Najlepszy Networker na świecie. Opowieść networkingowa dla chcących chcieć - John Milton Fogg - ebook

Najlepszy Networker na świecie. Opowieść networkingowa dla chcących chcieć ebook

John Milton Fogg

4,2

Opis

Czy chciałbyś zostać „Najlepszym Networkerem na świecie”?

Większość ludzi poczuje się zbyt zakłopotana, aby przyznać się do takich pragnień. W tej książce dowiesz się jednak, że ci, którzy zaprzeczają, kłamią. Tak naprawdę każdy chciałby nim zostać.

Kiedy będziesz czytać tę książkę, zwróć uwagę na to, co najbardziej podoba ci się w „Najlepszym Networkerze na świecie”. Zastanów się, co sprawia, że dane rzeczy czy cechy są dla ciebie istotne lub cenne – byłoby doskonale, gdyby udało ci się spisać te przemyślenia.

Zdradzę ci teraz pewien sekret. To wszystko, co najbardziej podziwiasz w „Najlepszym Networkerze…”, to jednocześnie wszystko to, co najbardziej podziwiasz w SOBIE.

To, co najbardziej podoba się nam u innych, najbardziej podoba się nam również u nas. Nazywamy to grą luster i niezależnie jak bardzo będziesz temu zaprzeczał, nie zmieni to faktu, że tak po prostu jest. Wszystko, co podoba ci się w „Najlepszym Networkerze”, możesz znaleźć również w sobie – to część ciebie. Już teraz.

To dlatego możesz się stać „Najlepszym Networkerem na świecie”. Tak naprawdę to już nim jesteś, a przynajmniej masz wszystko, co trzeba, aby nim zostać.

Jeżeli potrzeba ci sprawdzonej strategii, która pomoże ci osiągnąć twój wymarzony cel, oto ona:

Chciej tego, o czym marzysz i czego pragniesz dla siebie, ale jeszcze bardziej dla innych.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 154

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł ory­gi­nal­ny:

The Gre­atest Ne­twor­ker in the World. A Ne­twork Mar­ke­ting Fa­ble. 20Th An­ni­ver­sa­ry Edi­tion.

Przekład:

Małgo­rza­ta Małecka

Re­dak­cja:

Jo­an­na Myśli­wiec

Pro­jekt pol­skiej wer­sji okładki:

Mar­ta Kwin­tal

Ko­rek­ta:

Zo­sia Ko­zik

Co­py­ri­ght © John Mil­ton Fogg

Co­py­ri­ght © for the po­lish edi­tion by Stu­dio EMKA

War­sza­wa 2014

Wszel­kie pra­wa, włącznie z pra­wem do re­pro­duk­cji tekstów w całości lub w części, w ja­kiej­kol­wiek for­mie – za­strzeżone.

Wszel­kich in­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

ul. Królo­wej Al­do­ny 6, 03-928 War­sza­wa

tel./faks 22 628 08 38, 616 00 67

wy­daw­nic­[email protected]­dio­em­ka.com.pl

www.stu­dio­em­ka.com.pl

ISBN 978-83-64437-63-2

Skład i łama­nie: Page Graph

www.pa­ge­graph.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp

Naj­pierw trochę hi­sto­rii.

Był śro­dek nocy, kie­dy w ciągu kil­ku se­kund prze­bu­dziłem się z moc­ne­go snu i oprzy­tom­niałem, a kie­dy znów za­pa­dałem w sen, usłyszałem w myślach słowa:

Nig­dy nie za­pomnę tego wie­czo­ru. To wte­dy po­znałem Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra na świe­cie. Był to również wieczór, który zmie­nił moje życie na lep­sze – i to na za­wsze… Podjąłem de­cyzję. To miało być moje ostat­nie spo­tka­nie biz­ne­so­we… Roz­dział pierw­szy. Ko­niec.

Wy­szedłem z łóżka, ucze­sałem się, ubrałem, napiłem kawy i usiadłem przy kom­pu­te­rze.

Trzy ty­go­dnie później tekst był go­to­wy. Skończo­ne. Naj­lep­szy Ne­twor­ker na świe­cie. Opo­wieść ne­twor­kin­go­wa dla chcących chcieć – cho­ciaż wciąż po­trze­bo­wał re­dak­cji, próbne­go wy­dru­ku, kon­cep­cji gra­ficz­nej i wy­dru­ko­wa­nia – mógł iść w świat. Na­pi­sałem pierwszą książkę.

Pisałem wie­le książek dla in­nych, ale nig­dy nie na­pi­sałem własnej. Ta­kiej, którą mógłbym pod­pi­sać swo­im na­zwi­skiem.

W trzy ty­go­dnie! Na­prawdę?

Tak.

