Wydawca: Studio Emka Kategoria: Nauka i nowe technologie Język: polski Rok wydania: 2014

Najlepszy Networker na świecie. Opowieść networkingowa dla chcących chcieć ebook

John Milton Fogg  

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 154 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najlepszy Networker na świecie. Opowieść networkingowa dla chcących chcieć - John Milton Fogg

Czy chciałbyś zostać „Najlepszym Networkerem na świecie”?

Większość ludzi poczuje się zbyt zakłopotana, aby przyznać się do takich pragnień. W tej książce dowiesz się jednak, że ci, którzy zaprzeczają, kłamią. Tak naprawdę każdy chciałby nim zostać.

Kiedy będziesz czytać tę książkę, zwróć uwagę na to, co najbardziej podoba ci się w „Najlepszym Networkerze na świecie”. Zastanów się, co sprawia, że dane rzeczy czy cechy są dla ciebie istotne lub cenne – byłoby doskonale, gdyby udało ci się spisać te przemyślenia.

Zdradzę ci teraz pewien sekret. To wszystko, co najbardziej podziwiasz w „Najlepszym Networkerze…”, to jednocześnie wszystko to, co najbardziej podziwiasz w SOBIE.

To, co najbardziej podoba się nam u innych, najbardziej podoba się nam również u nas. Nazywamy to grą luster i niezależnie jak bardzo będziesz temu zaprzeczał, nie zmieni to faktu, że tak po prostu jest. Wszystko, co podoba ci się w „Najlepszym Networkerze”, możesz znaleźć również w sobie – to część ciebie. Już teraz.

To dlatego możesz się stać „Najlepszym Networkerem na świecie”. Tak naprawdę to już nim jesteś, a przynajmniej masz wszystko, co trzeba, aby nim zostać.

Jeżeli potrzeba ci sprawdzonej strategii, która pomoże ci osiągnąć twój wymarzony cel, oto ona:

Chciej tego, o czym marzysz i czego pragniesz dla siebie, ale jeszcze bardziej dla innych.

 

Opinie o ebooku Najlepszy Networker na świecie. Opowieść networkingowa dla chcących chcieć - John Milton Fogg

Fragment ebooka Najlepszy Networker na świecie. Opowieść networkingowa dla chcących chcieć - John Milton Fogg

Tytuł ory­gi­nal­ny:

The Gre­atest Ne­twor­ker in the World. A Ne­twork Mar­ke­ting Fa­ble. 20Th An­ni­ver­sa­ry Edi­tion.

Przekład:

Małgo­rza­ta Małecka

Re­dak­cja:

Jo­an­na Myśli­wiec

Pro­jekt pol­skiej wer­sji okładki:

Mar­ta Kwin­tal

Ko­rek­ta:

Zo­sia Ko­zik

Co­py­ri­ght © John Mil­ton Fogg

Co­py­ri­ght © for the po­lish edi­tion by Stu­dio EMKA

War­sza­wa 2014

Wszel­kie pra­wa, włącznie z pra­wem do re­pro­duk­cji tekstów w całości lub w części, w ja­kiej­kol­wiek for­mie – za­strzeżone.

Wszel­kich in­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

ul. Królo­wej Al­do­ny 6, 03-928 War­sza­wa

tel./faks 22 628 08 38, 616 00 67

wy­daw­nic­two@stu­dio­em­ka.com.pl

www.stu­dio­em­ka.com.pl

ISBN 978-83-64437-63-2

Skład i łama­nie: Page Graph

www.pa­ge­graph.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp

Naj­pierw trochę hi­sto­rii.

Był śro­dek nocy, kie­dy w ciągu kil­ku se­kund prze­bu­dziłem się z moc­ne­go snu i oprzy­tom­niałem, a kie­dy znów za­pa­dałem w sen, usłyszałem w myślach słowa:

Nig­dy nie za­pomnę tego wie­czo­ru. To wte­dy po­znałem Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra na świe­cie. Był to również wieczór, który zmie­nił moje życie na lep­sze – i to na za­wsze… Podjąłem de­cyzję. To miało być moje ostat­nie spo­tka­nie biz­ne­so­we… Roz­dział pierw­szy. Ko­niec.

Wy­szedłem z łóżka, ucze­sałem się, ubrałem, napiłem kawy i usiadłem przy kom­pu­te­rze.

Trzy ty­go­dnie później tekst był go­to­wy. Skończo­ne. Naj­lep­szy Ne­twor­ker na świe­cie. Opo­wieść ne­twor­kin­go­wa dla chcących chcieć – cho­ciaż wciąż po­trze­bo­wał re­dak­cji, próbne­go wy­dru­ku, kon­cep­cji gra­ficz­nej i wy­dru­ko­wa­nia – mógł iść w świat. Na­pi­sałem pierwszą książkę.

