadomo skąd mu się siły brały na tyle krzyku! Cała rodzina wyrzekała na tego nieproszonego gościa, a szczególniej wyrzekała Jagusia, która nawet powiedziała Kasi, że to wstyd dla wszystkich... Córki dorosłe...

Jedna ze wszystkich Kasia lubiła małe, czerwone niebożątko, a gdy przyszła z pokłutymi palcami od „zmarszczek”, to się schylała nad kołyską i byłaby malca nosiła, gdyby matka nie wołała z łóżka:

– Nie przyzwyczajaj mi go do rąk! Potem sobie pójdziecie każde w swoją stronę, a mnie zostawicie ładną zabawkę!

Pozwalano tylko Kasi kąpać dziecko, ale czyniła to niezgrabnie, przekładając i podnosząc maleństwo, jak gdyby było ze szkła.

– Proszę mamy, niech mu mama da ssać!

Prosińska zniecierpliwiona smyrgała dzieckiem, że Kasię aż strach przejmował, żeby go nie połamała. Pchała mu gniewnie pierś do buzi.

– Na, masz! Zatkać ci to krzyczące gardło!

Chłopcu dano na imię Maciej, a w metryce zapisano datę urodzin: trzynastego marca 1895 roku.

Miano nadzieję, że po chrzcie św. odmieni się z tym krzykiem. Ale i chrzest św. nie pomógł, Maciuś jak krzyczał, tak krzyczał.

– Nie może być inaczej – mówiła jedna z sąsiadek do drugiej – od tej złości i od tego zmartwienia mleko się kobiecie w piersiach warzy, a od takiego zwarzonego mleka dziecko ma boleści. Trzeba mu brzuszek czym ciepłym okładać, dawać mu na ruszenie proszek troisty... A tu nikt o tego raka nie dba. Jedna ta najmłodsza dziewczyna co do niego czasem cmoknie... ukąpie go, jak tam potrafi... żal się Boże!

A Maciuś krzyczał i krzyczał, że w kamienicy ludzie wytrzymać nie mogli.

Prosińska wciąż była przykuta do łóżka. Doktor wstać jej nie pozwalał. Przez ten czas zdun był kucharzem. Nie dawał wprawdzie lodów ani pasztetów, kluski zagniatał za twardo, ale dzieci zmiatały wszystko, zaś chora tak nic apetytu nie miała, że żyła tylko mlekiem i herbatą. Musiał też prać pieluszki, bo tego jednego Prosińska nie byłaby zniosła, żeby jej dziecko leżało w brudzie.

– Dobrze ci tak! – mówiła zniecierpliwiona kobieta. – Pieluch ci się zachciało na starość, to teraz je pierz! A co, łatwe pranie? Miłe pranie?

– Myślałem zawsze, że to łatwa robota – odparł zbiedzony zdun – a to się nad tym trzeba napocić!

– W poniedziałek musisz oprać starsze dzieci, a i siebie, i mnie. Bez tego się nie obejdzie. Prosiński spojrzał błagalnie.

– Może by...

– Nie będę ci sprowadzała praczek, a i sama ci się z łóżka nie podniosę, bo nie mogę.

Wreszcie po trzech tygodniach wstała nieboraczka blada, jak opłatek, a jej biedne, sprane w ługu, mydlinach i ukropie ręce wydawały się przezroczyste. Zaraz zabrała się do cerowania pończoch, choć ją krzyż bolał i rada by była do łóżka powrócić. O nie! Dosyć już tego łóżka! Kto bogaty, niech sobie choruje, ale biedny człowiek...

Siły jej powoli wracały i tak się przytrafiło, że w domu sąsiednim kucharka nalała nafty na węgle dla łatwiejszego ich podpalenia. Nastąpił wybuch taki, że kuchnię popsuł i rozwalił. Zawezwano Prosińskiego, który się zgodził kuchnię przestawić, a od razu i ściany pobielić, bo były całkiem zakopcone. No, więc choć jaki taki był zarobek, a przecie wiosna szła na zdunów i murarzy.

A Maciuś krzyczał i krzyczał. Może w ten sposób okazywał swoją rozpacz nad złym przyjęciem, którego doznał w rodzinie, może się przypominał: „Jestem, jestem i musicie mnie znosić, musicie mnie kąpać i jeść mi dawać! Jestem, jestem!”

Tego krzyku było całe osiem tygodni.

– A to z piekła rodem to dziecko! – myślała Prosińska.

Maciuś miał już dziewiąty tydzień i pewnego dnia, choć był nasycony, darł się tak, iż się chwilami zdawało, że się zatchnie. Prosińska była sama w domu. Niecierpliwość wzbierała w niej coraz większa na krzykliwe maleństwo i byłaby je biła, gdyby to nie było takie kurczątko. Przechodząc koło kołyski, wyciągnęła ku Maciusiowi groźną pięść i syknęła przez zęby:

– Ja bym ci tu pokazała, gałgaństwo jakieś, ja bym cię tu nauczyła!

Maciuś nagle krzyczeć przestał, a patrząc na pięść matki, roześmiał się i pokazywał bezzębne dziąsełka.

– Śmieje się to, samo nie wie, czego! Czego się śmiejesz, pokrako!

Maciuś zaśmiał się znowu. Tym razem odezwało się w jego gardziołku jakieś drganie, takie, jakie się czasem słyszeć daje w trelach ptaka. Prosińska patrzała na malca i, sama nie wiedziała dlaczego, uśmiechnęła się także. Potem ruszyła ramionami.

– Chce się temu żyć! – szepnęła. – Wybielało to już... buzia już nie zapuchnięta... ale to do nikogo nie podobne... jakby nie moje dziecko! A przecieżem go sobie nie znalazła!