Niektórzy po­wiedzą, że „wpadłem w ciąg”, ale ja użyłbym stwier­dze­nia, że ta książka ze mnie wypłynęła. Oczy­wiście poświęciłem jej spo­ro uwa­gi i mnóstwo go­dzin czu­wa­nia do późna w nocy, a do tego wie­le więcej. Sam tekst jed­nak po pro­stu ze mnie wypłynął.

_______

To było dwa­dzieścia lat temu, w 1992 roku. Jakiś czas po­tem, jesz­cze w la­tach dzie­więćdzie­siątych, sprze­dał się mi­lio­no­wy eg­zem­plarz Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra. Gdy­bym nie na­pi­sał „in­nych książek dla in­nych”, które także ro­zeszły się w tak dużym nakładzie, na­zwałbym tę książkę (i sie­bie) jed­no­ra­zową gwiazdą i określiłbym całą tę sy­tu­ację mia­nem szczęśli­we­go tra­fu.

Naj­wy­raźniej jed­nak nie był to przy­pa­dek.

Je­stem dość wy­czu­lo­ny na aro­gancję. Nie­raz zda­rzyło mi się nad­mier­nie eks­po­no­wać swo­je ego i nie od­po­wia­da mi to, jak się czuję, kie­dy już uda mi się je po­skro­mić.

Praw­dzi­wa duma z ja­kie­goś osiągnięcia to jed­nak coś zupełnie in­ne­go.

Czuję się dum­ny, kie­dy lu­dzie dzwo­nią, piszą do mnie czy przy­syłają mi e-ma­ile z po­dzięko­wa­nia­mi za książkę. Na­wet po dwu­dzie­stu la­tach otrzy­muję ta­kie do­wo­dy wdzięczności nie­mal każdego ty­go­dnia. To przy­jem­ne i bar­dzo cen­ne dla mnie.

Byłem za­tem bar­dzo za­sko­czo­ny, kie­dy Ri­chard Bro­oke – ce­nio­ny spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie mar­ke­tin­gu sie­cio­we­go oraz mój przy­ja­ciel – opo­wie­dział mi o eks­pe­ry­men­cie, jaki prze­pro­wa­dził ze sce­ny w trak­cie Ma­ster­mind Event Arta Jo­na­ka w 2011 roku w Ho­uston.

Pre­zen­ta­cja Ri­char­da za­wie­rała „krótką hi­sto­rię MLM”1, której to­wa­rzy­szyły slaj­dy. Na jed­nym z nich zna­lazła się okładka Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra na świe­cie.

Za­py­tał on pu­blicz­ność, ilu spośród obec­nych prze­czy­tało książkę.

Na sali znaj­do­wało się około sześciu­set osób z po­nad dwu­stu różnych firm z branży mar­ke­tin­gu sie­cio­we­go z sześćdzie­sięciu krajów.

Bi­let wstępu na to wy­da­rze­nie jest dość dro­gi. Jeżeli wziąć pod uwagę prze­lot, ho­te­le i wszyst­kie wy­dat­ki związane z ty­go­dniem spędzo­nym poza do­mem i biu­rem, to można przyjąć, że większość ze­bra­nych od­niosła suk­ces, a przy­najm­niej chciała i mogła spo­ro za­in­we­sto­wać w drogę ku po­zy­cji li­de­ra biz­ne­su.

To dla­te­go spo­rym za­sko­cze­niem oka­zał się fakt, że tyl­ko dwa­dzieścia pięć osób prze­czy­tało książkę.

Ri­chard opo­wia­dał o tym, mówiąc:

– John, to nie w porządku! Każdy w branży po­wi­nien „pochłonąć” tę książkę.

Stało się jak się stało. Na szczęście była to dla mnie potężna mo­ty­wa­cja do pra­cy nad no­wym, ju­bi­le­uszo­wym wy­da­niem Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra z oka­zji dwu­dzie­stej rocz­ni­cy po­ja­wie­nia się książki na ryn­ku. Wie­działem, że na świe­cie jest przy­najm­niej pięćset sie­dem­dzie­siąt pięć osób, które jesz­cze jej nie prze­czy­tały.

_______

Co za­tem spra­wiło, że książka Naj­lep­szy Ne­twor­ker na świe­cie. Opo­wieść ne­twor­kin­go­wa dla chcących chcieć stała się po­nad­cza­so­wym kla­sy­kiem?

Po pierw­sze – spodo­bała się czy­tel­ni­kom.

Po dru­gie – wie­le osób za­chwy­ciło się nią i nie wahało się o tym mówić.

A poza tym… to do­bra hi­sto­ria.

Większość ne­twor­kerów wie, że to hi­sto­rie są dźwi­gnią sprze­daży (do­wodzą tego ba­da­nia). Nic tak nie wpływa na lu­dzi i nie prze­ko­nu­je ich jak do­bra hi­sto­ria.