Pisałem wie­le książek dla in­nych, ale nig­dy nie na­pi­sałem własnej. Ta­kiej, którą mógłbym pod­pi­sać swo­im na­zwi­skiem.

W trzy ty­go­dnie! Na­prawdę?

Tak.

Niektórzy po­wiedzą, że „wpadłem w ciąg”, ale ja użyłbym stwier­dze­nia, że ta książka ze mnie wypłynęła. Oczy­wiście poświęciłem jej spo­ro uwa­gi i mnóstwo go­dzin czu­wa­nia do późna w nocy, a do tego wie­le więcej. Sam tekst jed­nak po pro­stu ze mnie wypłynął.

_______

To było dwa­dzieścia lat temu, w 1992 roku. Jakiś czas po­tem, jesz­cze w la­tach dzie­więćdzie­siątych, sprze­dał się mi­lio­no­wy eg­zem­plarz Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra. Gdy­bym nie na­pi­sał „in­nych książek dla in­nych”, które także ro­zeszły się w tak dużym nakładzie, na­zwałbym tę książkę (i sie­bie) jed­no­ra­zową gwiazdą i określiłbym całą tę sy­tu­ację mia­nem szczęśli­we­go tra­fu.

Naj­wy­raźniej jed­nak nie był to przy­pa­dek.

Je­stem dość wy­czu­lo­ny na aro­gancję. Nie­raz zda­rzyło mi się nad­mier­nie eks­po­no­wać swo­je ego i nie od­po­wia­da mi to, jak się czuję, kie­dy już uda mi się je po­skro­mić.

Praw­dzi­wa duma z ja­kie­goś osiągnięcia to jed­nak coś zupełnie in­ne­go.

Czuję się dum­ny, kie­dy lu­dzie dzwo­nią, piszą do mnie czy przy­syłają mi e-ma­ile z po­dzięko­wa­nia­mi za książkę. Na­wet po dwu­dzie­stu la­tach otrzy­muję ta­kie do­wo­dy wdzięczności nie­mal każdego ty­go­dnia. To przy­jem­ne i bar­dzo cen­ne dla mnie.

Byłem za­tem bar­dzo za­sko­czo­ny, kie­dy Ri­chard Bro­oke – ce­nio­ny spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie mar­ke­tin­gu sie­cio­we­go oraz mój przy­ja­ciel – opo­wie­dział mi o eks­pe­ry­men­cie, jaki prze­pro­wa­dził ze sce­ny w trak­cie Ma­ster­mind Event Arta Jo­na­ka w 2011 roku w Ho­uston.

Pre­zen­ta­cja Ri­char­da za­wie­rała „krótką hi­sto­rię MLM”1, której to­wa­rzy­szyły slaj­dy. Na jed­nym z nich zna­lazła się okładka Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra na świe­cie.

Za­py­tał on pu­blicz­ność, ilu spośród obec­nych prze­czy­tało książkę.

Na sali znaj­do­wało się około sześciu­set osób z po­nad dwu­stu różnych firm z branży mar­ke­tin­gu sie­cio­we­go z sześćdzie­sięciu krajów.

Bi­let wstępu na to wy­da­rze­nie jest dość dro­gi. Jeżeli wziąć pod uwagę prze­lot, ho­te­le i wszyst­kie wy­dat­ki związane z ty­go­dniem spędzo­nym poza do­mem i biu­rem, to można przyjąć, że większość ze­bra­nych od­niosła suk­ces, a przy­najm­niej chciała i mogła spo­ro za­in­we­sto­wać w drogę ku po­zy­cji li­de­ra biz­ne­su.

To dla­te­go spo­rym za­sko­cze­niem oka­zał się fakt, że tyl­ko dwa­dzieścia pięć osób prze­czy­tało książkę.

Ri­chard opo­wia­dał o tym, mówiąc:

– John, to nie w porządku! Każdy w branży po­wi­nien „pochłonąć” tę książkę.

Stało się jak się stało. Na szczęście była to dla mnie potężna mo­ty­wa­cja do pra­cy nad no­wym, ju­bi­le­uszo­wym wy­da­niem Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra z oka­zji dwu­dzie­stej rocz­ni­cy po­ja­wie­nia się książki na ryn­ku. Wie­działem, że na świe­cie jest przy­najm­niej pięćset sie­dem­dzie­siąt pięć osób, które jesz­cze jej nie prze­czy­tały.

_______

Co za­tem spra­wiło, że książka Naj­lep­szy Ne­twor­ker na świe­cie. Opo­wieść ne­twor­kin­go­wa dla chcących chcieć stała się po­nad­cza­so­wym kla­sy­kiem?

Po pierw­sze – spodo­bała się czy­tel­ni­kom.

