38 osób interesuje się tą książką

Opis

Najmilsze prezenty to te niespodziewanie, przecież wiesz. Takie, na które wcale nie liczysz, a one się pojawiają, jakby je ktoś wyczarował.

Przy ulicy Wierzbowej stoi dziewięć domów. Każdy z mieszkańców ma swoje troski, gnębią go nierozwiązane problemy z przeszłości, czegoś się boi i o czymś skrycie marzy. Jest wśród nich Flora Majewska, dobry duch tej okolicy. Tegoroczne Boże Narodzenie ma być ostatnim, jakie spędzi na Wierzbowej, bo uznała, iż stan zdrowia zmusza ją do wyprowadzki. Na pożegnanie postanawia coś podarować sąsiadom: osobisty list z konkretną wskazówką lub przestrogą. Bo Flora wierzy w ludzi i wie, że czasami małe zdarzenia, ciche słowa, drobny gest mogą zmienić wszystko.

Pełna uczuć i wzruszeń opowieść o tym, że świat nas kocha, wystarczy tylko przystanąć i wsłuchać się w jego głos. Otworzyć się na emocje i odważyć się czerpać z życia pełnymi garściami, nie oglądając się za siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 501

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Dla Mamy, z miłością

1.

Naswojej ulicy Flora Majewska miała dokładnie dwudziestu jeden sąsiadów. Mieszkali wdziewięciu domach usytuowanych wtaki sposób, żepięć budynków stało polewej, a pozostałe znajdowały się poprawej – ten ostatni, zdecydowanie najstarszy, należał dopani Flory.

Wierzbowa nie była dużą ulicą, raczej całkiem niewielką, wdodatku zaczynała się namalutkim placu, podobnie jak trzy inne uliczki dzielnicy. Pośrodku tego placu, zwanego swojsko Ryneczkiem, znajdował się obsadzony kwiatami klomb, otoczony przez wiśniowe drzewa, które wiosną obsypywały się białym kwieciem. Kiedy płatki opadały, cała okolica zdawała się być przykryta śniegiem. Czasami tawiosenna puszysta fala niesiona wiatrem docierała aż doWierzbowej, budząc zniecierpliwienie niektórych mieszkańców, którzy musieli wychodzić zmiotłami, żeby uprzątnąć chodnik. Flora jednak uwielbiała wiśniowe drzewa, cudowne białe kwiaty iich niezwykły, zwiastujący wiosnę zapach. Teraz oczywiście, zkońcem października, nadrzewach tych powiewały już tylko resztki złotawo-brązowych iczerwonych liści – apokwiatach pozostało wyłącznie wspomnienie.

Flora przyspieszyła kroku. Musiała odebrać paczkę zagencji pocztowej mieszczącej się wjednej zkamienic przy Ryneczku. Zamówienie było spore iczekało nanią odparu dni, ale ostatnio czuła się niezbyt dobrze, więc nie wychodziła zdomu. No cóż, wiek robił swoje, awtym roku dolegliwości szczególnie nie pozwalały osobie zapomnieć. Postanowiła jednak się nie poddawać idoprowadzić dokońca swoje przedsięwzięcie. Tak jak każdej jesieni.

BoMajewska przygotowywała przesyłki dla swoich sąsiadów. Odkilku lat wymyślała dla nich życzenia świąteczne, zawsze zwyjątkowym przesłaniem. Starsza pani dokładała wielu starań, bystworzyć dla każdego jak najpiękniejszą ichwytającą zaserce kartkę. Każdą pocztówkę pieczołowicie malowała iurozmaicała wycinankami. Nagustownie wykonanych arkusikach zamieszczała serdeczności, apisała pięknie, atramentem wkolorze głębokiego fioletu, nabieranym zestarego posrebrzanego kałamarza, ozdobionego podobizną klęczącej kobiety zpochyloną głową idłońmi złożonymi napłatkach olbrzymich kwiatów. Pióro Flory, starego typu, zesrebrną obsadką istalówką, pozostawiało napapierze szlachetne, okrągłe litery.

Lubiła ten moment, gdy znadejściem jesieni wyciągała zbiurka swój mały piśmienniczy warsztat. Wypisywała ciepłe słowa, dekorowała papier, apotem pakowała dowłasnoręcznie wykonanych kopert izanosiła napocztę. Sąsiedzi reagowali różnie – zazwyczaj otrzymywała wodpowiedzi kartkę, taką nowoczesną, zdarzało się, żekupioną natej samej poczcie, zktórej ona wysyłała swoje. Czasem decydowali się podziękować osobiście, wyrażając przy okazji podziw nad kunsztem wykonania. Bardzo rzadko jej życzenia pozostawały bez echa, ale itak też czasami bywało. Nie zniechęcała się jednak. Wysyłała swoje pocztówki, bosprawiało jej toprzyjemność. Miała nadzieję, żepodobną satysfakcję odczuwają obdarowani. Przez całe życie wyznawała zasadę, żedobro rodzi dobro, azwielokrotniając je, działa się tak naprawdę wewłasnym interesie. Kiedy umiemy prowokować radość, świat także wniezauważalny sposób zmienia się. Nalepsze.

Wtym roku miało być jednak inaczej. Zamiast kartek Flora Majewska postanowiła wysłać domieszkańców Wierzbowej listy. Miała tobyć jej forma pożegnania, bozamierzała się wyprowadzić.

Dodecyzji dojrzewała powoli. Natej ulicy mieszkała przez całe życie, była przywiązana doswojego ślicznego, choć mocno już podupadłego domku, lubiła sąsiadów. Ajednak, adoświadczyła tego zwłaszcza wostatnim roku, nie czuła się dobrze. Inie chodziło tutaj ostan zdrowia, choć toprawda – wiek dawał się jej weznaki inie była już tak sprawna jak niegdyś, męczyła się łatwiej, nie chodziła zbyt szybko, musiała przystawać podrodze, żeby zaczerpnąć tchu. Poprostu tegoroczna wiosna poraz pierwszy nie przyniosła jej odrodzenia.

Odczasów najwcześniejszego dzieciństwa uważała wiosnę zaulubioną porę roku. Kiedy ziemia budziła się dożycia, zaczynała pachnieć ciepłem ideszczem, ptaki oznajmiały nadejście poranka śpiewem, atrawa nanowo robiła się zielona, wnią także wstępował optymizm. Odczuwała chęć dodziałania, wypełniała jąenergia, wiara wprzyszłość. Wtym roku przywitała wiosnę znużeniem, zniechęceniem ispadkiem nastroju. Dlaczego? Nie wiedziała. Doszła downiosku, żepoprostu dopadła jąstarość ijej nieodłączna siostra – samotność. Niby otoczona ludźmi, Flora doświadczała dojmującej pustki, zktórej nie mogła się wyzwolić. Czuła wręcz, jak wzastraszającym tempie opuszczają jąsiły witalne, poddaje się. Coraz trudniej było jej wykrzesać zsiebie pragnienie życia. Była zrezygnowana.

Czym jest moja egzystencja? Czy przez te lata udało misię naprawdę coś zmienić? Pomóc komuś, zrobić coś istotnego? Może tylko się oszukiwałam?

Często chodziły jej pogłowie takie myśli. Przeszła wiosna, potem lato, awgłowie Flory zakiełkowała pewna idea. Powinna pozbyć się domu naWierzbowej izamieszkać gdzieś indziej. Tam, gdzie znajdzie towarzystwo, ktoś się nią zaopiekuje, okaże zrozumienie. Tak wpadła napomysł przeprowadzki dodomu seniora. Pojęła bowiem, żenajbardziej zależy jej napoczuciu bezpieczeństwa. Pragnęła, aby zawsze wjej pobliżu był ktoś, kto zareaguje wewłaściwym momencie. Nie chciała jednak korzystać zpomocy sąsiadów, krępować ich sobą.

Szczególnie domyślenia dał jej wypadek, któremu uległa wczesną wiosną. Wychodząc zdomu, potknęła się owystającą płytkę naścieżce prowadzącej dofurtki, przewróciła się izłamała rękę. Naszczęście dzięki interwencji przypadkowego przechodnia ratunek nadszedł stosunkowo szybko, ale rehabilitacja okazała się mozolna iprzykra. Choć tolewą rękę miała niesprawną, toitak bezradność dokuczała jej bardzo. Pojawiły się problemy zzakupami, pracami wdomu. Inawet pomoc sąsiadki, Joli Cieplik, nie wystarczała. Zresztą Jolanta, sama przecież emerytka, także borykała się zproblemami zdrowotnymi. Florę opanował strach. Cosię znią stanie wrazie poważniejszej choroby? Czy poradzi sobie wtedy sama? Musiała podjąć decyzję inawet jeśli obawiała się jej trochę, bozmiana miejsca zamieszkania wtym wieku topoważna sprawa, wiedziała, żemusi sprostać wyzwaniu. Chodziło też oto, żeby nie być dla nikogo ciężarem, byjej nie znienawidzili, nie czuli się nią zmęczeni, przygnieceni. Nie chciała, żeby inni tracili nanią swój czas.

Postanowiła wyprowadzić się tuż poświętach Bożego Narodzenia, żeby kolejny rok rozpocząć już wnowym domu, więc teraz zamierzała się zewszystkimi pożegnać. Napisać im coś ważnego, coś, cozapamiętają icobędą chcieli zachować wsercach nazawsze. Długo myślała, jak się dotego zabrać. Wkońcu pomysł podsunęła jej jedna zksiążek zdomowej biblioteczki. Napisze dokażdego list zosobistym przesłaniem. Taki, którego nie sposób zlekceważyć, aktóry, jeśli zostanie właściwie zrozumiany iżyczliwie przyjęty, może zapoczątkować przemianę życia.

Zostawię coś posobie – medytowała, przemierzając ulicę Wierzbową zeswoim zakupowym wózkiem nakółkach. Znała tutaj wszystkich iżywiła dla nich wiele ciepłych uczuć, choć wiedziała też, żenie wszyscy mieszkańcy Wierzbowej jąlubią. Jednych zapewne denerwowała, inni mijali jąobojętnie. Jak towżyciu. Dla Flory jednak nikt nie był bez znaczenia. Każdy człowiek wydawał się jej ważny igodny zapamiętania. Tak też chciała potraktować adresatów swoich listów. Opowiedzieć im pewną historię, którą być może zechcą podjąć ipociągnąć dalej.

Należało się dobrze przygotować. Zarówno doprzeprowadzki, jak idoredagowania listów. Szczególnie donich trzeba zebrać sporo materiałów.