Opo­wieść prze­bi­ja się przez to, co ra­cjo­nal­ne czy ana­li­tycz­ne, i tra­fia pro­sto do ludz­kich serc. Prze­ma­wia do na­szej wy­obraźni w sposób, w jaki nie zro­bi tego na­wet naj­lep­sza in­struk­cja postępo­wa­nia. Hi­sto­rii się nie czy­ta. Jej się doświad­cza. Hi­sto­ria cię po­ru­sza, sta­je się częścią cie­bie i za­czy­nasz nią żyć.

Można to ująć jesz­cze le­piej – ona za­czy­na żyć tobą.

Naj­lep­szy Ne­twor­ker na świe­cie. Opo­wieść ne­twor­kin­go­wa dla chcących chcieć otwo­rzył przed ludźmi nowe możliwości. Pomógł im uwie­rzyć w sie­bie i dał im na­dzieję.

Nie jest to książka do­sko­nała, popełniłem kil­ka błędów. Gdy­bym miał ją po­now­nie na­pi­sać – cze­go nie zro­bię – po­pra­wiłbym na przykład ta­kie pojęcie, jak „film z two­je­go życia”, zmie­niając je na „wspa­niały dzień w two­im życiu”. Większości z nas trud­no objąć wy­obraźnią całe życie.

Pod­ty­tuł na okładce dwu­na­ste­go wy­da­nia z 1997 roku głosił: Hi­sto­ria, która zmie­niła życie mi­lionów lu­dzi i pytał: Czy od­mie­ni też two­je?

Naj­lep­szy Ne­twor­ker na świe­cie. Opo­wieść ne­twor­kin­go­wa dla chcących chcieć to tyl­ko książka – nie może od­mie­nić i nie od­mie­ni two­je­go życia. Tyl­ko ty sam możesz tego do­ko­nać. Tak… możesz to zro­bić!

Jeżeli ta książka ci w tym pomoże, bar­dzo do­brze.

Będzie to ozna­czało, że spełniła swo­je za­da­nie… i ja również.

Dziękuję.

Z wy­ra­za­mi sza­cun­ku

John

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Ko­niec

Nigdy nie za­pomnę tego wie­czo­ru. To wte­dy po­znałem Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra na świe­cie. Był to również wieczór, który zmie­nił moje życie na lep­sze (od tam­te­go cza­su słyszałem te słowa z ust wie­lu ne­twor­kerów, którzy od­nieśli suk­ces) – i to na za­wsze!

Naj­pierw po­wi­nie­nem opo­wie­dzieć, jak wte­dy wyglądało moje życie.

Od po­nad czte­rech mie­sięcy działałem w fir­mie ne­twor­kin­go­wej, ale nie za do­brze mi szło. Tak na­prawdę wszyst­ko przy­po­mi­nało trochę kiep­ski żart.

Pro­duk­ty pro­po­no­wa­ne przez firmę były wspa­niałe – wszy­scy, którym je pre­zen­to­wałem, byli po­dob­ne­go zda­nia. Cho­ciaż sta­rałem się z całych sił, nie byłem w sta­nie ni­ko­go za­in­te­re­so­wać nada­rzającą się okazją biz­ne­sową. Pra­co­wałem trzy­dzieści go­dzin ty­go­dnio­wo – w nie­pełnym wy­mia­rze – we wszyst­kie wie­czo­ry i większość week­endów. W re­zul­ta­cie tych wysiłków mogłem się po­chwa­lić do­cho­dem wy­so­kości stu pięćdzie­sięciu do dwu­stu do­larów mie­sięcznie!

Śmie­chu war­te.

Kie­dyś to ob­li­czyłem: mój chałupni­czy, „no­wa­tor­ski” biz­nes po­zwa­lał mi za­ra­biać całe 1,56 do­la­ra na go­dzinę – brut­to! Dzie­ci stały się dla mnie obce, żona była roz­cza­ro­wa­na i tak od­legła, że równie do­brze mogłaby miesz­kać na Ala­sce! Wyglądało na to, że mar­ke­ting sie­cio­wy nie był stwo­rzo­ny dla mnie, a ja dla nie­go.

Podjąłem de­cyzję. To miało być moje ostat­nie spo­tka­nie biz­ne­so­we.

Sala ho­te­lo­wa była pełna, jak zwy­kle. Kie­dy wszedłem, za­uważyłem, że spo­ro osób stłoczyło się do­okoła kogoś, kto stał z przo­du. Odciągnąłem na bok zna­jomą dys­try­bu­torkę, wska­załem na grupę lu­dzi i za­py­tałem:

– Kim jest ten człowiek, do którego wszy­scy się cisną?