Po dru­gie – wie­le osób za­chwy­ciło się nią i nie wahało się o tym mówić.

A poza tym… to do­bra hi­sto­ria.

Większość ne­twor­kerów wie, że to hi­sto­rie są dźwi­gnią sprze­daży (do­wodzą tego ba­da­nia). Nic tak nie wpływa na lu­dzi i nie prze­ko­nu­je ich jak do­bra hi­sto­ria.

Opo­wieść prze­bi­ja się przez to, co ra­cjo­nal­ne czy ana­li­tycz­ne, i tra­fia pro­sto do ludz­kich serc. Prze­ma­wia do na­szej wy­obraźni w sposób, w jaki nie zro­bi tego na­wet naj­lep­sza in­struk­cja postępo­wa­nia. Hi­sto­rii się nie czy­ta. Jej się doświad­cza. Hi­sto­ria cię po­ru­sza, sta­je się częścią cie­bie i za­czy­nasz nią żyć.

Można to ująć jesz­cze le­piej – ona za­czy­na żyć tobą.

Naj­lep­szy Ne­twor­ker na świe­cie. Opo­wieść ne­twor­kin­go­wa dla chcących chcieć otwo­rzył przed ludźmi nowe możliwości. Pomógł im uwie­rzyć w sie­bie i dał im na­dzieję.

Nie jest to książka do­sko­nała, popełniłem kil­ka błędów. Gdy­bym miał ją po­now­nie na­pi­sać – cze­go nie zro­bię – po­pra­wiłbym na przykład ta­kie pojęcie, jak „film z two­je­go życia”, zmie­niając je na „wspa­niały dzień w two­im życiu”. Większości z nas trud­no objąć wy­obraźnią całe życie.

Pod­ty­tuł na okładce dwu­na­ste­go wy­da­nia z 1997 roku głosił: Hi­sto­ria, która zmie­niła życie mi­lionów lu­dzi i pytał: Czy od­mie­ni też two­je?

Naj­lep­szy Ne­twor­ker na świe­cie. Opo­wieść ne­twor­kin­go­wa dla chcących chcieć to tyl­ko książka – nie może od­mie­nić i nie od­mie­ni two­je­go życia. Tyl­ko ty sam możesz tego do­ko­nać. Tak… możesz to zro­bić!

Jeżeli ta książka ci w tym pomoże, bar­dzo do­brze.

Będzie to ozna­czało, że spełniła swo­je za­da­nie… i ja również.

Dziękuję.

Z wy­ra­za­mi sza­cun­ku

John

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Ko­niec

Nigdy nie za­pomnę tego wie­czo­ru. To wte­dy po­znałem Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra na świe­cie. Był to również wieczór, który zmie­nił moje życie na lep­sze (od tam­te­go cza­su słyszałem te słowa z ust wie­lu ne­twor­kerów, którzy od­nieśli suk­ces) – i to na za­wsze!

Naj­pierw po­wi­nie­nem opo­wie­dzieć, jak wte­dy wyglądało moje życie.

Od po­nad czte­rech mie­sięcy działałem w fir­mie ne­twor­kin­go­wej, ale nie za do­brze mi szło. Tak na­prawdę wszyst­ko przy­po­mi­nało trochę kiep­ski żart.

Pro­duk­ty pro­po­no­wa­ne przez firmę były wspa­niałe – wszy­scy, którym je pre­zen­to­wałem, byli po­dob­ne­go zda­nia. Cho­ciaż sta­rałem się z całych sił, nie byłem w sta­nie ni­ko­go za­in­te­re­so­wać nada­rzającą się okazją biz­ne­sową. Pra­co­wałem trzy­dzieści go­dzin ty­go­dnio­wo – w nie­pełnym wy­mia­rze – we wszyst­kie wie­czo­ry i większość week­endów. W re­zul­ta­cie tych wysiłków mogłem się po­chwa­lić do­cho­dem wy­so­kości stu pięćdzie­sięciu do dwu­stu do­larów mie­sięcznie!

Śmie­chu war­te.

Kie­dyś to ob­li­czyłem: mój chałupni­czy, „no­wa­tor­ski” biz­nes po­zwa­lał mi za­ra­biać całe 1,56 do­la­ra na go­dzinę – brut­to! Dzie­ci stały się dla mnie obce, żona była roz­cza­ro­wa­na i tak od­legła, że równie do­brze mogłaby miesz­kać na Ala­sce! Wyglądało na to, że mar­ke­ting sie­cio­wy nie był stwo­rzo­ny dla mnie, a ja dla nie­go.

Podjąłem de­cyzję. To miało być moje ostat­nie spo­tka­nie biz­ne­so­we.