Teraz, wpaździerniku, zgromadziła już praktycznie wszystko, musiała tylko jeszcze odebrać swoją przesyłkę. Torba nakółkach turkotała żwawo pochodnikowych płytach, aFlora zatopiła się wrozważaniach. Odczego zacząć? Jak ująć swoje myśli icokomu napisać? Natonarazie nie miała żadnego planu. Wiedziała jedno – ponieważ całe swoje zawodowe życie spędziła wbibliotece, będzie się miała doczego odwołać.

Flora Majewska chlubiła się posiadaniem wyjątkowego podręcznika, Przewodnika dowzorów pisma ozdobnego[1]. Publikację wydano weLwowie w1897 roku i – jak wszystko, cocenne, czyli zabytkowy serwis wbłękitne różyczki ikolekcja haftowanych chustek – wpadła jej wręce szczęśliwym przypadkiem. Aponieważ Flora uważała, żekażdy traf losu wskazuje drogę, zainteresowała się starą, pachnącą pleśnią książką, którą ktoś przyniósł wpudle dobiblioteki.

–Niech pani tonatychmiast wyrzuci – kategorycznie oświadczyła kierowniczka. – Odtych śmieci zbutwieje nam cały księgozbiór.

Flora poczuła się więc rozgrzeszona izabrała wolumin dodomu. Najpierw starannie go osuszyła, wkładając pomiędzy karty gazety, apotem wietrząc odpowiednio długo. Wyczyściła mu też oprawę ikiedy całkowicie wysechł, obejrzała zdużym zadowoleniem. Kaligrafia. Zawsze marzyła, żeby się jej nauczyć ioto wreszcie los dał jej szansę. Wynalazła wdomu stare pióro zesrebrną obsadką izaczęła ćwiczyć. Doszła dotakiej biegłości, żeżaden artysta nie powstydziłby się tak kształtnych liter. Nauczyła się też robić sama atramenty ifarby roślinne zkwiatów iziół, bote, które można było dostać wsklepach, przestały jej wystarczać. Przez cały letni sezon zbierała zapamiętale kaczeńce, maki, korę brzozy, lebiodkę, apotem godzinami gotowała wywary, dodając odczynników, żeby utrwalić kolor. Mało kto wie, jak pożyteczny jest chociażby korzeń przytulii – daje żółty lub czerwony barwnik, apododaniu octu: niebieski. Musiała się jednak spieszyć – barwniki naturalne nie były tak trwałe jak chemiczne, miały określoną wczasie przydatność. Widziała jednak coś kuszącego wmyśli, żejej zapiski będą powoli nikły, aż staną się prawie zupełnie niewidoczne ipapierowa karta odzyska swój nieskazitelny blask.

Jak wżyciu – dumała Flora. Wszystko przemija, rozsypuje się, traci wyrazistość, aż pozostaje wyłącznie niewyraźnym wspomnieniem. Zarówno gdy jest dobre, jak iwtedy, gdy jest złe.

Teraz jednak wswoich pożegnalnych listach pragnęła wykorzystać jak najtrwalsze barwy. Żeby wspomnienie oniej pozostało nadłużej.

–O, pani Flora Majewska – przywitała jąurzędniczka napoczcie. Toprawda, starsza pani była tuczęstym gościem, bowielokrotnie sama odbierała paczki. Zamawiała różne drobiazgi ilubiła ponie wychodzić zdomu.

–Mapani moją przesyłkę? – spytała.

Pracownica poczty skinęła głową. Zzaplecza wyniosła nie bez wysiłku pakunek, niewielki, ale najwyraźniej ciężki.

–Jak pani toweźmie? Może lepiej było zamówić dodomu, anie zodbiorem unas?

–Dam radę. Zmieści się domojej torby. Proszę zobaczyć. – Starsza pani zademonstrowała pojemność wózka, wsuwając paczkę dośrodka.

–Rzeczywiście pomysłowe. – Urzędniczka pokiwała głową. – Choć przyznam, żesamochód lepiej rozwiązałby sprawę.

Flora uśmiechnęła się. Nie posiadała nigdy auta inie sądziła, żejest jej wogóle potrzebne. Uroczyn był maleńką miejscowością, gdzie wszystko pozostawało wzasięgu: niewielki Ryneczek, sklepy iróżne urzędy. Nie czuła potrzeby zapuszczać się dalej.

Doczasu – pomyślała oswojej decyzji wsprawie przeprowadzki. Dom, który wybrała, mieścił się wprawdzie niedaleko, ale jednak winnym miasteczku. Dojazd był dobry, pociągiem, ikażdy, kto zechce, może jąodwiedzać, ale czy starczy im determinacji?

–Potrzebuje pani jeszcze czegoś? Znaczków? Niedługo dostaniemy kartki naświęta, mogę odłożyć jakieś ciekawe.

Flora się uśmiechnęła.

–Dziękuję. Nie potrzebuję kartek. Jak zwykle zresztą.

–Ach, tak? Nie rozsyła pani?

–Wręcz przeciwnie. Tylko robię jesama.

–Naprawdę? – zdumiała się kobieta. – Nigdy pani nie mówiła. Istotnie, kupuje pani sporo znaczków przed świętami, ale nie sądziłam, żewkłada pani tyle pracy wewłasnoręczne wykonywanie pocztówek.

–Lubię tozajęcie – wyjaśniła starsza pani iuśmiechnęła się przyjaźnie. Nakońcu języka miała jeszcze stwierdzenie: „Lubię ludzi”, ale się powstrzymała.

Czy naprawdę lubiła ich wszystkich? Te dwadzieścia jeden osób mieszkających wośmiu domach wpobliżu jej własnego? Musiałaby się uczciwie zastanowić. Zpewnością żywiła ciepłe uczucia względem Jolanty Cieplik, postawnej kobiety omocnym inieznoszącym sprzeciwu głosie, która jakiś czas temu przeszła naemeryturę i – jak mawiała – zrobiła tozwielką ulgą. Jola zawsze iwkażdych okolicznościach mówiła to, comyśli, nie przejmując się, jak może zostać odebrana jej szczerość. Nie była przy tym złośliwa czy uszczypliwa, poprostu nie kryła się zeswoimi poglądami. Umnie cowsercu, tojęzyku – powtarzała zawsze, dodając, żewie, iż zaniektóre swoje wypowiedzi będzie musiała odpokutować. Flora uważała, żetacy ludzie, jak Jolanta, sąwspołeczeństwie bardzo potrzebni. Nie pozwalają mu utonąć wnieszczerości pojmowanej jako zbytnia delikatność, abędącej tak naprawdę próbą zafałszowania obrazu świata. Nie musimy być dla siebie przesadnie mili – medytowała Flora. Przecież zupełnie nie otochodzi. Idzie opoczucie bezpieczeństwa izaufanie, żektoś szczerze powie nam, comu się wnas nie podoba, wczym błądzimy, nie ubierając tego wostrożnie dobierane słowa, które nic nie znaczą.

Towszystko nie odnosiło się zkolei doinnej sąsiadki, względem której Flora miała mieszane uczucia – Ewy Zięby mieszkającej posąsiedzku zJolą. Ewa także była szczera, może nawet zabardzo, bonigdy nie przepuszczała okazji dowyrażania swojego zdania. Jednak podczas gdy zJolantą dało się normalnie podyskutować, pani Ziębowa nie znosiła sprzeciwu. Ajuż zpewnością nie tolerowała krytyki naswój temat. Wyobrażała sobie, żejest pokojowo nastawiona doświata iuczynna wewszystkich działaniach, podczas gdy wistocie była apodyktyczna inadmiernie pryncypialna. Wszystko wiedziała najlepiej i – cogorsza – starała się uszczęśliwiać każdego tąwiedzą. Uważała, żedla dobra ludzkości powinna wytykać jej błędy iproponować ścieżkę naprawy. Wsobie nie dostrzegała jednak żadnych uchybień, aewentualne wymówki przyjmowała zzaskoczeniem. Jak ludzie mogą być tak niewdzięczni imałostkowi? – mawiała często domęża, Seweryna, który odenergicznej żony odpoczywał głównie wpracy. Ich syn, Borys, ukochane dziecko matki, który aktualnie studiował wWarszawie, zrzadka przyjeżdżał dodomu kuwielkiemu rozczarowaniu rodzicielki, chętnej, bysię nim pochwalić.

Ostatni dom polewej, położony naprzeciw posesji Majewskiej, zajmował Zygmunt Wyrwa, człowiek osobliwie małomówny itym samym stanowiący dla Flory pewną zagadkę. Przyjaźniła się zjego żoną, Adelą, ale słabo znała jego samego. Pośmierci Adeli wszystko wtej rodzinie się skomplikowało: jedyny syn wyprowadził się zdomu, zrywając kontakty zojcem. Zygmunt nie wydawał się być złym człowiekiem, tylko nieszczęśliwym izniszczonym przez życie. Odnosiło się wrażenie, żenie życzy sobie zabardzo kontaktów sąsiedzkich. Podobnie zresztą jak nowy lekarz Paweł Zaruski, który sprowadził się tutaj wlecie, wynajmując dom porodzinie Dońców. Flora niewiele onim wiedziała, widywała go jednak często, jak przejeżdżał swoim szosowym rowerem ulicę Wierzbową wkierunku lasu.

Oprócz tych lokatorów mieszkały tujeszcze trzy rodziny, każda dziwna, ale naswój sposób interesująca. Wpierwszym domu polewej stronie ulicy rezydowali Jawińscy, ale chyba niezbyt dobrze się unich działo. Panował tam dziwny smutek, milczenie iobojętność. Familia Bekierskich, którzy zajmowali bodaj największy dom naWierzbowej isąsiadowali zFlorą przez ogrodzenie, była zkolei liczna ihałaśliwa. Nie utrzymywali kontaktów zsąsiadami, zajęci sobą irozmaitymi interesami prowadzonymi przez głowę rodu – Dariusza. Kręciło się tam kilkoro dzieci, żona gospodarza oraz teściowa, choć tęostatnią Flora rzadko widywała. Bekierscy woleli trzymać się razem iobracać wswoim świecie zamożnych izadowolonych zeswego życia rodzin. Dwa domy dalej mieszkała Patrycja Konopińska zmężem icórką. Flora odruchowo przyspieszała, mijając posesję usytuowaną nasamym rogu ulicy, wmiejscu, gdzie rozszerzała się ona wkierunku Ryneczku. Kiedy odchodziła naemeryturę zmiejscowej biblioteki, Patrycja już tam rządziła jako dyrektorka. Nie można powiedzieć, bysię nie lubiły, ich stosunki należały jednak dochłodnych. Flora doceniała przebojowość ienergię Patrycji, lecz nie potrafiła się znią dogadać. Konopińska – nastawiona naefektywność – chciała wszystko załatwiać szybko ibez zbędnego namysłu, zaś Flora wiedziała, żepewne sprawy wżyciu wymagają zachodu. Moment, gdy przeszła naemeryturę, im obu przyniósł ulgę.