– Och – zdzi­wiła się – to Naj­lep­szy Ne­twor­ker na świe­cie… chciałbyś go po­znać?

– Ja­sne – od­parłem.

Po­de­szliśmy bliżej. Mężczy­zna, wokół którego zgro­ma­dzi­li się lu­dzie, był nie­zwy­kle przy­stoj­ny – za­dba­ny, po czter­dzie­st­ce, ubra­ny ele­ganc­ko, ale nie na po­kaz. Naj­wy­raźniej do­brze mu się po­wo­dziło i było mu z tym do twa­rzy.

Miał na so­bie ubra­nia z wyższej półki: do­brze skro­joną ma­ry­narkę z man­kie­ta­mi za­pi­na­ny­mi na gu­zi­ki, kra­wat o kwia­to­wym wzo­rze i po­szetkę, która w dys­kret­ny, acz za­uważalny sposób pod­kreślała od­cień bur­gun­do­wej czer­wie­ni po­ja­wiający się na kra­wa­cie. Spod spiętego spin­ka­mi man­kie­tu ko­szu­li wyglądał złoty ro­lex oy­ster, którego się spo­dzie­wałem.

Za­uważyłem, że na man­kie­tach ko­szu­li miał wy­ha­fto­wa­ny mo­no­gram, ale ko­lor li­ter zo­stał ide­al­nie do­pa­so­wa­ny do ko­loru szwów ko­szu­li. Uznałem to za sub­tel­ne i ele­ganc­kie po­su­nięcie.

Właśnie wte­dy wśród tłumu po­ja­wiła się luka i moja zna­jo­ma wciągnęła mnie do „kręgu”.

Naj­lep­szy Ne­twor­ker słuchał z za­in­te­re­so­wa­niem słów ko­bie­ty stojącej tuż przede mną, kie­dy na­sze spoj­rze­nia się skrzyżowały. Położył dłoń na ra­mie­niu ko­bie­ty i po­pro­sił, aby chwilę za­cze­kała. Po­tem spoj­rzał mi pro­sto w oczy, wyciągnął dłoń i ode­zwał się to­nem tak przy­ja­znym, że po­czułem za­sko­cze­nie:

– Wi­taj. Miło cię wi­dzieć. – Przed­sta­wił się i za­py­tał, jak się na­zy­wam.

Zwy­kle nie mam trud­ności z przed­sta­wia­niem się. Ale nie tym ra­zem. Zacząłem dukać, a właści­wie się jąkać, co nie zda­rzyło mi się od dwu­dzie­stu pięciu lat. Ścisnął moc­niej moją dłoń i spy­tał:

– Jak się masz?

Zdo­byłem się na jakąś zwy­cza­jową od­po­wiedź – na­wet nie pamiętam, jaką. Coś w sty­lu „W porządku, dzięki”. A on od­parł:

– Na­prawdę tak się czu­jesz?

Za­nim udało mi się grzecz­nie uniknąć od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, wy­rzu­ciłem z sie­bie szczerą od­po­wiedź. Słuchał mnie tak, jak nikt wcześniej. Całym sobą.

Nie­sa­mo­wi­te!

Opo­wie­działem mu, jak idą mi in­te­re­sy i jak wygląda moje życie. Ni­cze­go nie ukry­wałem. Dodałem również, że jest to moje ostat­nie spo­tka­nie biz­ne­so­we i że nie je­stem stwo­rzo­ny do mar­ke­tin­gu sie­cio­we­go. Po­wie­działem mu chy­ba, że „to nie jest branża dla mnie”.

Uśmiechnął się. Na­gle zdałem so­bie sprawę, że w trak­cie roz­mo­wy cały czas trzy­mał moją dłoń. Właśnie wte­dy uścisnął ją jesz­cze raz i spy­tał:

– Czy chciałbyś spędzić ze mną trochę cza­su po spo­tka­niu?

Za­nim udało mi się wymyślić jakąś wymówkę, usłyszałem, jak mówię: „Rany, byłoby wspa­nia­le”.

„Rany…” – za­brzmiałem zupełnie jak na­sto­la­tek.

Znów się uśmiechnął i mi po­dziękował. Po­wie­dział, że zo­ba­czy­my się po spo­tka­niu i pod­szedł do ko­bie­ty, z którą roz­ma­wiał wcześniej, a po­tem ra­zem usie­dli na krzesłach nie­da­le­ko pra­wej stro­ny po­de­stu.

Sam usiadłem z tyłu sali na moim stałym miej­scu. Później do­wie­działem się, że była to moja stre­fa bez­pie­czeństwa – chciałem się tam po pro­stu scho­wać i zda­wałem so­bie z tego sprawę.