Sala ho­te­lo­wa była pełna, jak zwy­kle. Kie­dy wszedłem, za­uważyłem, że spo­ro osób stłoczyło się do­okoła kogoś, kto stał z przo­du. Odciągnąłem na bok zna­jomą dys­try­bu­torkę, wska­załem na grupę lu­dzi i za­py­tałem:

– Kim jest ten człowiek, do którego wszy­scy się cisną?

– Och – zdzi­wiła się – to Naj­lep­szy Ne­twor­ker na świe­cie… chciałbyś go po­znać?

– Ja­sne – od­parłem.

Po­de­szliśmy bliżej. Mężczy­zna, wokół którego zgro­ma­dzi­li się lu­dzie, był nie­zwy­kle przy­stoj­ny – za­dba­ny, po czter­dzie­st­ce, ubra­ny ele­ganc­ko, ale nie na po­kaz. Naj­wy­raźniej do­brze mu się po­wo­dziło i było mu z tym do twa­rzy.

Miał na so­bie ubra­nia z wyższej półki: do­brze skro­joną ma­ry­narkę z man­kie­ta­mi za­pi­na­ny­mi na gu­zi­ki, kra­wat o kwia­to­wym wzo­rze i po­szetkę, która w dys­kret­ny, acz za­uważalny sposób pod­kreślała od­cień bur­gun­do­wej czer­wie­ni po­ja­wiający się na kra­wa­cie. Spod spiętego spin­ka­mi man­kie­tu ko­szu­li wyglądał złoty ro­lex oy­ster, którego się spo­dzie­wałem.

Za­uważyłem, że na man­kie­tach ko­szu­li miał wy­ha­fto­wa­ny mo­no­gram, ale ko­lor li­ter zo­stał ide­al­nie do­pa­so­wa­ny do ko­loru szwów ko­szu­li. Uznałem to za sub­tel­ne i ele­ganc­kie po­su­nięcie.

Właśnie wte­dy wśród tłumu po­ja­wiła się luka i moja zna­jo­ma wciągnęła mnie do „kręgu”.

Naj­lep­szy Ne­twor­ker słuchał z za­in­te­re­so­wa­niem słów ko­bie­ty stojącej tuż przede mną, kie­dy na­sze spoj­rze­nia się skrzyżowały. Położył dłoń na ra­mie­niu ko­bie­ty i po­pro­sił, aby chwilę za­cze­kała. Po­tem spoj­rzał mi pro­sto w oczy, wyciągnął dłoń i ode­zwał się to­nem tak przy­ja­znym, że po­czułem za­sko­cze­nie:

– Wi­taj. Miło cię wi­dzieć. – Przed­sta­wił się i za­py­tał, jak się na­zy­wam.

Zwy­kle nie mam trud­ności z przed­sta­wia­niem się. Ale nie tym ra­zem. Zacząłem dukać, a właści­wie się jąkać, co nie zda­rzyło mi się od dwu­dzie­stu pięciu lat. Ścisnął moc­niej moją dłoń i spy­tał:

– Jak się masz?

Zdo­byłem się na jakąś zwy­cza­jową od­po­wiedź – na­wet nie pamiętam, jaką. Coś w sty­lu „W porządku, dzięki”. A on od­parł:

– Na­prawdę tak się czu­jesz?

Za­nim udało mi się grzecz­nie uniknąć od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, wy­rzu­ciłem z sie­bie szczerą od­po­wiedź. Słuchał mnie tak, jak nikt wcześniej. Całym sobą.

Nie­sa­mo­wi­te!

Opo­wie­działem mu, jak idą mi in­te­re­sy i jak wygląda moje życie. Ni­cze­go nie ukry­wałem. Dodałem również, że jest to moje ostat­nie spo­tka­nie biz­ne­so­we i że nie je­stem stwo­rzo­ny do mar­ke­tin­gu sie­cio­we­go. Po­wie­działem mu chy­ba, że „to nie jest branża dla mnie”.

Uśmiechnął się. Na­gle zdałem so­bie sprawę, że w trak­cie roz­mo­wy cały czas trzy­mał moją dłoń. Właśnie wte­dy uścisnął ją jesz­cze raz i spy­tał:

– Czy chciałbyś spędzić ze mną trochę cza­su po spo­tka­niu?

Za­nim udało mi się wymyślić jakąś wymówkę, usłyszałem, jak mówię: „Rany, byłoby wspa­nia­le”.

„Rany…” – za­brzmiałem zupełnie jak na­sto­la­tek.

Znów się uśmiechnął i mi po­dziękował. Po­wie­dział, że zo­ba­czy­my się po spo­tka­niu i pod­szedł do ko­bie­ty, z którą roz­ma­wiał wcześniej, a po­tem ra­zem usie­dli na krzesłach nie­da­le­ko pra­wej stro­ny po­de­stu.