Ostatni dom, októrym należy wspomnieć, czyli ten usytuowany pomiędzy nieruchomościami Konopińskich aBekierskich, doniedawna pozostawał niezamieszkały. WUroczynie określano go mianem nawiedzonego, gdyż pierwotni właściciele nawet się doniego nie zdążyli wprowadzić, awcześniej całą budową kierowali zzagranicy. Zupływem lat budynek stojący wdużym ibudzącym zdumienie swą obszernością ogrodzie sukcesywnie niszczał. Flora widziała go dosyć dobrze zpiętra swojej nieruchomości, zanim oczywiście drzewa uBekierskich nie rozrosły się tak bardzo, żeprzesłoniły widok. Dach zaczynał się sypać, ściany oszpeciły brzydkie zacieki. Wiatr dostawał się dośrodka przez nieszczelne okna, wywołując niekiedy zdumiewające efekty dźwiękowe wpustych korytarzach. Może dlatego mieszkańcy miasteczka uważali tomiejsce zadotknięte działaniem sił nadprzyrodzonych? Trudno dociec. Zresztą każda miejscowość maprzynajmniej jeden taki opuszczony inawiedzony dom. Flora jednak zeswoich bardzo pewnych źródeł wiedziała, żecałkiem niedługo ktoś miał się tutaj sprowadzić, zatem już teraz uwzględniła wswoich sąsiedzkich rachunkach jedną, amoże nawet dwie osoby więcej.

Ktoś przybywa, kogoś ubywa – szeptała dosiebie, przemierzając ztorbą ulicę Wierzbową. Jak zwykle przyspieszyła kroku przed domem Konopińskich, apóźniej zwolniła przy nawiedzonej posesji. Lubiła ten dziki, zarośnięty ogród. Dzięki niemu wokolicy pojawiały się zwierzęta – różne gatunki ptaków, łasice ijeże. Pewnego letniego popołudnia dostrzegła tam nawet bażanta, który obwieścił swoje przybycie głośnym skrzekiem. Mam nadzieję, żenowi właściciele nie zechcą go odrazu uporządkować, awkażdym razie nie wytną starych drzew – pomyślała ipchnęła swoją furtkę. Jej własny dom natle architektury ulicy, gdzie wszystkie budynki miały bezpieczne bryły sześcianu idość ładne ściany, nie wyłączając tego opuszczonego, którego elewacja była coprawda brudna, ale jednak starannie wykonana, wyglądał jak zzupełnie innej bajki. Był piętrową willą odwóch werandach, wzniesioną zdrewna izupływem czasu coraz bardziej przypominającą chatkę zpiernika. Nie tylko zewzględu nakolorystykę – deski starzały się wswoim tempie, azielona farba elewacji dawno wyblakła – jego sylwetka zwracała uwagę. Wydawał się tak odmienny wstylu, jakby przywędrował tuzzupełnie innych czasów.

–Korniki ibutwienie – kręciła nosem Jola. – Powinnaś koniecznie coś ztym zrobić.

Tylko comogła zdziałać? Flora przyzwyczaiła się już dochrobotania wścianach, świerszczy zakominem inieustannego sypania się drewna. Azapach gnijących liści wogrodzie poprostu zaakceptowała. Nie miała siły ciągle ich sprzątać, apoza tym były pożyteczne. Teraz weszła dodomu przez werandę, starannie zamknęła zasobą drzwi, wydobyła zwózka pakunek ipołożyła go naokazałym sosnowym stole. Potem zatarła zradości ręce iwyszła dokuchni zrobić sobie herbatę.

[1] Źródła wszystkich cytatów iadresy wydawnicze tytułów wymienianych wtekście zamieszczono nakońcu książki.

2.

Codoformy zewnętrznej listów (…) topowinna być takowa miła ielegancka, zatem trzeba się starać opiękny papier, ładne pismo, awystrzegać się plam ikrzywych rządków. Koperta nawet niech będzie starannie wybrana. Błędy gramatyczne iortograficzne zachodzić nie powinny. Zdania niech będą proste ikrótkie.

Flora starannie obejrzała paczkę, czy papier nie jest uszkodzony, apotem ostrożnie położyła jąnastole. Zszuflady wydobyła nożyczki idelikatnie przecięła zabezpieczające taśmy. Potem odwinęła przesyłkę. Wkartonowym pudle spoczywał zamówiony przez nią towar – arkusiki czerpanego papieru, dodatkowo wzbogacone płatkami kwiatów icząstkami traw. Niewiarygodnie piękne. Zatopione wnich rośliny nadawały itak szlachetnemu papierowi elegancki iromantyczny szlif. Tchnęły tajemniczym czarem, nostalgią zadawnymi czasami, gdy wszystko robiło się zmiłości dosztuki, urokiem przeszłych chwil, nieskończonych możliwości itego ulotnego smutku, który każe kochać rzeczy śliczne, misternie wykonane, choć niekoniecznie użyteczne.

Kobieta ruszyła doniewielkiej spiżarni iprzyniosła stamtąd atrament oraz roślinne farby, jak również surowiec dowykonania kolejnych, bodysponowała także suszonym indygo, brązową umbrą, zielenią chromową ikarminem.

Właśnie rozmyślała nad tym, czy wypróbować najpierw kaligrafię, czy też rysunek, gdy przez okno dojrzała, żektoś stoi przy furtce izagląda ciekawie dośrodka ogrodu.

Była tomała dziewczynka, może sześcioletnia, którą Flora dobrze znała zwidzenia. Wiedziała, żeprzyszła tuzpierwszego domu poprzeciwnej stronie Wierzbowej, nowoczesnego budynku omodnym kształcie zwielkimi przeszkleniami odstrony sadu imetalowymi balkonami. Wyglądał zupełnie jak kostka zeszkła istali. Jego odmienność nieco raziła natej ulicy pełnej bardziej konwencjonalnych domostw. Wyraźnie odstawał odreszty, nieuchronnie przyciągając wzrok. Doniedawna mieszkała wnim czteroosobowa rodzina: rodzice, tawłaśnie dziewczynka ijej malutki, niedawno narodzony braciszek.

Matka, kiedyś zatrudniona wszkole, teraz poświęciła się wychowaniu malucha, ale chyba nie czerpała ztego satysfakcji. Chodziła przygaszona, smutna, rzadko się uśmiechała. Ojciec dziewczynki zawsze był bardzo zapracowany – wcześnie wychodził, wracał późno. Czasami wieczorem powtórnie jechał donieodległej Warszawy, pewnie załatwiać jakieś służbowe sprawy. Nie było go całymi dniami, mało odzywał się dodzieci. Traktował jechłodno, jakby zniechęcią. Któregoś dnia się wyprowadził. Flora domyślała się powodu. Chłopczyk, tak wyczekiwany wtej rodzinie, okazał się nie całkiem taki, jak życzył sobie pan domu. Zamiast idealnego dziecka, przyszłego następcy, urodził się mały człowiek zpewną niedoskonałością. Amoże właśnie zdoskonałością, której ojciec nie potrafił docenić? Wkażdym razie tapozorna skaza okazała się najprawdopodobniej probierzem rodzicielskiej imałżeńskiej miłości.

Rodzina rozpadła się. Matka jeszcze bardziej posmutniała, amała dziewczynka coraz więcej czasu spędzała, kręcąc się poulicy Wierzbowej, zaglądając przez furtki dosąsiadów, hasając zniewielkim psem, który stanowił całe jej towarzystwo. Nie miała koleżanek, ale chyba nie tęskniła zatowarzystwem rówieśniczek. Flora nigdy nie widziała też, żeby dziecko nosiło zesobą jakąś zabawkę. Zawsze wyglądała podobnie: zestarannie założonymi rajstopami podczas chłodniejszej aury lub wkolorowych skarpetkach przy dobrej pogodzie, odziana wsztruksowe sukienki-ogrodniczki wróżnych barwach oraz płaszczyk oddeszczu, gdy padało. Ite kalosze. Najchętniej chodziła właśnie wnich – sięgających kostki zielonych kaloszkach wduże żaby.

Dziewczynka patrzyła przez furtkę doogrodu, jakby zastanawiając się nad pomysłem przedostania się dośrodka. Jej piesek bez trudu przeskoczył przez ozdobny otwór wbramce iszczeknął napanią zachęcająco. Flora miała wswoim ogródku piękne krzewy idrzewa. Były też ikwiaty, ale jesienią pozostało już ponich tylko wspomnienie. Październik tego roku był jednak łaskawy, ciepły ipozbawiony wiatru, więc nadrzewach wciąż trzymało się mnóstwo liści. Ich głębokie kolory odnasyconego złota, poprzez delikatne ochry ibrązy aż dociemnej czerwieni zachwycały możliwościami natury. Te liście, które już opadły, leżały bezładnie naziemi, bogospodyni nie miała siły ich uprzątnąć, poza tym tłumaczyła sobie, żejeże znajdą wnich świetną kryjówkę nazimę. Amieszkało ich wogrodzie kilka. Starsza pani słyszała wlecie ich tupotanie, atakże widziała parę wświetle księżyca. Przemieszczały się szybko, czasem fukając nasiebie iinne zwierzęta, starając się odstraszyć wszędobylskie koty sąsiadów, zktórymi chcąc nie chcąc musiały dzielić terytorium.

Dziewczynka chciała zapewne przedostać się doliści. Albo pozbierać dojrzałe owoce kaliny czy jarzębiny, które rosły naniskich drzewkach. Może chodziło też ostrzelające kulki, jakie niedawno pojawiły się nazastępującym Florze żywopłot szpalerze śnieguliczki białej? Starsza pani pamiętała dobrze, żejako dziecko lubiła bawić się wrozgniatanie ich butem, pod którym pękały zcichym trzaskiem. Gustowały wnich ptaki, dla których były dobrym pokarmem, mimo iż dla ludzi trujące.

Pani Flora początkowo nie zamierzała zaprzątać sobie uwagi dziewczynką, zajęta swoją ważną pracą. Potem jednak coś kazało jej skupić wzrok natej drobnej postaci, przestępującej znogi nanogę wzielonych kaloszkach. Westchnęła, złożyła papiery, wyszła zdomu iruszyła dofurtki.