Kie­dy for­mal­na część spo­tka­nia do­biegła końca i grup­ki no­wych dys­try­bu­torów oraz ich spon­sorów zaczęły wy­cho­dzić z sali, pod­szedł do wie­sza­ka z płasz­cza­mi, przy którym stanąłem. Uśmiechnął się do mnie tak przy­jaźnie jak przed­tem, a ja wska­załem na jego roz­pro­mie­nioną twarz, mówiąc:

– Wiesz, gdy­by dało się jakoś za­pa­ko­wać twój uśmiech, to miałbym ide­al­ny pro­dukt. W kil­ka ty­go­dni stałbym się bo­ga­ty!

Od razu zaczął się śmiać i to tak głośno, że wszy­scy w sali się odwrócili, aby na nas spoj­rzeć. Po­czułem się niezręcznie.

– Wspa­niały po­mysł! – wy­krzyknął. – Dzięki! To im­po­nujący uśmiech, praw­da? Mogę ci po­wie­dzieć, że sam go wy­pra­co­wałem, kawałek po kawałku. Nie za­wsze się tak uśmie­chałem. Je­stem z nie­go dum­ny – ciągnął, uśmie­chając się jesz­cze sze­rzej. – Kie­dy się tak uśmie­cham, wspa­nia­le się czuję!

– Chodź – po­wie­dział, biorąc mnie pod rękę i kie­rując się w stronę wyjścia. – Na­pi­je­my się kawy i zje­my coś. Jadłeś ko­lację?

Przy­znałem, że przed spo­tka­niem udało mi się zjeść na szyb­ko paczkę orzeszków.

– Mie­szankę stu­dencką? – spy­tał.

– Coś w tym sty­lu – od­parłem. – Kupiłem je w bar­ku na dole.

– Też tam jadłem ko­lację – od­parł. – Je­dze­nie i obsługa nie są zbyt do­bre. Wybór jest ogra­ni­czo­ny, a do tego jest dość dro­go. – Roześmiał się – Ten ba­rek to nie­zbyt do­bra re­stau­ra­cja!

Przy­znałem mu rację i roześmiałem się ra­zem z nim. Do­brze czułem się w jego to­wa­rzy­stwie – w kil­ka chwil udało mu się zmie­nić moje sa­mo­po­czu­cie.

– W ta­kim ra­zie co miałbyś ochotę zjeść? – spy­tał.

Za­nim zdo­byłem się na jakąś grzecz­ność, nie­mającą wie­le wspólne­go z prawdą, dodał:

– To szcze­re py­ta­nie. Na co miałbyś naj­większą ochotę właśnie te­raz.

Wziąłem głęboki od­dech i po­wie­działem: – Coś z kuch­ni włoskiej.

– Świet­nie! – za­re­ago­wał. – Ja też. Mogę cię za­brać w moje ulu­bio­ne miej­sce? To tyl­ko dzie­sięć mi­nut dro­gi stąd.

– Two­im sa­mo­cho­dem czy moim? – spy­tałem.

– Po­jedźmy moim – od­parł. – Stoi przed bu­dyn­kiem.

* * *

Nie wiem, ja­kiej mar­ki sa­mo­cho­du spo­dzie­wałem się po Naj­lep­szym Ne­twor­ke­rze na świe­cie. Cze­goś nie­zwykłego… na pew­no bar­dzo dro­gie­go, dla­te­go byłem trochę za­sko­czo­ny, kie­dy par­kin­go­wy po­wi­tał nas i za­pro­wa­dził pod otwar­te drzwi pick-upa mar­ki Ford z połowy lat sie­dem­dzie­siątych w nie­cie­ka­wym sza­rym ko­lo­rze.

Chy­ba do­strzegł roz­cza­ro­wa­nie ma­lujące się na mo­jej twa­rzy, po­nie­waż roześmiał się i za­py­tał:

– Wyglądasz, jak­byś spo­dzie­wał się cze­goś in­ne­go?

– Bo tak było.

– A cze­go się spo­dzie­wałeś?

– Nie wiem – mer­ce­de­sa, po­rsche, może rolls-roy­ce’a albo cze­goś w tym sty­lu.

Znów roz­legł się jego donośny śmiech. Wy­da­wało się, że dźwięk do­cho­dzi od jego stóp, a nie z ust. Par­kin­go­wy także się uśmiechnął.

– Mam i ta­kie sa­mo­cho­dy – po­wie­dział Ne­twor­ker – ale naj­bar­dziej lubię moją fur­go­netkę. Wiesz, że taką samą jeździ Sam Wal­ton, założyciel Wal-Mar­tu i naj­bo­gat­szy człowiek w Ame­ry­ce, którego majątek sza­cu­je się na dwa­dzieścia dwa mi­liar­dy do­larów? „Sko­ro na­da­je się dla Wuja Sama…” – zaczął.