Sam usiadłem z tyłu sali na moim stałym miej­scu. Później do­wie­działem się, że była to moja stre­fa bez­pie­czeństwa – chciałem się tam po pro­stu scho­wać i zda­wałem so­bie z tego sprawę.

Kie­dy for­mal­na część spo­tka­nia do­biegła końca i grup­ki no­wych dys­try­bu­torów oraz ich spon­sorów zaczęły wy­cho­dzić z sali, pod­szedł do wie­sza­ka z płasz­cza­mi, przy którym stanąłem. Uśmiechnął się do mnie tak przy­jaźnie jak przed­tem, a ja wska­załem na jego roz­pro­mie­nioną twarz, mówiąc:

– Wiesz, gdy­by dało się jakoś za­pa­ko­wać twój uśmiech, to miałbym ide­al­ny pro­dukt. W kil­ka ty­go­dni stałbym się bo­ga­ty!

Od razu zaczął się śmiać i to tak głośno, że wszy­scy w sali się odwrócili, aby na nas spoj­rzeć. Po­czułem się niezręcznie.

– Wspa­niały po­mysł! – wy­krzyknął. – Dzięki! To im­po­nujący uśmiech, praw­da? Mogę ci po­wie­dzieć, że sam go wy­pra­co­wałem, kawałek po kawałku. Nie za­wsze się tak uśmie­chałem. Je­stem z nie­go dum­ny – ciągnął, uśmie­chając się jesz­cze sze­rzej. – Kie­dy się tak uśmie­cham, wspa­nia­le się czuję!

– Chodź – po­wie­dział, biorąc mnie pod rękę i kie­rując się w stronę wyjścia. – Na­pi­je­my się kawy i zje­my coś. Jadłeś ko­lację?

Przy­znałem, że przed spo­tka­niem udało mi się zjeść na szyb­ko paczkę orzeszków.

– Mie­szankę stu­dencką? – spy­tał.

– Coś w tym sty­lu – od­parłem. – Kupiłem je w bar­ku na dole.

– Też tam jadłem ko­lację – od­parł. – Je­dze­nie i obsługa nie są zbyt do­bre. Wybór jest ogra­ni­czo­ny, a do tego jest dość dro­go. – Roześmiał się – Ten ba­rek to nie­zbyt do­bra re­stau­ra­cja!

Przy­znałem mu rację i roześmiałem się ra­zem z nim. Do­brze czułem się w jego to­wa­rzy­stwie – w kil­ka chwil udało mu się zmie­nić moje sa­mo­po­czu­cie.

– W ta­kim ra­zie co miałbyś ochotę zjeść? – spy­tał.

Za­nim zdo­byłem się na jakąś grzecz­ność, nie­mającą wie­le wspólne­go z prawdą, dodał:

– To szcze­re py­ta­nie. Na co miałbyś naj­większą ochotę właśnie te­raz.

Wziąłem głęboki od­dech i po­wie­działem: – Coś z kuch­ni włoskiej.

– Świet­nie! – za­re­ago­wał. – Ja też. Mogę cię za­brać w moje ulu­bio­ne miej­sce? To tyl­ko dzie­sięć mi­nut dro­gi stąd.

– Two­im sa­mo­cho­dem czy moim? – spy­tałem.

– Po­jedźmy moim – od­parł. – Stoi przed bu­dyn­kiem.

* * *

Nie wiem, ja­kiej mar­ki sa­mo­cho­du spo­dzie­wałem się po Naj­lep­szym Ne­twor­ke­rze na świe­cie. Cze­goś nie­zwykłego… na pew­no bar­dzo dro­gie­go, dla­te­go byłem trochę za­sko­czo­ny, kie­dy par­kin­go­wy po­wi­tał nas i za­pro­wa­dził pod otwar­te drzwi pick-upa mar­ki Ford z połowy lat sie­dem­dzie­siątych w nie­cie­ka­wym sza­rym ko­lo­rze.

Chy­ba do­strzegł roz­cza­ro­wa­nie ma­lujące się na mo­jej twa­rzy, po­nie­waż roześmiał się i za­py­tał:

– Wyglądasz, jak­byś spo­dzie­wał się cze­goś in­ne­go?

– Bo tak było.

– A cze­go się spo­dzie­wałeś?

– Nie wiem – mer­ce­de­sa, po­rsche, może rolls-roy­ce’a albo cze­goś w tym sty­lu.

Znów roz­legł się jego donośny śmiech. Wy­da­wało się, że dźwięk do­cho­dzi od jego stóp, a nie z ust. Par­kin­go­wy także się uśmiechnął.