Było ciepło, ale nawszelki wypadek otuliła się szalem, który Jola wydziergała poprzedniej zimny zresztek włóczki ipodarowała jej jako prezent świąteczny. Nici były wbajecznych kolorach iteraz Flora mogła się cieszyć okryciem wewszystkich barwach tęczy.

Dziewczynka nawidok właścicielki domu aż pisnęła zeszczęścia.

–Jakie kolory! Toż tocała łąka – zawołała wzachwycie.

–Ładny, prawda? – Gospodyni nie kryła zadowolenia.

Dziewczynka przytaknęła zzaangażowaniem. Miała długie, zaplecione niestarannie włosy (amoże rozplotły się same podczas całego dnia zabaw iwędrówek?) wnieokreślonym kolorze. Jakby koniakowym lub brunatnym, wkażdym razie – niezbyt zdecydowanym.

–Prze-pię-kny – wyskandowała teraz, przewracając oczyma.

Zdziewczynką coprawda rozmawiało się prosto, wręcz zadziwiająco łatwo, ale pani Flora postanowiła dopełnić wstępnych formalności:

–Jak masz naimię? – spytała, choć wiedziała, żedziewczyna nazywa się Nela, tak przynajmniej wołała nanią matka lub surowy ojciec. Kornelia. Bardzo ładnie, zdaniem Flory, znanej zeswojej słabości doniezwykłych lub rzadko nadawanych imion. Ztego względu sympatią darzyła Jolantę, nazywaną przez bliskich Jolą, czy też Zygmunta, uporczywie zdrabnianego jako Mundek, choć toakurat nie przypadło jej dogustu.

–Nelka – stwierdziła dziewczynka rezolutnie ipodkreśliła swoją wypowiedź, tupiąc nogami.

–Atwój brat? Wydaję misię, żewidziałam twoją mamę zdzidziusiem. – Mała skinęła zzaangażowaniem głową. – Jak mu naimię? – zaciekawiła się Flora.

–Baobab – odparła rozmówczyni bez namysłu.

–Naprawdę? – zdziwiła się starsza pani.

–Pewnie. On będzie duży isilny jak baobab. Dlatego tak dałam mu naimię – wyjaśniła, podciągając kolorową skarpetkę.

–Rozumiem. – Flora się uśmiechnęła. – Wszystkich nazywasz tak… odroślin?

–Właśnie! – Mała ucieszyła się, żezostała zrozumiana. – Rośliny sąfajne – dodała pochwili.

–Zgadzam się – przytaknęła gospodyni. – Sama tak uważam. Amama?

–Comama?

–No jak mama manaimię?

Dziewczynka porzuciła poprawianie garderoby iwestchnęła.

–Wsumie nie wiem. Nie pamiętam.

–Nie pamiętasz, jak manaimię twoja mama? – Kobieta podniosła brwi wgeście zdziwienia.

–Mogę opisać – zadeklarowała dziewczynka. – Byliśmy kiedyś zprzedszkolem wtakim miejscu, gdzie sąpokazywane różne rośliny. Najróżniejsze – podkreśliła. – Takie, których unas nie ma, też.

–Wogrodzie botanicznym – domyślnie podsunęła starsza pani.

–Monicznym? – zdumiała się mała. – Tam nie było żadnej Moniki. Wnaszej grupie jest jedna, ale akurat wten dzień zachorowała. Dobrze, botoniemiła dziewczyna. Lubi popychać.

–Botanicznym. Botanika tonauka oroślinach. Tak się nazywa.

–Aha. – Dziewczynka chwilę obracała nowe słowo wpamięci.

–No więc wtym ogrodzie… monicznym rosła taka roślina. Pani wie – jak się jądotknęło, toona tak śmiesznie zwijała liście. – Nela zaprezentowała to, zginając naraz wszystkie palce uręki. – Tak się chowała.

–Wiem, znam ją, tomimoza – wyjaśniła starsza pani.

Dziewczyna aż podskoczyła zradości.

–Mimoza! Mama jest taka – chowa się, gdy ktoś jązdenerwuje.

Flora kiwnęła głową, apotem przypomniała sobie, jak wyglądała matka dziewczynki. Była towyjątkowo wysoka, szczupła kobieta odługich palcach. Starsza pani zwróciła uwagę naten szczegół, bozwykle trzymała coś wdłoniach: torebkę, kwiaty, jakiś przedmiot, książkę. Zwłaszcza toostatnie ujmowało Florę Majewską – emerytowaną bibliotekarkę. Mama Neli, która naprawdę miała naimię Hanna, oczym dziewczynka nie omieszkała wspomnieć, lubiła czytać. Często wychodziła przed dom, apotem znikała wogrodzie, byoddawać się lekturze. Dużo pracowała przy swoich grządkach, poświęcając natowolne chwile wciągu dnia. Domomentu gdy urodził się chłopiec, Błażej, zwany przez siostrę Baobabem, iwszystko się skomplikowało. Życie ich rodziny nigdy już nie miało być takie jak wcześniej.

Flora zwestchnieniem spojrzała naNelkę. Dziewczynka starannie zbierała liście. Miała już spory bukiet, który właściwie nie mieścił się wjej drobnych rączkach. Starała się go uchwycić palcami, ale coraz toktóryś wysuwał się, spadając naziemię. Mała rozejrzała się poogrodzie.

–Mapani psa? – spytała znienacka. – Bomoja Figa uwielbia się bawić zinnymi pieskami. Kiedyś tata jąwyprowadzał naspacer, ale teraz jasama znią wychodzę. Codziennie, zawsze pozerówce – pochwaliła się, asąsiadce zrobiło się przykro. Ojciec przestał wychodzić zsuczką, bonajwyraźniej wogóle stracił serce dla rodziny.

–Nie. Mam jeże – wyjaśniła Flora, odganiając odsiebie te nieprzyjemne myśli. – Latem spacerują poogrodzie, ajesienią zasypiają wliściach.

–Tofajnie. Tatuś kiedyś przejechał jeża – wyznała. – Było miprzykro, płakałam.

–Tatusiowi zapewne też było smutno. Niestety, wypadki się zdarzają, nawet najbardziej uważnym kierowcom.

–Wcale nie. Okrzyczał mnie, żejestem mazgaj.

Majewska wzdrygnęła się. Cozagłupi, okrutny człowiek – przeszło jej przez myśl, ale odrazu przywołała się doporządku. Nie oceniaj, Floro, tak pochopnie. Tamała zapewne kocha ojca inie można dyskredytować go wjej oczach. Cojaporadzę, że nie znoszę ludzi, którzy znęcają się nad słabszymi – zaripostował odrazu głos zdrugiej strony jej głowy. Tak było zawsze, gdy rzeczowość walczyła uniej zidealizmem. Zwykle towłaśnie serce brało górę.

Dziewczynka przyglądała się gospodyni znamysłem.

–Cozamierza teraz pani robić? – spytała szczebiotliwym głosem, odktórego odrazu robiło się lżej naduszy.

–Potrafisz być dyskretna? – rzuciła starsza pani zagadkowo.

–Acotoznaczy? – zainteresowała się dziewczynka.

–To, żenie chcę, aby wszyscy nanaszej ulicy dowiedzieli się, czym się zajmuję. Tonic złego – zastrzegła się, widząc niespokojne spojrzenie swego gościa. – Poprostu staram się, żeby mieli miłą niespodziankę. Moim zdaniem, najprzyjemniejsze sąwłaśnie nieoczekiwane upominki.

–O, dlatego nie wolno oniczym mówić? Bochodzi oprezent? – upewniła się mała.

Flora skinęła głową, adziecko odetchnęło.

–Todobrze. Mama mizawsze powtarza, żelepiej niczego nie ukrywać. Botajemnice mogą być złe.

Starsza kobieta przytaknęła.

–Twoja mamusia marację. Sąróżne sekrety, dobre izłe. Ale ten jest jak najlepszy. Nie chcę poprostu nikomu popsuć radości.

–Lubię niespodzianki. Tocobędziemy robić? – Nela zadeklarowała gotowość donatychmiastowego działania.

Natak postawione pytanie kobieta zadumała się. Właściwie czemu nie? Dziewczynka mogłaby jej pomóc, byłoby tozapewne zpożytkiem dla nich obu. Tyle listów doprzygotowania, aona nie czuła się nasiłach robić wszystkiego sama.

–Dobrze. Tylko przejdziemy nawerandę, bobędziemy przygotowywać farby. Twój piesek może zostać wogrodzie? Nie ucieknie?

Dziewczynka klasnęła wdłonie.

–Askądże! Figa jest bardzo grzeczna, zawsze trzyma się blisko mnie ilubi ogrody. Czy tobędą prawdziwe farby? Takie jak wpudełku wprzedszkolu?

Flora zadumała się poraz kolejny.

–Wprzedszkolu macie pewnie farby wsłoiczkach albo wtubkach, prawda?

Mała skinęła głową zzaangażowaniem.

–Moje będą inne. Tofarby wodne, czyli akwarelowe.

–Ojej, będzie pani malowała wodą? Chciałabym tozobaczyć. Czy jateż mogę tak malować? Tomoje ulubione zajęcie.

–Oczywiście, tylko najpierw zmieszamy farby. – Przypomniała starsza pani zuśmiechem.

–Pomogę pani. Uwielbiam pomagać.

Flora nie miała codotego żadnych wątpliwości. Nabrała wręcz przekonania, żeNela lubi robić absolutnie wszystko, byle było wystarczająco twórcze. Oczywiście, dziewczynka nie miała najmniejszego pojęcia, żetaka właśnie jest, itobyło wniej najwspanialsze.

Weszły zogrodu podwóch kamiennych schodkach naocienioną winobluszczem werandę. Wieki temu ten taras, naktóry wychodziło się wprost zjadalni, stanowił dumę Flory. Jak przystało nastarą drewnianą willę wuzdrowiskowym stylu dom miał okazałe okna ipodwójne werandy ciągnące się przez oba piętra ztyłu izprzodu domu.