Z powijaków wyglądały ku Prosińskiej wielkie, niebieskie oczy, maleńkie usteczka, które zaledwie pierś jej objąć mogły, i nosek... ach, ten nosek to już najdziwniejszy! Takiego przecie w rodzinie nie było...

– Czy ja się zapatrzyłam na jaki obraz czy na jaką figurę w kościele? Te gałgany mężczyzny! Na co im to przystojność? To tylko z tego grzech i obraza Pana Boga! Żeby to była dziewczyna, tobym ją może lepiej lubiła.

Ona wiedziała swoje, a Maciuś najwidoczniej wiedział swoje, bo wyciągał rączyny z powijaków, bawił się nimi, rozkopywał się, wierzgał coraz zamaszyściej, a podbródek zaczął mu się zaokrąglać. A już patrzeć tymi wielkimi oczami to umiał tak, jak gdyby były nie tylko koloru niebieskiego, ale niebieskiego pochodzenia. Zachciało mu się panować nad wszystkim. Kasię ujarzmił. Światu nie widziała za nim, a i ojciec schylał się nad kołyską, i Władek czasem do malca zagadał. Jagunia niby to go lubiła, ale mu zazdrościła, bo zawsze wszystko chciałaby była ciągnąć do siebie, a tu Maciuś stawał się pierwszą osobą w rodzinie.

Najdziwniejsza była Prosińska. Wstydziła się tego, że Maciuś co dzień głębiej w serce jej zapadał, i udawała względem niego obojętność, a nawet złe usposobienie. Wobec rodziny nie uśmiechnęła się nigdy do dziecka i przechodziła obok kołyski, jak gdyby jej wcale nie było. Ale gdy Prosiński i starsze dzieci poszły na robotę, a ona była sama w mieszkaniu, wtedy kładła Maciusia na łóżko, siadała obok niego, rozwijała go, by się rączkami i nóżkami bawił, i nieraz te różowe rączki i nóżki obsypywała pocałunkami. Miała to za jakieś czary, że to dziecko niepożądane, niepotrzebne, które z początku nazywała „zawalidrogą”, teraz było jej milsze nad wszystko.

I było już dobrze na świecie Maciusiowi! Już mu nikt nie wypominał rąk, na których cała rodzina go nosiła. Matka brała go z kołyski, gdy była sama w domu, Kasia zaś biegła od roboty zdyszana, byle dopaść do malca, a huśtać go, a podrzucać, a bawić, a rozśmieszać. Jakoś teraz inaczej zrobiło się w mieszkaniu Prosińskich, jakoś weselej, słoneczniej. Dziecko się śmiało i starsi się śmieli. Matka nosiła teraz w duszy jakieś wielkie rozradowanie, a choć je dla oka ludzkiego przykrywała ciężkim kamieniem, to jednak i Władek i Jagunia spostrzegli, że była jakaś łagodniejsza, bardziej miękka, lepsza dla ojca i mniej poniewierała rzemiosło zduna. Co prawda, w lecie roboty nie brakowało i do kasy znowu się jakiś grosz złożył.

– To po tej chorobie mamie się odmieniło – mówił Władek do Jaguni – już nie ma takiej siły, jak przedtem. Dawno nie słyszałem, żeby ojcu wydziwiała.

– Zgryzła się też bardzo tym chłopcem i trochę się wstydzi; że go miała na starość. Spokorniała.

– Ech, przecie jej wolno! O, jak się to śmieje to małe! Już je tam Kasia do sufitu podrzuca!

W istocie trudno było o dziecko weselsze niż Maciuś. Radowało się to, jak ptak na wiosnę, a zanosiło się od śmiechu.

– Może mu tak Pan Bóg dał – myślała Prosińska – że się przez te osiem tygodni wypłakał już na całe życie...

I marzyła, że mu wszystkie ciernie spod nóg usunie, aby tylko jego usta się śmiały, a oczy nie zaznały łez.

Udawała jeszcze ciągle obojętną, ale miłość dla dziecka wprost rozsadzała jej piersi. A gdy przyszły jeszcze rozmaite rozumy, gdy Maciuś począł, objąwszy rączkami głowę, pokazywać, jaki ma kłopot, gdy wiedział, że „tyli, tyli urośnie” i „jak sroczka kaszkę warzyła”, wtedy Prosińskiej się zdawało, że podobnie mądrego dziecka nigdy żadna matka na świat nie wydała. Rozrastało się w niej coraz bardziej macierzyńskie serce, gorące i namiętne, którego dawniej w sobie nie znała.

Do tej pory Prosińska myślała tylko o chlebie powszednim, o groszu składanym do kasy, o tym, by bieda nie zajrzała w oczy rodzinie. Spychała robotę młodymi siłami. Jej pracowite ręce chwytały to, co było z brzegu, a dzieci przybrane były dla niej także jedną pracą więcej. Teraz, gdy w kasie i w węzełku było trochę grosza, gdy starsze dzieci zarabiały na siebie, a mąż już nie myślał ani o zabawie, ani o kieliszku, zwolniała i złagodniała ogromnie. Poprzednio ani na chwilę nie spuszczała z oka bytu rodziny i wszystko trzymała w silnej dłoni, ale teraz dawniejsze zabiegi zbladły dla niej wobec wesołego ptaka, który szczebiotem napełniał jej mieszkanie.

Największą jej radością było wynoszenie Maciusia na spacer. Gdy go niosła przez ulicę, a on trzepał rączkami do przechodniów i do wystaw sklepowych, wtedy aż ją strach przejmował o własną duszę, gdyż nieboraczce się zdawało, że Pana Boga niesie na rękach. A Maciuś zbierał uśmiechy, gdyż nikt nie mógł spojrzeć na niego, żeby się do niego nie ucieszyć.