– Mam i ta­kie sa­mo­cho­dy – po­wie­dział Ne­twor­ker – ale naj­bar­dziej lubię moją fur­go­netkę. Wiesz, że taką samą jeździ Sam Wal­ton, założyciel Wal-Mar­tu i naj­bo­gat­szy człowiek w Ame­ry­ce, którego majątek sza­cu­je się na dwa­dzieścia dwa mi­liar­dy do­larów? „Sko­ro na­da­je się dla Wuja Sama…” – zaczął.

Podał par­kin­go­we­mu bank­not dzie­sięcio­do­la­ro­wy i po­dziękował mu, do­dając, że ma na­dzieję na rychłe spo­tka­nie. Po­tem się za­trzy­mał, jak­by coś so­bie przy­po­mniał, i za­py­tał młodzieńca:

– A jak tam twój biz­nes, Chris?

Młody par­kin­go­wy, który wyglądał, jak­by jesz­cze uczył się w col­le­ge’u, od­parł:

– Wspa­nia­le, proszę pana. W zeszłym mie­siącu zo­stałem su­per­vi­so­rem. Dziękuję, że przed­sta­wił mnie pan Bar­ba­rze. Jest świet­na!

– Do­brze – ucie­szył się Naj­lep­szy Ne­twor­ker. – Ciężko pra­cu­jesz, Chris, i je­steś in­te­li­gent­ny. Zasługu­jesz na suk­ces. Co pla­nu­jesz da­lej?

– Cóż – zaczął z na­mysłem młody człowiek. – Zo­stanę w ho­te­lu mie­siąc do trzech. Miał pan rację co do tego miej­sca – dodał, spoglądając na ho­tel. – Po­znałem tu­taj mo­ich naj­lep­szych lu­dzi. Chcę trochę pojeździć po świe­cie. Mam w San An­to­nio wspa­niałą grupę, która się roz­wi­ja, i za­sta­na­wiałem się, czy nie po­je­chać tam na kil­ka mie­sięcy. A po­tem kto wie? Niem­cy. Może Ja­po­nia?

– Daj znać, kie­dy się zde­cy­du­jesz. Znam kil­ka osób w Ja­po­nii, które mógłbyś po­znać – po­wie­dział mój nowy zna­jo­my.

– Dziękuję, będę o tym pamiętał – od­parł szcze­rze młody człowiek, a z jego tonu wy­wnio­sko­wałem, że rze­czy­wiście za­pa­mięta tę pro­po­zycję.

– Miłego wie­czo­ru, Chris – zawołał Naj­lep­szy Ne­twor­ker, kie­dy odjeżdżaliśmy spod ho­te­lu.

Kie­dy je­cha­liśmy do re­stau­ra­cji, trochę roz­ma­wia­liśmy. To zna­czy ja mówiłem, a on za­da­wał py­ta­nia.

Pytał, gdzie miesz­kam, w której części mia­sta, jak mi się tam po­do­ba, ja­kich mam sąsiadów, jak czują się tam moje dzie­ci i ja­kie są ich szkoły. Nie chcę, abyście od­nieśli wrażenie, że mnie przesłuchi­wał. To wca­le tak nie wyglądało. Wy­da­wał się po pro­stu za­cie­ka­wio­ny, za­in­te­re­so­wa­ny mną, a do tego łatwo się z nim roz­ma­wiało. Pew­nie w ciągu tych dzie­sięciu krótkich mi­nut opo­wie­działem mu o swo­im życiu więcej niż ko­mu­kol­wiek in­ne­mu.

Kie­dy do­je­cha­liśmy do re­stau­ra­cji, przy­wi­tał nas mężczy­zna w uni­for­mie, otwo­rzył mi drzwi i spy­tał, czy je­stem w jego re­stau­ra­cji po raz pierw­szy.

Od­parłem, że tak właśnie jest, a on dodał, że cie­szy się z mo­jej wi­zy­ty i ma na­dzieję, że posiłek będzie mi sma­ko­wał. Jeżeli lubię świeże ryby, to w menu znaj­du­je się prze­pysz­na po­traw­ka z oko­nia, którą po­le­ca.

Po­dziękowałem mu, czując się trochę niezręcznie. Nie byłem przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kie­go trak­to­wa­nia, a już na pew­no nie ze stro­ny por­tie­ra w tak luk­su­so­wym lo­ka­lu jak ten.

We­szliśmy do środ­ka. Wy­da­wało się, że właści­ciel jest do­brym zna­jo­mym Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra. Za­uważyłem też, że kel­ne­rzy i klien­ci nie­ustan­nie posyłali mu uśmie­chy. Kie­dy usie­dliśmy przy sto­li­ku, ode­zwałem się:

– Żyjesz w zupełnie in­nym świe­cie niż ja.

– Jak to? – zdzi­wił się.

– Wszy­scy się do cie­bie uśmie­chają i są przy­jaźni… Wszyst­kich znasz, oni cię znają i do tego lubią. Je­steś tu­taj właści­cie­lem czy co?