Dolna weranda, czyli właśnie ta, doktórej weszły wprost ztrawnika odfrontu, pełniła funkcję letniego salonu. Okna otaczały jąztrzech stron, podobnie jak drugą, usytuowaną napiętrze bezpośrednio nad nią werandę-pracownię, ale tutaj popodpierających ganek belkach, stanowiących wsparcie daszku nad wejściem iosłaniających schody, pięły się pnącza. Otej porze roku winobluszcz ujawniał pełnię swoich możliwości. Liście były czerwone jak wino, amarantowe, purpurowe, bordowe... Wybuchały wszystkimi odcieniami szlachetnej barwy, zapierając dech wpiersiach. Flora lubiła ten efekt. Domek skromnie pomalowany nazielono imocno już wypłowiały wciągu lat odżywał nanowo, gdy liście pnączy przebarwiały się tak efektownie. Wnętrze werandy pozostawiono białe iwłaścicielka bardzo dbała oto, aby tębiel regularnie odświeżać. Mało robiła wswoim domku – zracji swego wieku, ale też ograniczonego budżetu. Namalowanie wnętrza zawsze musiały się jednak znaleźć środki. Flora lubiła biel iczystość. Kolor ten znakomicie odbijał światło, ona zaś wierzyła głęboko, żedzięki takiej barwie mniej męczą się jej oczy. No inie rozpraszały jąkolory. Tych miała wystarczająco wiele wogrodzie. Tutaj, wdomu, pragnęła wyłącznie spokojnych odcieni.

–Pięknie tu – zachwyciła się Nela, gdy weszły nadolną werandę. Spojrzała namalowany nabiało drewniany sufit, apotem pod nogi, nawysłużoną, ale wciąż dobrze utrzymaną deskowaną podłogę. Odrazu wypatrzyła spory słoik, wktórym zazwyczaj Flora trzymała pędzle, iwstawiła doniego swoje liście. Nadużym sfatygowanym sosnowym stole prezentowały się okazale.

–Zrobimy kilka kolorów – wyjaśniła właścicielka domu. – Przyniosę porcelanowe naczynia. Przydadzą się nam domieszania.

–Dobrze – zgodziła się dziewczynka iodtego momentu nie przestawała śledzić przygotowań.

Flora sprzątnęła stół, który zajmował tusporo miejsca, poczym ustawiła nanim szklane słoiki ibutelki zeswymi barwnikami oraz innymi akcesoriami, takimi jak gliceryna czy guma arabska.

–Spójrz. – Pokazała dziewczynce surowce. – Tosproszkowane minerały irośliny. Znich właśnie powstają kolory. Zaraz jerozetrzemy idodamy substancji łączącej, żeby można było nimi malować.

–Ajak będziemy malować? Naczym? – Mała była urzeczona pomysłem.

–Mam specjalny papier doakwareli, zaraz ci przyniosę. – Starsza pani pogrzebała chwilę wszafce znajdującej się wrogu werandy iwydobyła zeń kilka kartek.

–Atutaj masz trochę gotowych farb zsoków owocowych iwarzywnych. – Postawiła przed dziewczynką kilka słoiczków. – Spróbuj namalować nimi coś napapierze, apotem posyp tym proszkiem. – Podała jej torebeczki zsodą oczyszczoną ikwaskiem cytrynowym.

Dziewczynka zzapałem zabrała się dopracy. Rozmazywała nakartce sok zburaka, wywar zhibiskusa iczarnego bzu. Potem posypywała jeproszkiem ztorebek. Pod wpływem sody barwnik pienił się izmieniał kolor, aNela aż piszczała zeszczęścia. Flora nigdy nie widziała dziewczynki tak ożywionej.

–Czy toczary? – spytała mała.

Starsza kobieta pokręciła głową.

–Poprostu nauka.

Nela zmartwiła się.

–Szkoda, tak bym chciała, żeby tobyły czary.

–Wtakim razie nazwijmy tomagią kolorów, dobrze?

Dziewczynka odrazu się rozpromieniła.

–Dobrze. Awidziała pani, comiwyszło? – Podsunęła kartkę, naktórej stworzyła istną feerię barw.

Flora kiwnęła głową.

–Bardzo udana praca.

–Apani cobędzie robić? – Nela, nadal wpełnej gotowości dopomocy, naprawdę chciała dowiedzieć się, codalej.

Flora wyciągnęła papier, apotem wskupieniu zaczęła malować różowy kwiat farbą zaczerpniętą znaczynia. Wkrótce urocza peonia ozdobiła kartkę.

–Cudne. Coztego będzie? Te niespodzianki?

–Tak. Kiedy już wszystko przygotuję. Farby, papier, atramenty… – Gospodyni zamyśliła się, patrząc wdal zaokno. Czekał jąjeszcze ogrom pracy. Miała nadzieję, żewszystkiemu podoła, boczasu nie pozostało zbyt dużo.

–Mogę przychodzić pomagać pani? – spytała drżącym głosem dziewczynka. – Obiecuję, żeniczego nie zniszczę. Figa też nie!

–Wiem otym. Przychodź, kiedy chcesz – uśmiechnęła się staruszka. – Razem zFigą. – Wyjrzała przez okno doogrodu, gdzie biały piesek uganiał się zaspadającymi liśćmi.

3.

Pani Ewa Zięba spojrzała przez okno. Wzmierzchającym popołudniu zobaczyła swoją sąsiadkę, Florę Majewską, drepczącą jak zwykle wprzydeptanych butach, znarzuconym napłaszcz niedorzecznym kolorowym szalem, ani chybi dziełem rąk tej zwariowanej Joli. Ewa wydęła wargi. Te dwie sąsiadki działały jej nanerwy jak mało kto. Sprawiały, żecała ulica, ba – nawet cały kwartał schodził napsy. Atoszczególnie spędzało Ewie sen zpowiek.

Odlat Ziębowa dbała oswój piękny domek inieustannie go ulepszała. Gdy Bekierscy położyli sobie kostkę, ona czym prędzej unowocześniła swój podjazd. Kiedy pan Zygmunt mieszkający tuż koło Joli odmalował elewację, ona także zajęła się swoim tynkiem. Jako jedyna szczyciła się niewielkim basenem wogródku – nawet Jawińscy, ci zmodnym domem wyglądającym jak bryła zeszkła istali idwójką dzieci, nie mogli się pochwalić basenem, ot co. Pani Ewa nie umiała pływać, podobnie jak jej małżonek Seweryn, ale przecież tonie dla nich powstało toudogodnienie. Zbudowano jeprzede wszystkim dla syna, nadziei ipociechy Ewy. Borys, gdy tylko przyjeżdżał zuczelni dodomu, abyło wystarczająco ciepło, odrazu wskakiwał dowody. Dlatego też pani Ziębowa dbała obasen przez cały rok – pilnowała przeglądów iczyszczenia, wymieniała ispuszczała nazimę wodę, nadzorowała konserwację. Basen był bowiem jej dumą iwizytówką. Poprostu pęczniała zzadowolenia, gdy kiedyś, zupełnie przypadkiem, usłyszała wsklepie, jak jedna klientka opisuje drugiej, jak trafić naWierzbową, apotem dalej, doniewielkiego parku przy Topolowej, dokąd trzeba przejść „koło tego domu zbasenem”. Dom zbasenem. Jej dom. Najwspanialszy odzewnątrz ipiękny wśrodku. Nieskazitelny iwymuskany. Prawdziwe gniazdko rodzinne, pełne stylowych mebli ibibelotów. Idealne połączenie harmonii ismaku. Otoczone równym rządkiem wypielęgnowanych tui isymetrycznymi alejkami wysypanymi białym żwirkiem. Nic zbędnego ikrzykliwego, praktycznie, lecz elegancko.

Ewa zmarszczyła brwi. Niby wszystko układało się cudownie, ajednak odparu dni nie dawał jej spokoju dziwny zapach unoszący się wewnętrzach iniedający się zwalczyć ani wietrzeniem, ani odkurzaniem. Skąd dobiegał iczym był? Przykrym aromatem gnijących liści lub próchniejącego drewna? Gryzącym swądem palonych gałązek bądź natarczywą wonią łatanych wpośpiechu dziur wulicznym asfalcie? Trudno dociec, ale zpewnością był nieprzyjemny inatrętny. No inie sposób było go zniwelować. Musiała się wkońcu odwołać dodomowych naturalnych metod. Nalała nieco olejku dokominka zapachowego ipodpaliła świeczkę. Ożywczy aromat cytrusów wypełnił jej dom iwreszcie przywrócił spokojny sen.

Tonapewno przez którąś znich. Te ich butwiejące zielska, patyki albo inne śmieci – stwierdziła wmyślach zurazą Ewa. Jola nie dbała oswój dom zupełnie. Brzydki prostopadłościan zpoprzedniej epoki, nieforemny iotynkowany przed wielu laty, miał okropne metalowe balustrady iohydny płaski daszek, zpewnością pokryty papą lub jakimś lepikiem. Pani Zięba nigdy nie była wśrodku, bochyba bałaby się przekroczyć próg tego budynku, ale założyłaby się, żewewnątrz ciągnie wilgocią istęchlizną. Musi tak być. Jola nie utrzymywała jak inni ogrodu, bouważała, żeszkoda natoczasu, miała tylko rozległy trawnik, naktóry wsłoneczne dni wyciągała fotel ibez końca dziergała te swoje dziwne dzianiny. Ostatnio odkryła nowe hobby, które wybitnie nie przypadło dogustu sąsiadce: zbierała jakieś śmieci. Nasamo wspomnienie przechodził dreszcz.

Flora była jeszcze gorsza. Jej zabytkowa willa systematycznie popadała wruinę. Ewa uważała, żetowoła opomstę donieba. Niejeden zamożny człowiek odkupiłby posesję zpocałowaniem ręki izrobił zniej perełeczkę. Ale nie, musiała wniej mieszkać stara zdziwaczała bibliotekarka, zajęta całe dnie swoimi osobliwymi kolekcjami iniesprzątająca wogrodzie. Tak, tak, oczywiście powtarzała, żesterty liści sąpotrzebne jeżom, ale czemu służyły chwasty? Tylko rozpleniały się pookolicy. Zza brzydkiej zardzewiałej siatki prawie wcale nie było widać budynku, stanowił wyblakłą plamę wdzikiej gęstwinie drzew ikrzewów. Ogólne zaniedbanie. Plama nahonorze tej ulicy.

Gdybym jastanowiła przepisy, kazałabym takim płacić podwójne podatki – mruczała Ewa, nie przestając wyglądać przez okno. Seweryn miał wrócić prawie kwadrans temu, awciąż nie było go widać. Cotam podwójne! Potrójne! Może tobyich czegoś nauczyło. Oczyma wyobraźni widziała już ten moment, gdy uprzykrzone sąsiadki opuszczają ulicę, nie mogąc utrzymać swoich nieruchomości, anaich miejsce wprowadza się ktoś wytworny igodny zaufania. Awkażdym razie ktoś, kto doceniłby jej zaangażowanie dla całej okolicy.