Podał par­kin­go­we­mu bank­not dzie­sięcio­do­la­ro­wy i po­dziękował mu, do­dając, że ma na­dzieję na rychłe spo­tka­nie. Po­tem się za­trzy­mał, jak­by coś so­bie przy­po­mniał, i za­py­tał młodzieńca:

– A jak tam twój biz­nes, Chris?

Młody par­kin­go­wy, który wyglądał, jak­by jesz­cze uczył się w col­le­ge’u, od­parł:

– Wspa­nia­le, proszę pana. W zeszłym mie­siącu zo­stałem su­per­vi­so­rem. Dziękuję, że przed­sta­wił mnie pan Bar­ba­rze. Jest świet­na!

– Do­brze – ucie­szył się Naj­lep­szy Ne­twor­ker. – Ciężko pra­cu­jesz, Chris, i je­steś in­te­li­gent­ny. Zasługu­jesz na suk­ces. Co pla­nu­jesz da­lej?

– Cóż – zaczął z na­mysłem młody człowiek. – Zo­stanę w ho­te­lu mie­siąc do trzech. Miał pan rację co do tego miej­sca – dodał, spoglądając na ho­tel. – Po­znałem tu­taj mo­ich naj­lep­szych lu­dzi. Chcę trochę pojeździć po świe­cie. Mam w San An­to­nio wspa­niałą grupę, która się roz­wi­ja, i za­sta­na­wiałem się, czy nie po­je­chać tam na kil­ka mie­sięcy. A po­tem kto wie? Niem­cy. Może Ja­po­nia?

– Daj znać, kie­dy się zde­cy­du­jesz. Znam kil­ka osób w Ja­po­nii, które mógłbyś po­znać – po­wie­dział mój nowy zna­jo­my.

– Dziękuję, będę o tym pamiętał – od­parł szcze­rze młody człowiek, a z jego tonu wy­wnio­sko­wałem, że rze­czy­wiście za­pa­mięta tę pro­po­zycję.

– Miłego wie­czo­ru, Chris – zawołał Naj­lep­szy Ne­twor­ker, kie­dy odjeżdżaliśmy spod ho­te­lu.

Kie­dy je­cha­liśmy do re­stau­ra­cji, trochę roz­ma­wia­liśmy. To zna­czy ja mówiłem, a on za­da­wał py­ta­nia.

Pytał, gdzie miesz­kam, w której części mia­sta, jak mi się tam po­do­ba, ja­kich mam sąsiadów, jak czują się tam moje dzie­ci i ja­kie są ich szkoły. Nie chcę, abyście od­nieśli wrażenie, że mnie przesłuchi­wał. To wca­le tak nie wyglądało. Wy­da­wał się po pro­stu za­cie­ka­wio­ny, za­in­te­re­so­wa­ny mną, a do tego łatwo się z nim roz­ma­wiało. Pew­nie w ciągu tych dzie­sięciu krótkich mi­nut opo­wie­działem mu o swo­im życiu więcej niż ko­mu­kol­wiek in­ne­mu.

Kie­dy do­je­cha­liśmy do re­stau­ra­cji, przy­wi­tał nas mężczy­zna w uni­for­mie, otwo­rzył mi drzwi i spy­tał, czy je­stem w jego re­stau­ra­cji po raz pierw­szy.

Od­parłem, że tak właśnie jest, a on dodał, że cie­szy się z mo­jej wi­zy­ty i ma na­dzieję, że posiłek będzie mi sma­ko­wał. Jeżeli lubię świeże ryby, to w menu znaj­du­je się prze­pysz­na po­traw­ka z oko­nia, którą po­le­ca.

Po­dziękowałem mu, czując się trochę niezręcznie. Nie byłem przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kie­go trak­to­wa­nia, a już na pew­no nie ze stro­ny por­tie­ra w tak luk­su­so­wym lo­ka­lu jak ten.

We­szliśmy do środ­ka. Wy­da­wało się, że właści­ciel jest do­brym zna­jo­mym Naj­lep­sze­go Ne­twor­ke­ra. Za­uważyłem też, że kel­ne­rzy i klien­ci nie­ustan­nie posyłali mu uśmie­chy. Kie­dy usie­dliśmy przy sto­li­ku, ode­zwałem się:

– Żyjesz w zupełnie in­nym świe­cie niż ja.

– Jak to? – zdzi­wił się.

– Wszy­scy się do cie­bie uśmie­chają i są przy­jaźni… Wszyst­kich znasz, oni cię znają i do tego lubią. Je­steś tu­taj właści­cie­lem czy co?

Ko­lej­na sal­wa donośnego śmie­chu. Za­czy­nałem się przy­zwy­cza­jać.