Ko­lej­na sal­wa donośnego śmie­chu. Za­czy­nałem się przy­zwy­cza­jać.

– Po­wiedz – zaczął – co czu­jesz, kie­dy pa­trzysz na te wszyst­kie uśmie­chy i do­wo­dy przy­jaźni?

Dziw­ne py­ta­nie.

– Jak to?

– Kie­dy tego wszyst­kie­go doświad­czasz, ja­kie to bu­dzi w to­bie uczu­cia?

Wziąłem głęboki od­dech – do ta­kich dziw­nych pytań też za­czy­nałem się przy­zwy­cza­jać. Dla­te­go od­po­wie­działem z na­mysłem.

– Czuję się za­zdro­sny – po­wie­działem – i za­cie­ka­wio­ny. Chciałbym wie­dzieć, co zro­bić, aby moje życie wyglądało tak samo.

Po­chy­lił się ku mnie i spoj­rzał mi pro­sto w oczy.

– Po­wiedz mi, jak chciałbyś, aby wyglądało two­je życie?

I tak zaczęła się na­sza po­nad­dwu­go­dzin­na ko­la­cja – naj­lep­sza, jaką kie­dy­kol­wiek jadłem, której to­wa­rzy­szyła również jed­na z naj­lep­szych rozmów, ja­kie kie­dy­kol­wiek odbyłem. Ne­twor­ker tyl­ko za­da­wał mi py­ta­nia, do­dając: „Opo­wiedz mi o tym więcej” albo: „Mógłbyś o tym coś więcej po­wie­dzieć?”. Aja mówiłem mu o spra­wach, którymi nig­dy z ni­kim się nie dzie­liłem, na­wet z żoną!

Kil­ku­krot­nie w cza­sie roz­mo­wy za­da­wał mi py­ta­nia, aby upew­nić się, że do­brze zro­zu­miał moje słowa. Były one jed­nak nie­co dziw­ne, po­nie­waż pytał mnie, czy dane słowa były praw­dzi­we, mimo że nie padły z mo­ich ust.

Dosyć to za­gma­twa­ne, praw­da? Dam wam przykład.

Opo­wia­dałem mu o początkach ka­rie­ry, kie­dy pra­co­wałem dla fir­my kom­pu­te­ro­wej w Cam­brid­ge w sta­nie Mas­sa­chu­setts. „Fir­ma” to zresztą zbyt wiel­kie słowo. Two­rzyło ją kil­ku fa­cetów – na­zy­wa­no nas „ha­ke­ra­mi” – próbo­wa­liśmy różnych rze­czy w cza­sach, kie­dy branża kom­pu­te­ro­wa do­pie­ro racz­ko­wała. Dla mnie były to eks­cy­tujące chwi­le. Po­do­bało mi się to zajęcie, lu­dzie byli nie­sa­mo­wi­ci – bar­dzo in­te­li­gent­ni i sty­mu­lujący. Do­brze się wte­dy bawiłem.

Wte­dy mnie za­py­tał:

– A za­tem je­steś pio­nie­rem?

Wi­dzi­cie, co miałem na myśli?

– Pio­nie­rem? – zdzi­wiłem się. – Nie, nie je­stem pio­nie­rem. Po pro­stu do­brze się bawiłem: to były początki kom­pu­terów, a my wy­ko­rzy­sty­wa­liśmy różne możliwości. To wszyst­ko.

– Czy ktoś wcześniej to robił? – pytał da­lej.

Wy­da­wało mi się, że nie, więc po­wie­działem mu to.

A on powtórzył:

– Czy­li je­steś pio­nie­rem?

Mu­siałem chy­ba dziw­nie na nie­go spoj­rzeć, po­nie­waż od­chy­lił się na opar­ciu krzesła i roześmiał – tym ra­zem nie­co ci­szej. Jego wy­bu­chy wesołości prze­stały mnie krępować, a goście re­stau­ra­cji, która zdążyła opu­sto­szeć, również wy­da­wa­li się do nich przy­zwy­cza­je­ni. Odwrócili się w jego stronę z uśmie­chem, a po­tem wrócili do rozmów.

– Człowie­ku – wy­du­siłem z sie­bie – umiesz mnie roz­broić. Cóż, chy­ba na swój sposób byłem pio­nie­rem… w tam­tych cza­sach.

Spoj­rzał na mnie z za­sko­cze­niem i za­py­tał:

– Wte­dy? A te­raz już nie?

To było trochę nie­do­rzecz­ne py­ta­nie.

– Do­bra – po­wie­działem z lekką iry­tacją. – Je­stem pio­nie­rem, ale gdzieś mi się za­po­dział wóz pre­rio­wy.

Kie­dy to po­wie­działem, po­czułem na­gle, że wiem, co te­raz po­wie. Coś o „napędzie”. Byłem tego nie­mal pe­wien.