Tymczasem Flora Majewska przedreptała już wtych swoich zniszczonych mokasynach nadrugą stronę izniknęła jej zoczu. Pani Ewa westchnęła głęboko ipostanowiła zajrzeć dokuchni.

–Dzień dobry, moja droga. – Seweryn powitał jądziwnie zmęczonym głosem. Brakowało mu zaledwie kilku miesięcy doemerytury iEwa nie mogła się już doczekać, kiedy będą mogli spędzać czas razem. Wprowadzi go wówczas wswój mały, intymny, przedpołudniowy świat. Regulowany wizytą listonosza iróżnych kurierów, bozamawiała mnóstwo rzeczy dodomu iogrodu, atakże kontaktami towarzyskimi. Choć były one troszkę zbyt skromne. NaWierzbowej poprostu nie miała się zkim zaprzyjaźnić.

Ewa wierzyła, żegdy mąż zrezygnuje już zpracy, wszystko zacznie wyglądać inaczej. Będą urządzać kilkudniowe wycieczki, poznają interesujące osoby. Dotej pory zbyt mało się udzielali. Przede wszystkim Ewa marzyła otym, byprzejąć stery wKlubie Kobiet zWyobraźnią, który – jej zdaniem – zamienił się wnudne kółko gospodyń. Zamiast organizować ciekawe spotkania idyskusje, które podnosiłyby ogólny poziom intelektualny inadawały ton, nieustannie tylko szydełkowano, wymieniano się plotkami ibezużytecznymi poradami. AEwie snuło się pogłowie coś więcej – imprezy nadużą skalę, kiermasze ikonkursy, wpływanie naopinię społeczną, decydowanie olosach miasteczka. Tak, dotego należało dążyć. Postanowiła wkroczyć energicznie doakcji. Poprostu Klubowi brakuje kogoś takiego jak ona izdecydowanie należy tozmienić. Jeszcze będą jej zatowdzięczne. Wszyscy będą wdzięczni – poprawiła się, stawiając przed mężem talerz zzupą.

–Ewuniu… – odezwał się tymczasem on. – Czy moglibyśmy nieco zmienić nasze menu?

–Comasz namyśli? – zachmurzyła się małżonka.

–Jemy dosyć… ciężko. Wiesz, esencjonalne zupy, zasmażki, sosy…

–Acóż tymasz dososów? Całe życie przyrządzałam mięso zsosem itak zostanie – rozzłościła się Ewa.

–Ale jamam wyniki niedobre. Wiesz, cholesterol. No iżołądek już nie taki jak kiedyś. Doktor radził…

–Jaki doktor? – przerwała czujnie żona.

Seweryn trochę się stropił.

–No… ten nowy lekarz, wiesz, kochanie…

–Ach tak – westchnęła Ewa triumfalnie. – Odrazu toprzeczuwałam. Nie mam zaufania dotego lekarza. Doktor Ostróżny tobył ktoś, ale ten… – Wydęła wargi wlekceważący sposób.

Paweł Zaruski, nowy lekarz, który zastąpił odchodzącego właśnie naemeryturę doktora Ostróżnego, sprowadził się tutaj parę tygodni temu, ale nie wzbudził sympatii Ziębowej. Przede wszystkim dlatego, żewynajął dawny dom Dońców. Była tochyba jedyna rodzina, którą Ewa naprawdę lubiła. Podobnie jak ona mieli upodobanie dotui izadbanych trawniczków. No ale przeprowadzili się dosyć nagle doinnego miasta, adom został wynajęty. Nowy lekarz początkowo budził nadzieję nazachowanie pewnego poziomu, jednak pani Ziębowa szybko straciła złudzenia.

Zaruski nie dbał nie tylko ootoczenie, ale nawet niespecjalnie osiebie, cowoczach Ewy stanowiło bodaj największy grzech zaniechania. Nacodzień ubierał się wnieporządne bawełniane bluzy, często zkapturem ikrzykliwymi napisami, zaś wświęta zakładał conajwyżej koszulę zwysoko podwiniętymi rękawami. Można było wjego przypadku zapomnieć ostateczności ielegancji, którą Ewa kojarzyła zprzedstawicielami tego inteligenckiego zawodu. Cowięcej, doktor jeździł wszędzie narowerze, nie korzystał prawie wogóle zsamochodu, awdodatku nie przejął się zupełnie faktem, żepiękne tuje zaczęły brązowieć, aż całkiem uschły.

Pani Ziębowa zatrzymała lekarza, gdy wybierał się dopracy imajstrował coś zrozanieloną miną przy swoim jednośladzie. Tuż potym, jak się przedstawiła, udzieliła mu kilku rad wsprawie żywotników. Sądziła, żeuwagi powinny zostać przyjęte zwdzięcznością, awkażdym razie – zszacunkiem należnym oddawna zasiedziałej mieszkance, która chce wesprzeć nowego sąsiada dobrym słowem.

–Cozażywotniki? – zainteresował się przelotnie, nachwilę odrywając wzrok odrowerowego hamulca. – Ach, chodzi ote tuje! – dodał domyślnie.

–Trzeba bardziej onie dbać – powtórzyła. – Zasilać, sypać korę… Pan zrobił znich straszydła, abyły takie piękne.

–Mnie się wogóle nie podobają. Przez nie wszystkie ogrody wyglądają jednakowo. No imoim zdaniem odbiegają odtradycyjnych założeń ogrodowych, otwartych nasąsiednie tereny ibardziej przyjaznych zwierzętom.

–No, ale żywopłoty były zawsze. Uważa pan, żenie sąpotrzebne? – Ewa wyglądała nawyraźnie wstrząśniętą niefrasobliwością sąsiada. Czy on naprawdę chciał, żeby wszyscy zaglądali mu doogródka? Napodwórko? Dookien? Toprzecież niepoważne.

Doktor machnął ręką.

–Sąlepsze rośliny nażywopłoty. Ja, szanowna pani, jestem zabioróżnorodnością, zarodzimymi gatunkami. Nie lepiej posadzić graby, derenie albo poprostu róże?

Pani Ziębowa aż zaniemówiła natęjawną obrazę. Jak to? Jej wypielęgnowane tuje mają być gorsze niż jakiś okropny zrzucający liście grab? Przecież totylko bałagan wogrodzie.

–Liście też sąpożyteczne. Mieszkają wnich naprzykład jeże – odciął się lekarz iEwa wjednej chwili zrozumiała wszystko.

Kolejny taki. Jak Jola czy Flora. Wszystko mabyć rodzime inaturalne, aprawda jest taka, żepoprostu nie chce im się zajmować uprawą. Niech sobie rośnie jak umie inie zawraca głowy. Ot, też mifilozofia. Myślenie krótkowzroczne ibłędne.

Jak zatem ktoś taki – kto nie dbał ani oswój wygląd, ani oogród, mógł być dobrym lekarzem? Oczywiście, żenie mógł, zatem Ewa zlekceważeniem podeszła dodiagnozy doktora Zaruskiego dotyczącej męża.

–Brednie. Moje sosy nie mogą ci szkodzić. Może szkodzi ci stres wpracy? – spytała teraz, wprawiając męża wzakłopotanie.

–Stres? Raczej nie – oznajmił półgębkiem.

Seweryn pracował wmałej firmie zajmującej się produkcją obuwia, adojego głównych obowiązków należało zamawianie surowców. Ponieważ dostawców mieli sprawdzonych odlat izaufanych, współpracy właściwie nic nie zakłócało. Seweryn obliczał zapotrzebowanie, wysyłał zamówienie, apotem odbierał towar irozdzielał wedle potrzeb. Tak się składało, żewfirmie nie zdarzały się przestoje. Jedynym bardziej emocjonującym przeżyciem oddawien dawna był zapłon kleju dopodeszw, doktórego doszło chyba zpięć lat wstecz. Stanowczo praca, którą wykonywał, była najmniej stresującym zajęciem natym łez padole. Zamartwiał się natomiast tym, cobędzie, gdy jąstraci. Wizja emerytury raczej go zatrważała niż cieszyła. Wypytywał nawet właściciela, czy nie mógłby zostać jeszcze rok lub dwa, ale ten ujął go poprzyjacielsku pod ramię izaczął perswadować, żewszak napracował się już tyle wżyciu, iżczas odpocząć.

–Zająć się domem, ogrodem, żoną… – Prezes popatrywał naSeweryna ciepło.

–Właśnie – zrozpaczą odparł zagadnięty. Pomysł zajmowania się żoną, zapewne wznacznie szerszym zakresie niż dotej pory, wydawał mu się dosyć upiorny.

Prezes uśmiechnął się domyślnie.

–No toswoim zdrowiem. Nigdy nie manatoczasu, warto zabrać się zasiebie. Będzie pan jeszcze żył wiele lat, panie Sewerynie, trzeba zainwestować wswoje samopoczucie.

–Ale jajestem zdrowy! Nic minie dolega – zapewnił go pracownik.

–Tego przecież nie można być pewnym. Kiedy ostatnio się pan badał? Tak kompleksowo, nie mówię tuobadaniach okresowych dopracy. Nigdy nie wiadomo, cosię czai worganizmie, sam coś otym wiem…

Jedyną przypadłością, naktórą cierpiał przełożony, była bez wątpienia hipochondria. Lubował się wopisach chorób iwynajdywaniu niepokojących symptomów. Nacodzień żwawy, radosny ipełen wigoru, okresowo popadał wzwątpienie wywołane podejrzeniami okolejną dolegliwość. Ponieważ Seweryn nigdy nanic się nie uskarżał, doszedł downiosku, żemoże prezes chce go zwolnić, bolekceważy swe zdrowie – nie skupia się nanim tak, jak powinien. Właśnie dlatego poszedł dodoktora Zaruskiego. Chciał otrzymać zaświadczenie, coś wrodzaju glejtu, jaki wystawiano wdawnych epokach, żejest zdolny dodalszej pracy. Może opinia specjalisty przekona zarząd firmy, aby nie odsyłali go naławkę rezerwowych? Awłaściwie wręcz – boczny tor, itotaki, zktórego nie mapowrotu.

Dopoprzedniego lekarza Seweryn bynie poszedł. Nie dlatego, żenie ufał jego kompetencjom, wręcz przeciwnie. Odnosił jednak wrażenie, żestary doktor owszystkim powiedziałby Ewie. Oczywiście, obowiązuje tajemnica lekarska iróżne przysięgi, ale wobec jego żony mało kto umiał być stanowczy. Bez wątpienia, gdyby tylko spojrzała nastarego doktora tym swoim wzrokiem, wyznałby jej wszystko – pocowłaściwie mąż przyszedł ijaką otrzymał opinię. Ten młody lekarz budził jednak pewną nadzieję. Poaferze ztujami (ażona zrelacjonowała mu wszystko bardzo dokładnie) Seweryn uznał, żewydaje się być bardziej odporny nawpływy.