– Po­wiedz – zaczął – co czu­jesz, kie­dy pa­trzysz na te wszyst­kie uśmie­chy i do­wo­dy przy­jaźni?

Dziw­ne py­ta­nie.

– Jak to?

– Kie­dy tego wszyst­kie­go doświad­czasz, ja­kie to bu­dzi w to­bie uczu­cia?

Wziąłem głęboki od­dech – do ta­kich dziw­nych pytań też za­czy­nałem się przy­zwy­cza­jać. Dla­te­go od­po­wie­działem z na­mysłem.

– Czuję się za­zdro­sny – po­wie­działem – i za­cie­ka­wio­ny. Chciałbym wie­dzieć, co zro­bić, aby moje życie wyglądało tak samo.

Po­chy­lił się ku mnie i spoj­rzał mi pro­sto w oczy.

– Po­wiedz mi, jak chciałbyś, aby wyglądało two­je życie?

I tak zaczęła się na­sza po­nad­dwu­go­dzin­na ko­la­cja – naj­lep­sza, jaką kie­dy­kol­wiek jadłem, której to­wa­rzy­szyła również jed­na z naj­lep­szych rozmów, ja­kie kie­dy­kol­wiek odbyłem. Ne­twor­ker tyl­ko za­da­wał mi py­ta­nia, do­dając: „Opo­wiedz mi o tym więcej” albo: „Mógłbyś o tym coś więcej po­wie­dzieć?”. Aja mówiłem mu o spra­wach, którymi nig­dy z ni­kim się nie dzie­liłem, na­wet z żoną!

Kil­ku­krot­nie w cza­sie roz­mo­wy za­da­wał mi py­ta­nia, aby upew­nić się, że do­brze zro­zu­miał moje słowa. Były one jed­nak nie­co dziw­ne, po­nie­waż pytał mnie, czy dane słowa były praw­dzi­we, mimo że nie padły z mo­ich ust.

Dosyć to za­gma­twa­ne, praw­da? Dam wam przykład.

Opo­wia­dałem mu o początkach ka­rie­ry, kie­dy pra­co­wałem dla fir­my kom­pu­te­ro­wej w Cam­brid­ge w sta­nie Mas­sa­chu­setts. „Fir­ma” to zresztą zbyt wiel­kie słowo. Two­rzyło ją kil­ku fa­cetów – na­zy­wa­no nas „ha­ke­ra­mi” – próbo­wa­liśmy różnych rze­czy w cza­sach, kie­dy branża kom­pu­te­ro­wa do­pie­ro racz­ko­wała. Dla mnie były to eks­cy­tujące chwi­le. Po­do­bało mi się to zajęcie, lu­dzie byli nie­sa­mo­wi­ci – bar­dzo in­te­li­gent­ni i sty­mu­lujący. Do­brze się wte­dy bawiłem.

Wte­dy mnie za­py­tał:

– A za­tem je­steś pio­nie­rem?

Wi­dzi­cie, co miałem na myśli?

– Pio­nie­rem? – zdzi­wiłem się. – Nie, nie je­stem pio­nie­rem. Po pro­stu do­brze się bawiłem: to były początki kom­pu­terów, a my wy­ko­rzy­sty­wa­liśmy różne możliwości. To wszyst­ko.

– Czy ktoś wcześniej to robił? – pytał da­lej.

Wy­da­wało mi się, że nie, więc po­wie­działem mu to.

A on powtórzył:

– Czy­li je­steś pio­nie­rem?

Mu­siałem chy­ba dziw­nie na nie­go spoj­rzeć, po­nie­waż od­chy­lił się na opar­ciu krzesła i roześmiał – tym ra­zem nie­co ci­szej. Jego wy­bu­chy wesołości prze­stały mnie krępować, a goście re­stau­ra­cji, która zdążyła opu­sto­szeć, również wy­da­wa­li się do nich przy­zwy­cza­je­ni. Odwrócili się w jego stronę z uśmie­chem, a po­tem wrócili do rozmów.

– Człowie­ku – wy­du­siłem z sie­bie – umiesz mnie roz­broić. Cóż, chy­ba na swój sposób byłem pio­nie­rem… w tam­tych cza­sach.

Spoj­rzał na mnie z za­sko­cze­niem i za­py­tał:

– Wte­dy? A te­raz już nie?

To było trochę nie­do­rzecz­ne py­ta­nie.

– Do­bra – po­wie­działem z lekką iry­tacją. – Je­stem pio­nie­rem, ale gdzieś mi się za­po­dział wóz pre­rio­wy.

Kie­dy to po­wie­działem, po­czułem na­gle, że wiem, co te­raz po­wie. Coś o „napędzie”. Byłem tego nie­mal pe­wien.