Ale on nic nie po­wie­dział. Za­padła ci­sza. Po­czułem się bar­dzo niezręcznie.

W końcu spy­tał:

– Co so­bie właśnie pomyślałeś?

– Kie­dy? – Za­re­ago­wałem trochę za szyb­ko. Po­tem wyciągnąłem dłoń i pokręciłem głową, mówiąc: – Nie, za­cze­kaj, wiem kie­dy. Po pro­stu… cóż. Sam nie wiem.

– Posłuchaj, dokąd to wszyst­ko zmie­rza? – spy­tałem. – Cho­dzi mi o to, że za­da­jesz mi różne py­ta­nia i mówisz rze­czy, których nikt wcześniej mi nie mówił. Rze­czy, które mnie za­dzi­wiają i spra­wiają, że nie wiem, co od­po­wie­dzieć… ani na­wet co myśleć.

Nic nie po­wie­dział, po­chy­lił się tyl­ko lek­ko ku mnie i nie­co przekręcił głowę w moją stronę, jak­by chciał się upew­nić, że usłyszę każde jego słowo. Po­pa­trzył na mnie z ocze­ki­wa­niem, jak­by chciał usłyszeć, co po­wiem, a jed­no­cześnie całko­wi­cie ak­cep­to­wał moją wy­po­wiedź, cho­ciaż jesz­cze nie wie­dział, co się w niej znaj­dzie. Dodało mi to otu­chy i całko­wi­cie mnie roz­broiło.

Po­czułem, że ucho­dzi ze mnie po­wie­trze i górę biorą uczu­cia. Wiel­kie uczu­cia. Ważne. Na­gle po­czułem ogrom­ny smu­tek.

– Chcę po pro­stu od­nieść suk­ces – po­wie­działem pełnym emo­cji głosem. – Mam dość prze­ciętności… tego, że nie mam pie­niędzy, aby robić to, na co mam ochotę… chcę dać dzie­ciom i żonie to, na co zasługują. Di­sney World – dodałem. – Chcę za­brać dzie­ci do Di­sney World i Wiel­kie­go Ka­nio­nu. Chcę być wol­ny. Chcę mieć czas. od­zy­skać kre­atyw­ność… kon­trolę. I, tak, chcę być pio­nie­rem, zno­wu. Bar­dzo mi się to po­do­bało…

– Ale…? – za­py­tał on ci­cho.

– Ale nie wiem, jak – od­parłem i byłem prze­ko­na­ny, że za­brzmiało to, jak­bym miał się rozpłakać. – Set­ki razy słyszałem te słowa o po­zy­tyw­nym na­sta­wie­niu psy­chicz­nym, tysiące razy. W moim przy­pad­ku to się nie spraw­dza. Mar­ke­ting sie­cio­wy się nie spraw­dza. Albo może to ja się w nim nie spraw­dzam. Coś w tym sty­lu. Widzę, że in­nym to wy­cho­dzi, wie­lu in­nym, dla­te­go wiem, że to się może udać. Wiem też, że nie są to lu­dzie mądrzej­si czy lep­si ode mnie ani nie pra­cują ciężej. Po pro­stu nie umiem spra­wić, aby coś za­sko­czyło w moim przy­pad­ku. Próbuję. Na­prawdę. Dzwo­nię… ko­rzy­stam z li­sty kon­taktów. To po pro­stu nie działa.

Spoj­rzałem na nie­go i spy­tałem:

– Co jest ze mną nie tak?

Od­chy­lił głowę i spoj­rzał w su­fit. Wzru­szył ra­mio­na­mi, wziął długi, głęboki wdech i spoj­rzał pro­sto na mnie.

– Posłuchaj, chciałbyś, abym po­ka­zał ci, jak należy postępować w tej branży?

– Żar­tu­jesz? – spy­tałem ta­kim głosem, że goście re­stau­ra­cji obej­rze­li się, aby na nas spoj­rzeć. – Ja­sna spra­wa! – wy­krzyknąłem, sta­rając się mak­sy­mal­nie powściągnąć moje pod­eks­cy­to­wa­nie.

– Do­brze – od­parł Ne­twor­ker rze­czo­wo. – Za­cznie­my ju­tro. Oto, co masz zro­bić…

Podał mi kawałek pa­pie­ru, na którym za­pi­sał ad­res. Po­wie­dział, że tam właśnie miesz­ka, i po­pro­sił, abym zja­wił się u nie­go następne­go dnia po pra­cy. Miesz­kał ja­kieś dzie­więćdzie­siąt mi­nut od mia­sta, więc po­wie­działem, że po­ja­wię się około osiem­na­stej trzy­dzieści, a on stwier­dził, że to ide­al­na pora.

Sięgnął do