Doktor zbadał pacjenta, apotem zaczął wypytywać opowody wizyty.

–Moim zdaniem jest pan wpełni zdrowy, panie Zięba. Czy coś pana niepokoi?

–Chodzi opracę – mruknął zzażenowaniem Seweryn.

Lekarz zerknął wkartę.

–Jakieś problemy? Chyba wtym roku przechodzi pan naemeryturę? Rozumiem, żeczuje się pan pewnie już mocno zmęczony, może wypalony?

–Nie, nic ztych rzeczy – zaprzeczył gorąco pacjent wobawie, żedoktor nie wyda mu potrzebnego kwitka.

–Widzę, żemiewał pan problemy zcholesterolem. Można tozniwelować dietą… – Irozgadał się oracjonalnym żywieniu, spożywaniu warzyw, dobrych kwasach.

Seweryn słuchał go zponurą miną. Wreszcie, gdy doktor zawiesił głos, odważył się wtrącić:

–Jawłaśnie chciałbym dalej pracować. Lubię to. No apoza tym moja żona…

–Nie chce mieć pana wdomu przez cały dzień – roześmiał się Zaruski, patrząc napacjenta zsympatią.

Jak mu towyjaśnić? – głowił się Seweryn iaż się spocił zwysiłku. Wkońcu wydusił kilka słów ozaświadczeniu.

Doktor patrzył zniedowierzaniem.

–Przecież wyniki badań okresowych miał pan dobre? No topocopanu dodatkowe zaświadczenie ode mnie? Został pan dopuszczony dopracy, prawda?

–No tak, ale mój szef bardzo się przejmuje zdrowiem pracowników, martwi się omnie, żemoże coś midolega. Chciałbym go jakoś uspokoić. – Wreszcie znalazł odpowiednie argumenty.

Lekarz pokiwał głową.

–Zasadniczo się tego nie praktykuje, ale mogę wystawić panu coś wrodzaju potwierdzenia pańskiej gotowości dopracy. Żenie widzę przeciwskazań zdrowotnych, dobrze?

–Znakomicie! – ożywił się Zięba.

–Tylko proszę uważać naten cholesterol. Tumapan zalecenia. Ponowimy badania przy następnej wizycie isprawdzimy, coijak.

Mówił toserdecznie, ale pacjenta naszły wątpliwości. Ajeśli poziom cholesterolu się podniesie idoktor cofnie mu zaświadczenie? Lepiej nazimne dmuchać. Stąd właśnie prośba doEwy, aby ograniczyła ilość tłuszczów isosów. Tylko żeona nawet nie chciała otym słyszeć. Podobnie jak nie wierzyła wumiejętności doktora Zaruskiego.

–Obwinia moje sosy! Też mipomysł. Cotozalekarz, który jeździ narowerze inie szanuje porządnego żywopłotu? – rzekła sarkastycznie i z rozmachem postawiła przed mężem talerz zokazałym plastrem domowej pieczeni pokrytej gęstym sosem.

Nie dało się ukryć, żeznakomicie gotowała itrudno się było oprzeć jej potrawom. Seweryn westchnął więc tylko pod nosem, rozgrzeszył się wmyślach, żeulega tylko chwilowo ijuż wkrótce się postawi małżonce, apotem chwycił zawidelec. Ewa przyglądała mu się chwilę, jakby naprawdę oczekiwała najakąś odpowiedź, apotem podjęła wątek:

–Widzisz, odrazu lepiej wyglądasz, jak sobie podjesz. Moje obiady tonie problem. Myślę, żetypoprostu więdniesz wtej pracy. Zamało wyzwań, towarzyskiego ożywienia. Towszystko jednak się zmieni, gdy wreszcie przejdziesz natęemeryturę. Zobaczysz, jak wspaniale obmyśliłam nam każdy kolejny dzień.

Tym razem Seweryn nie mógł już powstrzymać głośnego westchnienia.

Tego właśnie obawiał się najbardziej, ale podejrzewał, żeprzed tym, conieuchronne, nie obroni go nawet zaświadczenie oddoktora Zaruskiego.

4.

Jolanta Cieplik wytarła dłonie wściereczkę, którą starannie rozwiesiła przy kuchennym oknie, apotem wyjrzała nazewnątrz ipokręciła zniesmakiem głową.

Ten biedny Seweryn Zięba wracał właśnie dodomu. Jak zwykle przejechał dokońca ulicy samochodem izawrócił pod bramą Flory, jakby starając się odwlec moment, zanim przestąpi własny próg. Pochwili światła jego auta omiotły okna Jolanty, żeby ostatecznie przygasnąć dwa domy dalej, już naswoim podjeździe.

–Nie zazdroszczę – rzuciła wkierunku salonu, awłaściwie pokoju, który pełnił rolę jadalni iczegoś wrodzaju warsztatu robótek artystycznych, gdzie siedziała nad książką Weronika.

–Ocochodzi, ciociu? – odkrzyknęła posłusznie siostrzenica, bowiedziała, żeciotka chce wten sposób nawiązać rozmowę ioczekuje reakcji.

–Otego nieszczęsnego Seweryna, wiesz, zsąsiedztwa.

Nika skinęła głową, ale zorientowała się, żeciotka nie mogła tego widzieć, więc natychmiast się odezwała:

–Ach, tego, comatędziwną żonę.

–Otóż to, moja droga.

Jola jeszcze raz obrzuciła taksującym wzrokiem kuchnię, uznała, żejest posprzątana jak należy, apotem zajrzała dopieca, wktórym dochodziło ciasto. Istniała szansa, żeFlora wpadnie dzisiaj napodwieczorek ipani Jolanta uważała zapunkt honoru poczęstować jączymś pysznym.

Biedna Flora, tak się tym wszystkim przejmuje – przemknęło jej jeszcze przez myśl, zanim usłyszała głos siostrzenicy:

–Przyznam, żetrochę się jej boję.

–Kogo, kochanie? – zdumiała się ciotka.

–No, tej jego żony, Ewy. Kiedyś mnie zaczepiła itak natarczywie wypytywała owszystko, żeaż się przestraszyłam.

–Zabardzo się martwisz takimi ludźmi. Ewa Zięba jest poprostu wścibska, tyle ci powiem. Naosoby jej pokroju skutkuje tylko jedno – ignorowanie ich – oświadczyła ciotka zcałą mocą, wchodząc zrozmachem dopokoju. Rozejrzała się wokół siebie, sprawdziła, czy wszystko jest naswoim miejscu, apotem zasiadła wfotelu iwzięła nakolana swoją robótkę. Dziergała naszydełku ozdobną poduszkę dla Flory, która tak bardzo ceniła jej prace.

Ninka spoglądała naciotkę spod oka. Nie znały się zbyt dobrze. Może tozabrzmi dziwnie, bołączyły jeprzecież więzy krwi, ale dotej pory miały słaby kontakt. Zmieniło się tostosunkowo niedawno, gdy matka Weroniki, jednocześnie siostra cioteczna Jolanty, uznała, żeciotce przydałaby się pomoc.

–Jola dziwaczeje – orzekła pojednej zrozmów telefonicznych zkrewną. Choć sama była już starszą osobą, oddawna naemeryturze, wciąż starała się zarządzać życiem bliskich. Nika nie mogła się oprzeć wrażeniu, żeniewiele się różni odswojej kuzynki, osoby także apodyktycznej, wdodatku obdarzonej ciętym językiem.

Matka zwołała rodzinną naradę iwszystkie ciotki, siostry oraz powinowate (tak się złożyło, żewtej familii przeważały kobiety) doszły downiosku, żejetakże ostatnio coś zaniepokoiło wzachowaniu Joli.

–Bez przerwy sprząta. Kiedyś nie była taka pedantyczna – rzuciła ciocia Ala, która sama zbytnio nie przykładała się doobowiązków domowych.

–Toprawda. Ajednocześnie znosi dodomu jakieś podejrzane graty. – Zmarszczyła nos matka Niki.

Cioci Jolanty nie można oczywiście było nazwać zbieraczką, ale faktycznie coraz toprzynosiła jakiś dziwny przedmiot. Wwiększości były toróżne sprzęty domowe, które starała się naprawiać. Być może wydawało się todziwne, ale przeważającą część urządzeń dawało się zreperować, zatem ciotka uzyskiwała tanim kosztem pożyteczny gadżet lub odstępowała go innym poumiarkowanej cenie, corównież ratowało jej emerycki budżet, nadwątlony koniecznością utrzymywania sporego domu. Niestety, pewna część sprzętów – itowcale nie znikoma – była tak mocno uszkodzona, żeciotka nie potrafiła znaleźć nanie sposobu. Nie poddawała się jednak, nie wyrzucała ich, tylko trzymała wnadziei, żecoś jednak da się zrobić. W ten sposób w jej garażu rosła kolekcja znalezisk.

–Słyszałaś oWalcie Disneyu? – zagadnęła kiedyś siostrzenicę, która, wyedukowana przez matkę, zapytała nieśmiało, czy nie lepiej tych kalekich rzeczy się pozbyć.

–Nie… – zwahaniem odrzekła Nika, bonie wiedziała, doczego tak naprawdę ciotka zmierza.

–Dał się zamrozić. Wlatach sześćdziesiątych ubiegłego wieku nie znano leku najego chorobę, aliczył nato, żekiedyś, wprzyszłości, go uzdrowią. Zamroził się wciekłym azocie. Tak samo zrobię zmoimi urządzeniami – poczekają nalepsze czasy, gdy będę umiała im pomóc.

Nice towarzyszyło niejasne wrażenie, żeztym Disneyem tonie dokońca tak jest, jak twierdziła ciotka, ihistoria ozamrożeniu jego ciała totylko medialna plotka, ale nie chciała oponować. Fakt pozostawał bezsporny: ilość sprzętów donaprawy rosła, cowłaśnie wywoływało niepokój rodziny, żeJola dziwaczeje. Nadomiar złego zlikwidowała warzywniak iwszędzie wokół domu posiała trawę, awłaściwie kwietną łąkę.

–Tak jest praktyczniej – oświadczyła kuzynce, którą te wszystkie zmiany bardzo martwiły. Nakoniec, coostatecznie przeważyło szalę cierpliwości rodziny, odmówiła odświeżenia elewacji iremontu dachu.

–Nie mam natopieniędzy inie będę sobie zawracać tym głowy – stwierdziła stanowczo, gdy bliscy zaoferowali wsparcie.