Ale on nic nie po­wie­dział. Za­padła ci­sza. Po­czułem się bar­dzo niezręcznie.

W końcu spy­tał:

– Co so­bie właśnie pomyślałeś?

– Kie­dy? – Za­re­ago­wałem trochę za szyb­ko. Po­tem wyciągnąłem dłoń i pokręciłem głową, mówiąc: – Nie, za­cze­kaj, wiem kie­dy. Po pro­stu… cóż. Sam nie wiem.

– Posłuchaj, dokąd to wszyst­ko zmie­rza? – spy­tałem. – Cho­dzi mi o to, że za­da­jesz mi różne py­ta­nia i mówisz rze­czy, których nikt wcześniej mi nie mówił. Rze­czy, które mnie za­dzi­wiają i spra­wiają, że nie wiem, co od­po­wie­dzieć… ani na­wet co myśleć.

Nic nie po­wie­dział, po­chy­lił się tyl­ko lek­ko ku mnie i nie­co przekręcił głowę w moją stronę, jak­by chciał się upew­nić, że usłyszę każde jego słowo. Po­pa­trzył na mnie z ocze­ki­wa­niem, jak­by chciał usłyszeć, co po­wiem, a jed­no­cześnie całko­wi­cie ak­cep­to­wał moją wy­po­wiedź, cho­ciaż jesz­cze nie wie­dział, co się w niej znaj­dzie. Dodało mi to otu­chy i całko­wi­cie mnie roz­broiło.

Po­czułem, że ucho­dzi ze mnie po­wie­trze i górę biorą uczu­cia. Wiel­kie uczu­cia. Ważne. Na­gle po­czułem ogrom­ny smu­tek.

– Chcę po pro­stu od­nieść suk­ces – po­wie­działem pełnym emo­cji głosem. – Mam dość prze­ciętności… tego, że nie mam pie­niędzy, aby robić to, na co mam ochotę… chcę dać dzie­ciom i żonie to, na co zasługują. Di­sney World – dodałem. – Chcę za­brać dzie­ci do Di­sney World i Wiel­kie­go Ka­nio­nu. Chcę być wol­ny. Chcę mieć czas. od­zy­skać kre­atyw­ność… kon­trolę. I, tak, chcę być pio­nie­rem, zno­wu. Bar­dzo mi się to po­do­bało…

– Ale…? – za­py­tał on ci­cho.

– Ale nie wiem, jak – od­parłem i byłem prze­ko­na­ny, że za­brzmiało to, jak­bym miał się rozpłakać. – Set­ki razy słyszałem te słowa o po­zy­tyw­nym na­sta­wie­niu psy­chicz­nym, tysiące razy. W moim przy­pad­ku to się nie spraw­dza. Mar­ke­ting sie­cio­wy się nie spraw­dza. Albo może to ja się w nim nie spraw­dzam. Coś w tym sty­lu. Widzę, że in­nym to wy­cho­dzi, wie­lu in­nym, dla­te­go wiem, że to się może udać. Wiem też, że nie są to lu­dzie mądrzej­si czy lep­si ode mnie ani nie pra­cują ciężej. Po pro­stu nie umiem spra­wić, aby coś za­sko­czyło w moim przy­pad­ku. Próbuję. Na­prawdę. Dzwo­nię… ko­rzy­stam z li­sty kon­taktów. To po pro­stu nie działa.

Spoj­rzałem na nie­go i spy­tałem:

– Co jest ze mną nie tak?

Od­chy­lił głowę i spoj­rzał w su­fit. Wzru­szył ra­mio­na­mi, wziął długi, głęboki wdech i spoj­rzał pro­sto na mnie.

– Posłuchaj, chciałbyś, abym po­ka­zał ci, jak należy postępować w tej branży?

– Żar­tu­jesz? – spy­tałem ta­kim głosem, że goście re­stau­ra­cji obej­rze­li się, aby na nas spoj­rzeć. – Ja­sna spra­wa! – wy­krzyknąłem, sta­rając się mak­sy­mal­nie powściągnąć moje pod­eks­cy­to­wa­nie.

– Do­brze – od­parł Ne­twor­ker rze­czo­wo. – Za­cznie­my ju­tro. Oto, co masz zro­bić…

Podał mi kawałek pa­pie­ru, na którym za­pi­sał ad­res. Po­wie­dział, że tam właśnie miesz­ka, i po­pro­sił, abym zja­wił się u nie­go następne­go dnia po pra­cy. Miesz­kał ja­kieś dzie­więćdzie­siąt mi­nut od mia­sta, więc po­wie­działem, że po­ja­wię się około osiem­na­stej trzy­dzieści, a on stwier­dził, że to ide­al­na pora.

Sięgnął do