Pani Ewa Zięba myliła się jednak codostanu domku Jolanty. Nie było wnim ani brudno, ani wilgotno. Wręcz przeciwnie, pozrobieniu porządków zogródkiem Jola wzięła się zawnętrze. Uruchomiła stary kominek, conadało domowi przytulności, inieustannie odkurzała oraz przestawiała wszystkie przedmioty. Było ich dużo, tofakt, ale rozmieszczała jezogromną dbałością oharmonię – małe zmałymi, aduże zpodobnymi sobie.

Mimo wszystko zmiany wzachowaniu Joli przestraszyły krewniaczki natyle, żezdecydowały się wydelegować dopomocy starszej pani Weronikę.

–Pracy itak nie dostałaś, ciągle wdomu siedzisz, dziczejesz, tośrodowisko zmienisz, ciotce przynajmniej pomożesz – orzekła matka.

Nika aż skurczyła się pod ciężarem tej krytyki. Bomatka wjednym zdaniu obnażyła całą jej opłakaną sytuację życiową. Weronika nie miała szczęścia. Kiedy już udało się jej znaleźć zajęcie, straciła jenagle ibez wyraźnego powodu. Może przez to, iż nie umiała się przebijać łokciami, żebyła cicha ispokojna? Chciała poprostu wykonywać swoje obowiązki inie rzucać się woczy? Zamało reprezentacyjna iżywiołowa? Przecież wcale nie uważała się zajakieś tam cielę, nierozgarnięte iwstydliwe, miała swoje lata iconieco ożyciu wiedziała. Ajednak pozbyto się jej bez żalu, wefekcie czego ona zamknęła się wsobie jak ślimak wskorupie. Zobawy przed kolejną porażką coraz trudniej jej było szukać pracy, przestała wychodzić zdomu, gdyż irytowały jąspojrzenia ipytania sąsiadów. Couniej? Czemu nie mazajęcia? Cosię właściwie dzieje, może chora?

Popewnym czasie rzeczywiście zaczęło się jej wydawać, żejest chora. Poczuła wsobie dziwną niemoc, niechęć dożycia idawania zsiebie czegokolwiek. Poco? Skoro toitak nie masensu, adni płyną jednostajnie, szare ipozbawione uroku. No ikryło się wtym wszystkim jeszcze coś, oczym nawet bała się wspominać. Jej osobista tajemnica, sekret, który, ujawniony, załamałby jązupełnie.

Propozycja matki tylko początkowo wydała się jej idiotyczna. Później Weronika doszła downiosku, żewłaściwie chce zmienić otoczenie, uwolnić się odludzi, którzy wiecznie jąoceniali iuważali zaniewystarczająco dobrą. Bozawiodła inie potrafi wziąć się wgarść. Otak, Nika bardzo chciałaby tozrobić, lecz nie czuła istotnej motywacji. Nie sądziła też, żepobyt uciotki tozmieni, ale przynajmniej mogłaby się poczuć użyteczna, bowdomu matki była wyłącznie pasożytem. Okazało się jednak, żeciotce także nie nawiele się przydała. Jolanta wcale nie dziwaczała, miała swoje oryginalne zainteresowania, ale towszystko. Doskonale sobie radziła. Dom był posprzątany ichoć wistocie dosyć przeładowany, tobez wrażenia chaosu. Oczywiście nie przedstawiał tego rodzaju sterylnego porządku, który pochwaliłaby Ewa Zięba, ale daleko mu było dozaniedbania. Ciocia Jola gotowała, czasami nawet piekła wyborne ciasta, jednego tylko stanowczo odmawiała: zajmowania się ogrodem. Wujek, który zmarł dawno temu, pasjonował się roślinami użytkowymi. Uprawiał truskawki, porzeczki, agrest iróżne warzywa, aciocia musiała koło tego chodzić. Znienawidziła ogrodnictwo dotego stopnia, żelikwidację ogródka postrzegała jako prawdziwe wyzwolenie.

–Wykopałam wszystko, te krzaki, uprawy, izasiałam trawę zpolnymi kwiatkami. Wtedy właśnie poczułam, żejestem wolna – oświadczyła zdumionej siostrzenicy.

–Ależ, ciociu. Przecież można było posadzić choćby róże, one tak ładnie się prezentują – zaprotestowała Weronika.

–Można, tylko poco? Kolejna rzecz, którą trzeba się będzie zajmować. Jawolę to, cosamo sobie daje radę.

Takie właśnie było credo ciotki. Wogrodzie rosły wyłącznie te rośliny, które nie wymagały pielęgnacji.

–Inaczej stworzymy coś takiego, jak matanieszczęsna Ewa. Gazon zkamykami inędznymi iglakami – dodała, wzruszając ramionami.

–Czemu ciocia mówi, żekażdy jest „biedny” lub „nieszczęsny” – zaciekawiła się Nika.

–Anie są? Zwłaszcza oni, tapara sąsiadów zdomu obok doktora. Ona manie pokolei wgłowie icierpi namanię perfekcji, aon… boi się jej poprostu, zwykły pantoflarz.

–Ludzie różnych rzeczy się obawiają – bąknęła Nika.

Ciotka rzuciła jej przeszywające spojrzenie.

–Aty? Czego tysię tak ciągle lękasz, kochana? Ile tymasz właściwie lat, moje dziecko?

–Dwadzieścia siedem – wstydliwie odparła Weronika. Czuła się stara, niepotrzebna ipozbawiona perspektyw.

Ciotka prychnęła pod nosem.

–Bagatela! Chciałabym mieć dwadzieścia siedem lat, tyle ci powiem. Wszystko bym wswoim życiu zmieniła, mówię ci – dokładnie każdą rzecz.

–Naprzykład co? – zainteresowała się Nika.

–Posłuchaj mnie, moja droga. Trzydziestka stuknęła miwlatach osiemdziesiątych poprzedniego wieku. Wtedy nie było takich możliwości jak teraz. Ale gdyby były, tobym wszystko rzuciła izaczęła podróżować. Zwiedzać świat, poznawać ludzi, cywilizacje, chłonąć wrażenia.

–Dalej może tociocia robić – podsunęła Nika, której nagle dosyć kuszącym pomysłem wydało się podróżowanie zciotką. Naprawdę mogłyby razem zwiedzić kawał świata, aona pewnie bysię tak nie bała wtowarzystwie…

Jola zmierzyła jąponownie badawczym wzrokiem.

–Teraz? Teraz tojajuż jestem stare pudło. Nie mam takiej ciekawości świata, ludzi też zabardzo nie lubię. Ale ty… Nie powinnaś się zamykać wswoim małym światku, tyle ci powiem. Chcesz uprawiać ten ogród, więc poprostu torób.

–No, ale ciocia…

–Cociocia? – obruszyła się Jola. – Czy jaci wczymś przeszkadzam?

–Jazwyczajnie nie wiem, czy ciocia się zgadza. Nie chciałabym bez pozwolenia, bowydaje misię, żeciocia nie lubi ogrodnictwa.

–Lubię czy nie, tonie maznaczenia. Tybędziesz robić, nie ja, itwoja wtym głowa, żeby ci rosło. Jaogrodu palcem nie tknę, ale skoro tychcesz, torządź się poswojemu. Nie możesz być taką sierotą, dziewczyno.

–Ależ janie jestem… Toznaczy… Jeśli ciocia się zgadza, jabardzo chętnie…

Teraz właśnie Nika wspominała tęrozmowę, patrząc, jak ciotka zaczyna sprawnie dziergać poduszkę dla Flory. Jolanta naprawdę wiedziała, czego chce.

–Comisię tak przypatrujesz? – Jola czuła nasobie spojrzenie siostrzenicy, mimo iż nawet nie podniosła wzroku znad robótki. – Zasadziłaś już coś wtym swoim ogródku? Chyba żedalej się mnie boisz jak ten niedojda Seweryn swojej Ewy?

Nika poruszyła się.

–Jeszcze nie, ale zamierzam się wybrać nazakupy. Mam kilka pomysłów, akrzewy najlepiej sadzić jesienią, więc właśnie jest dobra pora.

–Pora albo nie pora – lekceważąco rzuciła ciotka. – Jak już mówiłam, nie przyłożę dotego ręki. Może Flora byci coś podpowiedziała, albo itaEwa?

–Onie, odpani Ziębowej wolę się trzymać zdaleka – wzdrygnęła się siostrzenica.

Ciotka uniosła wzrok. Wiedziała, żeWeronika miała różne powody, które skłoniły jądowyniesienia się zdomu matki. Inie była totylko depresja spowodowana utratą pracy, kryło się zatym jeszcze coś, ale nie chciała wtownikać. Jeśli krewna zechce, sama powie.

–Rób couważasz – oceniła teraz. – Jasię niczemu nie sprzeciwiam ani nie odradzam. Tobędzie twój ogródek.

–Bardzo dobrze. Chciałam cioci podziękować… – Nie zdążyła dokończyć, bododrzwi ktoś zapukał. Mogła tobyć wyłącznie Flora, boinni poprostu naciskali dzwonek. Ona jedna nie lubiła jego ostrego dźwięku.

–Otwarte, Florciu, wchodź śmiało – tubalnym głosem zakrzyknęła Jolanta. Drzwi się otwarły istanęła wnich sąsiadka.

–Brzydka dzisiaj pogoda – zagaiła pani Majewska iotrzepała parasolkę zaprogiem.

–Rozstaw parasol wkorytarzu, kochana. – Jola wstała izakrzątnęła się wokół gościa. – Izdejmij tomokre palto iszal. Rozwieszę przy kominku.

Nika uśmiechnęła się lekko. Ciotka każde wierzchnie okrycie – czy tobył płaszcz, czy zwykła kurtka – określała mianem „palta” lub nawet „paltotu”. Znała mnóstwo takich osobliwych, przestarzałych słów, których używała zprzyjemnością.

Flora także się rozpromieniła.

–Szkoda, żetak się nieciekawie zrobiło – kontynuowała. – Miałam nadzieję nazłotą polską jesień.

–Jeszcze się doczekamy. – Jolanta ruszyła dokuchni pociasto iherbatę. Uważała, żewbrzydką aurę nie manic lepszego niż filiżanka aromatycznej herbaty zsokiem malinowym oraz spory kawałek wypieku.

–Proszę siadać, pani Floro. – Nika podsunęła Majewskiej wygodne krzesło zporęczami, które sąsiadka tak lubiła.

–Dziękuję, zogromną chęcią. Miałam kilka spraw dozałatwienia inieco się zmęczyłam – westchnęła.